Poprzedni temat «» Następny temat
Brama główna
Autor Wiadomość
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-04-21, 13:15   
  

   1 Rok na Giftedach!


Imię i nazwisko postaci: ronnie henderson
Ostateczny ekwipunek postaci: glock 17 z pełnym magazynkiem + wymienne magazynki 3x33, nóż myśliwski składany, zapalniczka, (szluczki ofc. XDDDD)

Ronnie naprawdę uwielbiał mieć rację. Gdy ktoś pytał go o to czy wybiera się na marsz pokojowy, on z ponurym uśmiechem tłumaczył dlaczego jego noga nie postanie w Seattle akurat tego dnia. Każdy podejmował swoje decyzję, ale on przestrzegał przed marszem. Oczywiście, mało kto się wtedy z nim zgodził, no bo jak…. Pokojowy Marsz! Musimy walczyć o swoje prawa! Postanowił zostawić losy tych, którzy się tam wybierają samym sobie. Nie poszedł na marsz. Jednak szybko doszły do jego uszu wydarzenia, które się tam rozegrały. Akurat w takich wypadkach nie lubił mieć racji. Obserwował wszystko jak zawsze z boku. Bo czuł, że nie ma żadnego wpływu na to co się dzieje (a może nawet nie chciał), a jednak gdy w głowach kilku członków narodził się plan wyjścia na powierzchnię i ruszenia prosto na dogs, postanowił się do tego dołączyć. Śmieszne, bo kłóciło się to z jego misją “przeżycia za wszelką cenę”, ale ostatecznie… Czy nie wszystko wydawało mu się ostatnio tak bardzo obojętne? Wiedział, że pomysł zakrawa o czyste szaleństwo i chyba właśnie to się mu w tym najbardziej podobało. Nie było w tym żadnego wyższego celu. Żadnego pokojowego marszu. Walczenia o swoje prawa. Albo przeżyją i im się uda, albo po prostu zginą. To ostatnie ku własnemu zdziwieniu traktował z dość dużą dozą obojętności. Nie żeby tego pragnął, a jednak… Wszystko ostatnio wydawało się tak bardzo bez sensu, że po prostu nie czuł się, że ma cokolwiek do stracenia.
Z lekkim opóźnieniem pojawił się na miejscu. Samochód podjechał akurat gdy wyłonił się zza domków, więc od razu zapakował się na miejsce obok kierowcy, odsuwając sobie szybę - Nie liczyłbym na dużą frekwencję. - wciął się, bo to były pierwsze słowa jakie usłyszał, wsiadając. Wyciągnął z kieszeni zapalniczkę, odpalając papierosa i rozsiadając się wygodnie na fotelu.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-04-21, 18:04   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Imię i nazwisko postaci: Aaron Bartowski
Ostateczny ekwipunek postaci: broń z jednym magazynkiem (19 naboi), nóż myśliwski, 3 zapalniczki

Kiedy wiele rzeczy mógłbym zarzucić Ronniemu, nie zgadzać się nim, drzeć ryje, bo my tak najwyraźniej lubiliśmy, tak teraz zgodziłbym się z nim, gdybym tylko słyszał, co powiedział. Sam osobiście nie liczyłem na dużą frekwencję. Ba!, nie liczyłem, że ktokolwiek się stawi. Bądź co bądź, byłem gburem, a cały ten pomysł zrodził się, kiedy byłem porządnie nawalony. Do końca nie mam pewności, co wtedy mówiłem, ale mówiłem sporo i najwyraźniej przekonywująco. Dziś już nie byłem tego taki pewien, ale trwałem w postanowieniu, nieco z powodu uparcia, nieco dlatego, że może faktycznie trzeba było coś zrobić albo przepaść totalnie. Colleen wkurwiała mnie ostatnio totalnie, więc już wolałem iść na D.O.G.S. w pojedynkę niż nawalać się z jej kochasiami.
Ociągałem się. Chyba pierwszy raz przed misją. Łapałem wątpliwości i niemalże modliłem się, aby nikt się nie stawił. Uświadomiłem sobie jedno, że to nie było ot wyruszenie na D.O.G.S. To misja z prawdziwego zdarzenia, którą sam zainicjowałem, to odpowiedzialność za tych wszystkich ludzi. Najbardziej chyba o Fay, bo była drobną dziewczyną z dosyć niewinną mocą. Przy nas, chłopach, wyglądała jak księżniczka wśród wielkich i okrutnych facetów z gangu.
Leon wiele przeszedł na marszu. Trzymał się raczej po tym dobrze. Andy był nowy, chciałem zobaczyć w sumie, co potrafi jeszcze z tymi swoimi nefrytami robić. Ronnie był najstarszy z naszej gromadki, ja zaś chyba najgłupszy.
Odetchnąłem głęboko i wyłoniłem się spośród drzew. Nie mogłem w nieskończoność tego odkładać.
- Siema. Jak tam? Ronnie, wciskaj się do tyłu. Ktoś jeszcze przychodzi? – zapytałem, bo brakowało mi kilku osób, które tam wtedy wiwatowały, brakowało tego chujka Andy’ego, na którego szaleństwo liczyłem.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

78%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
25

height / weight:
168/46

Wysłany: 2018-04-21, 18:51   
  

   2 Lata Giftedów!


| po wszystkim.

Czy oni naprawdę myśleli, że ja nie dowiem się o niczym? Czy serio byli przekonani o tym, że jestem w Bractwie znienawidzona, że nikt mi nic nie powie? Byli skończonymi kretynami i jak po Aaronie się tego spodziewałam... No cóż, byłam w ciężkim szoku, że namówił kogokolwiek na taką popierdoloną akcję. Nie mogłam im zabronić pójścia na pewną śmierć, ale mogłam ich albo zatrzymać siłą - przez to zdecydowanie źle wypadłabym w oczach innych mutantów zamieszkujących Bractwo - albo mogłam po prostu wyrzucić ich z obozu, bo w tym miejcu absolutnie nie mogłam pozwolić na żadną, kurwa, samomowolkę.
Irmina o wszystkim mi powiedziała. Znała datę, znała miejsce, wiedziała, że nad ranem, więc czego więcej było mi potrzeba? Dale wciąż spał. Wciąż z resztą nie rozmawialiśmy ze sobą i choć spaliśmy w jednym łóżku, to jakby oddzielnie, ale nie mogłam się teraz na tym skupiać. Aktualnie pojebana akcja kilku mutantów z Bractwa była dla mnie cholernie ważniejsza.
Pojawiłam się przy bramie na długo przed tym, jak ktokolwiek inny się zjawił. Ukryłam się wśród drzew, tak, by obserwować, jak ktoś się pojawia, by móc im przerwać w momencie, gdy pojawi się ich śmieszny "dowódca". Aaron zawsze pragnął władzy, ale nigdy jej nie otrzymał. Nie nadawał się do bycia jakimkolwiek kurwa przywódcą, nawet dla samego siebie. Był kretynem, i to na dodatek impulsywnym, więc zdecydowanie nie był najlepszą opcją.
No i tak stałam za tymi pieprzonymi drzewami, jakbym niemal to ja miałam zamiar sprzeciwić się przywódcy. Widziałam, jak przychodzi Leon, Fay, Ronnie... Ich obecność cholernie mnie bolała, bo zawsze myśłałam, że są po mojej stronie. No cóż. Pomyliłam się.
I wtedy nadszedł Aaron, który zaczął mówić do nich tak, jakby wybierali się na pierdoloną wycieczkę szkolną. Nie zamierzałam dłużej czekać. Wyszłam zza drzew, stając jakieś dwa metry od grupy, układając dłonie na biodrach.
- No witam, wybieracie się gdzieś? - powiedziałam, wlepiając wzrok w każdego po kolei, a gdyby mój wzrok mógł zabijać, to już byliby martwi - Wydaje mi się, że mamy pewne zasady w Bractwie i każdy wypad poza teren obozu powinien zostać zgłoszony, czy się mylę? Przestały się wam podobać zasady, które obowiązują od pieprzonych czterech lat? - kontynuowałam, nadal spokojnie. Nie byłam bezbronna, więc gdyby moja super drużyna postanowiła sprzeciwić mi się w sposób fizyczny, to każdy dostał by metalową kulką, bo aktualnie cztery miałam poukrywane po kieszeniach. No a poza tym... Mieli auta, całe z metalu, cóż za przypadek i głupota.
_________________
I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
Andy Dark



It's So Nice To Meet You. Let's Never Meet Again.

Kontrola/Tworzenie Nefrytu

57%

Missing





name:

Andy Dark

alias:
Nefryt

age:
28

Wysłany: 2018-04-22, 12:28   
  

   Władca Pingwinów

  

   Masz talona na Aarona i balona


Imię i nazwisko postaci: Andy Dark
Ostateczny ekwipunek postaci: Ubranie na sobie + energię na rozpierdol

Co prawda w Bractwie nie byłem zbyt długo, jednakże okazja na spuszczenie wpierdolu kilku psom brzmiała tak kurewsko zajebiście, że choćbym miał się przeciwstawić samemu papieżowi, poszedłbym tam. Wiele osób mnie nie znało, więc gdzieś z tyłu głowy tlił się pomysł, że może to być dobra okazja do zaprezentowania siebie. Co prawda było to niezbyt zgodne z polityką naszego malutkiego "społeczeństwa", to tak czy siak chciałem iść. Powoli zbliżając się do umówionego miejsca spotkania, słyszałem głosy naszej drużyny samobójców.
- Ehh, znowu on. - Pomyślałem, gdy do moich uszu dobiegł głos Inferno. Wiem, że to był jego pomysł, jednak gdzieś miałem malutki promyk nadzieii na to, że zachoruje albo... umrze. W sumie może znajdzie się okazja, żeby strzelić mu w tył głowy? Kurde, tym bardziej ochota na wyprawę brzmiała zachęcająco. Głosy, powoli nabierające na sile, pozwoliły mi w pewnym momencie zidentyfikować jeszcze jedną osobę. Fuck.. Byłoby zbyt piękne, gdybyśmy poszli i wrócili bez wiedzy Colleen. Ehh, mogło być spoko, a jest chujnia. Chwilę tak stałem za drzewami, obserwując sytuację. Ale chwila, przecież chować to się mogą małe dziewczynki przed panem z koteczkami w piwnicy, a nie ja! Co ja odpierdalam? Wyszedłem zza drzew, przez co wzrok wszystkich przez chwilę spoczął na mojej osobie. Co by tu powiedzieć? Cześć? Niee, chujowe i zbyt proste. O!
- Hakuna Matata! Gotowi na wycieczkę? - Powiedziałem z uśmiechem i rozłożonymi na boki rękoma. Wycieczki chyba dozwolone, co nie? Nie? Oops.
- Zgłoszony? - Zapytałem, słysząc słowa Colleen. Moja twarz momentalnie przybrała poważny wyraz, po czym stojąc obok szefowej, złożyłem ręce na klatce, mówiąc.
- Powinniście się wstydzić. - po czym wskazując palcem na grupkę ludzi - Czeka was kara. Wiedziałem, że w tamtym momencie igram z ogniem. Może mały kabarecik nieco rozluźni atmosferę. Chociaż gdyby na to spojrzeć z boku, właśnie mogłem dolać oliwy do ognia. Stojąc tak obok Colleen, starałem się kątem oka obserwować ją w razie, gdyby chciała mnie zabić, czy coś. Bóg jeden wie, co w tej jej głowie wtedy siedziało.
_________________
[Profil]
  [A-]
 
Leon Hawthrone



Everybody waiting for the fall of man Everybody praying for the end of times Everybody hoping they could be the one I was born to run, I was born for this

Aerokineza

70%

xxx





name:

Leon Hawthrone

alias:
Leo

age:
25 lat

Wysłany: 2018-04-22, 19:14   
   Multikonta: Nie


Leon właśnie kończył palić papierosa, kiedy nadeszła Fay. Rzucił w jej stronę krótkie, przenikliwe spojrzenie, przez ułamek sekundy zastanawiając się czy grać chłodnego i niedostępnego czy odpuścić i zachowywać się, jakby sprzeczka nie miała miejsca. Ughhhhh! Było ciężko, ale wewnętrzną walkę wygrała jego... powiedzmy, że bardziej rozsądniejsza strona. Jeśli szli na śmierć, chyba trzeba było oczyścić atmosferę. Odrzucił niedopałek na bok i zwyczajowo wzruszył ramionami.
- Nie robię w tym ,,teamie" za niańkę, pewnie zaraz przyjdą. - powiedział, kierując spojrzenie w stronę drzew. No i nie mylił się, chwilę potem pojawił się Ronnie. - To siła idei może nas zaprowadzić do sukcesu, a nie nasza liczebność. No i nie jesteśmy żadnymi świeżakami. - wymruczał do Hnedersona, zanim pojawił się Bartowski. Na całe szczęście. - Tak, jeszcze... - nie zdążył mu odpowiedzieć, że czekają na ,,Gwiazdę Wieczoru", bo spomiędzy krzaków wylazła Colleen. Hawthrone wzniósł oczy ku niebu, wydając z siebie coś pomiędzy westchnięciem, a jękiem o pomstę do nieba.
- Gdyby zasady nie zostawały czasem ponaginane, dalej znajdowalibyśmy się w głębokim średniowieczu, Col. - powiedział, oczywiście nic nie robiąc sobie z jej morderczego spojrzenia. ,,Odwdzięczył" jej się ,,Przestań-Dramatyzować-To-I-Tak-Nic-Nie-Da-Jest-Nas-Więcej-A-Ty-Jesteś-Sama-Masz-Gałązkę-We-Włosach". Nadejścia Dark'a nie skomentował, wywracając jedynie oczami.
_________________

And now it's time to build from the bottom of the pit, right to the top


Leon Hawthrone


[Profil]
 
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-04-22, 20:43   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Fay zacisnęła usta. Wystarczyłoby jej zwykłe "nie wiem", ale to oczywiście był Leon, musiał dorzucić jakieś swoje mądrości, które Fat już dawno nauczyła się ignorować. Szczególnie, gdy wciąż była na niego zła, chociaż patrząc na ich obecną sytuację, chyba powoli skłaniałaby się do tego, żeby mu odpuścić. W końcu nie wiadomo, co ich czeka, prawda? A lepiej nie być skłóconym, gdyby coś miało się stać.
Ton tonem, ale miał rację co do tego, że reszta pewnie zaraz się pojawi. Słysząc dźwięk otwieranych obok siebie drzwi, odwróciła głowę w tamtą stronę, w sam raz by trafić wzrokiem na Ronniego. Nie wiedziała, co myśleć o jego słowach, czy to dobrze, czy źle, że nie było ich wielu. Z jednej strony zapewniało to dyskrekcję, jednak z drugiej siły nie były tak duże, jak mogłyby być z większą pomocą.
- Jakże poetycko ujęte, Hawthrone. Kolejne mądrości możesz prawić z tylego siedzenia - rzuciła, wskazując kciukiem, że może się pakować do tyłu.
Potem już poszło szybko, zjawił się Aaron, któremu rzuciła krótkie - Cześć - i dalej czekali już tylko na... Andy'ego? Tak? Chyba. Nie był w obozie zbyt długo, więc nie miała okazji go poznać.
Na ich nieszczęście zamiast niego, Fay w bocznym lusterku zobaczyła Colleen we własnej osobie. I szczerze? Murphy wcale nie uważała, że ta akcja umknie jej uwadze. Łudziła się jednak, że zdążą chociaż opuścić teren obozu.
Dziewczyna popatrzyła się po innych z ich grupy, zanim odpięła pas i otworzyła drzwiczki samochodu, żeby po chwili zeskoczyć miękko na asfalt. I tak nigdzie nie pojadą, jeśli Colleen im nie pozwoli. Wystarczy, że ruszą z miejsca, a dziewczyna zgniecie maskę, silnik, czy cholera wie co jeszcze równie łatwo, co sreberko po cukierku. Pozostawało im albo się poddać, albo jakoś przekonać Col by dała im jechać, albo zmusić ją do tego siłą. Trzecia opcja zdecydowanie jej się nie uśmiechała.
- Colleen, wiesz dobrze, że tu nie chodzi o żadne zasady - zaczęła ostrożnie, kręcąc lekko głową. Wspominałam, że pierwsza opcja też nie przypadła Fay do gustu? Skoro już zadali sobie tyle trudu, żeby ułożyć jakiś plan i zorganizować to wszystko, to czy mogli się tak po prostu poddać? - Nawet nie chodzi o ciebie. Nie masz pojęcia, co wydarzyło się na marszu, ile mutantów zwinęli, ile zabili... Twoja siostra zastrzeliła pięcioletnią dziewczynkę. A ty co zrobiłaś? Gdy o tym powiedziałam, rzuciłaś coś o symbolicznym pogrzebie i przeszłaś do kwestii lekarstw dla obozu. To za mało i ty o tym wiesz, Marie - powiedziała, przygryzając lekko wargę. Naprawdę nie chciała się nikomu sprzeciwiać, rozpoczynać jakiegoś chorego buntu, ale... chyba już wystarczyło bezczynnego siedzenia i przyglądania się, jak dogs powoli ich wybijali, jeden za drugim - Wiesz już o wszystkim, więc... po prostu daj nam jechać - dodała, cały czas mówiąc tak samo spokojnie i łagodnie. Bo chyba można było to załatwić bez nerwów, prawda?
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-04-22, 23:09   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Tego się obawiałem, tego, że przyjdzie Colleen. Śniło mi się to nawet w nieco innej scenerii. Nie powinienem się dziwić, że tu była, bo przecież miała tych swoich ludzi w Bractwie, którzy mówili jej o wszystkim. Ba!, nawet o mojej zdradzie z Albą. Dzicz, że nie wspomnieli jej o tych innych moich wyskokach. Mogli o wszystkim. Mogli o każdym onanizowaniu się czy kichnięciu. Niech ich diabli!
Odwróciłem się w jej kierunku. Poczułem niemałe spięcie. Wiedziałem, co za emocjonalną sieczkę mogła mieć w środku, w sobie, a to czyniło ją niezwykle niebezpieczną. Wystarczyło wspomnieć te liczne momenty, kiedy traciła równowagę, a jej moc wymykała się z kleszczy kontroli. Czasami dziwiłem się, że wciąż żyję, wciąż jestem cały… Czasami wspominam ten moment nad basenem, kiedy zablokowała furtkę, pobiegła, zostawiła mnie samego.
Złożyłem dłoni na piersi, kiedy zrobiłem krok w jej kierunku. Miałem utrzymywać, że nic nie wiem o jej wiedzy i że to zwykły wypad. Perfidnie, bo perfidnie, ale odezwała się gdzieś za mną Fay i, cóż, może tak lepiej? Szybko, szczerze i konkretnie.
- Pytanie, czy idziesz z nami, czy zostajesz – rzuciłem do niej, nie spuszczając z niej wzroku. Normalnie tak, jak gdyby jej spojrzenie miało mi powiedzieć, kiedy nastąpi atak z jej strony. Miało mi to powiedzieć, pytanie tylko, czemu oczekiwałem ataku? Czy aż tak bardzo w nią wątpiłem i wierzyłem, że gotowa jest zrobić komuś krzywdę, byleby pozostać przy swoim.
Plus, wiedziałem, że nie pójdzie. Zasady Bractwa, czyż nie? Królowa ulu pozostawała w ulu.
- Col…leen, odpuść. Codziennie śnię o śmierci twojej matki, mimo że mnie tam nie było, widzę płonących ludzi przed oczami, kiedy tylko opadają mi powieki, a jeszcze ten marsz… Każdy z nas zbyt wiele wycierpiał. Ile jeszcze możemy znosić? Ile możesz trwać w oczekiwaniu? – zapytałem. Tym razem oczekiwałem odpowiedzi. Ile, Col. Powiedz mi, ile.
- Będziesz musiała mnie zabić. Inaczej nie odpuszczę. Postanowiłem iść i pójdę – odparłem jeszcze, nie spuszczając z niej spojrzenia. Pewny siebie i silny, mimo że wewnątrz, głęboko w sobie miałem wiele bólu i wątpliwości.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

78%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
25

height / weight:
168/46

Wysłany: 2018-04-23, 08:32   
  

   2 Lata Giftedów!


I stałam tak. Patrząc na nich. Czując nóż, jaki wbijali mi w plecy. Fay... Ronnie... Leon, a nawet Aaron. Byli dla mnie ważni. Wszyscy. Cała czwórka. Nie ważne, że Fay wychodziła obrażona z zebrań; że Ronnie nie popierał mnie od momentu, w którym zostałam Przywódczynią; że Leon, mimo bycia moim kuzynem, patrzył na mnie uważnie, oceniając mnie i nie będąc zadowolonym z efektów; nie ważne, że Aaron mnie zdradził, raniąc mnie najbardziej. To wszystko było nieistotne, bo z większością z nich znałam się od 4 lat. Walczyłam z nimi ramię w ramię i śmiałam się w nocy, po misjach, gdy graliśmy w karty i piliśmy piwo, a ja bardzo uważałam, żeby mama mnie nie przyłapała. Zależało mi na nich, bo byli moją rodziną, ale nie mogli nią dłużej być. Ja nie zamierzałam odpuścić, a coś czułam, że oni też nie odpuszczą. No, może Fay... Może ona zdecyduje się nie brać udziału w tej misji samobójczej, ale reszta? Nie ma mowy.
No i wtedy do naszej gromadki dołączył nowy, Andy, a ja spojrzałam na niego zażenowana i zaskoczona, gdy tak stawał koło mnie i ironizował, że on to niby nic nie wiedział, że jest po mojej stronie, takie pierdolenie. Zignorowałam go kompletnie, bo wtedy odezwał się Leon, na którego wzrok przeniosłam.
- Gdyby zasad nie było, to teraz byłbyś martwy. - odparłam bez zająknięcia, bez cienia żartu, bez uśmiechu. Taka była prawda. Żyliśmy i jako tako funkcjonowaliśmy przez te cholerne zasady, którym oni tak bardzo chcieli się sprzeciwić. Mieliśmy pewien sposób funkcjonowania, to całe zgłaszanie się do wyjścia nie było po to, że ja, a wcześniej moja matka, chcieliśmy ich kontrolować. To było po to, żeby nie można nas było wyśledzić tak szybko. Nie wyruszaliśmy też na misję w pięć osób, chcąc zaatakować D.O.G.S., bo to była po prostu misja samobójcza.
Gdy Fay się odezwała... Nawet nie drgnęłam. Moja siostra zabiła Lizzy, a moja informatorka mówiła mi o tym dopiero teraz? Co jest, do kurwy nędzy? Nie mogłam jednak się zdenerwować, stracić kontroli, okazywać jakichkolwiek emocji.
- A wy co robicie? W pięć osób chcecie atakować D.O.G.S., gdzie waszą piątkę zabiją w pięć minut? - spytałam ironicznie i uśmiechnełam się, rozbawiona, bo ten plan wydawal mi się tak cholernie żałosny... Nie byłam za pokojowym rozwiązaniem. Ronnie o tym wiedział. Przecież rozmawialiśmy o tym, wtedy, gdy jechaliśmy na Rynek... Nie byłam jednak też za kretyńskim atakiem zaplanowanym po wódce, z którą Aaron się ostatnio nie rozstawał. No, a skoro chodzi o Aarona...
- Aż takim idiotą jesteś? Planujesz jakąś misję dla samobójców, a teraz jeszcze wspominasz moją matkę, po której TY tak bardzo cierpisz? - spytałam, zażenowana. Nie miał w ogóle taktu, ani za grosz. Był głupi. Po prostu, kurwa głupi. Patrzyłam mu w oczy przez dłuższą chwilę, gdy skończył mówić. Był zdeterminowany, a ja byłam pewna, że nic nie osiągnie.
- Ja cię nie zabiję, zrobią to D.O.G.S., a ja nawet nie będę po tobie płakać, bo za głupotę się płaci. Żal mi tylko reszty, która kroczy ślepo za tobą. Jesteście moją rodziną, ale nawet w rodzinie są czarne owce, prawda? - mówiłam, a potem westchnęłam, odsuwając się na krok od Aarona, tak, by objąć wzrokiem wszystkich zebranych.
- Każdy z nas kogoś stracił. Każdy z nas cierpiał i cierpi nadal, ale to nie jest powód, by atakować D.O.G.S., a już na pewno nie w taki sposób, w jaki wy chcecie to robić. Brałam udział w każdej akcji Bractwa. W każdej siłowej akcji stałam na czele, odbijając mutantów, walcząc z wrogami, chroniąc innych przed kulami. - tu spojrzałam na krótką chwilę na Ronniego, bo z nim walczyłam najczęściej, nie raz zatrzymywałam lecące w jego stronę kule - To, co wy chcecie zrobić, to głupota. To nie jest bohaterstwo, w żadnym tego słowa znaczeniu. Nic tym nie osiągnięcie. Takie misje planuje się tygodniami, a nie w tydzień. Decyzje podejmuje się wspólnie, a nie po pijaku. Ja was nie skrzywdzę, nie zatrzymam was. Możecie jeszcze zmienić zdanie. Możemy porozmawiać o tym, zaplanować to w inny sposób. - przerwałam na chwilę - Jednak jeżeli teraz wyjdziecie, nie macie prawa wrócić. - dodałam, stanowczo, i to było moje ostatnie słowo. W głębi duszy wiedziałam, że moja przemowa nic nie da, no bo co ma dać? Byli zaślepieni i to, że ja również chciałam pewnego dnia ruszyć na D.O.G.S.... co to zmieniało? Oni chcieli już, teraz, w tej sekundzie, nie ważne co. Chciałam, by się poddali. By razem ze mną przemyśleli to lepiej, zebrali więcej ludzi, lepiej się zaopatrzyli. Oni jednak chcieli się zabić, a ja martwych mutantów-zdrajców w Bractwie nie chciałam.
_________________
I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-04-23, 13:52   
  

   1 Rok na Giftedach!


Ronniemu jak do tej pory wiele rzeczy nie pasowało. Obiecał na początku Colleen, że nie będzie się jawnie sprzeciwiał, robił żadnych burd, że będzie po prostu obserwował co się dzieje i wtedy zadecyduje co dalej. Nie podobało mu się jednak co widział. Nie podobało mu się, że odkąd Colleen stanęła u sterów pozory jakiejkolwiek demokracji w tym miejscu zniknęły, co więcej pojawił się podział na ziomalów liderki i osoby, do których miała jakieś personalne “ale”. Obóz nagle stał się obcy i zaczął przypominać mu jakiś Rock Camp. Męczyło go to, odbierało wszelką energię. To prawda, przez wiele lat stali ramię w ramię, jednak Bractwo nigdy nie było tak podzielone jak od czasu śmierci Yvonne. To ona była duszą tego miejsca, trzymała ich razem i im przewodziła. Gdy jej zabrakło Bractwo również zaczęło się rozpadać. Dbał o to miejsce, a jednak kiedyś był w to wszystko bardziej zaangażowany. Widział w tym jakiś cel, nawet jeśli momentami jego filozofia była inna niż matki Colleen. Teraz snuł się między domkami, odpowiadając na wezwanie, ale nie robiąc nic poza tym. Po prostu przestał w to wierzyć, a przez te miesiące nic nie sprawiło, że mógłby to wiarę odbudować.
Miał nadzieję, że Colleen nie przyjdzie, a jednak pojawiła się w najgorszym możliwym momencie. Zawsze istniała możliwość, że po powrocie zrobi im awanturę, a on przycupnie sobie gdzieś z boku i będzie milczał do końca kłótni. Teraz jednak stali, tudzież siedzieli, przed nią i musieli wytłumaczyć swoje zachowanie. Podczas gdy inni gadali, słuchał ich, bawiąc się zapalniczką w dłoniach. - Wspólnie. Huh? - w końcu spojrzał na nią z uniesionymi brwiami. - Z tego co wiem byłaś mało zainteresowana rozwiązaniem tego problemu. Nikt tutaj nigdzie nie idzie w twoim imieniu. Każdy ma swój powód, nikt tutaj nikogo do niczego nie zmuszał. Sami ochotnicy. To nasza odpowiedzialność. Jeśli chcesz wprowadzać dyktaturę droga wolna. To twoja decyzja. Nie pasuje mi to ultimatum, ale jak ma tak być, niech tak będzie. To wspólna decyzja. - rozłożył ręce. Bo faktycznie teraz to zależało od reszty. Jeśli mieli zamiar się cofnąć, nie miał zamiaru ich do niczego namawiać. Przecież sam nigdzie nie pójdzie. Nie był wodzirejem tym imprezy. Ale jeśli nadal chcieli iść to miał zamiar iść z nimi nawet za cenę odejścia z Bractwa.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Andy Dark



It's So Nice To Meet You. Let's Never Meet Again.

Kontrola/Tworzenie Nefrytu

57%

Missing





name:

Andy Dark

alias:
Nefryt

age:
28

Wysłany: 2018-04-23, 17:03   
  

   Władca Pingwinów

  

   Masz talona na Aarona i balona


Słuchając każdego, w mojej głowie naradzało się coraz więcej wątpliwości odnośnie naszego malutkiego społeczeństwa. Czy na prawdę nasze bractwo było tak bardzo podzielone? Czy nie istniało nic, co mogłoby zespoić pęknięte zaufanie i jedność? Nie znałem odpowiedzi na to pytanie. Wątpię, by ktokolwiek z obecnych tutaj osób mogłaby mnie uraczyć odpowiedzią. Słuchałem każdego z uwagą. Każdy miał swój powód, by wyruszyć. Każdy chciał pokazać, że cisza z naszej strony na terroryzm dogsów to najgorsze z możliwych. Każdy z nich.. Miał rację. Nie ukrywam, że Colleen przedstawiała się również z prawidłowej strony. Widać było, że troszczyła się o bractwo i chciała dla nich jak najlepiej. Ciężko było obrać stronę. Z jednej strony szefowa, którą - przyznam - słabo znałem. Z drugiej zaś grupka mutantów, chcących walczyć o swoją wolność i pokazać, że nie boimy się konfrontacji z psami. Uniosłem rękę ku górze. Kurwa, no jak w szkole.
- Pozwólcie, że się wtrącę. - Powiedziałem, opuszczając rękę, jednocześnie splatając ją z drugą na klatce piersiowej. Byłem w bractwie co prawda od niedawna, jednak jeśli mogłem dodać coś od siebie to nie zamierzałem przepuścić okazji. - Niechętnie to przyznaję, jednak muszę zgodzić się z Aaronem. Sytuacja na marszu to było piekło. Powinniśmy ruszyć z kontratakiem tak szybko, jak to możliwe, a nie siedzieć i obmyślać plan tygodniami, podczas gdy oni poszerzają swoje szeregi. No bo ile będziemy kurwa czekali, aż zgodzimy się na atak? Nie, nie można inaczej. Po prostu, kurwa, nie można.
- Może to i plan dla samobójców. - Odszedłem kilka kroków od szefowej, by stanąć po stronie grupy. - Ale dla samobójców, którzy chcą coś zmienić. - Koniec. Tak, wolałem iść z nimi na pewną śmierć, niż siedzieć w obozie i czekać na magiczny plan, który objawi się za chuj wie, ile.
- I jeśli mam już nigdy nie wrócić do bractwa, to niech i tak będzie. - Postanowione. Ruszajmy, drużyno pierścienia!
[Profil]
  [A-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-04-23, 19:08   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Najgorsze było to, że wszyscy mieli rację. Colleen także, mówiąc, że działają nieco pod wpływem impulsu i że ich plan nie jest idealny. Aż za dużo rzeczy mogło pójść nie tak i dobrze o tym wiedzieli. Do Fay nawet dotarły słowa Marie o tym, żeby na razie dać sobie spokój, ulepszyć plan, zebrać większą liczbę ludzi, żeby zwiększyć ich szanse. Brzmiało to naprawdę rozsądnie, aż chcąc nie chcąc naszły ją wątpliwości, czy na pewno postępują słusznie.
Potem gdy jeszcze usłyszała, że nie mają prawa wrócić... serce zabiło jej mocniej. Okej, spodziewała się, że jakaś kara będzie ich czekać, jednak... zawsze łatwiej było prosić o wybaczenie, niż o pozwolenie, prawda? I tego chciała się trzymać, dopóki Colleen nie przyszła tutaj i nie pokrzyżowała jej planów.
Naprawdę nie chciała palić za sobą wszystkich mostów, tym bardziej, że znała je już tak dobrze, przechodziła się nimi już prawie trzeci rok. Trudno było tak o zostawić wszystko to, co się tak dobrze znało. A na podjęcie tak ważnej decyzji miała ile? Mniej niż minutę?
Słowa Hendersona przypomniały jej o tym, o czym myślała już wcześniej. Minęło już wystarczająco dużo czasu, decyzja o odwecie powinna zostać zatwierdzona na zebraniu dzień po marszu, a nie obiecywana teraz, z perspektywą przesunięcia akcji o kolejne tygodnie. Mutanci złapani przez DOGS mogli nie mieć tego czasu. W tej chwili mogli być badani, zmuszeni do wyjawiania informacji... kto wie, może wśród nich był ktoś z bractwa, może rząd już znał lokalizację obozu? Czy w takim razie powrót tutaj był lepszą opcją niż ponowne zamieszkanie w mieście?
- Powiedziałabym "do zobaczenia"... - zaczęła, podnosząc wzrok z ziemi, na którą przez moment się wpatrywała podejmując decyzję, z powrotem na Colleen - Ale skoro postanowiłaś inaczej, w porządku. Żegnaj, Colleen - powiedziała, posyłając jej smutny uśmiech. Nie chciała stąd odchodzić, ale skoro przywódczyni nie pozostawiła im wyboru... cóż, zadecydowała. Razem z innymi mieli plan, którego była częścią i wiedziała, że jeśli odpadnie, szanse na powodzenie jeszcze się zmniejszą. A tego nie chciała, dlatego już po chwili, bez żadnych zbędnych przemówień, po prostu wsiadła do auta na miejsce kierowcy, zatrzaskując za sobą drzwiczki. Czekając, aż reszta zapakuje tyłki do wozu, odchyliła głowę lekko do tyłu na oparciu i przymknęła powieki, biorąc dwa głębokie wdechy. Nawet nie próbowała ukrywać, że było jej strasznie ciężko podjąć tą decyzję i nie czuła się z nią najlepiej. Ale cóż, trudno, jakoś to będzie.
Zapięła pas i sięgnęła do stacyjki, żeby przekręcić kluczyk i zapalić silnik.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-04-25, 01:38   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Czemu kobiety zawsze musiały skupiać się tak bardzo na sobie? Nie chciałem jej urazić, nie chciałem ranić czy robić jakieś nietakty. Po prostu również mnie bolało to, co się wydarzyło, pragnąłem pokazać, że to nie tylko jej ból, ale nasz wszystkich, by dostrzegła, że to jednak w jej interesie. Tymczasem otrzymywałem tytuł idioty, bo tak.
Pokręciłem głową, słuchając jej słów. Nazywała nas samobójcami, kiedy znajdowało się w naszej grupie trzech łowców, świetnych łowców, a także Andy, którego moc nieco przypominała tę Colleen. Nie byliśmy znowu tak bardzo bezbronni i mali w obliczu mocy D.O.G.S., czyż nie?
Dlatego stałem tam i słuchałem jej słów. Nie sądziłem jednak, że cała ta dyskusja pójdzie aż w tak niebezpiecznym kierunku. Jeśli wyjdziemy, to mamy nie wracać? I oni na to przystawali? Nie mogłem pozwolić na to, by utracili dachy nad głowami i w miarę bezpieczny kącik przez ten atak. Musieliśmy mieć gdzie wrócić.
- Colleen, teraz to ty podejmujesz decyzje pod wpływem impulsu – zauważyłem delikatnie, robiąc subtelnie te dwa kroki w przód, by chwycić ją za ramię. Odruchowo, bo odruchowo. Chciałem ją naprostować, uspokoić chyba. Pewnie nie miało mi się udać, czego jakoś nie byłem świadomy. – Co się z tobą dzieje, Colleen? Na pewno chcesz to zrobić? Zakazać nam powrotu? – zapytałem powoli, jak gdybym obawiał się, że te słowa tak do końca do niej nie docierają, że dzieje się tyle, że serio, kurde, podejmuje decyzje pod wpływem impulsu. Jeśli uprze się przy swoim, serio już nigdy więcej nas nie zobaczy. Fay już trzaskała drzwiami na nią, a przecież Colleen pragnęła silnego Bractwa. Sama je dzieliła, nie pozwalając nam na ten wypad. Może tak miało być lepiej?
Colleen od śmierci Yvonne zachowywała się dziwnie, ale odkąd zerwaliśmy, a potem przyjęła mnie z powrotem, to wszystko, nie tylko między nami, ale w całym Bractwie, zaczęło zmierzać dokładnie w tym kierunku, kiedy ja, Ronnie, Leon, Fay i Andy trafialiśmy na nowoutworzoną czarną listę Bractwa.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

78%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
25

height / weight:
168/46

Wysłany: 2018-04-26, 17:09   
  

   2 Lata Giftedów!


Czułam, że moja płomienna przemowa nie zrobi na nich żadnego wrażenia. Oni podjęli decyzję. Widziałam to w ich oczach, więc tak naprawdę moja obecność tutaj była tylko formalnością. Nie mogłam im odpuścić. Pozwolić im wyjść, a potem ot tak, pozwolić na to, by do Bractwa wrócili. Jasne. W obozie panowała demokracja, dlatego właśnie mieliśmy radę, dlatego mieliśmy Łowców, Informatorów, czy Mózg Bractwa. Tak, zgadza się. Mieliśmy demokrację, ale istniały też sytuacje nadzywczajne, podczas których swoich decyzji nie miałam zamiaru konsultować z nikim innym. Ich misja była właśnie taką sytuacją. Narażali swoje życia, ale przede wszystkim narażali na szwank imię mutantów, bo przecież zostaniemy jeszcze bardziej znienawidzeni, a dodatkowo ośmieszeni, bo tylko pokażą, jacy słabi jesteśmy, gdy D.O.G.S. ich w klatkach pozamyka.
Oni podjęli decyzję, ja również.
Słuchałam ich wypowiedzi, patrząc na nich z lekko zażenową miną, bo ta ich postawa o treści "nie bawi nas twoja dyktatura, chcemy ratować świat" była po prostu żałosna. Zachowywali się, jakby występowali w jakimś cholernym filmie o Avengersach. Co to miało być? A Ronnie? Przecież niedawno rozmawialiśmy. Widział, że jestem za działaniem. Mówiłam o tym, że tak, bardziej popieram atakowanie niż bierne przyjmowanie kolejnych ciosów, a teraz się zachowywal tak, jakby nasza rozmowa w aucie podczas drogi na Rynek zupełnie nie miała miejsca. Gadali głupoty, które dla mnie nie znaczyły nic. Nie mieli żadnego logicznego argumentu, który by przemawiał za ich racją. Podejmowali głupią decyzję. Zachowywali się jak dzieci poprzebierane na Halloween za superbohaterów i wtedy... i wtedy Aaron-samozwańczy Przywódca przemówił, zmierzając w moją stronę.
Patrzyłam mu w oczy, nawet ze smutkiem, i to szczerym. Kochałam go. Naprawdę go kochałam. Dlatego odeszłam. Pozwoliłam mu żyć beze mnie, bo ja zatruwałam ludzkie życia i to była prawda. No bo tylko patrzcie, gdzie przeze mnie trafił Dale... Torturowany i karmiony szczurami, teraz leżał ze złamanym sercem w moim łóżku, bo go odtrącałam. Nie umiałam być dobrą dziewczyną, ale musiałam chociaż postarać się być dobrą Przywódczynią.
Drgnęłam lekko, gdy mnie dotknął, i na ułamek sekundy spuściłam wzrok. Westchnęłam ciężko. Nie chciałam ich wyrzucać, ale nie było wyjścia.
- Dobrze wiesz, jakie to dla mnie ciężkie. - przyznałam - Ale dobrze wiesz, że nie mogę pozwolić na to, żebyście zostali. Ryzykujecie imię mutantów. Wasza porażka sprawi, że będziemy pod jeszcze większym atakiem. Z Hopperem planujemy przeprowadzkę, a teraz albo będziemy musieli cholernie ją przyspieszyć, albo odwołać, bo jak zaatakujecie D.O.G.S. będą nas szukać jeszcze intensywniej, będą chcieli znaleźć nas jak najszybciej. Jakkolwiek strasznie to brzmi, traktuję to jak swego rodzaju zdradę. W Bractwie nie mogą żyć mutanci, którzy nie potrafią się dostosować do większości, a wnioskując po liczbie "powstańców", którzy się tu zebrali, większość nie chce atakować D.O.G.S. tak nagle, bez przygotowania. - mówiłam, patrząc w oczy Aaronowi, chciałam, żeby mnie zrozumiał, żeby wiedział, że to jest ciężka decyzja i wcale nie podjęta pod pryzmatem chwili - Jeśli wyjdziecie to nie macie prawa wrócić, Aaron. To jest moja ostateczna decyzja. - dodałam, dając mu jasno do zrozumienia, że nie ma co dalej dyskutować, bo ja zdania absolutnie nie zmienię. Sami chcieli odejść. To była ich decyzja, która łamała mi serce, ale była całkowicie ich.
_________________
I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
Leon Hawthrone



Everybody waiting for the fall of man Everybody praying for the end of times Everybody hoping they could be the one I was born to run, I was born for this

Aerokineza

70%

xxx





name:

Leon Hawthrone

alias:
Leo

age:
25 lat

Wysłany: 2018-04-26, 20:06   
   Multikonta: Nie


W leonowej skromnej opinii, było tu za dużo pierdolenia, a za mało działania. Prześlizgiwał wzrokiem od Aarona do Colleen po Fay i okrążał kółko po reszcie, nie wyglądając na specjalnie wahającego się czy choćby chcącego się wtrącić w tą wymianę zdań. Skoro tu przyszedł, było jasne, że nie miał zamiaru wracać z powrotem, tak? Za Chiny Ludowe, nie rozumiał postawy Marie, to znaczy, ujmijmy to tak: wiedział, że przede wszystkim chodzi jej o bezpieczeństwo ludzi, ale według niego, nie liczyła się z tym, że i to miało swoją cenę. Nie mogli wiecznie się ukrywać, mając nadzieję na to, że w koooońcu nastąpi jakiś przełom, że w końcu coś się zmieni, bez działania! Prawie jak w jednej ze sztuk Becketta, czekając na jakieś cholerne zbawienie, które nigdy nie nadejdzie, kiedy nie ruszy się dupy. Z perspektywy czasu, teraz widział, że marsz nie był dobrym pomysłem, więc trzeba było zrobić coś od innej strony.
Chyba już zwyczajowo wywrócił oczami na słowa dziewczyny, kiedy zapowiedziała im, że nie mają po co tu wracać.
Pokręcił lekko głową, patrząc na nią. - Raczej gdyby nie my sami, to byśmy już nie żyli. - mruknął cicho, w końcu okrążając furgonetkę, by otworzyć drzwiczki, a potem wskoczyć na tylne siedzenie z całym swoim ekwipunkiem.
_________________

And now it's time to build from the bottom of the pit, right to the top


Leon Hawthrone


[Profil]
 
 
Andy Dark



It's So Nice To Meet You. Let's Never Meet Again.

Kontrola/Tworzenie Nefrytu

57%

Missing





name:

Andy Dark

alias:
Nefryt

age:
28

Wysłany: 2018-04-27, 10:31   
  

   Władca Pingwinów

  

   Masz talona na Aarona i balona


Łooo matko. Z chwili na chwilę cała ta sytuacja przypominała kiepski film komediowy z wiadomym zakończeniem. Szczerze. Powoli bawiła mnie ta sytuacja. Szczególnie ta między Aaronem, a Colleen. Wyglądało to tak, jakby coś do siebie czuli, a jednocześnie stawali na przeciw siebie. Co do chuja? Nie chciałem brać udziału w tej słabej grze. Niech się dogadają, byle szybko. Jak dla mnie sprawa od początku była oczywista. Jesteś tutaj? To nie pierdol, tylko dawaj. Proste? Proste.

Westchnąłem cicho. Szopka tutaj byłą bezsensowna. W głowie mój cel przystąpienia do Bractwa powoli przyćmiewał rozprawienie się z psami. To było jedyne słuszne wyjście. Powinniśmy iść za ciosem i zaatakować, nawet jeśli by nas to kosztowało życie. Może i Aaron wymyślił ten pomysł po pijaku, jednak trzeba przyznać, że odkąd go znam, były to jego najlepsze wypowiedziane słowa, co przychodzi mi z trudem do przyznania. Odwróciłem się na pięcie, zmierzając powolnym krokiem do pojazdu.
- Suicide Squad Is On The Way. - Powiedziałem cicho, dodając ku temu szczery uśmiech. Cieszyłem się, że w końcu coś zrobimy. Nie mogłem doczekać się chwili, gdy moje pociski i ostrza dosięgną wrogów. Wsiadłem na tył furgonetki, po czym spoglądając co jakiś czas na "zakochańców" czekałem na koniec tejże szopki.
_________________
[Profil]
  [A-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 6