Poprzedni temat «» Następny temat
Stary hangar nad jeziorem
Autor Wiadomość
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2017-11-18, 20:16   Stary hangar nad jeziorem





[Profil]
 
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2018-02-02, 19:30   

Była to noc, pomiędzy 5 a 6 lutego. Pod osłoną ciemności, jedną z leśnych ścieżek gnał duży, terenowy samochód. W środku znajdywało się 4 członków Genetically Clean a w bagażniku wieźli dość... niecodzienną przesyłkę.

przesyłką był biedny Levi Gryffin, pojmany podczas akcji z przekazywaniem zapasów na polanie. Biedak dość mocno oberwał. Był blady z wycieńczenia i utraty krwi, całe ciało miał pokaleczone i posiniaczone, widać było krew w okolicach jego nosa jak i ust (mimo, że były zaklejone taśmą naprawczą). Wybito mu też jeden ząb. Jeden z jego barków był wybity, w drugiej ręce natomiast miał połamane palce i ranę przypominającą stygmat. Całe jego ubranie było brudne i zaplamione krwią, a z jego bluzki pozostały tylko strzępki, ledwie zasłaniające ramiona i odrobinę pleców. Dzieciak musiał się wiele nacierpieć nim tu trafił. Najgorsza jednak była wiadomość, wyryta ostrym narzędziem na całym jego brzuchu - rany były głębokie i przekazywały ważną informację komukolwiek, kto go tu znajdzie:
Ukryj: 
YOU'RE NEXT

Chłopak miał spętane ręce (co zapewne sprawiłoby mu niesamowity ból, jeśli tylko byłby przytomny) i nogi. Jeszcze w siedzibie GC zdjęto mu obrożę - w końcu nikt nie chciał, by ta technologia trafiła do mutantów - jeszcze zrobili by z niej użytek i co wtedy?
Na zabezpieczenie jednak, by mutant nagle się nie ocknął i wszystkich nie rozszarpał, wstrzyknięto mu dość sporą dawkę mutazyny, która przynajmniej przez kolejne kilka dni powinna zablokować mu możliwość korzystania ze swych mocy a następnie mocno je utrudnić na kolejne dni.

Mężczyźni szybko wysiedli z pojazdu, gdy ten tylko się zatrzymał w okolicy brzegu rzeki, tuż przy hangarze. Otworzyli bagażnik i zgrabnym ruchem wyrzucili na piasek wciąż nieprzytomnego chłopaka. Leżał w taki sposób, by był widoczny. GC wiedziało, że mutanci często kręcą się w tych okolicach, nie wiedzieli tylko, ile im zajmie znalezienie tego szczeniaka. Czy zdążą, zanim wyda swe ostatnie tchnienie?
Gdy tylko członkowie organizacji pozbyli się tego zbędnego balastu, szybko zajęli swoje miejsca w pojeździe i odjechali w swoim kierunku...
[Profil]
 
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

78%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
25

height / weight:
168/46

Wysłany: 2018-02-02, 21:12   
  

   2 Lata Giftedów!


7 luty, poranek. Całą poprzednią noc spędziłam z Dalem i to była moja najlepiej spędzona noc od dawna. Jasne, Aaron i Alba mnie zdradzili, Levi zaginął i jakiś jeden gość z F.P.T.P. też... nie umieliśmy się pozbierać, ale James absolutnie blokował mnie przed jakąkolwiek akcją ratunkową. Twierdził, że to zbyt niebezpieczne i wiedziałam, że miał rację. Sama nic bym nie zdziałała, a nie byłam w stanie zebrać na tyle dużej ekipy ratunkowej, by zaatakować GC i odbić chłopaków. Nie miałam jak tego zrobić. Mogłam się tylko modlić do nieistniejącego Boga, że Levi przeżyje, że go nie zabiją. Z drugiej jednak strony... to była tylko głupia nadzieja, wiedziałam, że stanie się tragedia, że Levi nie wróci do nas żywy. Miałam świadomość tego, że nie do końca zachowywałam się tak, jak powinnam, uciekając z Bractwa i pieprząc się całą noc z jakimś nieznajomym typem, ale... ale nie umiałam być wiecznie odpowiedzialna. Wiedziałam, że powinnam, wiedziałam, że zjebałam, ale musiałam odpocząć. Musiałam odpocząć i teraz wracałam do Bractwa, by porozmawiać z Axonem, czy się czegoś dowiedział zarówno o Nancy, jak i o porwanych przez GC mutantów. Tak cholernie martwiłam się o Levi'ego...
I wtedy właśnie, na piasku, zobaczyłam ciało.
Jak wariatka zaczęłam biec przed siebie, wiedząc doskonale, kim jest leżący na piasku chłopiec. To był mój Levi.
- Levi! Levi! - darłam się jak głupia, wiedząc, że to nie jest najprawdopodobniej najlepsze, co mogłam w tym momencie zrobić, ale władzę nade mną przejęły emocje. Dopadłam na chłopaka, padając na kolana i delikatnie zaczęłam nim potrząsać. Był nieprzytomny, zakrwawiony, poobijany... Zaczęłam płakać, nawet nie wiedząc kiedy, ale łzy płynęły mi strumieniami. Widziałam, że miał wybity bark. Do Bractwa mieliśmy stąd jakieś 4 i pół kilometra, ale nie miałam czasu, by go tracić. Nie mogłam teraz biec po auto. Musiałam go zanieść.
Westchnęłam ciężko, z wysiłku, podnosząc chłopaka jak najdelikatniej umiałam. Zawiesiłam jego zdrową rękę na sobie, by było mi go wygodniej nieść. Nieprzytomny i bezwładny... był taki cholernie ciężki, a ja zapłakana i ledwo żywa po nieprzespanej nocy... Jaką ja kurwa byłam nieodpowiedzialną idiotką! Bądź co bądź krok po kroku, centymetr po centymetrze zaczęłam go ciągnąć ze sobą do Bractwa, wolną ręką pisząc smsa do wszystkich sanitariuszy, by pojawili się w naszym prowizorycznym szpitaliku, gotowi do ratowania życia Leviemu.

/ zt.
_________________
I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

78%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
25

height / weight:
168/46

Wysłany: 2018-02-06, 01:51   
  

   2 Lata Giftedów!


| 14 luty, czyli WYGRYWANKO KONKURSU

ubranko.

Minął tydzień. Równy tydzień, od momentu, gdy znalazłam nieprzytomnego Leviego, porzuconego na piasku przy starym hangarze. Minął równy tydzień, a mi wciąż było ciężko się otrząsnąć z tego wszystkiego. Byłam wściekła na siebie, że wysłałam go na tą pieprzoną polanę. Nigdy tylko po zapasy, ale jak widać po minionych wydarzeniach, nawet wyprawa po zapasy może skończyć się tragicznie. Teraz już wiedziałam, że nawet w takiej błahej sytuacji powinnam na misje wysyłać znacznie lepiej przeszkolonych ludzi, znacznie silniejszych, bardziej przydatnych w walce. Na pewno nie powinnam wysyłać biednego Leviego, który oberwał znacznie mocniej, niż na to zasługiwał... GC nas ostrzegło. Wyrzucili go stosunkowo blisko obozu, a na dodatek zostawili na jego brzuchu słowne ostrzeżenie, mówiące o tym, że ktokolwiek go odnalazł, będzie następny.
Nie, nie bałam się. Było mi żal mojego przyjaciela i chciałam go pomścić, ale miałam takie samo zdanie jak wcześniej, gdy go porwali - nie mogłam ryzkować życia moich ludzi i kierować ich na GC. To było zbyt niebezpieczne. Nie wiedziałam tak naprawdę, co powinnam zrobić w tym momencie. Jak to zaplanować, jak to rozegrać, by GC jednak pożałowało, że porwali Leviego i tak potwornie go skrzywdzili, ale jednocześnie żeby nie stracić swoich ludzi, żeby w ogóle ich nie narażać... Wiedziałam, że powinnam skonsultować to z Axonem, który był przecież najmądrzejszy na całym świecie, ale póki co postanowiłam zbadać miejsce zbrodni w poszukiwaniu... w sumie nawet nie wiedziałam co chciałam znaleźć. Jakieś poszlaki? Dowody? I tak mi się w żadnym sądzie nie przydadzą, bo przecież to ja byłam tą najbardziej ściganą. Może liczyłam na to, że znajdę jakiś ślad tych, co to Leviego skrzywdzili? Może będziemy mogli zaatakować ich w inny sposób, niż atakować od razu ich siedzibę?
Było południe, a pogoda była dzisiaj nawet ładna. Nie było na minusie, śnieg już stopniał, co bardzo mnie cieszyło. Mieszkańcy Bractwa nie będą już tak marznąć, co przecież notorycznie się zdarzało w naszych domkach bez ogrzewania.
Powiedziałam tym, którym musiałam powiedzieć gdzie wychodzę, a teraz już stałam na piasku, gdzie nie tak dawno temu znalazłam Leviego. Przegryzłam nerwowo wargę i zdjęłam okulary przeciwsłoneczne. Wyciągnęłam do przodu prawą rękę, by wszystkie metalowe przedmioty na półtora metra ode mnie przyleciały do mnie. Może wśród nich znalazłabym coś przydatnego? Niestety... przyleciały tylko jakieś 3 monety i kapsel od piwa, zdecydowanie nic przydatnego.
_________________
I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
Dale Fowler



People sleep peacefully in their bed at night only because rough men stand ready to do violence on their behalf..

Kontrola przepływu adrenaliny

92%

Najemnik





name:

Dale Fowler

alias:
~Archer

age:
29

height / weight:
188/96

Wysłany: 2018-02-06, 02:13   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   2 Lata Giftedów!


Minął również tydzień od ich spotkania. Dzisiaj był wyjątkowy dzień i wcale nie dlatego, że mieliśmy walentynki. Dzisiejszy dzień był inny, ponieważ Fowler był wyjątkowo trzeźwy, pozwolił sobie tylko na parę shotów na odwagę, zanim udał się w kierunku zapomnianego przez ludzi hangaru na łodzie.
Praca najemnika była niebezpieczna, ale miała swoje plusy, kontakty z wieloma typami z pod ciemnej gwiazdy pozwalały na dopływ do informacji, które dla innych były niedostępne. Wiedział, że dokładnie tego pamiętnego dnia w którym postanowił opuścić Col właśnie przy tym hangarze pozostawio jakiegoś chłopaka z pewną informacją dla bractwa wypisaną na jego ciele. Nie wiedział co to za informacja, ani kim on był, ale domyślił się, że jeśli ten chłopak był jednym z nich to... Colleen na pewno prędzej czy później się tam pojawi. Po prostu to wiedział, czuł to.
Dlatego też trzeci dzień z rzędu obrał ten sam kierunek, choć oczywiście nie szedł tą samą drogą - ostrożność przede wszystkim.
Ubrany w sportowe ciemne buty, jeansy, bordowy t-shirt oraz jego ulubioną skórzaną kurtkę, a także standardowo uzbrojony w pistolet kroczył mając nadzieję, że ją tam zobaczy.
A dlaczego tak bardzo tego chciał?
Ponieważ zdał sobie bardzo szybko sprawę z tego, że każda chwila bez niej jest niczym, zrozumiał, że ta dziewczyna bardzo wiele dla niego znaczy. Nie wiedział jeszcze co jej powie, jeśli ją zobaczy, ale wiedział, że nie potrafi bez niej normalnie funkcjonować.
Podniósł do ust papierosa, którego trzymał między dwoma palcami prawej dłoni i zaciągnął się ostatni raz wyrzucając go na ziemię. Zbliżał się do celu.
Wynurzył się zza pobliskich zarośli i... Dostrzegł ją. Na moment go zamurowało, tysiące razy układał sobie w głowie ich spotkanie, wyobrażał je sobie, ale teraz? Teraz... Nie miał pojęcia co dalej, nie miał pojęcia jak się zachować wiedział tylko, że ona tutaj była - tak samo piękna jak zawsze.
Odetchnął głęboko i ruszył powoli w jej kierunku.
- Colleen.. - rzucił, gdy był na tyle blisko, że mogła go usłyszeć. Miał ochotę rzucić się na nią, przyciągnąć do siebie, pocałować ją tak, jakby świat miał się zaraz skończyć, ale tego nie zrobił. Stanął w miejscu i przyglądał się jej.
Był gotowy na każdą ewentualność. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie powinien jej zostawiać i rozumiał, że może być na niego wściekła, chociaż... Ona wtedy sprawiała takie wrażenie, jakby doskonale rozumiała, że tak to się zakończy. Niestety żaden przedstawiciel płci męskiej nie jest w stanie zrozumieć co mają w głowie kobiety, więc i on nie mógł mieć pojęcia jak zareaguje.
Wiedział tylko, że cholernie ucieszył go jej widok.
_________________

<div style="font-family: Bubbler One; font-size: 39px; color: #d2a682; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd; width: 360px; text-align:center; line-height:65%;">Dale Fowler<img src="https://78.media.tumblr.com/271e2bfe6cc02a500307b3b4b9165c9e/tumblr_owwlalBTR81v5dr9ko3_500.gif" style="width: 350px; border-radius: 0px 0px 10px 10px"><div style="font-family: ms mincho; font-size: 10px; color: #63401d; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd;width: 360px; text-align:center">"My one regret in life is that I am not someone else."<a href="http://crocus-avatars.tumblr.com/" style="text-decoration: none; color: #818181; font-size: 7px; font-family: verdana;">by crocus


klik.
[Profil]
  [AB+]
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

78%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
25

height / weight:
168/46

Wysłany: 2018-02-06, 02:24   
  

   2 Lata Giftedów!


Martwiłam się. Nie wiedziałam, co ja sobie myślałam, przychodząc tutaj. Co ja chciałam znaleźć do cholery? Sama nie byłam w stanie znaleźć nic. Zajmie mi to cały dzień - przeczesanie całej plaży i terenu wokół. Powinnam poprosić kogoś o pomoc, ale... kogo? Połowa Bractwa miała dzisiaj wolne przez Walentynki i wcale nie miałam im tego za złe. Nie chciałam prosić o pomoc, bo równie dobrze mogę to zrobić jutro. Wziąć ze sobą z dwójkę Łowców, oraz Ochroniarza i poprosić, by razem ze mną przeszukali to miejsce. Tak, to był plan i to chyba całkiem nie taki najgorszy na świecie. Bądź co bądź, skoro już tu byłam, postanowiłam jednak przeszukać tak dużo terenu, jak tylko mogłam. Dlatego też zrobiłam dwa kroki do przodu i powtórzyłam moją sztuczkę z byciem żywym magnesem, ale... tym razem też się nie udało. Zmarszczyłam nerwowo czoło i wyprostowałam się, postanawiając zebrać myśli. Musiałam gdzieś zacząć. Musieli coś za sobą zostawić... ale co, tak w sumie? Skrawek ubrania, plamę krwi, może jakąś kartkę... nic, co metalowe w sumie nie pomoże mi w wyśledzeniu tych potworów, którzy postanowili tak dotkliwie załatwić Leviego. Pewnie będzie miał pamiątki do końca życia... nie znałam nikogo, kto mógłby mu pomóc. Ja i tak już trochę przyspieszyłam proces gojenia się jego ran przez to, że grzebałam w jego polu magnetycznym, ale nie byłam w stanie nic więcej z nimi zrobić, oprócz zatamowania krwawienia i przyspieszenia gojenia... Levi będzie musiał żyć z pamiątkami porwania przez Genetically Clean do końca życia i to przyprawiało mnie o jeszcze większe wyrzuty sumienia, bo przecież to wszystko było moja wina...
I wtedy usłyszałam kroki.
Odwróciłam się gwałtownie, obawiając się, że to mogą być ci cholerni bandyci. Reagowałam instynktownie. Wysunęłam rękę do przodu, a moje standardowe, metalowe kule wyskoczyły z mojej kieszeni zatrzymując się dołownie trzy milimetry od twarzy... Dale'a. Dopiero teraz zrozumiałam, że wcześniej wypowiedział moje imię. Co on tu robił?
- Dale? - spytalam idiotczynie, bo przecież wiedziałam, że to on, ale... nie umiałam w to do końca uwierzyć. Nasza noc była dla mnie jak sen i żeby jakoś poradzić sobie z tym, że już nigdy więcej nie zobaczę mężczyzny, z którym na pewno połączyło mnie coś specjalnego, postanowiłam to dalej traktować jak sen. Tymczasem jednak... on stał naprzeciw mnie, zupełnie realny, zupełnie prawdziwy. Opuściłam rękę, a kule wskoczyły do kieszeni mojej kurtki.
- Przepraszam, nie chciałam ci zrobić krzywdy. Nie spodziewałam się tu ciebie... - powiedziałam, przegryzając nerwowo wargę, ale po chwili... zapaliła mi się czerwona lampka. Skoro on mnie znalazł, znowu, to każdy mógł.
- Śledziłeś mnie? - spytałam, zupełnie zdezorientowana. Przecież to on mnie zostawił, on wyszedł i choć wiedziałam, że to może być dobra decyzja, to ja nie umiałam jej podjąć, nie chciałam nawet. On zrobił to za mnie, a teraz nagle po prostu mnie odnajdywał?
_________________
I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
Dale Fowler



People sleep peacefully in their bed at night only because rough men stand ready to do violence on their behalf..

Kontrola przepływu adrenaliny

92%

Najemnik





name:

Dale Fowler

alias:
~Archer

age:
29

height / weight:
188/96

Wysłany: 2018-02-06, 02:38   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   2 Lata Giftedów!


To fakt, samotne przeszukiwanie miejsca zbrodni mogło okazać się wyjątkowo żmudnym zadaniem, znacznie lepiej było kogoś poprosić o pomoc, chociaż... W tak krótkim czasie... Ktoś mógł obserwować to miejsce i chociaż pozornie wyglądało na to, że tak nie jest, to nawet Dale - który przecież był po specjalnym szkoleniu i wiedział, gdzie szukać - oczywiście mógł coś przeoczyć. Poza tym z tego co wiedział w Genetically Clean nie pracowali głupi ludzie i nawet jeśli pozostawili po sobie jakikolwiek ślad, to prawdopodobnie chcieli to zrobić. Tyle niewiadomych...
Najważniejsze, że Col zrobiła tyle, ile mogła dla tego chłopaka, a Ci, którzy mu to zrobili? Na każdego prędzej czy później przychodzi ślad, zwłaszcza, gdy po przeciwnej stronie barykady stoją tak niebezpieczne istoty jak mutanci.
Przeczuwał, że pierwszym jej odruchem będzie atak. Mógł uskoczyć, ale wiedział doskonale, że kule, które leciały w jego kierunku zatrzymają się. Po prostu był tego pewien, dlatego nawet się nie ruszył, nawet nie mrugnął. Zabawne, ale po tak krótkim czasie zdążył zaufać jej na tyle, by wiedzieć, że nie zrobi mu krzywdy. Szkoda tylko, że on jej zrobił zostawiając ją tamtego ranka - tak przynajmniej to wyglądało z jego strony.
-Wiem. - skwitował krótko pierwszą część jej wypowiedzi, jak mówiłem wcześniej - był pewien, że metalowe kule nie dotrą do celu, którym była jego głowa.
- Szczerze mówiąc sam nie spodziewałem się, że jeszcze kiedykolwiek się zobaczymy.. - dodał po chwili robiąc następne kilka kroków w jej kierunku. Rozejrzał się po okolicy i westchnął cicho.
- Nie. Słyszałem o tym chłopaku, którego wyrzucili tutaj tydzień temu. Mam swoje źródła i... Domyśliłem się, że się tutaj pojawisz. - odparł na jej słowa i wbił w nią spojrzenie.
Nie wiedział co ma powiedzieć i czuł, że jego nogi stają się jak z waty, gdy Col stała tak na przeciwko niego nagle... Stawał się taki mały, a wszystkie słowa, które przychodziły mu do głowy wydawały się teraz bez sensu.
- Ja... - zaczął odwracając wzrok, ale nie przyszło mu do głowy nic, co mógłby jej teraz powiedzieć, więc zakończył na tym.
_________________

<div style="font-family: Bubbler One; font-size: 39px; color: #d2a682; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd; width: 360px; text-align:center; line-height:65%;">Dale Fowler<img src="https://78.media.tumblr.com/271e2bfe6cc02a500307b3b4b9165c9e/tumblr_owwlalBTR81v5dr9ko3_500.gif" style="width: 350px; border-radius: 0px 0px 10px 10px"><div style="font-family: ms mincho; font-size: 10px; color: #63401d; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd;width: 360px; text-align:center">"My one regret in life is that I am not someone else."<a href="http://crocus-avatars.tumblr.com/" style="text-decoration: none; color: #818181; font-size: 7px; font-family: verdana;">by crocus


klik.
[Profil]
  [AB+]
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

78%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
25

height / weight:
168/46

Wysłany: 2018-02-06, 02:51   
  

   2 Lata Giftedów!


Chciałam zrozumieć, ale nie umiałam. Dlaczego ze sobą rozmawialiśmy? Nie, że mi to przeszkadzało. Ostatkami sił i jakiejkolwiek samokontroli powstrzymywałam się przed tym, by jak jakaś gówniara wpaść mu w ramiona. Coś mnie bardzo do niego ciągnęło, a ja nie rozumiałam co i dlaczego. Bądź co bądź byłam zdziwiona jego widokiem. Wybrał. Wiedziałam, że nasza znajomość pewnie skończy się tak, że się rozejdziemy, ale to on przypieczętował nasz los. Absolutnie nie miałam mu tego za złe. Nie żywiłam urazy, nie czułam nawet złości, teraz... teraz byłam po prostu zdziwiona, trochę przestraszona, że znalezienie mnie jest tak łatwe i... i chyba gdzieś tam w głębi siebie czułam szczęście, że znów mogłam go zobaczyć, że znów patrzyłam w jego oczy, że znów słyszałam jego głos... Choć pewnie ciężko byłoby mi się przyznać na głos, to tęskniłam za nim. Tęskniłam za nim tak, jak nigdy nie tęskniłam za Aaronem i to utwierdzało mnie w przekonaniu, że rozstanie z Bartowskim było więcej niż dobrą decyzją. Nie kochałam, nigdy go nie kochałam. Zależało mi na nim, oczywiście, że tak, ale to nie była miłość, a to, co było między mną a Dalem...
Och, kurwa, o czym ja w ogóle myślałam. Widzieliśmy się trzeci raz w życiu, bez przesady, jakieś walentynki głupie mi w głowie, gdy miałam dużo innych spraw, które powinny być dla mnie znacznie ważniejsze, niż mężczyzna, który stał naprzeciwko mnie i patrzył na mnie wzrokiem, z którego nic nie umiałam wyczytać.
- Levi... - skwitowałam, gdy powiedział mi, skąd wiedział, że tu będę. Westchnęłam ciężko i spuściłam wzrok, przypominając sobie, jak strasznie źle się wtedy czułam. Płakałam, czując najgorsze na świecie wyrzuty sumienia po nocy z Dalem. Płakałam ciągnąc za sobą nieprzytomnego, zakrawionego Leviego przez tak długi odcinek drogi, jednocześnie używając mocy, by się nie wykrwawił. Było ze mną bardzo źle, bo czułam się winna za to wszystko, a teraz Dale mówił, że to dlatego mnie znalazł, ale... zaraz.
Spojrzałam mu w oczy, gdy tak chciał mi coś powiedzieć, ale ewidentnie nie potrafił. Widziałam to. Tak bardzo chciałam go teraz pocałować, marzyłam o tym, ale... nie mogłam. Nie wolno mi było. Nie mogłam pozwolić sobie na romanse, musiałam być znacznie bardziej odpowiedzialna. Nie mogłam godzić się na to, by za mną chodził, narażając mnie na to, że odkryje, gdzie znajduje się Bractwo, lub ktoś mnie przez niego złapie. Nie mogłam na to pozwolić. Powinnam kazać mu się do mnie nie zbliżać, powinnam odejść...
- Dale, dlaczego mnie szukałeś? Sam odszedłeś, więc dlaczego chciałeś mnie znaleźć? - spytałam, znów patrząc na niego. Miałam wrażenie, że temperatura spadła o milion stopni. Wiedziałam, co chciałam usłyszeć, ale wiedziałam też, że tego nie usłyszę, a nawet jeśli... to to tylko bardziej skomplikuje moje życie. Czy na pewno tego potrzebowałam?
_________________
I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
Dale Fowler



People sleep peacefully in their bed at night only because rough men stand ready to do violence on their behalf..

Kontrola przepływu adrenaliny

92%

Najemnik





name:

Dale Fowler

alias:
~Archer

age:
29

height / weight:
188/96

Wysłany: 2018-02-06, 03:05   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   2 Lata Giftedów!


No cóż, to nie było takie proste, a nawet wręcz przeciwnie. Myślę, że żadne z nich nie potrafiło racjonalnie wyjaśnić swojego postępowania, chociaż oboje byli tak inni, to jednak... Tak wiele ich łączyło i chociaż postanowili, że się rozejdą tamtej nocy... Znowu się odnaleźli pomimo tego, że ich drogi nie powinny się więcej zejść.
Dale odnosił teraz takie wrażenie, że tak po prostu musiało się stać, to było im pisane i choć nigdy nie wierzył w takie rzeczy jak przeznaczenie, te wszystkie bajki, że nasz los jest przypieczętowany, to w tej chwili pewnie mógłby się do takich rzeczy przekonać.
I niech Col się już tak nie przejmuje - znalezienie jej nie było wcale takie proste, ale... Jeśli komuś bardzo zależy, to wszystko jest możliwe. Tak, jak jemu zależało na niej i nawet jeśli nie potrafił tego do końca wyjaśnić to wiedział, że musi ją ponownie zobaczyć.
Cały ten tydzień, każdy dzień, godzina, a nawet minuta były dla niego udręką, nie potrafił przestać o niej myśleć, o tamtych cudownych chwilach, które spędzili razem... Zachowywał się jak kompletnie inna osoba, po prostu ta dziewczyna zawładnęła jego ciałem, a także umysłem.
On również za nią tęsknił, chociaż nie potrafił tego nazwać. I patrzcie państwo - oto, w ten piękny dzień - 14 lutego po raz kolejny Colleen Marie stanęła na jego drodze i właśnie w cholerne walentynki jego życie miało zmienić się o 180 stopni. Cóż za ironia losu...
- Nie wiedziałem, że tak się nazywa. Czy on... Jak on się czuje? - zapytał tylko nie do końca wiedząc jak ubrać to wszystko w odpowiednie słowa, bo niestety Pan Fowler nie do końca potrafił dobierać odpowiednie sformułowania i dość często brakowało mu taktu, ale tym razem chyba wyszło całkiem nieźle, nie?
Było po niej widać od razu, że ten chłopak coś dla niej znaczył, był dla niej kimś ważnym, więc Dale miał nadzieję, że nic mu się nie stało.
A potem padły dwa pytania na które nie potrafił odpowiedzieć od razu. Zamilkł na dłuższą chwilę wbijając spojrzenie gdzieś w bok, zdala od niej, aż wreszcie wciągnął głębiej powietrze do płuc i przeniósł na nią wzrok.
Kilkoma krokami pokonał dzielący ich dystans i objął dziewczynę w talii przyciągając do siebie i zajrzał jej prosto w oczy.
- Ponieważ Cię, kurwa, potrzebuję. - szepnął, a następnie ją pocałował.
_________________

<div style="font-family: Bubbler One; font-size: 39px; color: #d2a682; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd; width: 360px; text-align:center; line-height:65%;">Dale Fowler<img src="https://78.media.tumblr.com/271e2bfe6cc02a500307b3b4b9165c9e/tumblr_owwlalBTR81v5dr9ko3_500.gif" style="width: 350px; border-radius: 0px 0px 10px 10px"><div style="font-family: ms mincho; font-size: 10px; color: #63401d; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd;width: 360px; text-align:center">"My one regret in life is that I am not someone else."<a href="http://crocus-avatars.tumblr.com/" style="text-decoration: none; color: #818181; font-size: 7px; font-family: verdana;">by crocus


klik.
[Profil]
  [AB+]
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

78%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
25

height / weight:
168/46

Wysłany: 2018-02-06, 03:23   
  

   2 Lata Giftedów!


Moje życie było strasznie popieprzone, odkąd zmarła moja mama. Wcześniej nie miałam takich problemów, ani tych bardziej poważnych, ani tych typowo miłosnych. Nie przejmowałam się Bractwem aż tak. Pewnie, pomagałam mamie w każdej misji, jaką tylko planowała. Organizowałam transporty, planowałam wyprawy po pożywienie, odbijałam mutantów razem z łowcami, ale... ale nie miałam na głowie tak dużo, jak miałam teraz. Nie miałam tylu wrogów, a z Aaronem chodziliśmy sobie za rączkę po obozie, choć mama zawsze patrzyła na nas trochę krytycznym okiem, bo przecież zawsze byłam dla niej jej malutką córeczkę. Wszystko było takie proste... teraz było zupełnie inaczej. Chciałabym, by moja mama żyła. Ona wiedziałaby, jak powinnam się zachowywać, co robić. Umiałaby nazwać moje uczucia, nawet jeśli ja bym się ich wypierała. Z mamą... wszystko było tak dużo prostsze.
Jasne, osiągnęłam coś, co mojej mamie się nigdy wcześniej nie udało - zwerbowałam do Bractwa Axona. Mutanta, który mógł zdziałać wiele. Mutanta tak mądrego, że mądrzejszego na świecie nie było. Mógł nam pomóc i to bardzo, więc namówienie go do dołączenia do nas było ogromnym sukcesem, ale... porażka na polanie bolała trzy rzy bardziej niż cieszyło mnie dołączenie Axona do Bractwa.
- Żyje. - odpowiedziałam, bo tak naprawdę to był jedyny plus sytuacji Leviego, to, że żył. Cała reszta... - Pocięli go, pobili, połamali mu palce u dłoni, przebili mi dłonie, wyryli mu litery na brzuchu, a on... a on jest tylko miłym chłopakiem, który przemienia się w cholernego psa i zawsze, zawsze wszystkim pomaga. - powiedziałam ze smutkiem, mówiąc chyba trochę za dużo, ale nie umialam nie mówić przy Dale'u. Pytał, a ja... a ja mu odpowiadałam. Pewnie gdyby spytał mnie o siedzibę Bractwa to bym mu wyśpiewała wszystko, bo działał na mnie tak, że nie umiałam tego wyjaśnić. Może on po prostu rzucał na innych uroki, czy coś, i dlatego tak się czułam? Nie wiedziałam, nie miałam pojęcia, dlaczego tak się czułam, ale on... ale on chyba czuł się dokładnie tak samo jak ja.
Nie protestowałam. Nawet przez sekundę nie przyszło mi przez myśl, że mogłam go od siebie odepchnąć. Ja... ja chyba go kochałam, bo jeżeli to nie była cholera jasna miłość, to ja nie wiedziałam już co to było. Szaleństwo. To mogło być też szaleństwo.
Pocałowaliśmy się tak, jakby świat wokół nas właśnie się rozpadał, jakbyśmy byli kochankami, którzy spotykają się po cholernie długim okresie czasu, jakbyśmy kochali się tak, jak nigdy nikogo wcześniej i... i chyba tak było.
Zarzuciłam mu ręce na szyję, zbliżając się tak blisko niego, jak to było możliwe, przedłużając pocałunek w nieskończoność, bojąc się, że znowu ode mnie odejdzie, a drugi raz bym chyba tego nie przeżyła.
Odsunęłam się od niego nieznacznie, nadal jednak staliśmy przytuleni do siebie. W miejscu, gdzie tydzień temu znalazłam Leviego. Mało romantyczne, ale chyba mogłam zaliczyć te walentynki do najlepszych do tej pory.
- To nie odchodź. - wyszeptałam, patrząc na niego oczami pełnymi nadziei, może naiwnie, ale chciałam się tego trzymać. Chciałam, by dołączył do Bractwa, by żył ze mną, by... by mnie kochał.
_________________
I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
Dale Fowler



People sleep peacefully in their bed at night only because rough men stand ready to do violence on their behalf..

Kontrola przepływu adrenaliny

92%

Najemnik





name:

Dale Fowler

alias:
~Archer

age:
29

height / weight:
188/96

Wysłany: 2018-02-06, 22:35   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   2 Lata Giftedów!


Na pewno zarówno Col jak i jego życie mocno poturbowało, cóż, widocznie tak po prostu musiało być. Przeszłość zostawiła ślady na ich psychice, blizny, które miały nigdy się nie zagoić, być może jednak kiedyś stanie się tak, że ból po utracie tych wszystkich ludzi stanie się przyćmiony, nie będzie doskwierał tak mocno jak do tej pory, chociaż mężczyźnie nie chciało się w to wierzyć, zbyt wiele lat już trwał w tym całym bagnie i nic nie wskazywało na to, by jego życie miało się polepszyć, chociaż... Odkąd spotkał ją wszystko było zupełnie inne, może nie można tego nazwać jeszcze pełnią szczęścia, aczkolwiek życie nabierało jakiegoś takiego dziwnego sensu, a do jego głowy coraz częściej napływały różne dziwne wizje przyszłości, co ciekawe - wyobrażał sobie ich razem, szczęśliwych, daleko stąd, chociaż oboje dobrze wiedzieli, że to niemożliwe.
Oboje byli w ten czy inny sposób związani z tym miejscem, nie mogli tak po prostu wszystkiego olać i wyjechać w cholerę i w zasadzie nie wiem, czy byli takimi ludźmi, którzy potrafiliby żyć z dala od tego wszystkiego.
Wybrali taką drogę, życie im taką wybrało, a oni nie robili nic by z niej zejść i chyba tak już miało być.
Co przez te wszystkie lata osiągnął Fowler? Właściwie nic, zarobił tylko kilka blizn i parę złych wspomnień. Pewnie, gdyby był normalnym człowiekiem, a nie mutantem, to zostałby odznaczony za służbę dla kraju, ale teraz traktowali go jak przestępce tylko dlatego, że był inny niż oni. Co z tego, że wykorzystywał swoje umiejętności by walczyć za kraj, to nikogo nie obchodziło.
- Zostawili wam wiadomość... W dodatku prawdopodobnie wyrzucili go w pobliżu miejsca, gdzie się ukrywacie. Chcą, żebyście się bali... - mruknął raczej bardziej sam do siebie, niż do niej, doskonale znał te metody, chcieli zasiać w ich szeregach niepewność, by zaczęli oglądać się za siebie, by zaczęli podejrzewać, że mają w szeregach zdrajcę, obwiniać się nawzajem... Taa, dobrze znał takie metody.
- Dobrze, że przeżył, a tacy ludzie... Najlepsi z nas niestety najczęściej obrywają. - dodał po chwili cicho patrząc na nią i zdał sobie sprawę z tego, że nie chce nigdy więcej widzieć jej smutku, nienawidził ludzi, którzy go wywołali, miał ochotę ich rozszarpać... Nie miał pojęcia dlaczego tak pragnął jej szczęścia, ale wiedział, że byłby w stanie naprawdę wiele zrobić, by po raz kolejny ujrzeć jej uśmiech...
Col nie powinna się martwić o to, że mówi zbyt wiele - co jak co, ale Fowler potrafił dotrzymać tajemnicy, już raz przeżył tortury i nie wydał nikogo, poza tym... Nie zapytałby o miejsce ich pobytu, ponieważ im mniej wiedział, tym lepiej dla nich. Gdyby znalazł się na przykład ktoś, kto umiałby szperać we wspomnieniach u niego nic by nie znalazł. Lepiej dla nich, a jemu przecież nie zależało na tym, by ich skrzywdzili.
W następnej chwili jednak to wszystko stało się nie ważne, ponieważ ponownie trzymał ją w ramionach, po raz kolejny mógł doświadczyć tego wspaniałego uczucia i całkowicie zatracić się w jej ustach i zapomnieć o reszcie świata...
Spojrzał jej prosto w oczy i gdyby jego oczy nie były takie puste.. Pewnie wyrażałyby teraz smutek. Szkoda, że już nie potrafiły tego zrobić.
- Nie chcę... Wiesz, że nie chcę... - wyszeptał cicho i po prostu mocno ją do siebie przytulił pragnąc, by ta chwila trwała wiecznie.
_________________

<div style="font-family: Bubbler One; font-size: 39px; color: #d2a682; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd; width: 360px; text-align:center; line-height:65%;">Dale Fowler<img src="https://78.media.tumblr.com/271e2bfe6cc02a500307b3b4b9165c9e/tumblr_owwlalBTR81v5dr9ko3_500.gif" style="width: 350px; border-radius: 0px 0px 10px 10px"><div style="font-family: ms mincho; font-size: 10px; color: #63401d; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd;width: 360px; text-align:center">"My one regret in life is that I am not someone else."<a href="http://crocus-avatars.tumblr.com/" style="text-decoration: none; color: #818181; font-size: 7px; font-family: verdana;">by crocus


klik.
[Profil]
  [AB+]
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

78%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
25

height / weight:
168/46

Wysłany: 2018-02-06, 22:55   
  

   2 Lata Giftedów!


Nie umiałam zrozumieć, dlaczego czułam się przy nim tak beztrosko. Gdy patrzyłam w jego oczy... zapominałam o wszystkim, nic mnie nie obchodziło, liczył się tylko on. Nie chciałam się już bawić w żadne śledztwa, chęć zemsty znikała tak szybko, jakbym nigdy wcześniej jej nie czuła. Chciałam po prostu stać tak z nim, przytulać się do niego i nie myśleć o niczym innym niż to, jak dobrze się przy nim czuję. Nie rozumiałam tego i wiedziałam, że nie powinno tak być, ale... z drugiej strony... właśnie bardzo chciałam się tak czuć, chciałam być przy nim, być z nim i nie przejmować się niczym.
Dlaczego to się działo? Czemu tak bardzo traciłam dla niego głowę? Chciałam to zrozumieć, choć przecież domyślałam się, o co mi tak naprawdę chodziło. Po prostu nie chciałam dopuszczać do siebie myśli, że mogłabym zakochać się w kimś w tak krótkim czasie. Nie miałam czternastu lat. Byłam dorosłą i - teoretycznie - odpowiedzialną kobietą, więc czemu to, co było między nami, było tak intensywne, tak szybkie, takie prawdziwe?
Cieszyłam się jego bliskością. Znów było tak, jak tydzień temu. Czułam się tak samo, a może nawet jeszcze lepiej...
- Nie rób tego. - odpowiedziałam i mógł ewidentnie usłyszeć smutek w moim głosie. Uniosłam dłoń, delikatnie gładząc go po policzku. Nie mógł odejść, nie kolejny raz. Nie po tym, jak chciał mnie odnaleźć, jak mnie pocałował... Za pierwszym razem byłam w stanie znieść jego odejście, wmówić sobie, że był jednorazową przygodą, że to tak miało się skończyć i już nic z tym zrobić nie mogłam. Teraz jednak... Sytuacja drastycznie się zmieniała, bo zdecydowanie nie zachowywał się tak, jakbym była dla niego tylko dziewczyną, którą bzyknął w namiocie dla poprawienia jej humoru.
- Pójdź ze mną. Pójdź ze mną do Bractwa. Nie komplikujmy sobie życia jeszcze bardziej, już i tak to wszystko jest tak popieprzone... Ja... My... Dale, zasługujemy na siebie. - szepnęłam, nie zdejmując z niego wzroku. Może i robiłam z siebie idiotkę, może i dramatyzowałam i odczuwałam emocje w jakiś dziwny, wzmożony sposób, ale musiałam zaryzykować. Nie chciałam go stracić. Nie chciałam, by znowu odszedł ode mnie.
_________________
I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
Dale Fowler



People sleep peacefully in their bed at night only because rough men stand ready to do violence on their behalf..

Kontrola przepływu adrenaliny

92%

Najemnik





name:

Dale Fowler

alias:
~Archer

age:
29

height / weight:
188/96

Wysłany: 2018-02-06, 23:31   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   2 Lata Giftedów!


Podejrzewam, że oboje w najbliższym czasie zrozumieją dlaczego tak właśnie czują się w swoim towarzystwie, bo nie mogą się przecież wiecznie oszukiwać. Ten dzień, gdy spotkali się w tym opuszczonym domu... To był dzień, który miał zmienić już na zawsze ich życie i to tylko kwestia czasu, zanim oboje do tego dojdą. W sumie im wcześniej tym lepiej, ale w ich przypadku to nie będzie takie proste. No cóż, pożyjemy, zobaczymy.
Dale na chwilę obecną wiedział tylko tyle, że każda chwila bez niej jest chwilą straconą i nie chciał już dłużej iść przez życie bez niej, chociaż nie potrafił się do tego tak po prostu przyznać przed sobą i cały czas ten głos w jego głowie krzyczał do niego, by jak najszybciej od niej odszedł.
- Col, nie mogę Ci nic obiecać.. - odparł równie smutno, ale całkowicie zgodnie z prawdą - nawet nie wiedział jak będzie wyglądał następny dzień, a co dopiero wiązać się z nią w jakikolwiek sposób na dłuższy czas, gdy jego życie było tak nie pewne. Dołączyć do bractwa? Pewnie, zdarzało się, że o tym myślał, ale, eh... To nie było takie proste, on po prostu nie był taki, był sam, od tak wielu lat był sam i tak cholernie się do tego przyzwyczaił, nie miał pojęcia czy byłby w stanie żyć w grupie i nie wiedział czy chce po raz kolejny przywiązywać się do kogoś, by ponownie patrzeć jak najbliżsi mu ludzie odchodzą, to...To było trudne, cholernie trudne.
Przymknął na moment oczy, gdy poczuł jej dłoń na swoim policzku, jej dotyk był taki przyjemny... Gdy tak o tym wszystkim myślał to jeszcze bardziej nienawidził się za to, że ją wtedy zostawił.
Po jej następnych słowach po prostu pocałował ją prosto w usta, a po chwili odsunął się dosłownie o kilka centymetrów i oparł dłonie na jej policzkach zaglądając jej prosto w oczy.
- Nie rozmawiajmy o tym teraz. Nie myśl o bractwie, porozmawiamy o tym kiedy indziej. Nie myśl o tym miejscu, wrócimy tutaj razem i pomogę Ci poszukać jakichkolwiek śladów, dobrze? - spytał nie odrywając od niej wzroku, a następnie złapał ją za dłonie.
- Teraz... Chodźmy stąd. Chciałbym Cię gdzieś zabrać w końcu... - zawiesił się na chwilę i na sekundę odwrócił wzrok, po czym kąciki jego ust powędrowały nieznacznie w górę.
- W końcu dzisiaj jest wyjątkowy dzień, prawda? - Dale nigdy nie sądził, że kiedykolwiek takie słowa wyjdą z jego ust, że przejmie się takim dniem, jak walentynki, ale stało się. Albo odwalało mu na starość, albo tak cholernie szalał za nią, że zaczynał się zmieniać w kogoś kompletnie innego, ale może to dobra zmiana? Czas pokaże.
Następnie, jeśli zgodzi się z nim iść zwyczajnie złapie ją mocno za dłoń i zabierze ją stąd, a dokąd? To chyba już wiedział tylko on.
/z.t
_________________

<div style="font-family: Bubbler One; font-size: 39px; color: #d2a682; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd; width: 360px; text-align:center; line-height:65%;">Dale Fowler<img src="https://78.media.tumblr.com/271e2bfe6cc02a500307b3b4b9165c9e/tumblr_owwlalBTR81v5dr9ko3_500.gif" style="width: 350px; border-radius: 0px 0px 10px 10px"><div style="font-family: ms mincho; font-size: 10px; color: #63401d; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd;width: 360px; text-align:center">"My one regret in life is that I am not someone else."<a href="http://crocus-avatars.tumblr.com/" style="text-decoration: none; color: #818181; font-size: 7px; font-family: verdana;">by crocus


klik.
[Profil]
  [AB+]
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

78%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
25

height / weight:
168/46

Wysłany: 2018-02-06, 23:46   
  

   2 Lata Giftedów!


Byliśmy różni. Byliśmy tak potwornie różni, a jednocześnie tak do siebie podobni... Oboje mieliśmy tak strasznie spieprzone życie, oboje walczyliśmy ze swoimi demonami, oboje wiedzieliśmy, że razem będzie nam lepiej... A przynajmniej chciałam wierzyć, że Dale też tak uważał, bo ja na pewno miałam o tym takie zdanie. Poddałam się już zupełnie temu, co czułam. Nigdy w życiu nie byłam typową zakochaną nastolatką i postanowiłam to zmienić, postanowiłam być nią teraz i się nie przejmować, choć mogę zaryzykować stwierdzeniem, że przez swoje zachowanie drugi mężczyzna w moim życiu złamie mi serce, a tym razem to będzie bolało znacznie mocniej. Balam się, ale już chyba nie umiałam nie zaryzykować. Każda chwila spędzona z nim była cudowna i nawet jeżeli mnie zostawi - co pewnie się stanie - a ja dostanę depresji i wpadnę w szał, to trudno. Przynajmniej będę mogła spędzić z nim te kilka chwil więcej. Nie chciałam z tego rezygnować, absolutnie nie chciałam.
Wiedziałam, co mi odpowie, a jednak proponowałam mu, by poszedł ze mną, by żył ze mną. On jednak... nie mógł mi nic obiecać. Nie skomentowałam tego, nie chciałam tego komentować, bo bałam się, że głos załamie mi się ze smutku. Pierwszy raz czułam się tak zaangażowana w jakąś relację i choć wiedziałam, że między nami z pewnością nie będzie szczęśliwego zakończenia, to i tak postanowiłam wchodzić w tę relację jeszcze głębiej, angażować się jeszcze mocniej. Byłam masochistką, czy coś? Tak, to było jak najbardziej możliwe...
On tak pięknie mnie całować... Czemu nie mogliśmy trwać tak na zawsze?
Wszystkie jego słowa skomentowałam tylko krótkim kiwnięciem głowy. Głos uwiązł mi w gardle. Dawał mi zupełnie sprzeczne sygnały, których nie umiałam odczytać. Najpierw spędzał ze mną cudowną noc, później mnie zostawiał, później szczerze się przyznawał, że chciał mnie odnaleźć, że mnie potrzebował... Potem mówił, że nie może mi nic obiecać, sugerował, że znów ode mnie odejdzie, a następnie proponował mi pomoc w przeszukaniu terenu i zabierał na romantyczną, walentynkową randkę.
I przepraszam, to kobiety były skomplikowane? Ja tylko chciałam jego, życia z nim, szczęścia... nic więcej nie potrzebowałam, określałam się jasno, a on... a on nie wiedział czego chciał, ewidentnie. Nie umiałam jednak nie pójść za nim. Splotłam nasze palce ze sobą, gdy tylko chwycił mnie za dłoń i tak po prostu poszłam za nim, pogrążając się jeszcze bardziej w tej relacji, angażując się w nią tak mocno, że pewnie tego pożałuję.

/ zt - http://thegifted-pbf.pl/topics40/214.htm tu poszliśmy na randkę!
_________________
I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
Andy Dark



It's So Nice To Meet You. Let's Never Meet Again.

Kontrola/Tworzenie Nefrytu

57%

Missing





name:

Andy Dark

alias:
Nefryt

age:
28

Wysłany: 2018-03-28, 23:42   
  

   Władca Pingwinów

  

   Masz talona na Aarona i balona


/ pierwszy post o.o 21.02

Czy jest coś pięknego w tym miejscu? Sam nie wiem. Poza walającymi się po ziemi puszkami i lekkim smrodem może warta uwagi była tu woda i niebo. Mimo, że byłem tutaj kiedyś ze 2-3 razy to tak, niebo nocą szczególnie jest piękne. Wszystkie gwiazdy, niby tak odległe, a dające tak solidny blask. Nigdy nie nudziło mi się spoglądanie w nie. Czas na przemyślenia, przy którym mi towarzyszyły jest nie do zliczenia. Noc to definitywnie moja pora dnia. Stajesz się mniej widoczny. Nie ma tylu ludzi, pieprzących wokół o niczym innym, niż swoich życiowych porażkach. Cisza, spokój i bezdźwięczna pustka, przeplatana szelestami lasu i szumem wody. Coś pięknego.

Niestety dzisiaj był dzień. To nic, przecież i tak przeważnie nikogo tutaj nie ma. Pustkowie, stworzone specjalnie dla takich ludzi, jak ja. Chcących pobyć ze sobą, sam na sam. Nie było mi dane podziwianie gwiazd, ale nie przejmowałem się tym. Mogę tu wrócić w każdym momencie. Po długiej podróży miałem jednak inny cel na dziś. Chciałem w końcu poużywać mocy, jak normalny ja. Chciałem znów poczuć się sobą, a nie postacią, którą odgrywałem przed tymi "normalnymi" durniami. Chciałem poczuć się.. Mutantem.

Wchodząc do środka hangaru, moim oczom ukazał się obraz dobrze zapamiętany z przeszłości. Stare, poszarpane opony, kilka desek, pustaki i stos puszek, czekający na zbawienie. Nie umknęły mi uwadze również nowe rysunki na ścianach. Graffiti - coś, co pozwala ludziom wyrazić siebie. Ich stłumiony przez społeczeństwo krzyk buntu. Krzyk, który pomimo swego chwilowego echa, znika gdzieś w wirze problemów życia codziennego. Zostawiając drzwi otwarte, ruszyłem w stronę leżących pustaków, rozglądając się wokół z lekkim uśmieszkiem na twarzy. Miło było wrócić. Stawiając trzy pustaki w odległości ok pół metra od siebie, zabrałem z leżącej obok sterty puszki, które ustawiłem kolejno po trzy na każdym z pustaków, po czym oddaliłem się na odległość 10 metrów. Składając swoją dłoń w przysłowiowy "pistolet" rozpocząłem rzeź niewinnych puszek.
Spokój i opanowanie. - Te dwa słowa wirowały w mojej głowie przy celowaniu. Mimo tego działa też ekscytacja. W końcu mogę na swój sposób wyrazić siebie. W końcu mogę uwolnić swoją naturę. W końcu.. Mogę być sobą. Wdech i pach! Krwisty Nefryt wystrzelił z mych palców z dość dużą prędkością. Niestety pudło. Ekscytacja wzięła górę. Ręce drżały z radości. Nieokiełznana euforia, przeplatana z nutką adrenaliny opanowała moje ciało od stóp po czubek głowy. Tak, to jest to. Prawdziwy ja, moja prawdziwa natura. Mary i Stan byliby dumni, mogąc mnie teraz widzieć.

Wracając do ponownego mierzenia, tym razem miałem na uwadze spokój. Biorąc kilka wdechów, oczyściłem myśli ze zbędnych śmieci, skupiając się na celowaniu. Wdech - wydech. Wdech - raz, dwa, trzy! W tym momencie na mojej twarzy zagościł niekontrolowany uśmiech. Gdybym chciał, nie potrafiłbym go powstrzymać, choćby nie wiadomo co. Widziałem tylko trzy opadające puszki, zaś ich dźwięk uderzania o ziemię wprawił moje myśli w zupełnie inny wymiar. Ciesząc się przez kilka sekund z sukcesu, natychmiast wymierzyłem w kolejne trzy puszki, stojące na pustaku, oddając strzały. BANG! Trzy puszki znów pofrunęły w powietrze!
- Yeah, baby! - Wykrzyknąłem w geście ekscytacji, unosząc rękę ku górze.
- Kto jest najlepszy? - Zapytałem, przykładając rękę do ucha w złudnej nadziei, że ktoś udzieli odpowiedzi.
- Tak! Ja jestem! - Skwitowałem, kierując swoje kciuki na siebie. Tak, byłem pewny, że to ja jestem najlepszy. W tej chwili nikt nie mógł się ze mną równać. Czułem się, jak na haju. Na mutanckim haju. Najlepsze uczucie ever. Stojąc do pozostałych trzech puszek plecami, nie mogłem powstrzymać się od odegrania sceny rodem z filmów akcji.
- Wiecie.. Tu nie ma miejsca na nas czterech. Ktoś dzisiaj zostanie wysłany do piachu. - Ah, gdyby tylko jakiś reżyser mnie widział. Rola w James'ie Bondzie gwarantowana!
- I to na pewno nie będę ja! - Lekko krzyknąłem, momentalnie odwracając się w stronę "przeciwników", po czym bez najmniejszego namysłu, posłałem trzy strzały w ich kierunku. Nie mogłem nie trafić. Byłem na fali. Byłem niezniszczalny. Czułem, jak żądza strzelania powoli opanowuje moje ciało. Lekkie skrzywienie psychiczne? Ch** z tym. W tej chwili nie interesowało mnie nic innego, poza strzelaniem. A przez wielu przecież byłem, jestem i będę nazywany
KRWAWYM DEMONEM
[Profil]
  [A-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,06 sekundy. Zapytań do SQL: 6