Poprzedni temat «» Następny temat
Mini bar
Autor Wiadomość
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2017-12-26, 21:04   Mini bar



[Profil]
 
 
Jane Atwell



I can feel the flames on my skin, crimson red paint on my lips. If a man talks shit, then I owe him nothing. I don't regret it one bit, 'cause he had it coming.

opętanie

75%

członek oddziału terenowego





name:

Safiya Janine Atwell

alias:
Sophie | Jane

age:
28 lat

height / weight:
178 / 65

Wysłany: 2018-05-07, 00:30   
   Multikonta: Cassie
  

   1 Rok na Giftedach!


#1

Pomimo ostatnich nieprzyjemności, jakie dotykały GC nawet po zrobieniu bohaterki z ich nowej pani prezes, większość dni wyglądała dosyć podobnie. Oczywiście, należało odrobinę wstrzymać się z szerzej zakrojonymi akcjami, aby ostatecznie nie zrazić do siebie opinii publicznej, jednak w żadnym wypadku nie oznaczało to rezygnacji z prób dotarcia do największego znanego skupiska mutantów - Bractwa. I choć powinna czuć się z tym co najmniej kiepsko, Jane nijak to nie przeszkadzało.
Wręcz przeciwnie. Dopiero, gdy okazało się, że jej część oddziału na ten moment zostanie odesłana do typowo biurowej, papierkowej roboty, dając komuś innemu pole do popisu, Atwell tak naprawdę się wściekła. Owszem, dzięki takiemu a nie innemu obrotowi spraw, miała dostęp do większej ilości informacji, którymi mogła dysponować wedle własnej woli - oczywiście, nieoficjalnie - jednakże na dłuższą metę... Cóż, było to wprost niemożliwie nudne. A ona nigdy nie miała cierpliwości do takich rzeczy. Zdecydowanie wolała działać, wykazywać się, nawet jeśli było to związane ze ściganiem osób będących jej teoretycznymi pobratymcami.
Teoretycznymi, gdyż nigdy nie czuła z nimi przecież jakiejś szczególnej więzi. W tej jednej rzeczy zdecydowanie nie kłamała. To, czego doświadczyła podczas swojego pobytu w zamknięciu, było nawet aż nazbyt barwne. Nie przyjemne czy kolorowe, po prostu barwne i przerażające jak cholera. W gruncie rzeczy, jej własna moc także była inwazyjna i groźna, jednak nie aż tak jak zdolności niektórych mutantów z ośrodka. Nieopanowane, silne, gotowe do wykorzystania w złym celu.
A może podobnym myśleniem tylko starała się usprawiedliwić swoje winy?
W końcu nigdy nie chodziło o nich. Zawsze o nią. Nie o ataki terrorystyczne ze strony mutantów, nie o zagrożenie z ich strony, nie o bunty i marsze. Była mutantem. Gdyby chciała, mogłaby przyłączyć się do rebelii. Przyjęliby ją jak swoją, przynajmniej przed tym, jak przyłączyła się do Genetically Clean. Nie było w tym jednak sensu. Znacznie prościej, bezpieczniej i opłacalnie było przejść na stronę tych, którzy nie musieli kryć się po kątach... No i zdecydowanie dobrze płacili.
Tak, dla zarobków była w stanie nie tylko przełknąć całą papierkową robotę, lecz także schować godność do kieszeni, by towarzyszyła wężowi, którego tam miała. To nie rząd, nie D.O.G.S., nie GC, nie Bractwo, Bóg czy cokolwiek innego rządzili tym światem. Największą władzę miały pieniądze. Za nie można było kupić dosłownie wszystko. A nawet jeśli nie, jeśli wyrzuty sumienia pozostawały nieprzekupione... Zawsze można było jakoś je stłumić, ukryć w chmurach dymu, który właśnie wydychała, wypalając kolejnego papierosa przy oknie i wyglądając na ulicę.
[Profil] [WWW]
  [B+]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-05-08, 14:29   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Od czasu marszu pokojowego minęło dwa tygodnie. Niestety, ale jego rekonwalescencja jeszcze się nie zakończyła. Żebra wciąż boleśnie przypominały o sobie, podobnie jak pokiereszowana dłoń. Ból w kostce ustąpił, aczkolwiek wciąż starał się nie przeciążać. I w sumie to nie był na to jakoś mocno narażony skoro ostatnie dni spędził we własnym mieszkaniu. Od dawna nie miał tyle czasu wolnego i szczerze powiedziawszy nawet nie wiedział co powinien z tym zrobić. Nie miał jakiegokolwiek życia osobistego. Wszystko obracało się wokół pracy, więc można tylko podejrzewać jak bardzo męczyła go ta stagnacja. Co prawda mógł skorzystać z okazji i zostać w domu jeszcze trochę, ale czuł, że jeszcze trochę, a doprowadzi go to do szaleństwa. Nie chciał też po prostu wypaść z obiegu, musiał być na bieżąco, więc postanowił wrócić do do zarządzania swojego teamu z Centrum Zarządzania Wszechświatem, mieszczącym się w budynku Genetically Clean. Poza tym po ostatnich wydarzeniach zmienił się nieco zakres jego obowiązków i wiele z nich mógł załatwiać nie będąc w pełni sił.
Czy nowe czasy jakie nastały dla Genetically Clean mu odpowiadały? Z pewnością podobało mu się to, że miał mieć trochę większy wpływ na decyzję podejmowane w organizacji. Czy go to satysfakcjonowało? Nie do końca, bo wraz z jego awansem szedł awans Louanne. Nagle z płotki zmieniła się w jego szefową, co wyjątkowo mu nie pasowało. Nie mógł w tym momencie jednak nic zrobić, oprócz zasiania ziarenka nienawiści w głowie pewnej mutantki. Nie byłby sobą, gdyby jednak nie zaczynał planować do przodu. Nie chciał rezygnować z GC, awans miło łechtał jego ego i stan konta, aczkolwiek nie miał zamiaru zadowalać się tylko tym. Kwestią, która najbardziej go martwiła było to, że mieli kłopoty. Związał się z tym miejscem, ale nie miał zamiaru nadstawiać dla nich karku. Próbował budować sobie tutaj przyszłość, ale nie miał zamiaru jej stracić wraz z upadkiem organizacji. Przede wszystkim potrzebował czasu, a tego miał aktualnie aż w dostatku. Miał więc zamiar zająć się swoimi dotychczasowymi obowiązków, wyglądając okazji, które być może mogłyby stworzyć jakieś nowe perspektywy na przyszłość. Przecież nie chciał marnować sobie życia w Genetically Clean. Lubił ich pieniążki i oszałamiające zaangażowanie w to co robili.
Niestety, ale cholernie nudziło go wywiązywanie się z papierkowej roboty, siedzenie w swoim biurze i zajmowanie się sprawami czysto organizacyjnymi. Wytrzymał zaledwie kilka godzin, gdy postanowił wyrwać się gdzieś. Po prostu. Przechodząc przez kolejne pomieszczenia natrafił wzrokiem na dobrą znajomą mu postać. Osobę, która wydawała się mieć równie podejrzane motywy względem gc co on sam. Twarz praktycznie już mu się zagoiła, więc na nowo zaczął roztaczać wokół siebie urok czarującego, ładnego chłopca. Jakiż w tych momentach wydawał się być niegroźny. Wyciągnął z kieszeni zapalniczkę i odpalił papierosa Jane. - Ciężki dzień? - zapytał, opierając się o barowy blat. Miała niamrawą minę, a on potrzebował jakoś ją zagadnąć.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Jane Atwell



I can feel the flames on my skin, crimson red paint on my lips. If a man talks shit, then I owe him nothing. I don't regret it one bit, 'cause he had it coming.

opętanie

75%

członek oddziału terenowego





name:

Safiya Janine Atwell

alias:
Sophie | Jane

age:
28 lat

height / weight:
178 / 65

Wysłany: 2018-05-08, 16:12   
   Multikonta: Cassie
  

   1 Rok na Giftedach!


Jak na porę dnia, barek siedziby Genetically Clean świecił nadzwyczajnymi pustkami. Nie tylko, jeśli chodziło o bardziej wypijalne napoje - ktoś najwyraźniej nie dopilnował, by pozostawić tam coś, prócz zwykłej kawy i herbaty - lecz także o przebywających w nim ludzi. Co prawda, nie przebywała tu zbyt często o tej godzinie, jednak za każdym razem widziała co najmniej kilka osób, do których dało się otworzyć usta, nawet w czczej paplaninie. Niezależnie od zamiarów z tym związanych, kontakty były przecież kluczem do potencjalnego sukcesu. Szczególnie ona, nieustannie dążąca do osiągnięcia istotnych korzyści, o tym nie zapominała.
Być może nawet nie lubiła większości współpracowników. Spora część spośród nich tak naprawdę ani trochę jej nie obchodziła, natomiast niewielka, wyjątkowo tycia cząstka tego całego tłumu... Cóż, powiedzmy, że dała się przełknąć. Tak naprawdę wyjątkowo niewiele łączyło ją z samym GC. Niewiele, choć niewątpliwie zarobki wcale nie były takie niewielkie, co w jakimś stopniu rekompensowało ostatnie nieprzyjemności związane z medialną nagonką na Louanne i całą organizację. W gruncie rzeczy, pozostawanie w organizacji było nadal... Po pierwsze - dosyć opłacalne. Po drugie - bezpieczne. To zaś wygrywało z jej niechęcią do uzupełniania stosów papierzysk i wykonywania miliarda biurowych prac.
Dosyć chętnie oderwała się jednak od tego wszystkiego, zamierzając odpocząć przy wodzie kofeinowej, papierosie i może czyjejś bezsensownej, ale zajmującej gadce, ot, typowym korporacyjnym small talku. W końcu ostatnio i tak znowu czuła się jak czyjaś sekretarka, czemu nie miała dopełnić sobie tego obrazka? Przynajmniej tak zakładała, gdy zmierzała w kierunku pomieszczenia, dosyć szybko musząc zweryfikować plany. Miała papierosa, miała swoją butelkę lekko kwaskowatej wody, brakowało jej natomiast czyjegokolwiek towarzystwa.
Bywały takie dni, kiedy wyjątkowo ochoczo wykorzystałaby możliwość zostania w odosobnieniu. Czasami wręcz wyłącznie o tym marzyła i, jak na ironię, zazwyczaj nie mogła tego wtedy wyegzekwować. Każdy czegoś od niej chciał, miała tysiące zajęć związanych ze społecznymi kontaktami... Tyle tylko, że nie dzisiaj. Nic więc dziwnego, że nie miała zbyt pozytywnego wyrazu twarzy, nie mówiąc już nawet nic o jej typowym resting bitch face, który częstokroć trzymał od niej ludzi na dystans.
Pomimo pogrążenia w myślach, prawie natychmiast zauważyła obecność towarzystwa, chociaż nie od razu odezwała się w powitaniu. Wręcz przeciwnie, przez chwilę obserwowała poczynania Sandersa, zaciągając się dymem chwilę po tym, gdy usłyszała pytanie. Small talk, tak, tego oczekiwała.
- Ciężki miesiąc? - Odbiła pytanie, unosząc brwi i znacząco taksując go wzrokiem. - Powiedzmy, że nie lubię siedzieć w papierach.
[Profil] [WWW]
  [B+]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-05-10, 10:33   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Czy lubił przebywać w towarzystwie innych agentów? Ciężko mu było to określić, większość z nich była mu naprawdę obojętna. Zwykle bywał dla nich miły, rozmowny, rzucający żartami, przecież nigdy nie wiadomo było kogo przyjaźń mogła się przydać. Dlatego chociaż był zatrważająco skuteczny w terenie, gdy przebywał w budynku i obcował z innymi współpracownikami przybierał całkiem nową twarz, znacznie bardziej przystępną. Jakby kilka godzin wcześniej nie robił rzeczy, przez które dla większości społeczeństwa jeżyły się włoski na karku.
- Owszem. - odparł jej, lekko potrząsając opatuloną w bandaż elastyczny ręką. Nie wyglądał już tak źle jak wcześniej. Właściwie to większość widocznych obrażeń już zniknęła. Jedyne co go zdradzało to dość sztywny chód i bandaż na ręce. Oficjalnie został ranny podczas jednej z akcji, starano się ukryć jego obecność na marszu ze względu na to, żeby nie powiązać osoby nowego członka zarządu z wydarzeniami jakie tam się odegrały, a już na pewno nie ze swojego rodzaju [i[bratobójstwem[/i], do którego doszło. - Mów mi więcej. Nie sądziłem, że praca w biurze może być bardziej zabójcza niż działanie w terenie.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Jane Atwell



I can feel the flames on my skin, crimson red paint on my lips. If a man talks shit, then I owe him nothing. I don't regret it one bit, 'cause he had it coming.

opętanie

75%

członek oddziału terenowego





name:

Safiya Janine Atwell

alias:
Sophie | Jane

age:
28 lat

height / weight:
178 / 65

Wysłany: 2018-05-10, 14:24   
   Multikonta: Cassie
  

   1 Rok na Giftedach!


- Niezmiernie współczuję awansu. - Odpowiedziała dokładnie tym samym, co wcześniej, idealnie neutralnym tonem, nawet nie poruszając przy tym powieką. Jeszcze przez chwilę, jednak nie za długo, wpatrując się w widok za oknem, powoli przeniosła spojrzenie znów w kierunku Sandersa. - Jak oni mogli ci to zrobić... - Żartowała? Nie żartowała? Częściowo tak, częściowo nie? Tylko ona tak naprawdę to wiedziała. Billy'emu pozostawało wyłącznie domyślanie się intencji ukrytych za dosyć ironicznymi słowami.
Cóż, bycie członkiem zarządu z pewnością wiązało się z jeszcze większą ilością papierków do wypełniania. Zupełnie tak, jakby na niższej pozycji nie było ich dostatecznie wiele, by zatonąć na cały tydzień. Choć może... Być może właśnie o to chodziło - ci z wyższych szczebli mieli przecież niezbyt przyjemną skłonność zwalania swoich obowiązków na płotki. Ba, sama Atwell robiła tak samo, gdy tylko miała na to okazję. Wystarczyła jej ilość dokumentów składanych poza Genetically Clean. Raportów dla GC starała się jakoś pozbyć, chociaż z pewnością nie miała ich tyle, co stojący obok człowiek.
To było... Niezmiernie interesujące. I oczywiście, że w pewnym sensie zazdrościła mu sukcesu - to było jasne i zrozumiałe, jak dla kogoś, kto spędził tyle lat w szeregach organizacji, która jakby całkowicie o tym zapominała - ale ostatecznie była w stanie przełknąć jakoś ten nieciekawy fakcik, byleby tylko dalej mieć swobodny dostęp do interesujących ją informacji. Bez niewygodnych podejrzeń. Do tego zaś musiała utrzymywać przyjacielskie stosunki praktycznie ze wszystkimi.
- Już niedługo wielki powrót na właściwe pole walki. Niezręcznie byłoby zginąć od zszywacza. - Dopowiedziała, unosząc kącik ust.
[Profil] [WWW]
  [B+]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-05-19, 13:53   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


- Tak, ten awans to gwóźdź do mojej trumny. - odparł jej w tym samym tonie. Może miał rację? Upadek z wyższego szczebelka był znacznie boleśniejszy. Wszystko wiązało się z jakimiś konsekwencjami. Nie zdobywało się szczytów, nie ciągnąc ze sobą długiej listy wrogów, którzy chcieli cię z niego zrzucić. To było ryzyko, które był w stanie podjąć. Znacznie bardziej korciły go wszystkie dodatkowe benefity łącznie z tymi finansowymi, czy też fakt że teraz mógł być osobą decyzyjną, więc jego machlojki związane z bronią mogły zostać przeprowadzane na większą skalę. Nie miał zamiaru smrodzić sobie do miski, aczkolwiek miał teraz większy wpływ na pewne rzeczy co niezmiernie mu się podobało. Dzisiaj jednak odkrył, że nie podobało mu się to, że czekało go również więcej papierkowej roboty, przejmowanie się rzeczami, którymi dowódca oddziału nie musiał się przejmować. Był żołnierzem, nie biznesmenem. Chociaż żyłkę do interesu niezaprzeczalnie miał, wciąż jego najlepszą stroną pozostawało bycie skutecznym w terenie. Wszystkiego jednak dało się nauczyć. W końcu w wojsku zrobiono z farmera, zabójcę. Potrzebował czasu.
- Podobno wcale nie tak szybko. Póki co pozostanie mi dowodzić, bawiąc się zszywaczem z vana. - odparł jej cierpko, bo jednak wcale nie podobała mu się perspektywa rekonwalescencji. On działał. Nie siedział z założonymi rękami, gdy jego żołnierze byli w polu. Zawsze był razem z nimi. Nikt nie zrobi czegoś dobrze, jeśli sam tego nie przypilnujesz. Zresztą… Nienawidził być taki słaby. Poruszanie się wywoływało ból. Nie mógł trenować, nie mógł biegać, nie mógł robić tysiąca rzeczy, które robił dotychczas i jak odkrył to one odciągały jego myśli od tego jaką malowaną wydmuszką w istocie jest jego życie.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Jane Atwell



I can feel the flames on my skin, crimson red paint on my lips. If a man talks shit, then I owe him nothing. I don't regret it one bit, 'cause he had it coming.

opętanie

75%

członek oddziału terenowego





name:

Safiya Janine Atwell

alias:
Sophie | Jane

age:
28 lat

height / weight:
178 / 65

Wysłany: 2018-05-19, 15:04   
   Multikonta: Cassie
  

   1 Rok na Giftedach!


- Oby jakaś horrendalnie wysoka podwyżka sprawiła, że będzie cię na nią stać. - Gdyby trzymała w tej chwili kieliszek szampana, zapewne uniosła by go nieco w górę w nieco ironicznym toaście. Tak jednak strzepała tylko trochę pyłu tytoniowego na podłogę, niespecjalnie przejmując się tym, że ktoś miał to później sprzątać. Prawdę mówiąc - nieważne, jak źle to nie brzmiało - wychodziła raczej z założenia, że to była czyjaś praca. Jedni sprzątali podłogi, inni sprzątali ludzi… Co było mniej obrzydliwe? A co bardziej opłacalne? To już inna kwestia.
Będąc takim człowiekiem, trzeba się było liczyć z tym, że nie tylko zarabiało się na własne dostatnie życie, lecz także finansowało swoją śmierć. Paradoksalnie, nie tylko pod względem narobienia sobie wrogów, tylko czekających na to, by wyłapać i wykorzystać nawet najmniejszy błąd. Również bardziej dosłownie, bo nikt z towarzystwa, licznych przyjaciół nie miał bezinteresownie zająć się sfinansowaniem pogrzebu, gdyby już przyszło co do czego.
Atwell ani trochę się nie łudziła. Ludzie lecieli na pieniądze, byli dosłownie drogimi znajomymi, to był nieodłączny element udziału w wyścigu szczurów. A każdy awans był faktycznie - nie tylko sarkastycznie - niczym złoty gwóźdź wbity do trumny. Takie były realia. Niektórym, tak jak jej, to po prostu pasowało. Bądź co bądź, każdy musiał wchodzić komuś w tyłek dla pieniędzy, każdy musiał zgrywać kogoś innego, ona przynajmniej zarabiała na tym więcej niż przeciętny Smith z fabryki gwoździ.
- Nie mów mi, że nie jesteś w stanie tego przyspieszyć. W końcu masz teraz władzę. - Zasugerowała, unosząc brew. Być może potęga była kapryśną kochanką, jednak z pewnością dawała nieco więcej, niż oczekiwała. Wbrew pozorom, nie za dużo, ale wystarczająco, by ludzie się o nią zabijali. A każdy kroczek w górę drabiny - społecznej czy na poziomie organizacji - zbliżał do szczytu.
- Baw się zszywaczem z tyłu, ale na froncie. Inaczej całkowicie stracisz szacunek ludzi. - Prawdopodobnie nie należało tego mówić, jednak Jane wiedziała co nieco o tym, jakie informacje sama chciałaby posiadać. A utrata szacunku i szemrania za plecami zdecydowanie czymś takim były. - To Genetically Clean… - Tutaj nie można sobie było pozwolić na nadmierne czy zbyt długie chwile słabości.
[Profil] [WWW]
  [B+]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-05-19, 22:05   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


- Preferowałbym kremację, jeśli o tym już mówimy. - mruknął, uderzając palcami o blat w równym, rytmicznym tempie. Był świadomy, że prawdopodobnie gdyby wyzionął ducha, nikt prawdopodobnie nie zapłakałby nad nim. Przynajmniej szczerze. Smutne. Jednak właśnie takie życie sobie wybrał. Nie wierzył w głębie jakichkolwiek relacji międzyludzkich. Zabawne, bo przecież już wielokrotnie zdarzało mu się łamać swoje zasady dla pewnej mutantki. Widocznie była wyjątkiem, potwierdzającym regułę, że nie dbał o nikogo innego oprócz siebie. Będąc szczerym czy naprawdę dbał o Cass ze względu na nią czy ze względu na siebie? Nie znał odpowiedzi na to pytanie. Bynajmniej w świecie pełnym sztucznych przyjaźni i fałszywej lojalności wydawała się być niepasującym elementem. Reszta jednak była mu tak bardzo obojętna. “Przyjaźń” była opłacalna. Dobrze było mieć sojuszników, którzy widzieli w tobie tyle potencjału, by chcieć ci pomóc. Rzadko kiedy dostawało się coś jednak za darmo, więc Billy wolał żeby jego “przyjaciele” mieli u niego długi niż on u nich. Zwykł dość skrupulatnie zapisywać to w pamięci, bo u niego także nie było niczego za darmo. Nie był bezinteresowny. Właśnie w taki sposób zwykły, szary agent FBI nosił teraz garnitur, który kosztował tyle co czynsz jego pierwszego mieszkania.
- Owszem. Mógłbym, niestety mój organizm nie przyjmuje platynowych kart kredytowych. - odpowiedział jej, unosząc wysoko brwi. Wyjście na misję w takim stanie byłoby głupotą, za którą prawdopodobnie szybko by zapłacił. Stracił swoją płynność ruchów. Zawsze mógł wspierać wszystko z dachu, jednak wciąż byłby zagrożeniem nie tylko dla swoich celów, ale dla własnego oddziału. Nie mógł być kulą u ich nogi, jeśli coś mogło zniszczyć jego pozycję jako dowódcy to właśnie to. Karygodny brak kompetencji.
- Wezmę sobie do serca twoją radę, Jane. - odpowiedział tak miękkim głosem, że nie dało się w nim wyczuć ironii. Zawiesił na niej wzrok, gdy usłyszał jej ostatnie słowa. Jane. Jane. Jane. Jane, która zwykle wydawała się gdzieś niby niezauważalnie plątać po drugim planie, zaskakująco dokładnie wykonująca swoją papierkową robotę. Było w niej coś podejrzanego. Może to kwestia tego, że po prostu każdy w jego odczuciu miał jakiś ukryty motyw, a może po prostu jak zawsze tylko śledził wzrokiem to jak kołysała biodrami, przechodząc po korytarzu. Nie wydawała się być głupia. Nie wydawała się też być fanatyczką jak reszta tego prześmiesznego towarzystwa i to własnie sprawiało, że coś było z nią nie tak. - Lepiej zawsze na wozie niż pod wozem. Bycie mało przydatnym zwykle nie kończy się najlepiej. Im lepszy okaz upolujesz tym bardziej cię kochają. - uśmiechnął się pod nosem, ale w jego głosie było słychać pewną dozę obrzydzenia. Miał gdzieś kwestie mutantów. Jednak ten fanatyzm, kult genetycznej czystości budził jego obrzydzenie. Historia lubiła się powtarzać, zawsze znajdzie się grupa uprzywilejowanych, która zajmowała swój cenny czas polowaniem na odmienności. Szkoda, że nie pamiętali, że tacy zwykle kończyli jako czarne charaktery. Cóż… Było mu to obojętne o ile nie stanie się to za czasów jego kadencji w zarządzie firmy.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Jane Atwell



I can feel the flames on my skin, crimson red paint on my lips. If a man talks shit, then I owe him nothing. I don't regret it one bit, 'cause he had it coming.

opętanie

75%

członek oddziału terenowego





name:

Safiya Janine Atwell

alias:
Sophie | Jane

age:
28 lat

height / weight:
178 / 65

Wysłany: 2018-05-19, 22:57   
   Multikonta: Cassie
  

   1 Rok na Giftedach!


- Modny wybór. - Nie, nie słuszny, nie ciekawy, nie właściwy, a po prostu modny. Nie było w nim aż tak wiele praktyczności, by mogła powiedzieć o tym coś więcej niż słyszałam, że nowobogackie snoby, takie jak my, lubią tak robić. W takim stwierdzeniu było zresztą nadzwyczaj dużo prawdy. Bądź co bądź, rozsypywanie prochów na wietrze, zrzucanie ich ze skarpy do oceanu czy chociażby nawet stawianie na kominku… Cóż, nie było domeną zwykłych ludzi. Kremacja nie była u nich aż tak powszechna i dramatyczna, jak w przypadku, o którym była mowa. Zresztą… Przeciętni Smithowie mogli zostać spopieleni w odpowiednim zakładzie, natomiast Sithowie z Genetically Clean mieli własnych wrogów, którzy mogli zrobić to dosłownie w każdej chwili. Bez większego problemu. Przywileje tej grupy społecznej…
- Ten mutant z marszu FPTP… - Zaczęła, jednak nie skończyła, wpatrując się za to przez moment w palce Sandersa, którymi ten dosyć irytująco postukiwał o blat. Nie lubiła tego dźwięku. Nie, gdy to nie ona go wytwarzała. W każdym innym przypadku wywoływał u niej ścisk gardła i natłok dosyć nieprzyjemnych wspomnień związanych z jednym z pracowników ośrodka badawczego D.O.G.S. To nie były przyjemne obrazy, zakodowane gdzieś głęboko w jej pamięci, ani tym bardziej doznania słuchowe. Dlatego odchrząknęła, starając się zignorować je na tyle, aby przenieść wzrok na mężczyznę i - z uniesionymi brwiami - spytać:
- Raczysz przestać? - Prawdę mówiąc, niezbyt obchodziło ją to, czy raczył, czy nie. Oczekiwała od niego, że przestanie to robić. W końcu był uszkodzony, czyż nie? Nie powinien nadwyrężać palców. Byłoby niezmiernie szkoda, gdyby musiał wziąć przez to kolejny urlop… Zwłaszcza że byłoby to najprawdopodobniej jego ostatnie wolne, patrząc na to, w jakich nastrojach byli członkowie oddziału Billy’ego, chwilowo wycofani z jakichkolwiek poważniejszych zadań, gdyż nie było dla nich zastępczego dowodzenia. Kolejne tygodnie bezczynnej, śmieciowej roboty zapewne nie wpłynęłyby zbyt dobrze na i tak niskie morale.
- Organizm może nie, za to lekarze już tak. - Paradoksalnie, nie potrzebowali nawet specjalnie nowatorskich metod leczenia. Była prawie pewna, że istniał jakiś mutant, który od ręki radził sobie z takimi rzeczami, jednak przecież ideą działalności GC było pozbywanie się takich osobników, nie zaś korzystanie z ich usług. To było niezmiernie głupie, nawet jak dla niej, zwłaszcza po niedawnym odkryciu tego, kim był prezes organizacji. Nie zamierzała jednak wychylać się z tą myślą, nie czując się ani trochę zobowiązana do tego, by kogokolwiek oświecać. Ich ciemnota działała przecież poniekąd na jej własną korzyść…
- Nie zapominaj przy tym, że nie jestem wyrocznią głoszącą prawdy życiowe. - Stwierdziła dosyć neutralnie, wzruszając ramionami i dopowiadając bez większego zaangażowania. - Aczkolwiek nie mam interesu w zaszkodzeniu ci. - Wbrew pozorom, to nie była żadnego rodzaju zagrywka. Jane wątpiła w to, by podobne przeszły przy tego rodzaju człowieku.
Ze wszystkich określeń, jakie mogła użyć wobec własnych słów, zapewne wybrałaby czczą deklarację. Ładną, ale w gruncie rzeczy, cóż, dosyć pustą. Bowiem, owszem, w tej chwili nie miała praktycznie żadnej korzyści z tego, że Sanders straciłby w oczach zarządu czy własnego oddziału lub też ostatecznie spadł z tego całego piedestału. Zazdrościła mu, miała pewne poczucie niesprawiedliwości, ale nie chciała wbić mu sztyletu między żebra. Ze wszystkich parszywców, z jakimi miała do czynienia w Genetically Clean, jego lubiła w końcu najbardziej.
Gdyby jednak już się tak stało, zapewne nie byłaby pierwsza do pomocy mu. Wręcz przeciwnie, podbudowałaby własną pozycję kosztem tej jego. W żadnym wypadku nie zaryzykowałaby utratą swojego statusu, własnej pozycji. Zwłaszcza że miała o wiele więcej do stracenia, niż było to dostrzegalne na pierwszy rzut oka. Brutalne, ale prawdziwe.
- Zwłaszcza wtedy, kiedy oddajesz wszystko inne, by być na tym wozie, huh? - Nie musiała pytać. Znała ludzi, z którymi pracowała. Czy to z papierów, czy to z wewnętrznych informacji, czy to z plotek, ploteczek i pogłosek. Nie mogła jednak zaprzeczyć - na swój sposób interesowało ją to, jak to było dobrowolnie, bez jakiegokolwiek przymusu zrezygnować ze wszystkiego innego, aby całować tyłki wysoko postawionych osób i działać na czyjeś zlecenie. - Najlepszym okazem byłoby Bractwo. Ponoć niektórzy są już bardzo blisko… - Dokończyła, przypatrując się odbiciu mężczyzny w szybie. Wiedział? Czy nie? Pogłoski o posunięciach innych oddziałów GC już do niego doszły? A może to było niespodzianką? Chciała zobaczyć jego minę. Nie ten pokerowy wyraz twarzy, a mikroekspresję widoczną przez ułamek sekundy. Naprawdę ją to interesowało...
[Profil] [WWW]
  [B+]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-05-22, 18:39   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Zaśmiał się krótko. - Powinienem uważać czego sobie życzę w takim razie. - odpowiedział jej, wciąż postukując palcami w blat.
Spojrzał na nią z uniesioną brwią, słysząc jej “prośbę[/i]. - Zgodnie z twoim życzeniem. - odpowiedział. Jeszcze kilka razy stuknął w blat, znacznie szybciej i poprawił dłonią krawat. Korciło go by nie przestawać. Sprawdzić co zrobi, gdy nie wysłucha jej polecenia, niemniej jednak zaniechał przeprowadzenia tego eksperymentu.
- Znasz być może takiego, który zna magiczny sposób na zrastanie się kości? - zapytał, unosząc wysoko brwi, wciąż utrzymując na twarzy ten charakterystyczny dla biurowego Billy’ego uprzejmy wyraz twarzy. Szkoda tylko, że jego maniery kończyły się, gdy nie były one konieczne. Dość ironiczne, że ktoś tak brzydki wewnątrz miał tak nienaganną aparycję. Wilk w owczej skórze. Zachęcający do nawiązania kontaktu, wzbudzający zaufanie, wydający się być tak bardzo ludzki… Natura potrafiła być naprawdę przekorna.
Niemniej jednak owszem…. Nie pogardziłby pomocą jakiegoś mutanta, który byłby w stanie uleczyć go w mgnieniu oka. Dużo by dał za taki magiczny okaz. Prawie jak biały kruk wśród ich kolekcji. Ale to przecież się nie godziło! Cóż… Moralność była rzeczą względną, podobnie jak niemoralność. Po co mieć zasady, które tylko ograniczały? Wszystko co “inne” było dla członków GC abominacją. Dla niego już niekoniecznie. Bo wciąż GC pozostawało dla niego jednym ze środków do celu.
Chrząknął lekko, kręcąc głową od niechcenia. - Oh, każdy ma w czymś jakiś interes. - wzruszył lekko ramionami. - Miło jednak słyszeć, że twój nie jest w zaszkodzeniu mi. Warto nawiązywać przyjaźni, zamiast mieć wrogów. - Dość dobrze bawił się wypowiadając te słowa. Kto był wrogiem, kto przyjacielem? Zależało, w którym miejscu łańcucha pokarmowego się znajdowałeś.
- Hmmmm…. W zasadzie nigdy tak wiele nie miałem. - uśmiechnął się kącikiem ust. Oh, zdawał sobie sprawę z tego, że wiele akt nie było tak bardzo utajnionych jak powinny być. Jednak te jego nie ujawniały przecież tak wiele. Wręcz przeciwnie. Chłopak z biednego domu, wspomagany przez ciotkę. Wzorowy uczeń, dobry student, jego przełożeni w wojsku także wypowiadali się o nim w superlatywach. W aktach FBI niestety brakło już awansów, ale również nie były złe. Wręcz przeciwnie. Jego referencje były więcej niż dobre szczególnie ze względu na śmierć jego siostry z rąk mutanta. GC wiedziało gdzie szukać młodych, chętnych do jatki naiwniaków. Szkoda tylko, że wpadli na kogoś ze znacznie inną filozofią życiową, niż oczekiwali. Oczywiście, że wybrał GC. FBI go nie doceniało. Idioci dostawali awanse, bo mieli koneksje podczas, gdy on, znacznie lepszy w swoim fachu niż oni, był systematycznie pomijany. GC oferowało mu dobre pieniądze, a co więcej…. cóż zobaczył w tym szaleństwie jakąś metodę. Tacy fanatycy potrafili być niebezpieczni, ale dość łatwo było dostać się w ich łaski. Był sztandarowym przykładem tego jak GC ratuje ludzkie życie i oferuje nowe perspektywy dla zbłąkanych dusz.
W każdym razie na tle tych wszystkich wybitnych zapisków, znajdowała się wzmianka o dość dużej porażce. Mutanka, którą inwigilował przeżyła. Misja nie została ukończona, chociaż wciąż broniły tego informację jakie od niej systematycznie utrzymywał. Nikt przecież nie znał prawdziwej historii. - Oh, oni zawsze są blisko. Szkoda tylko, że w momencie, gdy ktoś z Bractwa znajduje się w ich rękach zwykle okazuje się niezbyt rozmowny. - powiedział z dezaprobatą. Oczywiście, że chciałby przynieść Zarządowi głowę Colleen Marie. Niestety, marsz odrobinę pokrzyżował mu szyki, wrzucając go do łóżka aż na tydzień i miał nie wrócić do terenu przez jeszcze jakiś czas. Miał jednak nadzieję, że jego chłopcy wciąż będą czegoś szukać, a wtedy przyprowadzą mu kogoś godnego uwagi. I może gdy w końcu on zapyta, dostanie odpowiedź.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Jane Atwell



I can feel the flames on my skin, crimson red paint on my lips. If a man talks shit, then I owe him nothing. I don't regret it one bit, 'cause he had it coming.

opętanie

75%

członek oddziału terenowego





name:

Safiya Janine Atwell

alias:
Sophie | Jane

age:
28 lat

height / weight:
178 / 65

Wysłany: 2018-05-22, 22:09   
   Multikonta: Cassie
  

   1 Rok na Giftedach!


- Prawdopodobnie już go załatwiłeś. - Stwierdziła lekko, wręcz nadmiernie niezobowiązującym tonem głosu, wzruszając przy tym ramionami, bo w końcu… Stwierdzała przecież tylko fakt, nie? W gruncie rzeczy, to nie powinno być raczej specjalnie zaskakujące. Nie trzeba było być mutantem, by wiedzieć, że istniało naprawdę wiele mocy, także medycznych, a eksterminatorzy niezmiernie rzadko zastanawiali się przed strzelaniem. - No. Albo ktoś inny z GC. Jest nas przecież spora grupka. - Powstrzymała się przed tym, by ostatnie słowo nie zabrzmiało zbyt źle, jednak w jej głosie i tak wyczuwalna była pewna prześmiewczość. Nie uważała tego jednak za coś nazbyt złego. Ot, nie musiała przecież godzić się z pewnymi rzeczami - na przykład naborem do organizacji - i dodatkowo miała już raczej daleko gdzieś, jak to zostanie przyjęte. Była na tyle dobra, aby nie bać się o wykopanie. I na tyle przyzwyczajona do nieustannego bycia pomijaną w nagradzaniu za zasługi, by nie obawiać się, że potencjalny awans umknie jej przed nosem, jeśli powie coś nie tak.
Gdzie się widzisz za dziesięć lat?
Cóż, pewnie nadal w tym samym miejscu, bo najwyraźniej jestem w nim niezmiernie przydatna.

Tak przydatna, że prawdopodobnie nawet pierwszy z brzegu sprzątacz, dopiero robiący jakieś uprawnienia i starający się o miejsce w szeregach Genetically Clean, mógł znacznie szybciej sięgnąć szczytu. A pozostawanie ciągle na jednej pozycji - owszem, sprawiało, że nie rzucała się zbytnio w oczy, była tylko szarym ludkiem z dostatecznie dużą ilością zdobytego zaufania tych zajmujących wyższe stanowiska, ale… Jednocześnie raczej nie wpływało zbyt dobrze na morale. Było za to niezmiernie gorzkie.
- Nie mówię, że nie mam go w czymś. - Wykrzywiła w górę kącik ust, posyłając Sandersowi spojrzenie spod uniesionych brwi, po którym po raz kolejny wzruszyła ramionami. - Po prostu nie w tym. - Kończąc, odchrząknęła dosyć znacząco, nie podejmując tego - jakże przecież ciekawego - tematu przyjaźni zamiast wrogości. Śmiała wręcz twierdzić, że na tym świecie nie istniało coś takiego jak przyjaźń. Wszystko oparte było na interesownych transakcjach. Co miała ta druga osoba - w sobie lub fizycznie - że była na tyle wartościowa, by warto było utrzymywać z nią bliższe kontakty? Czym innym to było, jak nie wymianą korzyści? Ludzie przypisywali temu jakąś specjalną wartość, czynili z tego coś wyjątkowego, a tak naprawdę? Przyjaciel miał większą siłę niż wróg i mógł wykorzystać ją dokładnie w ten sam sposób, co przeciwnik. Czy to było aż tak kuszące?
- Cóż, teraz z pewnością masz wszystko. - Stwierdziła bez mrugnięcia okiem, dodając po chwili nadzwyczaj przemiłym, kulturalnym głosem. - Prócz zdrowia, ale to też chwilowe. - Jak już wcześniej stwierdziła, ze wszystkich popaprańców najbardziej nie nie lubiła tego człowieka, jednak nie mogła zaprzeczyć, że jego skłonność do wyzbywania się wszelkich powiązań z przeszłością czy nadzwyczaj łatwego oddawania wszystkiego na rzecz awansów w GC były równie interesujące, co obrzydzające. Jednak sama przecież po części tak zrobiła, nieprawdaż? Ucięła więzi łączące ją z rodzicami, nie postanowiła utrzymywać kontaktów z rodziną, nie przyznawała się do pierwszego imienia… Wolała być kimś innym. Niekoniecznie lepszym, po prostu innym.
- Może dlatego, że wpierw strzelają, później pytają? - Zasugerowała z cieniem rozbawienia, akcentując słowo i uśmiechając się nieznacznie. Na kilka sekund, bowiem po nich ten uśmiech całkowicie zgasł. Zupełnie tak, jakby nigdy go nie było. - Tym razem są naprawdę blisko i myślę, że dobrze wiesz, co to oznacza. - Osobiście wolała nie wylądować gdzieś z tyłu i nie za bardzo widziało jej się oddawanie komuś blasku chwały, zwłaszcza że temu zawsze towarzyszyły także ciche sugestie, że można to było zrobić wcześniej... A Jane nie cierpiała bycia gorszą.
[Profil] [WWW]
  [B+]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-05-27, 22:50   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


- W takim razie słusznie. - odpowiedział rozbawionym głosem. Oh, szkoda że jeszcze nie wyciągnął z kieszeni podręcznego transparentu z napisem - “Ameryka zasługuje na genetycznie czystych obywateli”. W jego opinii byłaby to duża strata, ale nikt nie pytał o to mięsa armatniego, którym tak w zasadzie byli wszyscy terenowi pracownicy GC. Nie był ograniczonym wieśniakiem, który nie widział świata poza własną ideologią. Mutanci i gen X otwierali mnóstwo ciekawych perspektyw, niestety mu nie płacono za za ich otwieranie, a wręcz przeciwnie. Nie wdawał się tutaj z samym sobą w filozoficzne dysputy. Robił to za co dostawał pieniądze, gdyby zaoferowano mu ten sam pieniądz za ratowanie życia biednym mutantom czy też ich ochronę, pewnie robiłby właśnie to. Ale świat wyglądał tak, a nie inaczej, a on zaliczał się oficjalnie do zagorzałych przeciwników nosicieli aktywnego genu X.
Wykrzywił usta w szerokim uśmiechu, gdy stwierdziła że ma wszystko. Cóż… Dość zabawne było to, że chociaż miał coraz więcej, to wciąż nie można było określić, że miał wszystko. Nie miał bardzo wielu rzeczy, których chciał mieć, ale to nie znaczy wcale że z nich zrezygnował. Był cierpliwym człowiekiem. Można powiedzieć, że aż niebezpiecznie cierpliwym. On mógł czekać. Obserwować, wyczekiwać moment i wtedy brał sobie to czego pragnął. Nie było sensu szarpać się z losem czy z jakimiś z góry ustalonymi prawami. Prędzej czy później dostawał to czego pragnął, nawet jeśli osiągał to w dość upiorny sposób o czym mogła się przekonać biedna pani Sanders, którą Bill, jej ukochany syn obecnie się zajmował. Nawet zemsta smakowała znacznie lepiej po latach.
- Przecież nie naszą działką jest zadawać pytania. My dbamy o genetyczną czynność i pozbycie się jak największej ilości mutantów. Nie potrzebujemy prowadzić z nimi dialogów. - odparł jej. Chociaż osobiście również miał inne zdanie na tą kwestię. - Oznacza to, że powinienem się szczerze cieszyć z tak wielkiego sukcesu. W końcu świat będzie dzięki temu bezpieczniejszy.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Jane Atwell



I can feel the flames on my skin, crimson red paint on my lips. If a man talks shit, then I owe him nothing. I don't regret it one bit, 'cause he had it coming.

opętanie

75%

członek oddziału terenowego





name:

Safiya Janine Atwell

alias:
Sophie | Jane

age:
28 lat

height / weight:
178 / 65

Wysłany: 2018-05-28, 00:37   
   Multikonta: Cassie
  

   1 Rok na Giftedach!


- I właśnie dlatego nadal nie wiemy, gdzie jest ich siedziba... - Stwierdziła z uniesioną prawą brwią - idealnie wyskubaną i poprawioną, jak na kogoś, kto zazwyczaj wolał jednak nie bawić się w robienie kawuś i podawanie papierków, tylko znacznie bardziej brudne sprawy - nie przejmując się tym, że zabrzmiała może trochę nazbyt bezczelnie. Teoretycznie miała do czynienia z kimś ponad sobą, przynajmniej w wewnętrznej hierarchii organizacji, jednak była na tyle pewna siebie, aby znać własną wartość. Na ten moment, przynajmniej na ten moment, była potrzebna GC. Nie dostawała awansu, jednak nie mieli jej też wywalić. Zamiast zamilknąć lub zmienić temat, bezpardonowo dodała zatem jeszcze kilka kropli do tej potencjalnej czary goryczy kogoś, komu nadal nie wychodziło dorwanie najważniejszych jednostek w Bractwie.
- Kilka pytań, zadanych przy wykorzystaniu odpowiednich środków, nikomu by nie zaszkodziło… - To mówiąc, wykrzywiła usta w uśmiechu. Jakże uprzejmym i kulturalnym. - No, przynajmniej nikomu z Genetically Clean. - Uściśliła jeszcze znacząco, dodając. - Po co zadowalać się płotkami, gdy można złowić większą rybę? - Nie była dowódcą, nie siedziała w zarządzie, nie podejmowała decyzji, co do działań. I nie kwestionowała tych poczynionych przez Sandersa… A może jednak? A może jednak właśnie to robiła? Przysłaniając się woalką towarzyskości, miłej rozmowy poza bardziej oficjalną pracą, na swój sposób sugerowała mu robienie czegoś, czego ona sama nigdy by nie zrobiła.
Każdy dobry rybak wiedział, że niektóre ryby były zbyt małe, aby mieć z nich pożytek. Nawet jeśli brały na wędkę, nie warto było skupiać na nich swojej uwagi. Próby obrobienia ich zajmowały stanowczo zbyt dużo czasu, a włożony wysiłek nie był współmierny do ilości zdobytego mięsa. Czasami należało dać sobie spokój. Wypuścić płotkę, żeby zdobyć większą rybę. Może nawet, choć wykraczało to już poza wędkarskie porównania, puścić ją w taki sposób, aby sama doprowadziła do smaczniejszego łupu. Puścić młode z Bractwa do ich nieoficjalnej matki. Pozwolić im się do niej doprowadzić…
Oczywiście, to wykraczało jednak poza główną zasadę GC, jaką było wspomniane strzelanie, a nie pytanie. Janine była prawie pewna, że nie spotkałaby się z entuzjazmem, gdyby powiedziała, co o tym myślała. Nawet jeśli jej plany miały sens, puszczanie mutantów wolno nie należało przecież do tego, co robili członkowie Genetically Clean. Nie, oni wybijali dosłownie wszystkich. Bez większego zawahania, bez pytań, bez wątpliwości, bez bardziej cwanego planu. Zresztą… Jakby nie powiedziała, w tym także była pewnego rodzaju logika. Im wolniej działali, tym więcej z tego mieli, mogąc dłużej korzystać z zasobów finansowych organizacji. A to? A to już aprobowała. Bez dwóch zdań.
- Oczywiście, tak czy siak, to wielki sukces... - Odpowiedziała, tak naprawdę wcale tak nie myśląc. Nie chodziło jednak o to, co faktycznie sądziła, a o grę pozorów. A ta wychodziła im obojgu nad wyraz znakomicie, prawie bezbłędnie...
[Profil] [WWW]
  [B+]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-05-29, 14:05   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Milczał przez chwilę, słuchając jej słów. - W takim razie szkoda, że nie ty zajmujesz się prowadzeniem przesłuchań i pracą w terenie. - odpowiedział jej, gdy zamilkła. Nie mogąc mimo wszystko opanować tego nieco prześmiewczego tonu. - Jestem pewny, że Vera byłaby bardzo zawiedziona tym, że nie doceniasz jej metod. Jest bardzo staranna jeśli chodzi o przesłuchania. - dodał, obracając szklankę w dłoni. - Na miejscu jakiegokolwiek mutanta, nie zrobiłbym wszystko by tylko nie trafić w jej ręce. - Jedni byli bardziej rozmowni, drudzy mniej… Niestety, najczęściej ci, którzy wiedzieli więcej, byli też znacznie bardziej lojalni niż przypuszczała Neuman i mimo jej niezwykłej sile perswazji, nie dowiedzieli się jeszcze niczego ciekawego. Co nie przeszkadzało im jednak w dotychczasowych obowiązkach. W końcu zabawianie się z płotkami ostatecznie także przynosiło jakieś profity. Czyż dzięki temu ich szefowa nie została okrzyknięta bohaterką narodową? Zabiła dziecko. Nic nie znaczące dziecko. Zbiła zaledwie małego pionka, a wszyscy uważali ją za jakąś heroinę.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 5