zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-02-01, 15:32
Z każdą kolejną sekundą, gdy jej podeszwa „zaprzyjaźniała” się z Twoimi paliczkami, kobietę ogarniał coraz większy głód na sprawienie jak największego cierpienia Twojej osobie. A Ty, jak na złość, nie chciałeś jej nakarmić. Mniejsza reakcja z Twojej strony bardzo ją rozdrażniła. Na tyle mocno, że przesunęła swoim butem po posadzce, ciągnąć za sobą Twoją dłoń. Samo uczucie miażdżenia było już okrutne – teraz czułej jak na skórze Twoich palców powstają kolejne zadrapania od tej szorstkiej ziemi. Widziałeś też ślad krwi ciągnący się za Twoją ręką...
- Jesteście marnymi robakami. Rozprzestrzeniacie się jak szczury, jak nic nie znaczące karaluchy. To JA i MI podobni będziemy lekarstwem dla naszego świata. Wy nie przynosicie nic dobrego... - Wycedziła przez zęby, po czym splunęła prosto w Twoją twarz. Widać było, że próbuje Cię sprowokować. Próbowała wypełnić swoją chorą wizję.
W końcu zdjęła nogę z Twej ręki. Poczułeś ulgę, mimo że ból był gorszy niż wcześniej. Kobieta przez chwilę przyglądała Ci się w milczeniu, po czym skinęła na mężczyznę, który wciąż Cię trzymał. Ten natomiast zarechotał tym swoim obrzydliwym głosem, po czym odbił Twoją głowę od posadzki, na tyle mocno, by zaszumiało Ci w głowie a jednocześnie na tyle lekko, byś dalej był przytomny. Widać, że coś jeszcze od Ciebie chcieli. Po minie sadystki byłeś w stanie wywnioskować jedynie tyle, że nie było to nic przyjemnego, tym bardziej, że zdawało Ci się, że widziałeś niewielki błysk w okolicy jej dłoni...
Ukryj:
Rzut na 3.
Modyfikator +1 za odgrywanie postaci.
Wynik ogólny - 4. W teorii dalej Cię nie złamała - w praktyce jej słowa lub czyny bardzo na Ciebie wpływają, panowanie nad emocjami staje się coraz trudniejsze...
Słuchał tych wszystkich słów, nie mogąc nic zrobić. Cholera. Najgorsza była w tym wszystkim bezradność... Umysł mówił, że ciało dałoby sobie radę, gdyby nie te wszystkie kajdanki i obroża, przez którą nie mógł się przemienić. Levi oczywiście nie zdawał sobie sprawy, że to ona jest powodem, dla którego nie potrafił przyjąć postaci psa. Sądził, że wpakowali mu już parę lekarstw, przez które będzie musiał pożegnać się na zawsze z białym ogonem...
Te marne robaki miały więcej honoru niż wszyscy z GC razem wzięci. Przecież nie robili nikomu krzywdy. Chcieli być bezpieczni. No i chronili się przed tymi parszywcami z rządu. Pragnęli spokoju, to wszystko.
Na splunięcie zareagował odwróceniem głowy od jej sylwetki. Zamknął oczy, ale to nic nie dało, bo wydzieliny kobiety zdążyły podrażnić wzrok. Nigdy nie miał zbyt dobrego wzroku, a teraz obraz rozmazał mu się jeszcze bardziej...
Levi nawet nie zauważył momentu, w którym nieznajoma kiwnęła na mężczyznę. Poczuł tylko szarpnięcie za głowę, a potem ból w dolnej części czaszki.
Świat zawirował.
W celi zamajaczyły czarne plamy, a usta otworzyły się, próbując złapać powietrze. Zrobiło mu się niedobrze. Zaczął widzieć podwójnie. Nie wiedział już, czy w pomieszczeniu doszły jeszcze dwie kolejne osoby, aby patrzeć na jego cierpienia, czy nadal bawi się z nim tylko ta upiorna dwójka.
Wściekłość z każdą kolejną chwilą rosła, ciśnienie burzyło krew w żyłach, a serce chciało wyskoczyć z klatki piersiowej. Umysł działał. Działał na najwyższych obrotach, choć ciało powoli odpuszczało.
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-02-01, 17:24
Twoja głowa płatała Ci figle - to pewne. Musiałeś znieść więcej stresu, niż kiedykolwiek wcześniej. To było straszne uczucie - smutek, gniew, niepewność... Nie wiedziałeś, czego się spodziewać, ale mogłeś odczuwać satysfakcję, że ta kobieta wciąż do końca Cię nie złamała. Na razie...
Zapadła cisza. Słyszałeś tylko ciche pulsowanie we własnej głowie - prawdopodobnie spowodowane ostatnim uderzeniem. Nie słyszałeś stukotu szpilek tej kobiety, nie słyszałeś rechotu dryblasa, chyba nawet nie słyszałeś szumu lamp. Było cicho. Za cicho... Zdecydowanie za długo to trwało. Czy tak właśnie wygląda śmierć?
- Howard, chyba czas na notkę do tych parszywych śmieci. - Usłyszałeś spokojny głos tej Femme Fatale. Tylko co to mogło dla Ciebie oznaczać?
Mężczyzna przestał napierać na Ciebie swoim ciałem i chyba nawet na krótką chwilę Cię puścił. Mogłeś słyszeć dźwięki strzelających kości, gdy się prostował. Po chwili jednak nachylił się nad Tobą i podniósł Cię do pozycji pionowej. Zmuszał Cię do stania, podtrzymując Cię w okolicach klatki piersiowej. Dopiero teraz mogłeś dostrzec, skąd pochodził ten tajemniczy błysk w dłoniach kobiety. Ostrze. I to cholernie ostre...
Kobieta zbliżyła się do Ciebie i znowu chwyciła Twoją twarz w swoje szczupłe palce. Patrzała Ci prosto w oczy i pilnowała, byś sam też wzroku nie odwrócił. Czułeś też dotyk chłodnego metalu na wysokości swojej szyi.
- Jak myślisz, szczeniaku? Z czego ta Twoja paniusia-opiekunka się najbardziej ucieszy, hm? Głowa? Twoja połamana ręka? A może przekażemy jej Twojego chuja, bo pewnie tylko to jej zostało do zabawy? - Cios poniżej pasa? Zdecydowanie. Skoro nie reagowałeś na wszelkie zaczepki odnoszące się do Ciebie, sadystka liczyła, że zareagujesz na obrazę swej przywódczyni. Nie chciała dać za wygraną. Nie mogła pozwolić sobie na przegraną z byle gówniarzem bawiącym się w przynależność do. tfu, bractwa.
Ukryj:
Rzut na 5. Wygląda na to, że wszelkie starania tej kobiety na złamanie Ciebie działają tylko na Twoją korzyść.
Brak modyfikatora - odgrywanie postaci neutralizuje się z wyjątkowo ciężkim wyzwaniem psychicznym.
Podniesiono go do góry. Niestety niezbyt udawało mu się stać na nogach. Czuł, że jego kończyny są niczym z waty. Oparł cały ciężar na mężczyźnie, czując jego wstrętny zapach, ciężki oddech i ten parszywy rechot.
Nie da się sprowokować. Skoro wytrzymał tyle czasu, wbijanie obcasa w rękę, trzymanie na bolącym boku, splunięcie w twarz, uderzenie w głowę... To przetrwa wszystko. I o wiele więcej.
Ból działał niczym solidna motywacja. No bo skoro boli to znaczy, że człowiek jeszcze żyje, co nie? Ledwo zipał, ale walczył z całych sił, by przypadkiem nie zemdleć. Głowa nie pomagała. Nie dość, że cały czas czuł pulsujący ból w potylicy, to jeszcze w celi pojawiały się coraz to nowe, czarne plamy, formujące w jakieś bliżej nieokreślone kształty.
Zawartość żołądka niebezpiecznie zbliżała się do gardła, ale Levi dzielnie ją przełykał, starając się nie wypluć wszystkiego, co ma w środku, na przepiękne obcasy kobiety z GC.
Uniósł głowę, czując ostrze na swoim gardle. Powoli, bardzo ostrożnie, przełknął ślinę. Wtedy poczuł jak koniec noża delikatnie przesuwa się po jego szyi. Zamknął oczy. Czyli to jednak koniec? Serio? Tak po prostu to wszystko miało się skończyć?
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-02-01, 22:05
Oczy tej ślicznotki o paskudnym charakterze wydawały się być wręcz opętane, szanone. Patrzyły na Ciebie, doszukiwały się przejawów strachu, bólu, cierpienia. Szukały tego, czym najlepiej się karmiły. Nie miało znaczenia, że byłeś młody. Nie miało też znaczenia, że nigdy nic złego nie zrobiłeś. Byłeś winny. Winny mutacji. Nikt Ci nie kazał takim być. A jednak taki jesteś. Właśnie to najbardziej drażniło Twą oprawczynię.
Mogłeś poczuć szczypanie na szyi i ciepło roznoszące się w jej dół, jednak... Dalej oddychałeś. Nie miałeś z tym problemów. Czułeś jak krew spływa po i pod obrożą. A jednak wciąż mogłeś patrzeć na tą jędze. No i ten paskudny rechot mężczyzny za Tobą... On cały czas przypominał Ci, jak bardzo jesteś żywy i w jak głębokiej dupie się znalazłeś...
- To nie takie proste, psie. Śmierć byłaby dla Ciebie wybawieniem. A nie o to mi chodzi. - Powiedział żeński głos sucho, a zarazem uroczo. Było to irytujące. W końcu jak można tak lekko podchodzić do tak paskudnych czynów? Puściła Twoją twarz i gwałtownym ruchem złapała Twoją bluzkę, by po chwili ją rozciąć tak, by ukazywała cały Twój brzuch. Resztę tkanin w jej ręku najpierw przybliżyła do twarzy Howarda, który zaciągnął się ich zapachem, po czym wyrzuciła je na ziemię. Słyszałeś, jak dryblas się oblizuje. W ten... Bardzo obrzydliwy sposób. Cały czas czułeś jego oddech na karku i mógłbyś przysiąc, że jego ślina właśnie spływała na Twoje ramię... Pytanie jednak, ile z tego domawiałeś sobie po otrzymaniu obrażeń?
- Byłam dla Ciebie miła, kundlu. Nie skorzystałeś z mojej oferty. - Wycedziła przez zęby, nachylając się przed Tobą. Nie wiedziałeś co kombinuje. Stała tak przez chwilę nieruchomo i znowu zapadła cisza. Słyszałeś tylko ciężki oddech mężczyzny za sobą. Ta chwila zdawała się przeciągać w nieskończoność. Grali z Tobą i czekali na Twój taniec...
W końcu usłyszałeś cichy, czysty śpiew kobiety:
- The animals, The animals... Trapped... Trapped... Trapped...'till the cage is full... The cage is full... - Śpiewała powoli, na pewno zbyt powoli... Z każdą pauzą czułeś kolejne wbicie ostrza w skórę swojego brzucha. Czułeś rozchodzące się ciepło... Czułeś ciepło krwi spływającej po Twoim ciele... I wiedziałeś, że to wciąż nie koniec. Ona wciąż się Tobą bawiła. I to tak cholernie bolało...
Ukryj:
Rzut na 5.
Modyfikator - 1 za ciężkie warunki (+1 za odgrywanie postaci, -2 za tortury)
Ogólny wynik - 4 - nie łamiesz się, ale nie panujesz nad swoimi emocjami. Jest Ci ciężko,
nie wiesz co dalej robić, ale wciąż jesteś w stanie na tyle logicznie myśleć, by nie wydać swych braci.
To wszystko było tak odległe. Tak zniekształcone. Tak bardzo nierealne. Czując ciepłą strużkę krwi spływającej po szyi, ponownie zrobiło mu się niedobrze. Przełknął ślinę, biorąc głęboki wdech. Czerwona ciecz powoli, z gracją spływała po gardle, aż w końcu dotarła do bluzki, której kołnierz przykleił się do skóry.
Głowa Leviego poleciała do tyłu, gdy ta puściła jego twarz. Zaraz niestety został złapany za bluzkę, którą napastniczka jednym ruchem z niego zerwała.
Pierwsze wbicie ostrza...
Całe ciało Leviego spięło się, wygięło w łuk, a on sam zaczął szamotać się niczym oszalały, pobudzony emocjami, które kłębiły się w jego wnętrzu. Czy za chwilę wybuchnie?
Drugie wbicie ostrza...
Tracił przytomność. Czarne plamy robiły się większe a on, mrugając intensywnie cały czas, próbował nie zemdleć.
Trzecie wbicie ostrza...
Wszystko w nim pękło. Teraz rozpłakał się niczym małe dziecko. Słone łzy spływały po jego twarzy, po nosie. Usta wykrzywiły się w nieludzki grymas, aczkolwiek nadal były zaciśnięte- byle nie wypuścić z siebie żadnego słowa.
Czwarte wbicie ostrza...
Nie wytrzymał. Jęknął, odwracając głowę od kobiety. A przynajmniej starając się ją odwrócić.
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-02-02, 11:18
- Stay awake... In the dark, count mistakes... - Kontynuowała swą piosenkę, wciąż zadając Ci kolejne rany. Jedna po drugiej, cięcie po cięciu, kaleczyła Twoje dotąd nieskalane ciało. Nie wiedziałeś, co to ma na celu. Jej piosenka trwała, tak jak Twoje cierpienie. W pewnym momencie już się chyba pogubiłeś, już nie mogłeś jej słuchać. Nie chciałeś jej słuchać. Chyba przez to przegapiłeś moment, w którym kobieta się od Ciebie odsunęła, podziwiając swoje krwawe dzieło. - Remember all their faces, remember all their voices...- Nie kończyła swego utworu, tylko wpatrywała się w Twe ciało. Widać było, że to wciąż mało. Czułeś strużki krwi spływające po Twojej skórze, brudzące pozostałe na Tobie ubrania. A ona po prostu stała. Tak spokojnie. Chyba nawet ten rosły mężczyzna za Tobą przestał się w końcu ślinić. Przez krótką chwilę zapadła cisza w celi. Ta dwójka sadystów chyba właśnie poiła się Twym płaczem.
- Zapamiętasz moją twarz, kundlu. Zapamiętasz, jako tą, która Cię pokonała. Do dnia, aż zdechniesz. Będziesz wciąż widział moją twarz. Będę wracać w Twoich najgorszych koszmarach. Jeśli tylko zdążysz jakikolwiek mieć.. - Wycedziła przez zęby, choć bardzo spokojnie. Był to głos socjopaty, sadysty, kogoś, dla którego nic nie znaczy inny człowiek. Miałeś wrażenie, że ta kobieta byłaby w stanie zabić wszystkich, którzy staną na jej drodze. Nie miała skrupułów. Żadnych.
Po tym krótkim zdaniu, Howard... Po prostu Cię puścił. Zwolnił swój uścisk, przez co padłeś na zimną, brudną posadzkę. Czułeś ból - od zadanych ran, od zbyt mocno spętanych rąk i nóg, od łańcuchów, od obroży. A oni patrzeli na Ciebie. Po prostu wgapiali w Ciebie swoje ślepia, podziwiając, do jakiego stanu Cię doprowadzili. Po chwili milczenia, kobieta ostatni raz rzuciła w Twoją stronę propozycję, nie do odrzucenia.
- Mam dziś wyjątkowo dobry humor. Masz ostatnią szansę, by uratować swój marny los.
Nie wiedziałeś, na co się szykować. Nie wiedziałeś, co jeszcze strasznego ta dwójka może dla Ciebie szykować. Nie wiedziałeś nawet, czym dla nich mogłoby być ratowanie swojego losu. Wolność? Śmierć? Walka przeciw swoim? Nie wiedziałeś nic. Przez Twoją głowę przechodziły kolejne, czarne scenariusze, doprowadzając Cię do szału.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że gdybyś spojrzał teraz na swój brzuch, dostrzegłbyś zarys... Jakby liter? Na ten moment nie byłeś w stanie ich jednak odczytać. Kto wie, czy przy odrobinie skupienia to by się nie udało?
Ukryj:
Rzut na 4.
Modyfikator -1 (+1 za odgrywanie postaci, -2 za tortury i przebywanie w ciężkich warunkach)
Ogólny wynik - 3 - Nie jesteś w stanie dłużej nic w sobie tłumić. Sytuacja jest ciężka,
nie radzisz z nią sobie. Nie panujesz nad emocjami. Nie masz jednak krytycznej porażki,
więc poza kilkoma przekleństwami czy ostatnią wolą - bractwa nie wydasz.
Czy to już sen? Nie docierała do niego połowa słów, które wypowiadała kobieta. Niektóre wlatywały jednym uchem, by zaraz wylecieć, rozpływając się w okrutnych dźwiękach coraz wolniej bijącego serca.
Kiedy zmienił swoją pozycję na leżącą, drgnął nieznacznie czując, jak ciepło uderza mu do głowy na ułamek sekundy, by później zrobiło mu się cholernie zimno. Gęsia skórka wystąpiła na gołych rękach, na zakrwawionym brzuchu. Levi nawet nie miał siły podnieść głowy by ocenić sytuację. A po drugie... Czy naprawdę chciał na to patrzeć?
Słowa spokojnej piosenki zostały gdzieś z tyłu jego głowy, odbijając się od ścianek czaszki, powracając okropnym echem.
Wlepił beznamiętne spojrzenie w białą ścianę, biorąc sobie za punkt jakąś rysę na jednej z płytek. Nie patrzył na swoich oprawców. Docierały do niego kolejne dźwięki, kolejne strzępki zdań, ale ginęły w przestworzach- zupełnie tak, jakby to był tylko koszmar. Koszmar, z którego nie mógł się obudzić.
Już nie wiedział, czy krew spływająca po jego ciele to tylko iluzja, czy rzeczywistość. Nie potrafił odróżnić jednego od drugiego. Był wycieńczony. Całe ciało targały konwulsje, mięśnie rozluźniały się i napinały na zmianę, podczas gdy kolejna fala bólu targała poranionym brzuchem, gdy pulsujące ukłucie brnęło od dłoni, wędrując aż do głowy.
Syknął, zamykając na chwilę oczy. Już nawet nie próbował nie tracić przytomności. Teraz wręcz tego potrzebował. Odpłynąć gdzieś daleko, nie czuć już nic.
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-02-02, 14:09
Nie wiesz, ile Cię tu trzymali. Nie wiesz, co z Tobą robili, dopóki się nie ocknąłeś. Teraz nawet nie wiedziałeś, czy ujdziesz z tego żywo. Nie wiedziałeś nic i chyba nawet już nie chciałeś wiedzieć. To była chora sytuacja. Nigdy nie powinno Cię tu być, nie powinieneś tak skończyć. Jeśli wierzyłeś w Boga, to chyba mogłeś stwierdzić, że Cię opuścił.
Kobieta prychnęła na Twój brak reakcji. Chyba już się jej znudziłeś, nie zapewniałeś wystarczających atrakcji i wrażeń. Mogłeś tylko usłyszeć stukot jej obcasów, gdy opuszczała Twoją celę i rzuciła ostatnie polecenia do mężczyzny stojącego nieopodal Ciebie.
- Dokończ to.
Dwa słowa. Dwa słowa, od których zależał Twój dalszy los. Dwa słowa, które Cię piętnowały. Howard się nawet nie zastanawiał. Zarechotał tym swoim głębokim śmiechem, gdy się do Ciebie nachylał, obijając jedną ze swych pięści o swą drugą, otwartą dłoń.
- To mój szczęśliwy dzień. Dama nigdy nie pozwala mi się tak bawić. - W jego głosie słyszałeś radość i ekscytację. Zamykanie oczu i chronienie się nie miało już sensu. Czułeś cios za ciosem, po twarzy, żebrach, ramionach. Jednym z uderzeń mężczyzna z pewnością wybił bark w Twojej wciąż sprawnej ręce. A Ty nawet nie miałeś się jak bronić... Mężczyzna bił i bił, bił tak długo, jak widział jakiekolwiek reakcje z Twojej strony. Przestanie uderzać dopiero, gdy stracisz swoją świadomość...
Dzisiaj chyba mimo wszystko miałeś szczęście - nie chcieli Cię zabić. Mieli na Ciebie lepszy plan...
Ukryj:
Rzut na 6.
Nie złamałeś się do końca. Nie wyrzuciłeś z siebie ani jednego słowa. Nawet, mimo osiągniętych obrażeń jesteś w stanie przeżyć. Jesteś w stanie osiągnąć pewien profit z tego wydarzenia - do własnego wyboru - i oczywiście do konsultacji.
Paw chyba nie wierzył w Boga. Sądził, że jest jakaś wielka siła, dzięki której komuś przytrafiają się dobre i złe rzeczy, ale Boga jako takiego według niego nie było. Gdyby był, już dawno zająłby się tymi wszystkimi okropnymi ludźmi, którzy zasłużyli na karę. Gdyby był, uratowałby go, czyż nie? A może zasnął? Znowu zrobił sobie przerwę?
Najbardziej z tego wszystkiego bolało go to, że do tej pory cały czas żył nadzieją, iż jeszcze będzie miał okazję zobaczyć się z Julią. I z Charles'em. Od paru dobrych lat nie mieli kontaktu. Miał plany, że zaraz po wymianie żywności zapyta ludzi z FPTP o swoją mamę, może nawet poprosi, by jakoś się z nimi po cichu zobaczyć. Niestety nie zdążył. Nie zdążył nawet o tym pomyśleć, gdy na polanie pojawili się ludzie z GC.
Dokończ to.
Te dwa słowa obudziły go na chwilę. Na ułamek sekundy, podczas którego jego zmysły wyostrzyły się, czarne plamy zniknęły, a ślad po kobiecie zaginął. Zaraz... Czy w tym pomieszczeniu była jakakolwiek kobieta? Przecież nadal słyszał tę przeklętą piosenkę z tyłu głowy. Czuł zapach jej perfum. Czuł oddech, którym drażniła jego twarz, gdy do niego mówiła.
Słowa mężczyzny nie dotarły do niego. Dotarła dopiero pięść, która trafiła w jego twarz.
Jasność. Ciemność. Pisk w uszach, rozmywający się obraz. Cios za ciosem, Griffin czuł, jak życie z niego upływa. Jak powoli, boleśnie umiera.
Levi splunął krwią gdzieś obok, nie panując nawet nad zawartością żołądka, która wylała się po uderzeniu w brzuch.
Levi, nie zamykaj oczu. Levi, nie teraz, Levi...
Wygraliście. Skończcie cierpienia. Pochłońcie umysł w wiecznej ciemności.
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-02-02, 19:09
Mężczyzna mógł w końcu wyrzucić z siebie wszystkie emocje, jakie w sobie trzymał - gniew, smutek, złość, nienawiść do mutantów... Wszystko co czuł, odbijał na Twoim wiotkim ciele. Przez jeden z ciosów chyba nawet straciłeś zęba. Twoje usta zalały się nie tylko zawartością Twojego żołądka, ale i krwią. Na Twojej skórze po tym dniu na pewno powstaną nowe siniaki, zadrapania, opuchlizna... Po tym dniu na pewno nie będziesz wyglądał tak uroczo jak niegdyś.
Gdy dryblas w końcu doprowadził Cię do braku świadomości, zarechotał radośnie wycierając swoje dłonie ubrudzone Twoją krwią. Jej zapach go podniecał - musiał być takim samym sadystą jak Dama, która rozpoczęła to widowisko. To ona po dzisiejszym dniu stanie się Twym nemezis, mimo, że nigdy nie planowałeś takowego mieć. Mimo słabego wzroku - rozpoznasz ją wszędzie. Zapach jej perfum będzie Cię prześladował na każdym kroku, tak samo jak barwa jej głosu i mroczna piosenka, którą Cię uraczyła. Jej dech będzie powodował koszmary po nocach, a choćby przypomnienie o jej dotyku - dreszcze. Nie zapomnisz jej, do końca swojego życia, zapamiętasz te drobne szczegóły. Choćby to miało być tylko kilka kolejnych godzin...
Howard nie zdjął Ci kajdan, nie usunął też obroży. Złapał Cię jak zwykłą laleczkę i przerzucił sobie przez plecy. Nie było już konieczne, byś zajmował tą celę. Mężczyzna nawet nie szczególnie przejmował się plamami krwi, które zostawiałeś na jego ubraniu. Może nawet na tym mu zależało? By ta odrobina Ciebie wciąż mu towarzyszyła?
Wyszedł z pomieszczenia, niosąc nieprzytomnego Ciebie, nie wiadomo w jakim kierunku...
Powróciłam więc do miejsca, które dawało mi tyle miłych wspomnień. Miejsca, w którym nie jeden już się złamał. Miejsca, w którym byłam władcą...
Dzisiaj jednak wyjątkowo nie przyprowadziłam tu swojej nowej zabawki, a jedynie most, który będzie moją drogą ku spełnieniu. Howard szarpał pojmaną przez nas dziewczyną, wrzucając ją za drzwi celi, ze spętanymi kajdanami dłońmi, wcześniej zabierając jej wszelkie posiadane sprzęty. Dziewczyna mogła jeszcze dostrzec na ziemi i ścianie niedomyte odbarwienia po krwi jej poprzedników - mogła więc mieć poczucie, że to miejsce zdecydowanie nie należy do najmilszych, a cała nasza zgraja zdecydowanie nie żartowała, gdy mówili, że są gotowi na wszystko.
Jedno szczęście? James musiał wrócić po swój samochód. Nasza droga Ricky miała więc chwilę na rozmowę ze mną, bez ryzyka, ze ktoś ją zacznie za chwilę podduszać.
- Mam nadzieję, że Ci się podoba? Długo pracowałam nad tym... wystrojem. - Stwierdziłam ze sztucznym uśmiechem malującym się na mojej twarzy. - Warunki są proste, kochana. Jeśli zgodzisz się mi pomóc - wychodzisz stąd wolno, nawet za chwilę. Czeka też Cię wtedy nagroda. Jeśli jednak odmówisz... Cóż. Możesz się wtedy zadomowić. - Dodałam po chwili z satysfakcją w głosie, próbując wyczytać jakiekolwiek emocje na twarzy mej przynęty. Tak... Drogocennej... Przynęty...
Przez całą drogę do... właściwie sama nie wiedziała dokąd z nimi jedzie. Jedynie co było pewne nie odezwała się do nich ani jednym słowem. Po prostu uparcie milczała. Pogrążana własnych myślach, zastanawiała się czego chcą od Sam i jej siostry oraz co jej zrobią jak poznają prawdę. Przecież nie kłamała mówiła, że z kimś ją pomyli i to oni uparcie twierdzili, że nich. Więc nie jej winna, że nie mieli dokładnych informacji. Ona jedynie nie wyprowadziła ich z błędu, bo chciała chronić siostrę. Nie protestowała gdy zabierali jej własność. Jedynie miała nadzieję, że nie zaczną grzebać jej telefonie. Nie bała się, że w ten sposób poznają prawdę, bo Ricky ma zapisaną jak ,,siocha". Chodziło jej o to, że przyjdzie im do głowy dzwonić z jej telefonu do Sam, której numer miała. W końcu wykradła go z telefonu siostry i nie skasowała. Wtedy na pewno wszystko by się wydało i właściwie co dalej...
Nie odezwała się słowem gdy zakładano jej kajdanki, gdy przyjaciel kobiety ciągnął ją za ramie do celu podróży ani też jak wrzucił do niego ją. Przecież nie było sensu dalej sprzeciwiać czy odzywać się do nich. I tak to nic nie zmieni... i chociaż nie było tego drugie to i tak nie zamierzała ryzykować wylądowaniem na wózku.
Jedyną jej relacją było zmarszczenie brwi gdy poczuła bliskie spotkanie z podłogą, a następnie spojrzenie na kobietę. Domyśliła się, że to ona ciągnie tutaj za sznurki i próbowała ją przejrzeć. Jednak było to trudne..., bo jej towarzysza łatwo było szufladkować. Jednak ona była zagadką dla panny Roseberry. Tak na półleżała na tej zimnej podłodze z plamami krwi. Zastanawiając się jak bardzo się pomyli nazywając ją diablicą, a jej zmienię nastroje nie tyle wkurzały Rocky, a bardziej wkurzało ją to, że nie potrafi jej przejrzeć. Kim była? Czego chciała od jej siostry i Sam? Najważniejsze co im zrobi gdy dostanie swoje?
Rocky wolała nie poznawać odpowiedzi na te pytania ani też stawać. Chociaż było jej strasznie nie wygodnie na niej jeszcze zakutymi dłoniami. Dopiero po dłuższej chwili zdecydowała się odezwać.
- Do hotelu pięciogwiazdkowego mu daleko... Zgodziłam się pójść, a nie pomagać więc daruj sobie te gadkę - powiedziała do niej, bo nie zmieniła zdanie nie zdradzi Sam, bo nie zdradzi Ricky. Zdradzając jedną zdradzasz drugą... Zamierzała chronić siostrę i nie pozwolić by ta kobieta dostała ją swoje rączki, a tym bardziej jej znajomy. Który gdzieś zniknął.
To jedno krótkie zdanie skutecznie zmazało jakiekolwiek emocje z mojej twarzy. Znowu byłam tą chłodną, wyrachowaną kobietą, która po trupach dążyła do celu. Posłałam więc Roseberry bardzo chłodne spojrzenie, patrząc na nią z góry.
- Sama tego chciałaś. - Rzuciłam mimochodem, wychodząc z celi i zatrzaskując za sobą drzwi. Nie zamierzałam marnować czasu, nie dzisiaj. Miałam ważniejsze rzeczy na głowie, niż użeranie się z byle nastolatką. Poza tym... Zapewne niedługo dowiozą tu i jej przyjaciela.
Po zatrzaśnięciu jedynego wyjścia z tego miejsca, do Twoich uszu mogły dotrzeć dźwięki przesuwanych zamków i huk obijającego się o siebie metalu. Zdecydowanie żadne z tych doświadczeń słuchowych nie należało do najprzyjemniejszych - tym bardziej, gdy pomyśli się o ogólnym wyglądzie tego miejsca. Nie było tu ani jednego okna. Nie wpadało tu naturalne światło. Żarówka znajdująca się na suficie dawała bardzo słaby, zimny blask. Momentami wręcz zaczynała mrygać - jakby jej żywot właśnie się kończył. Nie mogłaś mieć pewności, czy był to zabieg psychologiczny mający Cię zmusić do współpracy, czy może po prostu tak traktowano tu więźniów. Bo chyba właśnie tym byłaś dla kobiety i jej dryblasów - więźniem.
Gdy zaczęłaś się rozglądać, mogłaś odnieść wrażenie, że ta cela bardziej przypomina piwnicę, niż rzeczywiste miejsce przetrzymywania kogokolwiek. Brakowało tu umywalki i toalety, zamiast łóżka leżał tu tylko stęchły materac. Nigdy do tej pory nie byłaś skazana na tak drastyczne warunki.
Jedyne, co mogło wypełniać Twój czas, to nasłuchiwanie - bez większych problemów mogłaś usłyszeć stukot pantofli za drzwiami tego pokoju. Tak samo, jak jęki i płacz innych ofiar tej radykalnej organizacji...
Jeśli ktoś trochę znał którąś z panny Roseberry to wiedział by jedno, że obie bywają nadzwyczajnie uparte. Czasem też chociaż może nie zawsze na to wyglądają są bardzo blisko ze sobą. Łączy je silna więź nic więc dziwnego skoro są bliźniaczkami. Dlatego więc Rocky była pewna, że nie zdradzi siostry. Nawet jeśli musiała by w ten sposób chronić jej dziewczynę. Może obecnie nie przepadała by za nią. Kto lubił by partnera lub partnerkę siostry bądź brata wiedząc, że ta osoba ma problemy z którymi sobie nie radzi. Rocky jedynie chciała by one przystopowały, ale dobra uciekam od tematu. Rocky była przekona, że ta kobieta może robić co ze chce, a ona nie zdradzi siostry. Nie licząc rodziców nie miała prócz niej nikogo tak bliskiego.
Ulżyło panny Roseberry, kiedy kobieta wyszła zatrzaskując za sobą drzwi. Chociaż była pewna, że nie długo wróć, bo tacy ludzie jak ona nie odpuszczają. Sama przyznała, że zawsze dostaje to czego co chce. Cóż tym razem nie dostanie tak tego łatwo. Nie ruszyła się z miejsca, aż nie przestała słyszeć odgłos kroków na korytarzu. Liczyła je, jakby to miało jej do czego pomóc, albo po prostu w tym pokoju nie miała nic innego do roboty. Nie zmieniała swojego miejsca, bo już wolała te podłogę niż ten obrzydliwy materacy. Nie było możliwość by usiadła na nim.
- Coś w ty znowu się wpakowała - powiedziała sama do siebie pół szeptem. Nie wiedząc sama do kogo te słowa kierowała. Czy mówiła je do siebie, siostry, czy Sam. W końcu ta kobieta chciała coś od Sam. Ona, a raczej Ricky miała być drogą prowadzącą do celu. Nikim więcej nie była dla tej kobiety. Podkurczyła nogi, na które włożyła między ręce. Chociaż było trudno zmieniać pozycje z kajdankami. To tak była miarę wygodniej. Mogła przynajmniej oprzeć głowę i czekać...
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum