– To nie jest odpowiedź na moje pytanie – zauważyła, marszcząc czoło i jednocześnie świdrując Hoppera badawczym spojrzeniem. Właściwie to nawet nie miała nic przeciwko, by załatwił tę sprawę za nią. Ba! Nie znała nikogo, kto mógłby coś takiego w ogóle zrobić, a tylko jemu na tyle w tej kwestii ufała (los bywa naprawdę przewrotny), więc propozycja Williama wydawała jej się niezwykle kusząca. I brunetka zdecydowanie miała zamiar z niej skorzystać. Z tym, że Matilde naprawdę była ciekawa w jaki sposób zamierzał tę sprawę w ogóle załatwić. Musiał jej stworzyć kompletnie nową tożsamość, która zadziała we wszystkich systemach i dodatkowo nie wzbudzi żadnych podejrzeń, a to przecież było już coś wielkiego. Tego nie robiło się tak po prostu. Rany, pomimo tego, że Will był takim cholernym idiotą i dupkiem, Wallace naprawdę zaczynała dostrzegać ten jakiś wyjątkowo blady i ledwo zauważalny cień jego geniuszu. I Wallace była naprawdę mocno zdegustowana tym odkryciem.
Swoją drogą… sposób w jaki tak szybko zareagował na jej pytanie dał Matilde dość sporo do myślenia. Wallace wysoko wzniosła brwi, nabierając na widelec kolejną porcję ryżu z warzywami. I zanim przełknęła jedzenie, wyrzuciła z siebie jeszcze:
– Myślisz, że znowu zacznę ćpać?
Ale chyba jednak nie oczekiwała od niego odpowiedzi, bo po prostu wzruszyła ramionami, zajmując się dalszym jedzeniem. Czuła się o wiele lepiej, co było chyba nawet widać po tym jak wyglądała. Ale myśl o zbliżającym się – i to wielkimi krokami – rozstaniu z Willem sprawiała, że w dziewczynie zaczynał rodzić się pewien niepokój. Nie wiedziała, czy była w stanie poradzić sobie z tym wszystkim sama. Kiedy byli tutaj razem.. czuła się, jak zamknięta w jakiejś bańce. Zupełnie, jakby Hopper ochraniał ją przed tym całym zjebanym światem. Czuła się.. bezpiecznie. Nie wiedziała jednak co się wydarzy, gdy mężczyzna wreszcie wróci do swoich obowiązków. Czy będzie miała w sobie na tyle siły, by dalej to ciągnąć? I co się stanie z nimi? Zwłaszcza teraz, kiedy była wręcz przekonana, że jednak czymś byli. Chyba jednak nie chciała o tym myśleć. Jeszcze nie teraz. I kiedy usłyszała pytanie Hoppera, dziewczyna na moment wstrzymała oddech.
– Tak… też tak sądzę – wyrzuciła w końcu z siebie, wbijając wzrok w ciemne tęczówki mężczyzny. Nie było sensu dłużej udawać, że jednak coś umiała. Tak, być może Cassandra nauczyła ją składać broń i pozwoliła się wyżyć na kilku pluszakach, ale to przecież nic nie zmieniło. Wallace nie chciała być dłużej bezbronną dziewczyną, której jedyną bronią jest jej niewyparzony język.
- Nie, nie jest - stwierdził. Miał jej wręczyć jakąś nagrodę za spostrzegawczość? Nie miał zamiaru jej w to wciągać, a już z pewnością nie miał zamiaru jej w to wciągać w tym momencie, kiedy na nowo walczyła z uzależnieniem i nawet nie potrafiłaby o siebie zadbać podczas załatwiania interesów. Może kiedyś pokaże jej skąd zdobyć broń, jednorazowe dokumenty, informacje... ale nie teraz, z pewnością nie teraz. Mieli zbyt wiele problemów na głowie, a skoro chwilowo nie miała żadnego wsparcia, powinna jak najbardziej się wycofać. Żadnych ryzykownych akcji, skoro koniec końców zostałaby w tym sama.
Ale przecież nie musiał jej od razu mówić wszystkiego, prawda? Nie chciała od niego szczegółowej instrukcji od A do Z, po prostu kilku informacji. Nic szczególnego, wszechświat od tego nie wybuchnie, a Wallace nie zrobi niczego głupiego. Prawdopodobnie. Ona do robienia głupich rzeczy nie potrzebowała właściwie żadnego powodu ani zachęty.
- Jeśli to ma być zrobione porządnie i długoterminowo, najłatwiej pozbawić jakiegoś niemowlaka z dziewięćdziesiątego pierwszego aktu zgonu - odpowiedział w końcu na to jej pytanie, równocześnie dając do zrozumienia, że więcej już nie powie. A jeśli odpowiedź jej się nie spodoba... cóż, trudno. Sama się dopytywała, a on nie miał zamiaru udawać że wszechświat jest piękny i wypełniony kwiatkami. Korzystanie z danych dzieci, które zmarły niedługo po porodzie, może nie było czymś szczególnie pięknym i heroicznym, ale na hopperowej skali zła cholernie daleko było temu do najwyższej pozycji.
W zasadzie, nie miał najmniejszego pojęcia co odpowiedzieć na to pytanie Wallace. Tak, właśnie tak myślał, ale nie chciał przyznawać tego na głos. Nawet nie chodziło o nią, o to że w nią nie wierzył. Po prostu... nie chciał tego głośno mówić, Jakby to miało w ogóle coś zmienić. Hopper zwyczajnie wzruszył ramionami i zanurkował swoimi pałeczkami po kolejną porcję ryżu. To chyba była wystarczająco dobra odpowiedź.
Naprawdę nie sądził, że Wallace tak po prostu się zgodzi. Ona nie miała w zwyczaju robić tego, czego po niej oczekiwał. Mogłaby powiedzieć że tego nie zrobi, nawet tylko po to, żeby go wkurzyć, już zupełnie pomijając tę jej całą zabawę w groźną zabójczynię z pistoletem.
- To... dobrze. Powinniśmy potrenować. Jeśli chcesz - odpowiedział jej, przy okazji szukając w głowie miejsca, gdzie mogliby w spokoju poćwiczyć. Najłatwiej byłoby gdzieś w Bractwie, ale biorąc pod uwagę, że dziewczyna stamtąd odeszła, musieli poszukać czegoś innego. Im szybciej, tym lepiej.
Hopper w końcu wrzucił swoje dwie pałeczki do już pustego opakowania po chińszczyźnie. Jakoś miał wrażenie, że powinien się podnieść z tego krzesła i oddalić się od tego stołu, a wyrzucenie pudełka było świetnym pretekstem. Problem w tym, że kiedy wstał, właściwie natychmiast poczuł, jak zakręciło mu się w głowie, a on sam się niebezpiecznie zachwiał. Cholera. Powinien coś poczuć wcześniej. Pewnie by poczuł, gdyby nie był na metadonie. Cholera. Powinien brać mniejszą dawkę. Teraz przez to nie miał szczególnie dużo czasu, żeby się ogarnąć. Przeklął cicho pod nosem, zanim nieco chwiejnym, aczkolwiek szybkim krokiem ruszył do swojego plecaka. Musiał obniżyć sobie ciśnienie śródczaszkowe, to był priorytet. Mógłby przy okazji wyciągnąć coś mocniejszego, wiedział że będzie cholernie boleć... ale przecież tu była Matilde. Nie mógł przecież dawać jej takiej okazji.
– To wydaje się mieć jakiś sens – odpowiedziała po kilku sekundowym zawieszeniu. Bynajmniej jednak ton jej głosu nie wskazywał na jakiekolwiek poruszenie. Normalnie funkcjonujący człowiek może i uznałby rozwiązanie Williama za niemoralne i niesmaczne. W końcu nie było nic bardziej przejmującego do martwych małych dzieci, prawda? Już w tym momencie jak na zawołanie powinny pojawiać się protesty, marsze wściekłych matek, a samą Wallace tknąć jakiś długo skrywany instynkt macierzyński. Chyba powinna zareagować jak normalny człowiek. Czy William oczekiwał od niej, że zareaguje jak normalny człowiek? Czy miała go rozczarować tym obojętnym wzruszeniem ramionami? Nie miała nic na swoje usprawiedliwienie. Nic poza tym, że empatia nigdy nie była jej mocną stroną. Ale on też coś o tym wiedział. Chyba nawet o wiele lepiej, biorąc pod uwagę jego zachowanie w pewnym sprawach, o których wolała nie myśleć.
– Długo to potrwa? – dopytała jeszcze, na nowo pozwalając swojej ciekawskiej naturze wyjść na powierzchnię. Chyba nawet miała zamiar go dalej męczyć o wszystkie procedury załatwiania papierkowej roboty, dopóki w odpowiedzi na swoje pytanie nie otrzymała ciszy. Właściwie to wcześniej niczego nawet nie oczekiwała. W tamtym momencie chyba nawet nie chciała otrzymać odpowiedzi. A jednak to wymowne milczenie i to wzruszenie ramionami. Wallace spuściła wzrok, jednocześnie wbijając go w swoje jedzenie, zupełnie jakby te kawałki marchewki były tak cholernie pasjonujące. I paradoksalnie – choć wyglądała teraz na zamyśloną i rozkojarzoną, nie myślała o niczym konkretnym. I kiedy tkwiła w tym zawieszeniu, mimowolnie skinęła głową. Tak, ona chyba też sądziła, że wróci do ćpania.
– Chcę – odpowiedziała stanowczo za szybko niż powinna. Właściwie to praktycznie weszła mu w słowo, ale nie zamierzała przepraszać. Sama nie wiedziała czemu, ale obawiała się, że Hopper zaraz zmieni zdanie, a ona naprawdę się chciała czegoś nauczyć. A fakt, że miał być jej nauczycielem, nie grał tu żadnej roli, prawda? Nie mówiła tak tylko dlatego, że chciała spędzić z nim więcej czasu…
Chyba właśnie straciła apetyt. Wpatrywała się w swoją porcję jedzenia, grzebiąc widelcem w ryżu z warzywami, ale jakoś nie była w stanie się zmusić, by ostatecznie włożyć sobie jedzenie do buzi. I kiedy Hopper zaczął się podnosić, Wallace mimowolnie przeniosła na niego spojrzenie, dzięki czemu dostrzegła tą naprawdę dziwną utratę równowagi. W efekcie jej czoło niemal natychmiast się zmarszczyło.
– Wszystko okej? – spytała, przełykając cicho ślinę. Badawczo obserwowała sposób w jaki mężczyzna się poruszał, by dotrzeć do swojego plecaka. Już nawet chciała zadawać kolejne pytania. Czego szukał? Czy coś się stało? Ale wtedy… to w nią uderzyło. Dlaczego nie pomyślała o tym wcześniej? Powinna tego pilnować. Jaką ona była cholerną egoistką. Tak bardzo zajęła się sobą i tym, by jej było dobrze, że kompletnie wyleciało jej z głowy coś o wiele ważniejszego. Wallace odsunęła się z krzesłem do tyłu, by wstać i ruszyć w kierunku Willa.
– Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? – nawet gdyby chciała to nie była w stanie ukryć w swoim głosie pretensji. To ona zawaliła, ale mógł jej się do cholery przypomnieć. Matilde zacisnęła usta w cienką linijkę, stając za Hopperem i kładąc mu rękę na ramieniu. Zupełnie jakby chciała tym gestem zmusić go do tego, by obrócił się do niej przodem.
– Daj, zajmę się tym.
- Zależy ile zajmie mi znalezienie kogoś, kto drukuje fałszywe dokumenty i ile będę mieć roboty w Bractwie – odpowiedział. Cóż, to że wziął sobie urlop nie znaczyło, że nagle zadań przestało przybywać, a on zwyczajnie wróci do swojego standardowego trybu pracy. Chyba powinien być załamany czekającym go nawałem pracy, ale w jakiś dziwny sposób był nawet odrobinę podekscytowany. Lubił to, lubił szukanie najlepszych i najprostszych rozwiązań nierozwiązywalnych problemów i w pewien sposób zaczynało mu tego cholernie brakować. Jego mózg potrzebował kolejnych, prawdziwych wyzwań, a nie ważne jak świetne było te kilka dni, nie były w stanie mu tego zapewnić.
Hopper naprawdę nie spodziewał się takiego entuzjazmu ze strony Wallace i absolutnie nie miał jej za złe tego całego wchodzenia w słowo. W zasadzie, to nawet dobrze, bo Will miał wrażenie, że jakby miał mówić chwilę dłużej, zacząłby się plątać we własnych słowach. Po prostu chciał, żeby to wypaliło. Matilde powinna potrafić o siebie zadbać. A poza tym, skoro już go nie leczyła, przydałby im się jakiś dobry powód, żeby ciągle się spotykać. Ale nikt niech przez to nie myśli, że miał zamiar dać jej mniejszy wycisk. Nauka walki to był priorytet i choćby Wallace miała go zamiar zamordować, nie miał zamiaru odpuszczać jej ani odrobinę.
- Możemy zacząć od przyszłego tygodnia – zaproponował.
Był w stanie znaleźć jakieś miejsce do tego czasu i ogarnąć wystarczająco problemy Bractwa, żeby móc w spokoju zająć się innymi sprawami, a nie było sensu odkładać tego w czasie bardziej, niż to było konieczne. W pewien sposób można to było uznać za sprawę życia i śmierci… chociaż nie tak bardzo jak kwestię ciśnienia śródczaszkowego Hoppera. Właśnie takie ataki migreny były najniebezpieczniejszym, co mogło go spotkać. Tu nawet nie chodziło o ten ostry ból głowy, którego w zasadzie Will jeszcze nawet nie wyczuwał, gorsze były te zaburzenia równowagi. Oznaczały, że jego mózg ma coraz większe problemy z normalnym funkcjonowaniem i pojawiał się coraz większy obrzęk. Obrzęk zwiększał objętość mózgu, jeszcze bardziej zwiększał ciśnienie śródczaszkowe i dawał coraz większe szanse, że się uszkodzi na dobre. To była cholernie zła wiadomość i to dlatego Hopper musiał jak najszybciej dokopać się do mannitolu i zatrzymać ten proces, póki jeszcze myślał trzeźwo.
- Ta, po prostu… – odmruknął coś Matilde, mając na głowie ważniejsze i trudniejsze zadania, jak na przykład trzymanie względnego pionu.
W końcu dobrał się do swojego plecaka. Potrzebował chwili, żeby w ogóle przypomnieć sobie, gdzie go trzymał. Nienawidził tego. Oparł się dłonią o ścianę, żeby choć trochę sprawniej mu to szło. Nienawidził tego wszystkiego, jak wszystko nagle zaczynało się robić cholernie trudne, a on sam żałośnie nieporadny. I nienawidził, kiedy ktoś go widział w takim stanie. Może to było placebo, może właśnie podniósł sobie ciśnienie swoim odkryciem, ale chyba migrena powoli zaczynała wygrywać z metadonem. Nic dziwnego, to był tylko metadon. Może gdyby Hopper wcześniej zorientował się, co się dzieje mógłby to jakoś przygotować, wziąć fentanyl, schować go tak, żeby Wallace go nie znalazła… ale było już stanowczo za późno. Powinien radzić sobie z tym, co miał.
- To nic wielkiego, po prostu przez metadon wcześniej nie zorientowałem się, na co się zanosi… – odpowiedział, ciągle stojąc do niej tyłem. Nie miał najmniejszego zamiaru odwracać się do niej… bo robił coś innego. Tak. Był zajęty, po prostu. Cholera, byłoby tysiące razy łatwiej, gdyby jej tutaj nie było. Dałby sobie radę sam, bez najmniejszego problemu, nie raz to robił. Migreny stawały się coraz częstsze… chociaż cholera, ostatnią miał jakiś miesiąc temu. Miesiąc upychania kolejnych komórek w jego mózgu. Świetnie.
- Nie wiemy po jakim czasie działa twoja moc i na ile jest w stanie obniżyć mi ciśnienie – starał się brzmieć jak najbardziej rzeczowo, kiedy odpowiadał Wallace. Nie miał najmniejszego czasu ryzykować do czasu, kiedy jej moc faktycznie zacznie działać, miał zbyt dużo do stracenia. Mogą się tym zająć, kiedy już po jego krwioobiegu będzie krążył mannitol.
Problem w tym, że ta pierdolona igła strzykawki za cholerę nie chciała dostać się do środka fiolki. Hopper widział cieniutką linię igły, ale problem w tym, że nie chciała być tam, gdzie on widział, że powinna być. Nienawidził tego. Szczerze tego wszystkiego nienawidził. I kiedy w końcu igła sięgnęła płynu, odciągnął tłok, próbując odczytać, co właściwie było zaznaczone na strzykawce. Z resztą, nieważne. Tak czy siak powinien mógł go brać w takich ilościach, że cała ta fiolka to było stanowczo za mało.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Wallace jedynie skinęła głową. Choć zdecydowanie odpowiedź Hoppera nie należała do tych konkretnych, czy satysfakcjonujących, Matilde nie dopytywała się więcej. Nie skomentowała też jego słów. Tak po prostu przyjęła to do wiadomości. Jej pytanie zdecydowanie nie miało nic wspólnego z chęcią pogonienia Williama, po prostu zastanawiała się, jak długo miała żyć, prowadząc względnie spokojny i niewychylający się sposób życia. Ironicznie – taki był przecież jej plan od początku. Żyć jak normalny, zwyczajny człowiek, pozbawiony tego całego syfu związanego z mutacją. A jednak los po prostu rzucał jej kłody pod nogi. I nagle z obojętnej, niewzruszonej osoby znalazła się w samym centrum wydarzeń? Kiedy to w ogóle się wydarzyło?
– Cóż, akurat nie mam żadnych planów na przyszły tydzień – wyrzuciła, wykrzywiając usta w sarkastycznym uśmiechu. Nie wiedziała, kiedy dokładnie Will miał zamiar ją opuścić, ale podskórnie przeczuwała, że to kwestia dni, może nawet godzin. Co miała wówczas ze sobą począć? Nigdy nie miała planów. Działała raczej nieprzemyślanie i głupio, ale o tym oboje się przekonali. Chyba nawet więcej niż raz. Więc teraz świadomość, że tak jakby byli umówieni.. chyba sprawiała, że Wallace czuła się odrobinę lepiej. Najwyraźniej pierwszy raz jednak miała jakieś plany. Być może rozwodziłaby się nad tym odkryciem jeszcze przez jakiś czas, gdyby nie to co wydarzyło się chwilę później. Utrata równowagi Hoppera, pytanie i ta odpowiedź, która zdecydowanie nie była przekonująca. Matilde przełknęła głośno ślinę. Ta, po prostu…?! On nawet nie starał się udawać, że było okej. Zanim zrozumiała co właściwie się działo, całkowicie straciła apetyt. Teraz jednak czuła w środku coś naprawdę dziwnego. Strach, lęk? Sama nie wiedziała jak to dokładnie opisać. Ale cholera. Ona naprawdę zaczęła się martwić. To było takie do niej niepodobne. I jak to bywa u ludzi jej pokroju.. o wiele silniejsze i bardziej dokuczające niż powinno być. Przez chwilę przez jej głowę przeszła nawet myśl, że Hopper jej tutaj po prostu zaraz umrze.
– Nic wielkiego? – powtórzyła po nim nieco wzburzonym tonem głosu. Okej, może i on był przyzwyczajony do czegoś takiego, ale ona nie. I najwyraźniej postanowiła zacząć panikować. Nie chciała jednak tego po sobie zdradzić, dlatego jej umysł stwierdził, że to najwyższy czas, by teraz cóż.. pozłościć się na Hoppera. Matilde prychnęła. – Kurwa, Hopper. Zdaje mi się, że to ja do cholery miałam ciebie leczyć, a nie jakieś jebane tabletki!
Była naprawdę zła. Dodatkowo też zmartwiona, spanikowana, miała wyrzuty sumienia, a do tego wszystkiego dochodził nieopisany żal. Jak mógł jej nie powiedzieć? Przecież chciała go leczyć. To wszystko co dla niej robił przez ten tydzień… kurwa, no. Tak się nie robiło. Jakim on był dupkiem. I jak ona była bardzo zajęta sobą, by niczego nie zauważyć. Hopper widział ją w o wiele gorszym stanie. Widział jak błagała, jak płakała, jak słaniała się po podłodze. Nawet trzymał jej włosy, kiedy przez kilka godzin wymiotowała w tej obskurnej łazience. A ona? Stała za nim, trzymała rękę na jego ramieniu i najwyraźniej była kompletnie bezużyteczna, co dał jej dość jasno do zrozumienia w swoich kolejnych słowach.
– Daj mi sobie pomóc, no – po prostu już nie wytrzymała. Przez krótką chwilę niczym sparaliżowana obserwowała to, jak mężczyzna próbuje wycelować igłą w fiolkę. Wbrew pozorom w ogóle nie myślała teraz o heroinie. Chociaż igła powinna przypominać jej o głodzie, to się nie wydarzyło. Chyba była zbyt przestraszona, że mężczyzna, na którym jej tak cholernie zależało, zaraz po prostu postanowi kopnąć w kalendarz. Dlatego też, prawdopodobnie w tym samym czasie, w którym Hopperowi wreszcie udało się uzupełnić strzykawkę substancją, z jej ust wydobyły się te nerwowe i wypowiedziane podniesionym tonem głosu słowa. To nie tak, że chciała go wyręczać. Sama nienawidziła być od kogoś zależna. Ona po prostu naprawdę chciała mu pomóc. Chciała mu przynieść ulgę. Do tego stopnia zaczął ją obchodzić. To przerażające, czyż nie? Wallace jednak nie zastanawiała się nad tym. Po prostu zsunęła rękę z ramienia na nadgarstek mężczyzny.
– Zrobię to lepiej – cokolwiek to było. Nie znała się, okej? Najwyraźniej była głupia, bezużyteczna i nie rozumiała o co mu chodzi, ale tak jak nikt potrafiła wbijać się igłą w skórę. Po prostu… niech on nie umiera, okej? I niech do cholery się do niej odwróci. To z pewnością ją uspokoi. Jakoś.
Och, świetnie. Wręcz wyśmienicie. Jeśli wcześniej jego głowa zastanawiała się czy ma zamiar go boleć, czy może jednak nie, po tym krzyku Wallace nie miała już absolutnie żadnych wątpliwości. Hopper skrzywił się, kiedy jego czaszkę przeszyła ostra fala bólu, a tępy ucisk nasilił się. Tak, dokładnie tego potrzebował. Skąd ona o tym wiedziała? Ach, tak, chodziło o te nieograniczone pokłady empatii.
- Możesz... możesz się zamknąć? - wyrzucił z siebie.
Z resztą, jakie ona w ogóle miała prawo mieć o to do niego pretensje? Wyraźnie jej powiedział, że tam wtedy to było ich ostatnie leczenie. Nie mówił jej nic o tym, że zmienił swoją decyzję, nie powinna tego zakładać. Metadon i fentanyl by mu wystarczyły - oczywiście, jeśli mógłby je w spokoju wziąć. Niestety, tak się akurat złożyło, że miał w pokoju irracjonalną, mającą o wszystko pretensje narkomanką, która z jakiegoś powodu obchodziła go na tyle, że nie chciał jej dawać okazji, żeby się zaćpała. Świetnie. Po prostu świetnie.
Na razie miał w planach ignorować ją, przynajmniej do czasu, kiedy weźmie już mannitol, ewakuuje się do łazienki, na wypadek, gdyby jego mózg uznał wymioty za rozwiązanie wszystkich jego problemów i w końcu zgasi światło, dając nieco spokoju swoim oczom. Wtedy, jeśli ciągle będzie chciała, mogą wrócić do tego jak bardzo irytująca była i dyskusji o tym, jak bardzo jest chujowy - bo oczywiście na tym się skończy.
Cały problem był w tym, że Wallace uparcie nie chciała zniknąć do tego czasu. Po prostu musiała tutaj stać trzymając go za ramię i gadać mu nad głową, kiedy to możliwie najbardziej przeszkadzało. Gdyby chociaż miała coś wartościowego do powiedzenia.
- Mogę upewnić się, że mój mózg nie wybuchnie, zanim w końcu zaspokoimy twój kompleks mesjasza, huh? - odwarknął jej.
Nie powinien się wściekać. To podniesie mu tylko ciśnienie i sprawi, że wszystko stanie się jeszcze gorsze, zwiększy szanse na wylew i te wszystkie uszkodzenia mózgu. Tylko co on miał poradzić na to, jak szalenie irytująca była Wallace i ta cholerna strzykawka, którą nie chciała trafić do leku? Ciekawe ile miał czasu, zanim zacznie się robić naprawdę źle. Metadon zaskakująco mocno spowalniał ból, ale światło odbijające się w metalowej zakrętce mannitolu już stanowczo zbyt mocno raziło go w oczy. Oprócz tego, pozostawała ta drobna kwestia samego ciśnienia i tego, co obecnie musiało dziać się pod jego czaszką. Nic obecnie nie blokowało ciśnienia, a przynajmniej nie, dopóki ten cholerny, dwudziestoprocentowy roztwór mannitolu nie znajdzie się w okolicy jego opon mózgowych. Ledwo w ogóle go przeniósł do strzykawki, a świat jakoś nie miał zamiaru zacząć nieco mniej wirować, tak samo jak jego nerw wzrokowy nie miał zamiaru poprawnie przekazywać informacji wgłąb mózgu Hoppera. Świetnie. Nie mógł po prostu magicznie stawać się inteligentny, kiedy pstryknie palcami? Mógłby mieć te okropne migreny i krwawienia z nosa, na które skarżyli się inni mutanci, naprawdę, nie przeszkadzałoby mu to. Mógłby mieć nawet anemię, zwiększoną łamliwość kości czy musieć odsypiać przez trzy dni każdą porządną sesję używania mocy. Naprawdę, jakoś przeżyłby te wszystkie okropne efekty uboczne. Ale to? To już była gruba przesada, zwłaszcza jak na moc, która zniszczyła mu życie.
Przez chwilę patrzył na tę jej rękę, przetwarzając słowa Matilde. Czy tego chciał, czy nie, miała rację. Jeżeli miałby to robić sam, zajęłoby to wieki, nie mówiąc już o tym, jak cudownie musiałoby mu wyjść wkłucie się igłą w żyłę. Mimo wszystko, jakaś część Hoppera nie chciała odpuścić. To tak, jakby właśnie sam pozbywać jakichkolwiek resztek kontroli nad tym, co się z nim działo, a on niczego tak nie nienawidził, jak bycia bezsilnym. Miał już tego dość do końca całego swojego życia. Mimo wszystko, w końcu odwrócił się do Wallace, wyciągając w jej kierunku tę cholerną strzykawkę. Chyba to była najwyższa pora, żeby schować resztki swojej dumy do kieszeni.
- To jest... mannitol. Diuretyk, Nie ważne ile weźmiesz, nie naćpasz się, najwyżej będzie ci się chciało sikać - powiedział, chyba robiąc nieco zbyt długie przerwy między słowami. Po prostu potrzebował czasu, żeby zebrać swoje myśli. A poza tym... chciał, żeby wiedziała. Żeby nawet nie musiała się zastanawiać czy w ogóle warto było po to sięgać.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Czy mogła się.. co? Wallace kilkakrotnie zamrugała powiekami, nie dowierzając w to co usłyszała. Oh nie. Zdecydowanie nie mogła się zamknąć. Jak on w ogóle… śmiał. Gdyby nie fakt, że się martwiła o tego złamasa to z całą pewnością, by mu to wszystko wygarnęła. Teraz jednak ze złości zacisnęła mocno wargi, wewnętrznie walcząc z przeogromną chęcią wysłania Hoppera na tamten świat. Ona się o niego martwiła, panikowała, obawiała najgorszego, a ten kazał się jej zamknąć? Jaki on w ogóle miał tupet. Najpierw przed nią ukrywał tak ważne sprawy, a potem jeszcze nie pozwolił jej się wściekać, kiedy miała ku temu naprawdę dobre powody? Wallace prychnęła pod nosem.
– Sam się zamknij – odwarknęła, ale już nieco cichszym tonem głosu. Tak, tak. Być może i jej powiedział, że to ich ostatnie leczenie, ale jeśli sobie dobrze przypominała to ona nie przyjęła tego do wiadomości. Nie zgodziła się. Po prostu. Na początku chciał, żeby go leczyła? To cóż. Teraz miał pecha, bo nie miała zamiaru przestawać. Sorry, to nie było tak, że mógł korzystać z jej usług, kiedy mu się podobało. To ona tu rozdawała karty i niech sobie to wreszcie wbije to do tego swojego umierającego mózgu! Matilde była wściekła, ale chyba uczucie, jakim darzyła tego złamasa nie pozwalało jej na całkowite wyłożenie tego co leżało jej na sercu. Cóż. Z tym wolała zaczekać aż wreszcie upewni się, że jednak wszystko z nim było w porządku. Bo na pewno mu tego nie zapomni. Ale jeśli mężczyzna liczył, że ona da mu spokój to był w błędzie. Nie miała zamiaru się stąd ruszać. Tak samo jak nie miała zamiaru ukrywać przed sobą, jak bardzo bolały ją jego słowa. Cholera, dlaczego w ogóle ją to obchodziło? Nie była jakimś delikatnym kwiatuszkiem. Gadał bo gadał, powinna to ignorować. Tak jak zawsze to robiła. A jednak tym razem było inaczej.
– Mój... co? – pokręciła z niedowierzaniem głową, będąc naprawdę bliska zrobienia kroku do tyłu i wyjścia z tego cholernego motelu. Chyba nie mógł w bardziej dosadny sposób dać jej do zrozumienia, jak bardzo miał w dupie to, że się o niego martwiła i chciała dla niego jak najlepiej.
– Pierdol się, Hopper – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Pierdol się ty i twój chujowy, umierający mózg. Kurwa odchodzę od zmysłów, bojąc się, że zaraz mi tu padniesz na ziemię i po prostu umrzesz, a ty zachowujesz się jak skończony fiut. Bo co? Bo będziesz musiał przyznać przed laską, której na tobie jakimś cudem zależy, że nie masz kontroli nad jedną gównianą rzeczą?
Jego duma była po prostu żałosna. Zresztą. Miała zamiar sobie dać z tym spokój. Jeśli jeszcze raz odrzuci jej pomoc to z pewnością nie miała zamiaru dalej użerać się z tym człowiekiem. Wyjdzie i po prostu nie wróci. Już wystarczająco dużo razy się przed nim poniżała, najpierw żebrząc o trochę czasu, a teraz o to, by łaskawy pan pozwolił jej sobie pomóc? To jakaś paranoja. A najgorsze w tym wszystkim było to, że mimo tego wzburzenia, mimo tego, jak bardzo ją to wszystko bolało, to i tak by stąd nie wyszła. Mogła sobie myśleć co chciała, mogła się przekonywać do woli. Nie potrafiłaby go tak po prostu zostawić. Ale wtedy… on po prostu się do niej odwrócił, a kamień jakby spadł z jej serca.
– Gustuję tylko w heroinie – odparowała, ale już zdecydowanie spokojniejszym i łagodniejszym tonem głosu. Być może był to nawet swego rodzaju żart? Bardzo kiepski i beznadziejny, ale jednak… żart. Chociaż zdecydowanie powinna być na niego zła. Znowu dał jej do zrozumienia, że była tylko głupią ćpunką. Ale.. nią była, nie? Wallace z cichym westchnięciem wzięła strzykawkę do swojej ręki, przełykając cicho ślinę. A potem po prostu rzuciła w kierunku Hoppera, by usiadł na łóżku, kiedy tymczasem ona ściągnęła ze swoich dżinsów pasek. Potem już po prostu zrobiła to co do niej należało. To co umiała najlepiej. I swoją drogą – robienie Hopperowi zastrzyku było naprawdę dziwnym uczuciem. I choć do głowy nasuwały jej się wspomnienia o tych wszystkich razach, kiedy wbijała się w żyły innych ludzi, starała się je zagłuszyć chęcią udowodnienia Hopperowi, że nie była jednak aż tak beznadziejna i bezużyteczna. Postanowiła jednak nie odzywać się już do niego ani jednym słowem.
W zasadzie, Hoppera w tamtym momencie nie za bardzo obchodziło czy Wallace miała zamiar się na niego obrażać, warczeć, czy korzystać z reszty całego swojego repertuaru. Tak długo, jak znowu nie miała zamiaru wrzeszczeć, a jego czaszki nie przeszywały dodatkowe fale bólu, mogła sobie nawet wyrażać swoją złość tańcząc polkę. Bo to przecież było teraz najważniejsze, eksponowanie jak bardzo była wściekła. Mogła to sobie odpuścić, a przynajmniej przesunąć o kilka minut, kiedy już Hopper upewni się, że faktycznie wszystko będzie w porządku. Czy on był tutaj jedynym, który potrafił trzeźwo myśleć i przejmował się jakimikolwiek konsekwencjami? Całkiem możliwe. W końcu po co próbować zapobiec potencjalnej katastrofie, skoro można sobie chwilę pokrzyczeć, huh?
Nie powinien się wkurzać. To przez to robiło się tak szybko tak źle. Sprawa była zbyt istotna, by mógł dać się porwać emocjom. Nie mógł pozwolić, żeby coś poszło nie tak, miał zbyt wiele do stracenia i cholernie mocno czuł to w tamtym momencie. Zbyt duże ciśnienie oznaczało wylew. Wylew miał spore szanse go zabić, zwłaszcza biorąc pod uwagę że pomoc szpitalna nie wchodziła w grę. Nawet jeśli miałby szczęście, jeśli wszystko nie skończyłoby się dla niego w jednej chwili, nie wyszedłby z tego bez uszkodzeń mózgu. Na co akurat by trafiło? Niedowład kończyn? Zaburzenia mowy? A może płat czołowy i zaburzenia zachowania? Gdyby pozbyć się jego kory przedczołowej straciłby całe swoje z trudem wypracowane opanowanie. Nic już nie powstrzymywałoby wszystkiego, co miał w sobie najgorsze. Wallace myślała, że był dupkiem? Powinna poczekać, aż to zobaczy. W pewien sposób, sama tego chciała, nie chcąc pozwolić mu się pożegnać z tym światem na własnych warunkach. Sprawiając, że takie sytuacje jak ta w ogóle mogły mieć miejsce.
Musiał się uspokoić. Musiał być kurewsko spokojny, nie dać się temu porwać. Poza narastającym, rozsadzającym bólem czaszki nic mu nie było i musiał dopilnować, żeby tak pozostało. Będzie dużo gorzej niż ostatnim razem, w jego czaszce było już znacznie tłoczniej i nie mógł wyciągnąć leków, ale przecież miał ze sobą Wallace, tak? Nie ważne jak wkurzająca by nie była, nie pozwoli mu umrzeć. Jeżeli dostanie wylewu i tylko na czas zorientują się, co się dzieje, była w stanie szybko zapobiec wszystkim jego skutkom. Problem w tym, że Hopper wcześniej planował ją poprosić, żeby obniżyła mu ciśnienie krwi, kiedy tylko już zrobi sobie ten zastrzyk. Co jeśli zmarnuje na niego moc już teraz, a on potem dostanie udaru? Nie mógł tak ryzykować, nie wiedział jak bardzo moc Wallace będzie w stanie mu pomóc w tym przypadku, a nie mógł pozwolić, żeby to wszystko poszło na marne. Ale przecież wiedział, że nie wytrzyma w ten sposób, bez żadnych leków przeciwbólowych. Ciągle był jeszcze w miarę przytomny, kontrolował co się dzieje dookoła i nie wymiotował, ale to nie miało długo się utrzymać. Od tego momentu miało być tylko gorzej, a on musiał jakoś wszystko ustalić i nad tym zapanować, nie pozwolić żeby za parę minut umarł.
I szczerze powiedziawszy, słowa Matilde sprawiły, że zrobiło mu się głupio, ale też znowu zaczął się wkurzać. Dlaczego ona musiała być taką drama queen? Nie mogła tego przesunąć na później? Ale równocześnie... chyba przesadził. Nie myślał o tym, kiedy do niej mówił, miał ważniejsze rzeczy na głowie, ale chyba powinien się ugryźć w język. Poza tym... to wszystko było takie surrealistyczne. Odchodziła od zmysłów? Przez niego? I to, że mu na niej zależało? To była... prawda, ale brzmiała tak dziwnie i obco wypowiedziana na głos.
- Bo staram się nie paść na ziemię i po prostu nie umrzeć - odpowiedział jej, siląc się na spokojny ton głosu. Stanowczo, nie miał zamiaru kontynuować tej rozmowy ani chwili dłużej. Nie mógł zacząć się wkurzać, nie ważne jak bardzo ona tego wszystkiego nie rozumiała.
Kiedy wzięła od niego tę strzykawkę, po prostu usiadł na tym łóżku, właściwie z ulgą. Utrzymanie się na nogach stawało się coraz trudniejsze, a on naprawdę nie miał najmniejszej ochoty się teraz spektakularnie przewrócić. Przymknął oczy, chroniąc je przed ostrym światłem... a poza tym łatwiej było się w ten sposób skupić, ograniczając zbędne bodźce. Starał się nie zwracać uwagi na coraz silniejszy ból głowy, miał ważniejsze rzeczy do pilnowania. Jego puls był szybki, był zdenerwowany. Jeśli krew będzie wolniej trafiała do jego mózgu, zmniejszy ciśnienie. To było proste. Nie panował nad rytmem swojego serca, ale był on powiązany z oddechem, który Hopper mógł zwolnić. Wdech. Wydech. Nic szczególnego, nic wielkiego. Powinien zrobić coś jeszcze. O co chodziło? Nie da rady już pozasłaniać wszystkich okien, lepiej było się przenieść do łazienki. Łazienka. Właśnie. Hopper nie miał pojęcia czy nie zacznie wymiotować, powinien tam pójść, tak na wszelki wypadek... Chociaż droga z łóżka do łazienki wydawała się być nagle maratonem. Powinien to zrobić. Zrobi to, zrobi to kiedy tylko Wallace skończy. Poza tym... na pewno było coś jeszcze istotnego. Broń. Ostatnio ją rozłożył, na wypadek gdyby przyszedł mu do głowy jakiś głupi pomysł. Nie powinien jej mieć przy sobie, nie ważne jakie by miał pomysły. To było niebezpieczne, a tutaj kręciła się Matilde. Pewnie dlatego Hopper sięgnął do kabury i zwyczajnie odpiął ją od paska, kładąc broń na łóżku. Tak lepiej.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Być może i nie powinna podnosić głosu. Być może powinna poczekać ze swoimi uwagami na odpowiedni moment. Być może powinna się zamknąć i nic nie mówić. Być może to rzeczywiście zadziałałoby na ich korzyść. Z tym, że Wallace nie była Hopperem. Nie potrafiła się od tego po prostu odciąć. Nie potrafiła być ponad to wszystko. To była ta jedna zasadnicza różnica między nimi. Kiedy on potrafił zachować zimną krew, ona panikowała. Panikowała, gdy chodziło o osoby, na których jej tak bardzo zależało. Nie mogła zostać obojętna. Nie, kiedy chodziło o niego. Nie kiedy tak panicznie się obawiała, że Hopper po prostu… ją zostawi. Jutro miała urodziny. Pierdolony 13 marca. Nie miała zamiaru dopuścić i pozwolić, by kolejny jej chłopak odszedł z tego świata w okolicach dnia jej urodzin. Wszyscy tylko nie Hopper.
Mógł ją obwiniać, mógł ją teraz nienawidzić, ale te jej wszystkie komentarze, te pretensje… ona nie panowała nad tym. A jeśli krzyczała… był to po prostu bezradny krzyk. Mimo wszystko, mimo jego zachowania… przepełniony troską i czułością. Na dobrą sprawę nawet nie wiedziała co ma zrobić. Tak bardzo się bała. Nie chciała go stracić. Nie teraz. Jeszcze nie teraz. Ta myśl ją po prostu dobijała. Dlatego, kiedy usłyszała słowa Hoppera, kiwnęła jedynie głową.
– Wszystko będzie dobrze – nie wiedziała nawet dlaczego to mówiła. Zazwyczaj należała do tych milczących i zdecydowanie niegadatliwych osób, ale teraz odczuwała silną potrzebę, by mówić. Cicho, spokojnie, ale jednak to co jej ślina na język przyniosła. Wallace po prostu potrzebowała zapewnić siebie, że naprawdę wszystko będzie dobrze. Bo myśl, że jutro mogłaby nie obudzić się w jego ramionach i nie przeżyć tego ich cholernego, cudownego, porannego rytuału… Matilde zacisnęła mocno wargi. Wszystko będzie dobrze. A kiedy zobaczyła to jak mężczyzna mruży oczy, dziewczyna zadziałała natychmiastowo. Zanim jeszcze usiadła koło niego, by zrobić mu ten zastrzyk, zasłoniła okna, pozwalając by w pomieszczeniu zapanowała ciemność. Nie wiedziała dokładnie czym była ta substancja, którą mu wstrzykiwała, ale jeśli miała działania choć trochę podobne do heroiny to pierwsze efekty powinny się pojawić po około dwudziestu minutach. To nie było dużo czasu. Wallace ostrożnie wyciągnęła igłę z żyły mężczyzny, po czym odłożyła strzykawkę na łóżko.
– Co teraz? – spytała cicho, nawet nie zdając sobie sprawy, jak bardzo mu teraz ufała. Nie wiedziała, czy mogła użyć teraz mocy, nie wiedziała jaki miał plan, ale postanowiła z nim współpracować. Tak. Do czego to doszło, huh? I tuż po wypowiedzeniu tych słów zdała sobie sprawę z czegoś jeszcze. W teczce Hoppera było coś o wymiotach. Ona też wymiotowała po heroinie. Podjęła decyzję w ułamku sekundy. Kątem oka zauważyła, jak mężczyzna odkłada broń, ale wolała nie pytać. Choć przeszedł ją dreszcz, a włoski zjeżyły się na karku… nie skomentowała tego.
– Pomogę Ci pójść do toalety – powiedziała miękkim, czułym, ale wciąż zdenerwowanym tonem głosu. Nie oczekiwała jednak na odpowiedź. Mogła pomyśleć o przyniesieniu mu jakiejś miski.. znalazłoby się coś, ale... nie chciała, by się poczuł jeszcze bardziej beznadziejnie. Nie chciała z niego robić kaleki, przykutego do łóżka. Znała jego charakter. A przejście do łazienki nie było niczym trudnym. Nie, jeśli ona mu pomoże. Niezależnie od reakcji Hoppera pomogła mu się podnieść, po czym objęła go w pasie i powolnym krokiem ruszyli w kierunku łazienki. Czuła się z tym wszystkim naprawdę źle. Tak bardzo chciała mu pomóc, chciała mu ulżyć, a nawet nie wiedziała jak. Do cholery była sanitariuszką, powinna umieć to robić. Może gdyby nie chodziło o kogoś tak istotnego… Wallace nawet nie wiedziała ile zajęło im przejście. Wiedziała jednak, że było jej trochę ciężko, ale nie dbała o to. Mieli jasny cel. I kiedy wreszcie znaleźli się w środku, Wallace puściła Hoppera, pomagając mu usiąść na kafelkach, a potem po prostu zrobiła coś instynktownego. To raczej nie miało w niczym pomóc, prawda? Ale chciała dla niego zrobić cokolwiek. Tak bardzo jej zależało. Po prostu odkręciła wodę, by zmoczyć ręcznik lodowatą wodą i porządnie go wykręcić nad zlewem. A potem zrobiła Hopperowi okład. To prawdopodobnie nie miało w niczym pomóc, ale jednak zimne okłady pomagały przy nudnościach, prawda? Poza tym mogły zmniejszyć naczynia krwionośne. Być może to był tylko głupi instynkt, być może to nie miało w niczym pomóc, być może to był tylko czyn nadopiekuńczej dziewczyny. Ale nie potrafiła tego tak zostawić. Tak samo jak nie mogła ostatecznie nie klęknąć przy nim i delikatnie przycisnąć warg w tył jego głowy.
– Potrzebujesz czegoś? – spytała cicho.
Hopper nie spodziewał się, że aż tak bardzo potrzebował to usłyszeć. Wszystko będzie dobrze. Jakby słowa miały jakąś magiczną moc, jakby tak faktycznie miało być przez to, że Matilde powiedziała to na głos. To nie była pierwsza taka migrena Hoppera, wiedział jak to wygląda i czego mógł się spodziewać, ale to nie sprawiało, że była mniej niebezpieczna niż za pierwszym razem. Ba, można by się wręcz pokusić o stwierdzenie, że było dokładnie na odwrót. Mógł umrzeć dokładnie tak samo, jak kiedy trzymając broń w dłoni kładł na szali swoje życie. Cała różnica w tym, że tam miał na cokolwiek wpływ, mógł się upewnić, że tym razem mu się uda. Przy podwyższającym się ciśnieniu mógł tylko mieć nadzieję, że będzie miał akurat szczęście. Że wszystko będzie dobrze.
Chyba cały czas miał gdzieś z tyłu głowy świadomość, że tak naprawdę Wallace nie powiedziała tego dla niego. Powiedziała to dla siebie, bo gdzieś w środku potrzebowała tego zapewnienia tak samo jak on, może nawet bardziej. Nie wiedział jakim cudem w ogóle zaczął ją obchodzić. Nigdy nie powinien do tego dopuścić, przecież wiedział jak to wszystko się skończy. To nawet nie miało sensu, przecież na samym początku nienawidzili się, ludzie tak szybko nie przechodzą między tak skrajnymi emocjami. Ale jednak, to się stało, zależało im na sobie… a Will nie potrafił tego cofnąć. Tak było dla nich prościej, ale co z tego, skoro to już było nieosiągalne? Taka była ich rzeczywistość i powinien się z nią pogodzić, zamiast ciągle próbować ją zmienić. To nie działało. Mógł się tylko upewnić, że ten scenariusz nie będzie dla nich aż tak tragiczny, na jaki zanosił się od kiedy tylko to wszystko się skomplikowało.
- Będzie – odpowiedział jej, nawiązując z nią kontakt wzrokowy i siląc się na pewny, spokojny ton. Przecież potrzebowała to usłyszeć, nie ważne czy tak faktycznie miało być. W końcu… W końcu tak musiało być. Ciągle było za wcześnie, nie mógł się teraz zgodzić na śmierć, tak samo jak nigdy nie mógł zgodzić się na stracenie władzy nad własnym umysłem. Tym razem świat zbyt wiele od niego wymagał, a on nie miał zamiaru zgodzić się na takie warunki. Jakby w ogóle mógł negocjować. Jakby w ogóle istniał ktoś, z kim mógłby negocjować. W świecie Hoppera nie było Boga, nie było żadnej magicznej siły z którą mógłby podpisać cyrograf własną krwią. Jedyne rozwiązane jego problemu dawała nauka, ale nie był w stanie po nie sięgnąć. Nie w Stanach, gdzie cały czas musiał się ukrywać. Żadnych więcej opcji.
Dopiero kiedy w pomieszczeniu zrobiło się zupełnie ciemno, a w jego mózg nie wbijały się kolejne ostre szpilki, dotarło do niego, że Wallace zasłoniła okna. Dobrze… Dobrze, że o tym pomyślała. Jej pytanie wwierciło się w mózg Willa. Co teraz? Co teraz mogli z tym zrobić? Co teraz byli w stanie zrobić? Co teraz przyniesie najwięcej korzyści? Co teraz powinni zrobić? Czego nie powinni robić? W której wersji on nie kończył martwy? Czy istniała taka wersja? Co teraz mieli zrobić, żeby dostać swoje szczęśliwe zakończenie? Co wcześniej zrobili, że nie mogli go dostać? Kiedy to było? I czy w ogóle mieli szansę temu wcześniej zapobiec, czy ich los był z góry przeznaczony? Co teraz z nimi? Co teraz z nim? Co potem z nią? Co teraz w ogóle miało znaczenie? Czy mieli wcześniej plan? Czy teraz powinni mieć? Czy powinni się teraz czymkolwiek przejmować? Kiedy skończy się ich teraz? Co było potem dla niej? Co było potem dla niego? Czy potem powinna mieć plan? Co z teraz?
Co teraz?
- Powinniśmy… - Kiedy stukał wskazującym palcem, łatwiej było mu się skupić na czymś innym niż bólu. Krócej się zastanawiał, co powinien powiedzieć - Powinniśmy poczekać. Jeśli mi się pogorszy, będę pierdolił większe głupoty niż zwykle, stracę przytomność, dostanę drgawek, zacznę się dziwnie zachowywać… albo będzie mi opadała jedna strona twarzy, to znaczy że jest źle, mam wylew albo ence… encefalopatię. Będę wtedy potrzebował twojej pomocy, okay? Żebyś użyła swojej mocy.
Szczerze powiedziawszy, już nieszczególnie przypominał sobie, dlaczego miał teraz nie korzystać z jej mocy. Nie ważne. Pewnie wcześniej wymyślił coś mądrego i to miało sens, nie było po co teraz się do tego wracać, zajęłoby mu to tylko więcej czasu, a nic by nie zmieniło. Zamiast tego lepiej było myśleć o tym, co powiedziała mu Wallace. To miało sens, powinien pójść do łazienki. Przecież mógł zacząć wymiotować. Problem w tym, że jemu tak cholernie kręciło się w głowie, a przy każdym kroku czuł, jakby mózg obijał mu się o sklepienie czaszki. I nie ważne jak żałośnie się z tym czuł, nie miał zamiaru odrzucać pomocy Matilde. To nie miałoby sensu. Musiał tam przecież pójść, a sam by nie dał rady, tak? Już i tak miał problemy, żeby się nie przewrócić, a przecież się o nią opierał. Odetchnął z ulgą, kiedy w końcu usiadł na ziemi. Przymknął oczy i oparł głowę o zimną ścianę. Oddech. Powinien go pilnować, tak będzie mógł zapanować nad tętnem. Odciągnie swoją uwagę, od pękającej czaszki. Tak, to był dobry pomysł. Wdech. Wydech. Cichy szum wody w zasadzie był całkiem przyjemnym dźwiękiem. Wdech. Mógł poczuć, jak jego mięśnie międzyżebrowe rozszerzały jego klatkę piersiową. Wydech. Przepona opada. To było takie bez sensu, że kobiety z niej nie korzystały. Musiało im się ciężko oddychać.
Hopper otworzył oczy, kiedy nagle poczuł zimny materiał na swoim czole. Matilde. Czemu ona tutaj ciągle była? Przecież sama zawsze mu powtarzała, że był dupkiem. Mogła sobie pójść, ale jednak ciągle tu przy nim siedziała, przyciskała mu mokry ręcznik do czoła. Chciał żeby tutaj została, chociaż to wszystko było przez to strasznie dziwne. Will nie pamiętał, kiedy ostatnio ktoś troszczył się o niego, kiedy coś mu się działo. Zawsze był zdany tylko na siebie. Tak zawsze było dla wszystkich lepiej. Dlaczego nie potrafił tego przypilnować tym razem?
Pokręcił głową, kiedy usłyszał pytanie Matilde. Nie, chyba w tamtym momencie miał wszystko. Zamiast tego wyciągnął rękę w stronę dziewczyny, tylko po to, żeby pogłaskać ją po policzku. Tak się cieszył, że tutaj była.
- Dziękuję – powiedział cicho. Po dłuższej chwili milczenia dodał jeszcze: - Dlaczego tutaj jesteś, Mattie? Obydwoje wiemy, kim jestem.
Po prostu tego nie był w stanie zrozumieć, a chciał wiedzieć. Może gdyby był w stanie trzeźwo myśleć, sam wymyśliłby o co chodziło. Może gdyby był kimś innym, kimś z kim da się wytrzymać, kimś kto może coś dać, kimś kto nie był tyle razy złamany. Kimś kto nie umierał i miał jakąś przyszłość.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Właściwie, gdy wypowiadała te trzy słowa, była wręcz przekonana, że Hopper znowu zacznie się na nią wkurzać i irytować. W pewnym sensie spodziewała się po nim kilku nieprzyjemnych słów, krzywych spojrzeń i cynicznego uśmiechu. Ale nieważne jak nieznośny i przykry miałby być w swoim zachowaniu. Po prostu postanowiła to zignorować i dalej robić swoje. A jeśli miała w sobie wystarczająco pozytywnego myślenia, może nawet udałoby jej się uznać to za całkiem optymistyczną prognozę? W końcu te złośliwości, to piorunowanie ją wzrokiem i danie jej do zrozumienia, że była tylko głupią ćpunką… były dobrymi objawami. Przecież taki był Hopper, przyzwyczaiła się już do tego jego bucowatego zachowania. Jeśli nadal miał być sobą, to był idealny znak na to, że rzeczywiście miało być dobrze. I może nawet po cichu liczyła na tego typu reakcję? Przynajmniej tak jej się zdawało do momentu, w którym nie usłyszała tego jednego, kluczowego słowa.
To było wyjątkowo proste słowo. Każdy kto zaczynał naukę jakiegokolwiek języka na początek poznawał właśnie ten czasownik. To była podstawa. Żadna filozofia. Nawet dwuletnie dziecko było w stanie je wypowiedzieć i poprawnie użyć w zdaniu. A teraz z jakiegoś powodu to słowo okazało się być jedynym słowem, które Matilde chciała w ogóle usłyszeć. Czy chodziło o czas, którego użył? Przyszły. Więc była jakaś przyszłość. A może jednak chodziło o kontekst? Będzie, w domyśle, dobrze. Będzie dobrze. To wyrażenie mówiło samo za siebie, prawda? Czy była więc jakaś potrzeba doszukiwać się w tym czegoś jeszcze? A jednak była.
Bo to nie było jakieś tam zwykłe wyrażenie, zwiastujące coś w miarę optymistycznego. Nie było to żadne pocieszenie, grzeczność, czy przymus. To było coś niezwykle wyjątkowego w całej swojej prostocie. To ton głosu Hoppera, spojrzenie jakie jej posłał, świadomość, że on tu wciąż był spraawiło, że Wallace niczym zaczarowana całkowicie się uspokoiła. Już nie panikowała. A przynajmniej nie tak bardzo. Wystarczyły jej dwie sekundy. Dwie sekundy spoglądania w jego ciemne tęczówki, by tak po prostu mu uwierzyć. Delikatnie, wciąż tkwiąc w tym dziwnym zaklęciu, skinęła głową. Będzie dobrze. Wzięła się w garść. Ze skupieniem słuchała jego następnych słów, w głębi serca modląc się, by nic z tego co jej opisywał w ogóle się nie przydarzyło. Miała gdzieś swoją moc, miała gdzieś skutki uboczne korzystania z niej. Najbardziej obawiała się, że po prostu nie jest wystarczająco silna. Że być może naprawdę nie była w stanie mu w niczym pomóc. Że kiedy on dostanie tych drgawek, kiedy straci przytomność, zacznie się dziwnie zachowywać, opadnie mu jedna strona twarzy, ona nie będzie mogła nic zrobić. Że zacznie go dotykać, zmuszając się do cholernie wielkiego wysiłku, ale wszystko pójdzie na marne.
I co wtedy? Co wtedy? Ale zamiast powiedzieć o swoich obawach na głos, Matilde z niezwykłą pewnością – pomimo tego jakie myśli właśnie zaprzątały jej umysł – wyrzuciła z siebie:
– Okay.
Przecież nie pozwoli mu umrzeć. Nie brała nawet takiej opcji pod uwagę. Jeśli, jeśli jakimś cudem jej moc będzie niewystarczająca, to Matilde znajdzie jakiś inny sposób. I nawet jeśli oboje myśleli, że takiego nie było… to ona magicznie na coś wpadnie. Nie mogła go stracić. Nie dzisiaj. Nie teraz. Nie nigdy. Była zdeterminowana. Za bardzo jej na nim zależało i nie godziła się z tym cholernym losem. Jeśli w ogóle istniał jakiś Pan Śmierci, czy inne cudo, które czyhało na życie Hoppera, Wallace miała zamiar wykrzyczeć mu prosto w twarz, że dzisiaj nie było dobrym momentem. Hopper mógł stracić chęć do życia, mógł się poddawać, mógł odmawiać dalszej walki. Nieistotne. Być może ona nie była dla niego silną motywacją, być może nie znaczyła dla niego wystarczająco dużo, by chciał przemęczyć się jeszcze trochę, ale ona... chyba jeszcze nigdy nie była niczego tak pewna. Rany, dlaczego w ogóle na początku go nienawidziła? Kiedy tak spoglądała na niego kątem oka, mocząc ręcznik w lodowatej wodzie, Wallace doszła do wniosku, że to niemożliwe, by gdzieś po świecie chodził jakiś bardziej wartościowy dupek.
Nawet jeśli Hopper próbowałby ją teraz stąd wyrzucić, zacząłby się na nią drzeć, czy cokolwiek co tylko on potrafi, Wallace nie zostawiłaby go samego. To było postanowione i nie podlegało żadnej dyskusji. Dziewczyna ze spokojem położyła mu ten okład na czole, mając nadzieję, że choć trochę przyniesie mu ulgę, a potem uklęknęła na kafelkach, pozostając w gotowości, gdyby czegoś faktycznie potrzebował. I choć była przygotowana na naprawdę wiele różnych scenariuszy… To co on teraz zrobił…
Wallace przełknęła cicho ślinę. Lubiła gdy ją dotykał. Lubiła, gdy tak delikatnie gładził ją po policzku. Lubiła to, z jaką łatwością mu to przychodziło. To było tak naturalne, tak właściwie. A najbardziej chyba lubiła to, że prawdopodobnie nawet sam nie zdawał sobie sprawy z tego, ile uczucia było w tych drobnych gestach. Dziewczyna mimowolnie uniosła kąciki ust ku górze, sięgając dłonią do swojego policzka, by położyć rękę na jego dłoni. Nie musiał dziękować. To nie było nic wielkiego. I kiedy myślała, że już bardziej nie był w stanie jej zaskoczyć… wydarzyło się to. Przez chwilę miała po prostu wrażenie, że się przesłyszała. Co? Jak on ją nazwał? Chyba gula urosła jej w gardle.
Była Wallace. Zawsze tym swoim poirytowanym głosem mówił do niej po prostu Wallace. Nigdy inaczej. Nawet ci, którzy nazywali ją po imieniu, nigdy nie używali takiego skrótu. Oficjalnie była po prostu Matilde. Znajomi mówili na nią Tilda, a rodzice traktowali ją jak kilkulatkę Tilly. Nigdy inaczej. Nigdy. A teraz on… Cholera. Wallace poczuła jak coś niebezpiecznie napływa do jej oczu.
– Czy to się zalicza pod pierdolenie głupot? – zapytała z nerwowym śmiechem, siadając tuż obok niego i opierając się plecami o ścianę. A potem po prostu położyła sobie ich splecione dłonie na kolanach. Ale jego pytanie wciąż nie dawało jej spokoju. Dlaczego tu była?
Bo chciała mu zrobić na złość. Bo chciała się upewnić, że on nie umrze. Bo on kilka dni temu robił dla niej to samo. Bo był dupkiem, a ona była uparta i złośliwa. Bo miała dług do spłacenia. Bo jej na nim zależało. Bo dzisiaj był poniedziałek. Bo ona miała ochotę zrobić coś dobrego. To był idealny dzień, by zrobić coś dobrego. Bo ona również była beznadziejna, ale przy nim czuła się odrobinę mniej beznadziejna. Bo podobał jej się sposób, w jaki Hopper oddychał. Bo chciało jej się zapalić, a ona powinna unikać dzisiaj palenia. Bo ktoś musiał się nim zaopiekować. Bo nie był całkowicie sam na tym świecie. Bo nie chciała stracić nawet jeden chwili. Bo jej życie bez niego byłoby cholernie smutne. Bo nie powinien zostawać sam. Bo powinien mieć świadomość, że komuś na nim zależy. Mogła wymienić milion powodów, dla którego wciąż tu tkwiła, ale tylko jeden tak naprawdę wszystko tłumaczył. Czy naprawdę musiał to usłyszeć? Przecież wiedział. Wallace odchyliła głowę do tyłu, wbijając wzrok w sufit. Wyjątkowo brzydki, nierówny i pełen plam sufit. Chyba powinni to zgłosić i domagać się odszkodowania. Tak. Powinni to zrobić. Ale wtedy z jej ust niespodziewanie wydobyło się:
– Bo czuję coś do ciebie.
Zadziałało. Matilde potrzebowała chwilki, ale to zadziałało, złapała jego spojrzenie i się nieco uspokoiła. To dobrze. Nie chciał, żeby tutaj wariowała, a poza tym potrzebował jej teraz. Potrzebował, żeby była spokojna, potrzebował, żeby myślała trzeźwo, kiedy on nie będzie w stanie. Nie chciał skończyć martwy, nie tym razem, ciągle było na to wszystko za wcześnie. Potrzebował kogoś, kto upewni się, że on to przeżyje, a Wallace należała do grona tych kilku osób, którym był skłonny zaufać z czymś tak istotnym. Jakimś cudem, tak było w tej ich dziwnej relacji od samego początku. Nie ważne jak cholernie źle i dupkowato się zachował, z jakiegoś powodu cały czas był z nią szczery i zaufał jej w kwestii swojego życia. Skoro zrobił to wtedy, to dlaczego nie miałby tego zrobić teraz? Z resztą, to nie ona była tutaj kimś, na kogo trzeba było uważać. To on zaczął ich relację od grożenia jej, to on wykręcił jej rękę kiedy próbowała go obudzić, to on był poszukiwanym listem gończym mordercą.
A ona z jakiegoś powodu tu siedziała i uważnie słuchała tego co miał jej do powiedzenia. Lubiła pchać palce między drzwi, huh? Nikt nigdy nie odkrył, że była mutantką, mogła prowadzić normalne życie, wyjechać do Kanady czy Europy. Tymczasem, z jakiegoś powodu dołączyła do Bractwa, którego tak bardzo miała dość. Przecież nie musiała tego robić. Przecież nie musiała tu siedzieć. Tak bardzo ciągnęło ją do autodestrukcji? A może chociaż tak głośno temu zaprzeczała, jednak potrzebowała tego odkupienia? Śmieszne, bo nawet nie miała czego odkupywać. Nic z tego wszystkiego nie było jej winą – dlaczego nie potrafiła tego zauważyć? Nie była taka zła, za jaką się miała. Może nawet wcale nie była zła. W tym świecie to było naprawdę dużo. To powinno być naprawdę dużo, to powinno znaczyć naprawdę dużo. Dlaczego dla świata to wszystko było tak bardzo pozbawione wagi? Dobrzy czy źli, umierali tak samo. Nie było karmy. Nikt nie liczył dobrych uczynków. Nikt nie miał ważyć ich serc, żeby potem zdecydować czy zasługują na odkupienie, czy należy rzucić ich duszę na pożarcie potwornej Ammit. Ostatecznie to wszystko było pozbawione znaczenia, a ludzie i tak robili, głupie, dobre rzeczy. Matilde robiła głupie, dobre rzeczy. Siedziała tu z nim. Nie pozwoliła umrzeć Fay. Kto wiele ilu mutantów w Bractwie uratowała? Wszystko byłoby o tyle prostsze, gdyby faktycznie zależało jej tylko na sobie. Może wtedy tak bardzo by go nie obchodziła.
To wszystko komplikowało. Nawet nie chodziło o to, że nie miał już czasu na takie rzeczy. On się po prostu do tego wszystkiego nie nadawał. Czegokolwiek Wallace oczekiwała – nie znajdzie tego u niego. On nawet nie potrafił tworzyć zwykłych relacji. Kiedy Leilah przyszła do niego po pomoc, chciał znaleźć jej córkę, ale zamiast tego postrzelił kobietę, a teraz Lizzy nie żyła. Co było z nim nie tak? Dlaczego nie mógł zachowywać się jak normalni ludzie? Nie chodziło o to, żeby był dobry. Chodziło o to, żeby był choć trochę mniej tragiczny. Żeby ludzie przez niego nie umierali aż tak często. Chyba wyrobił normę za całą swoją rodzinę kilka pokoleń w przód. Tyle już wystarczy, naprawdę. Niech w końcu przestanie być takim idiotą. Dlaczego wpadał na takie genialne pomysły tylko kiedy leżał półprzytomny na ziemi i miał wrażenie, że czaszka zaraz mu eksploduje od ciśnienia krwi? Może dlatego, że dobrze byłoby mieć jakieś mądre ostatnie przemyślenia. W końcu był geniuszem, powinien się postarać o jakieś ładne ostatnie słowa. Gdyby cokolwiek w życiu osiągnął i został kolejnym Einsteinem, ludzie mogliby je pisać na kubkach i parafrazować w żartach. William Hopper to powiedział w ostatnich dniach swojego życia. To musi być prawda. Cholerna szkoda, że miał umrzeć zupełnie marnując swój potencjał, będąc jakimś uciekinierem w jakimś zatęchłym motelu. Może nie tym, ale co z tego, skoro wszystkie były takie same?
Nie we wszystkich motelach była za to Wallace, która kładła dłoń na jego dłoni w taki sposób, która tak delikatnie się uśmiechała. Powinna to robić częściej. I naprawdę, nie miał teraz sił zastawiać się jeszcze, dlaczego to zrobił... Dlaczego ją tak nazwał. Po prostu tak mu się powiedziało. Czy tu było w ogóle coś do zastanawiania się? Powiedział tak, bo tak powiedział. Bo akurat nie powiedział Wallace, bo nie nazywał jej Matilde. Jak miał się do niej inaczej zwrócić? Jakby to w ogóle było coś, nad czym powinni się zastanawiać. Stanowczo, to nie było coś, nad czym powinni się zastanawiać. Może kiedy indziej, kiedy będzie mógł skupić myśli, kiedy głowa przestanie go boleć. Mógłby przysiąc, że czuł jak po każdym kolejnym uderzeniu serca krew przez chwilę mocniej tłoczy się w jego czaszce. Dziwne uczucie. Prawie dorównywało temu, które czuł czekając na odpowiedź Wallace. Naprawdę, chciał to wiedzieć, a czuł że w tym stanie nie będzie w stanie sam dojść do jakichś satysfakcjonujących wniosków.
- To ty mi powiedz. Chwilowo to ty jesteś tutaj pierdolonym najge… cokolwiek. Korzystaj – odpowiedział jej, starając się wykrzesać z siebie jakiś rozbawiony ton. Chyba kiepsko mu wyszło.
Nie miał zamiaru dopominać się o odpowiedź. Po prostu siedział tam, obok niej, trzymając ją za rękę i nieco się wyłączając. Starał się nie zwracać uwagi na ból, ale ciężko było go ignorować. Ciągle przebijał się do świadomości jak natrętna myśl. Jak to, że Matilde mu nie odpowiedziała, a on naprawdę tego nie rozumiał. Chciał, żeby tu z nim została, ale nie mógł pojąć, jakim cudem to się właśnie działo. I jakby to było nie dość abstrakcyjne, nagle postanowiła się odezwać.
Nie powinien mieć omamów słuchowych. Wzrokowe mogły wystąpić, ale słuchowe? To było takie dziwne, a równocześnie miało tyle sensu. Przecież wiedział, że ją pociągał, że też cieszyła się z czasu, który z nim spędzała. Sam się z niej wyśmiewał z tego powodu. Z jakiegoś powodu o ciągle było równie mocno nie miało sensu. To nie powinno było mieć miejsca.
- Och – skomentował, jakże inteligentnie. – Musisz mieć pecha – zauważył po chwili tym swoi półprzytomnym tonem.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Żarty żartami, ale czy naprawdę zaczynało mu się pogarszać? Wolała myśleć, że trudności w wypowiadaniu tych dłuższych i bardziej upierdliwych słów brały się z braku skupienia, aniżeli z tych wszystkich strasznych rzeczy, które jej wcześniej opisywał. Ale czy rzeczywiście powinna się tak oszukiwać? Czy ta jej chora nadzieja, która właściwie wzięła się znikąd, miała w ogóle jakieś uzasadnienie? Przecież ona nawet nie była optymistyczną osobą. Brzydziła się nadzieją. Była ponura, sceptyczna i na wszystko patrzyła w najciemniejszych barwach. Ale z jakiegoś powodu w tym cholernym momencie nagle zamieniała się w zupełnie inną osobę. W promyczek. Kim ona właściwie była? Nie poznawała siebie. I cholera, tak bardzo chciałaby teraz powiedzieć Hopperowi, że mężczyzna grał nie fair. Że wymuszał na niej, by dawała mu fory. To przecież byłby idealny moment na docinki, nabijanie się, złośliwości i zgryźliwości. Idealny, gdyby nie sytuacja.
I kiedy wiadome słowa… właściwie to nie, niczego od niego nie oczekiwała. Nigdy niczego od niego nie oczekiwała. Od początku przecież grali w otwarte karty, od początku wiedzieli, że byli najgorszym typem człowieka, z którym można było cokolwiek zbudować. Oboje się do tego nie nadawali, a czas im nie służył. Może gdyby mieli więcej czasu… Może gdyby to działo się kilka lat wcześniej. Ale czy takie gdybanie miało sens? Byli tutaj. Teraz. Siedzieli na podłodze ciemnej łazienki, zdając sobie sprawę z tego jak beznadziejny był ich los. A jednak. A jednak ona coś do niego czuła. A jednak on również musiał czuć coś do niej. Nie musiał jej tego mówić. Nie musiał nawet zdawać sobie z tego sprawy. Dawał jej wystarczająco dowodów, by była tego pewna. I w tej całej swojej tragicznej otoczce tak po prostu trzymali się za ręce. I być może odpowiedź Willa być może powinna jakąś na nią wpłynąć, ale tak naprawdę Matilde skupiła się jedynie na głosie mężczyzny. Słaby, półprzytomny, nieco odległy.. Cholera. Było źle.
– Do bani, huh? – wyrzuciła z siebie właściwie tylko po to, by cokolwiek powiedzieć i nie dać po sobie poznać, że znowu zaczęła się denerwować, jednocześnie wyswobadzając rękę z jego uścisku, by sięgnąć dłońmi do jego czoła i zmienić stronę okładu. Tamta była już za ciepła, ale kiedy tylko przekręci ręcznik na tą wciąż lodowatą… Chciała wierzyć, że to w czymś pomoże. Wiedziała, że było źle. Ale czy to już był czas, by użyła swojej mocy? Hopper miał problemy z mówieniem, wydawało się, że odpływał, ale ten lek… za chwilę powinien zacząć działać. Zaraz na pewno zacznie działać, a jemu się polepszy. To musiało działać tak jak heroina. A na niczym nie znała się tak jak na heroinie. Musieli przeczekać jeszcze kilka minut. To wszystko. Błagam, wytrzymaj jeszcze trochę, kochanie. I zanim Wallace położyła mu ten chłodny ręcznik na głowie, odgarnęła jeszcze z jego czoła zlepione od wody włosy.
– Czujesz się lepiej? Gorzej? – spytała, tym razem przyciskając trzy środkowe palce swojej lewej dłoni do jego karku, by zacząć opuszkami palców robić delikatne kółeczka na jego skórze. Nie sądziła, by to również pomogło, ale nie wiedziała co jeszcze mogła zrobić. Jeśli Will jej nie zdoła odpowiedzieć, wtedy Matilde nie miała zamiaru dłużej zwlekać. Po prostu zrobi co do niej należało. Teraz jednak chciała choć trochę mu pomóc się odprężyć. Jeśli zaczął sztywnieć mu kark, rozmasowanie powinno coś zdziałać, tak? Rany, tak bardzo chciała mu pomóc.
– Ta chińszczyzna była okej, ale chyba jednak wolę na obiad znowu zjeść pizzę, wiesz? Tą z fasolą, pomidorami, papryką i pomidorami. Jak ona się nazywała? Meksykańska? Właściwie to możemy dzisiaj zjeść na mieście. Jutro mam urodziny. Całkiem dobrym prezentem byłoby gdzieś wyskoczyć – całkiem dobrym prezentem byłoby gdybyś przestał umierać i wrócił do żywych. Ale nie chciała go stresować, nie chciała naciskać. Właściwie nie wiedziała czemu w ogóle cokolwiek mówiła. W dodatku takie bzdury. Przecież tamta meksykańska pizza w ogóle jej nie smakowała.
Nie było wcale tak źle, tak po prostu siedzieć na ziemi, opartym o ścianę i trzymać dłoń Wallace. Pewnie gdyby głowa nie bolała go aż tak bardzo, byłoby jeszcze lepiej, ale nie było co marudzić. Mogło być gorzej. Mógł siedzieć tutaj sam. I chociaż może nie robili nic szczególnego, nawet za bardzo nie rozmawiali, po prostu siedzieli obok siebie... to było dużo, przynajmniej dla Willa. Właściwie, w tamtym momencie nie chciał niczego więcej, po prostu trwać tak. Może jeszcze, żeby ta cholerna głowa przestała go boleć, ale starał się mieć realistyczne pragnienia. Tak. Lepiej było próbować to po prostu ignorować. Kiedy nie ruszał głową, nie było nawet tak tragicznie. Mógł nawet próbować się jakoś wyłączyć, odciąć się od tego. Mogło być gorzej.
- Taaa… – odpowiedział jej, nie będąc w stanie znaleźć jakiejś bardziej błyskotliwej odpowiedzi. Wrócą do tych swoich typowych przepychanek słownych, kiedy już będzie mógł myśleć, dobra? Po prostu chwila przerwy, zanim zaczną sobie dogryzać ze zdwojoną siłą. Tak. Tak będzie. A na razie, mógł wrócić do myślenia, jak bardzo to co mu powiedziała nie miało sensu. A może miało? Nieważne, to było chyba chwilowo zbyt skomplikowane dla niego. Ale to było ważne. Tak. To było cholernie istotne. Chyba pierwszy raz powiedziała na głos, że coś było między nimi. Cokolwiek to właściwie było. Hopper miał wrażenie, jakby to zrobiło się przez to bardziej prawdziwe. Dawno temu, ludzie wierzyli w magiczną moc słowa. Jeśli wypowiesz coś na głos, to się stanie. Czy to ciągle działało? Chyba nie powinien tak bardzo tego roztrząsać. To były tylko słowa, nawet Matilde przeszła nad nimi bez szczególnego roztrząsania sprawy. Problem był w tym, że to jedno zdanie ciągle odbijało mu się po czaszce. Czuła coś do niego. Przecież to wiedział, przecież obydwoje to wiedzieli. Koniec końców, to nie było nic wielkiego, widział to po niej. Chyba powinien zająć się czymś innym. Tym, że zabrała dłoń z jego uścisku. Zrobił coś nie tak? Chyba nie miał siły się teraz tym przejmować. Dopiero kiedy sięgnęła dłonią do ręcznika, przypomniał sobie, że miał okład na czole. Chłód był przyjemny. Pomagał odciąć się od bólu. Powinien się na tym skupić, na tym delikatnym dotyku Wallace… ale myśli cały czas same mu uciekały do tych jej kilku słów. Czuła coś do niego.
Musiał chwilę się zastanowić nad jej pytaniem, skupić się na swoim ciele. Głowa go cholernie bolała, ale to była norma. Chyba kręciło mu się w głowie, ale miał problem żeby to stwierdzić, kiedy siedział na ziemi. Nie było mu niedobrze, ale to raczej była norma. Miał wcześniej lekkie problemy z odległościami, ale chyba nie miał szczególnych problemów ze wzrokiem. Było ciemno, ale powinien się zorientować, gdyby coś się działo. I przecież nie widział podwójnie, czyli w jego czaszce nie mogło być aż tak tragicznie. Oprócz tego, ciągle nie zaczął wymiotować.
- Normalnie… tak myślę – powiedział nieco niepewnie. – Nie jest szczególnie źle, nie mam wszystkich objawów, mannitol musi działać – dodał, mówiąc każdą część tego zdania chyba nieco zbyt rytmicznie i monotonnie, żeby to mogło brzmieć normalnie. Nieważne. Przynajmniej było logiczne i złożone. Nie było z nim aż tak źle.
Dopiero kiedy poczuł ten delikatny dotyk Matilde, przypomniał sobie, że sztywność karku też byłaby złym objawem. Świadczyła o wielu chorobach mózgu i układu nerwowego, na przykład o zapaleniu opon mózgowych i… zapaleniu opon mózgowych. O czymś jeszcze. Tego była cała masa, ale Hopper mógł myśleć tylko o tym głupim, odkleszczowym zapaleniu opon mózgowych. Ale jego kark był przecież w porządku, tak?
Dobrze mu się słuchało głosu Wallace. Tak strasznie doceniał to, że tutaj była. Powinien jej podziękować. Zrobi to, ale za chwilę. Na razie po prostu tak dobrze śledziło mu się, co mówiła.
- Okay – odpowiedział na te jej słowa i postarał się zapisać w swojej głowie, że chciała jutro gdzieś wyjść. Długo myślał o tym, co powinien zrobić na jej urodziny i czy w ogóle powinien, to wszystko było takie cholernie skomplikowane… I kiedy miał już nie zawracać sobie głowy bzdurami, w końcu zdobył już swoją szalenie istotną odpowiedź, zmarszczył brwi. – Nie smakowała ci tamta pizza – zauważył. Przyłapał ją na czymś, ale jeszcze nie był pewien, o co jej właściwie chodziło. Dajcie mu chwilkę.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
To nie tak, że to wyznanie przyszło jej z łatwością. To nie tak, że było jej ono obojętne i przeszła obok niego bez zbędnego roztrząsania całej sprawy. Wręcz przeciwnie. Wypowiedzenie tych kilku słów było chyba jedną z najcięższych rzeczy, jakie kiedykolwiek zrobiła. I właściwie, gdyby tylko mogła prawdopodobnie cofnęłaby czas o tych kilka sekund, by powstrzymać tego wewnętrznego diabełka, który podkusił ją do wypowiedzenia tych słów. Czy mogła zrzucić winę swojego haniebnego czynu na zmęczenie? I na świadomość, że on jednak w każdej chwili mógł umrzeć? A ona najzwyczajniej w świecie nie chciała, by on umierał ze świadomością, że nikogo nie obchodził. Obchodził. I to cholernie obchodził. Ją obchodził. Obchodził ją bo do niego coś czuła. Coś bardzo silnego. Oboje to wiedzieli. Ale czy konieczne było wypowiadanie tego na głos? Wallace miała mętlik w głowie. Pewnie gdyby nie fakt, że zaczęła panikować… odgrywałaby tych kilka ostatnich sekund w swojej głowie tak długo aż nie doszłaby do wniosku, że wszystko zepsuła. Po co ona się w ogóle odzywała? Ale kiedy tak odgarniała włosy z jego czoła doszła do jeszcze jednego wniosku. Właściwie.. to uderzyło w nią z ogromną siłą. Tak nagle. W jednej chwili sięgała ręką do jego włosów, a w drugiej jej serce zaczęło bić szybciej, a w gardle pojawiła się gula.
On troszczył się o nią. Ona troszczyła się o niego. Wciąż była na niego zła za to jak ją traktował, ale mimo wszystko wciąż tu była. Mimo, że był dupkiem. Siedzieli tu razem. Milczeli. I było tak zajebiście komfortowo. To… to był związek. Chociaż wcześniej ta myśl pojawiała się w jej głowie, to teraz nie miała już żadnych wątpliwości. William Hopper był jej facetem. I z pewnością zastanowiłaby się nad tym dłużej, ale z tego krótkiego zawieszenia wyrwał ją głos mężczyzny.
– To dobra wiadomość – wyrzuciła, nie kryjąc emocji. Wręcz czuła jak kamień spada jej z serca. Zaczynało działać. I po raz kolejny. Jeśli to choć trochę przypominało heroinę… za jakiś czas miał być najsilniejszy efekt działania lekarstwa. Wszystko miało być dobrze.
– Wytrzymaj jeszcze trochę, okay? – zupełnie jakby miał inne wyjście. Ale chciała do niego mówić. Chciała, by widział, jak bardzo jej zależało. Choć wciąż zdawała sobie sprawę z tego, że nie była dla niego wystarczającą motywacją to jednak odkrycie o ich związku.. zrobiło swoje. Nie ściągnęła ręki z jego karku. Wciąż robiła delikatne kółeczka na jego skórze, rozmasowując mu szyję.
– Za chwilę ci pomogę – dodała miękko wypowiadając te słowa. A potem.. właściwie zaczęła mu mówić o tej niedobrej pizzy i naprawdę nie spodziewała się, że on tak po prostu się zgodzi. Raczej kiedy o tym paplała to nie myślała, że rzeczywiście pójdą na miasto. Ale teraz… uhm… byli umówieni na randkę. Jak prawdziwa para. Którą byli. To było naprawdę dziwne uczucie. Zupełnie jakby ktoś ją potrącił tramwajem. Ale w pozytywnym znaczeniu. O ile.. o ile takie w ogóle istniało. Nieważne.
– Nie? – spytała głupio, zupełnie jakby została przyłapana na gorącym uczynku. A że to się nie godziło. Nie u Matilde Wallace, to dziewczyna szybko wyrzuciła z siebie wytłumaczenie: – Oh tak, była niedobra, ale hej. Podobno każdy zasługuje na drugą szansę. A ja się tak cholernie źle czuję z tym, że wczoraj wyrzuciliśmy tą pizzę.. wiesz.. dzieci w Afryce głodują i w ogóle… Więc każdy zasługuje na drugą szansę i uhm… – właściwie to o czym ona mówiła? Wallace na moment przerwała, by ściągnąć brwi i dłużej się nad tym zastanowić. To w ogóle nie miało sensu. I Will, który powoli wracał do życia na pewno miał to zaraz wyłapać i później się z niej nabijać. Taki już był. Ale czy jej to przeszkadzało? Zdecydowanie nie. Mimo wszystko dodała pewne:
– Widzisz jak mi się miesza w głowie od tej heroiny? Najpierw ta ostra konserwa od puszki, a teraz takie głupoty. – bo tak. Ostra konserwa od puszki była zasługą heroiny, a nie tego, że ją pociągał. Okay?
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum