Poprzedni temat «» Następny temat
Plac publiczny
Autor Wiadomość
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2017-11-17, 18:22   Plac publiczny


[Profil]
 
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2017-12-09, 21:30   
  

   1 Rok na Giftedach!


Ostatnie kilkanaście dni było bardzo intensywne. Śmierć Yvonne Marie wstrząsnęła wszystkimi. Stworzyli tutaj coś na kształt “domu”, którego Yvonne była zarządcą. Nikt nigdy nie kwestionował jej rządów. To ona była tą, która ich prowadziła. Nawet Ronnie się jej nie stawiał. Przede wszystkim dlatego, że ją szanował. Doceniał jej talent przywódczy. To ona sprawiła, że uratowali tych mutantów z Las Vegas, to ona była ich wsparciem, nawet jeśli nie do końca zgadzał się z tym, że powinni trzymać się w cieniu. Już raz świat zobaczył ich potęgę, to oni powinni zwierzyną, nie mutanci. Mimo wszystko było lojalny. Nie stawał nikomu na drodzę. Był dobrym żołnierzem. Robił to co do niego należało.
Nie pisał się jednak na ten cyrk, który się tutaj odpierdalał od czasu upadku ich przywódczyni. Kompletnie nie zgadzał się z tym, że ich przywódczynią powinna zostać córka Yvonne. Była jeszcze dzieckiem, a oni nie żyli w feudalnym, średniowiecznym społeczeństwie. Korona nie spadała na głowę potomka, tylko dlatego że takie były zasady. W jego oczach Colleen nie była godna, żeby zostać ich przywódcą. To nie było nic osobistego. Oni potrzebowali lidera, a nie dziewczyny, której prawdopodobnie jeszcze rosną cycki. Przesadzał. Ale w jego oczach córka Yv była jeszcze dzieckiem, niezdolnym do dzierżenia władzy. Jak miał ją szanować jako przywódcę? Jeszcze przed śmiercią Yvonne, mówił do niej “smarkata, wyładuj prowiant”, oczywiście z dozą czułości w głosie, przeznaczonej dla kogoś w rodzaju młodszej siostry. Ale wciąż. Cztery lata temu, gdy poznał Colleen i jej matkę, ta pierwsza była zaledwie dzieckiem. Teraz obwołano ją przywódczynią. Ale co miał zrobić? Stanąć naprzeciwko niej i wyzwać ją na pojedynek, by potem mogli wybrać lidera w demokratycznych wyborach? Wojna w obrębie bractwa nie wchodziła teraz w grę. Więc milczał i chciał obserwować bieg wydarzeń. W końcu zawsze może odejść, chociaż nie chciał tego bo przywiązał się już do tego cholernego obozu i wspólnoty jaką stworzyli. Nie bez powodu nazywali się Bractwem. Dlatego postanowił zadziałać rozsądnie i zostać, ale miał wrażenie że będzie obserwował to jak zbliżają się do upadku.
Nie spodziewał się nikogo spotkać o tej godzinie na placu głównym. Yvonne pewnie dałaby mu opieprz za to, że bawi się w piromana o tych godzinach, ale on najzwyczajniej się nudził, rozwalając dla zabicia czasu puste puszki po konserwach. Na horyzoncie pojawiła się kobieca postać. Od razu poznał kto to. Pojawiła się w świetle księżyca przy akompaniamencie znacznie głośniejszego wybuchu, który wywołał. - Colleen. - mruknął na przywitanie, kiwając głową. Była chyba ostatnią osobą, z którą chciał teraz rozmawiać. W końcu nie czuł potrzeby powiedzenia jej prosto w twarz, że jest chyba szalona, że chce nimi przewodzić. Być może dlatego, że jeszcze kilkanaście dni temu jej matka żyła, a może dlatego że darzył ją pewnym sentymentem. Wiedział, że ten moment nadejdzie. Niezbyt mu dobrze wychodziło trzymanie języka za zębami. Gdy chciał coś powiedzieć, po prostu to robił. To on zawsze najwięcej dyskutował z Yvonne. Ale to zawsze pozostawały tylko dyskusje. Czasami Marie go słuchała, a czasami się z nim nie zgadzała i to ona miała decydujący głos. W każdym razie teraz dziwnie milczał, nie wypowiadając się na forum o tym co się dzieję.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

78%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
25

height / weight:
168/46

Wysłany: 2017-12-09, 22:21   
  

   2 Lata Giftedów!


/ po grze z Jamesem.

Było już późno. Nie wiedziałam dokładnie, która była godzina, ale z pewnością środek nocy, a ja oficjalnie zyskałam nowego współlokatora. James, mój Doradca postanowił ze mną zamieszkać. Wspaniale, prawda? Generalnie ciężko mi było odczytać jego intencje. Martwił się o moje zdrowie psychiczne? O moje bezpieczeństwo? O to, że zbuntowani ludzie z Bractwa postanowią mnie napaść i siłą zmusić do oddania władzy? No cóż, ja się nie bałam, ale skoro James chciał ze mną zamieszkać, droga wolna. A co do oddania władzy... no cóż, nie miałam najmniejszego zamiaru jej oddawać. Wykonywałam wolę mojej matki, która jawnie w testamencie spisała, że to ja mam rządzić po jej ewentualnej śmierci. Nie wiedziałam, kiedy spisała testament i czy była świadoma, że umrze tak wcześnie, ale skoro chciała, bym przejęła po niej Przywódctwo, to tak się stało i nie zamieniałam tego zmieniać. Nie ważne, jak wiele mutantów protestowało. Mało mnie to obchodziło. Zamierzałam robić swoje. Od 4 lat obserwowałam, co robi moja matka. Z nią założyłam Bractwo, odbijałam pierwszych mutantów, witałam pierwszych uciekinierów. Nadawałam się na to stanowisko... a inaczej, nadawałabym się, gdybym nie musiała brać prozacu i xanaxu, bo nie czułam żadnej innej emocji oprócz gniewu, a sen nie przynosił mi spokoju, tylko koszmary.
Tak bowiem było i teraz. Dlatego właśnie postanowiłam przejść się po obozie - bałam się zasnąć. Poza tym... moja matka też nie raz, nie dwa, spacerowała nocą po obozie, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, czy nikt za bardzo nie rozrabia, czy nikt nie ma problemów. Mieliśmy ustaloną niepisaną ciszę nocną, jako że na obozowisku hałasy bardzo mocno się roznosiły, dlatego też ciężko było mi nie usłyszeć wybuchów. Wiedziałam, kto je powoduje i już po chwili stanęłam twarzą w twarz z Ronniem.
Wiedziałam, że nie zgadza się, że jestem Przywódcą. Byłam tego jak najbardziej świadoma, ale tak naprawdę... co mnie to obchodziło? Mieszkał z nami, w Bractwie, musiał przestrzegać reguł.
- Mam ci przypomnieć, jakie mamy tu zasady? - powiedziałam, nie bawiąc się w powitania i uprzejmości. Czułam napływającą złość, której nie chciałam pozwolić wyjść na zewnątrz. Postanowiłam już nic nie dodawać, tylko stałam i patrzyłam prosto w oczy mężczyzny. Kiedyś tak mi bliski... To było strasznie smutne, jak wszyscy potrafili się ode mnie odwrócić. Tak bardzo liczyli na to, że to oni obejmą władzę? Nie mogli znieść mojego widoku jako Przywódcy? Cóż, musieli się przyzwyczaić.
_________________
I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2017-12-09, 22:56   
  

   1 Rok na Giftedach!


Najlepsze w tym wszystkim było to, że on naprawdę mógł odejść. Mógł to zrobić nawet teraz, bez żadnych tłumaczeń. Chodziło to, że to nie był już obóz Marie. Ani tej starszej, ani tej młodszej. To było ich miejsce, które stworzyli wszyscy pod wodzą matki Colleen. Dlatego jak bardzo nie szanowałby Yvonne, odczytany przez jej córkę list był dla niego istną komedią. Bo ich była liderka nie miała prawa wyznaczać na swoją przywódczynię dwudziestotrzyletnią dziewczynkę, która prawdopodobnie nawet nie wiedziała czym jest wojna. Równie dobrze przywódczynią mogłaby zostać Venus-hakerka albo rudy co zabijał dotykiem. Zachowywał jednak te myśli dla siebie. Trochę w ckliwym hołdzie dla kobiety, której był lojalny. Miał jednak wątpliwości, był sceptyczny co do tego co się miało zdarzyć w przyszłości. Nie widział jej w roli przywódczyni, dla niego była dziewczyną, która wciąż trzymała się spódnicy matki.
Spojrzał beznamiętnie w oczy Colleen. Nawet teraz gdy wydawała się być wściekła, miała w sobie coś z rozkapryszonej dziewuchy. Może to tylko jego zachwiana niesprawiedliwym osądem percepcja, ale jej głos wydawał się być tak irytująca protekcjonalny. - Obędzie się. - mruknął, odwracając wzrok. - Yvonne uwielbiała mi je przypominać. - uśmiechnął się nieco krzywo, drapiąc się po policzku. Ostatecznie kolejna puszka nie wybuchła. Miał już swoje zajęcie. Wyciągnął z kieszeni fajkę, którą odpalił małym, ostrożnym wybuchem i zaciągnął się. - Więc, przywódczyni, w którą stronę nas zaprowadzisz? - zapytał, wypuszczając wielki obłok dymu.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

78%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
25

height / weight:
168/46

Wysłany: 2017-12-09, 23:11   
  

   2 Lata Giftedów!


Nie do końca wiedziałam, jak się zachować, więc po prostu postanowiłam nie zastanawiać się nad tym zbyt długo. Z pewnością nie zamierzałam sobie pozwolić na to, by ktoś kwestionował decyzję mojej matki, by ktoś kwestionował moją pozycję. Nawet Ronnie, z którym miałam naprawdę dobre relacje, który naprawdę był przydatny. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie chciałam, by stanął po mojej stronie. Oczywiście, że chciałam... To było cholernie słabe, że ludzie odwracali się ode mnie, tak po prostu, bez powodu. Nie wierzyli we mnie, po prostu z góry zakładali, że mi się nie uda, a przecież tak naprawdę mnie nie znali. Dziwnie jednak, nie przejmowałam się ich zdaniem, tak naprawdę. Byli mi zupełnie obojętni. Wiedziałam, że zrobię wszystko, by być dobrym przywódcą, więc po co miałabym komukolwiek to jeszcze udowadniać? Nie musiałam nic nikomu udowadniać. Kto niby nadawałaby się lepiej na tą pozycję? To ja razem z mamą założyłam Bractwo, to dzięki nam istnieje i nie zamierzałam go oddać w łapska kogokolwiek innego.
- Wstydziłbyś się wypowiadać jej imię, po tym, jak kwestionujesz jej zdanie. - odparłam spokojnie na jego słowa. W moim głosie nie było żadnych emocji, nie umiałam ich z siebie wydobyć, po prostu nie potrafiłam... a może nie chciałam? Chciałam jedynie, by Ronnie przestał się buntować. Wiedziałam przecież, że jest przeciwko mnie. Tak samo jak Vee, która swoją drogą była tak bezszczelna, że chciała usunąć mi pamięć o mojej matce... Jak w ogóle można komukolwiek proponować coś takiego?
Wzięłam jeden, głęboki oddech, ciesząc się świeżym powietrzem, które już po sekundzie zostało zakłócone przez dym papierosowy. Tego nie skomentowałam, po co miałabym to komentować?
- Będę prowadzić was tą samą drogą, która prowadziła nas wszystkich moja matka. Jesteśmy w tym razem, wszyscy, bo nie po to powstało to bractwo, by dzieliło się na pół. - powiedziałam, choć nie do końca w to wierzyłam. Tak naprawdę uważałam, że jak komuś coś nie pasuje, to powinien odejść. Byliśmy w Bractwie, oczywiście, ale jak być częścią Bractwa, gdy nienawidzi się Przywódcy, gdy nie popiera się go? Już jedna osoba nas zdradziła, nie moglam pozwolić na to, by zdarzyło się to ponownie.
_________________
I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2017-12-10, 00:08   
  

   1 Rok na Giftedach!


Ronnie uważał, że istniało stanowczo zbyt wiele argumentów stanowiących o tym, że prawdopodobnie jej matka mogła spisać ten list pod wpływem cracku lub pod wpływem innych środków odurzających. Dla niego to nie miało najmniejszego sensu. Jedyną rzeczą jaka przemawiała za Colleen było, to że jest córką Yvonne. Niestety, ale dla Ronniego to było zbyt mało. Dzielenie DNA z Yvonne nie było wystarczającym powodem, by dziewczyna mogła przejąć pałeczkę po matce. I właściwie nawet teraz mógł wyliczyć na palcach obu rąk osoby, które równie dobrze mogły pełnić tą funkcję. Nazwisko Marie nie było dla niego synonimem świetlanej przyszłości. Ich moce nie były ich własnością, ani oni nie byli ich poddanymi. Yvonne zebrała ich razem i nadał ich życiu sens. W ocenie Ronniego, Colleen miała w tym taki sam wkład jak James, on sam czy inni, którzy byli z nimi od czterech lat. Bez jej matki nie byłoby Bractwa, tak samo jak bez tych którzy stanęli za jej plecami cztery lata temu, gdy byli jednymi z pierwszych rekrutów.
- Wstydziłaby się za mnie, gdybym tego nie robił. - zaśmiał się gorzko. - To nic osobistego Collen. Ja po prostu stawiam wyżej chłodną, strategiczną ocenę niż sentymenty. Potrzebujemy prawdziwego lidera. - odparł jej całkiem szczerze. W końcu co miał zrobić? Uśmiechnąć się sztucznie i powiedzieć, że w stu procentach ją wspiera i gdy ktoś w końcu powie na głos to o czym myślał od jakiegoś czasu, to stanie w jej obronie? Znała go dość dobrze, by wiedzieć, że nie był fałszywy. Miał szereg bardzo paskudnych wad, ale nie był kłamcą.
- Nie jesteś twoją matką, Colleen. - uśmiechnął się nieco pobłażliwie. - I my już jesteśmy podzieleni. My wybraliśmy twoją matkę na naszą przywódczynię, ale nie wybraliśmy ciebie. Możesz wściekać się za to i machać mi tym listem przed twarzą, ale oni myślą to samo co ja. Tylko nie chcą tego powiedzieć, dziewczynie, która straciła matkę. - Problem w tym, że Ronnie nie patrzył na Bractwo jako na własność Colleen, ani Yvonne. Nic go to nie obchodziło kto był pierwszy w tej piaskownicy. Nie mieli władzy nad nimi. Stali za Marie, bo tego chcieli. On popierał Bractwo. Nie wierzył tylko w jego nowego przywódcę. - Myśl co chcesz, Marie. Próbuj. Ja będę obserwować jak ci idzie. Nikt nas tutaj na siłę. Jak spieprzysz to ty będziesz tą, która zniszczyła Bractwo. - ostatecznie wzruszył ramionami, bo przecież nie chodziło o to, że chciał obalać królową. Jakby miała wystarczająco rozumu w głowie sama by to zrobiła. A to był cały Ronnie. Powiedział swoje. On zrobi po swojemu. Colleen po swojemu. Czas pokażę czy dalej będą stali po tej samej stronie barykady. Póki co miał zamiar odpalić kolejnego papierosa i zobaczyć co się stanie.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

78%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
25

height / weight:
168/46

Wysłany: 2017-12-10, 11:10   
  

   2 Lata Giftedów!


Nie do końca wiedziałam, jak mam zapanować nad sobą. Zaczynałam się robić tak wściekła, taka zła... Jak on mógł mówić te wszystkie rzeczy? Wyglądało na to, że nie znał ani mnie, ani mojej matki, a do tego wszystkiego obu nas nie szanował. Byłam wściekła, tak okropnie wściekła... Czemu wszyscy mnie tak lekceważyli? Nie mogłam dłużej sobie na to pozwalać, kim oni byli, by tak mnie traktować? Tak bardzo walczyli o tą pieprzoną równość, moja matka chciała dla nich wszystkich stworzyć dom, być dla nich rodziną... A oni co robili? Sprawiali, że nie mogłam się opanować, że wpadałam w taką, kurwa, złość... Lekceważyli mnie, moi przyjaciele, odwracali się ode mnie plecami.
- Czyli prawdopodobnie w ogóle jej nie znałeś. Tak samo, jak nie znasz mnie. - odpowiedziałam tak spokojnie, jak tylko mogłam, zważywszy na to, iż wręcz gotowało się we mnie - Wy wybraliście moją matkę? Gdyby nie ona, chowalibyście się po kanałach jak szczury. Ona wybrała was, pozwoliła wam żyć z nami. Nie wy ją wybraliście i nie wy musicie wybierać mnie. Chyba coś ci się mocno pomyliło, Ronnie. Jeżeli chcesz głosować, to śmiało, leć, ale gdzie pójdziesz? Będziesz głosować na prezesa D.O.G.S., czy zgłosisz swoją kandydaturę na szefa Bractwa? Przykro mi, ale to się nie stanie i nie obchodzi mnie, jakie masz o tym zdanie, naprawdę, nie obchodzi mnie to. - powiedziałam i uśmiechnęłam się, tak pięknie, jak tylko potrafiłam, a było mi ciężko, nie uśmiechałam się od ponad dwóch tygodni, więc to było trochę dziwne uczucie - I nie martw się o mnie, Ronnie, nie jestem tylko dziewczyną, która straciła matkę. - dodałam, a po kolejnych jego słowach musiałam zamknąć oczy i wziąć jeden, głęboki oddech. Ja zniszczę Bractwo?
Ronnie mógł usłyszeć, że puszki i ich szczątki, którymi on sam wcześniej się bawił zaczęły dygotać, zupełnie tak, jakby było im zimno, ale to wszystko robiłam ja. Zupełnie niespecjalnie. Zacisnęłam dłonie w pięści, wszystko się uspokoiło. Otworzyłam oczy i znów spojrzałam w oczy mężczyźnie.
- Nie prowokuj mnie, tylko tego od ciebie chcę. - powiedziałam - I tak jak mówisz, nikt was na siłę nie trzyma. Jesteś przydatny, Ronnie, szkoda by było, jakbyś odszedł. - dodałam ze sztucznym uśmiechem, aczkolwiek owszem, uważałam, że Ronnie był przydatny. Szczególnie do tego, co planowałam...
_________________
I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2017-12-23, 02:16   
  

   1 Rok na Giftedach!


Spojrzał na nią z niedowierzaniem. - Gdyby nie ona, byłabyś jednym z tym szczurów. - pokręcił głową, patrząc na nią i naprawdę jakąś częścią siebie chciał widzieć w niej jej matkę, ale tak nie było. Widział tylko młodą dziewczynę, która w swojej dziecinności była głupio przekonana co do własnej racji. W końcu kto nie wątpił by w siebie, stając przed takim zadaniem? Tylko głupiec. Właśnie. A na dodatek ten stojący przed nim, był pozbawiony wszelkiego szacunku do tych, którymi chciała przewodzić. Ten domek rozpierdoli się szybciej niż sądzi.
Gdy usłyszał dźwięk pękających puszek, poczuł jak całe jego ciało się napina. Machinalnie gotował się do ataku. Mógłby ją teraz zmieść w pył. To była idealna okazja. Nie zdążyłaby nawet zareagować, obronić się. Mógłby to zrobić właśnie w tym momencie, ale dostrzegł, że to nie miał być atak. Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu. - Szacunek to ciekawa sprawa, Coleen. Raczej nie dostaniesz go w spadku po matce. Możesz myśleć sobie, że jesteś królową, ale bez tego zostaniesz sama, gdy sentymenty się skończą. Zapracuj sobie na to i dorośnij. - rzucił kiepem. I tyle byłoby z jego mądrości. Coleen mogła nadal zachowywać się tak bezsensownie jak do tej pory. To była jej decyzja. Każdy podejmował swoje. Najzabawniejsze w tym było, że tutaj nawet nie chodziło o władzę. Doświadczenie nauczyło go, by nie podążać ślepo za tymi, którzy na to nie zasługują. I nie miał zamiaru. Nie chodziło o władzę. Nie chciał jej. Właściwie to byłoby mu wszystko jedno, gdyby tak naprawdę nie zaczęło mu zależeć na tych ludziach. I to go tutaj trzymało. Nawet nie Yvonne. Sally, James, ta ruda od komputerów, mała blondyna, którą kiedyś przyprowadził tutaj na swoją odpowiedzialność… - Nie mam zamiaru cię prowokować. Nie mam zamiaru nawet wszczynać żadnych wojen, Jak będę chciał odejść. Odejdę. Ale nie lubię gróźb. Pamiętaj, że nie tylko ty potrafisz kopać tyłki. - rzucił jej na odchodne.
/zt

słyszałam, że mam zadanie, to kończę :lol:
[Profil]
  [0-]
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

78%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
25

height / weight:
168/46

Wysłany: 2017-12-26, 12:10   
  

   2 Lata Giftedów!


Nawet nie chciałam mu odpowiadać. Bałam się odezwać, balam się odpowiedzieć na jakikolwiek z jego popieprzonych argumentów. Czułam złość. Czułam złość, która wypełniała mnie całkowicie - od czubka główy, aż do stóp. Trzęsłam się, starając się zdusić agresję, dzięki której w sekundę zamordowałabym Ronniego. Byłam w stanie tak rozpędzić każdy metalowy przedmiot, że nawet te pieprzone puszki, tak słabe, tak kruche... nawet dzięki nim mogłabym zabić Ronniego. Cholera, kurwa, nie mogłam jednak tak myśleć. To nie byłam ja, nie byłam złą osobą. Ja nie zabijałam, a już na pewno nie swoich ludzi.
Zamknęłam oczy, pochyliłam głowę, słuchając jego zarzutów. Tego, jak niby kurwa niedorosla jestem, jak bardzo nie nadaję się do bycia Przywódcą. Nie chciałam rządzić Bractwem, cholera, serio nie chciałam, ale nie wierzyłam zupełnie w to, co mówił Ronnie. Nie byłam dzieckiem, wiedziałam, co mam robić, w którą stronę kierować Bractwo. Dlaczego wszyscy byli tak bardzo przeciwko mnie? Chciałam krzyczeć, jak najgłośniej się dało, dlatego jaka była moja ulga, gdy mężczyzna odszedł ode mnie. Westchnęłam ciężko i rzuciłam się biegiem w przeciwnym kierunku.

/ zt.
_________________
I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-02-01, 21:59   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


/przed polaną, wieczór

Will był już od tygodnia w Bractwie i zdążył się zorientować, że miał naprawdę sporo rzeczy do zrobienia. W pierwszej kolejności powinni przenieść siedzibę w jakieś miejsce, które faktycznie byłoby sekretne, ale ciężko było wyczarować coś takiego dla takiej liczby osób w tak krótkim czasie. Gdyby ich rozdzielić na mniejsze grupy, dużo łatwiej mogliby się ukryć, nie potrzebowaliby tyle miejsca, łatwiej byłoby zachować tajemnice... ale równocześnie w razie nalotu DOGS mieliby mniejsze szanse - jakby w ogóle mieli jakieś sensowne szanse. Szczerze powiedziawszy, Will nie był pewien czy w ogóle wierzył w Bractwo i że była jakaś możliwość pokojowego współistnienie ludzi i mutantów w Stanach. Pewnie gdyby te jedenaście lat temu nie był takim skończonym idiotą, to ostatnie kilka miesięcy swojego życia spędzałby gdzieś we Włoszech albo Hiszpanii. Chociaż, dlaczego ostatnie? Gdyby mógł sobie pozwolić na wyjazd bez możliwości powrotu do Europy, to pewnie w spokoju mógłby zrobić sobie studia w przyśpieszonym trybie, zostać doktorem, w pełni korzystać ze swoich możliwości i spokojnie mógłby dostać czystą mutazynę.
Tymczasem William Hopper pozostawał umierającym zbiegiem współpracującym z organizacją terrorystyczną w amerykańskim Waszyngtonie, któremu było daleko pod względem klimatu do południa Europy, zwłaszcza w środku zimy. Jej jedynym plusem było to, że nieco wcześniej robiło się ciemno, a Will nie musiał chodzić w pięciu parach okularów przeciwsłonecznych, żeby wytrzymać z bólem głowy. Znając życie, za niedługo w Bractwie rozejdą się plotki, ze jest wampirem, ale cóż, miał na głowie ważniejsze sprawy, niż to co ktoś może pomyśleć na jego temat.
I on, i Fisher, mieli tego dnia dość czasu, żeby się spotkać i porozmawiać o aktualnym priorytecie Hoppera, czyli znalezieniu jego rodziny. Zdążył rzucić okiem na bazę danych Bractwa, ale nie miał dość czasu, żeby dokładnie ją przeanalizować. Liczył, że kiedy dowie się czegoś, będzie mógł wykluczyć sporo opcji, a szukanie zajmie mu dużo, dużo mniej czasu. Oczywiście, o ile Bractwo cokolwiek wiedziało o jego rodzinie i raczyło to kiedyś zapisać. Tym oto sposobem wylądował na placu w siedzibie Bractwa wieczorem, kiedy na zewnątrz piździło, czekając aż Młotek raczy się pojawić.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Fisher Goldstein



oh no, not you agin

marionetkarstwo

84%

adrenalina





name:

Fisher Goldstein

alias:
Puppetmaster

age:
29

Wysłany: 2018-02-03, 21:05   

/jakiś miesiąc po kradzieży torebki Sam

Pomimo usilnych starań, Fisher nie miał ostatnimi czasy nawet kilku minut dla siebie. Jakby nie patrzeć, był człowiekiem, który miał od groma mnóstwa różnych, śmiesznych i wyczerpujących spraw na głowie. A nawet jeżeli nie miał, to był to doskonały pretekst, aby odkładać w czasie moment spotkania z pewnym Bufonem. Goldstein bowiem pomimo swoich usilnych starań nie był w stanie dowiedzieć się niczego o rodzinie pewnego zbyt inteligentnego osobnika, a naprawdę nie chciał się przed nim przyznawać do tego. I tu nie chodziło nawet o to, że chciał się pokazać jako niesamowity i w ogóle, araczej, że nie dał rady znaleźć niczego, w teczce w kwiatki, czy inne misie, co pozwalałoby na odkrycie jakiegokolwiek punktu zaczepienia przy tym queście.
Tak czy siak, mężczyzna pojawił się na miejscu, idąc leniwym krokiem i trzymając papierosa w zębach, starając się nie używać dłoni, bo by mu przemarzły. Nawet jeżeli był niejako odporny na zimno, to i tak mógł za bardzo się schłodzić, co nie byłoby ani zdrowe, ani przyjemne. Znajdując się już blisko kumpla, wypluł niedopałek na ziemię, zdeptał go i uniósł kąciki ust, uśmiechając się.
- Dobry wieczór i moje uszanowanie, drogi panie Świeżaku, do sprowadza pana w nasze skromne progi - zagadał na przywitanie. Jak zna życie, nie odwróci to uwagi Hoppera od głównego powodu ich spotkania, ale zawsze to cztery i pół sekundy spokoju więcej - w sumie spodziewałem się, że prędzej, czy później wpadniesz w bagno o nazwie Bractwo Mutantów.
[Profil]
 
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-02-03, 23:07   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


I oto i on, zmierza nieśpiesznym krokiem bo w końcu jemu nigdzie się nie śpieszy, to nie jego tyłek się tutaj odmrażał. Oczywiście, palił. Czy on miał w ogóle świadomość jak bardzo mu się przez to zmniejszała pojemność płuc i jak bardzo zwiększał sobie szanse na śmierć od raka płuc, jednego z paskudniejszych? Choć może w gruncie rzeczy to i tak nie miało znaczenia. Codziennie ryzykowali o wiele, wiele więcej. Ile razy mogli dostać jakąś zbłąkaną kulą podczas strzelaniny? Ile razy mogli zostać zastrzeleni, zadźgani, usmażeni czy rozerwani na kawałki, bo ktoś faktycznie chciał ich doprowadzić do takiego stanu? Ile razy jechali za szybko, sprawdzali ludzi zbyt pobieżnie, traktowali ładunki zbyt nieostrożnie? Nawet najzwyczajniej wychodząc na ulicę, do miasta, szalenie ryzykowali. Wystarczyło żeby jeden człowiek ich zauważył i zadzwonił po służby albo po swoich kolegów z GC.
A jednak jakimś cudem ciągle żyli. Prawdopodobieństwo nie miało żadnego sensu.
- Walka o prawa uciśnionych - odpowiedział sarkastycznie na pytanie swojego przezabawnego kolegi. - To mogłeś mnie ostrzec.
Okay, może nie był najsympatyczniejszy nawet jak na siebie, człowieka który zraził do siebie kilka dość potężnych organizacji, ale nie był w nastroju. Rzadko jest się w nastroju, kiedy się umiera, a w każdej minucie można głowa może zacząć boleć tak, że na nowo odkryje się znaczenie pojęcia najgorsza migrena życia. Skoro o tym mowa, znowu zaczynało go mocniej ćmić. Wycisnął i połknął dwie tabletki przeciwbólowe z listka, który trzymał w kieszeni. Już dawno minęły czasy, kiedy gdzieś się ruszał bez leków.
- Więc? Dowiedziałeś się czegoś? - spytał. Liczył, że przynajmniej usłyszy jakieś dobre wieści.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Fisher Goldstein



oh no, not you agin

marionetkarstwo

84%

adrenalina





name:

Fisher Goldstein

alias:
Puppetmaster

age:
29

Wysłany: 2018-02-04, 22:19   

Owszem, nie śpieszył się i nie zamierzał. Stare mądre przysłowie, wymyślone przez jakiegoś pseudointeligentego filozofa, mówi "żyj, jakby ten dzień miał być twoim ostatnim". Chyba że to parafraza. Licho wie, Fisher swój dyplom zostawił w mieszkaniu, gdy uciekał z dzieciakiem pod pachą, więc nie musi już przed nikim udowadniać, że zdobyty tytuł jest przyznany mu z jakiegoś powodu.
A wracając do papierosów, to prawdopodobnie śmierć od paskudniejszego raka byłaby dla niego łagodniejsza i bardziej znośna, od tego, co by mu zrobili GC, lub DOGS, lub barman z odpowiednim poziomem agresji i ksenofobii. A bez niego pewnie by jego dzieciak też szybko poszedł do odstrzału albo by mu złamali psychikę i wytresowali na jakiegoś żołnierzyka.
A jednak jakimś cudem ciągle żyli. Prawdopodobieństwo nie miało żadnego sensu.
- Owszem mogłem, jednak gdy znajduje się człowiek na tonącym okręcie, to robi wszystko, aby pociągnąć za sobą resztę - rzekł nieśpiesznie z ironicznym uśmiechem wymalowanym na twarzy - poza tym, mam teraz o jedną potencjalną niańkę więcej i już nie mogę się doczekać, aż będę mógł ci czasem dzieciaka wcisnąć.
Mogło się zdarzyć, że w sumie to przekraczał w tej chwili jakąś niewidzialną granicę dopuszczalnej ilości bycia nieprzyjemnym dla otoczenia, w momentach, które wymagały zachowania uwagi. Prawda jest jednak taka, że każdy musiał sobie prędzej czy później znaleźć sposób na radzenie z własnymi problemami, a sarkazm, ignorancja, arogancja i tak dalej były dużo tańsze, niż znalezienie terapeuty, który by nie wezwał policji. Jakby nie patrzeć, miał swoje grzechy na sumieniu.
Spodziewał się oczywiście, że szybko przejdą do sedna sprawy. Chyba nawet by się zdziwił, jakby tak nie było, więc przeniósł wzrok na przydeptany niedopałek i powiedział:
- Czy to nie jest oczywiste? Powiedziałbym ci, gdybym znalazł cokolwiek, czego nie mogłem znaleźć w tych pieprzonych aktach - niemal warknął i wyjął w połowie pełną paczkę fajek. Tak naprawdę, to jego ostatnią, niedługo będzie trzeba pójść na zakupy... - nic a nic, zupełnie jakby zapadli się pod ziemię, jakby nie wiem... pewnego dnia po prostu przestali istnieć. Więc wybacz... Ja chyba nadaje się tylko do roboty w terenie, bo pewnie nawet pieprzonego raportu bym nie umiał wykonać poprawnie.
Po tych słowach włożył papierosa do ust i użył zapalniczki. Przynajmniej na tytoń można jeszcze liczyć.
[Profil]
 
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-02-06, 20:12   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Pewnie gdyby Will był w lepszym humorze, to coś by odpowiedział o niańkach, pieluchach i nieodpowiedzialnych rodzicach, ale nie był. Nie miał najmniejszej ochoty wdawać się z Fisherem w jakieś dyskusje, zbyt dużo miał do roboty i za mało czasu na to wszystko. Z resztą, każdy myślący człowiek był w stanie samodzielnie dojść do wniosku, że zostawianie dzieci pod opieką Willa nie było najlepszym pomysłem. W ogóle zostawianie mu czegokolwiek żywego i ruchliwego, co miało pozostać w takim stanie nie było zbyt mądre. Już zupełnie abstrahując od faktu, że dzieci mają dużo gorszą pamięć niż dorośli, a Remus najprawdopodobniej nie byłby już w stanie rozpoznać Willa. Fisher równie dobrze mógłby go podrzucić jakiemuś wolontariuszowi z Bractwa, który nie miał nic do roboty, zwłaszcza że jak mówiła Colleen, powinni sobie ufać. Może czas, żeby Fisher zaufał swoim współbraciom - swoją drogą, czy tylko Hopper zauważał w nazwie pewne nawiązania do sekty? Oj Yvonne, Yvonne... To że jesteś martwa, nie znaczy, że nikt się nie odkryje twojego tajnego planu przemienienia tych wszystkich ludzi w religijnych fanatyków.
Zanim Fisher zaczął mówić, Will już wiedział, że mu się to nie spodoba. Nienawidził, kiedy ludzie odwracali wzrok: albo mieli go zaraz wpędzić w wyrzuty sumienia, albo mieli go zawieść. Fish, oczywiście, wybrał drugą opcję.
Will najchętniej by na niego nawrzeszczał, ale ten jak na złość nie zrobił nic, żeby tak naprawdę dać Hopperowi powód do wkurzania się. Bo co? Miał się zezłościć, że Fisher powiedział mu prawdę? Miał na niego nawrzeszczeć, że w ciągu niespełna czterech tygodni nie zrobił czegoś, czego sam próbuje dokonać od kilku miesięcy? Gdyby chociaż zgubił wszystkie papiery, spaliłby je albo wrzucił do niszczarki, to Hopper mógłby go obwinić o to wszystko, zabrać swoje zabawki i ruszyć dalej do pracy. W tym wypadku, czyja to była wina? Pierdolonego wszechświata? Boga, który tak się przypadkiem złożyło, nienawidził Willa od dnia jego urodzin?
Odpowiedź była bardzo prosta, ale to nie sprawiało, że była łatwa. To była jego wina. Gdyby te jedenaście lat temu wszystkiego tak spektakularnie nie spierdolił, nie miałby na głowie tylu spraw i tylu problemów.
Tknięty impulsem, zabrał Fisherowi papierosa i sam się zaciągnął. Dziesięć lat temu, kiedy był dzieciakiem popalał, żeby wyglądać doroślej i bardziej badass. Teraz, kiedy czuł smak dymu, miał wrażenie że jego szare komórki masowo wymierają, a on sam przenosi się do czasów, kiedy był skończonym idiotą. Może tak byłoby lepiej, idioci nie muszą zawracać sobie głowy tyloma sprawami. A właściwie czemu miał się nimi zajmować, skoro nic nie potrafił zmienić? Nie był w stanie znaleźć swojej rodziny, nie był w stanie zatrzymać swojej mutacji, nie zgłaszając się do DOGS. Wszystko przestawało mieć jakikolwiek sens, skoro i tak nie zmieniało efektu końcowego. Jakby jakaś złośliwa siła wyższa lata temu postanowiła, że Hopper padnie w 2018 roku na własną mutację nie wiedząc co się stało z jego rodziną.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Fisher Goldstein



oh no, not you agin

marionetkarstwo

84%

adrenalina





name:

Fisher Goldstein

alias:
Puppetmaster

age:
29

Wysłany: 2018-02-11, 22:44   

Oczywiście tak to właśnie wyglądało. Fisher 95% czasu podrzucał Remusa wolontariuszom i wolontariuszkom i szedł zajmować się swoimi mutanckimi sprawami. W większości udawało mu się znajdować osoby już na tyle sprawdzone, którym w mniejszym, bądź większym stopniu ufał. Nie lubił zostawiać syna bez opieki obcych osób, przynależał do bractwa już chyba ponad rok, a i tak nie znał tu wszystkich; miejsce to przecież było praktycznie obozem uchodźców, ludzie przychodzili, niektórzy odchodzili, niektórzy nie wracali.... Rotacja była nie aż tak duża, aby nie opłacało się nawiązywać znajomości, ale wystarczająca, aby wymigać się od obowiązku znania każdego imienia tu... A Will był chyba po prostu kimś z przeszłości, komu nie mógł powiedzieć "wybacz, nie pamiętam Cię". Goldstein znał go i nie miał zamiaru go zapominać. i owszem, zdawał sobioe sprawę, że na niańkę to on się nie nadaje. Parę razy zostawił mu trzy-czteroletniego chłopca pod opieką, supermądrego wujka, gdy on sam robił rzeczy jeszcze mniej zgodne z prawem, od tego, co tu robili. Liczyło się to, że nie zabił młodej latorośli, a teraz umiałby znaleźć lepszą opiekę od Fishera, gdyby jego sprawdzone niańki się zgubiły. Hopper był po prostu osobą, która nie umiałaby go nigdy zawieść.
A on to właśnie mu zrobił. I nikt nie jest w stanie zrozumieć, ile poczucia winy zaczęło płynąć w jego krwi i wypełniać każdą myśl w jego głowie. Zaznaczał (chyba), że nic nie obiecuje, zaznaczał, że może mu się nie powieść, starał się, jak tylko mógł, chociaż poczucie winy już zżerało jego wnętrze kawałek po kawałku.
Goldstein stał pokornie, chcąc, aby Hopper już krzyczał i już by mieli to za sobą, ale ten Bufon zamilkł na dłuższy moment i stali tak sobie w niezręcznej grobowej ciszy. Goldstein miał już na uwadze to, że w głowie kumpla pewnie toczy się właśnie jakiś dialog, albo ciąg myślowy. W sumie głowa Willa musiała wyglądać dla Fishera w tej chwili jak jakiś pieprzony odbezpieczony granat albo inny niebezpieczny ładunek, który może wybuchnąć w każdej sekundzie. I Goldstein stał tam, będąc gotowy na przyjęcie ciosu, był gotowy wszystkiego wysłuchać. W sumie cisza ta i bierność ze strony Mózgu była jedną z najgorszych tortur, jakie mógł otrzymać Fisher.
Nie protestował, gdy Will wyrwał mu z ręki papierosa. Starał się zachować spokój i wyciągnął z paczki drugiego. Niech tamten mu się przysłuży dla zdrowia. Psychicznego. Licho wie, może nawet i fizycznego, zależy od tego, w jakim dołku i jakie skłonności ma Hopper. Tak się składa, że Fish jest ostatnią osobą, która by oceniała. Odpalił kolejnego papierosa i zaciągnął się rozmyślając wciąz co dalej i nie przerywając ciszy. Dopiero będąc w połowie, odezwał się.
- Jeżeli nie możemy zrobić tego dyskretnie, to zrobimy to inaczej, ale choćbym miał palić, grabić, mordować... dowiemy się, co się z nimi stało. Przysięgam na moją Artemis i mojego Remusa.
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,04 sekundy. Zapytań do SQL: 6