Wysłany: 2018-11-12, 02:50
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
//14 listopada
Przetrwanie.
Ile znaczy przetrwanie, gdy przestajesz w nie wierzyć?
Gdy dalsze życie nie ma dla Ciebie sensu?
Gdy cały Twój świat wali się, niczym niestabilny domek z kart?
Walczyłam ze sobą. Robiłam to już tak długo. Tak wiele ciężkich miesięcy minęło, nim zorientowałam się, że to... To się nigdy nie zmieni. Już zawsze będę jak ten ptak, uwięziona w paskudnej, nieposprzątanej klatce. Już zawsze będę więźniem. Tu nie było Ricky. Tu nie było Aarona. Tu nie było cioci Selene. Tu nie było Dale'a. Oni wszyscy... Wszyscy zdawali się o mnie zapomnieć, gdy ja próbowałam przeżyć kolejny dzień.
Nic tu nie znaczyłam. Nie miałam wystarczających informacji, by się na cokolwiek przydać. A nawet jeśli miałam? Och, tak ciężko było je wyrzucić ze swoich ust! Już i tak wystarczająco paskudnie czułam się ze świadomością zdradzenia F.P.T.P.. A teraz? Teraz było jeszcze gorzej. Samo to, że tu trafiłam okazało się być moim przekleństwem. Byłam skazana na nienawiść - już nie tylko ludzi, nie tylko antymutantów, ale również... Tych, o których prawa tak zaciekle walczyłam.
Nie wiem co się stało. Nie wiem, jak to się stało. Ale to wyszło. Byłam zdrajcą - już nie tylko we własnym mniemaniu, ale wszystkich.
Czy właśnie dlatego zdecydowałam się na ten krok?
Do mieszkania wpadłam pospiesznym krokiem. Nie było tu dobrze. Nie było przyjemnie. Nie pachniało ładnie. Ale to było jedyne miejsce, które od tylu miesięcy mogłąm nazywać domem. Chyba już do tego przywykłam, do tej biednej codzienności bez artykułów pierwszej potrzeby. Bez ciepłej wody. Bez bliskich przy sobie. Ostatki nadziei dawał mi Brian, ale przecież nawet on by mnie znienawidził, gdyby wiedział, do czego się posunęłam dla tego przeklętego przetrwania.
Przetrwanie mnie pokonało...
Zastrzasnęłam za sobą liche drzwi, wzdychając ciężko. Jeszcze nigdy tak nikła ilość przedmiotów tak bardzo mi nie ciążyła. Resztki rozumu mówiły, by jednak się powstrzymać. By nie posuwać się dalej. By zostać tutaj, wypłakać się i kontynuować swoją drogę z podniesionym czołem. By nie dać po sobie poznać, ze cokolwiek się dzieje - dokładnie tak, jak do tej pory.
Ale... Ale ja już nie mogłam! To było zbyt wiele. To było zbyt ciężkie. Wyciągnęłam ze swojej kieszeni kilka niewinnie wyglądających pastylek - taki tam mały prezent od Leviego, za dzielnie wykonywane, choć tak brudne przysługi. Przyglądałam się im przez chwilę, gdy tak leżały na mojej obdartej i nie do końca czystej dłoni. Moje własne paznokcie wzbudzały we mnie obrzydzenie, zupełnie, jak mój całokształt. Nigdy nie chciałam się taka stać. Nie chciałam być mutantem. Nie chciałam... Nie chciałam się sprzedać za tak niewiele.
Bez większej myśli, pastylki wylądowały w moich ustach. Przez chwilę walczyłam, by móc je przełknąć. One... One chyba miały działać uspokajająco, prawda? Od tego były. By uspokoić moje skołotane nerwy. Bym przestała się tak martwić...
- Are you, are you, coming to the tree... - Zaczęłam mruczeć pod nosem, spowalniając swoje tempo i kierując się do materaca w rogu pomieszczenia. Miałam wrażenie, że łzy same pakują mi się pod powieki, że szloch chce się tak usilnie wydostać. A jednak... Ten dziwny spokój i tak mi towarzyszył. Do tej pory trzymałam się tak dobrze. Może właśnie dlatego czułam, że to dobry moment? Gdy już dla nikogo nic nie znaczyłam, gdy zaczęłam sprawiać więcej problemów niż pożytku. Czy to nie był najlepszy moment?
- They strung up a man, they say who murdered three... - Kontynuowałam melodię, przysiadając pod chłodną ścianą, opierając się o nią głową. Przez chwilę wpatrywałam się w sufit, w milczeniu, czekając, aż te proszki zaczną działać. Nie chciałam czuć bólu. Nie chciałam znów cierpieć. Ja... Ja tylko... Ja tylko chciałam się w końcu uwolnić. Nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. W końcu tak długo już słuchałam, że jestem wrogiem narodu. Że tylko szkodzę. Że jestem zarazą na zdrowym wizerunku obywatela...
- Strange things did happen here, no stranger would it be... - Kolejne słowa opuściły moje spierzchnięte wargi, po dłuższej pauzie, gdy z mojej kieszeni wyciągnęłam żyletkę. Całkowicie nową, jeszcze zapakowaną w papierową bletkę. Nigdy nieużywaną, ostrą i czystą. Choć ten jeden raz, chciałam zrobić coś dobrze. Chciałam choć raz być w czymś użyteczna. Rozpakowałąm więc to zawiniątko, by po chwili przyłożyć je nad moim lewym nadgarstkiem...
- If we met at midnight in the hanging tree... - A po chwili, zimne ostrze wbiło się w moją skórę. Jeden raz, drugi, trzeci... Z tym nieprzyjemnym uczuciem walczyło wrażenie gorąca, gdy krew powoli zaczęłą spływać po mojej ręce. To bolało. To tak bardzo bolało, nawet mimo tych cholernych proszków...
Spanikowałam. Jestem pewna, że spanikowałam. Chciałam to zakończyć, a tak bardzo się wtedy wystraszyłam. Moja piosenka, choć do tej pory śpiewana dość czysto, nagle się załamała. Zamiast pięknej melodii, towarzyszył jej wyłącznie szloch. Mój obraz się zamazał, przez napływające pod moimi powiekami łzy. Teraz jednak... Teraz nie mogłam przestać. Nie teraz. Nie, gdy zaczęłam. Nie, gdy zrobiłam pierwszy krok ku wolności...
- Are you, are you, coming to the tree? Where dead man called out for his love to flee... - Próbowałam kontynuować, choć pewnie moje słowa były coraz cichsze, coraz mniej wyraźne. Tą piosenką próbowałąm się chyba uspokoić, dodać sobie otuchy, gdy nic innego mi już nie zostało. Z każdym nowym wersem, próbowałąm przesuwać żyletkę - wyżej i wyżej, tworząc coraz poważniejsze rany w moim przedramieniu.
To tak bardzo paliło...
- Strange things did happen here, no stranger would it be... - Zaciągnęłam się nosem, przekładając żyletkę do lewej ręki. Jej blask już mnie nie zachwycał. Przestałam być tak pewna swojego działania. Po prostu płakałam, nie powstrzymując jednak szkarłatnej cieczy, która powoli zaczynała brudzić już moje ubranie i ten przeklęty materać. Zachłysnęłam się powietrzem, nim mogłam skończyć tę zwrotkę, nim mogłam spróbować kolejny raz. Nim miałam dokończyć swojego dzieła, choć raz - dobrze.
- If we met at midnight, in the hanging tree... - Niemal wyrecytowałam, nim wbiłam te ostrze w swoje prawe przedramię. Nie chodziła ona tak gładko, jak przy pierwszych cięciach i chyba to mnie tak przerażało. Ta jednak żyletka, te tabletki... Nie były tak prostym rozwiązaniem, o którym marzyłam. To nie było takie łatwe, jak mogło się wydawać. A ja... Ja przecież byłam tchórzem. Byłam cholernym tchórzem, który nie potrafił nawet porządnie zakończyć swojego żywota.
Byłam tchórzem. Ale chociaż próbowałam...
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
Członek Oddziału Taktycznego Niebieskiego Szwadronu
name:
Brian Anthony Kersey
age:
35 lat
height / weight:
182/96
Wysłany: 2018-11-12, 21:31
Multikonta: Liam, Nicholas, David, Seba
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
Ostatnie miesiące, niby stabilne, to jednak Brianowi zdawały się być trudne. Szczególnie w tej pracy. Nawalił raz, dostał porządne upomnienie i miał szansę to zmienić. Mimo bycia obserwowanym, to jednak nie pokazał kolejnego swojego błędu. Wierzył, że Samantha sobie poradzi. Nie miała nikogo innego jak tylko jego. Pomimo tego, że jakiś tydzień temu Dale wyskoczył mu z prośbą o spotkanie z Samanthą. Póki nie ustalą wszystkiego na ostatni guzik, a mieli już prawie zakończone przygotowania, nie mówił nic Sam. Choć nie raz korciło go zapytać ją o jej znajomości z Fowlerem. To jednak się powstrzymywał.
Dzisiaj miał urodziny. O tym pamiętali jego starzy znajomi. Otrzymał kilka wiadomości z życzeniami, jak co roku. W większości byli to wojskowi kumple jak i Ci z którymi pracował w Genetically Clean.
Mając nieco czasu wolnego, postanowił zajrzeć do Sam i sprawdzić jak sobie radzi. Nie mógł robić tego codziennie, ale starał przynajmniej raz na tydzień, jak tylko pozwalały mu patrole. Najczęściej mogli się widywać w Gettcie, kiedy przydzielano mu tu pracę ochroniarza.
Będąc w kamienicy, nie wiedząc czemu, ogarnął go dziwny wewnętrzny niepokój. Zmierzając do pokoju Sam, nie potrafił tego sobie wytłumaczyć, dziwnego odczucia wewnętrznego. Stanąwszy przed drzwiami, zapukał. Brak odzewu.
- Sam? Jesteś tam?
Zapytał. Przystawił nawet ucho do drzwi. Zdawało mu się, że coś usłyszał. Nuciła? Śpiewała? Szarpnął za klamkę, choć jak to w starych czasami drzwiach było, nie chciały puścić. Walnął je z kopa, naruszając trochę zamek. Skrzydło nieco z hukiem uderzyło w ścianę trzymając na zawiasach. To co ujrzał, gdy wszedł do środka, sprawiło że zamarł.
- Odbiło Ci?
Podbiegł do niej szybko, klękając. Jeżeli jeszcze trzymała żyletkę, wytrwał ją z jej dłoni i wyrzucił gdzieś w kąt. Spojrzał na jej przedramiona i pierwsze co zrobił ,to oględziny pokoju. Pozbierał się z podłogi, by zabrać pierwszą lepszą szmatę czy koszulkę i rozerwał na dwie części. Zawinął pierw jej całą lewą rękę, by powstrzymać krwawienie
- Muszę cię zabrać do szpitala.
Nie patrzył na nią na razie, tylko na jej rany. W dodatku serce mu biło mocniej, jakby bał się, że mu odejdzie z tego świata. Co sprawiło, że zdecydowała się popełnić samobójstwo?
Zawiązał materiał na jej drugim przedramieniu. I dopiero teraz teraz spojrzał na nią. Sprawdzając, czy jest nadal przytomna. Zmartwiony i zaniepokojony.
Wysłany: 2018-11-13, 00:28
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
To wszystko wydawało się tak nierealne, tak odległe. W pewnym momencie miałam wrażenie, że obserwuję wszystko z boku. Że widzę swoje łzy, swój szloch, swoją krew. Że widzę, jak drzwi uginają się pod ciężarem mężczyzny za nimi. Jego słowa jednak... Nie istniały.
Nie wiem, czy to wina tabletek, mojego stanu czy wciąż krwawiących ran. Musiałam śnić. Musiałam. Briana tu nie mogło być, nie teraz. To tylko moja wyobraźnia sobie ze mną pogrywała, to tylko moje wyrzuty sumienia mi przypominały, jak beznadziejnym człowiekiem jestem. Nie mogłam przestać, nie teraz, nie, gdy od wolności dzieliło mnie tylko kilka cięć, tylko kilka minut...
A jednak... Drzwi w końcu nie wytrzymały. Ich trzaśnięcie oderwało mnie z tego stanu, gdzie byłam tylko ja i moja paranoja. Mimowolnie zacisnęłam lewą dłoń na trzymanej żyletce - z szoku? A może ze strachu?
Przez krótką chwilę wydawało mi się, że nie widzę tu swojego przyjaciela. Że zamiast niego, stoi tu ten olbrzym, tylko czekający na zadanie kolejnego ciosu. Skuliłam się mocniej, dociskając plecami do ściany, a ręce przytulając do własnej klatki piersiowej. I wciąż zaciskałam w dłoni te nieszczęsne ostrze, raniąc się coraz bardziej. Nogi zgięłam w kolanach, również je podkulając, i płacząc żałośnie.
- Nie, nie, nie nie... Proszę, już nie... - Spanikowałam, bredząc niezrozumiale pod nosem. Jego dłoń, tak usilnie pozbawiająca mnie mojej drogi ku ucieczce, wydawała się sprawiać tak duży ból - aż do czasu, gdy w końcu usłyszałam jego słowa, i zdołałam podnieść na niego swój zaszklony wzrok.
- Br-Brian..? - Zapytałam dość niepewnie, przez szloch. Wciąż byłam rozdrażniona, wciąż się bałam. Do tego... Było mi tak bardzo wstyd, że musiał mnie znaleźć. Że musiał to zrobić, akurat teraz. Mimo wszystko jednak, moje mięśnie się rozluźniły. Łzy wciąż jednak spływały po moich wychudzonych już policzkach.
- Nie, nie zabieraj mnie, Oni tam będą, Brian, oni będą... - Zaczęłam go błagać, wyciągając ku niemu moje ręce. Nie po to odważyłam się na ten krok, by teraz, znowu trafić do niewoli. Znowu stać się zabawką. Znowu sprawiać uciechę jemu. Ja... Chciałam być wolna, choćby za cenę mojej ostatniej kropli krwi. Tylko nigdy nie chciałam, by ktokolwiek mi bliski poznał tę moją słabą stronę...
Całe życie byłam silna. Byłam wyszczekana, Rzucałam się do bójek za każdym z moich kompanów. A dzisiaj co? Siedziałam tu, na tym brudnym materacu próbując się pożegnać z życiem. Nie radziłam sobie z własnymi nałogami, nie radziłam sobie z samotnością, nie radziłam sobie z opresją, nie radziłam sobie... Z życiem.
Zawsze byłam słaba. To inni byli moją siłą. Czy musiałam się posunąć do takiego kroku, by to zrozumieć?
Bladłam. Moje usta powoli również traciły kolor, a temperatura mojego ciała powoli opadała, gdy ręce miałam wręcz gorące. Zapłakane oczy nie traciły jednak swojego blasku, gdy w końcu miałam szansę złapać kontakt wzrokowy z mym bohaterem.
- Brian, ja Cię... Przepraszam... Ja... - Wyjąkałam tylko, nim kolejny szloch wydarł mi się z gardła. Nie wiedziałam już, co robić. Nie wiedziałam już kompletnie nic...
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
Członek Oddziału Taktycznego Niebieskiego Szwadronu
name:
Brian Anthony Kersey
age:
35 lat
height / weight:
182/96
Wysłany: 2018-11-14, 00:53
Multikonta: Liam, Nicholas, David, Seba
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
Kiedy tylko udało mu się wejść do pokoju Samanthy, od razu po zlokalizowaniu jej miejsca siedzenia, zauważył że skuliła się w sobie. Jakby czegoś bała. Podszedł do niej i chcąc ją dotknąć, usłyszał tylko prośby o zaprzestanie.
- Spokojnie. To ja.
Rozpozna go? Miał nadzieję. Lecz czasu na rozmowy nie miał, bowiem trzeba było teraz ją ratować. A rany zaszyć
- Tak.
Ucieszył się w duchu, że go jednak rozpoznała. A nie miał pojęcia że łykała jakieś prochy. Od razu też zajął się opatrzeniem prowizorycznie jej ran.
To jej błaganie kłuło jego serce. Jeżeli zabierze ją do szpitala, nie wiedziała co tam zrobią. Ale on na pewno nie da jej skrzywdzić.
- Wykrwawisz się, jeżeli nie trzymasz teraz pomocy.
Uświadamiał ją, w jakiej teraz jest sytuacji. Czy chciała umierać? Wątpił w to.
Jak tylko w miarę opatrzył jej ręce, objął do siebie delikatnie, chcąc by się uspokoiła. Serce go bolało na jej widok. Nadal nie potrafił zrozumieć swoich emocji i uczuć względem Bartowski. Nie widzieli się tyle lat, czy to możliwe by jego uczucia nadał były aktualne. A tym samym, na plus wychodzi lepsza integracja.
- Już dobrze... Jesteśmy sami.
Uspokajał ją, głaszcząc po plecach. Przytulał do siebie, mając nadzieję, że zaśnie.
-Nie masz za co.
Zapewnił, kiedy Samantha zaczęła go nagle za coś przepraszać Tylko za co?
Wysłany: 2018-11-14, 22:59
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Dałam sobie opatrzyć rany, mimo że każda tak strasznie paliła. Widziałam plamy na swoich ubraniach, widziałam też plamy na dłoniach Briana. Przeraziło mnie to, nawet, jeśli cały wzrok wciąż miałam zamazany od łez. Bałam się. Tak strasznie się bałam.
Najgorsze, że nawet nie wiedziałam czego...
Drżałam. Moje ciało reagowało drgawkami, zarówno na każdy dotyk, jak i na każdy szloch. Nie potrafiłam się uspokoić, nie potrafiłam przestać płakać. Po prostu... Nie potrafiłam.
- Proszę Cię, nie... - Błagałam go dalej, przez łzy. - Wolę... Wolę się wykrwawić... Niż znowu... Znowu... On... - Ciężko przychodziło mi złożenie poprawnego zdania, tym bardziej - w moim obecnym stanie. Wiedziałam jednak, że Kersey mnie zrozumie. Że będzie wiedział, o kim mówię. W końcu... Sam widział, do czego Ogar był zdolny. Sam widział, co mi robił. A ja tak bardzo się bałam, że kolejna szpitalna sala znowu zakończy się pobytem w izolatce, w której nikt nie słyszy Twoich krzyków.
I teraz... Teraz mnie to trafiło. Gdy mężczyzna mnie przytulił, chowając moje roztrzęsione ciało pod swoimi ramionami... Przypomniałam to sobie.
- Śmierć jest przywilejem, a ja na nią nie zasługuję... - Wybełkotałam, ledwie zrozumiale. Te słowa przez tyle miesięcy odbijały się z tyłu mojej głowy, wprawiając mnie w coraz gorszy nastrój. Czy dlatego chciałam do tego doprowadzić? Czy chciałam mu udowodnić, że śmierć jednak mnie zechce?
Czy w ten sposób chciałam się postawić?
Nie wiedziałam. Wiedziałam jednak, że to ciepłe objęcie wprawiało mnie w dziwny spokój. A może to była zasługa leków? Mimo wszystko jednak, oparłam się głową o pierś mężczyzny, wtulając bardziej w jego ciało, a zawinięte w szmaty ręce - dociskając do własnej klatki piersiowej. Ja... Naprawdę, nie chciałam umierać. Nie, gdy był przy mnie ktoś bliski. Nigdy nie chciałam nikogo zawieść... A teraz... Teraz tak dobrze zdawałam sobie sprawę, jak zawaliłam na całej linii - w czym utwierdzało mnie przyspieszone bicie serca mojego przyjaciela.
Załkałam kolejny raz. Sama nie wiedziałam, co bolało bardziej - te przeklęte cięcia na skórze, czy jednak łamiąca się dusza?
- Czemu to robisz? Powinieneś mnie znienawidzić. Wtedy byłoby... Byłoby prościej.- Zapytałam, nie odrywając się od jego ciała, a tępo wpatrując się w podłogę przed nami. Nie rozumiałam, czemu dalej tu przychodził. Nie rozumiałam, czemu teraz się tak martwił. Nie rozumiałam, czemu nie pozwalał mi odejść. I czemu... Czemu dalej tu był. W końcu sama byłam mutantem - przed laty oboje nie darzyliśmy ich sympatią. A teraz dodatkowo... Sprawiałam tak wiele problemów.
Pociągnęłam nosem, kolejny raz, a mokry policzek wytarłam o własne ramię. Nie chciałam dodatkowo zasmarkać munduru Kerseya - wystarczyło, że będzie musiał się tłumaczyć z tych plam krwi...
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
Członek Oddziału Taktycznego Niebieskiego Szwadronu
name:
Brian Anthony Kersey
age:
35 lat
height / weight:
182/96
Wysłany: 2018-11-18, 00:41
Multikonta: Liam, Nicholas, David, Seba
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
Brian nie przejmował się ubrudzeniem swoich rąk, jak i munduru. Będzie miał wytłumaczenie. A że kamery tego nie zarejestrowały, co przekażę wyższym, nie jego problem. Część urządzeń porozmieszczana w tej dzielnicy mogła nie działać lub ulec awarii. Nawet tymczasowej. Z technologią różnie bywa.
- Nawet nie gadaj takich bzdur przy mnie, rozumiemy się?
Powiedział dość stanowczo, nie życząc sobie by mówiła mu takie słowa. Póki on daje radę ją odwiedzać, coś przynieść i jeszcze porozmawiać, spędzić czas, to ta już chciała uciekać na inny świat. Rozumiał, że ma tu ciężko. Mógłby pomóc jej uciec. Lecz problemem jest czip, jaki mogła mieć wszczepiony.
Wiedział, o kim ona mówiła. Bała się tego, który czerpał zbyt dużo radości ze znęcania się nad nią. Nawet tu, w gettcie. Jakby nie mogli jej już odpuścić.
- Kiedyś umrzesz... Ale nie dzisiaj.
Rzekł, obejmując Samanthę w swoich ramionach, nie bacząc na to jak bardzo może pobrudzić swój mundur. Nie był istotny. Tylko Sam, chcąc sprawić by się uspokoiła, przytulał do siebie.
Nie ma co kłamać odnośnie śmierci. Każdego on czeka. Ale przyjdzie w odpowiednim momencie. Nie teraz. Brian nie zaprasza jej do życia swojej przyjaciółki.
- Nie potrafię Cię znienawidzić.
Powiedział zgodnie z prawdą, patrząc przed siebie, kiedy Sam bardziej wtuliła się w niego jak mały wystraszony kociak.
- Może i nienawidzę mutantów, ale Ciebie nie potrafię. Dla mnie nadal jesteś człowiekiem. A nawet kimś więcej...
Czymś więcej. Wyznać jej, że kocha to raczej nie potrafił. Bądź uważał, że to jeszcze nie czas. Albo że nie musi o tym wiedzieć, jako że sama mu powiedziała parę miesięcy temu, że kocha kobietę. Tym bardziej miał świadomość, jak bardzo życie ją zmieniło. Że ona nigdy nie będzie jego...
Wysłany: 2018-11-18, 16:59
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Nie wiem, czy zaczynało mi brakować łez, czy jednak spokój zaczynał mnie już ogarniać. Krople na moich policzkach zaczęły się przerzedzać, a oddech wracał do normy. Wciąż jednak żałośnie pociągałam nosem, wciąż nie odrywając wzroku od tej przeklętej, brudnej podłogi.
- A-ale... Ty nic nie rozumiesz. Nie wiesz... Nie wiesz w co... - Zacisnęłam swoje wargi w cienką kreskę, czując uścisk na gardle. Czy ja potrafiłam mu się do wszystkiego przyznać? Czy potrafiłam mu wyznać, jak bardzo nadużyłam jego zaufania jedynie w imię przetrwania? - W co się wpakowałam. - Wyrzuciłam w końcu z siebie, wycierając jedną z dłoni swoją mokrą skórę.
Nawet, jeśli Brian teraz twierdził, że nie mógłby mnie znienawidzić... Och, jak bardzo wiedziałam, jak się mylił! Nie wiem, czy chciałam mu to udowodnić, czy jednak chodziło jedynie o wyczyszczenie mojego własnego sumienia?
- Kogoś więcej, huh? Może ćpuna? Alkoholika? - Zapytałam, niemal bezwiednie, zapominając o całym bożym świecie. Przestałam przyciskać przedramiona do swojej klatki piersiowej, a jedną z rąk niemal natychmiast schowałam do kieszeni. To, co miałam powiedzieć, nie przeszkadzało mi jednak w dalszym szukaniu ukojenia w objęciach mężczyzny. - Wiedziałeś, że jestem uzależniona? Wiedziałeś, że dealuję tym syfem wśród innych mutantów, byle samej mieć co ćpać? - dodałam po chwili, śmiejąc się przez łzy. Ta sytuacja była tak nierealna, tak absurdalna, że chyba sama przestałam wierzyć w to, co tu się dzieje. Może tak naprawdę te tabletki działały lepiej, niż mogłam sobie wyobrazić? Tak, to miało sens. Kerseya wcale tu nie było. To tylko wytwór mojej wyobraźni w tych ostatnich minutach. Tak musiało być. - Wiedziałeś, że nawet teraz jestem na haju? - Padło kolejne pytanie z mych ust, gdy z kieszeni wyciągnęłam dziurawy już woreczek z resztkami pastylek. Sama nie wiedziałam, co tam jest. Sama nie wiedziałam do końca, co biorę. Sama... Już chyba nic nie wiedziałam. - Zabawne. Pewnie nawet Cię tu nie ma, a ja się tak spowiadam, huh? - Kolejny raz pociągnęłam nosem, tym razem podnosząc jednak już nieco zmętniały wzrok na mężczyznę. - W sumie nic dziwnego. Zawsze byłeś moim bohaterem, wiesz? Przepraszam, że tak Cię zawiodłam... - Czy kiedykolwiek byłam bardziej szczera? W sumie... Jeśli tak miała wyglądać śmierć - nie była ona wcale taka straszna. Była piękna. Nawet, jeśli nie mogłam mieć przy sobie wszystkich, na których mi zależy. Nawet, jeśli brakowało tu mojej ukochanej Ricky. Nawet, kiedy nie było tu tego ćwoka Aarona. Nawet, jeśli nie mogłam się pożegnać z Dalem unosząc po raz ostatni kieliszek... Było pięknie.
Jaka tylko szkoda, że byłam taką sierotą, że nawet tabletek nie potrafiłam połknąć w takiej ilości, by rzeczywiście mi zagroziły. Za te wszystkie myśli i słowa dopiero przyjdzie mi się wstydzić, gdy wszystkie psychotropy i emocje całkowicie ze mnie zejdą...
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
Członek Oddziału Taktycznego Niebieskiego Szwadronu
name:
Brian Anthony Kersey
age:
35 lat
height / weight:
182/96
Wysłany: 2018-11-19, 00:06
Multikonta: Liam, Nicholas, David, Seba
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
Brian westchnął, kiedy słuchał Samanthy. Nie wiedział w co się wpakowała? Wiedział tyle, co sam też widział. Została mutantem, trafiła w ręce DOGS i padła "ofiarą" tortur i przesłuchiwań. Powiedziała mu wcześniej, za co. Robiła coś, za to teraz pokutuje, że tak powiedzmy. Kersey odnosił wrażenie, że psychika coraz bardziej siadała jego ukochanej małej Sam. Co potwierdzały jej kolejne słowa. Jakby nie była sobą? Gdzie jego waleczna i nieustraszona mała Sam? Z którą lata temu dobrze się bawili na imprezach?
Spojrzał na nią, kiedy sama dokończyła za niego zdanie. Ćpunka? Alkoholiczka? Czy to możliwe, że z jego winy? On sam musiał przestać pić z powodu problemów zdrowotnych. Gdyby jednak wyzdrowiał, wróciłby do tego.
- Sam... Może masz problemy z nałogami, ale to miałem namyśli.
Prawda taka, że nie wiedział o jej nałogach. Ale nie zdziwiłby się, gdyby faktycznie życie miała trudne i wpadła w nieprzyjemne towarzystwa.
Kiedy zobaczył woreczek z tabletkami, od razu go jej zabrał. Nie zwracając na razie na to, że miał dłonie ubrudzone jej krwią. Zrozumiał, że musiała coś wziąć i chciała się zabić podcinając żyły. Miał przy tym wrażenie, że nie wygląda ona za dobrze.
- Połóż się lepiej i prześpij.
Zaproponował. Bo już nawet serce bolało patrząc na nią w takim stanie. Zwłaszcza jak usłyszał jej kolejne słowa, jakoby uważała, że go tutaj nie ma...
- Samantha... To ja przepraszam, że nie było mnie przy Tobie.
On też był wobec niej szczery. I może gdyby nie wyjeżdżał, albo utrzymywał z nią częstszy kontakt, nie robiłaby tylu głupstw? Chciałby w to wierzyć. Po części czuł się współwinny jej decyzji. Może faktycznie Aaron miał rację, że przez niego zeszła na niewłaściwą drogę? Owoce tego widać teraz.
Siedział jeszcze przy Sam obejmując ją ramieniem. To ją uspokajało, kiedy miała w kimś oparcie i wsparcie. Że nie była w tym miejscu sama. Że miała kogoś. Jak tylko "wytrzeźwieje" ona z leków, będzie planował przeprowadzić z nią poważną rozmowę. A te tabletki, będzie chciał zatrzymać. Prędko jej ich nie odda.
Wysłany: 2018-11-19, 22:48
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, w jakie kłopoty się wpakowałam. Wciąż żyłam w tej ułudzie, w tej dziwnej rzeczywistości, w której godziłam się z własnym odejściem. Wciąż wierzyłam, że rano już się nie obudzę. Że teraz zamknę oczy, wtulona w bezpieczny uścisk Kerseya. Że już nic mi nie grozi. Że nadchodzi jedynie cisza i spokój...
Och, gdybym tylko wiedziała, jak bardzo się myliłam!
Spokój ducha jednak mnie nie opuszczał. Sumienie już jakoś tak nie ciążyło, dając odetchnąć zmęczonemu od miesięcy umysłowi. Nawet ten nieprzyjemny zapach stęchlizny tego pokoju przestał mi przeszkadzać. Czułam się... Wyjątkowo dobrze.
- Pewnie, że nie to miałeś na myśli. Przecież nie wiedziałeś. Dalej nie wiesz. - Odparłam z dziwną pewnością, jednak znacznie ciszej, niż jakiekolwiek wcześniejsze słowa. - Masz rację, pora spać... - Dodałam po chwili, biorąc głębszy wdech i przymykając swoje powieki. Przytuliłam się mocniej do klatki mężczyzny, skupiając się jedynie na ciemnych plamach malujących się przed moimi zamkniętymi oczami. To było... Strasznie dziwne uczucie. Niby takie prawdziwe, a jednak odległe. Mogłabym przysiąc, ze wciąż słyszę bicie jego serca, że czuje mięśnie jego ramion, że jego zapach się tu unosił, a głos był tak blisko. Ale... To nie była prawda. Nie mogła być.
To tylko mój umysł.
Tylko umysł...
Czułam, jak zaczynam odlatywać. Jak ciało robi się lekkie, kończyny przestają należeć do mnie. Czułam przyjemną senność, jakiej nie zaznałam od tak długiego czasu... Czy właśnie dlatego czułam tę dziwną potrzebę, by dokończyć piosenkę, którą wcześniej przerwała mi ta nazbyt realistyczna iluzja?
- A Ty? Czy Ty? Już rozumiesz też... Czy chcemy, czy nie - czeka na nas śmierć... Po tym... Co się tu działo... Każdy chyba wie... Pod drzewem dziś... To wszystko.... Zacz...- nie się...
Nie zdążyłam. Sen mnie ogarnął, skutecznie wybijając świadomość z rytmu i działania. Mój oddech był spokojny i stabilny. Nawet, jeśli wydawałam się teraz blada, nawet, jeśli temperatura mojego ciała nieco spadła - wciąż byłam w stabilnym stanie. Wykończona - ale dalej żywa.
I dalej niczym kula u nogi mojego jedynego przyjaciela w tym miejscu...
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
Członek Oddziału Taktycznego Niebieskiego Szwadronu
name:
Brian Anthony Kersey
age:
35 lat
height / weight:
182/96
Wysłany: 2018-11-20, 23:18
Multikonta: Liam, Nicholas, David, Seba
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
Jego obecność jej pomagała. Była spokojniejsza, pomimo wziętych wcześniej dziwnych leków. Nawet nie pytał, co to właściwie jest. Zabrał jej, by więcej nie próbowała tego w siebie wciskać. Nie zamierzał też tak szybko jej oddawać. Zwinął i schował do kieszeni spodni. Nie komentował także jej odpowiedzi, kiedy następnie zgodziła się położyć i zasnąć. Ale, w jego objęciu. Nie wstawał. Nie odsuwał jej od siebie. Pozwolił by się wtuliła i zasnęła. A nawet dokończyła swoją piosenkę.
Kiedy zasnęła, ostrożnie położył ją na materacu i przykrył kocem. Zostawił na jakąś chwilę, udając się do szpitala po apteczkę. Pielęgniarce tłumacząc problemy z mutantem. Rozumiała to, jako że wielu czasem trafia rannych, po starciach z mundurowymi. Jedni z powazniejszymi ranami, inni z mniejszymi. Jego krew na mundurze wystarczająco potwierdzała sytuację, że pytań więcej nie zadawano.
Otrzymawszy apteczkę, wrócił do pokoju Samanthy. Spała dalej. Udał pierw do łazienki, gdzie umysł swoje ręce. Następnie wrócił, klęknął przy niej i ostrożnie opatrzył jej rany na przedramionach. Pierw zaczął od tej poważniej poranionej. Zdejmując powoli materiał, oczyszczając ranę dookoła, nakładając gazę i bandażując. Tak samo uczynił z drugim przedramieniem. Obserwował Sam, czy ją czasem nie przebudzi. Za dobrze nie wyglądała, pod względem zdrowia. Ale uroczo, podczas snu. Gdy skończył, w miarę posprzątał tutaj a na koniec, ucałował ją w czoło, jeszcze przez chwilę, patrząc jak spała. Zamierzał tu wrócić dnia następnego. Bowiem, musieli porozmawiać. Wyszedł więc, zostawiając swoją przyjaciółkę na razie samą.
Wysłany: 2018-11-21, 00:37
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Nie czułam już nic.
Byłam w lepszym miejscu - odcięta od zewnętrznego świata, nie nękana koszmarami, zapominając o bólu, wstydzie i cierpieniu. Pierwszy raz od miesięcy spałam tak spokojnie, nawet nie będąc świadomą tego, że za mój stan były odpowiedzialne nie tylko te tabletki, nie tylko ta nieudana próba samobójcza, ale też... Moja własna moc?
Gdybym tylko wiedziała, że wraz z zyskaniem tych nadludzkich umiejętności moja wątroba stanie się wytrzymalsza, pomoże przetrawić te paskudne prochy neutralizując ich działanie... Och, czy wtedy podjęłabym się tego kroku?
Nie wiem ile godzin minęło, odkąd wmawiałam sobie ten piękny sen. Światło słoneczne wpadało już do tego pomieszczenia, przez od dawna zabrudzone okno. Stęchlizna tego miejsca znowu drażniła mój nos. To wszystko... Tak brutalnie do mnie wracało.
Znowu czułam pieczenie na przedramionach, głowa zdawała się eksplodować, a brzuch męczyły nieprzyjemne bóle. Skurcze w żołądku dość skutecznie wybudziły mnie z tej sennej krainy, w której tak bardzo chciałam pozostać. Otworzyłam oczy, widząc przed sobą tę samą brudną ścianę, pod sobą mając zakrwawiony materac i byłam tu... Całkowicie sama. Byłam sama, jak zawsze. Pozostawiona przy tym nędznym życiu, utwierdzając się w przekonaniu, że nawet kostucha nie chce na mnie marnować swego ostrza. Wzięłam kilka głębszych, próbując chociaż usiąść. Dopiero teraz dojrzałam bandaże na moich przedramionach.
Czyżby...
Czyżby ktoś tu był?
Nie, tak nie mogło być. Briana tu nie mogło być. Miał być tylko wytworem mojej wyobraźni. Nerwowo sięgnęłam do kieszeni, gdzie miał się znajdować woreczek - ale jego tam wcale nie było. Rozejrzałam się wokół i również go nie znalazłam - a co gorsza, tak gwałtowne ruchy wcale mi teraz nie pomagały. Ścisk pod żebrami był jeszcze silniejszy, mimowolnie zrobiło mi się tak niedobrze, a nie miałam nawet siły wstać. Moja próba postawienia się do pionu zakończyła się jedynie runięciem na kolana i podparciem się na obolałych dłoniach.
Niedobrze...
Próbowałam się doczołgać, jak najdalej od materaca, w kierunku łazienki. Jednak nawet to nie skończyło się sukcesem. Ledwie kilka metrów, kilka smutnych metrów dzieliło mnie od kanalizacji, gdy jednak mój układ pokarmowy ze mną wygrał.
Bardzo niedobrze...
Płakałam. Sama nie wiedziałam, czy z bólu, czy jednak zawstydzenia. Niby byłam tu sama, a jednak... Coś mi nie dawało spokoju. I to znacznie gorzej, niż te przeklęte wymioty na podłodze. Położyłam się na ziemi, oddychając ciężko. Nie było sensu wracać - widać to była moja pokuta za głupotę. Słone łzy spływały po mojej skórze, gdy tak zwinęłam się w tę pozycję embrionalną, próbując zapanować nad własnym organizmem. Cierpienie nie odpuszczało, powodując drgawki w każdej kończynie, każdej bezwiednej części ciała. Czyżby jednak tak wyglądała prawdziwa śmierć?
Jeszcze chyba nigdy tak mocno nie pragnęłam, by jednak ktoś mi towarzyszył w tych męczarniach...
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
Członek Oddziału Taktycznego Niebieskiego Szwadronu
name:
Brian Anthony Kersey
age:
35 lat
height / weight:
182/96
Wysłany: 2018-11-22, 00:54
Multikonta: Liam, Nicholas, David, Seba
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
Po tym jak opatrzył rany Sam i ogarnął w miarę jej mieszkanie, by nie było a dużo syfu jak i śladów po krwi, pozostawiając na razie nienaruszony materac na którym spała, wrócił do swoich obowiązków. Pierw zmuszonym będąc przebrać się w czysty mundur, a obecny dać do chemicznego czyszczenia. Bez tłumaczenia się. Osoby zajmujące praniem mundurów, dość często otrzymują zabarwione krwią.
Pisanie raportu jednak stało się problematyczną sprawą, którą musiał trochę sfałszować. Gdyby napisał prawdę, nie wiadomo jakby góra zareagowała. I tak najgorsze mu się upiekło parę miesięcy temu. Nie spodziewał się, że tutejsza praca może okazać się trudniejsza i problematyczna. Nie spodziewał tego, że Samantha zostanie mutantem a on pozostawiony będzie pod dokonaniem wyboru. Do pewnego czasu zabijał każdego mutanta. Był podziwiany. Miał szanse na awanse. A teraz? Coś się zmieniło... Pozwolił uciec jednemu mutantowi, nie dając sobie rady samemu z trójką innych mutantów, przez których jego misja zakończyła się fatalnie z poważną raną dłoni. Potem zadawanie się z Samanthą. I jeszcze coś, o czym nikt nie wie. Nie będzie ukrywał przed sobą, że obawia się tego, do czego to wszystko go doprowadzi. Jeżeli gdzieś popełni błąd, może za to sporo zapłacić.
Kolejnego dnia postanowił znów zajrzeć do Samanthy. Ze sobą miał papierową torbę z jedzeniem i piciem dla niej. Stanąwszy przed drzwiami jej pokoju, zapukał. Jeżeli nie otrzymał odpowiedzi, otworzył drzwi i wszedł do środka. Zamknął za sobą i rozejrzał się z westchnieniem. Sam leżała na podłodze. Osłabiona. W dodatku wymiotowała. Nie było posprzątane. Brian podszedł do niej i kucnął obok. Sprawdzając czy wszystko w porządku. Papierową torbę postawił obok na podłodze.
- Sam?
Zapytał dość łagodnie, ciepło, przyjaźnie. Także dotknął jej ramienia. Gdyby czasem zasnęła na tej zimnej podłodze, chcąc ją obudzić. Aby następnie wziąć na ręce i zaprowadzić na materac. Tam ją położyć i usiąść obok niej.
Wysłany: 2018-11-22, 01:14
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Niedobrze... Było tak... Niedobrze...
Żołądek nie odpuszczał, mimo, że przecież już był pusty. Nie miałam czego zwracać, jednak bolesne skurcze wciąż dawały o sobie znać. Zlałam się zimnym potem, gdy zrobiło mi się tak gorąco... Sama przestałam rozumieć, co się ze mną dzieje. Wiedziałam tylko, że cierpię. I wiedziałam, dlaczego mnie to spotkało...
Ukojenie jednak w końcu przyszło - niespodziewane, choć tak upragnione. Zabawne, jak sama obecność kogoś bliskiego może poprawić samopoczucie.
- B... Brian... - Wyszeptałam tylko przez spierzchnięte usta. Zdawałam się zapomnieć o wydarzeniach dnia poprzedniego. A może dalej wierzyłam, że to była tylko iluzja w mojej głowie? Tak, to miało więcej sensu. Inaczej by tutaj nie wrócił. Nienawidziłby mnie. Byłam paskudna, byłam potworem, byłam... Mutantem. I niszczyłam życia każdej cennej dla mnie osoby.
Było mi wstyd. Jakby miało nie być? Jeszcze nigdy nie byłam tak bezbronna i tak słaba. Jeszcze nigdy nie wymagałam tak wielkiej opieki. I jeszcze nigdy nie zapaskudziłam tak podłogi - nawet, mimo naszego bogatego życia imprezowego. Musiałam więc znaleźć w sobie siłę. Na Boga! Nawet wiele miesięcy temu, gdy zostałam postrzelona w to przeklęte udo nie dawałam się wziąć na ręce. Nie mogłam. Byłam na to za twarda, zbyt uparta. A dzisiaj... Dzisiaj chciałam na nowo znaleźć w sobie tę siłę...
Chyba właśnie dlatego pozwoliłam mu mnie podnieść. Pozwoliłam sobie pomóc w tym najcięższym kroku. Nie pozwoliłam jednak, by traktował mnie jak byle księżniczkę z taniego romansu.
- Wiesz... Że tego nie lubię. - Próbowałam się wysilić na żart i lekki uśmiech, choć ten na moim bladym licu musiał wyglądać żałośnie. Podparłam się jednak o jego ramię, gdy prowadził mnie z powrotem w kierunku materaca. Wciąż tak nieprzyjemnie mi się odbijało, mroczki zbierały się przed moimi oczami, ale... Chciałam udowodniść, że choć mała cząstka tej dawnej zadziornej Sam we mnie została.
Że dalej byłam sobą.
Z ciężkim westchnieniem opadłam na to prowizoryczne łóżko, podpierając się plecami o ścianę. Była tak przyjemnie chłodna... Przełknęłam głośniej ślinę, samej nie wiedząc co zrobić, czy powiedzieć. Powinnam spytać o wczoraj? Powinnam pytać, czy tu był? Darować to sobie i udawać, że przecież nic się nie stało? Rany, to było takie ciężkie...
- Brian, ja... - Wymamrotałam jedynie, próbując złapać z nim kontakt wzrokowy. Moje oczy z całą pewnością mówiły teraz znacznie więcej. Pytały o to, co się tu działo. Przepraszały za wszystko, co zrobiłam. I tak bardzo błagały o zrozumienie...
Mogłam tylko wierzyć, że dalej rozumiemy się bez słów...
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
Członek Oddziału Taktycznego Niebieskiego Szwadronu
name:
Brian Anthony Kersey
age:
35 lat
height / weight:
182/96
Wysłany: 2018-11-22, 19:38
Multikonta: Liam, Nicholas, David, Seba
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
Brian uśmiechnął się, kiedy usłyszał swoje imię z ust Samanthy. Oznaczało to, że go pamiętała.
- We własnej osobie.
Potwierdził na jej słowa. Nie potrafił jej nienawidzić za to, że jest mutantem. Uczony by nie ufać żadnemu z nich, z nią tak nie potrafił postępować. Podobnie miała się sprawa z paroma innymi osobami, z którymi kiedyś i teraz pracuje. A i oni są mutantami. Również musiałby przyznać, że nawiedzające go ostatnio dziwne sny jak i wspomnienia z tajemniczego miejsca, były niepokojące, jakoby współpracował z większą liczbą mutantów. Nie chciał do siebie tego dopuszczać, lecz całe to doświadczenie i styczność z nimi zmieniała go. Lecz czy dobrze?
Jako że była osłabiona, postanowił ją wziąć na ręce z tej podłogi, nie bacząc nawet na protesty.
- Wiesz, że mnie to nie obchodzi.
Odpowiedział z uśmiechem, rozumiejąc doskonale jej żart. Ona była jego księżniczką, z którą może robić co by chciał. Nawet wbrew jej woli a jeszcze w pysk nie dostał. Co jest bardzo ciekawe.
Położył ją na materacu, a jeżeli wolała siedzieć, to pomógł jej się podnieść wyżej pod ścianę. A wiedząc, że jest zimna, to wziął poduszkę i podłożył jej pod plecy.
Gdy na razie usiadł obok niej, spojrzał w jej oczy, gdy chciała coś powiedzieć, ale nie dokończyła.
- Jak się czujesz po wczorajszym?
Zapytał. Specjalnie pytając o wczorajszy dzień, chcąc jej dać do zrozumienia, że rozumiał jej przekaz wzrokowy. Nie była pewna albo nie pamiętała wszystkiego co się działo. Dlatego też może go pytać śmiało o cokolwiek. Zerknął również na jej przedramiona, gdzie dostrzegł słabe przebicia krwi. O tyle było dobrze, że nie ruszała bandaży i były wciąż na swoim miejscu, tak jak je założył. Powrócił spojrzeniem na jej oczy, okazując jej zrozumienie. Nie miał jej niczego za złe. Wiedział jak jej jest tutaj ciężko. Przekonał się o tym przez ostatnie miesiące.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum