urodzony w Seattle 28 kwietnia 1998 roku, mieszka tam od zawsze, przynależy do Rebelii , nie piastuje na razie żadnego stanowiska, wizerunku użycza Tom Holland
POCZĄTEK
Vincent urodził się na przedmiesciach Seattle. Był wesołym dzieciakiem, miał dwójkę rodzeństwa - starszą siostrę Kate i młodszą Vanessę. Niczym szczególnych się nie wyróżniał, może broił odrobinę więcej niż inni. Miał trywialne, dziecięce marzenia - w styczniu chciał być policjantem, w lutym strażakiem, w marcu astronautą. W wolnym czasie bawił się z rówieśnikami w chowanego, grał w piłkę lub na konsoli. Był normalnym dzieckiem, aż do dnia swoich siódmych urodzin, kiedy to podczas gonitwy, za wykopaną przez Vanessą piłką, potrącił go samochód. Szczęśliwie, poza wstrząsem mózgu, złamaną nogą i sporą ilością siniaków, nic poważniejszego mu się nie stało.
Pozornie.
Kiedy uziemiony przez gips, grając w Mortal Kombat, pomyślał, że z chęcią zjadłby Tomblerone leżące na biurku, stało się coś, co go przeraziło. Półprzezroczysta ręka wyrosła zza jego pleców i sięgnęła po batonika. Zrobiła to jednak bardzo niedbale, bo przy okazji zrzuciła z blatu kubek z zimnym już kakao, kilka figurek Power Rangers i lampkę. Przeraził się nie na żarty. Zaalarmowani krzykiem syna rodzice, uspokajali go. "To był tylko sen, skarbie", "Uderzyłeś się mocno w głowę, możesz być oszołomiony jakiś czas", "Nie strasz tak mamy". Nie rozumiał, dlaczego oni TEGO nie widzą ! Kiedy sytuacja się zaczęła powtarzać, jego rodzice poprosili o pomoc psychologa. Obawiali się, że wbrew ocenie lekarzy, podczas wypadku, mogło dojść do jakiegoś małego uszkodzenia mózgu. Vincent kolejny raz został uznany za zdrowego dzieciaka, z nieco wybujałą wyobraźnią. Widząc, że mama i tata mu nie wierzą, a wręcz zaczynają się denerwować gdy o tym wspomina, przestał się im zwierzać. Zamiast tego, postanowił zacząć eksperymentować z nowym nabytkiem w jego ciele. Nie miał pojęcia, że to co w sobie obudził, to efekt mutacji.
RAMIONA
Mijały miesiące, potem lata. Vincent nauczony doświadczeniem, nikomu nie powiedział o tym co umie. Uczył się, eksperymentował, odkrył, że te niewidzialne dla innych łapska, mogą być całkiem przydatne. Nie miał problemu ze ściaganiem przedmiotów z góry szafy, wspinaniem się na drzewa, w skoku w dal i wzwyż, nie miał sobie równych. Im starszy był, tym bardziej nad tym panował. Zapewne gdyby utrzymał to w sekrecie, żyłby sobie spokojnie po dziś dzień. Colt był jednak jego najlepszym przyjacielem. Przecież przyjaciele zdradzają sobie tajemnice i strzegą ich, bez względu na wszystko, prawda?
Colt początkowo nie wierzył, ale po krótkiej demonstracji umiejętności, był zachwycony. To tak, jakby jego najlepszy kumpel był superbohaterem! Przecież to takie niesamowite ! Musi o tym powiedzieć Jackowi ! Przecież ten nikomu innemu nie zdradzi, jak go poprosi...Jack powiedział Rossowi, Ross Haydenowi, Hayden Peterowi, a Peter Mike'owi i swoim rodzicom.
Dzień później, ku zdziwieniu Vincenta i jego rodziców, do ich domu zapukała matka Mike'a, w asyście dwóch rosłych mężczyzn. Przyjaznym głosem wyjaśniła, że wie o specjalnych zdolnościach Edamsa i czy byłby tak miły i je jej zademonstrował. Chłopak był pełen obaw co do reakcji rodziców oraz rodzeństwa, ale kobieta obiecała pełną dyskrecję. Kiedy talerz z owsianymi ciasteczkami "przefrunął" posłusznie z blatu kuchennego do jego rąk, a potem chłopak jednym susem znalazł się na szczycie komody, w domu zapanował mały chaos. Siostry zaczęły wrzeszczeć, ojciec zaklął siarczyście, w ostatniej chwili łapiąc mdlejącą matkę. Vincent pomyślał wtedy, że chyba popełnił duży błąd.
Mama Mike'a okazała się być pracownikiem prywatnego laboratorium, badającego mutacje. Wyjaśniła im na czym polega jej praca i skąd u Vincenta takie zdolności. Obiecała Edamsom, że postara się pomóc ich synowi, w trosce o bezpieczeństwo jego i jego rodziny. Jego matka zgodziła się bez chwili wahania. Nie chciała mieć pod swoim dachem jakiegoś MUTANTA, co jeżeli zarazi tym swoje siostry? Bez słowa spakowała dla niego najpotrzebniejsze rzeczy i oddała w ręce naukowców.
Wtedy Vincent widział swoją rodzinę po raz ostatni
GEHENNA
Laboratorium położone było poza miastem. Oficjalnie zajmowali się badaniami czysto naukowymi, mającymi na celu całkowite wyleczenie z mutacji. Jednak prawdą było, że było to miejsce niehumanitarnych eksperymentów na ludziach. Już pierwszego dnia pozbawiono go wszystkich rzeczy osobistych, godności, a nawet imienia. Został nazwany „Obiektem 36", odziany w białą laboratoryjną koszulę do kolan i zamknięty w jednej z cel, nazywanych zgrabnie jego ”pokojem”. Odcięty od świata, od rodziny i przyjaciół stał się królikiem doświadczalnym a eksperymenty te, nie miały nic wspólnego z próbami wyleczenia go.
Zaczęto badać jego mutację, by zrozumieć jak ona działa. Kiedy odkryto jej istotę – istnienie ramion wektorowych, zaczęła się dla niego prawdziwa gehenna. Vincent poddawany był ciągłym próbom siłowym i wytrzymałościowym. Jak reagują wektory , gdy jest poddawany dużemu stresowi ? Co jak się topi ? Albo brakuje mu tlenu ? Jak wielki ciężar jest w stanie podnieść, za ich pomocą? Czy mogą mieć one jeszcze większy zasięg? Dlaczego się blokują, gdy Edamsowi zadaje się ból ? Czy da się przesunąć tą granicę jeszcze i jeszcze i jeszcze ? Jak dużo jest w stanie wytrzymać, nim stanie się bezbronny ?
Oczywiście, że się buntował. Nie chciał współpracować, odmawiał jedzenia, wrzeszczał, że chce do domu. Nie potrafił zrozumieć i uwierzyć w to, że jego rodzina go porzuciła. Nigdy go nie odwiedzili, nigdy nie próbowali się z nim kontaktować. Przecież nie zrobił nic złego. Przecież nadal był sobą. Dlaczego go porzucili ? Dlaczego Colt go zdradził i wyjawił jego największą tajemnicę? Dlaczego nikt nie dbał o to, że ten zniknął z dnia na dzień? Czy naprawdę nikomu na nim nie zależało ? Początkowy smutek i żal, ewoluował w rosnące poczucie krzywdy, niesprawiedliwości i nienawiść.
Znienawidził ich wszystkich. Rodzinę, która go porzuciła. Przyjaciół którzy go zdradzili. Oprawców, którzy dzień w dzień nie dawali mu chwili wytchnienia, zadawali ból, odebrali mu wolność i człowieczeństwo. Nawet współwięźniów, bo czuł, że oni mają tu znacznie lżej niż on. Nienawiść wzrastała w nim, a wraz z nią, rosła jego siła i agresja.
Z nadejściem, opóźnionego przez eksperymenty, okresu dojrzewania jego moc stała się niestabilna, a on nieobliczalny. Choć jego wybuchy złości były niewyczerpanym źródłem informacji o wektorach i polem do setek eksperymentów, naukowcy musieli w końcu przyznać, że jest to coraz bardziej niebezpieczne. Jego zdrowie psychiczne pozostawiało wiele do życzenia, a burza hormonalna sprawiała, że nie byli w stanie przewidzieć jego zachowań. W końcu podczas jednego z eksperymentów, Edams wpadł w szał i udusił wektorami jednego z naukowców. Karanie go torturami, głodówką, tylko go co raz bardziej rozjuszało. Zmuszenie go do ciągłych ćwiczeń fizycznych pomagało tylko nieznacznie na ataki agresji. Po konsultacji z psychiatrą, uznano, że jest tylko jeden skuteczny sposób, żeby poradzić sobie z nadmiarem testosteronu w jego krwi.
DELILAH
Delilah była szczupłą, zgrabną blondynką o dużych, szarych oczach. Parała się najstarszych zawodem świata, choć w branży była jeszcze dość nowa. Obiecano jej ogromny zarobek, w zamian za pracę w potencjalnie niebezpiecznych warunkach. Jedyne czego żądała, to prywatności i wyłączenia kamer, na czas jej wizyt. Po podpisaniu dziesiątek dokumentów o zachowaniu milczenia, przejściu badań lekarskich, upewnieniu się, że na pewno nie ma aktywnego genu X, została przydzielona do Obiektu 36.
Pierwsze kilka dni, Edams całkowicie ignorował jej obecność, jak i jakiekolwiek próby kontaktu. Ta jednak nie zrażała się i trzymała się w stosownej odległości, z dnia na dzień zmniejszając ją po trochu.
Po dwóch bezowocnych tygodniach, siedząc sobie wygodnie pod ścianę, westchnęła cicho.
-
Rany, jesteś niemową, czy co ? Obcięli ci język ? – burknęła i wydęła usta w niezadowoleniu. Nie była przyzwyczajona do absolutnego braku zainteresowania –
Nawet mi się nie przedstawiłeś. Dżentelmeni się tak nie zachowują – nawet nie miała jak zabić wolnego czasu, bo zabrali jej telefon.
- Trzydzieści sześć.
Delilah spojrzała zdziwiona na chłopaka, który pierwszy raz, od dwóch tygodni, przemówił w jej obecności.
- Co ?
- Trzydzieści sześć. To moja nazwa. – powiedział bezbarwnie
Dziewczyna wyraźnie zadowolona, usiadła po turecku. W końcu coś się zaczęło dziać !
- Nie pytam o Twoją nazwę, znam ją. – wyjaśniał cierpliwie –
Pytam o Twoje imię.
Imię? Nie wymawiał go tak dawno, że powoli zacierało się wszystko to, co było przed trafieniem do laboratorium – jego personalia, jego osobowość, jego historia. Minęła dłuższa chwila, nim w końcu sobie przypomniał.
- Vincent… - powiedział cicho. –
Vincent Edams.
Delilah odwiedzała go codziennie. Czasem na krótko, czasem na parę godzin. Nie przyznała się przełożonym, że między nią a Obiektem 36, nigdy nie doszło do inicjacji. Chłopak zupełnie nie wykazywał tym zainteresowania, a gdy ta chciała kiedyś przejąć inicjatywę, zareagował wręcz agresywnie. Wyraźnie unikał kontaktu fizycznego. Łaknął za to…wiedzy. Wiadomości ze świata, gazet, książek a i zwykłej rozmowy z drugim człowiekiem. Kobieta opowiadała mu o bieżących wydarzeniach, o tym co ostatnio oglądała, czasem ryzykowała i przemycała mu jakąś prasę. Te chwile spędzoną z Delilah, były dla niego jedyną namiastką normalności, łaknął ich niczym powietrza. Powoli zaczynał się do niej przywiązywać i obdarzać zaufaniem. Pod jej wpływem uspokajał się, co nie umknęło uwadze naukowców. Za namową kobiety zaczęli stosować bardziej metodę marchewki, niż kija.
-
Cześć ! Przyniosłam Ci film. – oznajmiła pewnego dnia z uśmiechem, dźwigając pod pachą laptopa.
Edams, który już czekał od kwadransa, na jej wizytę, aż sobie usiadł na łóżku.
-
Poważnie? - nigdy nie widziała go tak zdziwionego! Zaśmiała się wesoło.
-
Tak, przyrodniczy. – odpowiedziała z triumfem. –
Obejrzymy go razem. Mówiłeś, że chciałbyś zobaczyć norweskie fiordy. – klapnęła obok, otwierając laptopa. Już od jakiegoś czasu nie jeżył się, gdy się do niego zbliżała, więc wiedziała, że mogła sobie na to pozwolić. –
Jak będziesz z nimi współpracować, będę mogła przynosić ci więcej rzeczy. Postaraj się dla mnie, okej ? – uśmiechnęła się ciepło –
Nie chciałabym przestać cię widywać.
Jego życie, choć wciąż było to więzienie, zmieniło się na lepsze. Dawał z siebie więcej na eksperymentach, co zadowalało badaczy, za co nagradzany był towarzystwem Delilah. Od tej pory kobieta była przy każdym eksperymencie. Po tych szczególnie wyczerpujących, czuwała przy nim uspokajając go i gładząc po włosach. Pierwszy raz od wielu lat, czuł, że komuś na nim zależy.
TEN DZIEŃ
Tego dnia eksperyment zakończył się niemal tragicznie. Poddany niewyobrażalnemu bólowi, Vincent stracił kontrolę nad sobą i wektorami, raniąc przy tym kilka osób. Obciążenie organizmu było zbyt duże, chłopak na koniec stracił przytomność. Dopiero po parunastu kroplówkach, udało mu się wrócić do rzeczywistości.
-
Dlaczego płaczesz? – wyszeptał, rozchylając powieki.
Delilah pociągnęła nosem i otarła łzy z policzka. Przez cały ten czas trzymała go za rękę.
-
Bałam się, strasznie krzyczałeś. Mówią, że miałeś krwotok wewnętrzny, ledwo cię uratowali. – zamrugała nerwowo, by odgonić kolejne łzy.
Vincent uśmiechnął się blado, wciąż był wyczerpany.
-
Pomyślałem…że jeżeli dam z siebie wszystko…to jakbyś ich poprosiła…to może pozwoliliby mi wyjść na zewnątrz. – wymamrotał. –
Moglibyśmy wyjść wieczorem…zobaczyć nocne niebo.
Kolejna łza z policzka Delilah, kapnęła na jego czoło. Kurtyna blond włosów otuliła jego twarz i poczuł ciepło jej warg na swoich.
--
Kilka tygodni później
--
Długo nie mógł usnąć, targany złymi przeczuciami. Delilah tego dnia była jakaś nieobecna. Uśmiechała się, ale miał wrażenie, że było to nieco wymuszone. Nie chciała mu zdradzić co ją trapi i poszła szybciej niż zwykle. Może była na niego o coś zła? Nie chciał jej złościć, była jedyną, przychylną mu osobą. Przewrócił się kolejny raz na drugi bok i trapiony tymi ponurymi myślami, w końcu usnął.
-Vincent! Obudź się – usłyszał przenikliwy szept przy swoim uchu. Ktoś nim potrząsnął.
Obudził się gwałtownie, patrząc prosto w twarz…
-
Deli…Co ty tu robisz? – wymamrotał, dziwnie rozbudzony. Jakby wiedział, że ta przyjdzie, że coś się dziś wydarzy.
-
Nie ma czasu, chodź! – rozejrzała się gorączkowo. Była dziwnie blada i drżąca –
Zabieramy się stąd! Już !
Wstał szybko, czując dziwną sensację w okolicach przepony. Uciekali. Po 6 latach katorgi, wyrwie się z tego więzienia, ucieknie razem z nią! Aktywował wektory, gotów ich użyć w każdej chwili. Kobieta odwróciła się do niego, po czym musnęła jego usta krótko i uśmiechnęła się blado.
-
Vinc…obiecaj mi, że nigdy nie zapomnisz, kim jesteś. Jesteś Vincent Edams, nie żaden Obiekt. Obiecaj mi…
-
Pogadamy o tym później. Teraz chodź ! – chwycił ją za dłoń i wybiegli razem z otwartego pokoju.
Ledwie przekroczyli próg a wszystkie światła zapaliły się. Chłopak uderzony wiązką z paralizatora, wrzasnął targnięty obezwładniającym bólem. Ramiona zniknęły a on upadł na ziemię w drgawkach, krzycząc z bólu.
-
Dobra robota, Delilah. – usłyszał głos matki Mike’a. –
Zachował się dokładnie, tak jak podejrzewałam . – w jej głosie dało się słyszeć ponurą satysfakcję -
Jesteś wolna, Twoja praca się tu skończyła.
Ból go niemalże oślepiał. Widział zalaną łzami twarz kobiety, którą obdarzył uczuciem, czując jak pustka zaczyna zżerać go od środka.
-
Vinc…błagam…oni grozili, że jak tego nie zrobię, zrobią krzywdę mojej siostrzyczce…błagam wybacz mi… - szlochała, a za chwilę już ją wyprowadzono.
-
Dobrze, koniec tej farsy. Na za dużo mu pozwalaliśmy. Zamknąć Trzydzieści Sześć, przykuć do łóżka, nie pozwolić by aktywował wektory. Koniec przedstawienia.
Nigdy więcej nie zobaczył już Delilah.
ROK PÓŹNIEJ
Naukowcy mogli odtrąbić sukces. Udało im się całkowicie ujarzmić Obiekt 36 zarówno psychicznie jak i fizycznie. Jego mutacja była rozwinięta w stopniu, który pozwalał do użycia go jako chodzącą broń. Zamierzali niebawem znaleźć kupca, który zapłaci im miliony, za efekt ich ciężkiej pracy. Tak przynajmniej myśleli.
Prawdą było, że Edams od dawna planował ucieczkę. Wiedział, że buntując się, nie uśpi ich czujności. Poddawał się eksperymentom bez słowa sprzeciwu. Robił wszystko co mu kazali, chcąc by myśleli, że go złamali. Wiedział też, że to kwestia miesięcy, nim zostanie sprzedany jakiejś organizacji. Udało mu się ukraść strój laboratoryjny oraz ubrania świeżo złapanego mutanta, których jeszcze nie zdążyli zutylizować i przemycić do swojego pokoju. Poznał lokalizację schodów ewakuacyjnych, szybów wentylacyjnych, godziny pracy sprzątaczek, rozmieszczenie kamer, wszystko to, co może mu się przydać, gdy nadarzy się ta jedna, jedyna okazja.
Ta trafiła się niespodziewanie szybko. W serwerowni zaczął się palić jeden z panelów, wywołując alarm pożarowy w całym kompleksie. To było dla niego niczym znak z nieba. Korzystając z zamieszania, udało mu się unieszkodliwić kamerę wektorem oraz ułożyć zwały pościeli tak, by wyglądało jakby tam spał. Włożył na siebie strój laboranta, zasłonił nos i usta maską jednorazową, wcisnął pod fartuch ubrania na zmianę i wydostał się do garaży. Tam ukrył się pod podwoziem pick-upa dostawczego i tak wydostał się z kompleksu badawczego, trafiając prosto do Seattle. Tak jak się spodziewał, ruszył za nim pościg. Nie spodziewał się, jak jeden z rebeliantów odmieni jego dalsze losy...
Vincent nie ufa nikomu, nie potrafi się zasymilować. Karmiona latami nienawiść rozwinęła u niego silne poczucie niezależności. Z uwagi na przeprowadzane na nim eksperymenty, ma skłonności do agresji, a przy nadużyciu mocy, potrafi być niebezpieczny dla siebie i otoczenia. Nie potrafi przyjmować pomocy innych, wszędzie wietrzy spisek, co jest naturalne po siedmiu latach tkwienia w niewoli. Eksperymenty wykształciły u niego wysoką tolerancję na ból, trzeba się więc bardzo postarać, by dezaktywować jego moc.
Żyje w poczucie krzywdy i odczuwa czystą nienawiść do ludzi. W końcu to jego ludzcy rodzice oddali go bez wahania do laboratorium, to ludzie traktowali go jak królika doświadczalnego, to ludzie się go bali tak bardzo, że zamknęli go w klatce, jak jakieś zwierzę. Nie cierpi czyjegoś dotyku. Unika go, kojarzy mu się z bólem, którego doświadczał latami i zdradą, której dopuściła się Delilah.