urodzony w Almerii (Hiszpania) 12 grudnia 1971 roku, obecnie mieszka Seattle przynależy do bezfrakcyjnych piastuje stanowisko biznesmena, wizerunku użycza Leonardo DiCaprio.
Zabawne.
Siedzisz w biurze.
Jest godzina 23.47. Piątek.
Siedzisz sam.
W dłoni trzymasz szklankę, w której właśnie pęka kolejna kostka lodu po zetknięciu z brunatnym płynem zapomnienia
Siedzisz, biorąc kolejny łyk.
Uderza Cię gorzki smak alkoholu, a po przełyku roznosi się to przyjemne ciepło, by po chwili rozpłynąć się po całym organizmie, dając Ci złudne poczucie relaksu.
Siedzisz w ciemności.
I nawet blask monitora nie potrafi Ci rozświetlić drogi, na której już dawno się zgubiłeś, zatracając powoli swoje zmysły, zatracając wartości i tracąc... Samego siebie.
Siedzisz...
Tak. Zabawne.
Siedzisz w tym biurze. Osamotniony, ze szklanką whisky w dłoni. Niby jesteś szczęśliwy, ale wiesz, że czegoś brakuje. Myślisz. Analizujesz. Wspominasz. Wspominasz chwile dobre i złe. Wspominasz swoje sukcesy i porażki. Wspominasz...
Almeria, 3 marca roku 1977.
Ciemność i stukot kropel deszczu nie opuszczały mnie na krok. Był już późny wieczór, i było wyjątkowo chłodno, jak na hiszpańską wiosnę. Byłem tylko dzieckiem. Powinienem był już spać od dobrych dwóch godzin, a jednak jedna, natrętna myśl mi na to nie pozwala.
Nana. Moja kochana nana. Zmagała się już z chorobą od lat, ale to właśnie dziś znosiła ją najgorzej. Krzyczała. Płakała. Błagała o spokój ducha. Była bardzo wierząca, więc wzywała też Boga. Mój dziecięcy umysł nie potrafił pojąć niczego poza faktem, że cierpi...
Biedna nana.
Jej stare, schorowane ciało nie działało już jak należy. Miała siniaki, a mama zmieniała jej pościel codziennie. Nie rozumiałem tego – jak można mieć siniaki, nie ruszając się z miejsca?
Kochałem nanę. Kochałem ją tak samo, jak jej piękny ogród, który teraz zarastał chwastami. Hodowała tam oliwki, które co roku zbieraliśmy. Wielkie, okrągłe i proszące się o podanie do obiadu. Robiliśmy tak co roku, aż do teraz. W tym roku drzewo oliwne nie miało wydać plonu.
Umierało, tak samo jak ciało mojej ukochanej nany...
Siedziałem przy jej łóżku do późnej nocy. Opowiadałem jej o wszystkim, co mój dziecięcy umysł przynosił mi do głowy. A ona nie przerywała. Teraz nie wiem, czy po prostu mnie słuchała, a może i do tego nie była już zdolna?
Moja nana...
Zasnąłem przy niej, gubiąc się w zawirowaniach ostatniego dnia. Zasnąłem, zapominając o swojej misji pilnowania babuleńki. Zasnąłem, i zostałem z tego snu brutalnie wyrwany, gdy nana po raz ostatni wydała z siebie głęboki krzyk, nim opuściło ją jej ostatnie tchnienie.
Nana.
Już jej nie było...
Umarła na moich rękach. W moich objęciach. Widziałem cierpienie na jej twarzy. Słyszałem ból w jej wrzasku. Byłem przy tym. I mógłbym przysiąc, że tuż po odejściu, jej oczy wciąż mnie przeszywały, oskarżając o stracenie oddechu...
Nana...
Nigdy nie byłem wybitnym uczniem.
Miałem jednak całkiem nieźle gadane. Czasem wręcz przerażało mnie, jak bardzo przekonujący potrafię być. Podniesienie oceny? Proszę Cię bardzo. Zaciągnięcie na konkurs, na który wcale nie powinienem się kwalifikować? Droga wolna. Byłem panem tego świata i nabierałem coraz większej pewności siebie z każdym kolejnym sukcesem. Ponoć miałem ten specyficzny błysk w oku, który przekonywał do mnie ludzi.
Tak. Byłem panem świata.
Miałem dopiero trzynaście lat, ale już większość dziewczyn była moja – nienaganna buźka, gadka która potrafi wyciągnąć Cię z każdych tarapatów i zniżki w pobliskim barze szybkiej obsługi i lodziarni. Czegóż można było chcieć więcej?
Oczywiście, nie zawsze było kolorowo. Nie raz dostawałem też po gębie, co w sumie mnie dziwiło. Działało to jak dziwny zapalnik – pomyślałem o czymś i o – już w dziób! Zupełnie, jakby czytano mi w myślach...
Almeria, 12 grudnia roku 1986.
To były moje 15 urodziny. Powinienem był się cieszyć. Powinienem był, gdyby nie jeden, znaczący szczegół. To właśnie dzisiaj mieliśmy opuścić tak znaną mi i kochaną Almerię. Moje piękne miasto, moją szkołę, mój dom i moją ukochaną. Mój piękny kraj miał pójść w odstawkę, na rzecz interesów mojego ojca, gdzieś tam, w Ameryce. Jestem prawie pewien, że mówił o Waszyngtonie? Tak. Miał z pewnością na myśli Waszyngton. Dostał tam pracę. Tia... Ja już dobrze wiem, co za pracę, Ty stary nędzniku... Myślałeś, że my tego nie widzimy? Że jesteśmy ślepi? Że nie dostrzegamy ran na Twoim ciele i ciągłej nerwowości? Tak. Wcale nie zauważyliśmy, że zmuszasz nas do tej wyprowadzki. Wcale...
Seattle, 19 listopada 1995 roku.
To miał być najszczęśliwszy dzień mojego życia. Mój własny mały skarbek, z mojej krwi, z moich kości. Moje małe maleństwo. Tak bardzo nie mogłem się doczekać, by móc Cię zobaczyć. By móc Cię schwytać w moje ramiona, przytulić i ucałować. Moje maleństwo. Moje kochanie. Moja
dusza.
Urodziłaś się w domu. Naszym domu. Mieliśmy tu najlepszego lekarza położnika, najlepsze położne. Musiałem mieć pewność, że obie jesteście bezpieczne, że nic wam nie grozi. Towarzyszyłem Twojej matce przez cały ten czas, przez kilkanaście godzin porodu. Znosiłem jej krzyki, nie mogąc patrzeć na ból malujący się na jej twarzy. Trwałem jednak przy niej, głaszcząc ją po głowie i mówiąc, jak dobrze sobie radzi. Kochałem Twoją matkę całą swoją duszą, nawet, jeśli moje ciało nie zawsze to udowadniało. Ona jednak dobrze wiedziała, że tylko ona jest Panią mojego serca. Może właśnie dlatego nigdy nic nie powiedziała?
Chciałem palić. Mógłbym teraz kończyć papierosa po papierosie, jeden po drugim. Nie mogłem jednak sobie pozwolić na to, by najbardziej magiczna chwila mojego życia po prostu uciekła. W końcu właśnie stawał się cud - nowe życie miało przyjść na ten świat. Maleńki człowieczek, który miał tak wiele zmienić i odwrócić nasze życie do góry nogami.
Czekałem na Ciebie, maleńka. Czekałem, by móc Ci w końcu powiedzieć, jak bardzo Cię kocham, gdy Twój płacz powoli cichł w moich ramionach, a Twoja mam mogła w końcu odpocząć, po tej waszej wspólnej, ciężkiej drodze...
Seattle, 4 lipca 2014 roku.
Dzień sądu...
Tak nazywałem ten dzień, odkąd tylko ruszyły plany z nim związane. Charlotte, ah, moja słodka mała Charlotte... Ta kobieta zawróciła mi w ten dziwny sposób w głowie. Dałem jej się omotać i zgodziłem na wszystko. Nie kochałem jej, ale gdy jej oczy patrzyły w moje, a długie nogi szły w moim kierunku... Nie mogłem się oprzeć. Przyciągała mnie do siebie i uzależniała od siebie. To właśnie dlatego, gdy po raz pierwszy przedstawiła mi swój plan przed kilkoma miesiącami od razu się zgodziłem. W końcu... Ja zostawałem czysty. Oficjalnie nie miałem nic z tym wspólnego. Ona brała wszystko na siebie, ja miałem jej tylko dostarczyć ludzi. Ludzi, którzy już od tylu lat tak wiernie dla mnie pracowali, wykorzystując swe moce. Tym razem po raz pierwszy mieli to zrobić otwarcie. Po raz pierwszy świat miał o nas usłyszeć. Po raz pierwszy mieli zacząć się nas bać.
Ah. Charlotte. Czemu pozwoliłem Ci to zrobić?
Seattle, 19 czerwca 2015 roku.
Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak to jest stracić wszystko?
Ten dzień nie różnił się niczym od poprzednich. Jak zawsze spotkaliśmy się w moim barze. Wódka się lała a dym papierosowy wypełniał nasze płuca i wszystkie pomieszczenia. Moja kochana mała księżniczka pomagała mi, jak zawsze, doglądając interesu i dbając o naszych gości. Dzisiaj jednak nie miało się skończyć tylko na piciu i radości. Mieliśmy problemy, powstawały zgrzyty. Miałem dziś ciężki dzień i moja moc nie działała tak, jak powinna.
Zaczęło się robić gorąco. Moja przykrywka coraz częściej gdzieś zanikała, coraz częściej o niej zapominano. Miałem być tylko łącznikiem. Miałem mieć tylko kontakty i umieć je wykorzystać. Tymczasem już od kilku lat spiskowałem. Spiskowałem, wraz z Twoim ojcem moja droga Beth. Czy Ty kiedykolwiek byłaś świadoma, jak wiele Twój ojciec znaczy? Oczywiście. Byłaś kobietą. Odsunięto Ciebie i Twoją matkę od interesu. Matka wychowywała Cię samotnie. A wszystko po to, by nikt z tych rzezimieszków do Ciebie nie dotarł. Najgorsze jednak było to, że dałem się wciągnąć w tę nić, zostając prawą ręką Twojego ojca. A Ty na to wszystko patrzałaś, spoglądając z boku i nie będąc niczego świadomą.
Beth. Tak bardzo Cię przepraszam...
Skorzystali z okazji, że właśnie wyszłaś z naszą księżniczką. Jedna źle skierowana przeze mnie myśl i byliśmy w niebezpieczeństwie. Chciałem ich tylko przekonać, by wsparli nas w kolejnym przejęciu konwoju. Zamiast tego... Ja... Coś poszło nie tak.
Szarpanie, broń, uderzenia. Lufa celująca prosto między moje oczy. Czy tak to się miało skończyć?
Zgasiłem papierosa, prosząc o chwilę spokoju. Widziałem kątem oka i Ciebie Beth, moja droga, i naszą księżniczkę. Widziałem strach w waszych oczach. Jeśli to właśnie dzisiaj miało się skończyć, nie chciałem, byście musiały na to patrzeć. Uśmiecham się jednak, by chociaż złudnie was pocieszyć. Przecież mój uśmiech znaczy więcej niż wszystkie słowa, czyż nie? Musiało być dobrze. Musiałyście w to wierzyć...
A jednak Ty księżniczko nie uwierzyłaś.
Mieliśmy wyjść. To się miało właśnie skończyć. Miałyście być bezpieczne, gdy to moja głowa spadnie. Miałyście bar i kamienicę. Poradziłybyście sobie. A jednak ktoś pociągnął za spust zdecydowanie za wcześnie, budząc w Tobie jeszcze większy strach. Budząc w Tobie to, co już od lat i mi towarzyszyło...
Bałem się. Bałem się, że się zorientują. Ta dziwna aura która właśnie roznosiła się po pomieszczeniu była niczym, gdy próbowałem podejść do Ciebie klęczącej na ziemi i Twej przerażonej matki. "Tranquilo, Cariño", wyszeptałem, licząc, że chociaż teraz moja moc zadziała. Że jedno spojrzenie w Twoje oczy da Ci spokój ducha. Że znowu uwierzysz, że może być dobrze...
Tego dnia nie straciłem życia. Wiedziałem jednak, że straciłem Ciebie. Nie mogłem Cię więcej powstrzymywać. I choć moje serce krwawiło, pozwoliłem Ci odejść. Czego jednak nie wiedziałaś... To właśnie dzięki mnie trafiłaś do swojej nowej rodziny... To było ostatnie, co mogłem dla Ciebie zrobić.
Montana, czerwiec 2016 roku
Beth. Moja droga Beth. Gdybym tylko wiedział, że ta podróż okaże się Twoją ostatnią, nigdy bym Cię tutaj nie przyprowadził...
Ruchy antymutanckie wciąż przybierały na siłach. Atakowano nas, obdzierano z godności, zakładano obroże i aplikowano tę przeklętą mutazynę. Cóż za paradoks, bo przecież sam nią handlowałem. Kochana Charlotte nie odcinała nam źródełka, dostarczając kolejne partie
leku, które pod okiem naszych ludzi były rozcieńczane i rozprowadzane dalej. To był dobry interes. Bardzo dochodowy. Do tego mieliśmy niemalże monopol. Ja i Charlotte, u szczytu czarnego rynku, w świecie, gdzie mutazyna nie raz okazywała się jedynym sposobem na spokojne życie...
W pewnym sensie zazdrościłem tym ludziom. Mafia i nielegalne interesy nie dawały mi tej swobody życia. Owszem, nie raz pozwalałem sobie na zbyt wiele, odwiedzając drogie hotele, grając w kasynach i przepijając wszelkie dochody w barach. Były jednak też te dni, gdy musiałem zejść do podziemia, do moich ludzi.
Nie spodziewałem się jednak, że ktoś zostawi tak wiele śladów prowadzących do naszej kryjówki.
Atak Rządu we wsparciu tamtejszych helis dał nam mocno w kość. Byliśmy jednak panami świata! Mieliśmy po swojej stronie wielu zdolnych mutantów. Pamiętam wśród nich tę dwójkę rudzielców, Duncanów. Naprawdę, kochane dzieciaki, które zdecydowanie zbyt wiele przeszły. Nikt nie powinien był w końcu zabijać, mając te ledwie skończone 20 lat. Sam o tym najlepiej wiedziałem, skoro moja dłoń nie rozstawała się z bronią już od wieku nastoletniego...
Tego dnia rozlało się wiele krwi. Straciliśmy wielu ludzi. Udało nam się jednak umknąć, nawet, jeśli wiązało się to z wylizywaniem ran. I gdy już myśleliśmy, że jesteśmy bezpieczni, gdy w naszych samochodach wyjeżdżaliśmy poza Helenę... Postrzelono Cię.
Oh, moja droga Beth...
Samochód pędził, pistolety strzelały, a z Twojej piersi lała się szkarłatna ciecz, brudząc Twoją piękną, błękitną koszulę. Każda kolejna plama na moich dłoniach symbolizowała powoli uchodzące z Ciebie życie. Nie mogłaś złapać oddechu. Bladłaś w moich oczach. A jednak... W Twoich źrenicach nie dostrzegłem złości ani wyrzutu. Ty... Ty mnie dalej kochałaś. Wybaczyłaś mi wszystko. Nawet to, że właśnie po raz ostatni mogliśmy spojrzeć w nasze dusze, tak obdarte ze wszystkiego wobec zbliżającego się końca...
Wszystko przestało mieć znaczenie. Nie słyszałem już strzałów. Nie widziałem pękającej tylnej szyby naszego samochodu. Nie zwróciłem uwagi na pęknięty łuk brwiowy i powoli spływające czerwone krople, które powoli łączyły się z Twoją krwią na Twoim odzieniu. Po raz ostatni złożyłem na Twoich ustach pocałunek, zanosząc się szlochem...
Moja droga Beth. To był 19 czerwca. Dzień, który już chyba zawsze miał nieść mi wyłącznie nieszczęścia...
Ruch.
Ruch to droga do sukcesu.
Gdy zaczyna być o Tobie zbyt głośno, nie możesz za dużo czasu spędzać w jednym miejscu. Z resztą... Od czasu śmierci mojej ukochanej Beth nie potrafiłem znaleźć swojego miejsca. Czułem pustkę. Dwie najdroższe kobiety mojego życia po prostu mnie opuściły, zostawiając tę marną skorupę na tym padole życia. Cóż mi było z obietnic Joshuy sprzed lat o zabezpieczeniu interesów w postaci jego córki?
Bawiłem się. Doglądałem interesów, pilnowałem pieniędzy i wydawałem je jak szalony. Prosperowaliśmy całkiem nieźle i chyba nawet zaczynałem już zapominać o bólu mojego ducha, oddając się uciechom ciała. Co tydzień byłem w inym mieście, co miesiąc w innym Stanie. Byłem wolnym człowiekiem i mogłem sobie na to pozwolić. I trwało to aż do teraz, gdy kolejnego ranka wychodząc z objęć młodej, pięknej nieznajomej, złapałem za gazetę przyniesioną przez obsługę hotelową wraz z naszym wykwintnym śniadaniem i świeżo paloną kawą.
Pacyfikacja.
Schwytano Colleen Marie.
Kurwa mać.
To było o nich. O mutantach, którzy skrywali się u boku Yvonne, gdy ta jeszcze żyła. Schwytali jej córkę. Zabili i pojmali jeńców. Gdzie w tym wszystkim była Alba? Gdzie moja księżniczka?
Złapałem za telefon, próbując dodzwonić się do Ronniego. Cisza. Głucha cisza i nieaktywny numer.
Kurwa mać.
Próbuję drugi raz, z telefonu nieznajomej, która wciąż drzemała przytulona do poduszki.
Dalej cisza.
Kurwa mać.
Pakuję się. Nie mam chwili do stracenia. Muszę tam pojechać. Muszę ją znaleźć. Muszę wiedzieć, czy jest bezpieczna. Muszę wiedzieć, że nie straciłem wszystkiego. Muszę wiedzieć, że wcale... Że wcale nie jestem sam.
Po prostu muszę...
Seattle, kwiecień 2018 roku.
Byłem tu już od trzech tygodni. Stary Black Lake Bible Camp odwiedzałem co kilka dni licząc, że w zgliszczach znajdę jeszcze cokolwiek, co mogło należeć do mojego małego aniołeczka. Do mojej księżniczki.
Znalazłem jedno zdjęcie, zwęglone na brzegach, już dawno przemoczone i porysowane. Była jednak na nim ta blond grzywa i uśmiech, który przed laty zawsze widziałem u jej matki.
Czyli musiała tu być.
Moje serce pękało, gdy zaciskałem pięść na tym fragmencie papieru fotograficznego. Na tym małym śmieciu, który już przecież nic nie znaczył. Tak bardzo chciałem wierzyć, że jej się udało. Że nie straciła tu życia. Że ją odnajdę...
Moje rozmyślenia przerywa jednak cichy dzwonek telefonu.
-
Szefie. Ktoś się kręci przy Laguna Negra...
Nie wracałem tam. Zbyt wiele złych wspomnień łączyło mnie z tym miejscem. Mimo wszystko jednak... To dalej była moja własność. Moi ludzie wciąż patrolowali ten kawałek ziemi, który już od tylu lat stał zarastając kurzem. Dlaczego więc akurat teraz, zapewne jakaś dzieciarnia postanowiła sobie urządzić tam squot? Dlaczego teraz, gdy próbowałem się pogodzić ze stratą, muszą być problemy akurat tam? Dlaczego los jest przeciwko nam, mój mały aniołeczku?
Oh. Gdybym tylko mógł znów Cię złapać w ramiona, by móc Ci wyznać, jak bardzo Cię kocham. I jak bardzo Cię przepraszam za los, który Ci zgotowałem...