Poprzedni temat «» Następny temat
Trail's End Motel
Autor Wiadomość
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-05-06, 20:12   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


On również nie lubił myśleć o rzeczach, które stracił. Popełnił karygodny błąd, pozwalając sobie na przywiązanie się do niej. Powinna być tylko zadaniem, a stała kimś znacznie więcej. Kimś kto mógłby być dla niego najważniejszy, gdyby centrum jego wszechświata nie był on sam. W pewien sposób tego żałował. Gdyby nie zaczęłoby mu na niej zależeć wszystko byłoby łatwiejsze. Doprowadziłby wszystko do końca, zadania byłoby wykonane, a on nie oglądałby się z wahaniem za siebie, zastanawiając się aby na pewno podjął dobrą decyzję. Musiał w to wierzyć. Musiał mieć pewność, że postąpił wtedy dobrze, bo inaczej wszystko co robił teraz nie miało żadnego sensu. W utrzymaniu tego stanowiska wcale nie pomagało to co powiedziała wcześniej, że byłaby mu w stanie wybaczyć. Naprawdę nie chciał tego wiedzieć. Nie chciał mieć świadomości, że wszystko mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej. Wolał swoje proste, dotychczasowe życie. Wypełnione pracą, drogimi drobiazgami i pięknymi kobietami. Uczucia tylko wszystko komplikowały. Ponowne zbliżanie się do niej było czystym szaleństwem. Z jednej strony najzwyczajniej w świecie tego chciał. Nie potrafił w tym momencie myśleć o niczym innym, ale z drugiej strony wiedział jak bardzo jest to nierozsądne. Nawet jeśli mimo tak wielu sprzecznośności, właśnie w tym momencie wydawało mu się, że wszystko jest na swoim miejscu. Ale nie było. To było tylko kolejne kłamstewko, którym się karmił. Okłamywał ludzi dookoła siebie, ale również i samego siebie.
Spojrzał na nią. - Bo tak już po prostu jest, Cassie. Źli ludzie wygrywają. Dobrzy umierają. Nie ma sprawiedliwości i nie będzie. Albo weźmiesz ją sobie sama albo zaakceptujesz to, że świat jest po prostu jaki jest. - powiedział spokojnie, starając przebić się przez szum wody, chociaż wątpił, żeby miała problem z usłyszeniem go. Była stanowczo za blisko. Nie wiedział jak to jest, gdy ktoś odbiera ci cel. Gdy zdajesz sobie sprawę z tego, że już od dawna takiego nie masz. Niektórzy tchórzyli, targali się na własne życie. Sądził, a może bardziej miał nadzieję, że Cassandra jest zrobiona z twardszego surowca. Nie była porcelanową lalką. Musiała się tylko czegoś złapać. Coś co będzie trzymało ją wystarczająco długo na powierzchni, by znów zaczęła płynąć. - Przestań się mazać i zacznij to kontrolować. - powiedział, zadziwiająco łagodnie, a nawet czule, chociaż to co powiedział wcale tak nie brzmiało. Nie chciał jej zrobić krzywdy czy szydzić z niej. Chciał, żeby przestała się poddawać. Nawet jeśli jej złość miała się obrócić w jego stronę.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-05-06, 21:15   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Paradoks - wielokrotnie miała z nim do czynienia i uznawała za niego naprawdę sporo sytuacji, ale żadna z nich nie była chyba tak groteskowa i surrealistyczna jak ta tutaj. Wiedziała, co zrobili sobie nawzajem z Sandersem, ale nadal nie umiała całkowicie przekreślić tego, co kiedyś mieli. Wręcz przeciwnie, pozwalała wspomnieniom fałszywego szczęścia przejąć kontrolę nad emocjami i uczuciami, rozklejając się w ramionach swojego najgorszego nieprzyjaciela. Przeczuwała, że później miała tego srogo żałować. Wiedziała, że to było złe, a jednak to robiła. Sparzenie się było bolesne, ale same płomienie, prócz chwilowego ogrzewania, hipnotyzowały...
- Naprawdę myślisz, że to takie proste? - Nie miała ochoty uśmiechać się z cierpkością, nawet jeśli jej słowa zabrzmiały trochę gorzko. Tak naprawdę czuła się jednak zbyt przytłoczona tym wszystkim, aby zwracać się do niego z sarkazmem czy politowaniem. To był przecież jego punkt widzenia. Może nie świetny, ale na swój sposób święty dla Sandersa. Przynajmniej tak mogło wynikać z postawy mężczyzny, zważywszy na to, że chyba nigdy nie widziała, aby cokolwiek tak po prostu akceptował. Nie z rzeczy, jakie zdecydowanie mu nie pasowały.
- Zawsze bierzesz to, czego chcesz? - Spytała powoli, posyłając mu przybite spojrzenie. Może i ona należała do ludzi, którzy chcieli mieć ciastko i zjeść ciastko, ale nieczęsto udawało jej się to zrobić. Być może właśnie przez to, że częstokroć wolała odpuścić, nie zaś bić się z losem. O ironio, prędzej czy później i tak była do tego zmuszona, gdy odzywała się w niej ta nazbyt idealistyczna cząstka. Skupiająca się nie tyle wokół ratowania całego świata - Cassandra zawsze była w pewnym sensie egoistyczna, nawet jeśli teoretycznie walczyła teraz o ważną sprawę - co jego niewielkiej części. A gdy w tym zawodziła, zwłaszcza po raz kolejny... Było źle. I potrzebowała, naprawdę potrzebowała tego nakierowania jej na właściwy tor, powiedzenia, że wszystko będzie dobrze.
Nie dostała tego.
Ale przecież sama tak chciała, czyż nie? Oczekiwała ograniczenia dalszych gierek, fałszu, udawania. Nawet jeśli wiązało się to teraz z całkowitym brakiem pocieszenia, na które skrycie tak bardzo liczyła, przynajmniej jej nie okłamywał. Nie kreował się już dłużej na osobę, jakiej potrzebowała. Wręcz przeciwnie, te dosadne - choć z pozoru miękko wypowiedziane - słowa nadzwyczaj pasowały do tego Billy'ego, którego miała okazję poznać po tym, jak kurtyna już opadła. I nagle... Wszystko było już dużo bardziej jasne. Dając się zwieść klimatowi, nostalgii czy własnym wspomnieniom, podświadomie sądziła, że to właśnie tego przeszłego głaskania po główce tak bardzo potrzebowała. A wcale tak przecież nie było.
- Aye aye, sir. - Mruknęła markotnie, wiedząc o tym, że prawdopodobnie powinna się odsunąć i tym samym zakończyć ich niezręczną rozmowę. Nie zrobiła tego. Gdzieś wewnątrz naprawdę nie chciała, by to się kończyło. Nawet jeśli wcale nie czuła się lepiej, to... Nie czuła się też gorzej. A to miało przecież naprawdę spore znaczenie, choćby oznaczało, że sama karmiła się złudzeniami.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-05-08, 11:41   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


- To nie jest wcale takie proste. - wzruszył ramionami. - Ciężko to zaakceptować, ale gdy już to zrobisz wszystko nagle staje się dużo łatwiejsze. - odpowiedział jej. Gdyby gdzieś tam istniała jakakolwiek sprawiedliwość życie obojga wyglądałoby zupełnie inaczej. Gdyby tak naprawdę istniał podział na dobrych i złych, i faktycznie miało jakieś przełożenie na rzeczywistość, a kara spotkałaby tych, którzy postępują nieprawie… Wtedy wszystko było inaczej, a jednak nie było. Nie istniał żaden podział. Wygrywali silniejsi lub ci, którzy po prostu urodzili się z ze szczęśliwym bonem na loterii. I szczerze powiedziawszy mu też to nie do końca pasowało. W idealnym świecie nie musiałby wypruwać sobie żył, ani robić niektórych rzeczy, żeby nadrobić opóźnienia w wyścigu, które zafundowali mu rodzice. Nie było równości, ani sprawiedliwości. Nie było sensu z tym walczyć, buntować się. Każdy musiał robić to co do niego należało, a jeśli Cassandra pragnęła w swoim życiu jakiejś sprawiedliwości… Niestety, ale musiała wymierzyć ją sama albo znaleźć kogoś kto również jej pragnął.
Lekki uśmiech wykwitł na jego ustach. - Owszem. Jeśli sam sobie czegoś nie wezmę, nie dostanę tego w prezencie. - odpowiedział jej, unosząc wysoko brwi. Być może była to jedna z tych niewielu przydatnych rzeczy, które wyniósł z domu. Rzadko kiedy dostawał coś w prezencie, a jeśli już okazywało się to kompletnie dla niego niewystarczające. Nauczyło go to jednak walczenia o swoje. Nie lubił się poddawać, nie leżało to w jego naturze. Jeśli czegoś chciał sięgał po to, nawet jeśli musiał zostawić za sobą kilka trupów.
Może właśnie jej słowa uświadomiły mu, że właśnie taki był. Brał to czego chciał. Czasami nie przejmował się konsekwencjami, ani tym co się stanie później. Wiedział, że być może będzie tak żałował, ale dlaczego to miałoby go powstrzymać? Ujął ją za podbródek i zbliżył się do niej na tyle, by móc w końcu sięgnąć po jej usta. Szczerze powiedziawszy myślał o tym niezliczoną ilość razy odkąd znalazła go nieprzytomnego. Gdy opatrywała jego rany, mówiła o tym kim dla niej wtedy był czy też nawet gdy się na niego wściekła. Teraz, gdy jej włosy zrobiły się wilgotne od pary i muskały jego nagą skórę. Co miało go w tym momencie powstrzymywać? Zdrowy rozsądek? Powinien się zastanowić nad tym, gdy półtora roku temu nie wykonał swojego zadania. Może zasługiwał chociaż na taką korzyść z tego. Jeden, głupi pocałunek. Dokładnie to czego chciał. Może mógł mieć ciastko i zjeść ciastko, chociaż przez chwilę. Przycisnął jej twarz do siebie, wplątując dłonie w jej włosy. Ten ruch zabolał, ale było warto. Smakowała łzami i krwią, chociaż może to był jego smak.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-05-08, 14:45   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Chociaż to miało być swego rodzaju pocieszeniem, nie chciała wierzyć w słowa Billy'ego. Wolała nie myśleć o tym, jak prosto było ponoć przyzwyczaić się do robienia niewłaściwych rzeczy, choć... Rzeczywiście - miała obok siebie żywy dowód na to, że z czasem najwyraźniej nie tylko wyzbywało się wątpliwości czy poczucia winy, a także zaczynało twierdzić, iż tak było zdecydowanie lepiej. Może jeszcze, gdzieś tam naprawdę głęboko, zachowała na tyle znaczące ilości idealizmu, aby woleć nadal twierdzić, że nic nie pozostawało bez konsekwencji. Jeśli zabierało się coś siłą, wręcz wydzierało życiu, jakaś karma musiała przecież wracać. Inaczej... Jaki to miałoby sens?
- Nawet jeśli to akceptujesz... - Nie miała najmniejszych możliwości, że tak było. Pokazywał to całym sobą, choćby właśnie jakiś czas wcześniej. - Nigdy cię to nie męczy? Ani trochę? - Ciągła walka o ochłapy tego, co uznawało się za sprawiedliwość - czy to wobec siebie, czy innych - nie mogła być tak banalna. Nawet coś prostego, nabierającego łatwości dziecinnej zabawy, na dłuższą metę zaczynało wadzić. Było męczące, dobijające, nie pozostawiało pola na jakąkolwiek radość z czystego przypadku... Bo nie było tam miejsca dla losowości. Skoro wszystko brało się samemu, na siłę, tym gorsze musiały być momenty, w których traciło się panowanie nad własnym życiem. Wszystko miało swoje plusy i minusy.
- Przykro mi. - Burknęła, bo - tak prawdę mówiąc - zupełnie nie wiedziała, co powinna powiedzieć. Podobne podejście było... Autentycznie smutne, zwłaszcza gdy było się w stanie, w jakim ona pozostawała już od kilku minut. To już zdecydowanie nie było pocieszające, pokrzepiające czy podnoszące na duchu. Nie mobilizowało do tego, aby brać los w swoje ręce. Było po prostu przykre, zwłaszcza że wiedziała, iż tym razem nie kłamał. Nie miał powodu, by to robić. I właśnie dlatego wydawało jej się to takie przygnębiające. Kolejna kropla do czary goryczy, nawet jeśli teoretycznie nie powinno jej to obchodzić.
Być może mogła udawać, że tak nie było i że miała wszystko głęboko gdzieś. Przez większość czasu nie było trudno. Czasami nawet udawało jej się to robić przed samą sobą, jednak były to raczej dosyć krótkie, ulotne chwile, po których przychodziło nieprzyjemne otrzeźwienie. Nie chciała czuć się w ten sposób. To zdecydowanie w niczym nie pomagało, tylko utrudniając jej życie. Problem w tym, że nie tylko nie wiedziała, jak mogła się od tego odciąć. W głębi duszy... Wcale nie chciała tego robić, czego dowodem była właśnie ta chwila.
Nie mogła powiedzieć, że się tego spodziewała. Nie, pomimo wcześniejszego dotyku i ścierania łez z jej policzków, czy choćby milczącego wykonania prośby, nie przewidywała takiego obrotu spraw. Nie to, by o nim nie myślała... Poza chwilami, w których pożerały ją wyrzuty sumienia, gdzieś tam cichuteńko brała pod uwagę własne niewłaściwe myśli. Nie dawała im jednak przejąć kontroli, zwłaszcza że atmosfera była już i tak wystarczająco pogmatwana. W pewnym stopniu osobista, dosyć mocno ciężka, napięta w ten nieokreślony sposób. To, czego chciała, a to, co było właściwe... To były dwie całkiem różne rzeczy. A ona nie przywykła do brania tego, czego pragnęła. Nie w tak otwarty, bezpośredni sposób.
To nie była kwestia ułamka sekundy. W stanie, w którym oboje byli, podobne zamierzenia dawało się dostrzec odpowiednio wcześnie, aby odsunąć się czy zaprotestować. Cassandra tego nie zrobiła. Skoro już i tak wszystko jej się sypało... Czemu miałaby uciekać? Chciała tego... Więc to brała. I rzeczywiście - kiedy już to się stało, niezmiernie łatwo było posunąć się nieco dalej, odpowiadając muśnięciem warg. Bez żalu, przynajmniej w tym momencie. Opierając dłoń na szyi Billy'ego, pogłębiła pocałunek, pozwalając sobie się w tym zatracić.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-05-09, 22:27   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


To nie tak, że urodził się przecież zły. Billy lubił myśleć o tym, że po prostu jego przeszłość ukształtowała go w taki, a nie inny sposób. Być może w pewny sposób był zbyt słaby, by pozwolić sobie na poczucie winy i stawanie twarzą w twarz z konsekwencjami własnych uczynków. Dlatego tak mimowolnie nabrał zwyczaju tłumaczenia sobie swoich występków. Nie wybielał swojej osoby, jedynie szukał jakiegoś wyjaśnienia, które byłoby wymówką dla jego czynów. To pozwalało mu zasnąć, chociaż nawet jego nie opuszczały złe sny.. Musiał robić to co robić, bo właśnie taki był świat, a on miał wybór - albo być łowcą, albo zwierzyną. Jeśli chciał coś znaczyć w wojsku - musiał strzelać, nawet jeśli jeszcze wtedy dość sprawnie działające sumienie podpowiadało, że nie powinien. Musiał znaleźć sobie jakąś wymówkę, bo inaczej by zwariował, gdyby zdał sobie sprawę z tego co robił.
Dlatego Cassandra uderzyła w czułu punkt. Chrząknął krótko, marszcząc mocno brwi. - Owszem. Męczy mnie to. Jak wiesz również nie sypiam zbyt dobrze, ale to nic nie zmienia. - pokręcił głową. Wyrzuty sumienia jakie zdarzało mu się podświadomie odczuwać, nie miały większego wpływu na decyzję jakie podejmował. To była ciemna strona tego co robił. Ale był w stanie z tym żyć, był w stanie jakoś funkcjonować. Ostatecznie wiedział, że to nie miało żadnego znaczenia. Zwykła ludzka słabość, a on takowe starał się kontrolować.
- Niepotrzebnie. - odpowiedział. Gdyby mógł wybrać lepsze dzieciństwo, lepszy start, gdyby nie musiały przed nim stać tak ciężkie wybory jak do tej pory… Z chęcią wybrałby tą opcję. Chociaż odczuwał wielki żal, to również był w stanie zaakceptować. Nie dostawał nic w prezencie, ale to sprawiło, że był właśnie taki jaki był. Nie poddawał się. Nie załamywał. Zawsze parł do przodu, bo już od samego początku nie było mu łatwo. Więc nie było mu w pewien sposób przykro z tego powodu. Zahartował się, a żeby przeżyć w takim świecie trzeba było mieć twardą skórę.
Gdy poczuł, że odpowiedziała na jego pocałunek, przygarnął ją do siebie, przyciągając jak najbliżej siebie. Poczuł ból w klatce piersiowej, ale nie przestał. W tym momencie miał wrażenie, że nic nie będzie w stanie go zatrzymać. Naparł na jej ciało, przyciskając jej ciało do ścianki, a potem do podłogi. Każdy ruch wiązał się z bólem, ale nie chciał przestwać. Przynajmniej póki prawie, że wrząca woda nie zaczęła wylewać się z wanny i nie spotkała się z jego skórą. Dopiero wtedy odsunął się od niej oddychając głęboko. Sam nie wiedział czy to ze względu na to, że całując ją zapomniał oddychać czy przez przenikliwy ból w klatce. Dłonią odgarnął włosy z jej twarzy. - Chodź ze mną. - mruknął cicho. Niestety, ale chyba oboje wiedzieli, że niczego dzisiaj już tego nie będzie, ale nie chodziło mu o to. Chodziło mu o nią. Blisko niego. Tylko dzisiaj, tylko tego wieczora.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-05-10, 00:20   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


W innych okolicznościach zapewne głębiej zastanowiłaby się nad znaczeniem słów Billy'ego. Być może nawet wzięłaby to znacznie bardziej do siebie, uznając jego wypowiedź za coś w rodzaju bardzo personalnego pstryczka, wytknięcia niekoniecznie przyjemnych spraw. Gdyby nie sytuacja, w której się znaleźli, te wszystkie wyjątkowo opiekuńcze gesty czy ton głosu mężczyzny, mogłoby być całkowicie inaczej - gorzej. Wiedziała w końcu, że teoretycznie nie powinna aż tak wiele wiedzieć o jego snach.
Owszem, osoby będące ze sobą przez jakiś czas w bliższym związku, sypiające w jednym łóżku, mieszkające we wspólnym mieszkaniu, cóż, wiedziały… Jeśli tylko miały oczy, uszy i odrobinę wyczucia, zdawały sobie sprawę z gorszych dni i nocy, jednak z pewnością nie były w stanie posiąść wiedzy podobnej do tej, jaką zdobyła Cassandra. Wcale nie chcąc tego robić - obecnie nawet czasem zastanawiając się, jakby to było, gdyby nigdy nie dowiedziała się o prawdziwych intencjach Sandersa - ale nie mogąc się temu zbytnio przeciwstawić. Wtedy tym bardziej nie panowała nad własnym skakaniem, teraz było już odrobinę lepiej.
Jej zdolności nie były dobre czy przyjemne. Przydawały się, fakt, ale wszystko miało swoją cenę. Dlatego nie lubiła o nich mówić ani słuchać wspominek z nimi związanych. Tym razem nie były one jednak tak krzywdzące, jak mogłyby być. Wręcz przeciwnie, lekko pokiwała głową, przyznając tylko, że - istotnie - wiedziała. Nie zamierzała się tym z nikim dzielić, nie była w stanie powiedzieć, na ile było to aktualne - między innymi dlatego zadała mu tamte pytania - ale nie mogła zaprzeczyć. Zamiast słownego przyznania racji, z jej ust wydobyło się jednak krótkie:
- Nie. - Potrząsając ramionami, skrzywiła się lekko, kiedy dosyć wyraźnie poczuła, że jej zraniony bok zdecydowanie był na swoim miejscu, ale… Z dwojga złego, ból fizyczny był łatwiejszy do przełknięcia niż psychiczny. Owszem, sprawiał, że odruchowo się marszczyła, plując jednocześnie kosmykami włosów, które miała już teraz nie tylko w oczach, lecz także w ustach. Owszem, przypominał jej o tym, co go spowodowało. Owszem, na moment ją otumaniał, jednak dało się go jakoś wytrzymać. W przeciwieństwie do natłoku emocji, jakim ostatecznie się poddała. Nawet teraz, już po dłuższej chwili od najgorszej sceny, będąc w częściowej rozsypce.
- Nawet nie wiesz, jakie to ma znaczenie. - Dopowiadając, wbiła spojrzenie w oczy mężczyzny, przez dłuższą chwilę zupełnie się po tym nie odzywając. Nie zamierzała dopowiadać. W gruncie rzeczy, jedno było pewne. Tak, wyrzuty sumienia były istotne, ponieważ dawały swego rodzaju nadzieję. Nieistotne, jak źle by to nie zabrzmiało, poczucie winy było wyjątkowo ludzkie. To jego brak byłby najgorszy. Nawet jeśli nie miało to zatem jakiegokolwiek wpływu na ich relację - a przynajmniej nie powinno mieć - bo nie było już, czego w niej zmieniać… Zawsze chodziło o jakieś światełko w tunelu.
- Skąd wiesz. - Była zdania, że tak naprawdę nie istniało zbyt wiele całkiem niepotrzebnych reakcji emocjonalnych i towarzyszących im gestów. Nawet te złe na coś się przydawały. Co dopiero mówić o czystym współczuciu, które także w jakiś sposób neutralizowało ich obecny konflikt. Nie, nie było dobrze, jednak - o dziwo - wrogość i uraza nie wyparły troski, jaką odczuwała wobec Billy’ego. Stłamsiły ją, przytłumiły, ale nie wykrzewiły. Nadal się przejmowała…
Być może nawet trochę zbyt mocno, jak na kogoś, kto powinien być obojętny. Jej reakcje wręcz temu przeczyły. Ktoś w miarę neutralny nie czuł się w ten sposób. Nie łomotało mu - już wcześniej wyjątkowo mocno bijące - serce i nie błyszczały oczy. I zdecydowanie nie poddawał się atmosferze w sposób, w jaki ona to robiła. Spragniona zachłannych, wygłodniałych pocałunków, jakich nie wymieniała z nikim innym. Ignorując jakikolwiek ból, sama także przysunęła się znacznie bliżej - tak, że nie tylko nie istniał już praktycznie żaden dystans. Tak, że - gdyby tylko mogła - zmniejszyłaby go jeszcze bardziej. Nie kryła się z tym, chciała zapomnieć się w ten sposób. Nie z kimkolwiek. Z tym konkretnym człowiekiem. Od bardzo dawna nie chciała kogokolwiek, nawet nie do końca zdając sobie z tego sprawę.
I zdecydowanie nie chciała otrzeźwienia, jakie samo do nich przyszło. Wraz z gorącą, parzącą wodą, która raczej nie przyniosła oczekiwanego efektu. Wręcz przeciwnie, Cass roześmiała się cicho, nadal nie czując się tak, jakby robiła coś niewłaściwego. Nie. Po raz pierwszy od dawna, było lepiej.
- Dobrze. - Odpowiedziała cicho, już w połowie słowa tracąc oddech, przez co szept był jeszcze słabszy. O ironio, to właśnie ta cichość budowała jednak atmosferę, ten specyficzny klimat porównywalny do snu. Zupełnie tak, jakby nic z tego nie było w pełni realne. Być może to właśnie tego rodzaju odrealnienie sprawiło, że nie zastanawiała się zbytnio nad własnymi posunięciami. Chciała, więc brała. Ten jeden raz, nawet jeśli ostatecznie nie miało z tego wyniknąć nic więcej, prócz ciepła i pocałunków. To było wystarczające.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-05-14, 18:15   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Może i dobrze, że nie chciała się tym z nim dzielić. Było to czymś w rodzaju jego słabości. Przecież każdy jej posiadał, ale Billy wyjątkowo mocno nie lubił się przyznawać do ich posiadania. Nie chciał też zbytnio się obnażać, pokazywać swoje słabe strony. Nie chciał zaakceptować tego, że w gruncie rzeczy jest taki sam jak miliard innych ludzkich istnień. Wciąż męczyły go te same problemy, wciąż nie potrafił poradzić sobie z pewnymi rzeczami, a jednak wcale nie był zranionym zwierzęciem. On wyjątkowo dobrze radził sobie ze swoimi słabościami, ukrywając je przed światem. Bliskość, którą dzielił kiedyś z Cassie mimowolnie obnażyła to przed nią, mogła to dostrzec, jeśli tylko potrafiła czytać między wierszami. Nie chciał tego, nie to było jego celem, podobnie jak nie to, żeby stała się dla niego w jaki sposób ważna, ale nie dało się tego w żaden sposób cofnąć. Może zdolny był do bycia ludzkim. Może mimo wszystko wciąż taki pozostał, ale zdolny był również do czynów, które charakteryzowały człowieka pozbawionego człowieczeństwa.
Spojrzał na nią krótko, gdy stwierdziła, że to ma jakieś większe znaczenie. To nic nie zmieniało, bo ostatecznie to Billy nie miał zamiaru niczego zmieniać, a przynajmniej nie tego. - To tylko ograniczenia. One nie mają znaczenia. - odpowiedział jej i mogła go za to nienawidzić, ale właśnie taki był. Właśnie w taki sposób na to patrzył. Nie pozwalał sobie, żeby cokolwiek stawało mu na drodzę do osiągnięcia tego czego pragnął, nawet jeśli tym kimś momentami mógł być on sam. Z podjęciem takiej decyzji musiał się zmierzyć półtora roku temu i jeśli był w stanie to poświęcić, był w stanie poświęcić naprawdę wiele.
Chyba oboje potrzebowali otrzeźwienia, bo przecież nie mogli sobie w obecnej sytuacji nie mogli pozwolić sobie na zbyt wiele. W tej chwili uświadomił sobie, że w pewien sposób cholernie za tym tęsknił. Zawsze chciał więcej i więcej, ale w takim momentach trudno było nie uświadomić sobie, że w jego wypadku te “więcej” wcale go nie zadowalało. Jedynie wypełniało pustą przestrzeń, chociaż ostatecznie o poranku pościel po drugiej stronie łóżka wciąż biła beznamiętnym zimnem, nawet jeśli ktoś tam był. Pierwszy raz od dawna czuł, że w tej ziejącej pustką dziurze w piersiach wciąż coś jest. To było złe uczucie. Nieodpowiednie. Niedopuszczalne, a jednak poczuł ulgę, gdy zgodziła się. Nie było łatwo odzyskać równowagę, wrócić do pozycji stojącej. Zapewne ani jemu, ani jej. Trzymając ją za dłoń chwiejnym krokiem trafił do łóżka, na które opadł stanowczo zbyt ciężko, czując przy tym kolejny atak bólu.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-05-14, 19:13   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


- Gdyby nie ograniczenia, nic nie byłoby bezpieczne. - Odpowiedziała niemal bez zastanowienia. Czy się z nią zgadzał, czy nie, jakiekolwiek bariery psychiczne i emocjonalne naprawdę miały duże znaczenie. Nie tylko związane z tymi bardziej pozytywnymi odczuciami, jakąś cichutką nadzieją na to, że nie miała do czynienia z całkowicie nieludzką osobą. Gdyby nie pewne wewnętrzne blokady, świat byłby naprawdę mrocznym i paskudnym miejscem. Jeszcze gorszym, niż w tej chwili, choć już i tak nie było przecież dobrze.
Ostatnie wydarzenia sprawiły, że nie musiała już nawet opierać się na fikcji, opowiadaniach czy filmach utrzymanych w tych klimatach, aby to wiedzieć. Zwłaszcza że rząd ich własnego kraju nieustannie pokazywał, że i tak dało się w znacznym stopniu pokonywać te hamulce, robiąc coraz to coraz okrutniejsze rzeczy. Co byłoby zatem, gdyby nie towarzyszyły temu jakiekolwiek wyrzuty sumienia? Gdyby każdy mógł spać po tym całkowicie spokojnie? Nie przejmując się tym, do czego posunął się za dnia? To byłaby najprawdziwsza jatka.
Im dłużej o tym myślała - a przecież zazwyczaj miała na to aż nazbyt wiele czasu; nawet jako sanitariuszka, nie musiała nieustannie skupiać się na tych produktywnych zajęciach - tym do większej ilości wniosków dochodziła. O ironio, w tym momencie tak naprawdę aż tak bardzo nie obchodził jej wpływ wyrzutów sumienia na zachowanie ogólnego otoczenia.
To, czy Louanne miała bić się z myślami po tym, co zrobiła, nie miało znaczenia. Bo nie przywracało Lizzy życia. Wewnętrzne ograniczenia nie zadziałały, nie powstrzymały morderczyni przed strzałem. Choć Cassandra wyjątkowo mocno liczyła na to, że Marie-Henning już nigdy nie zaśnie po tym spokojnie, doprowadzi swój organizm do wyczerpania, a siebie do szaleństwa... To były tylko niezbyt pobożne życzenia.
Ciekawe, czyż nie? Potencjalne wyrzuty sumienia Lou - lub też ich prawdopodobny brak - nie zmieniały niczego w oczach Gardner, ale zbliżone wyrzuty sumienia Billy'ego... Już coś robiły. Ich brak też by zresztą wiele zrobił, jednak w tym momencie miała wrażenie, że nie wywarłby na niej aż takiego wrażenia. Na pewno nie wdałaby się w rozmowę o tym, jakie znaczenie miały te ograniczenia. Liczyły się. Szczególnie wobec tego, co zrobiła później. Zmiękła i chwilowo wcale jej to nie wadziło.
Z początku nieco wahała się przed przerwaniem ciszy. Gdy już podniosła się z Billym z kafelek, robiąc to dosyć chwiejnie i niezbyt wdzięcznie, żeby nie powiedzieć - po prostu pokracznie... Trzymała usta zamknięte, przełykając tylko ślinę. Czuła się zadziwiająco dobrze, zaskakująco w porządku, ale miała także wrażenie, że było to dosyć złudne. Zupełnie tak, jakby każde posunięcie mogło znowu przywrócić ten wyjściowy, kompletnie beznadziejny stan. Zarówno psychiczny, jak i pomiędzy nimi. Nie chciała też zastanawiać się zbytnio nad własnymi poczynaniami.
To był w końcu jeden wieczór, do niczego innego nie miało dojść, więc mogła odpuścić. Potrzebowali tego, sama chciała znowu poczuć się dobrze. Nie musiała zresztą nawet tego sobie wyjaśniać ani tym bardziej przed kimkolwiek się tłumaczyć. Więc przestała. Opadając na łóżko obok mężczyzny, przez chwilę w milczeniu gapiła się na zaciemniony sufit, ściskając jednocześnie dłoń Sandersa. A potem przysunęła się bliżej, zdrowym bokiem przylegając do jego boku.
- Idź rano do lekarza. - Mruknęła, dotykając nosem jego szyi i wtulając w nią policzek.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-05-19, 13:38   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Owszem. Miała rację. Jednak w jego wypadku to się nie sprawdzało. Podczas gdy inni owe ograniczenia mieli, on na tym po prostu korzystał. Wykorzystywał to, że inni mieli skrupuły, że ograniczało ich jakieś pojęcia dobra czy zła. On nie chciał się zamykać w takim hermetycznym świecie, podczas gdy mógł korzystać na słabościach innych. Jednak właśnie pod tym względem nie był wcale tak bardzo różny od większości społeczeństwa. Jego czyny również sprawiały, że czasami nie mógł zmrużyć oka w nocy, mimo wszystko nie szukał odkupienia. Bo tak naprawdę nie widział w tym żadnego sensu. Żeby poczuć się lepiej z samym sobą? Już teraz czuł się całkiem nieźle. Nie musiał tego robić. Nie chciał. Nie potrzebował tego. Dobrzy ludzie cierpieli, bo tacy ludzie jak on wspinali się, depcząc po ich trupach. Za nic nie chciał znaleźć się po drugiej stronie tego równania. Może też dlatego potrzebował pozbyć się Cassandry ze swojego życia. Nie chciał, żeby ktokolwiek go przy trzymał. Jak samolubnie by to nie brzmiało, a jednak właśnie taki był.
To było bardzo nietypowe dla niego, aby w jego łóżku leżała kobieta, a on nie miał zamiaru nic z tym robić. Owszem. Gdyby nie jego opłakany stan pewnie inaczej by się to wszystko potoczyło, ale z drugiej strony chociaż bardzo tego żałował, wciąż fakt, że tutaj była okazywał się po prostu wystarczający. Chciał jej tutaj. Chciał czuć ciepło bijące od jej ciała, mieć świadomość że gdy otworzy oczy, ona wciąż tutaj będzie. Momentami przy niej pozwalał sobie na bycie dość sentymentalnym.
Zacisnął dłoń na jej ręce i podobnie jak ona milczał. Nie potrzebowali słów. Gapienie się w sufit całkowicie mu wystarczało. Przez chwilę wydawało mu się, że uda mu się zasnąć, ale Cass zbliżyła się do niego, opierając się o jego bok. Skrzywił się lekko, bo jego klatka piersiowa była w tym momencie dość wrażliwa na najmniejszy nacisk. Miał wrażenie, że po tych wszystkich czynnościach, które wykonywał, teraz nie będzie w stanie ruszyć się nawet o centymetr. - Jasne. Wezwę kogoś jak tylko to wszystko ucichnie. Nie mogę być kojarzony z marszem. - mruknął znużonym głosem. Nie mógł od tak pójść do szpitala, bo mogliby wezwać policję albo chociażby odnotować to w jakiś aktach. O ile domowy lekarz stwierdzi, że będzie mógł kurować się w domu, właśnie taki miał zamiar. Nie chciał się niepotrzebnie narażać na pobyt w szpitalu, w końcu miał wielu wrogów, szczególnie wśród rodzin mutantów, z którymi się spotkał. Mógł oczywiście załatwić to przez gc, ale nie chciał być nikomu nic winny. - Ty też powinnaś. Zostawię ci kontakt. Tylko zachowaj dla siebie to, skąd go masz. Po prostu zapłać. - mruknął po chwili. Wiedział, że to było dość ryzykowne. Wiedział, że mogło się to odwrócić przeciwko niemu, ale wnioskował że nie miała już dokąd pójść, a mutantka nie mogła od tak sobie pójść do szpitala. Ktoś powinien się jej przyjrzeć.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-05-19, 14:34   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Nie sądziła, że cisza po burzy mogła być taka… Błoga. Całkiem spokojna, zaskakująco przyjemna i pozbawiona natrętnych, nieprzyjemnych myśli. Nawet w obecnych okolicznościach, Cass już od dawna nie czuła się tak swobodnie. To było coś, czego nie dało się zastąpić niczym innym. I mogłaby zapewne leżeć tak dłużej w milczeniu, gdyby nie to, że jednocześnie naprawdę chciała tak po ludzku rozmawiać. Teraz, bo później zapewne wszystko miało wrócić do nieprzyjemnej normy. Pomimo atmosfery pomiędzy nimi, nie łudziła się przecież, że ten wieczór cokolwiek zmieni.
- Marsz to najmniejszy problem. - Jeszcze jakiś czas temu, ba! kilka minut wcześniej, nie sądziła, że kiedykolwiek to powie, ale właśnie to zrobiła, przypatrując się twarzy mężczyzny. Nie sądziła, by samo uczestnictwo w tym wydarzeniu mogło mu zaszkodzić. Tak samo zresztą pomoc jej w uwolnieniu się z odnóży metalowego pajęczaka. To wszystko dało się łatwo i nieszkodliwie wyjaśnić, a przynależność do Genetically Clean… Louanne już dosyć zauważalnie pokazała wszystkim dookoła, że GC też brało udział w marszu FPTP. Cassandra nie widziała zatem żadnego powodu, dla którego Billy faktycznie nie mógłby być kojarzony z tymi zdarzeniami. Może nie była to najlepsza reklama, jednak zdrowie było przecież znacznie ważniejsze, czyż nie? Zwłaszcza jeśli było się w stanie pozwolić sobie na zadbanie o nie. Łatwo i mniej więcej bezproblemowo.
- Poradzę sobie. - Odmruknęła, nie za bardzo chcąc poruszać ten temat. Owszem, poniekąd sama weszła w te rejony, zaczynając mówić o pójściu do lekarza, jednak wcale nie planowała zagłębiać się zbytnio w powody, dla których sama nie mogła tego zrobić. Wbrew pozorom, nie chodziło nawet o to, że nie potrzebowała czyjejkolwiek litości. W obecnych okolicznościach, gdy już i tak schowała część dumy w kieszeń, a pozostałą utraciła gdzieś pomiędzy klejeniem się do Sandersa na brudnej, łazienkowej podłodze… No, kwestie szeroko pojętego honoru nie były już wcale aż tak istotne. Chodziło o coś znacznie bardziej przyziemnego, nadzwyczaj prozaicznego… Po prostu brakowało jej tych środków finansowych, zwłaszcza gdy nie mogła wrócić po nie do domu w obozie.
- Dobrze wiesz, że nie mogę sobie na to pozwolić. - Dodała po chwili, wzdychając cicho i przymykając oczy. Przy dobrych wiatrach, zasobność jej portfela opierała się nie tyle na faktycznej ilości pieniędzy w rzeczywistym, realnie istniejącym portfelu - choć ten przecież teoretycznie miała… szkoda tylko, że nie przy sobie - a na fałszywym koncie podpiętym pod telefon komórkowy, którego baterię musiała obecnie oszczędzać, nie za bardzo mając nawet, jak ją podładować. Ot, uroki kompletnie nieprzemyślanego udziału w jeszcze bardziej zdezorganizowanych wydarzeniach publicznych. Poza tym… Bractwo i tak nigdy nie płaciło na tyle, by mogła pozwolić sobie na korzystanie z prywatnych kontaktów. Może nie było, przynajmniej nie do końca, typową organizacją non-profit, ale funkcjonowało dosyć… Cóż, w sposób przypominający kolonię albo letni obóz. Nawet lokalizacja jego siedziby dosyć mocno o tym przypominała. To nie był dochodowy biznes, o czym zapewne dosyć łatwo było zapomnieć komuś, kto nieustannie obracał się w bogatszych kręgach.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-05-19, 18:05   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Dzisiaj powiedzieli sobie wystarczająco. Więcej niż kiedykolwiek. Przynajmniej więcej prawdy. Może lepiej było już milczeć. Przez chwilkę pozwolić sobie na powrót do ich idyllicznej normalności. Nie było już szans na powrót, więc właściwie tylko mogli mieć. Jeden wieczór tkwienia w tym słodkim kłamstwie. Milczenie w takim wypadku mu nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie wracając do rzeczywistości mogli po prostu to stracić. Niestety, ale więcej ich dzieliło, niż łączyło. Było tak wiele delikatnych kwestii, rzeczy o których wciąż nie mogli rozmawiać. Więc lepiej było milczeć i cieszyć się tym co było teraz. Przez kilka następnych godzin. - Ten marsz to największy problem. - mruknął, marszcząc brwi, wbijając wzrok w sufit. Jeszcze przecież nie wiedzieli jak wiele zmienił marsz. Że w gc zmieni się dowództwo, że rząd będzie jeszcze gorzej nastawiony w stosunku do mutantów, a nawet w stosunku do tych, którzy bronili ich praw. Że zmieni nawet jego życie. Nie chciał, żeby odkryto, że był na marszu, bo to on był strzelcem. Podejrzewał, że zostanie to zrzucone na mutantów, to oni zostaną o to oskarżeni. Być może nawet sama Marie, skoro miała ona władzę nad metalami i mogła pokierować trajektorią kuli. Jego udział powinien zostać ukryty, by nikt wystarczająco ciekawy nie odkrył, że był snajper US Army był jednym z agentów gc obecnym na marszu. Louanne i tak zrobiła za dużo hałasu. Mieli działać w tajemnicy i zamieść wstydliwy sekret Genetically Clean pod dywan.
Przez chwilę milczał. Zrozumiał o co jej chodzi. Takie usługi kosztowały i to sporo. Nie mógł narzekać na brak funduszy, ale ona? Skoro nie chciała wrócić do ojca, pewnie nie pozwalała mu na wsparcie finansowe, a gdyby Bractwo miało jakieś zasoby pieniężne obecna sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej. Przez chwilę wahał się. Wątpił, żeby przyjęła jego propozycję. W końcu mogła to zrozumieć jako jałmużnę, ale ostatecznie…. Zawsze będzie jej coś winny za swoje kłamstwa. Nie mógł sobie kupić odkupienia, a jednak mógł spróbować w ten sposób ją wesprzeć. - Wiesz, że nie musiałabyś się tym martwić. Wystarczy jedno słowo. Mam pieniądze. - Brudne pieniądze, które zarabiał na prześladowaniach takiej jak ona. Brudne pieniądze, które dostawał od takich ludzi jak Louanne Marie. Mimo wszystko nie warto było unosić się honorem, gdy mogła dostać dobrą opiekę.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-05-19, 19:23   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


- Dlaczego? - Spytała, nadal mu się przyglądając i przez chwilę jakby zapominając, że nie łączyły ich już jakkolwiek ciepłe stosunki. Nie pomyślała o tym, gdy wolną dłonią ostrożnie dotknęła jego nieładnie zbitego policzka. Po prostu zamilkła na moment, jakby się przy tym zamyślając, jednak tak naprawdę wcale nie odbiegając myślami od tej chwili. Tak naprawdę wszystko było z nią przecież związane.
- Skąd takie przekonanie? - Chociaż zadała mu takie a nie inne pytanie, nie sądziła raczej, że miał jej na nie odpowiedzieć. Pomimo tego wszystkiego, co sobie już powiedzieli, to była raczej odrębna, oddzielna rzecz. A Cassandra sama nie wiedziała, czy tak naprawdę w ogóle chciała wiedzieć, co dokładnie sobie myślał. Być może czasami faktycznie lepiej było żyć w nieświadomości, nie pozbywać się tego, co stawiało Billy’ego w nieco lepszym świetle. Nie dobrym, mniej godnym nienawidzenia go.
Choć niewiele zmieniało to w jej pamięci. Pomimo jednorazowego poddania się temu błogiemu zapomnieniu, zawieszeniu broni oraz odpuszczeniu kłótni, przeszłość była przeszłością. Nie dało się tego tak po prostu wymazać. Sanders nadal pozostawał człowiekiem, który wykorzystywał innych dla pozycji i pieniędzy. O ironio, tej samej pozycji, dzięki której oferował teraz Cass pomoc swojego kontaktu... I tych samych pieniędzy, którymi również mógł za tę pomoc zapłacić. Czy to nie było w pewnym stopniu groteskowe? Zdradził ją dla tego, co teraz tak bezproblemowo jej oferował, sprawiając, że aż się uśmiechnęła. Lekko i z dostrzegalną goryczą.
- Nie chcę twoich pieniędzy. - Nieznacznie pokręciła głową, otwierając oczy i unosząc się na łokciu. - Nie ma sytuacji, z której nie wyszłabym bez nich. - Powiedziała, dodając to tak po prostu, jakby naprawdę wcale o nie aż tak nie chodziło. Bo taka była prawda. Owszem, potrzebowała środków finansowych, była tego nawet bardziej niż świadoma, ale nigdy nie chciała opierać ich relacji na czymś takim. To się nie zmieniło. Być może powinna była wykorzystać jego pieniądze, wychodząc z założenia, że przecież to po części na niej się ich dorobił, ale wolała teraz nie psuć tego spokoju, jaki mieli. Potrzebowała trochę odpoczynku od tego wszystkiego, nawet jeśli później miała za to srogo zapłacić.
- To moja sprawa. - To mówiąc, nachyliła się nad nim odrobinę, żeby jeszcze raz go pocałować. Leciuteńko, ale skoro już robili sobie wolne, po czym zaraz znowu opadła na materac, pogrążając się w milczeniu.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-05-20, 00:56   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Uśmiechnął się do niej kwaśno z pewną dozą czułości. - A odpowiedziałabyś mi, gdybym ci teraz powiedział gdzie jest Bractwo? - zapytał. Nie mógł jej udzielić tej odpowiedzi. Podobnie jak ona nie mogła zdradzić mu swoich tajemnic. Tak właśnie wyglądał ich świat, nawet jeśli pozwalali sobie na szczerość, nie mogli sobie pozwolić na jej stuprocentowy wymiar. Dlatego tak długo milczał, bo wiedział że gdy tylko otworzą usta coś znów zacznie ich dzielić, a co najgorsze było to właśnie to kim byli.
- Bo taka już jest kolej rzeczy. Rząd jest przeciwko wam. Dogs mają pieniążki, które ich wspomagają, a oni dbają o to, żeby mieć swoje obiekty do badań. Zrobią z was tych złych i nie minie chwila, a zaczną lecieć głowy. - odpowiedział, przekręcając głowę w jej stronę. W jego głosie nie było słuchać triumfu. Ot, takie były realia w jakich żyli, a przyszłość mutantów nie malowała się w wesołych barwach. Wręcz przeciwnie. Powinna to wiedzieć, żeby zdawać sobie sprawę z tego, że lepiej będzie dla niej jeśli ucieknie. Nie wiedział na pewno czy takie zakończenie się sprawdzi, ale zdawał sobie sprawę z tego jak funkcjonował rząd i że nie wszystko co podawane było do wiadomości obywateli było prawdą. Właściwie to prawda potrafiła być dość dwuulicową suką w tym wypadku, wystarczyło pokazać ją z odpowiedniej strony i nagle stawała się tak bliska kłamstwa.
Spojrzał na nią, gdy odmówiła mu jego prośby. Położył dłoń na jej policzku, zakładając za ucho kilka zbłąkanych kosmyków. Westchnął ciężko, co sprawiło, że skrzywił się nieznacznie. - Nie chce niczego w zamian. Po prostu je weź. Wierz lub nie, ale mam ich dużo. - uśmiechnął się krzywo, chcąc w ten sposób dość głupio przeobrazić całą tą sytuację w żart. - Nie musisz ich brać. Możesz uznać to za pożyczkę, którą kiedyś mi oddasz. - dodał po chwili. Głupia propozycja. Kto powiedział, że jeszcze kiedykolwiek się spotkają. Ale skoro miałaby się poczuć lepiej z faktem, że bierze od niego pieniądze… Może mogłaby się trochę okłamać. Nie miał jednak takiego tupetu, by na to uciskać. Chciał jednak, żeby jej ranie przyjrzał się ktoś inny niż on, a Cass często zapominała o tym, że sama powinna o siebie zadbać, bo jeśli tego nie zrobi to nikt jej w tym nie wyręczy. Właściwie w tym momencie chciał to zrobić, ale ona wcale nie chciała jego pomocy. Nie mógł jej do tego zmusić. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale skutecznie zamknęła mu usta. Przesunął palcami po jej splątanych włosach, gdy na krótką chwilę znów poczuł jej usta. Cholernie żałował tego, że nie mogło do niczego dojść. Nie znęcała się nad nim jednak długo w końcu opadła na materac i przez chwilę oboje wpatrywali się w sufit. - Życie jest pojebane. - stwierdził w końcu. Nie odkrył Ameryki, a jednak wszystko to wydawało się być groteskową sztuką. Zrezygnował z tak wielu rzeczy świadomie. Odrzucił od siebie wszystko to co mogło by go w jakiś sposób zatrzymywać, a jednak wciąż był tym samym gnojkiem, którego ojciec tłukł na kwaśne jabłko. Czasami właśnie tak się czuł. Obnażony. I to przed kimś to przecież wcale nie chciał wyrządzić mu żadnej krzywdy. Jedyną osobą, która robiła mu krzywdę był on sam, ale do tego jeszcze nie doszedł. W każdym razie chociaż cały czas starał się, aby przeszłość była przeszłością, nie dało się tego zrobić. Bo leżała teraz obok niego, a on chciał, żeby tam pozostała tak długo jak tylko to możliwe.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-05-20, 01:56   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


- Teraz? Już nie. - Odpowiedziała bez większego zawahania, brzmiąc tak, że nie musiała nawet wzruszać przy tym ramionami. Kiedyś? Kiedyś powiedziałaby mu naprawdę wiele, może nawet aż nazbyt dużo, nie zastanawiając się zbytnio ani nad kwestią ograniczonego zaufania, ani nad tym, co mógł czy miał zrobić z pozyskaną wiedzą… Ale wtedy była głupia.
Wbrew temu, jak sama patrzyła na siebie w tamtym momencie i za jaką spryciarę się miała, wyjątkowo łatwo dała się podejść. To nie było nawet trudne, to była dziecinna igraszka, bo uderzył w jej wyjątkowo czuły punkt - chęć normalności, najwyraźniej nawet tej pozornej. Wychowując się z kochającym, ale może trochę nazbyt popapranym ojcem, bez matki, dziadków czy innych pociotek, chciała mieć dom. W nawet najmniejszym stopniu zbliżony do tych, jakie mieli inni ludzie. Co gorsza, zapewne mogłoby jej się to udać, gdyby nie trafiła najgorzej, jak tylko mogła. I… Cóż, pozostało jej tylko albo się o to wściekać, pałać gniewem, rzucać groźnymi tekstami, albo gorzko się z tego śmiać, usiłując zbyt wiele o tym nie myśleć i szukając odskoczni od szarej, nędznej rzeczywistości.
Nie, faktycznie by mu nie odpowiedziała. Miał rację.
- Nie tylko D.O.G.S. je mają. - Odburkując cicho, mimowolnie jeszcze głębiej poruszyła temat, który chciała zostawić. Przecież nie musieli sobie przypominać, że rządowcy owszem - mieli źródła finansowe, łapali mutantów, zdobywali kolejne obiekty badawcze czy wreszcie zabijali tych, którzy nie byli im potrzebni. Tak naprawdę nie należeli jednak do najgorszych. Byli źli, brutalni, ale nie byli fanatykami. Nie byli GC, znacznie lepiej finansowaną grupą radykałów i najemników.
Mieli pozostawić to za sobą na ten jeden wieczór i naprawdę tego chciała. Im lepiej wiedziała, co miało nadejść później, tym bardziej chciała zapomnieć o tym chociaż na parę godzin. Dlatego odpuściła sobie rozwijanie myśli o rządzie, Genetically Clean czy innych realiach obecnego świata, jednocześnie odmawiając także przyjęcia zapomogi. Nie, bo to były dokładnie te same pieniądze, które przyczyniały się do tego wszystkiego, co aktualnie miało miejsce… A może jednak? Nadmierne analizowanie nigdy nie przynosiło niczego dobrego.
- Chciałabym, żeby to było takie łatwe. Po prostu mam dużo pieniędzy, więc weź je. - Ale tak nie było, prawda? Może nie tyle bolało ją to, w jaki sposób zarobił to, co miał - w końcu jej własny ojciec nie był lepszy, także wzbogacając się na nieszczęściu, błędach i cierpieniu innych ludzi - co to, że zrobił to po części na niej. Może nawet w znacznej mierze? Nie wiedziała i nie chciała już pytać. Jednakże pożyczka… Ta brzmiała nieco lepiej. Przynajmniej dawała prawo do pokrętnego wewnętrznego wytłumaczenia, że to było chwilowe, czasowe, a z chwilą zwrócenia nie miała mieć u niego żadnego pokręconego długu. Dlatego nieznacznie kiwnęła głową, nim jeszcze zbliżyła się do ust Billy’ego, nadal czując ciepło jego palców na policzku.
- Rano… - Mruknęła tylko, zanim znowu pożałowała, że to wszystko było tak skomplikowane i niedostępne. Nie tylko teraz, chociaż w tym momencie odczuwała to bardziej niż wcześniej, ale ogólnie. Już od dawien dawna wiedziała, że życie nie było instytucją spełniającą życzenia. Nawet jeśli te jej były w tej chwili bardzo sprecyzowane i przy tym dosyć przyziemne. I faktycznie - poza tym, że nie urzeczywistniało pragnień, było też zdrowo powalone. Pojebane. Z czym naprawdę niewiele dało się zrobić.
- Chciałabym tutaj zostać… - Wymamrotała cicho, przysłaniając usta, gdy wydostało się z nich zmęczone ziewnięcie. Ponownie przysunęła się bliżej, mocniej naciągając na nich przykrycie i wolną ręką przecierając oczy. - Czasami mam wrażenie, że lepiej byłoby, gdyby świat już się skończył. - Ile by to rozwiązało… Bez kłopotów, problemów, zbytniego myślenia. Mogłaby zostać w tym miejscu aż do końca wszystkiego, razem z nim, nie zastanawiając się nad kolejnym dniem czy przyszłością. Nie odczuwając wyrzutów sumienia ani nie potrzebując wiele więcej od tego, co miała w tej chwili. Dla takich jak ona, cóż, rzeczywistość i tak wyglądała przecież jak jedna, wielka, niekończąca się apokalipsa… Mimo prób, nieporadnych działań Bractwa, niewiele mogło to zmienić.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-05-22, 21:52   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Czy nie tego chciała każda dziewczyna? Na początku przecież w ogóle jej nie znał. Dostał zadanie i miał zamiar je dobrze wykonać. Więc owszem, udawał przed nią kogoś kim nigdy nie był, chcąc jej dać to czego pod skórą pragnęła. Być dość dobry w wyczuwaniu słabości innych ludzi, a kogo mogła chcieć dziewczyna, która wychowała się w takich warunkach, a nie innych? Kogoś na kim mogłaby się oprzeć. Kogoś kto dałby jej normalność, poczucie stabilności, bezpieczeństwa. Dość łatwo wczuł się w tą rolę i całkiem nieźle wychodziło mu jej odgrywanie. Ale przecież nie dało się ukrywać swojego prawdziwego ja wiecznie? W każdym kłamstwie powinno być jak najwięcej prawdy, żeby było wystarczająco dobre, by kogoś nim karmić. Więc dał jej też od siebie. Powiedział jej kim był, pomijając kilka istotnych szczegółów. Zdradził kilka myśli, z którymi się nigdy z nikim nie dzielił. Nie potrafił rozdzielić momentu, w którym zaczął zdradzać stanowczo zbyt wiele niż powinien. W którym momencie kłamstwo zaczęło ścierać się z prawdą i właściwym stanem rzeczy. Cały czas pamiętał o swoim celu, a jednak czasami przy niej zdawało się, że o tym zapominał. Czasami myślał o różnych rzeczach, o których nie myślał facet, który ją tylko wykorzystywał. Miał wślizgnąć się do jej łóżka, zdobyć jej zaufanie, rozkochać w sobie i wykorzystać to. Tymczasem…. Nic nie było tak jak powinno.
- Powiedzmy, że dogs znacznie lepiej lubi się z rządem niż my. - odpowiedział jej. Owszem. Dogs nie było najgorsze? A może jednak było? Ciężko było to określić. Zależy, z której strony spojrzeć. Z pewnością za występkami dogs szły przystępniejsze ideę, niż słynne “Ameryka zasługuje na genetycznie czystych obywateli”. Amerykanie zasługiwali na to, żeby się nie bać, a GC ich wielcy obrońcy postanowili zadziałać, oczyścić społeczeństwo z tych, których należało się być. Mutantów, zwyrodnialców, wybryków natury.
- Dla mnie takie jest. - wzruszył ramionami. Oh… Czy naprawdę był taki hojny? Czy może tylko karmił swoje sumienie? Teraz chciał ją wspomóc, po tym jak po części sam był winny temu, że musiała porzucić swoje życie i uciekać? Wyleczyć rany po strzelaninie, którą on spowodował? Billy, wciąż o ciebie dba. Chociaż w tym momencie w ten sposób tak nie myślał…. Z pewnością miał to gdzieś z tyłu głowy. Korzyść z pomocy jej. Może w ten sposób chciał dostać jakąś smutną imitację tego co mieli kiedyś? Wciąż o nią dbał, wciąż mu zależy. Nikt by się nie dowiedział… Głupota i niepotrzebne narażanie siebie, a jednak pewien rodzaj kuszącego ryzyka. Przecież był taki sprytny i przebiegły. Nikt by się nie dowiedział jakby ukradł sobie z nią jeszcze kilka chwil. Mógłby to ukryć. Mogliby to ukryć.
Pogłaskał ją po głowie. - Więc zostań. - mruknął. On w tym momencie nigdzie się nie wybierał. Chciał, żeby tu była. Chociaż to, że czuł ciepło jej ciała, jej bliskość, sprawiała że było to pewnego rodzaju słodką torturą, to wciąż chciał żeby tu była dla samej swojej obecności. - Nie tak szybko. - uśmiechnął się pod nosem. Po co świat miałby się kończyć skoro miał jeszcze tak wiele do zrobienia. Mimo wyczuwalnej pustki w swojej egzystencji…. Billy Sanders wyjątkowo mocno kochał żyć.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 5