Poprzedni temat «» Następny temat
La Hacienda Motel
Autor Wiadomość
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2018-04-29, 10:01   La Hacienda Motel



[Profil]
 
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-04-29, 17:30   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


/środek nocy 06/07.03

Zgadnijcie kto od pięciu minut bez przerwy próbował dodzwonić się na numer Wallace? I zgadnijcie czyj telefon nagle w nieznanych okolicznościach zupełnie odmówił posłuszeństwa i przestał odbierać połączenia przychodzące? Ciekawy zbieg okoliczności, prawda? Hopper pokonał te ostatnie kilka ulic będąc już zupełnie pewnym, że Wallace właśnie ćpała w najlepsze. Gdzieś z tyłu głowy miał świadomość, że nie powinna umrzeć w ciągu tych pięciu minut... ale przecież nie miał pewności ile wzięła. Może zabrał jej swoją broń, ale bez problemu byłaby w stanie znaleźć sobie inną, a skoro była w na tyle złym stanie żeby zacząć znowu ćpać, mogła być w na tyle złym stanie, żeby chcieć się zabić.
W końcu zatrzymał się przed tym cholernym motelem i tu pojawił się problem: nie miał pojęcia w którym pokoju była. Wrzucił drobne do automatu z przekąskami, wcisnął numerek dietetycznej coli i zrobił szybką rundkę po parterze, cały czas dzwoniąc na jej numer. Oczywiście, nic nie usłyszał, miała za cichy dzwonek. Tyle dobrze, że zauważył kogoś w pokoju na piętrze przez częściowo zasłonięte okno i mógłby przysiąc, że to była Wallace. Pobiegł do schodów, przy okazji zahaczając o automat i zabierając z niego zimną puszkę coli, wbiegł na piętro, nacisnął klamkę, popchnął drzwi. Wszedł do środka.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-04-29, 18:04   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


06/07.03
Kiedy tylko zorientowała się, że Hopper wie o tym co dziewczyna miała zamiar zrobić, Matilde wpadła w panikę. Było jej wstyd, czuła się z tym cholernie źle, a z drugiej strony miała wrażenie, jakby ponownie znalazła się w tym labiryncie ze swojego snu. Nie chciała być ratowana. Nie chciała, by Hopper się nią zajął. Powinien zostawić ją w spokoju. Jeśli on miał zamiar skończyć ze sobą, to dlaczego ona nie mogła zrobić tego samego? Dlaczego nie mogła się pogrążyć w swojej jedynej prawdziwej miłości? Dlaczego chciał ograniczać jej wolność?
Wallace zacisnęła mocniej pasek na swojej ręce, by żyły znacznie się uwidoczniły. Choć ćpała dopiero kilka dni, już zaczynała mieć problemy ze znalezieniem miejsca, by się odpowiednio wkłuć. Pierwsze razy nie wyszły bowiem tak jak tego oczekiwała. Wielokrotnie skończyło się niedokładnym zrobieniem zastrzyku w wyniku czego krew rozlała się pod jej skórą, tworząc naprawdę paskudny siniak. Nie dbała jednak o to. Miała gdzieś wszelkie choroby zapalenia żył, z którymi musiała się liczyć, wciąż zagłębiając się w swój nałóg. To był po prostu skutek uboczny. Teraz po prostu chciała wziąć kolejną dawkę heroiny. Nic więcej. Ale to nie było takie łatwe. Nie, kiedy jej telefon ciągle dzwonił.
Wallace czuła jak z każdym kolejnym dźwiękiem dzwonka zaczyna jej drżeć dolna warga, a do jej oczu napływają łzy. Dlaczego jej nie dawał spokoju? Dlaczego wciąż ją męczył?
– Zamknij się, zamknij się – błagała, próbując utrzymać strzykawkę w dłoni, ale.. jej ręka za bardzo się trzęsła. Ona cała za bardzo się trzęsła. I ilekroć zbliżała igłę do najlepiej widoczniej żyły, telefon zaczął wibrować na nowo, nie pozwalając jej się na niczym skupić. Niech on przestanie, niech przestanie. Nie wiedziała nawet ile minęło czasu, czuła się jak w kolejnym koszmarze. Miała coś czego chciała najbardziej na wyciągnięcie ręki. To nie było przecież trudne. Robiła to setki razy. Ale z jakiegoś powodu nie mogła. I wtedy.. wtedy usłyszała jak drzwi się otwierają i z przerażeniem uniosła głowę, patrząc przed siebie. Musiała wytężyć wzrok, a rozpoznanie w tajemniczej postaci Hoppera zajęło jej kilka chwil.
– Przyszedłeś mnie zabrać? – spytała cicho, próbując ustalić, czy był duchem, czy prawdziwą osobą. Już umarł? Przyszedł ją zabrać? Jej czas też już nadszedł? Ale wtedy przypomniała sobie o heroinie i ponownie spuściła wzrok na drżącą dłoń i strzykawkę. Nie była w stanie tego zrobić. Nie sama. Nie w tym stanie.
– Pomóż mi – jęknęła zrozpaczonym tonem głosu, sama nie do końca wiedząc o co tak naprawdę go prosiła. Nie wiedziała, czy prosiła go, by wbił się za nią, czy o to, by ją powstrzymał. Ale jedno było pewne – kolejne niezwykle rozemocjonowane i wypowiedziane łamiącym tonem głosu: – proszę.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-04-29, 20:41   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Kiedy tutaj wchodził spodziewał się, że zastanie Wallace w złym stanie, ale i tak jej widok uderzył w niego jak rozpędzona ciężarówka. Czy ona w ogóle spała przez te kilka dni? Cokolwiek jadła? W pomieszczeniu panował półmrok, ale Hopper i tak widział jak była trupio blada, jakie miała problemy, żeby w ogóle go rozpoznać. Nieistotne. Była żywa. To było najważniejsze. Cały czas była przytomna, nie zdążyła się zaćpać, strzelić sobie w głowę, zrobić cokolwiek planowała. Nie przyjechał za późno.
Cholera, przecież mógł się tego domyślić... To była Wallace, ona robiła głupie rzeczy, a wychodząc z gabinetu... To naprawdę ją dotknęło, z jakiegoś pierdolonego powodu ją obchodził. I jeżeli Hopper myślał, że wtedy miała się źle, to teraz było po prostu tragicznie. I jeśli ktoś był za to odpowiedzialny, to właśnie on.
Szczerze mówiąc, kiedy tutaj jechał, myślał że będzie się wściekać. Podjęła najgłupszą możliwą decyzję, jeszcze rozłączyła się tak nagle, to były jedne z najgorszych pięciu minut w jego życiu... Powinien po prostu tutaj wejść, zabrać jej heroinę i zaciągnąć ją na odwyk... ale nie potrafił. Nie kiedy była w takim stanie, kiedy błagała go o pomoc. Powinien był zadzwonić wcześniej, upewnić się że wszystko w porządku, to było ważniejsze niż nie robienie jej nadziei... Jeśli ktoś był za to odpowiedzialny, to właśnie on.
W zgięciu łokcia miała paskudnego siniaka, nad nim zaciśnięty pasek. W drżącej dłoni cały czas trzymała strzykawkę.
- Heeej... - powiedział łagodnie podchodząc do niej bliżej. Delikatnie wyciągnął jej z dłoni strzykawkę. Powinien jak najszybciej się jej pozbyć. Powinien jej zabrać całą heroinę i ją wyrzucić. - Tak bardzo cię przepraszam... - powiedział cicho. To właśnie był sposób, w który chciał jej oszczędzić późniejszego bólu, huh? Mógł zrobić więcej. Powinien o tym pomyśleć, do cholery jasnej. Był w końcu geniuszem. Tym się właśnie zajmował: myślał o wszystkim z wyprzedzeniem, a mimo tego nie wpadł na tak oczywisty pomysł. Gdyby zadzwonił kilka dni później, znalazłby ją martwą.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-04-29, 21:18   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Gdy tak stał w drzwiach, a ona wpatrywała się w niego z rozchylonymi ustami i wyjątkowo żałośnie zaszklonymi oczami… to w jakimś sensie sprawiło, że coś jakby ją ścisnęło w żołądku. Nie zastanawiała się dłużej, czy rzeczywiście był prawdziwy. Miała przecież na to wszelkie oznaki. On mówił. On oddychał. On najwyraźniej postanowił do niej podejść. A Matilde? Jak zaczarowana obserwowała każde jego ruchy. Było w tym coś dziwnie magicznego. To w jaki sposób był spokojny, łagodny i taki... żywy. Obserwowała go ze zdumieniem, przez chwilę nawet zapominając o tym, co tak właściwie miała zamiar zrobić. Ten czar jednak prysł kiedy tylko William zaczął jej wyciągać strzykawkę z dłoni. A Matilde jak na zawołanie wpadła w panikę.
– Nie, nie, nie – wyrzucała z siebie rozpaczliwym tonem głosu. Dlaczego to robił? Dlaczego jej to zabierał? Ona tego potrzebowała! Chciał to zabrać i tak po prostu odejść? Pozbawić ją resztek nadziei? Jedynego lekarstwa na ten cały ból? W jednej chwili ponownie zaczęła się trząść, chwiejnym krokiem podnosząc się z podłogi.
– Nie możesz, nie możesz... oddawaj! – pokręciła zdecydowanie głową, czując jak w jej gardle pojawia się jakaś gula. Nie mógł jej tego zabierać. Już wystarczająco ją zniszczył, nie musiał robić jeszcze tego. Matilde wyciągnęła swoje chude dłonie w kierunku Hoppera, by złapać go za nadgarstek i spróbować wyszarpnąć mu z ręki strzykawkę. Ale była za słaba, by osiągnąć zamierzony skutek. Za słaba, by osiągnąć jakikolwiek skutek.
– Oddawaj – wycharczała, czując jak zaczyna ogarniać ją dziwna złość. A potem to „przepraszam”, które wydobyło się z jego ust. Wallace chyba nigdy nie była bardziej skonsternowana, jak w tym momencie. Przepraszał? Ale za co tak naprawdę przepraszał? Za to, że zabrał jej strzykawkę? Mógł oddać. W każdej chwili. Między brwiami brunetki pojawiła się pionowa zmarszczka, natomiast swój nieco przerażony wzrok na moment zawiesiła na twarzy mężczyzny.
Przepraszasz? – zapytała cicho, przełykając ślinę i czując jak jej oczy zaszywają się łzami. Mimo, że po zażywaniu heroiny jej puls znacznie się pogorszył, dałaby przysiąc, że jej serce zabiło mocniej. Ale.. czy to coś zmieniało? Za cokolwiek przepraszał, było już chyba za późno. To niczego nie zmieniało. W tym stanie mówił to co chciała usłyszeć. Ale nie mówił tego na serio. I wtedy po prostu wytarła oczy wierzchem dłoni i znowu zaczęła dobierać się do jego rąk, chcąc odzyskać swoją własność.
– Po prostu mi to oddaj i wynoś się stąd. – syknęła wbrew sobie, niemal odbijając się od niego swoim wątłym i kruchym ciałem. Po co ona w ogóle odbierała ten telefon? Jaka ona była głupia. Nie chciała go tutaj. Nie chciała jego słów, chciała tylko znowu znaleźć się w tym cudownym stanie i już nigdy więcej się z niego nie wyrwać.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-04-29, 22:06   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Przez chwilę naprawdę liczył, że Wallace po prostu odda mu tą strzykawkę. Że była zbyt naćpana, zbyt zszokowana i zmęczona, żeby zacząć się z nim kłócić. Wiedział że nie uniknie tego, że to się stanie prędzej czy później, ale cały czas miał nadzieję, że będzie mógł to jak najbardziej odsunąć. Do momentu do którego będzie chciała kolejną dawkę, kiedy zabierze jej resztę heroiny. Bo na pewno musiała ją gdzieś tutaj trzymać. Zrobiła zapasy, pewnie wydała na to wszystkie pieniądze, które dała radę zdobyć, a teraz nie musiała ruszać się z tego jednego pokoju. A teraz on miał ją tego pozbawić. Pięknie, co?
Nie miał najmniejszego zamiaru oddawać jej strzykawki, pozwalać jej ją sobie wyrwać. Hopper nie miał zamiaru nawet słuchać jej błagań. Musiał się od tego odciąć, od wszystkiego co mówiła, od poczucia winy, od uczuć. To one zawsze odciągały go od celu, a ten był banalnie prosty: zabrać Wallace narkotyk i się go pozbyć. Nic trudnego. Wystarczało nie zwracać uwagi jak łapie go za nadgarstek, jak zdawała się być przejęta tym co do niej mówił tylko po to, żeby zabrać mu heroinę, jak bardzo czuł się winny. I cholera, chociaż już od kilku miesięcy nie funkcjonował bez opioidów i cały ten czas przyjmował zbyt małe dawki, żeby się nie uzależnić, to w tamtym momencie naprawdę pomyślał, że przydałoby mu się przekroczyć bezpieczną dawkę. Jeżeli dziesięć minut temu czuł się przytłoczony, to teraz nie znał słowa żeby to wszystko opisać.
Dlatego musiał się po prostu od tego odciąć. Nie zwracając szczególnej uwagi na zachowanie Wallace, na jej błagania czy próby walki, poszedł do łazienki, żeby wrzucić strzykawkę do muszli i spuścić wodę. A potem wrócił do pokoju i zaczął metodycznie przeszukiwać szafki, meble i rzeczy dziewczyny w poszukiwaniu reszty heroiny. Jak ją znajdzie, to się jej pozbędzie. Potem sprawdzi stan Wallace. Spyta ją ile wzięła, kiedy ostatnio. Jedno zadanie po drugim. Powoli. Metodycznie. Bez pośpiechu.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-04-29, 22:22   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


– Oddawaj – powtarzała jak jakąś pieprzoną mantrę. Usilnie próbowała wyrwać mu z ręki strzykawkę, walczyć o swoje. I zatrważające było z jaką łatwością i lekkością był w stanie to ignorować. To był koszmar. Kiedy zobaczyła go w drzwiach… poczuła się naprawdę dobrze. Wciąż żył. Znowu było jej dane go zobaczyć. Przecież tylko tego tak naprawdę chciała. Teraz jednak.. miała wrażenie, że przyszedł tu tylko po to, by odebrać jej ostatnie rzeczy, jakie w ogóle posiadała. Ale go to nie ruszało. Miał gdzieś jej prośby, czy groźby. Po prostu zaczął iść, a ona wlokła się tuż za nim obejmując go ramionami w pasie. Zupełnie jakby to miało w czymś pomóc. Jakby.. jakby miało go to zatrzymać. Jakby była wystarczającym ciężarem, który był w stanie zapobiec temu co miał robić.
Przecież doskonale wiedziała gdzie zmierzał. Może i była pod wpływem odurzających substancji, ale zorientowała się niemal natychmiast. Zapierała się nogami, ciągnęła go w drugim kierunku, nie chcąc dopuścić do tego, by znaleźli się w tej pieprzonej łazience. Ale co ona mogła? Jedynie ślizgała się za nim, rozciągając mu koszulkę i niemal nie wywracając na podłogę. A potem jeszcze uwiesiła się na jego ramieniu, wybuchając płaczem:
– Proszę, nie. Proszę, proszę, proszę, proszę – powtarzała, obserwując jak wrzuca strzykawkę do toalety. Mogła to wyjąć. Tak, to nie było nic wielkiego. Nie było. Ale on… on po prostu spuścił wodę, a Matilde jak zaczarowana obserwowała, kiedy jej dawka po prostu znika w tej cholernej muszli. A potem.. zerwała się na nogi, biegnąc tuż za nim i obserwując co on wyprawia.
– Nie, zostaw. Nie, nie. To moje rzeczy, nie masz prawa! – krzyczała, próbując zagrodzić mu drogę do szafy z ubraniami. Właściwie to oparła się plecami o drzwiczki, zapierając się nogami o podłogę.
– Nienawidzę cię, tak bardzo cię nienawidzę. Wyjdź, wyjdź stąd DO CHOLERY – ale wiedziała, że nic nie wskóra. Była tylko głupią ćpunką, błagającą zupełnie niewzruszoną osobę o kolejną działkę. I kiedy sobie to uzmysłowiła.. po prostu opadła bezwładnie na podłogę, kuląc się w sobie.
– Will.. proszę.. nie rób tego.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-04-29, 23:34   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Po prostu niósł tę strzykawkę do łazienki, posuwał się krok za krokiem, metr za metrem, a Wallace próbowała go odciągnąć w przeciwnym kierunku. On w jedną, ona w drugą, huh? Takie już chyba były zasady. Matilde miała pecha, nie miała szans wygrać z jego determinacją. Chcecie nieco prawdy? To tak naprawdę była ta jedna jedyna rzecz która pozwoliła mu przetrwać te jedenaście lat, nie jakieś doświadczenie czy intelekt. Był zbyt uparty żeby odpuścić, zbyt uparty by umrzeć. Właśnie tak to miało wyglądać? Za każdym razem kiedy próbował iść w lewo, Wallace miała ciągnąć ich w prawo? W porządku, niech już tak będzie. Będzie parł na przód o wiele dłużej, niż ona była w stanie. Mogła próbować go zatrzymać, zapierać się nogami, ciągnąć go za koszulkę, ale on miał bardzo proste zadanie i miał zamiar doprowadzić je do końca, nie ważne jak bardzo płakała. Jak bardzo chciał coś naprawić, przerwać tę cholerną spiralę, gdzie każda decyzja była gorsza od poprzedniej. Nie mógł być emocjonalny. To zawsze źle się kończyło. Musiał po prostu po kolei wypełniać zadania z listy. Strzykawka załatwiona. Teraz czas na heroinę.
Musiała być w szafie, czemu inaczej Wallace miałaby się rzucać zasłaniać do niej drzwi? Starał się nie zwracać na to uwagi. W gruncie rzeczy, miał przed sobą bardzo prosty problem: musiał jakoś przesunąć człowieka, który zasłaniał mu szafę.
Nienawidziła go? Całkiem możliwe, że właśnie mówiło przez nią uzależnienie. Zabierał jej narkotyk, musiał być jej najgorszym wrogiem. Opcja w której mówiła szczerze też była bardziej prawdopodobna. Wallace nie miała żadnych powodów, żeby go nie nienawidzić. Zaczął ich znajomość wyzywając ją, rozdrapując jej najgorsze rany i grożąc jej, kończył wykorzystując jej moc i dając jej do zrozumienia, że go nie obchodziła. Oprócz tego, cały czas był wrzodem na dupie. Chyba nawet za bardzo jej się nie dziwił, dziwniejszy byłby brak nienawiści. Cóż, to i tak nie miało w tym momencie znaczenia, bo nie miał zamiaru ruszać się z tego pokoju dopóki nie upewni się, że wszystko było z nią w porządku. Mogła go nienawidzić, ale ktoś musiał tutaj zostać i upewnić się że nie zrobi niczego głupiego.
I kiedy w końcu użyła jego umienia to stało się jeszcze trudniejsze. Nikt nie zwracał się do niego po imieniu, może tylko siostry. Był Hopperem albo Axonem, czasami używał fałszywych nazwisk, imion, ale nigdy William. Tylko kilka osób go tak nazwało przez ostatnie dziesięć lat. I teraz Wallace kuliła się na ziemi, błagała go żeby przestał i używała jego imienia. Wallace. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu nagle poczuł się jakby to on doprowadził ją do takiego stanu. Nie narkotyk, tylko jakby on ją tłukł tak długo, aż w końcu zaczęłaby się kulić na ziemi i błagać go, żeby przestał. Pewnie tak to wyglądało. Pewnie Hopper był do tego zdolny. Był zdolny do zbyt wielu rzeczy.
- Po prostu się odsuń - powiedział niezwykle zmęczonym tonem głosu. A jeśli Wallace tego nie zrobiła, to otworzył drzwi przesuwając ją po ziemi. Wygrzebał ostatnie trzy woreczki z jej kosmetyczki i spuścił je w toalecie. Najgorsza część za nim. Przynajmniej dopóki nie pojawi się głód.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-04-30, 07:30   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


W tym momencie rzeczywiście go nienawidziła. Wszystko to co robił.. powinien dać jej spokój. To było jej życie, była dorosła i mogła za siebie sama decydować. Przecież to niczym się nie różniło od tego co on chciał zrobić. A nagle z jakiegoś powodu próbował ją odciągnąć od tego pomysłu. Dlaczego?! Dziewczyna obserwowała wszystko co robił, nie dowierzając, że rzeczywiście był zdolny do takich rzeczy. Po raz kolejny go błagała, a on po raz kolejny tak po prostu ją ignorował. Zupełnie jakby się odciął od tego wszystkiego, jakby zostawił ją samą na pastwę losu. Tak. Był w tym samym pomieszczeniu. Tak, oddychali tym samym powietrzem i byli względnie blisko. Ale to o niczym nie świadczyło. Ona płakała, prosiła i krzyczała. A on? Tak jak kilka dni temu był po prostu niewzruszony. I kiedy tak leżała skulona na tej podłodze… dotarło do niej, jak bardzo ten mężczyzna miał ją gdzieś…
Nie obchodziło go jej szczęście, nie obchodziły go jej uczucia. Przyszedł tu, by się nad nią jeszcze bardziej poznęcać. Kiedy pozbędzie się już tej cholernej heroiny, pewnie tak po prostu stąd odejdzie. Odejdzie i zostawi ją samą. Znowu. Ale ona była zbyt uparta. Za bardzo chciała uciec. Jeśli nie dzięki heroinie, to znajdzie inny sposób. Musiał się z tym liczyć. Nie mogła już dłużej wytrzymać tej samotności. To ją zabijało. Pozwalała, by to ją zabijało.
I nie. Wallace się nie odgrodziła mu drogi. Po prostu pozwoliła drzwiom przesunąć się po podłodze. Nie miała już siły walczyć. Nadal prosiła. Nadal powtarzała: – Will, nie. Will...
Ale to nie przynosiło żadnego efektu. On jej nawet nie słuchał! Im bardziej się starała, im więcej używała do tego emocji, tym mniejsze to miało dla niego znaczenie. I ostatnią jej próbą, ostatnim aktem desperacji było jeszcze złapanie Hoppera za kostkę, ale była zbyt słaba. Wystarczyło, by mężczyzna zrobił jeden krok do przodu, a palce jej dłoni tak po prostu puściły nogawkę jego spodni.
Ale nie podniosła się z ziemi. Nawet kiedy wrócił do pomieszczenia, ona wciąż skulona leżała na podłodze, przeraźliwie się trzęsąc i wbijając swoje spojrzenie w jego sylwetkę. Nagle zrobiło jej się tak dziwnie zimno… Była przekonana, że jej serce znowu spowolniło, a oddech stał się bardziej płytki.
– Dlaczego mi to robisz? – spytała, pociągając nosem i usilnie próbując uspokoić drżącą dolną wargę. Wpatrywała się w niego z bólem i nieopisanym cierpieniem. Próbowała tylko zrozumieć.. Zrozumieć, dlaczego pozbawiał ją jedynej rzeczy, która przynosiła jej ulgę. Tak, był tu. Ale zamierzał odejść. Miał wyjść i znowu zniknąć. Czy nie rozumiał, że to w niczym nie pomagało? I wtedy z jej ust wydobyło się ciche:
– Aż tak bardzo mnie nienawidzisz? – odbierał jej wszystko krok po kroku. Najpierw całą radość, wszystko co udało jej się zbudować. Odbierał jej szanse na… siebie. Odbierał jej siebie. Wtedy kiedy go prosiła, by dał im więcej czasu… Odebrał jej też ten czas. A teraz.. teraz… odbierał jej heroinę. Musiał się jednak liczyć z tym, że to nie miało już żadnego znaczenia.
– Kiedy tylko stąd wyjdziesz to i tak to zrobię. – powiadomiła go głosem osoby wypranej z emocji.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-04-30, 12:40   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Miał wrażenie, że właśnie był w samym środku jakiegoś surrealistycznego koszmaru, z tą Matilde leżącą na ziemi i błagającą żeby przestał, chwytającą go za kostki, próbującą go powstrzymać za wszelką cenę. Hopper nie zdziwiłby się jakoś szczególnie, gdyby droga do drzwi zaczęłaby się wydłużać coraz bardziej i bardziej, każdy ruch byłby niesamowicie wymagający, a przejście tych kilku metrów stałoby się jeszcze trudniejsze. Ale to się nie wydarzyło. To był zwykły pokój, a on był na jawie. Jeśli to był czyjś koszmar to Wallace.
Hopper patrzył jak trzy woreczki znikały razem z wirem wody. Potrzebował chwili przerwy. Po prostu kilku minut zanim do niej wróci, znowu będzie słyszał jej błagania i znowu będzie musiał je wszystkie zignorować, pozwolić jej płakać i wić się po podłodze. Naprawdę nie chciał wiele, po prostu przesunąć to o jedną, małą chwilę. Ale nie mógł tego zrobić. Ciągle nie wiedział w jakim stanie była Wallace, ile wzięła i kiedy ostatnio jadła. Jej organizm mógł przestać wyrabiać kiedy Hopper ukrywał się w łazience jak skończony tchórz. Bo w jednej sprawie Wallace z pewnością miała rację: on był tchórzem.
Kiedy w końcu wyszedł przez drzwi i zobaczył jak się trzęsie, na chwilę zatrzymało mu się serce. Przez jedną przerażającą sekundę był przekonany, że jest z nią cholernie źle, że miała drgawki. Epilepsji można było dostać po przedawkowaniu kodeiny, kodeina to był opioid, heroina też była opioidem, tak? Dzieliły większość skutków ubocznych, chociaż przy kodeinie były o wiele, wiele słabsze. To się mogło wydarzyć.
Ale nie. Mówiła, więc to musiały być po prostu problemy z termoregulacją i rozpacz. Nic wielkiego, nic czego się nie spodziewał. Nie odpowiedział na jej pytanie. Widział jak cierpiała, a to przecież dopiero był początek, prawda? Mógłby jej podać metadon, byłoby trochę lepiej... Ale najpierw musiał się upewnić, że wszystko z nią było w porządku. Podszedł do niej bliżej i przykucnął przed nią.
Z jakiegoś powodu naprawdę zabolało go to co powiedziała. Dobrze, w porządku, mogła go nienawidzić, ale nie niech przynajmniej nie myśli, że jej nienawidził. Po prostu tyle. Tyle mu wystarczy.
- Gdybym cię nienawidził, nie przyjeżdżałbym - odpowiedział cicho. Chwycił ją za nadgarstek, musiał zmierzyć jej puls, chociaż przez to że przez te kilka dni niewiele jadła i piła jej żyły nie za bardzo współpracowały. Przez chwilę po prostu patrzył na zegarek i liczył w pamięci kolejne uderzenia.
Czy mówiła tak tylko dlatego, że była zrozpaczona, a heroina powoli znikała z jej krwiobiegu? Może tak. Może nie. Ważne było to, że faktycznie mogła zrobić coś idiotycznie głupiego, a on nie miał zamiaru na to pozwalać.
- Więc nie wyjdę - poinformował ją po prostu. - Ile wzięłaś?
A kiedy już mu odpowiedziała, przesunął wewnętrzną stronę nadgarstka przed jej usta. Musiał sprawdzić jak płytki miała oddech.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-04-30, 15:28   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Kiedy William do niej podszedł, a potem przykucnął, Matilde nie potrafiła do końca opisać co tak właściwie poczuła. Miała wrażenie, że w tym momencie mogła jedynie czekać na najgorsze. Miał ją na wyciągnięcie ręki, była bardziej podatna na zranienia niż kiedykolwiek indziej. Gdyby tylko chciał… mógł ją zniszczyć. Jednym słowem, jednym dotykiem, czy nawet.. jednym spojrzeniem. Była teraz tak bardzo od niego zależna. Przerażające było to, że mógł zrobić dosłownie wszystko. Ba. W pewnym sensie jej los był teraz tylko i wyłącznie w jego rękach. A jednak z dziwnych przyczyn wcale się nie bała. Po prostu wpatrywała się w jego twarz, starając się nawiązać kontakt wzrokowy – co było dla niej nieco problematyczne przez uciekające gałki oczne i napływające łzy – i odgadnąć co tak naprawdę miał zamiar z nią zrobić. Dlatego słowa, które wydobyły się z jego ust… Dziewczyna na moment przestała oddychać. Po prostu zamknęła powieki, chcąc pogrążyć się w ciemności i nicości. Nieważne co mówiła, nieważne jakie słowa krzyczała. Ona też go nie nienawidziła. Nawet odrobinę. Nawet przez chwilę. Nawet wtedy, kiedy powinna. Nigdy.
I kiedy mężczyzna chwycił ją za nadgarstki, Matilde ponownie otworzyła oczy. Tym razem jednak… Była całkowicie posłuszna. Nie sprawiała problemów. Nie wyrywała się, nie unikała jego dotyku. Jak zaczarowana pozwoliła mu wykonywać wszystko, co wykonywał. Nie zakłócała jego spokoju, nie przerywała ciszy. Po prostu… wpatrywała się w jego twarz w taki sposób, jakby zobaczyła ją po raz pierwszy. Jakby… jakby chciała zapamiętać każdy jej jeden milimetr. Każdą bliznę, każdą zmarszczkę i nierówność. Dopiero jego deklaracja wyrwała ją z tego zaklęcia.
Wallace wzniosła prawą brew ku górze, wyrzucając z siebie coś na kształt prychnięcia. Więc nie wyjdzie? Miał zamiar siedzieć z nią tu już na zawsze? Siedzieć i jej pilnować? To było przecież niemożliwe. Nieważne, jak bardzo by tego chciała.. to nie było możliwe. Nie po tym, co jej ostatnio powiedział.
– Przecież zamierzasz się zabić – wyrzuciła z siebie. Ale nie zabrzmiało to tak butnie i pogardliwie, jak planowała. Nie. W jej głosie dominował przede wszystkim smutek, swego rodzaju bezradność. W gruncie rzeczy była naprawdę bliska, by się rozkleić. I na jego pytanie.. wzruszyła delikatnie ramionami, jeszcze bardziej się w sobie kuląc.
– Najwidoczniej za mało.
Ale po kilkusekundowym milczeniu odpowiedziała wreszcie na jego pytanie. Powiedziała mu o tym, że działka, którą spuścił w toalecie miała być dzisiaj jej czwartą ćwiartką. A potem wbiła wzrok w nadgarstek, który przyłożył do jej ust i.. bez zastanowienia wykonała ten wysiłek, by przycisnąć swoje wargi do jego skóry. Nie mogła się powstrzymać.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-04-30, 17:48   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Nic mu nie odpowiedziała, dlaczego w ogóle miała miałaby to robić? Uwierzyła mu albo i nie, dlaczego miała się tym z nim dzielić? Kimkolwiek dla niej był, sam z tego zrezygnował. I dobrze. Powinna go sobie sama odpuścić, przecież umierał. Dobrze że to zrobiła, nie ważne z jakiego powodu i w jakich właściwie okolicznościach. Przynajmniej było już po wszystkim. O jedną osobę która będzie go opłakiwać po śmierci mniej. Tyle dobrze, że przynajmniej na razie przestała z nim walczyć. O kolejny problem mniej.
Liczył każde kolejne słabe uderzenie serca Wallace i śledził wzrokiem wskazówkę sekundnika. Miała stanowczo za niski puls, bliżej tego jego niż przeciętnego człowieka. Nie był pewien w której części normy było jej zwyczajne bicie serca, ale nawet gdyby było dość nisko, to i tak musiało mocno spaść. Nie było na tyle nierówne czy powolne jakby faktycznie przedawkowała... ale cholera, musiała wziąć sporo. Powinien uważać, jeśli będzie jej coś podawać. Powinien uważać cały czas. Jeśli dojdzie do tego detoks, nawet niesamowicie łagodny, nawet z użyciem metadonu, to może się dla niej cholernie źle skończyć.
Podniósł wzrok znad zegarka dopiero, kiedy usłyszał jak prychnęła. Prychnęła? W jej wypadku to był całkiem dobry objaw, tak samo jak ta uniesiona brew. Cóż, może nie była w na tyle dobrym stanie, żeby odzyskać swój typowy ton głosu, ale skoro zaczynała mieć do niego typowe pretensje, to przynajmniej nie było tragicznie.
- Wygląda że jednak będę powoli zdychał w męczarniach, dzięki - odpowiedział zmęczonym tonem.
Nie myślał o tym do tej pory, ale przecież będzie musiał przypilnować Wallace przez te kilka dni i upewnić się, że nie zrobi niczego równie głupiego kiedy on już umrze. To niespodziewanie wydłużało jego listę zadań i sprawiało, że chyba faktycznie będzie musiał sięgnąć po metadon i fentanyl. Jeżeli powtórzy się sytuacja sprzed ostatniego leczenia, ból głowy znowu będzie silniejszy, niż będzie się tego spodziewał. Trudno. Nie ważne co by go nie czekało, był w stanie pociągnąć wystarczająco dużo czasu, żeby upewnić się, że po jego śmierci wszystko będzie okay.
- Ile? - spytał bezwiednie, kiedy w końcu powiedziała mu ile wzięła. - Kiedy wzięłaś ostatnią porcję?
Gdyby wszedł tutaj kilka minut później, mógłby już znaleźć ją nieprzytomną. Mógłby znaleźć ją martwą. Zadzwonił tutaj tylko dlatego, że miał wszystkiego dość. Gdyby po prostu poszedł się upić, Wallace mogłaby właśnie umierać w tym obskurnym motelu. Zapobiegł temu przez czysty przypadek. Przez ten sam egoizm i egocentryzm, przez który nie zadzwonił wcześniej, żeby sprawdzić czy wszystko u niej w porządku. Kurwa mać, nie było, Sherlocku. I gdyby pomyślał o tym chociaż pięć minut, doszedł by do tych samych wniosków. Ale tego nie zrobił, oczywiście. Był w końcu Williamem Hopperem. Nie mógł wypaść poza swój standardowy poziom beznadziei charakteru, ten sam który pozwalał na takie cudowne rzeczy jak zostawienie swojej rodziny bez słowa pożegnania na jedenaście lat, pozwolenie żeby jego siostra musiała walczyć o życie czy doprowadzenie do śmierci przyjaciół czy pierwszej dziewczyny. A to był dopiero wierzchołek góry lodowej.
Może dlatego nie zabrał swojej ręki, kiedy Wallace przycisnęła do niej swoje wargi. Powinien był to zrobić, powinien choć raz zachować się przyzwoicie... Ale tego nie zrobił. Po prostu potrzebował poczuć, że ona ciągle była żywa i realna, że jednak jej nie zabił. Tak, ciągle był tym samym egoistą. Nie mógł wypaść ze swojego standardowego poziomu beznadziei charakteru, huh? Przycisnął swoją dłoń do jej policzka, powoli przesunął po nim kciukiem w jakiś niesamowicie smutny sposób. Miał cholernie dużo szczęścia, że nie znalazł jej tutaj martwej.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-04-30, 18:40   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Matilde podobał się wygląd twarzy Hoppera, gdy ten był tak bardzo skupiony. Nie przypominał już tego typowego dupka, wiecznie gotowego posłać jej niezwykle kąśliwy uśmiech, czy uraczyć słowami pokroju pierdol się. Wydawał się dziwnie spokojny i zamyślony. Obserwowała każdą zmianę na jego twarzy. To jak pracowały jej mięśnie, to jak jego wargi się ze sobą niemal stykały, to jak przełykał ślinę, to jak jego czoło się marszczyło. To wszystko wydawało jej się dziwnie magiczne. Chyba jeszcze nigdy nie patrzyła na niego pod tym kątem. Przeważnie był po prostu albo zły, albo niezwykle złośliwy, albo… była nim zbyt zajęta, by dostrzec coś nowego. Teraz jednak.. widziała to wszystko. I musiała przyznać, że mu to pasowało. Nie powiedziała jednak tego na głos. Po pierwsze – były to bardzo głupie przemyślenia, a po drugie – sytuacja w jakiej się oboje znaleźli nie sprzyjała tego typu sprawom. To wszystko.
I kiedy wyrzucała z siebie słowa o tym, że przecież i tak miał zamiar się zabić.. nie wiedziała tak naprawdę czego oczekiwać. Nie spodziewała się żadnej odpowiedzi. To byłoby w jego stylu, prawda? W jego stylu było uśmiechnąć się cynicznie i nie dopuścić do tego, by odczuła jakąkolwiek satysfakcję. A jednak kiedy wraz z wypowiedzianymi słowami zawiesiła na nim wzrok, liczyła, że wyprowadzi ją z błędu. Że zrobi cokolwiek. Że może jednak zmienił zdanie. Dlatego, gdy usłyszała słowa z pewnością wypowiedziane głosem Hoppera – przecież na niego patrzyła!, nie było żadnych wątpliwości – dziewczyna dałaby sobie głowę uciąć, że jej serce zabiło mocniej. Nagle.. wraz z tymi marnymi dziewięcioma słowami, poczuła przyjemne ciepło w klatce piersiowej. Przysięgłabym nawet, że jej oczy po prostu zabłyszczały z radości, a usta wykrzywiły się w subtelnym uśmiechu. Wallace pokiwała głowa, jakby chcąc mu przekazać, że stanowczo będzie musiał umierać w tych męczarniach.
– Nazywasz moje towarzystwo… uhmm… męczarnią w umieraniu? – wyrzuciła z siebie, plątając się w swoich słowach, jednocześnie chcąc ukryć te wcześniejsze oznaki radości, ale.. nie była nawet w stanie być na siebie zła. Była po prostu dziwnie szczęśliwa. Chociaż zdawała sobie sprawę, że jej niczego nie obiecywał. Nie chciał jej, rozumiała to. Ale.. mogła liczyć na trochę więcej czasu. A to… to było dużo. I jeśli jej ćpanie było takie złe, to dlaczego teraz czuła się z tym tak dobrze? Jeśli miałaby pewność, że dzięki kolejnemu zastrzykowi – on będzie miał determinację, by żyć dłużej… mogła ro zrobić.
– Uhm… trzy godziny temu? – nie była do końca pewna, ale przecież starała się brać dość regularnie. Tak, brała końskie dawki, ale jednak… próbowała wydłużyć moment własnej śmierci. Przeżywać to znacznie dłużej i znacznie intensywniej. Wallace wzruszyła delikatnie ramionami, by po chwili zająć się już czymś innym. Kiedy tak trzymała przyciśnięte wargi do jego nadgarstka, nie czuła się tak samotnie. Mógł mówić co chciał, ale to naprawdę wydawało się właściwe. Nikt nie był dla niej tak zły, jak ona sama była dla siebie. To ona była swoim największym problemem, to ona miała na siebie najbardziej destruktywny wpływ. W tym wypadku.. nie powinien sobie schlebiać za bardzo. Ale to nie miał znaczenia. Bo gdy poczuła, jak jego palce suną po jej policzku, Matilde po prostu nie wytrzymała i złożyła ten pocałunek na skórze mężczyzny, jednocześnie przymykając powieki. Jeśli to był tylko kolejny ponarkotykowy sen, to nie chciała się z niego budzić.
– Nie nienawidzę cię – wyszeptała, wciąż nie odrywając ust od jego skóry i powoli otwierając oczy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-04-30, 20:28   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Widział jak Wallace autentycznie ucieszyła się, że z nią tutaj zostanie. Nie miał zamiaru jej zostawiać, nie dopóki jej z tego nie wyciągnie i dopóki wszystko znowu będzie w porządku... ale jaki był tego sens, skoro Matilde wróci do punktu wyjścia kiedy tylko Will umrze? Mógł to przeciągać, ale to wszystko skończy się w dokładnie taki sam sposób i nie mógł nic na to poradzić. W tym momencie poczuł jak mało sensu czy wpływu otaczającą go rzeczywistość to tak naprawdę miało. Był jak uwięziony w jakiejś pieprzonej tragedii greckiej. Cokolwiek zrobi, będzie to bezsensowna i idiotyczna decyzja, nie zapobiegnie żadnej katastrofie, nie ważne jak bardzo będzie się starał, a na koniec umrze. Cudownie.
- Dokładnie. Chyba zaraz nie wytrzymam i potnę się jakąś ostrą konserwą od puszki. - Mimo wszystko nie mógł się powstrzymać przed łapaniem jej za słówka i przypomnieniem tej jej cudownej wpadki. - Ja ciągle umieram, Wallace - dodał już cichszym, poważniejszym tonem. Nie powinna robić sobie żadnych nadziei. To że zostanie z nią jeszcze kilka dni czy tygodni w żaden sposób nie zmieniało ich zakończenia.
Trzy godziny... Ona po prostu próbowała się zabić biorąc tyle z taką częstotliwością. Próbowała zrobić dokładnie to samo, co on miał w planach; dokładnie tą samą substancją, tylko w innej formie. Rzecz w tym, że on nie miał przed sobą żadnych perspektyw ani spraw do załatwienia, a na nią czekało całe życie. Jak mogła z tego rezygnować? Cały czas miała szansę na normalne życie, miała swoje traumy i problemy, ale nie była zupełnie zepsuta i złamana. Jeszcze mogła wszystko sobie ułożyć. I dzisiaj niemal pozbawiła się tej możliwości. Przez niego, przez to że pozwolił jej się przywiązać. Ale co on mógł poradzić na to, że umierał i chciał to zrobić w jak najmniej bolesny, wycieńczający psychicznie i fizycznie sposób? Chciał umrzeć jako on, nie ważne jaki by był. Nie chciał stracić swojego umysłu, ale nie mógł pozwolić, żeby Wallace przez to zginęła, a to się niemal dzisiaj wydarzyło. Jak on miał w ogóle podjąć jakąkolwiek decyzję?
Nie teraz. Miał proste zadanie, musiał ją z tego wyciągnąć, nie mógł pozwolić żeby zginęła. Wzięła jakieś trzy godziny temu, więc w zależności od tego jak mocno na nią podziałało, efekty zejdą za dwie do pięciu godzin. Powinien podać jej metadon niewiele przed tym, ale tylko jeśli będzie mieć pewniejszy oddech. Nie mógł pozwolić, żeby zginęła. Nie mógł pozwolić, żeby nawet była tego blisko. Może to było egoistyczne, ale już dzisiaj to przechodził, nie chciał żadnych powtórek. I pewnie właśnie przez świadomość tego jak blisko było tym razem, tak bardzo potrzebował czuć jej skórę pod swoimi palcami.
To co powiedziała w pewien sposób sprawiło, że poczuł się odrobinę lepiej. Nie powinien, przecież wiedział że to tylko komplikowało sprawę, przez to jego śmierć będzie tylko trudniejsza... ale jednak czuł się z tym po prostu dobrze. Przynajmniej ona ciągle jakimś cudem nie nienawidziła go.
- Powinnaś - odpowiedział cicho. Tak byłoby prościej. Jakoś by się z tym pogodził, a jej nie musiałby obchodzić jakiś dupek. Nie próbowałaby się zabić. Cholera, gdyby wszedł tu parę minut później...
Przycisnął usta do jej czoła zanim objął ją i przyciągnął bliżej. Po prostu rozpaczliwie potrzebował poczuć, że ona faktycznie tutaj była, że ciągle żyła. Że przynajmniej jej nie zawiódł i nie zostawił na pewną śmierć.
- Nie rób tego więcej, okay? - powiedział cicho. I tak, miał świadomość, że nawet jeśli mu coś teraz obieca, to niemal na pewno nie dotrzyma tej obietnicy, nie po jego śmierci, nie kiedy głód będzie taki silny, że będzie chciała załatwić to raz a dobrze, ale i tak chciał to usłyszeć.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-04-30, 21:45   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


– Nawet nie będę próbować cię ratować – odpowiedziała wciąż słabym, ale dziwnie radosnym – jeśli w ogóle było to możliwe w tej sytuacji – głosem, jednocześnie posyłając mu odrobinę uszczypliwy uśmiech. Nie była z tego dumna, okej? Dlaczego musiał jej ciągle to wypominać? Poza tym… konserwy z chilli rzeczywiście potrafiły być zabójcze. Nie było czego się śmiać. I z pewnością powiedziałaby mu o tym wszystkim, gdyby miała na to siły. Ale to mogło poczekać, prawda? Nie spieszyło im się tak bardzo. Ta świadomość spowodowała, że było jej trochę lepiej. A jego kolejne słowa? Nie musiał jej o tym przypominać. Matilde kiwnęła głową, wyrzucając z siebie przytomne:
– Tak, wiem.
Wiedziała. Nie oszukiwała się. Tak. Koniec miał być chujowy i bolesny. Znała zakończenie od samego początku i nie miała już do nikogo pretensji. Trudno. Taki był los i każdy kiedyś miał umrzeć, ale.. chodziło o sam sposób odejścia. O dostanie więcej czasu. Kiedy przyjdzie jego koniec to się z tym jakoś pogodzi. Jakoś upora się z tą stratą. Będzie nienawidziła cały świat, obrazi się na śmierć, pokłóci się z tym potwornym losem, ale świadomość, że on walczył do samego końca.. to było coś czego potrzebowała. Pewności, że po wszystkim go nie znienawidzi. Hopper nie powinien pozbawiać siebie, ani bliskich – nawet jeśli miała być jedyną osobą opłakującą takiego dupka – ostatnich chwil. Te wszystkie rzeczy, których tak bardzo się bał.. też były potrzebne. W tym też tkwiło jakieś piękno. A ona? Przecież miała być przy nim i pilnować, by nic naprawdę złego się nie stało. Nawet jeśli mogłaby zabrać tylko cząstkę bólu.. zrobi to. Bez zastanowienia.
– I nie szkodzi – dodała jeszcze nieco ciszej. Wystarczyła jej świadomość, że sam nie odbierze sobie życia. Nie zamierzała go obwiniać o coś na co nie miał wpływu. Być może, gdyby urodzili się gdzieś indziej… Ale czy był sens w takim myśleniu? Matilde potrząsnęła głową, zupełnie jakby chciała odciągnąć od siebie te myśli.
Takie rozumowanie nie przynosiło niczego dobrego. Tu i teraz. Takie było ich prawdziwe życie. I musieli to zaakceptować Nie było czegoś takiego, jak alternatywna rzeczywistość. Ale to nie znaczyło, że nie mogli spróbować toczyć walkę z wiatrakami. Jej naprawdę zależało. I zdecydowanie nie chciała sobie dać spokoju i tak jak myślał ułożyć życia za jakiś czas. To tak nie działało. Nie w przypadku Wallace. Być może jej koniec nie był tak szczegółowo zaplanowany jak jego, ale dla niej też nie było happy endu. Miała to zapisane w gwiazdach.
– Powinnam – przyznała mu rację, wydymając usta w podkówkę. Ale była głupią, masochistyczną zołzą. I z jakiegoś powodu – choć widziała wszystkie powody dla których powinna – nie potrafiła go nienawidzić. Pomimo posiadania tyle złości, gniewu i agresji… w przypadku tego człowieka? To nie było takie łatwe.
– Wciąż jesteś dupkiem – dodała, chwilę przed tym jak poczuła jego usta na swoim czole. A to.. To było coś czego tak bardzo potrzebowała. Na moment wstrzymała oddech, pozwalając mu zrobić ze swoim ciałem to co tylko chciał. Czuła jego ciepło, czuła bicie serca. To nie mógł być tylko sen. Nie byłaby w stanie aż tak oszukać swoich zmysłów. W tym momencie… nie czuła się ani trochę samotna. I to było najlepsze uczucie na świecie. Jego silne ramiona, jego zapach i świadomość, że jednak.. że jednak miał z nią jeszcze trochę zostać. Wallace przycisnęła głowę do jego klatki piersiowej, zamykając oczy i wolną dłoń przenosząc na kark mężczyzny. Chyba nawet nie chciała, by to kiedykolwiek się skończyło.
– Tylko jeśli obiecasz, że się nie zabijesz – odparła z przekąsem, chyba nawet chcąc.. cóż.. się nieco z nim podroczyć. Ale tak szczerze? To brzmiało jak doby układ. Nie zastanawiała się jednak nad tym. W tym momencie mogła mu obiecać co tylko chciał. Dlatego też ostatecznie westchnęła ciężko i wyrzuciła z siebie to co chciał usłyszeć. – Okay.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 5