Poprzedni temat «» Następny temat
Bar Fallen Angel
Autor Wiadomość
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-06-03, 21:09   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Nikt nie skomentował mojego pomysłu. Najwyraźniej był aż tak bardzo żałosny i pełen desperacji, że woleli to przepuścić mimo uszu. Może to i dobrze? Wariowałem, kiedy nie mogłem być z Albą. Byłem jak w gorącej wodzie kąpany, chciałem szybko, na już. Pragnąłem pozbyć się wszystkiego, co zagrażało nam, jej, wszystkim. Tylko też to była taka paskudna ułuda, bo czy byliśmy w stanie w jakikolwiek sposób zniszczyć raz na zawsze całe D.O.G.S.? A nawet jeśli, to po nim przyjdą inni, będą krzyczeć o upadek mutantów, głośniej, znacznie bardziej donośnie niż teraz.
Zostałem z Cassandrą sam na sam. To była ta chwila, ta, w której musiało mi to przejść przez gardło. I chyba jednak nie zamierzało, bo zamiast przeprosić ją za Marsz Pokojowy, wypaliłem:
- Jeśli zejdę na tym krześle, to powiedz Albie, że ją serio kocham… kochałem.
Wzruszyłem jeszcze ramionami i postarałem się nie spinać, jak mnie prosiła Cass. Miałem takie głupie pomysły, które kończyły się najwyraźniej samym cierpieniem, niepewnością i wybuchami. Wpierw zostawienie Yvonne na pastwę losu, zdradzenie Col z Albą, ba!, zakochanie się w tej niesamowitej dziewczynie to również coś paskudnego na mojej liście, a teraz jeszcze D.O.G.S. i poddawanie się cięciu Cassandrze, którą zawiodłem jako… przyjaciel? Tak wzbraniałem się tego słowa, ale chyba faktycznie była moją przyjaciółką. I Ronnie. Krucho.
- A tego zjeba Andy’ego to nigdy nie zamierzam polubić. I w razie wu, chcę mu zakrwawić jak najwięcej zaplecza – rzuciłem jeszcze DLA ROZŁADOWANIA ATMOSFERY, po czym dodałem jeno, by Cass śmiało cięła. YOLO i te sprawy. Co nas nie zabije, to nas wzmocni.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-06-03, 21:55   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


W tym momencie zdecydowanie nie chciała angażować się w jakiekolwiek zajmujące konwersacje - czy to żartobliwe, czy poważne - potrzebując skupić myśli i uwagę na tym, co zamierzała robić. Być może to, co robiła, nie było dla niej niczym niecodziennym. W Bractwie wielokrotnie musiała wyciągać z ludzi najróżniejsze niespodzianki - mniej lub bardziej widoczne, wystające - ciąć, grzebać, rozcinać, wycinać, przecinać... Pełen serwis. Dodatkowo nie bała się krwi, nie przerażały jej igły czy luźno wiszące płaty skóry, ale...
Tym razem było nieco inaczej. Nie chodziło już nawet o to, kogo dotyczył problem, jaki miała zażegnać. Personalne więzi z większością obecnych, choć wyjątkowo jej nie obserwujących, tu osób nie miały na nią aż tak dużego wpływu, by nie była w stanie pracować. Niestety, coś innego zdecydowanie już go miało.
Wieści, jakie dotarły do niej jakiś czas wcześniej, sprawiły, że Cassandra nadal czuła miękkość w nogach. Wolała jednak stać niż siedzieć, biorąc kilka głębszych wdechów - po tym, jak już wbiła igłę w ciało Aarona, wstrzykując mu znieczulenie - i starając się zapanować nad drżeniem rąk. Szczęście w nieszczęściu, potrzebowali odczekać, aby substancja zaczęła działać, i to właśnie wtedy mogła ostatecznie odzyskać kontrolę nad swoimi reakcjami, jednocześnie pocieszająco uśmiechając się do tej wytatuowanej kupy mięśni, która zdawała się wcale nie tak bardzo przejmować własnym losem. W połączeniu ze słowami mężczyzny, to było całkiem... Rozczulające.
- Nie zejdziesz na nim. - Stwierdziła, klepiąc go jeszcze po plecach. Nie, nie tylko, by go pokrzepić, ale głównie po to, żeby sprawdzić jego reakcje. Gdy już to zrobiła, dodała jeszcze ze sporą dawką czarnego humoru - nawet, jak na nią. - Jeśli zaczniesz umierać, obiecuję ściągnąć cię na podłogę. To będą wygodniejsze ostatnie chwile. - Gdyby nie stała za nim, ponownie nieznacznie by się do niego uśmiechnęła, jednak tak po prostu kiwnęła poważnie głową. - Jeśli coś pójdzie nie tak, powiem jej wszystko, co mi powiedziałeś.
Tak jak chyba oni wszyscy, liczyła na powodzenie tej akcji. Wiedząc, że znieczulenie zaczęło już działać, zabrała się do pracy, ostrożnie rozcinając skórę Aarona i zabierając się do ostrożnego, jak najbardziej precyzyjnego wyciągania tego ustrojstwa, jednocześnie mrucząc...
- Ciesz się. Już krwawisz jak cholera.

_____________________________________________
MG:
Rzeczywiście, Aaron krwawił jak cholera. Krwawił, na tyle mocno, że nawet tak doświadczona sanitariuszka jak Cassandra nie potrafiła zatamować wciąż płynącej szkarłatnej cieczy z karku mężczyzny... Czy to była wina jej roztrzęsienia, a może na nowo otwartej świeżej rany? A być może Rząd bardzo dobrze wiedział co robi, umieszczając nadajniki właśnie w tym miejscu?
Trudno było teraz określić przyczynę, jednak Aaron z całą pewnością czuł się coraz słabszy. Utracenie przez niego świadomości było jedynie kwestią czasu.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-06-03, 23:46   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Uradował mnie raczej fakt, że jeszcze bardziej nie przygnębiłem Cassandry swoimi głupimi tekstami o krwawieniu i umieraniu. Na dobrą sprawę, pewnie słyszała podobne nie pierwszy raz w życiu i nie ostatni, jako pełnoetatowa pani doktor mutantów. Wcześniej Bractwa, a teraz chyba na telefon. Chwała jej, że zdołała tak szybko tu przyjechać i ogólnie zechciała nam pomóc, mimo że miała sobie niechybnie ubabrać przy tym łapki.
Z niechęcią przyjąłem znieczulenie, bo to przypomniało mi o tych kropkach, które odkryli moi kompani na dłoniach, a które były pozostałościami po mutazynie. Tej samej, przez którą nie mogłem używać swych mocy, przez co z kolei byłem bezużytecznym mutantem. To chyba jeszcze gorsze niż być zwykłym mutantem… i w sumie teraz nie powinienem się dziwić Albie czy Cassandrze, których moce nie robiły efektu wow!, a przynajmniej nie w klimatach ofensywnych czy chociażby defensywnych.
Nie wiem w sumie, co czułem, kiedy mnie Cass już cięła. Pewnie jakieś takie coś… ale znieczulenie pewnie fajnie chroniło mnie przed bólem, więc skoro miałem teraz odlecieć na wieczny odpoczynek, to zapewne wykonałoby się to bezboleśnie. Kto nie chciałby właśnie tak umrzeć? Szczególnie, kiedy był mutantem, który spalił sporo ludków z Genetically Clean, a także poważnie uszkodził wielu z Departamentu.
Ale, no właśnie, chyba serio krwawiłem jak cholera, bo po środkach raczej nie powinienem się tak czuć odpływająco… Chyba że to z wycieńczenia, ale było też tak mokro… Tak mokro, że aż odruchowo rękę do karku i w sumie nie wiem, czy coś odkryłem, czy odleciałem. Może jakiś wrzask Cassandry słyszałem?
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-06-04, 01:06   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Być może powinna znacznie bardziej uśmiechnąć się na aaronową chęć zakrwawienia jak największej powierzchni zaplecza. Ba, z początku nawet nieco ją to rozbawiło. Na tyle, że postanowiła odpowiedzieć mężczyźnie, jednocześnie skupiając się jednak na tym, by nie spełnić jego życzenia. To nie był przecież koncert... No, cóż, na pewno nie dobroczynny, ale jakikolwiek. Nawet wrzasków, co oznaczało, że znieczulenie zadziałało lepiej, niż tego oczekiwała.
Pomimo krwawienia, jakie - bądź co bądź - było czymś całkowicie naturalnym podczas podobnych czynności, Cassandra była zatem całkiem zadowolona z przeprowadzanego zabiegu. Prawdę mówiąc, spodziewała się czegoś znacznie gorszego i cięższego, jednak najwyraźniej się na to nie zbierało. Być może warunki, w jakich cięła Aarona, nie należały do najlepszych, jednak w Bractwie też przecież nie miała lepszych. W przeciwieństwie do obozowego szpitala, tu było przynajmniej w miarę cicho. Nikt nie komentował jej posunięć, nikt nie dyszał jej w kark czy patrzył się na ręce.
Mimo to, nie mogła do końca skupić się na wykonywanych ruchach, nawet jeśli starała się być jak najbardziej precyzyjna. Dochodząc do momentu, w którym niewielka, całkowicie zakrwawiona pluskwa - nadajnik, lokalizator, czip? nie była w stanie tego teraz określić, nawet się temu zresztą nie przyglądając - znalazła się na metalowej tacce, na którą Cassie sukcesywnie odrzucała kolejne zakrwawione waciki... Prawie odetchnęła z ulgą. Po wyjęciu tego cuda, miało być przecież już tylko łatwiej, prawda?
Prawie robiło jednak wielką różnicę... Nie potrzebowała wiele czasu, aby zorientować się, że coś było mocno nie tak. Nie zaczęła jeszcze nawet zszywać rany, gdy przez jej głowę przemknęła myśl o samospełniającej się przepowiedni. Chwilę wcześniej powiedziała przecież Bartowskiemu, że już krwawił jak cholera. Tyle tylko, że wtedy nie robił tego aż tak bardzo jak z każdym kolejnym momentem.
Próbując zatamować najprawdziwszy krwotok, nerwowo odzywała się do mężczyzny, nie za bardzo dbając o to, aby poprawnie czy logicznie formułować słowa, tylko usiłując nawiązać z nim jakikolwiek kontakt. Odpływał jej, wyłącznie wyciągając rękę w kierunku własnej rany, co sekundę wcześniej zakazała mu robić wraz z poleceniem, by oparł się na stole. Nie mogła pozwolić, by faktycznie spadł z krzesła czy - całkowicie bez kontroli nad własnym ciałem - znalazł się na niekoniecznie czystej podłodze.
Nie mogła jednocześnie tamować krwawienia i podtrzymywać Aarona w pozycji siedzącej, choć właśnie to starała się robić, wkładając całą siłę drobnego, chudego ciała, żeby utrzymać go na miejscu. Było to jednak cholernie nieskuteczne, dlatego - przestając próbować sprawić, by Bartowski zaczął kontaktować - wydarła się jak najgłośniej do kogoś, kto mógł podtrzymać teraz Aarona.
- Ronnie! Ronnie, cholera!
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Andy Dark



It's So Nice To Meet You. Let's Never Meet Again.

Kontrola/Tworzenie Nefrytu

57%

Missing





name:

Andy Dark

alias:
Nefryt

age:
28

Wysłany: 2018-06-04, 09:42   
  

   Władca Pingwinów

  

   Masz talona na Aarona i balona


Fakt faktem, nie znałem tej całej Cass, jednakże cała reszta jej ufała, toteż postanowiłem położyć swój los w ich decyzji. Nie żebym miał teraz jakiekolwiek inne wyjście. Zdążyłem w jej stronę rzucić jedynie obojętne - Hej - po czym słysząc pytanie Ronniego o broń, ruszyłem na górę do mieszkania. Z zebranych od różnorakiego pokroju klientów fantów zdołałem wyciągnąć jedynie pistolet na race (rac sztuk 8 ) oraz desert eagle (2 magazynki po 9 naboi 9mm). Cóż.. Czego klienci zapomną, staje się moją własnością - krótkie, ale jakże prawdziwe. Odkładając rzeczy na stolik momentalnie ruszyłem pod prysznic. Chciałem jak najdłużej dać swojemu ciału "odpocząć" pod strumieniem wody, jednak obecnie miałem nieco inne problemy na swojej głowie, niż odpoczynek. Krótko, bo po zaledwie 10 minutach byłem już przebrany i gotowy. Wziąłem ze sobą zdobyte przedmioty, po czym ruszyłem z powrotem do baru. Fay i Ronnie siedzieli, gadając ze sobą. Nie słyszałem, co było tematem rozmowy i przyznam, że niezbyt mnie to w tamtym momencie interesowało. Zakładając pistolet na tył spodni, przykryłem go koszulką, co byłby mniej widoczny, po czym ruszyłem sprawdzić, jak radzi sobie Aaron. Gdy byłem już przy wejściu, momentalnie usłyszałem kobiecy krzyk, toteż ruszyłem, co sił w nogach, wbiegając do zaplecza. Wykrwawiający się Aaron może i przez chwilę przyprawił mnie o szczęście, jednakże był na tyle ważnym człowiekiem w naszej paczce, co inni, dlatego momentalnie ruszyłem, by przytrzymać go na krześle. - Mam nadzieję, że będziesz miał siły na sprzątanie - Szybko rzuciłem, wiedząc, że niezbyt teraz kontaktuje. - Co dalej, pomóc z czymś? - Zapytałem Cass, ciągle przytrzymując coraz to bardziej bezwładne cielsko Inferno.
[Profil]
  [A-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-06-04, 19:12   
  

   1 Rok na Giftedach!


Ronnie zwykle nie używał bronnie, przynajmniej jeśli sytuacja tego nie wymagała. Zwykle jednak miał coś przy sobie ze względu na to, że gdyby dostał kulkę z mutazyny chciał mieć czymś się obronnieć. Nie miał problemu ze strzelaniem do ludzi, ale chyba to nie było coś czym można się pochwalić. Strzelał gdy musiał. Strzelał na rozkazy amerykańskiego rządu, gdy był naiwnym gówniarzem, a potem strzelał bo to jedyne co tak naprawdę umiał robić dobrze. Od bardzo dawna jednak nie musiał tego robić, ale tym razem, gdyby mieli po niego przyjść. Cóż… Nie miał zamiaru się zawahać. Nie wiedział jeszcze jak okrutnie dogs potraktowało Bractwo, ale chciał odegrać się jakoś za to co stało się w dogs. Szkoda tylko, że nie mógł tego zrobić, bo najzwyczajniej jako jednostka nie miał żadnej siły przebicia. Mógł ich nienawidzić, mógł chcieć zemsty, a jednak… wciąż pozostawał bezsilny w walce z nimi, a tego uczucia nienawidził.
Ronnie nie miał zielonego pojęcia o tym co spotkało Fay czy że jej rodzice podawali jej przez lata mutazynę wbrew jej woli. Myślał, że jest w podobnej sytuacji co oni. Zła, bo ktoś bez pytania postanowił pozbawić ich tymczasowo czegoś co czyniło ich tym kim byli. Zła, bo zrobiło to dogs i zła, że nie wiedziała co jeszcze im zrobili. - Brzmisz jak ekspert. - powiedział, marszcząc brwi. - Wiesz, że nigdy nie dostałem? Nigdy. Zawsze miałem szczęście. To pierwszy raz od kilkunastu lat, gdy nie mogę użyć mocy. Wszystko wydaje się być takie płaskie, nieostre. Jakbym patrzył na świat bez okularów. - wypuścił głośno powietrze. Każdy mutant musiał mieć przecież swój specyficzny sposób percepcji świata, aby móc kontrolować swoją moc. Ronnie widział świat w zupełnie inny sposób niż inni. Dla niego przedmioty nie były tylko w 3D. Nie potrafił tego naukowo określić, bo w końcu skończył tylko liceum, ale on widział więcej niż przeciętni ludzie. Chociaż może to nie była kwestia wzroku. On po prostu to wyczuwał. Po prostu wiedział. Teraz widział tą różnicę i nie miał pojęcia jak mógł wcześniej funkcjonować.
Zabrał dłoń z jej ramienie, kręcąc głową. Nie pamiętał tego wydarzenia, a może i pamiętał. Teraz gdy o tym mówiła, wydawało się to być znacznie ostrzejsze, ale wciąż nie potrafił przywołać konkretnej sytuacji, jakby dostęp do tego wspomnienia był zablokowany. Patrzył na nią w milczeniu, kompletnie nie wiedząc co powinien jej powiedzieć. Nie był zbyt dobry w pocieszaniu, nie wiedział co powiedzieć, żeby ta osoba obok poczuła się lepiej. Rozumiał dlaczego czuła się winna, aczkolwiek… On jej za to wcale nie winił. Chroniła większą grupę osób, a oni poszli tam na własną odpowiedzialność. Nie mógł wymagać od niej, żeby ceniła jego życie bardziej niż życie innych mutantów. - Zrobiłaś to co musiałaś zrobić, Fay. - odparł jej w końcu. - Wiedzieliśmy na co się piszemy, wiedzieliśmy jakie jest ryzyko i my powinniśmy ponieść konsekwencję, nie oni. Więc zrobiłaś to co powinnaś zrobić, okej? Nie zadręczaj się tym. - spojrzał na nią uważnie, odruchowo zakładając jej pasmo włosów za ucho. - To nie twoja wina. - dodał pewnym siebie głosem, muskając kciukiem jej policzek. Może to nie był zbyt dobry moment. NIe. Nie był, ale miał za sobą cholernie ciężki tydzień. Oboje mieli. Może po głowie chodziło mu coś więcej, ale usłyszał krzyk Cassandy, spojrzał przelotnie na Murphy i rzucił się ku drzwiom. - Co się dzieje?! - wpadł do pomieszczenia, patrząc na Gardner. Było mnóstwo krwi, za dużo. Cholerny Bartowski nie dość, że wymyślił ten cały pomylony plan to jeszcze miał czelność umierać przed nim. - Co się do cholery stało? Co z nim? - zapytał Cass, kucając przed kumplem i próbując pomóc Andy’emu w utrzymaniu go sztywno. Rozejrzał się dookoła. Stół. Zwalił z niego wszystkie rzeczy, trudno Bartowski posprząta, to jego wina. Nie chciał się wpieprzać w sztukę medyczną Cassanndy, ale podejrzewał że łatwiej będzie jej, gdy oprą bezwładne ciało Aarona o stół albo chociaż spróbują go tam ułożyć. Cokolwiek. Chciał coś zrobić. Przydać się, ale w takich momentach był dość bezużyteczny.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-06-04, 20:18   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Coś mówili, coś krzyczeli, ale choć próbowałem się skupić, zebrać na tyle myśli, by spróbować coś wyłapać z tego bełkotu, to na nic się zdawało. Bełkot. Normalny bełkot. Jak gdyby mówili przez sen albo spod wody, albo z ustami pełnymi jedzenia. Nie rozumiałem ich, zaś oni chyba nie rozumieli mnie, o ile w ogóle coś mówiłem, bo gubiłem również kontakt ze swoimi wargami. Co się działo? Co się, do cholery, działo?
Usilnie próbowałem sobie przypomnieć, co ostatnie pamiętam. Umykało mi, choć miałem to na końcu języka, za tą zamgloną zasłonką. Próbowałem się na tym skupić, ale następowała ciemność, z której wyrywała mnie… Alba!
Wybełkotałem coś. Sam sekundę później nie wiedziałem co. Chyba pytałem, co się dzieje. Nikt nie odpowiadał. Mdliło mnie od tego zapachu wokół. Chciałem zachować trzeźwość umysłu, być w gotowości, kiedy jednak zaatakuje nas D.O.G.S., bawiąc się w jakąś chorą wersję kotka i myszki, ale nie potrafiłem. Nie byłem w stanie. Chyba to było właśnie to. To koniec.
Zawiodłem Albę, rebelię, siebie. Zawiodłem, poddając się otaczającej mnie ciemności. Odpłynąłem. Opadłem bezwładny. Przepadłem.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-06-04, 21:04   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Na frustrację Fay po pobycie w DOGS złożyło się chyba wszystko po trochę. Dotyczyło jej to samo, co dotyczyło wszystkich, jednak oprócz tego miała też własne powody, żeby być zła, jednak raczej pozostawały na równi z innymi.
- Powiedzmy - mruknęła tylko, gdy nazwał ją ekspertem, chociaż niekoniecznie tak się czuła. Po prostu miała tą nieprzyjemność i tyle. Poza tym, tak tylko powiedziała, żeby go... hmm, trochę uspokoić? Bo też mogła się mylić, wszystko zależało od dawki i stężenia - Ciesz się. Chociaż... do wszystkiego można się przyzwyczaić - odparła tylko, słuchając jego kolejnych słów - Ciekawe... u mnie wygląda to nieco inaczej, jakbym... była sama. Nie czuła niczego żywego dookoła - zmarszczyła lekko brwi, zastanawiając się, czy wystarczająco dobrze to ujęła. Też nie umiała tego do końca wytłumaczyć, ale po prostu czuła, gdy jakiś zwierzak kręcił się dookoła niej i gdyby tylko zapragnęła, mógłby do niej przyjść i zrobić wszystko, co tylko chciała. A teraz? Było tak dziwnie pusto. Widziała psa Cass kręcącego się po barze, ale nie miała z nim żadnej więzi.
Fay nie oczekiwała, że Ronnie zacznie ją pocieszać, po prostu... czuła, że musi to powiedzieć. Nie chciała niczego przed nim ukrywać, a skoro i tak chciał spróbować przywrócić pamięć dotyczącą wydarzeń z ostatniego tygodnia, ten fakt również by się w tym zawierał. Wolała, żeby dowiedział się od niej, niż potem w jakikolwiek sposób rozczarował.
Kiedy skończyła i czekała na to, co odpowie Ronnie... chwila dłużyła jej się w nieskończoność. Nie wiedziała, czy był zły, czy nie, chociaż... znała go na tyle, żeby mieć jakieś przypuszczenia. Jednak wiadomo, sytuacja zawsze wygląda inaczej, gdy problem dotyczy kogoś osobiście.
- O tym samym myślałam, że jeśli nam by się nie udało... osoby z bractwa nie powinny przez to cierpieć. Ale i tak... źle mi z tym, że to ja musiałam podjąć tą decyzję - powiedziała, wzdychając pod nosem. To na jej barki została zrzucona odpowiedzialność za nich i nic nie mogła na to poradzić. A potem jeszcze zerwała połączenie z nimi, chcąc uciekać z Shiv... chociaż wyglądało to, jakby stchórzyła i chciała dać nogę, ona po prostu bała się tego, że pęknie, jeśli bardziej się ją przyciśnie. Stąd natychmiastowe wyrzucenie słuchawki.
Uśmiechnęła się lekko, gdy gesty Ronniego stały się nieco czulsze, gdy ten sięgnął do jej twarzy. Jej myśli momentalnie powędrowały dalej, do wspomnień z dnia poprzedzającego akcję. Szybko jednak zostały rozproszone krzykiem Cass i Fay przestała myśleć o czymkolwiek innym, jak tylko sprawdzeniu co się dzieje na zapleczu. Zostawiła bronnie i poleciała za Ronnim do drugiego pomieszczenia i... kurwa, im takie rzeczy w głowie, a kilka metrów dalej kolega schodzi im na stole.
Momentalnie wstrzymała powietrze, gdy tylko zobaczyła tą całą krew. Nie najlepiej znosiła takie rzeczy, a nie mogła pozwolić, żeby i ją trzeba było zbierać z podłogi.
- Cass, powiedz co robić - rzuciła do Gardner, jednak decydując się podejść bliżej. Nabrała powietrza i... nie było źle oprócz tego, że może nieco pobladła. Ale dawała radę. Przeżyła DOGS to i z krwią jakoś sobie poradzi.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-06-04, 23:02   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Być może Aaron czasami zachowywał się tak, jakby należało mu spuścić trochę krwi, by wreszcie przestał zachowywać się jak po wagonie dragów popitych wiadrami zimnej wódki z płynem do spryskiwaczy, jednak zdecydowanie nie zamierzała tego robić. Jak baterie, choćby nawet osławione Duracell, miał przecież swoje pokłady energii, które nie były niewyczerpane. Czasami tylko zastanawiała się nad tym, czy nie należało porwać go do jakiegoś obozowego vana i wywieźć jak najdalej od siedziby Bractwa, aby był już wyczerpany, gdy powróci na tereny zamieszkane przez ludzi pragnących odrobiny świętego spokoju i braku oo, Aaron Bartowski znowu powrócił do szpitala, cóż za niespodziewana niespodzianka.
Kiedy tak teraz przeszło jej to przez myśl… Tamte czasy, mimo wszystko, były trochę łatwiejsze. Wtedy tak nie sądziła. Ba, na własne życzenie opuściła Bractwo, ale miała przecież prawo do odrobiny nikomu niepotrzebnej nostalgii wymieszanej z niezwykle gorzkim uczuciem, że to… To była już zamierzchła przeszłość. Nic nie miało już powrócić, zwłaszcza jeśli z organizacji Colleen Marie pozostały wyłącznie drzazgi, niedobitki błąkały się bez cienia szansy na znalezienie dobrego schronienia, a część z nich była jeszcze dodatkowo ranna. Kto wie, czy nie śmiertelnie.
Pomimo telefonu, jaki odebrała od jednego z takich mutantów, nie mogła w niczym pomóc. Chciała, oczywiście, że nie zostawiłaby ich dobrowolnie w tak głębokim bagnie, ale sama dosłownie tonęła w tej chwili we krwi. Takiej ilości, krwi, jaka teoretycznie nie powinna nawet wchodzić w grę przy tak małej rance. To było fizycznie niemożliwe… Logicznie niemożliwe… A jednak. Aaron Bartowski chyba faktycznie nie pochodził z tej planety. Tyle tylko, że takie myśli nie były już zabawne. Nie w takiej a nie innej sytuacji, gdy usiłowała przytrzymywać go na krześle, jednocześnie wolną ręką próbując tamować krwotok.
Od jej krzyku minęło kilka sekund, chociaż jej samej zdawało się to być prawdziwą wiecznością, kiedy ktoś pojawił się w pomieszczeniu. Nie przyglądała się temu, kto zaczął dosłownie górować nad nią i nad opadającym z sił Aaronem. Nie za bardzo skupiła się także na zasłyszanym komentarzu, który i tak został rzucony w kierunku mdlejącego mężczyzny, nie jej. Kiedy tylko ciężar został od niej przejęty, puściła wytatuowane cielsko pacjenta, łapiąc wszystko, co mogłoby jej się przydać w tej chwili, a następnie odkładając to jak najbliżej siebie.
- Nie dasz rady go przenieść… - Odpowiedziała, jakby bardziej do samej siebie, choć jednocześnie niewątpliwie mając na myśli towarzysza. Ona nawet nie brałaby się za poddźwigiwanie Bartowskiego w górę. Nie pytała też o to, po prostu stwierdzała fakt, kontynuując wypowiadanie myśli. - Trzymaj go, po prostu go trzymaj. - Na tym etapie zdecydowanie miała już świadomość, że nie miała do czynienia z tym, kogo wołała, ale niewiele ją to obchodziło. Ktokolwiek, kto był na tyle silny, by utrzymać Aarona, był dobry do tego zadania. Zwłaszcza że i cała reszta osób pojawiła się zaledwie po ułamku chwili.
- Nie widzisz?! - Warknęła w pierwszej chwili, poddając się zdenerwowaniu. Dopiero moment później spróbowała opanować się na tyle, aby odpowiedzieć. - Nie mam pojęcia. To nie jest głębokie nacięcie, a traci cholernie dużo krwi. Pieprzone psy. - Sarcząc pod nosem, odruchowo odsunęła się na tyle, aby umożliwić mężczyznom przeniesienie Aarona, prawie wpadając przy tym na Fay i psa, który - dotychczas zapomniany - przypałętał się do pomieszczenia.
- Weź go i przynieś mi jakąś dużą miskę. - Zwróciła się do Murphy, powracając do odpływającego pacjenta. - Aaron?
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-06-05, 15:56   
  

   1 Rok na Giftedach!


Jak widać to było nieodpowiednie miejsce i już z pewnością nieodpowiedni czas na takie rozmowy, gesty, cokolwiek. Może oboje chcieli się jakoś oderwać, ale kilka metrów dalej w innym pomieszczeniu Aaron powoli odpływał do krainy wiecznych łowów i cholernie ważne było, żeby jeszcze nie spotkał się z Charonem, bo mieli tutaj wszyscy jeszcze kilka ważnych spraw do załatwienia. Nie ma umierania, nie ma tak dobrze. Jeszcze musi się pomęczyć trochę w tym kurwimdołku.
Chciałby być bardziej przydatny, ale kompletnie nie wiedział co należało zrobić w takiej sytuacji. Gdy zobaczył, że Aaron kompletnie odlatuje złapał go mocniej (HEHE). Może i był w takich chwilach bezużyteczną kupą mięśni, ale mógł pomóc chociaż w ten sposób. Aaron był ciężki, ale z pewnością wziąłby go w ramiona i zaniósł gdziekolwiek tylko Cass by sobie zażyczyła, w tym momencie jednak skupił się na tym, żeby Aaron nie wypadł z fotelika i Cass dała sobie jakoś radę z zatrzymaniem krwawienia, chociaż nie miał pojęcia jak w ogóle było to możliwe, żeby tak mała rana wywołała tak wielki krwotok. Ręce miał już całe we krwi, podobnie jak koszulkę, a dopiero co ją założył. Miał ochotę zliściować Bartowskiego, obudzić go jakoś, powiedzieć żeby nie odpierdalał, ale starał się tylko bezpiecznie utrzymywać go w bezruchu.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-06-05, 16:28   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Atrakcjom najwyraźniej nie było końca i najwidoczniej sam pobyt w dogs i wszczepienie jakichś cholernych lokalizatorów to było za mało i teraz po kolei będą schodzić, jedno po drugim, przy próbach ich wyciągnięcia. Fay już na tą chwilę zastanawiała się, czy może być gorzej, a przecież Cass nie przekazała im kluczowej informacji odnośnie bractwa.
Odruchowo uniosła dłonie, gdy Gardner zrobiła kilka kroków w jej stronę, nie widząc jej. Może to i dobrze, bo przynajmniej rozproszyła tym samym uwagę Fay, która przez ostatnią chwilę wpatrywała się w tą całą makabryczną scenę zastanawiając, czy gra jest warta świeczki. Bo skoro zabieg zdołał położyć dorosłego mężczyznę, to oczywiście, że zaczęła się zastanawiać, co będzie z nią.
Dopiero po sekundzie czy dwóch dotarło do niej, że pies oczywiście też przyszedł na miejsce tego całego zbiegowiska, więc od razu schyliła się i wzięła go na ręce, wycofując się z nim z pomieszczenia.
Z pewnością byłoby dużo łatwiej, gdyby miała moce. Wtedy po prostu kazałaby psiakowi siedzieć w jednym miejscu i ten posłuchałby ją bez zawahania. Nawet nie musiała nic mówić, wystarczyłoby jedno spojrzenie. Ale niestety, zamiast tego po prostu trzymała go pod pachą, drugą ręką szukając miski gdzieś w szafkach pod ladą barową. Andy jako gospodarz, pewnie szybciej poradziłby sobie z tym zadaniem, ale ostatecznie Fay też się udało i razem z plastikową miską wróciła do Cass.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-06-09, 00:57   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Pomimo jej prób nawiązania kontaktu, Aaron wyraźnie coraz bardziej odlatywał, ostatecznie całkowicie opadając z sił i - omdlały, pozbawiony jakiejkolwiek świadomości - osuwając się w podtrzymujące go ramiona Ronniego. Cass stłumiła głośne przekleństwo, mamrocząc coś tylko pod nosem, po czym sięgając po kolejną porcję jałowej gazy, którą mogłaby przycisnąć do ciała mężczyzny. Nie mogła tego teraz tak po prostu zaszyć. Nie chciała doprowadzić do wewnętrznego krwawienia, zwłaszcza że nie miała przecież tak naprawdę nawet bladego pojęcia, co wywoływało obfity krwotok. Ta sytuacja w ogóle nie powinna zaistnieć. Cokolwiek D.O.G.S. zrobiło swoim pacjentom, to nie było coś normalnego...
Choć dookoła panowało coś na kształt zamieszania. Dwóch mężczyzn nadal podtrzymywało Bartowskiego, a Fay pojawiła się ponownie wraz z miską i psem trzymanym pod pachą... Cassandra skupiała się głównie na tym, kogo nie mogła nawet teraz o nic spytać. To wszystko dodatkowo utrudniało, choć... Może tak miało być dla niego lepiej? Omdlenie z pewnością zmniejszało poziom stresu, a także - co za tym szło - spowolniało nienaturalne, zdenerwowane łomotanie serca, szybszy upływ krwi i inne, równie przyjemne skutki świadomości tego, co się działo.
- Możesz to pozbierać? - Spytała, wyraźnie kierując swoje słowa w stronę Murphy, choć nie odwracając się do niej nawet na chwilę. Była stanowczo zbyt zaangażowana w to, co robiła, aby się od tego oderwać. - Do miski. - Nie musiała raczej mówić, o co dokładnie jej chodziło. Zabrudzone odpadki, zużyte jednorazowe narzędzia, zrzucona strzykawka... To nie mogło leżeć na ziemi, a ona nie mogła się tym teraz zająć. Zostawiła to zatem przyjaciółce, nawet jeśli wcale nie chciała wrabiać Fay w rolę sprzątaczki. - Rękawiczki są na szafce. - Dopowiedziała przelotnie, bo cholera jedna wiedziała, co Aaron mógł mieć we krwi. Poza wdawaniem się w skrajnie durne sytuacje, oczywiście, ale tym najwyraźniej i tak już zdążył zarazić resztę osób obecnych w pomieszczeniu.
Sama nie wiedziała, jakim cudem, jednak rana - a właściwie, to ranka - Bartowskiego przestała zachowywać się jak źródło krwawego wodospadu... Po prostu... Sama z siebie. Cassie z przestrachem sprawdziła, czy mężczyzna nadal pozostawał wśród żywych, samej także oddychając z ulgą, gdy wyczuła u niego oznaki wykorzystywania tlenu. Nie potrzebowała wiele, aby wykorzystać ten moment, praktycznie natychmiastowo zabierając się za stabilizację stanu Aarona oraz zajęcie się jego raną. Wystarczyło trochę czasu, by mieli to już za sobą...
Gdyby tylko Bartowski zaczął się budzić...
- Stracił cholernie dużo krwi. - Nawet jak na takiego byka.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-06-09, 16:57   
  

   1 Rok na Giftedach!


- Co możemy zrobić? - zapytał, gdy Cassandra stwierdziła, że Aaron stracił dużo krwi. Starał się pewnie trzymać Aarona, chociaż to nie było zbyt łatwe skoro usadzili go na krześle, a Aaron był jak rozgotowana klucha. Nie wiem co odpowiedziała Ronniemu, ale na pewno kazała zanieść Aarona na górę, co też zrobili. Ułożyli go na łóżku, ewentualnie jeśli Andy jest mało gościnny to na kanapie, oczywiście Bartowski pozostał w ubranku, bo byli dobrymi ziomeczkami, ale nie aż tak dobrymi. Andy miał zostać na górze, monitorując stan Bartowskiego, a Ronnie powrócił do kobiet.
Szczerze powiedziawszy nie uśmiechało mu się pozwolenie Cassandrze na grzebanie przy swoim nadajniku, ale nie miał za bardzo wyboru. Trzeba było jak najszybciej pozbyć się tego cholerstwa, kto wie jaki inny cel niż namierzenie ich, miało DOGS w umieszczeniu tych nadajników. Zresztą po prostu chciał się pozbyć tego ustrojstwa. Musieli to zrobić.
Starał się nie okazywać swojego zmartwienia po wejściu na zaplecze. Wręcz przeciwnie wydawał się być dość beztroski. Usiadł na krześle, na którym wcześniej siedział Aaron. Nie był to zbyt zachęcający kącik do przeprowadzania zabiegów. Wypuścił głośno powietrze, patrząc na Gardner. - Może teraz pójdzie lepiej. - uśmiechnął się głupkowato. Cholernie nie był na to gotowy, szczególnie przypominały mu o tym czerwone plamy na koszulce.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-06-09, 18:00   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Co zrobić, prawda była taka, że nadawała się tylko do sprzątania. Pomóc Cass w zabiegu za bardzo nie mogła, bo ani nie potrafiła takich rzeczy, ani nie była do tego odpowiednio wytrzymała, chociaż... i tak jej odporność na krew mocno się zwiększyła przez ostatni czas. Nie pomogłaby też przy Aaronie, bo była na to za słaba, szczególnie teraz po pobycie w dogs. Za to bez problemu mogła zająć się psem, żeby nie przeszkadzał i pozbyć się zużytych gaz, opatrunków i igieł, więc gdy tylko znalazła rękawiczki, szybko się za to zabrała w czasie, gdy reszta zawlekła Bartowskiego do mieszkania Andy'ego na górze. Gdy skończyła, rękawiczki wrzuciła do miski, którą z kolei położyła na stole, żeby przypadkiem ktoś w nią nie wszedł, albo co gorzej, nie dobrał się do niej pies.
Nie paliła się, żeby mieć jak najszybciej wyciągnięty lokalizator. Nie po tym, co widziała przed chwilą z Bartowskim. Jednak z drugiej strony, gdy miejsce na krześle zajął Ronnie, jakoś niekoniecznie ją to uspokoiło, tym bardziej, że przy Aaronie nawet nie było wiadomo, co poszło nie tak, zupełnie jakby dogs umyślnie fundowało mi dodatkowe niespodzianki.
Nie mieli za bardzo wyboru, musieli się tego pozbyć za wszelką cenę, Nikomu nie uśmiechało się być na radarze dogs, którzy mogli w każdej chwili... cóż, zrobić tak naprawdę wszystko, od pozbycia się ich, do zgarnięcia ich do jednej z tych swoich furgonetek i odwiezienia z powrotem do dogs. A tam co? Mutazyna? Trafienie pod nóż? Kolejne wymazywanie pamięci? Nie mogli na to pozwolić.
Gdy Cass zajęła się Ronnim, Fay zajęła miejsce w drzwiach zaplecza, opierając się o framugę drzwi i... no cóż, mając nadzieję, że tym razem wszystko przebiegnie pomyślnie, bez większego rozlewu krwi.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-06-09, 21:20   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Przygryzając wargę, w milczeniu pokręciła głową. Być może to nie był jej pierwszy wykrwawiający się pacjent ani pierwsza poważna akcja w życiu, ale nie oznaczało to, że się nie przejmowała. Czasami wywracała oczami na to, co robił Aaron, a obecnie zapewne nawarczałaby na niego za ten beznadziejnie idiotyczny pomysł atakowania D.O.G.S., gdyby nie ten jego paskudny stan. To wiele zmieniało. Tak samo jak myśl, że tak naprawdę tylko ona mogła tu cokolwiek zrobić. I już wykorzystała większość możliwości.
- Nic. - Odpowiedziała Ronniemu, a jej głos zabrzmiał ciężko, poważnie i w pewien sposób ostatecznie, nawet jeśli chwilę później dopowiedziała. - Potrzebowałby transfuzji, tak byłoby najlepiej, ale tego nie da się zrobić bez odpowiednich warunków. - Cóż, raczej nie sądziła, by Andy trzymał tu na tyle poważny sprzęt. Chociaż diabli wiedzieli, co tak naprawdę miał w swoim posiadaniu. Właściciele podobnych miejsc potrafili naprawdę mocno zaskakiwać. Mimo to, na dziewięćdziesiąt dziewięć i dziewięć dziesiątych procenta nie mogła przeprowadzić tu czegoś takiego. Pozostawało zatem wziąć Aarona do jakiegoś łóżka i poczekać, pilnując go tam.
- Weźcie go na górę, połóżcie gdzieś, gdzie będzie mógł odpocząć. - Zakomenderowała, przecierając ręką zmęczone oczy. - Niech ktoś z nim zostanę. Ja przyjdę, gdy zrobię resztę… - Albo zajdzie taka konieczność, czego już nie chciała mówić. Wszyscy zapewne nawet aż za dobrze o tym wiedzieli. Odprowadziła więc mężczyzn wzrokiem, chwilę później zabierając się - bez słowa; była zbyt zmęczona na jakiekolwiek niezbyt konieczne rozmowy - za ogarnianie miejsca działania. Przynajmniej do czasu, gdy nie dostrzegła, że jedna osoba robiła to stanowczo lepiej niż dwie. To właśnie wtedy - jednocześnie przestając walczyć z myślą o tym, że najprawdopodobniej powinna powiadomić Albę o tym, co się stało - opuściła zaplecze, zmierzając w kierunku telefonu. We własnej komórce jakoś nie mogła znaleźć numeru…



Wróciła po kilku minutach, nie do końca wiedząc, co powinna sądzić o przeprowadzonej rozmowie, jednak nie zamierzając nikomu o niej chwilowo opowiadać. W pomieszczeniu nadal znajdowała się wyłącznie Fay, trzymająca psa przy sobie, jednak chwilę później dołączył do nich także Henderson. Najwyraźniej szykujący się na wyjmowanie ustrojstwa, jakie znajdowało się także w jego karku. Cassandra bezgłośnie przełknęła ślinę, słysząc także, jak on sam wypuścił powietrze z ust.
- Nie wiem, czy nie powinniśmy tego wpierw obejrzeć. Zbadać, coś w tym rodzaju. - Odezwała się cicho, kiwając głową na malutkie coś, co nadal znajdowało się na jednej z tacek, na które specjalnie to odrzuciła.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 6