They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.
manipulacja snami
58%
Rebel
name:
Cassandra Eloise Gardner
alias:
Cassie
age:
33 lata
height / weight:
166 / 50
Wysłany: 2018-04-03, 14:32
Multikonta: Sophie
#Mrs. Sandman
#9
Nie pamiętała, kiedy ostatnio potrzebowała aż tyle czasu, by w ogóle zacząć jakkolwiek kontaktować. Prawdopodobnie, bardzo, bardzo prawdopodobnie było to jednak podczas ostatniej tak intensywnej ucieczki z Seattle, jaką zaliczyła prawie dwa lata temu. Wtedy jednak zdecydowanie nie była ranna i nie kierowała żadnym pojazdem, nie mając też wykrwawiającej się przyjaciółki na fotelu pasażera. Aktualnie natomiast - bez cienia jakichkolwiek wątpliwości - była ucieleśnieniem najgorszego zagrożenia drogowego w dziejach tego miasta.
Nie była złym kierowcą. Wręcz przeciwnie, zwłaszcza że jej umiejętności nie zamykały się w przedziale tych parunastu lat, odkąd zrobiła oficjalne prawo jazdy. Już wcześniej woziła się po ulicach, częstokroć w bardzo brawurowy i niebezpieczny sposób, chcąc dorównać kumplom z dzielni. Wtedy jednak nie czuła się aż tak obolała i słaba, a jej reakcje nie były raczej aż tak opóźnione.
Szczęście w nieszczęściu, obrana przez nie droga nie była aż tak skomplikowana, zaś GPS w telefonie prowadził je najmniej zakorkowanymi uliczkami. Cass mogła jednak odetchnąć z ulgą dopiero wtedy, gdy już zaparkowały - albo raczej po prostu wtoczyły się samochodem na przypadkowe, legalnie wyglądające miejsce na chodniku - przed niezbyt przytulnie wyglądającą kamienicą, wytaczając się na ulicę i powłócząc nogami w kierunku wejścia do budynku.
Nim jednak mogły w ogóle znaleźć się w jeszcze mniej zachęcająco wyglądającym mieszkaniu, musiały skorzystać z odnalezionego kompletu kluczy, co nie było tak łatwe, jak mogłoby się zdawać. Nic więc dziwnego, że Cassandra prawie natychmiast padła na kawałek podłogi przy jakiejś ścianie, wcześniej pomagając Fay usiąść na pierwszym z brzegu krześle. Oddychając ciężko i głęboko, miała ochotę po prostu zamknąć oczy. Nic nie mówić, na nic nie spoglądać, tylko pozwolić sobie na chwilę wibrującej w uszach ciszy. Gdyby tylko mogła to zrobić...
Niestety, musiała być odpowiedzialna, a to oznaczało nie tylko podniesienie się z podłogi, lecz także przetrząśnięcie wpierw łazienki, potem zaś kuchni w poszukiwaniu wszelkich środków medycznych, jakie tylko mogła znaleźć u tej matyldowej koleżanki, oraz alkoholu. Nie tylko do odkażenia. Nim jeszcze zabrała się za rozcinanie nogawki Murphy i przemycie okolic rany, by sprawdzić, jak naprawdę wyglądał postrzał, musiała się napić. Potem mogła już działać, starając się nie myśleć, ile od niej zależało. Czym innym było pomaganie pierwszym z brzegu mutantom, czym innym natomiast próba utrzymania kogoś bliskiego przy resztkach świadomości.
Gdzie była ta cholerna Wallace?!
_________________
The more I think about it now The less I know All I know is that you drove us
Fay po prostu przymknęła powieki. Może na chwilę odleciała, może już miała dość czarnych plam, które pojawiały się przed jej oczami, oraz obrazu, który chwiał się niebezpiecznie, tak samo jak ona, gdy miała przejść kolejny metr. Siedząc w aucie i nie ruszając nogą było całkiem... dobrze? Z czasem przyzwyczaiła się do bólu na tyle, że stał się on niewiele mniej komfortowy od zwykłego zadraśnięcia.
Oddychała słabo, ale miarowo. Wciąż miała z tym problem przez lekko opuchnięte gardło, jednak nie była to sprawa nie do rozwiązania. Wystarczyło, że odpowiednio oparła głowę o zagłówek siedzenia, odchyliła ją lekko do tyłu i już przepływ powietrza był lżejszy. Przynajmniej na czas jazdy.
Droga do mieszkania była piekłem, a przynajmniej tak jej się wtedy wydawało. Skąd miała wiedzieć, na tamten moment dotarła ledwie do jego przedsionka, a najgorsze wciąż było przed nią? Nie wiedziała, co sobie myślała. Może to, że starczy tylko bandaż, że rana nie była na tyle poważna? Że było tak, jak z zacięciem kartką papieru - ból był nieproporcjonalnie duży w porównaniu do wielkości rany. Cóż... jej ocena sytuacji mocno kulała.
Gdy Cass posadziła ją na krześle, była zupełnie bierna, obojętna na wszystko. Już na ten moment słabo kontaktowała, więc jedyne co, to oparła się bokiem o oparcie, żeby przypadkiem nie zlecieć z siedzenia. Wciąż była blada, jej serce biło szybko, ale słabo po wysiłku na klatce schodowej. Na szczęście teraz... teraz były już bezpieczne, tak? Nie musiały dłużej uciekać, więc Fay mogła pozwolić sobie na ponowne zamknięcie oczu...
Gdyby istniał jakiś wskaźnik, który pokazuje poziom niezręczności danej sytuacji, to najprawdopodobniej już po kilku minutach przebywania w tym cholernym samochodzie z Wallace i Hopperem – urządzenie by po prostu eksplodowało. Po godzinie drogi pełnej milczenia, a jednoczęsnie zajebiście głośnych rockowych kawałków, Matilde autentycznie rozbolała głowa. Miała jednak za dużo dumy, by sięgnąć ręką do gałki i wyłączyć, bądź ściszyć radio. Nie. Siedziała jak ta sardynka w puszce, wciśnięta w drzwi pasażera (chociaż w gruncie rzeczy przecież miała całkiem sporo miejsca), zupełnie jakby się obawiała, że inaczej Hopper ją dopadnie i... cóż, właściwie nie udało jej się nawet do końca wymyślić najgorszego możliwego scenariusza, bo wreszcie zaparkowali pod blokiem, a ona niczym oparzona wyskoczyła z tego samochodu.
Chociaż teoretycznie nogi wciąż miała jak z waty, a jej serce wciąż łomotało o klatkę piersiową, wystarczył przypadkowo nawiązany kontakt wzrokowy z Williamem, by dostała powera i tak po prostu z torbą na ramieniu ruszyła po schodach do mieszkania mężczyzny. Ilekroć spowalniała i zaczynała czuć na sobie oddech wchodzącego tuż za nią Hoppera, nie tylko robiło jej się niemożliwie gorąco, ale odzyskiwała też motywację, by być kilka kroków przed nim. Droga na trzecie piętro dla osoby bez kondycji i z historią z nałogiem była istną katorgą. Ale hej, czego się nie robiło, by uciec przed facetem, którego jednocześnie chciało się zabić i wylądować z nim w łóżku?
A gdy wreszcie dotarła pod drzwi mieszkania Hoppera poprawiła sobie włosy, co było dość komiczne bo to jej lekko rozmazane po pocałunku usta wymagały jakichkolwiek poprawek a nie włosy, po czym weszła pewnie do mieszkania. I cóż, niemal od razu uderzyły ją ślady krwi na podłodze mieszkania Hoppera. Chyba dopiero teraz tak naprawdę zdała sobie sprawę z powagi sytuacji. Hej, lepiej późno niż wcale, nie?!
– C-co do cholery? – wyrzuciła z siebie w momencie, w którym znalazła się w salonie i była w stanie zarejestrować spojrzeniem zakrwawioną Cassandrę, pochylającą się nad leżącą Fay. Wallace niemal od razu położyła swoją torbę na podłogę, by po chwili przykucnąć przy rannej Murphy.
– Co się stało? – wyrzuciła zszokowana. Gdy myślała o jakiejś awarii, SOS, pilnej potrzebie pomocy czy czymś takim… spodziewała się w sumie wszystkiego. Wszystkiego, ale nie tego.
Hopper właściwie całą drogę wyrzucał sobie jak bardzo jest skończonym idiotą. Po pierwsze, sam zaproponował że zabierze ją na tę cudowną przejażdżkę od początku mając świadomość jak świetny był to pomysł. Ba, już nawet wcześniej sam sobie obiecał, że będzie jej unikać tak długo, jak to będzie możliwe. Po drugie, sam odpuścił, kiedy miał idealną okazję żeby odzyskać swoją broń. Cholernie lubił tego glocka. Po trzecie, jechał ratować Gardener, kiedy mógłby pozwolić jej wykrwawić się na chodniku. Po czwarte, z jakiegoś powodu pocałował Wallace. Znowu. Myślał, że chociaż nie popełnia dwa razy tych samych błędów.
Mimo tego wszystkiego, zamiast po prostu się zatrzymać i wyrzucić ją z auta, ciągle jechał w stronę Seattle. Dość szybko, żeby łamać przepisy, niewystarczająco żeby się szczególnie wyróżniali. Gdzieś w trakcie tej godziny ściągnął te przeklęte okulary przeciwsłoneczne. Po co on je w ogóle wkładał? W tym momencie nie potrafił sobie wyobrazić, że w ogóle uznał rozmowę z tą kobietą za dobrą zabawę.
Kiedy tylko się zatrzymał, Wallace wystrzeliła z samochodu. Oczywiście. Miała przyjaciółki do ratowania, a poza tym była równie zadowolona z tego że byli prze godzinę na siebie skazani, co on. W przeciwieństwie nie miał zamiaru pędzić po schodach na górę, szedł spokojnym, równym tempem. Przeszedł przez drzwi, akurat żeby usłyszeć jakże błyskotliwe pytanie.
- Zgaduję, że zostały ranne, Wallace - odpowiedział zgryźliwie.
Tak jak myślał, sytuacja nie była zbyt kolorowa, ale widywał gorsze. Skoro była tutaj Matilde, to i tak nikt nie powinien zginąć, nie przy jej mocach. A że Fay była w kiepski stanie... może akurat nie starczy jej sił żeby wyleczyć Gardener? Tak, Hopper miał świadomość jak bardzo to było dziecinne i niczym nieuzasadnione, w końcu nie była przecież swoim ojcem... ale co miał poradzić na to, że faktycznie by się w takim wypadku ucieszył?
- Znalazłaś leki przeciwbólowe? - spytał. Ostatnie czego potrzebowali, to żeby nawet jego sąsiedzi byli zaniepokojeni krzykami.
They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.
manipulacja snami
58%
Rebel
name:
Cassandra Eloise Gardner
alias:
Cassie
age:
33 lata
height / weight:
166 / 50
Wysłany: 2018-04-04, 20:53
Multikonta: Sophie
#Mrs. Sandman
Po prawie trzydziestu minutach od zadania sobie pytania o cholerną Wallace, Cassandra najwyraźniej musiała sama sobie na nie odpowiedzieć. Nie za bardzo miała jednak czas na jakiekolwiek zastanawianie się nad losem wiecznie spóźnionej przyjaciółki ani na jakiekolwiek inne głębsze rozmyślanie. Nie, gdy musiała zająć się coraz bardziej odlatującą Fay, mając przy tym teoretycznie dostatecznie dużo środków medycznych, ale za mało rąk, by ogarnąć wszystko na raz.
Ostatecznie kilka razy kursowała więc pomiędzy Murphy - jakimś cudem ściągniętej na podłogę, bo nie miała siły przenosić jej na stół czy inną ławę, natomiast kanapa była zbyt miękka - a kuchnią czy łazienką, przynosząc zapomniane rzeczy. Szklankę wody do popicia mocnych tabletek przeciwbólowych, jakie wyciągnęła z jakiejś szafki. Parę zmoczonych ręczników, miskę, trochę gazy... Choć na co dzień zajmowała się chorymi w szpitaliku w obozie, nie za bardzo wiedziała, co mogło jej się teraz przydać. Bądź co bądź, to była dosyć wyjątkowa sytuacja, patrząc na rozmiar, umiejscowienie rany oraz fakt, iż kula najpewniej pozostała w środku.
Nie mogły dłużej czekać na Matilde. Zamierzała pojawić się w najbliższym czasie w mieszkaniu czy nie, Gardner zwyczajnie nie miała możliwości dalszego zwlekania. Upewniając się, co do częściowo otumaniającego działania znalezionych przez nią medykamentów, sięgnęła po nożyczki, do końca rozcinając nogawkę spodni towarzyszki, aby móc jeszcze dokładniej przyjrzeć się obrażeniom. Dalszy proces był już znacznie bardziej żmudny, skomplikowany i - przyznajmy szczerze - ciężki jak cholera. Zwłaszcza dla kogoś, komu już bez tego niesamowicie trzęsły się ręce.
Nic więc dziwnego, że skończyła jeszcze bardziej zakrwawiona niż sama krwawiła i niż wcześniej zakrwawiła ją Lizzy. Wyglądała okropnie, zupełnie tak, jakby sama była naprawdę mocno ranna, choć tak naprawdę miała na skórze masę drobnych, niezbyt głębokich ranek. Nie zwracała na to jednak uwagi, skupiając się na tym, by zatamować jakoś upływ krwi - już po bolesnym wyjęciu kuli z nogi Fay - jednocześnie nie dając pacjentce wykrwawić się na śmierć.
Nie zauważyła zatem nawet, gdy w pomieszczeniu zrobiło się jakoś tłoczniej. Prawdę mówiąc, uniosła wzrok dopiero wtedy, gdy usłyszała głos Matilde, robiąc to jednak z kilkunastosekundowym opóźnieniem - na tyle dużym, że Wallace zdążyła już przyklęknąć przy leżącej. Machinalnym, niezbyt przemyślanym ruchem, Cass odgarnęła sobie kosmyki włosów z czoła, pozostawiając kolejną czerwoną smugę na twarzy. Potem zaś zamrugała, odchrząkując i zachrypniętym głosem odpowiadając na oba pytania. Wyjątkowo nie obróciła się jednak ku drugiej osobie, nie rejestrując też, z kim miała do czynienia. Była na to stanowczo zbyt mocno rozkojarzona.
- Marsz pokojowy F.P.T.P. Fay dostała kulkę w nogę, ale nie mogłyśmy ewakuować się od razu. - Czy musiała wspominać, jak sporą utratą sił i krwi to skutkowało? - Dałam jej to, co znalazłam. - To mówiąc, wskazała głową na zdobyte zapasy.
_________________
The more I think about it now The less I know All I know is that you drove us
Kilka lat temu była przekonana, że terapia mutazynowa była najgorszą rzeczą, jaka ją spotkała. A teraz? Wystarczyło kilka minut, żeby przestała być tego taka pewna, a każda kolejna chwila tylko utwierdzała ją w tym przekonaniu.
Słów Cass o tym, że będzie musiała wyjąć kulę z rany, nie przyjęła zbyt dobrze. Wiedziała, że to konieczne, jednak... już teraz bolało jak cholera, a co dopiero, gdy ktoś zacznie ją w tym miejscu dziabać jakimś ostrym przedmiotem... bała się po prostu, jak każdy normalny człowiek przed zabiegiem czy operacją, który może zaważyć albo na jego życiu, albo przynajmniej na tym, czy będzie chodzić, czy nie. Ufała Cass, jednak... czy naprawdę dużo trzeba było, żeby uszkodzić jakiś ważny nerw czy ścięgno? Kula sama w sobie mogła zrobić duże spustoszenie, a co dopiero, gdy będzie się ją chciało nieumiejętnie wyciągnąć.
Wolałaby zostawić to tak, jak jest, jednak czy miała dużo do gadania? Słabła z każdą minutą, kontaktowała coraz mniej. Nawet nie zarejestrowała momentu, kiedy dziewczyna dała jej jakieś tabletki i kazała popić - Fay po prostu to zrobiła, machinalnie, nawet nie pytając co to.
Gorzej, że nie zadziałało od razu. Tabletki to nie zastrzyk, że w minutę znajdą się w krwioobiegu i uśmierzą ból. Niestety, zanim przyniosły jakąkolwiek ulgę, Cass musiała zacząć działać, a Fay... starała się, naprawdę starała się jakoś to znosić, jednak w większosci przypadków po prostu nie mogła powstrzymać krzyku. Tłumiła go dłońmi, rękawami bluzy, przez łzy w oczach ledwo co widziała. O ironio ból otrzeźwił ją na tyle, że nie było mowy o żadnej zbawiennej utracie przytomności. Ta sama złośliwość losu jak wtedy, gdy człowiek jest tak cholernie zmęczony, że nie może zasnąć.
Tabletki przeciwbólowe zaczęły działać z opóźnieniem, jednak nie załatwiły wszystkiego od razu. Owszem, mocno ją zamroczyły, otępiły, jednak ból nie tyle zniknął, co jakby usunął się w cień, był do wytrzymania. Płacz zamienił się w ciche łkanie, wciąż pewnie wyglądała jak siedem nieszczęść, blada i zmarnowana, jednak... cóż, przynajmniej od tamtej pory Cassandra miała łatwiej, gdy Fay juz się tak nie szarpała ani nie rzucała, zobojętniona na to, co się z nią dzieje.
Przez cały czas pewnie jedyne, co słyszała, to słowa Cass, jednak po pewnym czasie doszły do tego jeszcze dwa inne głosy.
- Pies mnie ugryzł - jęknęła w odpowiedzi na pytanie Tildy, nawet zdobywając się na lekki uśmiech. Tak, tak, dla zmąconego umysłu Fay żart był nawet zabawny - A Cass dopadł mechaniczny pająk - dodała, wzdychając pod nosem - Dziwne... nawet się przed nim nie broniła... - rzuciła cicho, ale całkiem zrozumiale. Nie kierowała słów do nikogo konkretnego, wyglądało to bardziej, jakby słowa mimowolnie wyrywały się z jej ust, zdradzając myśli.
_________________
I wish I could see this world again through those eyes...
Ostatnie czego w tym momencie potrzebowała to zgryźliwych komentarzy Hoppera. Właściwie to już prawie klęczała przy rannej Fay, chcąc w spokoju zająć się leczeniem dziewczyny, gdy do jej uszu dotarły słowa Williama. Matilde mocno zacisnęła zęby, posyłając mu pełne pożałowania spojrzenie. Poważnie? Musiał teraz zgrywać Kapitana Obvious? Miał ponad godzinę drogi na złośliwości i przekomarzania się, ale nie! Wtedy postanowił milczeć i katować jej uszy zbyt głośną muzyką. Teraz jednak, gdy przydałoby się zachować pozory to on zaczynał swoje! Czy on w ogóle potrafił inaczej?
Wciąż nieco rozkojarzona Wallace wysłuchała odpowiedzi Cassandry, obrzucając całą scenerię nieco zbyt długim spojrzeniem i jednocześnie prychając z rozgoryczenia pod nosem. Ładny jej to Marsz Pokojowy, nie ma co! I nie odrywając wzroku od nogi Fay, Matilde westchnęła ciężko, by zaraz potem wyrzucić z siebie cięte:
– Słuchaj, Hopper. Jak tak sobie myślę to mógłbyś się chociaż na coś przydać i nieco ogarnąć ten bajzel.
I nawet nie wiedziała kiedy jej usta wykrzywiły się w tym uroczym, cynicznym uśmieszku. Nie, nie oczekiwała od niego niczego. W gruncie rzeczy powinna być mu wdzięczna za to, że ją tu w ogóle przywiózł, huh? I pewnie byłaby wdzięczna, gdyby ten dupek tak tego nie przeciągał. I gdyby.. gdyby jej nie pocałował. A to go dyskryminowało całkowicie. Zanim jednak Wallace zajęła się leczeniem Murphy, ściągnęła jeszcze z siebie skórzaną kurtkę, rzucając ją na najbliższe krzesło. A potem po prostu położyła prawą dłoń na łydce Fay, wbijając pociemniałe tęczówki w otwartą ranę na nodze koleżanki.
– O czym ty mówisz? – spytała, marszcząc brwi. Ale od niej też nie oczekiwała żadnej odpowiedzi. Fay wydawała się być w nieco innym świecie niż pozostała trójka i Matilde po części jej tego zazdrościła. Nie, nie bólu. Nie, nie rany. Ale tego innego świata. Nie zastanawiała się jednak nad tym zbyt długo. Bardziej skupiła się na słowach, które choć nie miały teraz żadnego sensu, zdawały się być przerażająco prawdziwe.
– Oh, oczywiście, że to zrobiłaś – wyrzuciła po sekundowym zawieszeniu, przekrzywiając głowę w kierunku Gardner. Jakiekolwiek oznaki zagubienia, czy oszołomienia w tym momencie zostały zastąpione przez narastającą frustrację. I z całą pewnością nie miała zamiaru tego zachować dla siebie. Po prostu z gorzkim uśmiechem na ustach dodała do tego pełne wściekłości:
– W końcu jesteś pieprzoną Drama Queen – i cisnęła w nią wyjątkowo nieprzyjemnym spojrzeniem, jednocześnie zaciskając usta w linijkę. Nawet jeśli Cassandra potrzebowałaby teraz jej pomocy lekarskiej, Matilde nie była już taka pewna, czy w ogóle miałaby zamiar jej pomóc. Z reguły nie dotykała nikogo kto miał gdzieś swoje życie. Po prostu.
– Poradzę sobie – dodała chłodno, jednocześnie kątem oka obserwując jak rana powoli zaczyna się goić. Cassandra nie była już dłużej potrzebna. Powinna zająć się sobą, czy cokolwiek na co tam miała ochotę. W tym momencie Wallace nawet to za bardzo nie obchodziło.
OKAY, po pierwsze, to Wallace pierwsza włączyła to radio. Po drugie, to ona wybrała stację i to ona ustawiła głośność. Mogła próbować przerzucać winę, ale jeśli miała mieć o to do kogoś pretensje, to tylko i wyłącznie do siebie i z pewnością doskonale o tym wiedziała. Niech nawet nie próbuje zaczynać tego tematu.
Ustaliwszy to, kontynuujmy.
Wallace chyba leciała sobie w kulki, skoro w ogóle wpadła na pomysł, że będzie teraz sprzątać syf, które ONE narobiły w JEGO mieszkaniu. Nawet nie chciał myśleć o tym jak trudno będzie się pozbyć krwi z podłogi.
- Uch, a myślałem że byłem całkiem przydatny wioząc cię sześćdziesiąt jeden mil w pięćdziesiąt trzy minuty. Albo użyczając im mieszkanie, żeby nie zgarnęło je DOGS szukające niedobitków - odpowiedział. Nawet nie chciało mu się silić na sarkastyczny ton.
Chociaż, po prawdzie, faktycznie nie miał za bardzo co robić. Nie było sensu, żeby wpychał się pomagać przy Fay, skoro i tak pomoc już nie była w zasadzie potrzebna. Dziewczyna była w kiepskim stanie i kto wie jak by skończyła gdyby była zwykłym, uciekającym przed rządem mutantem, ale hej, miała Wallace. Z tą swoją mocą prędzej sama się zamęczy niż pozwoli jej umrzeć.
Właściwie, mógłby od razu pójść po colę czy jakiegoś batona, bo Matilde na pewno będzie go potrzebować... Ale przecież miała dwie sprawne nóżki, prawda? Zamiast tego po prostu oparł się gdzieś o ścianę i czekał na rozwój wydarzeń. Może akurat dowie się czegoś ciekawego?
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.
manipulacja snami
58%
Rebel
name:
Cassandra Eloise Gardner
alias:
Cassie
age:
33 lata
height / weight:
166 / 50
Wysłany: 2018-04-05, 18:52
Multikonta: Sophie
#Mrs. Sandman
W chwili, w której w pełni uświadomiła sobie, że najprawdopodobniej mogła już chociaż trochę odpuścić i przekazać Tildzie panowanie nad sytuacją, wcale nie poczuła zbyt dużej ulgi. Prawdę mówiąc, nadal była tak samo spięta i zdenerwowana jak wcześniej, z tą tylko różnicą, iż teraz bardzo powoli zaczęła też ogarniać otoczenie. Przestała skupiać się tylko i wyłącznie na poszkodowanej, przenosząc spojrzenie na Wallace, potem zaś - słysząc ciętą odzywkę kobiety do kogoś, kto najwyraźniej zamierzał im towarzyszyć - na wspomnianego mężczyznę. Nie zawiesiła na nim jednak wzroku na zbyt długo, prawie niedostrzegalnie unosząc za to jedną z brwi. I choć to zdecydowanie nie było teraz najważniejsze, mruknęła bardziej do siebie niż do kogoś innego.
- Uhmm... - Nie zamierzała tego rozwijać ani wyjaśniać, zwłaszcza że bez wątpienia mogło to być wyjątkowo wymowne uhmm. Być może była lekko otumaniona, nie do końca kontaktowała, jednak nie była aż tak głupia, żeby nie dodać dwóch do dwóch. Sposób, w jaki Matilde odnosiła się do ich aktualnego towarzysza, jego nazwisko, czerwona szminka rozmazana na jej ustach i nadal roztarta na jego... Gdyby nie okoliczności, Cassandra zapewne nawet by się uśmiechnęła, nie mając zamiaru tak łatwo tego zapomnieć.
Teraz jednak musiała przyznać, że nieco ją to... Zirytowało. Przecież prosiła Tildę o jak najszybszą pomoc. Wysłała jej najbardziej desperacką wiadomość, jaką tylko umiała w tamtym czasie zakodować, a ta tak po prostu wolała obcałowywać facetów - na dodatek takich, do których jednocześnie pragnęła strzelać - wcale nie spiesząc się, by służyć jakimkolwiek wsparciem. Gardner nie wymagała od niej nie wiadomo jakich poświęceń, ale kolejnego biednego faceta mogła zostawić sobie na później.
Nie poruszyła jednak tego tematu, naumyślnie dosłownie gryząc się w język, bo nie to było teraz najbardziej istotne. Najważniejsza była bełkocząca Fay, paplająca stanowczo zbyt wiele i najwyraźniej wcale nie zastanawiająca się nad tym, co właśnie mówiła. Cóż, być może w innej sytuacji Cassandra nie byłaby zbytnio zadowolona z nazbyt długiego jęzora Murphy, zwłaszcza że nie potrzebowała przypomnienia o tym, co miało miejsce podczas marszu pokojowego. Doskonale pamiętała otumaniające uczucie, jakie ją wtedy ogarnęło. Nadal tliło się gdzieś tam w jej wnętrzu, ale teraz miała przynajmniej coś, czym mogła zająć zarówno umysł, jak i ręce. Nie było fatalnie, nie było świetnie, było... Chujowo, ale stabilnie.
Przynajmniej do czasu, gdy Wallace nie postanowiła przeciągnąć struny. Jak zwykle, wszelkie dramaty musiały obracać się wokół niej i jej wyjątkowo niepotrzebnych reakcji czy komentarzy. Nie wiedziała nawet o jednej trzydziestej tego, co miało miejsce na marszu, ale to nie powstrzymało jej od memłania ozorem i wydawania zajebiście nietrafionych osądów. Być może Cassie, jak zresztą zazwyczaj, zignorowałaby zgryźliwe komentarze przyjaciółki, gdyby tylko nie była na tyle mocno wybita ze zwyczajowego rytmu. Emocje dosłownie w niej buzowały.
- Może i to zrobiłam, ale chodziło o mnie. Ja przynajmniej nie marzę facetów szminką, gdy moja przyjaciółka wykrwawia się na podłodze. - Odwarknęła, posyłając Matilde równie nieprzyjazne, być może nawet trochę wrogie spojrzenie. - Nie wystarczyło, że sprowadziłaś go sobie wczoraj na noc? Naprawdę musisz bezmyślnie rzucać się na wszystko, co ma fiuta? Nawet w takich sytuacjach?! - Tilda mogła mówić, co chciała. Cassandra przynajmniej pieprzyła swoje własne życie, do czego miała święte prawo. Nie mogła już wtedy zaszkodzić ani Lizzy, ani komukolwiek innemu. A Wallace? Wallace zachowywała się jak rozpuszczone dziecko. Ot, bogata pannica z wpływowej rodzinki. Przeszłości i wychowania najwyraźniej rzeczywiście nie dało się wymazać...
- Co ty nie powiesz... - Warknęła, odsuwając się i powoli stając na nogi. Nie zamierzała wdawać się w dalsze dyskusje z panną przybyłam, zobaczyłam, zaleczyłam. Nie miała też zamiaru sterczeć w jednym i tym samym miejscu. Zamiast tego zabrała miskę z brudną wodą i zakrwawione ręczniki, zamierzając bez słowa wymienić wszystko na nowe.
_________________
The more I think about it now The less I know All I know is that you drove us
– Zawsze mogłeś się bardziej postarać – odmruknęła z nutą sarkazmu w głosie, bo najzwyczajniej w świecie nie potrafiła przestać. Nie należała przecież do ludzi, którzy odpuszczają. A kiedy chodziło o Hoppera – to nawet nie chciała odpuszczać. Ilekroć kończyli jedną gierkę.. nagle zaczynali kolejną. I tak w kółko. Ale bynajmniej jej to nie przeszkadzało. Wręcz.. wręcz przeciwnie. Tak, irytowało ją to, a sam Hopper wkurwiał niemiłosiernie. A mimo to nie potrafiła się nie oprzeć kolejnym złośliwościom. To było coś w czym oboje byli dobrzy, huh?
I nawet jeśli chciałaby dłużej zostać myślami przy Williamie – a przecież nie chciała – to i tak nie było jej to dane. Cała sprawa z tym co powiedziała Fay nie dawała Wallace spokoju. Nie żeby nawet próbowała się powstrzymać przed jakimkolwiek wybuchem złości, nie. Od jakiegoś czasu nie potrafiła ukrywać emocji, a przynajmniej tych negatywnych. Wyrzuciła z siebie właściwie to co myślała w tamtej chwili, ale nie spodziewała się tego, że Gardner zrobi dokładnie to samo. Już przy pierwszych słowach Cassandry, Matilde wzniosła wysoko brew ku górze, by po chwili całkiem automatycznie wierzchem wolnej ręki wytrzeć sobie usta. Chociaż szczerze mówiąc? W tym momencie miała to gdzieś. Gdyby nie Fay – prawdopodobnie podniosłaby się z podłogi i stanęła nad Gardner, pokazując jej co myśli o jej słowach. Ale nie mogła cofnąć ręki. Nie, kiedy rana nie zasklepiła się do końca.
– ON MI POMÓGŁ, DO CHOLERY! – warknęła, podnosząc głos i gestem głowy wskazując na Hoppera. Nie spodziewała się, że zamiast jakichkolwiek podziękowań, Gardner dodatkowo będzie taka niewdzięczna i pełna pretensji. Nie jej interes czy mazała kogoś szminką, czy nie. Wallace była już dorosła i mogła robić co jej się żywnie podobało. – Dotarłam tutaj w zajebiście szybkim tempie. Czy ty w ogóle wiesz ile mnie kosztowało, by się tu pojawić?
Nie wspominając już, że musiała prosić tego dupka o pomoc i zmuszać go wizją nieuchronnej śmierci. Nie, Gardner nie miała o tym zielonego pojęcia. A Wallace, jak ta dobra samarytaninka tak czy siak ratowała im dupę, ale cóż jak zwykle otrzymała w zamian to samo. One po prostu myślały chyba, że to im się należało. Najwidoczniej właśnie dostała od losu zajebiście cenną lekcję, by nigdy więcej tego nie robić. Następnym razem niech radzą sobie same. Ona nie kiwnie nawet paluszkiem. Ale potem… Gardner przeszła najśmielsze oczekiwanie. Matilde po prostu wmurowało, a cała jej twarz pobladła. Tak. Wcześniej Hopperowi sprawiało wiele satysfakcji, gdy ze złości drżała jej warga to cóż. Teraz miał powtórkę z rozrywki. Wallace nie dowierzała. Z kolei wzmianka o poprzedniej nocy była ciosem poniżej pasa. Matilde nie spojrzała na Hoppera, nie była w stanie. Zamiast tego poczuła po prostu, że się kurczy. Jej serce na moment dosłownie przestało bić. I by jakoś odwrócić uwagę Hoppera – sama nie wierzyła, że w ogóle obchodziło ją jego zdanie – wyrzuciła z siebie jadowite:
– Ja przynajmniej nie sypiam z pierdolonym GC! A może to on próbował was zabić, huh? Fay, założę się, że nawet o tym nie wiedziałaś – miała już tego dość. I gdy Cass podniosła się z podłogi to Matilde poczuła swego rodzaju ulgę. Gardner nie miała prawa jej oceniać, bo nie była od niej w niczym lepsza. Ale Wallace nawet nie odprowadziła Cassandry spojrzeniem, jedynie spuściła wzrok, ponownie wbijając go w zasklepiającą się ranę Fay. Czuła się źle. Była wściekła, było jej wstyd, w dodatku używanie mocy doprowadziło ją do zawrotu głowy. Nieważne. Nie była nawet w stanie podnieść wzroku na Hoppera, bojąc się jakiegoś niewytłumaczalnego rozczarowania? Przecież miała go gdzieś! Przecież powinna mieć go gdzieś.
– Jak się czujesz? – wycharczała wyjątkowo cichym, może nieco słabym i zranionym głosem w kierunku Murphy.
Uhmm? Co miało znaczyć to uhmm? Jeżeli ona myślała o tym, o czym on myślał, że myślała, to stanowczo nie. Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie. Nie licząc tego, że potrzebował mutacji Wallace i tego ich wypadku przy pracy (i tego dzisiejszego), stanowczo nic ich nie łączyło, nie ważne co Cassandra sobie myślała. Nie ważne co Wallace jej naopowiadała. Bo sądząc po tej reakcji, coś jej powiedziała. Chociaż, właściwie co go miało to obchodzić? Mogły sobie myśleć i udawać co chciały, to przecież nie nagnie prawdy.
Nie, jednak nie. Jednak stanowczo nie. Niech sobie myślą co chcą, ale stanowczo nie to.
Jeżeli myślał, że to przy nim Wallace zmieniała się we wrzeszczącą zołzę w najmniej odpowiednich momentach, to znaczyło, że nie widział jej przy Cassandrze. One nie powinny być przypadkiem przyjaciółkami? Nie ważne. Hopper już otwierał usta, żeby jasno, głośno i wyraźnie wyartykułować, że jego i Wallace stanowczo nic nie łączy, ale nie zdążył. Matilde nagle wybuchnęła, z jakiegoś powodu nie wyprowadziła jej z błędu... i doceniła to co zrobił? Wallace? I to, że zaraz potem dodała jak wielka to była katorga rozmawiać z nim przez telefon i użerać się z nim przez godzinę w samochodzie (swoją drogą, to działało w dwie strony), wcale nie zmieniało tego, jak bardzo konfundujące to było.
A skoro już mowa, o dziwnych wypowiedziach... To Hoppera stanowczo nie było u Wallace poprzedniej nocy. I w zasadzie, nawet nie powinno go to obchodzić, skoro przecież już było jasno ustalone, że między nimi stanowczo nic nie było. Ale jednak z jakiegoś powodu o tym myślał. Przespała się z kimś innym? Dzień po tym, jak przespała się z nim? Z kim ona właściwie się przespała? Skąd ona go właściwie wytrzasnęła i to w takim tempie? Czy była w jakimś pokręconym związku? I czy rzucała się na wszystkich facetów tak, jak rzucała się na niego i tamtego drugiego, kimkolwiek on był? Pewnie tak. To by wyjaśniało, czemu tak płynnie przechodziła od nienawiści do uprawiaj ze mną seks.
Cóż, w takim wypadku, dobrze, że między nimi stanowczo nic nie było. I Hopper nie miał najmniejszego zamiaru zmieniać tego stanu rzeczy.
- Sprowadziłaś mnie wczoraj na noc? - spytał, mimo wszystko. Jednak, z jakiegoś powodu, chciał wiedzieć z kim się przespała. Po prostu. Z naukowej ciekawości.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.
manipulacja snami
58%
Rebel
name:
Cassandra Eloise Gardner
alias:
Cassie
age:
33 lata
height / weight:
166 / 50
Wysłany: 2018-04-05, 21:52
Multikonta: Sophie
#Mrs. Sandman
- A czy ty, do kurwy nędzy, chociaż trochę zastanowiłaś się nad tym, co stało się na pieprzonym marszu? Zanim zaczęłaś wydawać swoje wielce trafne osądy? - Nie, jeśli była czegokolwiek pewna, to właśnie tego, iż Matilde nijak nie pomyślała, nim otworzyła usta. To było dla niej coś... Nienormalnie normalnego, bowiem powtarzało się raz za razem. Raz po raz, raz po raz i jeszcze jeden przeklęty raz... Tilda wyłącznie paplała, oceniając wszystkich dookoła, tylko nie siebie. No, nie w momentach, w których powinna zwrócić uwagę na własne zachowanie, bo poza nimi naprawdę uwielbiała sobie dowalać. Teraz jednak w Cassandrze dosłownie coś pękło.
Łatwo było mówić, gdy nic się nie wiedziało, czyż nie? Niezmiernie prosto było warczeć na ludzi za coś, co zrobili w totalnym zdołowaniu, szoku, w chwili kompletnej słabości. Nad wyraz błyskawicznie dało się przyczepić komuś nalepkę z oceną, kiedy nie miało się cudzej krwi na rękach i gdy nie chciało się trzeć własnej twarzy, byleby tylko zmazać z siebie małe, zaschnięte, ciemnoczerwone kropelki osiadłe na skórze i włosach. Kiedy nie widziało się tych wszystkich obrazów, które dosłownie tkwiły Gardner przed oczami, pojawiając się jak żywe, gdy tylko choć na moment zamykała oczy. Gdy nie czuło się tego całego zimna i nie miało się ochoty tak po prostu zniknąć, nie musiano mierzyć się z narastającym poczuciem winy.
Życie Cass od dłuższego czasu zdawało się być równią pochyłą. I gdy tylko już myślała, że osiągnęła samo dno... Przychodziło kolejne zdarzenie, które sprawiało, iż ześlizgiwała się jeszcze niżej. Sama nie do końca wiedziała, kiedy to wszystko się zaczęło. Być może już w szkole średniej, gdy strzelanina doprowadziła ją do tej nagłej, całkowicie nieoczekiwanej zmiany. Być może tuż po przenosinach do FBI i dołączeniu do Bractwa, gdy wmieszała się w całe bagno związane z Williamem. Być może jeszcze trochę później lub odrobinę wcześniej. Najważniejsze jednak, że im bardziej starała się odzyskać panowanie nad własnym losem, tym szybciej i bardziej je traciła.
Mimo to... Nie spodziewała się, że jej własna najlepsza przyjaciółka postanowi wykorzystać to przeciw niej. Nie przewidywała, że po tym wszystkim - widząc, co zrobiła z nią tamta sytuacja i jak bardzo zrujnowało to życie Cassandry - Matilde zapragnie dosłownie splunąć w nią jadem, wbijając jej nóż w sam środek pleców i przekręcając go jeszcze kilka razy. Słysząc słowa towarzyszki, nagły, nieoczekiwany zarzut sformułowany tak, by nie tylko zabolał jak najbardziej, lecz także postawił Gardner w jak najgorszym świetle, robiąc z niej najprawdziwszą zdrajczynię... Cassandra, zaledwie w przeciągu kilku sekund, przeszła z normalnego, może nieco bladego koloru twarzy do jeszcze większej bladości, a następnie nieco poszarzałej - jakby zrobiło jej się niedobrze - czerwieni.
Nim jeszcze w ogóle miała okazję podnieść się na nogi, gdzieś w połowie tego ruchu, dała się ponieść instynktom. Nie było żadnych zaprzeczeń, prób wyjaśnienia komukolwiek, że przecież nie miała pojęcia, z kim się wtedy zadawała, że dała się omamić czy że skończyła z tą relacją praktycznie w tej samej minucie, w której zrozumiała, jak bardzo ją wykorzystywano. Nie, walcząc z szokiem i poczuciem kolejnej zdrady, zareagowała zupełnie niczym Drama Queen. Nie przez to, by udowodnić, że skoro już ją tak osądzano, miała jakiekolwiek prawo, aby zachowywać się w ten sposób. Nawet o tym nie pomyślała.
Chlastając Matilde z otwartej dłoni w sam środek lewego policzka i powstrzymując narastające zawroty głowy, złapała za te nieszczęsne ręczniki, opuszczając pomieszczenie. Nie wierzyła, że zaufała kolejnemu człowiekowi, który tak po prostu wydał ją innym, w tym jednej prawie całkowicie nieznanej Cassandrze osobie. Przecież Wallace doskonale wiedziała, co zdrada oznaczała dla Bractwa, zwłaszcza w ostatnim czasie, zwłaszcza po marszu. To nie było byle co, nieszkodliwa pogłoska...
Czując, że coraz bardziej zbiera ją na mdłości, a oczy zaczynają robić się coraz bardziej wilgotne i czerwone, Cass pospiesznie wylała zawartość miski do ubikacji, zatrzaskując za sobą drzwi łazienki i puszczając strumień wody do zlewu. Potem zaś opadła już tylko tyłkiem na podłogę, pochylając się nad toaletą...
_________________
The more I think about it now The less I know All I know is that you drove us
Czy... czy powiedziała, coś nie tak? Najwyraźniej, bo to po jej słowach głosy dziewczyn nagle się podniosły. A Fay... ostatniego zdania nawet nie zarejestrowała, wypowiedziała je całkowicie nieumyślnie, a potem znowu skupiła się na bólu, który tym razem dla odmiany stawał się coraz słabszy. I dzięki Bogu! Yyy... to znaczy, dzięki Tildzie, bo Bóg tu za wiele nie zdziałał.
Cóż, nie zmieniało to faktu, że czuła się beznadziejnie, zupełnie jakby ktoś wykręcił ją jak mokry ręcznik i rzucił bezwładnie na środek pokoju. Normalnie pewnie czułaby się głupio przez to, że Cass musiała ją tu ciągnąć, Tilda i Hopper jechać na złamanie karku, a w dodatku całe mieszkanie zostało przewrócone do góry nogami z jej powodu. Ale tak? Była zbyt zmęczona, żeby się nad tym zastanawiać, zbyt obojętna, żeby się tym przejmować.
Niektórych rzeczy jednak nie mogła tak o olać. Na przykład tych wszystkich krzyków, które rozbrzmiewały echem w jej głowie, dobijając się z każdej strony, wprowadzając ją w jeszcze większe zdezorientowanie.
- Przestańcie... - jęknęła, ale czy ktoś ją słuchał? Pewnie nie. Z poziomu podłogi niewiele dochodziło wyżej, a dziewczyna nie miała w tym momencie żadnej siły przebicia. Dlatego spróbowała się podnieść, powoli, na drżacych dłoniach, przynajmniej do pozycji siedzącej, chociaż nawet w takim tempie nie obyło się bez czarnych plam, które pojawiły się przed jej oczami.
Nie miała pojęcia co powiedzieć, gdy Tilda się do niej odezwała. To, co usłyszała odrobinkę ją zaniepokoiło... jakby na ten moment miała za mało zmartwień i nie była kłębkiem nieszczęść! Ale z drugiej strony Cass nie była głupia. GC czy nie GC, Fay byłaby w stanie zaryzykować stwierdzenie, że dziewczyna wie, co robi.
- Słabo... ale w porządku. Już nie boli - rzuciła na kolejne słowa Wallace, uśmiechając się nikle. Mówiąc to starała się skupić na twarzy dziewczyny, jednak rozmazywała się z każdym poruszeniem głowy, czy to Fay, czy jej przyjaciółki - Dzięki, że przyjechałaś - dodała wdzięcznie, chociaż to pewnie też zginęło w dyskusji. Tym bardziej, że chwilę później doszło do rękoczynów...
_________________
I wish I could see this world again through those eyes...
Pod wpływem siły uderzenia Cassandry, głowa Matilde niemal automatycznie odskoczyła w prawo. W dodatku policzek zapiekł ją niemiłosiernie, a w uszach jeszcze przez jakiś czas nieprzyjemnie dźwięczało. I Wallace chyba była za bardzo w szoku, by jakoś zareagować. Nie rzuciła się na Cassandrę, nie wyzwała jej, ani nic podobnego, czego przecież jak najbardziej można się było spodziewać po jej charakterku. Nie, nic takiego nie miało miejsca. I choć początkowo jej dłoń mimowolnie powędrowała do twarzy, to gdzieś w połowie drogi ją cofnęła, nie zawracając sobie głowy rozmasowaniem obolałego miejsca, czy starciem z buzi krwi, pozostawionej na pamiątkę po odciśniętej dłoni koleżanki.
Jedynie przełknęła głośno ślinę, czując się cholernie upokorzona. To wszystko, co się tutaj wydarzyło było jakimś cholernym koszmarem. Koszmarem, który trwał w najlepsze, a ona nie była w stanie się z niego wybudzić. Nie miała też siły walczyć. Jedyne na co tak naprawdę miała ochotę to zapaść się w sobie. Zaszyć się gdzieś i już nigdy nie wychodzić na powierzchnię. Ale tego nie mogła zrobić. Tak samo, jak pokazać, że w jakimś stopniu reakcja Cassandry ją zabolała. Nie wyszło jej to jednak najlepiej, bo ciemne oczy dziewczyny bardziej przypominały teraz szklankę niż cokolwiek innego. Ale mimo tego uniosła dumnie ten cholerny podbródek, wlepiając swoje ślepia w twarz Hoppera. Dlaczego to robił? Dlaczego pytał? On też chciał się nad nią poznęcać? Przecież go nie obchodziła. Nie znosił jej. A ją z jakiegoś powodu obchodziło jego zdanie. Obchodziło ją spojrzenie, jakie jej posyłał. I to jak ją osądzał. Nie chciała, by ją osądzał. Nie za coś, czego nie zrobiła. Nie była jakąś tanią dziwką, o czym pewnie teraz myślał. Nie przespała się z nikim, bo najzwyczajniej w świecie nie mogła. Chciała, ale nie mogła. Przez niego. Dla niego. Nienawidziła tego, że tak bardzo ją to obchodziło. I tak po prostu… desperacko potrząsnęła głową, zupełnie jakby chciała mu tym samym przekazać, by nie wnikał. Przynajmniej nie teraz. Nie przy dziewczynach. Jeśli chciał wiedzieć, nie miała zamiaru się bronić. Ale nie teraz, nie kiedy byli w towarzystwie. Wtedy jednak postanowiła odpowiedzieć Fay, jednocześnie posyłając jej subtelny uśmiech.
– Jutro powinno już być wszystko w porządku. Patrz, rana się całkowicie zagoiła – mówiła miękkim, a jednocześnie łamliwym głosem, powoli cofając rękę z wyleczonej nogi przyjaciółki. W tym momencie Murphy wydawała się być jedyną przychylną jej osobą, a tego Wallace spieprzyć nie chciała. Matilde powoli podniosła się z klęczków, podpierając się o kant stołu (bo jednak wciąż kręciło się jej w głowie), a potem ponownie wbiła wzrok w Hoppera. I oddychając ciężko, zupełnie jakby brakowało jej powietrza, wyrzuciła z siebie:
– Możemy już wracać do Obozu?
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum