Poprzedni temat «» Następny temat
Trail's End Motel
Autor Wiadomość
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-05-22, 23:38   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


- Kto by pomyślał… - Mruknęła ironicznie, uśmiechając się przy tym pod nosem. - Nie finansował by raczej czegoś, czego nie lubi. - Owszem, pewnie dosyć powszechne było to, że ludzie z poszczególnych organów czy podklas rządowych za sobą nie przepadali.
Nie zdziwiłaby się specjalnie, gdyby istnienie D.O.G.S. było niewygodne dla niezmiernie wielu osób i instytucji podlegających pod państwo, bo w końcu z pewnością zabierało sporo funduszy. Kolejne łapanki mutantów, rozwój badawczy, cywilny personel, funkcjonariusze… Dotacje na to wszystko musiały dosłownie zżerać pieniądze rządu, których przecież nigdy nie było zbyt wiele. Mimo wszystko, Departament Genetyczny był jednak dosyć skuteczny i nawet liczne porażki nie mogły tego wymazać. Cass wiedziała o tym aż nazbyt wiele, zwłaszcza po pamiętnych niedawnych wydarzeniach, choć w nich i GC odgrywało gigantyczną rolę. Żeby nie powiedzieć - główną.
No, właśnie… Niesławne Genetically Clean. Obrzydliwie dobrze opłacane z niewyczerpanego źródełka prywaciarzy o wyjątkowo radykalistycznych poglądach. Robiące wokół siebie równie wiele szumu, co D.O.G.S., jednak jednocześnie przewyższające rządowców pod względem brutalnej kreatywności. Pozbawione tylu ograniczeń, gotowe dosłownie na wszystko, byleby tylko krzewić swoje chore idee. Teoretycznie nadal wiedziała, gdzie i z kim się znajdowała. Nie zapomniała wszystkiego, co miało miejsce. Pamiętała wszelkie bolesne chwile i myśli, jakie pojawiły się w jej głowie, gdy ostatecznie dotarła do prawdy. A jednak się skrzywiła… Już chwilę po tym, jak odpowiedziała Billy’emu, jednak wciąż na tyle szybko, by dało się to powiązać z tamtymi słowami.
Tu nawet nie chodziło już o nich i to, co się między nimi wydarzyło. Sama świadomość jego utożsamiania się z tą konkretną zbiorowością była czymś, co pozostawiło po sobie pewną gorycz, ponury ślad na chwili, która nie była zła. Sam w sobie, ten moment był lepszy, niżeli Cassandra mogła przewidywać. Przez jakiś czas, czuła się usatysfakcjonowana tym substytutem przeszłości, nawet jeśli było to marne wypełnienie rozjątrzonej dziury w jej sercu, które nie miało trzymać się zbyt długo na swoim miejscu. Być może zalatywało to desperacją, ale nie chciała jeszcze wracać do przytłaczającej ją rzeczywistości. A wspomnienia o rządzie czy GC zdecydowanie ich do tego zbliżały. Do ponownego całkowitego oddalenia się i przejścia na dwie przeciwne strony barykady.
- Porozmawiamy o tym później, dobrze? - Wiedziała, że najprawdopodobniej nie miało być ani później, ani rano, bo któreś zapewne miało wymknąć się ukradkiem, jednak wciąż to powiedziała. Być może dla zachowania atmosfery pomiędzy nimi, pozwolenia im jeszcze trochę się połudzić. Teoretycznie mogła przyjąć te pieniądze. Tak samo jak teoretycznie wciąż mogło być inaczej. I wtedy w grę wchodziła praktyka, a ta nie była już taka prosta, nie dając tylu opcji ani nie pozostawiając takiego pola do popisu. Praktyka była stanowczo zbyt realistyczna i brutalna.
- To głupi pomysł… - Odmruknęła, mimo to nie zamierzając się ruszyć. Było jej zbyt wygodnie, choć motelowe łóżka nie należały raczej do najlepszych do spania, odpowiednio miękko, ciepło i coraz bardziej sennie. Paradoksalnie sennie, gdyż jednocześnie nadal nie pozbyła się tego słodko-gorzkiego ciężaru w piersi i ścisku w gardle, wcale nie czując się w mniejszym stopniu ogłupiona. Może zresztą to właśnie ze względu na te zawroty głowy zdecydowała się zostać, dotykając wargami policzka mężczyzny w odpowiedzi na jego wcześniejszy gest. Gdyby znaleźli się w innych okolicznościach, nigdy by na tym nie poprzestała. Tym razem nie łudziła się, że nie brakowało jej nawet tego złudzenia czegoś, co kiedyś mieli, i że nigdy się nad tym nie zastanawiała. Jednocześnie… Gdyby nie te konkretne okoliczności, zapewne nie byłoby nawet mowy o żałowaniu tego, że nie były inne. Nie doszłoby nawet do tego. To było jednocześnie nadmiernie skomplikowane i nazbyt proste. Kolejny paradoks.
- To i tak skończy się źle. Cała ta wojna. Teraz czy później, nie ma większego znaczenia. Nie mów mi, że jest inaczej. - Odpowiedziała zmęczonym tonem głosu, wpatrując się w cienie na suficie, żeby ostatecznie dodać, choć nie do końca wiadomo, do kogo. - Nie wrócę do Bractwa. Chyba pora stąd odejść.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-05-27, 22:33   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Uśmiechnął się pod nosem. Żeby było zabawniej większość funduszów jakimi operowało Genetically Clean nie pochodziła ze skarbu państwa. Najgrubsze ryby w organizacji nie dość, że na co dzień zajmowały się tępieniem mutantów, to jeszcze sponsorowały całe przedsięwzięcie z własnej kieszeni. Nie potrzebowali rządu. Jedynie jego aprobaty i możności wpływu na niektóre jego decyzję. Cała “potęga ” Genetically Clean pochodziła z portfeli bandy fanatyków, którzy co najgorsze bardzo mocno wierzyli w swoje przekonania. - Zdziwiłabyś jak w niewielkim stopniu rząd przyczynia się do tego jak funkcjonuje GC. - odparł jej w końcu. Można było to zwalić to na politykę rządu, ale GC nie funkcjonowałoby gdyby nie miało społecznego poparcia. Ludzie chcieli GC. To oni stworzyli tego potwora. Gdyby nie to GC nie miałoby prawa. I dlatego on nie czuł się aż tak odpowiedzialny za swoje występki. On wykonywał rozkazy. Robił to czego od niego wymagano, a że ludzie u władzy byli żądni krwi, on po prostu spełniał ich życzenia.
- Dzisiaj podjęliśmy chyba już wyjątkowo dużo głupich decyzji, nie ma sensu przejmować się kolejną. - odpowiedział jej pewnym siebie tonem. Zamiast przejść obojętnie, uratował ją z objęć pajączka. Mógł przecież patrzeć z daleka jak dogs wypełnia jego misję i zanieść raport. Zamiast tego naraził się i strzelił. Nie musiała mu wcale pomagać. Nawet na upartego… Można uznać ją za odpowiedzialną za rzeczy, które zrobi w przyszłości. Przecież nie zlitowała się nad dobrym człowiekiem. Wiedziała kim jest, dla kogo pracuje. Cały ten wieczór był mieszaniną głupich decyzji i nieodpowiedzialnych wyborów.
- Nie musi cię tu wcale być, gdy tak się stanie. - odpowiedział jej z lekkim uśmiechem. - Wszystko kiedyś przemija. Bractwo, DOGS czy GC. Wszystko się kiedyś epicko spierdoli. Trzeba tylko wiedzieć, kiedy zmienić stronę. - wzruszył ramionami. - I dobrze. - dodał cicho, również, wpatrując się w sufit. Przez jakiś czas milczał, aż w końcu ból zdawał się ustąpić. Był coraz słabszy, słabszy i słabszy… aż w końcu zniknął, a Billy zapadł w sen. Budził się jeszcze kilkakrotnie, bo każdy ruch sprawiał że syczał z bólu. Było coraz gorzej. Czuł to. Zawsze tak było kolejnego dnia, ale to ustanie. Kiedyś. Wkrótce.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-05-28, 00:08   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Prawdę mówiąc, nie miała bladego pojęcia, jak działało GC. Nigdy nie pofatygowała się, aby sprawdzić rzetelność czy aktualność posiadanych informacji. A przecież wszystko ulegało zmianie. Od czasów, kiedy ona sama działała wyłącznie jako nieszkodliwy informator Bractwa, obie organizacje wyjątkowo mocno się rozrosły. Bez wątpienia, to Genetically Clean było jednak lepiej finansowane, stojąc na korzystniejszej pozycji. Przez co? Nie wnikała w to zbyt głęboko. Wystarczyła jej wiedza, że kosztem mutantów. Gdy teraz tak o tym jednak pomyślała, z jej ust wydobyła się dosyć nieprzewidziana - nawet przez nią samą - prośba.
- Powiesz mi coś o tym? - Nie chciała tego wykorzystać ani przeciwko organizacji, ani tym bardziej przeciwko niemu. W gruncie rzeczy, to były przecież dosyć nieszkodliwe wiadomości, zapewne powszechnie dostępne. A ona? Nawet jeśli było to tylko chwilowe, chyba chciała go chociaż trochę lepiej zrozumieć. Teoretycznie tego nie potrzebowała, a nawet powinna unikać nierozsądnego analizowania, które mogło wszystko jeszcze bardziej poplątać… Ale nie umiała nic poradzić na to, że zwyczajnie jakaś jej cząstka pragnęła wiedzieć, co takiego było w GC, że było aż tak atrakcyjne. Niby wyszli z tych tematów, jednakże najwyraźniej wcale nie było aż tak łatwo całkowicie o nich zapomnieć…
- Te ostatnie nawet mi się podobają. - Przyznała, może dosyć głupio, ale przecież miała nie przejmować się kolejną taką decyzją, prawda? Uśmiechnęła się tylko pod nosem, naprawdę mówiąc to, co myślała. Pomimo okoliczności - przeszłych, teraźniejszych i zapewne też przyszłych - naprawdę nie było jej szkoda tych kilku chwil. Może postępowała źle czy nierozsądnie. Być może właśnie zrobiła coś, co za jakiś czas miało doprowadzić do czyjegoś dramatu. Bractwa, może ponownie jej samej… Ale to nie była pora, aby próbować przewidzieć nieprzewidziane. Nie teraz, nie nigdy. Nie była jasnowidzem, całe szczęście.
- Już nie wiem, gdzie mam być. Poza Bractwem, ale… Gdzie? - Wzdychając cicho, na chwilę zmrużyła oczy. - To właśnie planujesz robić? Zmieniać strony? - Nie chciała tego wiedzieć… A może chciała? Jakie w ogóle były jeszcze te strony? Skoro Bractwo nie wchodziło w grę dla żadnego z nich. Już nie.
To nie była łatwa decyzja, jednak - wbrew pozorom - Cass nie podjęła jej też z minuty na minutę. Nawet jeśli w tym momencie zdecydowała się wypowiedzieć te słowa, wielokrotnie wcześniej pojawiały się one w jej głowie, wirując tam, ale ostatecznie dając się zbyć. W końcu nie była sama w tej organizacji. Miała tam ludzi, na których jej zależało. Nie mogła tak po prostu zostawić ich na pastwę losu. Przynajmniej do czasu, gdy oni nie postanowili tego zrobić, a grunt nie zaczął palić jej się pod nogami. Zadziwiające, jak bardzo wszystko to zmieniało. Może nie do końca mobilizowało do postawienia sprawy jasno, dokonania wyboru czy czegoś z tych rzeczy… Wręcz do tego przymuszało. A ona wreszcie wybrała, godząc się przełknąć gorycz temu towarzyszącą.
- Nie będzie już szans na informacje o Bractwie… - Mruknęła cicho, ale - o dziwo - wcale nie w formie wytknięcia mu tego, co kiedyś zrobił. Ot, faktycznie nie miało ich być, co oznaczało, że podjęta przez nią decyzja ostatecznie przekreślała cały sens tej relacji. Przynajmniej na tej interesownej, czysto zyskowej, zarobkowej płaszczyźnie, a przecież to ta najbardziej się dla niego liczyła. Nieistotne, jak gorzkie to było. Nawet jeśli Cassandra widziała w nim teraz przejawy troski, zainteresowania czy może, w co zdrowiej było raczej nie wierzyć, nie do końca neutralnego uczucia... Przecież dochodowa praca i pozycja były istotniejsze. Ot, brutalna prawda, za którą kryło się jednak również niewypowiedziane dokończenie myśli. Wyjątkowo ciężkiej myśli.
Może to i nawet lepiej, że - choć niewątpliwie coś zaszło - tego wieczoru tak naprawdę do niczego między nimi nie doszło. Już na ten moment nie było łatwo tak po prostu zdać sobie sprawę z tego, iż cały pobyt w Seattle czy w Olympii, praktycznie większość czasu spędzonego po wyjeździe z rodzinnego domu, należało spisać na straty. Musiała zaliczyć to wszystko do porażek, zdecydowanie na wielu frontach.
Tak naprawdę najgorzej czuła się jednak nie z powodu straconej kariery, która tak naprawdę od samego początku nie rozwijała się w jakiś nieziemsko szybki sposób. Nie z powodu ładnego, stylowego mieszkania, jakie musiała opuścić w pośpiechu. Nie z powodu Bractwa, choć niewątpliwie poświęciła wszystko tym ludziom, w zamian nie dostając prawie nic dobrego. Niezależnie od tego, jak źle by to nie zabrzmiało, nawet nie z powodu Tildy, mimo że przez długi czas naprawdę mocno się przyjaźniły.
Tak naprawdę najbardziej bolało ją to, co - paradoksalnie - w tej chwili nawet miała. Leżąc tak w ciszy, przytulona do ciepłego boku Billy’ego, wreszcie poczuła to, przed czym dotychczas tak się wzbraniała. Wyrzuty sumienia. Nie tyle jednak sprawiające, że była na siebie zła, co zwyczajnie zawiedziona. W pewnym stopniu zażenowana tym, jak łatwo pozwoliła sobie na złapanie tej odskoczni. Przecież od samego początku wiedziała, że to było destrukcyjne, szczególnie dla niej samej.
Nie powiedziała tego jednak, chociaż przecież tego wieczoru już i tak prawdopodobnie padł rekord głupich słów i niepotrzebnych stwierdzeń. Wpatrywała się tylko w sufit, starając się oddychać spokojnie i głęboko, nawet jeśli nie spodziewała się, że zaśnie. W przeciwieństwie do Sandersa, którego senny oddech dane jej było usłyszeć, nim - cóż - mimo wszystko pogrążyła się we śnie. Płytkim, przerywanym, sama nie wiedziała nawet, czy jej własnym… Przebudzając się raz na jakiś czas, kiedy poczuła gwałtowniejszy ruch obok siebie lub usłyszała jakiś niepokojący dźwięk. Nawet wtedy nic już jednak nie mówiła, poprzestała na ściskaniu ręki mężczyzny, zanim znowu nie odpłynęła…
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-05-29, 13:53   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


- Nie sądzę. - odparł, uśmiechając się do niej tak jakby powiedziała przed chwilą coś wyjątkowo rozczulającego. Nie miał zamiaru dać złapać się we własne sidła. Ciepła atmosfera, szczere rozmowy, a ty nagle zapominasz o tym, że dzielisz się informacjami z kimś wyjątkowo do tego nieodpowiednim. Może gdyby pracował dla dogs sytuacja wyglądałaby inaczej… Jednak GC było za kompletną eksterminacją mutantów. Nie liczyło się czy ten ktoś należał do Bractwa czy też nie. Nie liczyło się czy chciał współpracować. Gen X został aktywowany, teraz był wrogiem organizacji.
- Ja też nie narzekam. - odpowiedział, odwzajemniać jej uśmiech.
- Wyjedź gdzieś. Przedostań się przez granicę. Meksyk to może nie wymarzone miejsce do życia, ale z pewnością najbardziej przystępne dla mutantów. Stamtąd możesz spróbować dostać się do Europy. Tam będzie cię czekało lepsze życie. - stwierdził. Stany nie były najlepszym miejscem dla mutantów, przynajmniej w tym momencie. Może za kilka lat. Za dziesięć, może więcej, może mniej. - Planuje robić to co będę musiał. - wzruszył ramionami. Jego lojalność leżała tam, gdzie leżały z niej benefity. Nie miał zamiaru robić niczego za darmo, a jasne dla niego było, że będzie pracował dla osób, które nie oferowały nic w zamian.
[...]
Obudził go okropny ból głowy. Wszystko go zresztą bolało. Zacisnął lekko dłoń. Cassandry nie było już obok niego. Spróbował podnieść się, ale to nie był zbyt dobry pomysł, bo ból zaatakował go ze zdwojoną siłą. Musiał iść do jakiegoś lekarza. Koniecznie. Cassie zdawała się szykować do wyjścia, jak zauważył w dość dużym pośpiechu. - Już uciekasz? - zapytał zachrypniętym, lekko rozbawionym głosem.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-05-29, 22:26   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


- Daj spokój... - Mruknęła w dosyć spoufalającym się tonie, unosząc kąciki ust. - Przecież to nie twoja ogromna tajemnica. - Nawet jeśli chciała to wiedzieć, jednocześnie nie zamierzała jednak naciskać. To nie było raczej w jej stylu. Jak to pokazało samo życie, najwyraźniej znacznie lepiej wychodziło jej dzielenie się własnymi sekretami niż wyciąganie ich z innych. W tym także z osób, które nie powinna, ale chciała poznać.
- I tak nic nie mam, huh? - Być może zabrzmiało to odrobinę gorzko, ale zdecydowanie było prawdziwe. Nadal opierając się o niego delikatnie, westchnęła ciężko, tym razem wyginając wargi w wyrazie rozgoryczenia, może częściowo rozżalenia. Głównie przez to, że wiedziała, jak dużą miał teraz rację. - To brzmi nawet aż za dobrze, za łatwo. - Dopowiedziała, usiłując obrócić to wszystko w żart i nie musieć odnosić się do robienia tego, co trzeba. W końcu i tak nim było, nie? W pewnym sensie, życie pisało najlepsze czarne komedie. Było też nieustannym pasmem trudności z krótkimi przerwami na te dobre, wręcz reklamowe chwile. No i na sen... Głównie na sen...
...
...
Niezbyt głęboki, ale z pewnością na tyle odświeżający, aby chociaż trochę odpoczęła. Nie, nie poukładała sobie przy tym nic w głowie, przebudzając się z jeszcze większym mętlikiem niż wcześniej, lecz jednocześnie wiedziała jedno. Wyplątując się z pościeli i ramion śpiącego mężczyzny, postanowiła po prostu wymknąć się z pomieszczenia. Bez słowa, bez zauważenia... Cicho, szybko, bezboleśnie. Szkoda tylko, że odrobinę jej to nie wyszło.
- Wcale nie. - Odpowiedziała, jak miała nadzieję, dostatecznie szybko, żeby zabrzmiało to instynktownie i nieprzemyślanie. Szkoda tylko, że w rzeczywistości faktycznie to robiła - uciekała, jeszcze chwilę wcześniej mając nadzieję, że uda jej się zrobić prawie niezauważalny, taktyczny odwrót. Najwyraźniej nie miało być jednak tak lat, ale mimo to, cóż, postanowiła dalej upierać się przy tym, co powiedziała.
- Wychodzę tylko na papierosa. - Być może powrót do niekorzystnych nałogów był równie, jak nie bardziej, kiepski, co milcząca ewakuacja nad ranem, ale... Co mogła powiedzieć? Billy sam przyczynił się do tego, jak często zapalała teraz wszelki stres. Przed całym tym burdelem związanym z ich relacją, nie popalała od czasów liceum. Potem? Musiała czymś zająć ręce, usta, uwagę... Gapienie się w ścianę czy zajmowanie się pracą dla Bractwa, to już jej zdecydowanie nie wystarczało.
- Jest jeszcze wcześnie, możesz spać. - Dodała, tym razem już nie w formie wymówki, nieznacznie - choć zdecydowanie ciepło - się do niego przy tym uśmiechając. Faktycznie nie było późno, słońce dopiero wstało, po ulicach zapewne nie kręciło się zbyt wielu ludzi. Krótko mówiąc - to była idealna pora na sen, jeśli ktoś mógł sobie na to pozwolić... Lub na ucieczkę - dla dokładnie takich jak ona. Mimo że wewnątrz chciała pozostać jeszcze przez chwilę, nie miało być lepszego momentu na opuszczenie tego miejsca.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-06-04, 22:38   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Nie dziwił się jej, że chciała odejść bez słowa. Może wczoraj uciekli od otaczającej ich rzeczywistości, ale nie mogli tego robić w nieskończoność, ostatecznie to było przecież niemożliwe. Oboje musieli wrócić do swojego życia. On do polowania na mutanty, a ona do uciekanie przed takimi jak on. - Jasne. - uśmiechnął się do niej smutno. Cóż… Nie wierzył, że idzie zapalić papierosa, wiedział że pewnie więcej jej nie zobaczy. Przynajmniej nie w najbliższym czasie, a jeśli będzie mądra zrobi wszystko, by do kolejnego spotkania nie doszło. Nie chciał tego, ale o poranku wszystko wydawało się być znacznie bardziej klarowne. Być może tak było lepiej. Dla niej i przede wszystkim dla niego. Więc nie oponował przed tym, że chciała teraz odejść. - Uważaj na siebie. - powiedział jej na do widzenia.
/zt
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-08-24, 16:32   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


// 11.05.2018

Spotkanie z Sophie nie poszło za dobrze. Właściwie to spodziewała się wszystkiego innego, że jej siostra się wkurzy, że jednak została odnaleziona, że nie będzie chciała z nią rozmawiać... ba, Fay wyobrażała sobie nawet groźby z wyciągniętą bronią, bo czemu nie? Już raz to przecież przerabiały i.... byłoby to o wiele lepsze niż to, co się stało.
Murphy przewidywała, że siostra będzie mogła wejść jej do głowy. Była nawet na to przygotowana, w końcu przez ostatni miesiąc jak mogła unikała wszelkich ważnych dla podziemia mutantów informacji. Sama nawet chciała, żeby tak się stało, żeby Sophie przekonała się, jak cała ich historia wyglądała z perspektywy Fay i że dziewczyna nigdy się od niej nie odwróciła. Nie celowo. I że nie zgadza się z tym, co zrobili im rodzice. Skąd mogła przypuszczać, że jej siostra będzie tak mocno zagłębiać się w jej wspomnienia, że w ogóle ma moc, żeby dojrzeć poza to, co zostało zapomniane, że będzie w stanie przebić się przez tą barierę postawioną przez kogoś w jej umyśle, która odgradzała ją od wspomnień z pobytu dogs. I że nieodwracalnie zburzy tą ścianę.
Tego samego wieczoru zasnęła tylko dzięki butelce jakiejś taniej whisky. No, butelce to może za dużo powiedziane, bo przy słabej głowie, drobnej budowie i rezygnacji z obiadu naprawdę niewiele było jej trzeba. Dlatego też raczej nie piła alkoholu, jednak tego dnia jednak postanowiła po niego sięgnąć.
Dzień wcześniej było jeszcze gorzej. Chciała po prostu... poprawić sobie humor, jakoś zmusić się do wstania z łóżka, chociaż i tak spędziła w nim prawie cały dzień, a pod wieczór znowu chciała jedynie zasnąć i przestać myśleć o czymkolwiek.
Właściwie to tamten dzień minął nie wiadomo kiedy i nawet nie zarejestrowała, kiedy zrobił się piątek. A na piątek umówiła się z Ronnim, że zabierze Penny, co kompletnie wyleciało jej z głowy. Nawet, jeśli się przypominał, jeśli pisał do niej przez te dni, to telefon i tak leżał wyciszony gdzieś pod łóżkiem, bo zwyczajnie nie miała ochoty z nikim rozmawiać, a już na pewno nie z Hendersonem, który okazał się tak bardzo ją oszukać, albo przynajmniej zataić przed nią tak istotny fakt.
Alkohol nie był idealnym lekarstwem na wszystko, więc pod wieczór po prostu musiała się czymś zająć. Wypiła trochę i postanowiła ogarnąć pokój motelowy, a przede wszystkim siebie, chociaż odrobinę, bo sam prysznic niestety nie był w stanie zdziałać cudów i zmyć wszystkich skutków płaczu czy niewyspania. Mimo wszystko całe szczęście, że zdecydowała się to zrobić, bo jakieś pół godziny później później rozległo się pukanie do drzwi i mogła je otworzyć wyglądając w miarę jak człowiek.
- Co do cholery? - spytała, na widok Hendersona, a raczej tego, jak wyglądała jego twarz. Jednocześnie zabezpieczyła i opuściła broń, którą trzymała w dłoni schowanej za drzwiami. Nigdy nie wiadomo, tak? - Co ci się stało? - spytała znowu, unosząc brwi ku górze i na krótką chwilę zapominając, że przecież była na niego zła.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-08-25, 00:47   
  

   1 Rok na Giftedach!


Nie miał zamiaru ukrywać się w Lagunie tak długo, a jednak został tam na kolejne dwa tygodnie. Pod pieczą Alby moc Penny nie dawała im się tak bardzo we znaki, a mała póki co nie ściągała na siebie uwagi. Z pewnością było tam wygodniej i chociaż praktycznie na świeczniku czuł się jakby było tam trochę bezpieczniej. Bar znajdował się pod pieczą Marcosa, w razie czego miał wsparcie, a miasto wydawało się być nawet lepszym polem do ucieczki niż opustoszała część lasu. Zresztą… Nie został tam tylko ze względu na to, że wydawało mu się, że Penny jest tam bezpieczniejsza. Wszystko się zmieniało i być może on w pewien sposób też się zmieniał. Jego cele. Jeszcze nie podjął żadnych konkretnych decyzji, ale wiedział że ma dość wiecznego uciekania, uginania się. W końcu widział ujście dla swojej złości, a to powodowało dziwne uczucie spokoju. Jakby czekał na to co w końcu ma nadejść.
W międzyczasie starał się coś ze sobą robić. Pomysł Viggo, chociaż był szalony, był całkiem niezłym pomysłem na zarobek, z którego w końcu skorzystali. Dziwne, ale dopiero otrzymując te wszystkie razy czuł, że żyje. To była walka o przetrwanie. O kilka kolejnych sekund, o możliwość wykonania kolejnego ciosu, który w końcu miał okazać się tym, który powali przeciwnika. Nie czuł się dumny ze sposobu w jaki zarabiał pieniądze, bo już dawno nie upadł tak nisko. Nie czuł się dumny z tego co czuł, gdy był na ringu. Ale nie musiał też z nikim o tym rozmawiać. Mógł się odciąć. Zawsze lubił uciekać.
Pamiętał, że Fay miała odebrać małą i zająć się z nią przez jakiś czas. Gdzieś tam z tyłu głowy zdawał sobie sprawę z tego, że by tego nie pochwalała. Nie chciał się jej do tego przyznawać, chociaż ciężko było to ukryć. Przeszło mu nawet przez myśl, żeby to Alba zaprowadziła Penny do Fay, ale Murphy nie odezwała się od tamtego czasu. Może i nie powinien jej szukać, ale… Czy można mu się dziwić, że od razu pomyślał, że mogło stać się coś złego? Fay mimo jego ostrzeżeń i tak wyruszyła na poszukiwania swojej siostry i nie miał zamiaru się z nią o to kłócić, ale to wcale nie znaczyło, że zaczął ufać starszej Murphy co do jej motywacji względem Fay. Nie zabrał więc Penny ze sobą i sam postanowił sprawdzić co się dzieje.
- Ciebie też miło widzieć, Fay. - wykrzywił się w bolesnym uśmiechu, bo pęknięta warga przypominała o sobie ilekroć otwierał usta. Nie dało się ukryć pod czapką tej obitej gęby, więc zdawał sobie sprawę z tego, że to było pierwsze co rzucało się w oczy. - Trenowałem walkę na pięści ze znajomym. - odpowiedział jej wymijająco, bez zaproszenia przekraczając próg pomieszczenia i zamykając za sobą drzwi. - Kiepsko wyglądasz. - stwierdził, ściągając kaptur i czapkę, rzucając ją na mały stolik. Szczerze powiedziawszy liczył na milsze przywitanie.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-08-25, 19:20   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Mimo, że plan początkowo był taki, by po spotkaniu Sophie jednak przenieść się do mieszkania nad barem, które zajmowali Ronnie i Penny, to jednak postanowiła przesunąć je o ten dzień czy dwa, żeby dać sobie chwilę czasu na odnalezienie się w nowej sytuacji. Chociaż... czy ona znowu była taka nowa? Tłumaczyła sobie, że przecież nic się nie zmieniło, to wszystko już i tak się wydarzyło. Funkcjonowała z tym całym bagażem złych doświadczeń już przeszło miesiąc i nic się nie działo, czuła się dobrze. A mimo to gdy tylko o tym myślała... o tym całym bólu... o tym, jak kazali jej patrzeć na cierpienie innych... jedyne, czego chciała, to odsunąć to od siebie jak najdalej. Wiedziała, że alkohol jest rozwiązaniem na bardzo krótko i w końcu będzie musiała jakoś się z tym zmierzyć. Na razie jednak nie chciała, nie potrafiła. Od dwóch dni była nieprzerwanie oderwana od rzeczywistości i bała się powrotu do niej.
Miała wrażenie, że Ronnie przyszedł tu nie bez powodu, że coś miała zrobić, o czymś zapomniała. Nie od razu wpadła na to, że chodziło o zajęcie się Penny, ale gdy już to do niej dotarło, zrobiło jej się mocno wstyd. Cholera, cholera, cholera. Jeszcze przy tym musiała nawalić.
Nie powiedziała nic na jego słowa, po prostu się w niego wpatrując. W jego twarz i tego, co nie powinno się na niej znajdować. Te wszystkie zadrapania, rozcięcia, gdzieniegdzie chyba nawet tworzące się sińce. Jego też miło było widzieć. Zawsze. Nawet takiego, nawet po tym, czego się dowiedziała. Mimo to podobne słowa nie wydostały się z jej ust. Zacisnęła je jedynie, robiąc krok czy dwa w tył, żeby mógł wejść do środka. Musiała mocno się powstrzymywać, żeby już na wejściu się do niego nie przytulić, czy w inny sposób nie okazać, że cieszy się z jego obecności.
Szybko jej przeszło, praktycznie w momencie, gdy odezwał się po raz drugi. Trening... jej to nie wyglądało na trening, który raczej skupia się na przybraniu pewnej taktyki, wyrobieniu sobie nawyków, zyskaniu nieco na sile. Wiedziała, bo sam ją tego nauczył. A to? To wyglądało na celowe obicie komuś twarzy i to niekoniecznie dla treningu.
- Mhm... a tak naprawdę? - spytała patrząc na niego z lekkim rozczarowaniem. Nawet na tak proste pytanie nie potrafił jej odpowiedzieć bez wykręcania się? Jedną sprawę zatajał przed nią przez tygodnie, a teraz robił to znowu - Tylko ostrzegam, to twoje drugie kłamstwo. Przy trzecim równie dobrze możesz wyjść - powiedziała chłodno, podchodząc do szafki przy łóżku i wkładając broń do jednej z szuflad. Unikając wzroku Ronniego i starając się zachowywać jak najbardziej naturalnie, przeszła na drugi koniec pokoju, gdzie była niewielka lodówka, czajnik elektryczny... powiedzmy, "część kuchenna" tego niewielkiego pomieszczenia. Bo mimo, że była zła, to chciała coś poradzić na jego twarz. Nawet, jeśli nie mogła zrobić nic więcej, niż dać mu zimną puszkę z napojem do przyłożenia.
- Dziękuję, ty gorzej - mruknęła jeszcze tylko, lewą ręką nieumyślnie trącając coś, co znajdowało się na blacie. Butelkę z wodą. Zdała sobie z tego sprawę dopiero, gdy ta upadła i zaczęła toczyć się po blacie, zatrzymując się przy mikrofalówce.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-10-03, 22:38   
  

   1 Rok na Giftedach!


Bynajmniej nigdy nie chciał być z nią nieszczery. Początkowo nie czuł się na siłach, by wyjawić jej prawdę o Leonie. To wszystko było wtedy jak jeszcze gorejąca rana, z której dopiero co przestała sączyć się krew. Wydawało mu się, że nie on powinien jej o tym powiedzieć. Nie wiedział nawet jak. Zadziałał czas. Nie rozmawiali o tym co się stało, a Fay nie pytala o Leona i wykorzystał to na swoją korzyść. Nie chciał kłamać, a jednak ukrycie prawdy nie było w porządku. Zdawał sobie z tego sprawę, ale przestali poruszać ten temat, a on naiwnie myślał, że już do niego nie wrócą lub też nie dotknie go personalnie. Dlaczego to zrobił? Na początku nie chciał jej dobijać tą informacją, bo przecież decyzja Leona była powodowana też tym co działo się też za murami DOGS, a była tam Fay. Obwiniali się o to co się stało i mieli rację. Nie chciał jej dokładać nowego argumentu, chociaż nie powinna brać odpowiedzialności za decyzję swojego przyjaciela. Wiedział, że nie jest zrobiona z kruchej porcelany i nie załamie się. Mimo wszystko trochę głupio chciał ją przed tym chronić. Mimo wszystko zasługiwała, żeby znać prawdę. O tym już nie pomyślał.
Obserwował ją i widział, że coś się zmieniło. I znów nie miał pojęcia co. Trzydzieści dwa lata na karku, kilka lat w wojsku, podróżowanie po świecie, imanie się każdej dostępnej mu pracy, masa zdobytego doświadczenia, a on wciąż nie potrafił pojąć tak prostych rzeczy jak kobieca psychika. Nie wiedział o co mogło chodzić. Sam był w zbyt nieciekawym humorze, by pytać. Uznał to za zwykłe dąsy. Dopiero, gdy odezwała się, skrzywił się lekko. - A kiedy kiedy skłamałem po raz pierwszy? - zapytał, szybko żałując że wraz z wyrazem zdziwienia pojawił się ból. Miał wrażenie, że wszystkie zasklepione rany otwierają się na nowo. Biedny. Nie wiedział co nadchodzi. Niemniej jednak zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma sensu brnąć w historyjkę o treningu. Nie chciał też przyznawać jej się do tego co robił, bo nieszczególnie był dumny ze sposobu zarobku jaki wygrał. Czasami cieszył się, że Fay nie wie o nim wszystkiego. Miał wrażenie jakby miał nową, niezapisaną kartę. Nie musiał być chodzącą katastrofą. Facetem z nieciekawą historią. Dlatego czuł dyskomfort na myśl o tym, że będzie musiał złożyć na niej swój niechlujny podpis. Momentami myślał o tym, że mógłby być lepszym człowiekiem. Miał szansę spróbować. Może nie do końca od nowa, ale mógłby. Gdyby tylko nie był sobą.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-10-05, 13:56   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Pozostawało więc pytanie: kto jak nie on? Kto byłby lepszy do tego zadania, komu ufała tak, jak jemu? Drugi wariant może spełniłały jeszcze dwie czy trzy osoby, ale żadna nie była tak związana z tą sprawą. No i z żadną z nich nie spędzał tyle czasu jak z nim.
To prawda, nie rozmawiali o tym, co zdarzyło się w dogs. Nie chciała zmuszać Ronniego do przeżywania tego wszystkiego ponownie, sama nie chciała wiedzieć, co się z nią działo. Lepiej spała nie zdając sobie sprawy z pewnych rzeczy. Jednak Leon... to było coś zupełnie innego. Ronnie wiedział, że byli blisko, że dziewczyna się o niego martwi, że każda informacja na jego temat była na wagę złota. Nawet najgorsza. Każda, która pozwoliłaby jej zrozumieć, dlaczego jej przyjaciel nie został wypuszczony razem z nimi.
Przy wypowiadaniu swoich ostatnich słów trochę przemawiał przez nią alkohol. Bo teoretycznie nie miała stuprocentowej pewności, że Ronnie coś przed nią zataił. Ale gdy o tym myślała, uznała, że musiał wiedzieć. W końcu wtedy, w środku, byli razem, a mężczyzna po wyjściu postanowił spróbować przywrócić swoje wspomnienia z tamtego okresu. Dlatego, lekko nakręcona procentami, postanowiła zaryzykować z oskarżeniem. Czy można było mieć jej za złe, że po tym wszystkim już nie miała pojęcia, co myśleć o tym wszystkim?
Przymknęła powieki na kilka sekund, biorąc głęboki wdech i dopiero wtedy odwracając się do Ronniego.
- Spytałam, co się stało - odparła, jakby jego pytanie w ogóle do niej nie dotarło, ale... cóż, na chwilę obecną to interesowało ją trochę bardziej - To nie wygląda jak trening ze znajomym. Nie chcesz, to nie mów o co chodzi, twoja sprawa. Ale nie kłam - dodała, robiąc dwa kroki w jego stronę, nadal nie poruszając tematu pierwszego kłamstwa. Chyba chciała najpierw załatwić jedną sprawę, zanim przejdzie do kolejnej, przy której już nie tak łatwo będzie jej opanować emocje.
- Przemyłeś to czymś chociaż? - wspięła się nieco na palce, żeby móc lepiej przyjrzeć się jego twarzy i nawet w słabym świetle nie wyglądało to dobrze. Nie było tragedii, raczej nie umrze od tych kilku zadrapań, ale zdecydowanie mógłby się lepiej nimi zająć - Siadaj, może mam coś... Muszę poszukać - dodała, gdy w jednej chwili pomysł z zimną puszką wydał się jej po prostu głupi i nie mający w niczym pomóc. Musiała... musiała się skupić, wziąć w garść, pomyśleć co miała. Bo chwilowo wychodziła na mocno nieobecną i zdezorientowaną.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-11-12, 01:06   
  

   1 Rok na Giftedach!


Zdawał sobie sprawę z tego, że postąpił fair w stosunku do niej, ale wydawało mu się, że będzie lepiej jeśli po prostu ruszą dalej. Zadecydował za nią. Nie powinien, ale chyba po prostu już taki był. Podejmował decyzję za innych, nie biorąc ich zdania pod uwagę. Robił to co podpowiadała mu często jego wiecznie poobijana głowa (być może dlatego często decyzje te były niezbyt mądre). Wydawało mu się, że tak będzie lepiej. Starając się tłumaczyć sobie swoje zachowania, wmawiał sobie że być może skoro nie pyta sama nie do końca chce wiedzieć. Był świadomy tego, że martwi się o Leona. Był jej przyjacielem. Z drugiej strony sam nie miał pewności, że mężczyzna wyszedł cało z budynku DOGS. Nie wiedział tego. Leon poszedł z dowódcą DOGS na układ, ale nie miał zielonego pojęcia czy tamten wywiązał się z umowy. Tak naprawdę nie posiadał jasnych i klarownych informacji na temat dalszych losów Leona. Wiedział, że dzięki temu że się złamał przeżyli. Tyle. Nie mniej. Nie więcej. W taki sposób też usprawiedliwiał swoje milczenie. W końcu nie wiedział tego na czym tak naprawdę jej zależało - nie wiedział co z Leonem.
Spojrzał na nią nieco urażony, bo przecież nie kłamał. Nie w ten bezczelny sposób, próbując zmyślić jakąś całkiem zjadliwą historyjkę, którą mógł ją nakarmić. Mógłby to zrobić, a jednak wolał tylko lekko zamydlić jej oczy. Zmienić temat. Niemniej jednak jak bardzo by nie chciał się tego wyprzeć, to ostatecznie miała rację - kłamał. Mając oczywiście “dobre intencje”, ale nie zmieniało to faktu, że nie był z nią szczery. Powinien traktować ją jako partnera, ale ze względu na podłoże ich relacji… Cóż przestała nim być w momencie, gdy pozwoliła skraść sobie pierwszy pocałunek. Więc mimowolnie zaczął myśleć o niej w innym kontekście. Jakby non stop chciał ją przed czymś chronić, nawet jeśli to była tylko prawda. Stąd złość, gdy znikała bez słowa. Stąd ukrywanie przed nią niektórych rzeczy. Sam wymagał szczerości, ale chyba nie potrafił dać jej komuś w zamian. Boże. Przez te lata stał się tak bardzo pojebany, że momentami sam siebie nie ogarniał.
- Coś tam. - odpowiedział zdawkowo, bo akurat to nie było tajemnicą - uzdrowiciel był z niego żaden. Z czasem przestał się przejmować zdartym pyskiem, wychodząc z założenie że “do wesela się zagoi” i nie przykładał do tego zbyt wielkiej wagi. Jak widać Fay tak.
Schylił się lekko, by umożliwić jej przyjrzenie się jego twarzy. Westchnął cicho. Naprawdę nie chciał być zjebany. Czy uczucie wstydu miało decydować o tym czy Fay miała mu ufać? Znał odpowiedź. Westchnął więc ciężko. Wzruszył przy tym lekko ramionami, jakby chcąc udać przed nią jak mało go to wszystko obchodziło. - Są takie miejsca, gdzie płacą mutantom za walkę. - mruknął, rzucając ją krótkie spojrzenie.Chyba mogła sobie do powiedzieć resztę historii, prawda?
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-11-14, 08:14   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


To takie dziwne, że zwyczajnie się martwiła? Że widząc go w progu, tak pokiereszowanym przez jej myśl przeszło od razu kilka kiepskich scenariuszy, a wmawianie jej, że nic się nie działo, wcale nie sprawiało, że była spokojniejsza? Wręcz przeciwnie, zaczynała uważać, że ma rację i stało się coś złego, o co w świecie, w którym żyli wcale nie było tak trudno. A brak informacji... był po prostu ciężki do zniesienia i o ile przez długi czas sama nie zadawała żadnych pytań, żeby nie wiedzieć za dużo na wypadek konfrontacji z Sophie, tak teraz, gdy chciała czegoś się dowiedzieć, zostawała jej sprzedana wymyślona na poczekaniu historyjka, w którą nawet po alkoholu nie była skłonna uwierzyć. Mogła się zdenerwować, prawda? Tym bardziej, że nie robiła jej tego jakaś postronna osoba, tylko właśnie Ronnie, do którego miała naprawdę duże zaufanie.
Postanowiła na chwilę zostawić temat i zająć się jego twarzą. Z całych sił starając jakoś się zebrać i pomyśleć, co może być potrzebne, poszła do łazienki po waciki kosmetyczne, a z kuchni zgarnęła alkohol, który jeszcze nie zdążył skończyć w szklance. Musiało wystarczyć, nic lepszego pod ręką nie miała.
- Coś tam - powtórzyła za nim, wzdychając z rezygnacją. No dobrze, trudno, zajmie się tym teraz. Na pewno nie zaszkodzi.
Podeszła do Hendersona i łapiąc go za ramię, pociągnęła go w stronę małej, dwuosobowej kanapy, nakazując mu na niej usiąść. Sama ulokowała się trochę obok niego, trochę na jego kolanach, kierując się głównie tym, żeby mieć jak najwygodniejszy dostęp do jego twarzy i tych wszystkich ranek i otarć. Z tak bliska wyglądało to jeszcze gorzej niż wcześniej, jednak powstrzymała się od komentarza i zaczęła działać. W milczeniu, maksymalnie skupiona, co nie było wcale takie proste. Ale radziła sobie, przynajmniej dopóki w końcu nie powiedział, co mu się przytrafiło. I... może to dziwne... nie, zdecydowanie dziwne, ale jej ulżyło. Chociaż w tej samej chwili jedno z rozcięć potraktowała wacikiem trochę za mocno.
- Oh... myślałam... myślałam, że może znowu coś się stało... jakaś nieudana akcja... nie wiem - szepnęła cicho, cofając dłoń i chyba po raz pierwszy patrząc mu w oczy. I żeby nie było, to nie tak, że popierała to, co robił. Nie skakała z radości na myśl, że walczy w jakimś Podziemnym Kręgu, ale... cóż, nie wyglądał na kogoś, kto nie miałby sobie tam poradzić. Zresztą, jego wybór, prawda? Każdy robił co mógł, żeby ugrać coś dla siebie, nie zawsze w przyjemny i legalny sposób. Przykre, ale takie były realia - Mam nadzieję, że tamten skończył gorzej - dodała po chwili, uśmiechając się słabo. Wciąż była zła, wciąż rozbita i zagubiona, ale przynajmniej ta jedna informacja nie była aż tak straszna.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-11-21, 22:40   
  

   1 Rok na Giftedach!


Czasami ciężko było mu się zdobyć na szczerość. Kłamstwo było pierwszym odruchem. Zresztą nie poczuwał się nawet do tego. Wydawało mu się, że dając wymijającą odpowiedź nie jest przecież taki do końca nie fair w stosunku do niej. Nie chciał się przez nią przyznawać do tego co robił, bo po prostu wstydził się samego siebie. Sposobu w jaki wykorzystywał swoje moce by zarobić kilka dolarów. Nie był z siebie dumny. Co więcej czuł się cholernie poniżony. Nie chciał, żeby akurat Fay patrzyła na niego w sposób w jaki on patrzył teraz na siebie.
Pozwolił jej na zajęcie się jego ranami. W końcu znała się na tym niebo lepiej niż on i naprawdę nie zaszkodziło, by jego twarzą zajęły się wprawne ręce.
- Nie. Po prostu nie do końca chciałem się do tego przyznać. - skrzywił się lekko. - Powiedziałbym ci, gdyby coś się stało. - dodał po chwili. Chociaż… Czy mówił szczerze? Może znów zadecydowałby w jakiś głupi sposób ją chronić. - Może nie dużo gorzej, ale na tyle byśmy mogli wydać trochę pieniędzy na poszukiwania rodziny małej. - spojrzał na Murphy, znacząco. Oh, przecież właśnie o to chodziło. O tą słynną dumę Ronniego Hendersona. Gdy pokłócili się jakiś czas temu, powiedziała że przecież ktoś musi zadbać o pieniądze. Prawda była taka, że zgniotła mu wtedy jaja. Więc zarobił je po swojemu, a właśnie w tym był najlepszy.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-11-22, 20:26   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Czy to właśnie nie o to chodziło w tego typu relacjach? Żeby mimo wszystko, nawet mimo akceptacji u siebie, mieć zrozumienie u kogoś innego? Poza tym, Fay starała się nie być hipokrytką. Sama też robiła różne nieciekawe rzeczy, żeby zarobić na życie. I chociaż nie chciałaby widzieć Ronniego w takim stanie przy każdym spotkaniu, to przecież nie mogła mu tego zabronić. Ewentualnie postarać się znaleźć przynajmniej taką alternatywę, po której nie kończyłby z poobijaną twarzą.
Kiwnęła jedynie głową na jego pierwsze słowa, chociaż... dobrze, że to zrobił, doceniała to. Chciała wiedzieć, po prostu, interesowało ją gdzie jest, co robi, jej myśli często podążały w tym kierunku. Oczywiście w zdrowy i nie przesadzony sposób. Po prostu jej zależało.
- Tak samo, jak powiedziałeś mi o Leonie? - spytała cicho, zaciskając usta i cofając dłoń od jego twarzy, żeby móc na niego spojrzeć. Oczy miała nieco szkliste, ale wciąż była wyjątkowo spokojna. Chociaż w niektórych sytuacjach taka postawa była chyba jeszcze gorsza, niż gdyby miało się krzyczeć. Pełne zawodu spojrzenie przeszywało czasem gorzej niż podniesiony głos.
Aaah więc to o to po części chodziło. Dopiero teraz przypomniała sobie tą rozmowę i to, co mówiła. Wcześniej... jakoś kompletnie się nad tym nie zastanawiała. Pewne słowa padły, ale stało się to w gniewie i myślała, że oboje to sobie wyjaśnili - Bez tego też możemy. Znam kogoś, kto mógłby pomóc bez tego... wszystkiego - mruknęła, wskazując lekkim, okrężnym ruchem na jego twarz, a konkretnej to, co nie powinno się na niej znajdować.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,06 sekundy. Zapytań do SQL: 6