Poprzedni temat «» Następny temat
Dawny gabinet Mózgu Bractwa
Autor Wiadomość
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-04-17, 20:43   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


W tej jednej sprawie chyba mogłaby mu nawet przyznać rację. Tak, irytowanie i wkurzanie Hoppera sprawiało jej niesamowitą frajdę. Właściwie już dawno pogodziła się z tym, że te czynności zaczynały plasować się na szczycie listy jej ulubionych hobby. W tym momencie Wallace nie była nawet w stanie pomyśleć o niczym lepszym. Bo nie było żadnej lepszej rzeczy niż to. Mógł sobie ukrywać to tak bardzo jak mu się tylko podobało. Ona jednak dostrzegała te drobne zmiany na jego twarzy, a dokładniej rzecz biorąc – to mimowolne napinanie mięśni.
– Może dlatego, że nie jestem pierdolona? – odparła uroczo. I właściwie? Czemu nie? Z całą pewnością mogła zacząć prowadzić pamiętnik, by w nim zapisywać wszystkie sytuacje, w których William Hopper stracił nad sobą panowanie. Jeśli miałaby pewność, że to wyprowadzi go z równowagi to zaczęłaby nawet w tej chwili, bezczelnie korzystając z jego długopisów i kajecika. Problem był jednak taki, że mimo wszystko Wallace należała do grona niezwykle leniwych ludzi. Ostatecznie pewnie by się skończyło tylko na zapisywaniu w pamięci dat i godzin wyżej wymienionych zdarzeń. Ale nie wpadła jeszcze na ten pomysł, więc pozostało jej jedynie cieszyć się z tych drobnych chwil. I w gruncie rzeczy nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak sprzecznie i mało logicznie się zachowywała. Z pewnością jednak ucieszyłaby ją świadomość, że Hopper całkowicie jej nie rozumiał. Ba! Na pewno dodatkowo rzuciłaby też jakimś wybitnym tekstem o tym, jak głupi był w rzeczywistości i o tym, jak jego mózg był w rzeczywistości przereklamowany. Taka w końcu była Matilde. W jednej chwili czerpała przyjemność z irytowania tego człowieka, w drugiej planowała morderstwo, natomiast w kolejnym momencie pragnęła tego ciepłego, przyjemnego dotyku, jednocześnie nie chcąc dopuścić do siebie myśli, że rzeczywiście mógłby umrzeć. Nawet nie wiedziała kiedy zaczęła lubić tę ich popapraną relację…
– Więc czemu wciąż je trzymasz? – powątpiewająco wzniosła brwi. W jej głosie dało się nawet usłyszeć nutkę tego dziwnego do wytłumaczenia oskarżycielskiego tonu. W dodatku cała jej postawa jasno mówiła, jak bardzo osądzała go w tym momencie. Nie, nie wierzyła Williamowi. Bo przecież.. gdyby tak bardzo mu się nie podobały to już dawno, by je ściągnął, prawda? Ona, by tak zrobiła. Nawet teraz miała ochotę zerwać je ze ściany i wyrzucić do śmietnika. Zwłaszcza, że były to świecidełka Colleen. Dlatego nie zamierzała opuścić swoich brwi. Przynajmniej do momentu, w którym nie usłyszała tego inteligentnego „och”. Właściwie dlaczego ona zaczynała ten temat? Wcześniej była wręcz przekonana, że go to obchodziło. No bo jak niby inaczej wytłumaczyć fakt, że był na nią zły i ją ignorował? Albo to, że czekał tyle czasu, by znowu się umówić na kolejne leczenie? Teraz jednak nie była co do tego przekonana.
– To o czym mówiła Cass – odchrząknęła pod nosem – Zadzwoniłam po Bradley’a – mimo wszystko postanowiła to ciągnąć. Skoro już zaczęła, to nie było odwrotu. I jakby podkreślić, jak nieważne to wszystko było, Wallace po prostu wzruszyła ramionami. Kto by pomyślał, że przyjdzie jej tłumaczyć się przed Hopperem? I to z własnej inicjatywy? To tylko dowodziło tego, jak bardzo popaprana była.
– Wyszedł po niecałych 10 minutach. Do niczego nie doszło.
Wciąż nie potrafiła zrozumieć, dlaczego właściwie nie była w stanie doprowadzić do czegoś więcej z Bradley’em. Ani tym bardziej dlaczego tak bardzo była zawiedziona tym, że Bradley był Bradley’em, a nie Hopperem. To wszystko było.. zbyt ciężkie do ogarnięcie. Dlatego przełknęła ślinę, by zaraz potem jeszcze mocniej wzruszyć ramionami i wyrzucić z siebie oschłe (zupełnie jakby to była jego wina… cóż, to była jego wina) i chłodne:
– Cóż. Pomyślałam, że powinieneś o tym wiedzieć.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-04-18, 22:31   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Widział, jak Wallace sili się żeby odpowiadać mu w ten swój złośliwy, butny sposób, jak gdyby nigdy nic. To co mówił nie robiło przecież na niej żadnego wrażenia, prawda? Ale Hopper przecież nie mógł na to pozwolić. Skoro ona irytowała jego, to on musiał irytować ją, proste. Tak było sprawiedliwie.
- Och, to akurat widać aż za dobrze - odgryzł się od razu.
I tak, miał świadomość że właśnie radośnie przekroczył granice i dotarł do świata żenujących żartów na temat tego kto jak często uprawiał seks, ale nie mógł się powstrzymać, kiedy Wallace sama mu się tak podstawiała. Z resztą, niech się powścieka. Należało jej się za te wszystkie razy, kiedy to on się na nią wściekał. I może ten dzień Hopper zapisze w swoim własnym kajeciku.
- A czemu mam je wyrzucać? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
Prawda była jednak taka, że chyba po prostu ciągle czuł się w tym miejscu jak gość. Jasne, spędził tu miesiąc, ale ciągle się nie czuł, jakby to miejsce było w jakikolwiek sposób jego. Z resztą, przecież za niedługo i tak miał stąd zniknąć. Może nie w taki sposób jak zwykle, całkowicie zmieniając swoją tożsamość i wyjeżdżając na drugi koniec kraju, ale najprawdopodobniej za miesiąc już go tutaj nie będzie. Jaki był w ogóle sens, żeby urządzał swoje biuro? Z resztą, tak długo jak te idiotyczne światełka i gałązki nie przeszkadzały mu w pracy, mogły sobie tutaj wisieć. Jeżeli Colleen miała taką fantazję, mogła mu nawet porozwieszać dookoła biurka różową wstążkę, tak do kompletu i dopełnienia tej tandetnej wizji.
Zadzwoniła po Bradleya? Czy on nie był przypadkiem jedną z osób, z którymi mieszkał w tej jednej wielkiej noclegowni, która miała być jego pokojem? Grey i Wallace... sypiali ze sobą? Od jak dawna? Byli w jakimś związku czy tak po prostu? I czemu Hopper nie natrafił na jakąkolwiek informacje o tym, kiedy próbował się jak najwięcej dowiedzieć o Wallace? To przecież były istotne informacje. Przydałyby mu się wtedy, kiedy chciał ją zmusić do współpracy. Tak, tak właśnie było. Poza tym... powinien się jakoś zorientować wcześniej. Czemu w ogóle nie wpadł na pomysł, że Wallace może mieć kogoś? Jasne, była irytująca, ale nie miała żadnych powodów, żeby nikogo sobie nie znaleźć. Nie licząc Aarona, oczywiście, ale może jednak Wallace jakoś to wszystko zdążyła przerobić. Pogodzenie się z tym co się stało z Elvirą zajęło mu parę lat, ale przecież nigdy do końca nie zamknął tej sprawy. Aaron był definitywnie martwy, więc może przez to było łatwiej?
Z jakiegoś powodu to zapewnienie, że między nimi nic się nie wydarzyło - przynajmniej nie ostatnio - wywołało jakiś dziwny mętlik w głowie Hoppera... i ulgę? Właściwie sam nie był pewien, co o tym wszystkim myślał. To przecież nie powinno mieć dla niego znaczenia, ale z jakiegoś powodu chyba jednak miało. Poza tym... co się właściwie stało? Ona zmieniła zdanie? On zmienił zdanie? Hopper zdał sobie sprawę, że naprawdę by chciał, żeby to była ta pierwsza opcja, chociaż w zasadzie nie powinno go to obchodzić.
- Ummm... Dzięki? - odpowiedział na to jej dziwne, niespodziewane i chłodne wyznanie. Nie miał pojęcia co właściwie powinien zrobić albo powiedzieć, ale chyba naprawdę był jej wdzięczny. Zorientował się, że jego wzrok jakoś zsunął się na ich dłonie. Odchrząknął. - Ciągle chcę odzyskać mój pistolet, Wallace - powiedział. Chciał jak najszybciej wrócić na jakiś pewniejszy, normalniejszy (przynajmniej dla ich relacji) grunt. Chyba im obydwojgu wystarczy szczerości na ten miesiąc.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-04-19, 17:31   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Oczywiście, że udało mu się ją wkurzyć. W końcu był tym pieprzonym irytującym Hopperem! I gdy tylko Matilde usłyszała ten jego beznadziejny tekst, mięśnie na jej twarzy mimowolnie się napięły, z kolei szczęka mocniej zacisnęła. Oh nie, nie da mu tej satysfakcji. Po jej trupie! Poza tym doskonale zdawała sobie sprawę, że tylko chciał ją zdenerwować. I dlatego, żeby jeszcze bardziej mu zrobić na złość, miała zamiar zrobić wszystko, by nie dać się wyprowadzić z równowagi.
– A jednak, mimo tego wszystkiego ty wciąż tak bezczynnie siedzisz – wyrzuciła spokojnym tonem głosu, jednocześnie posyłając mu ten wyzywający uśmieszek i nawet… dla podkreślenia powagi sytuacji wzdychając niecierpliwie, ba!, wręcz ostentacyjnie. I dopiero, kiedy te słowa wydobyły się z jej ust, Wallace tak naprawdę zdała sobie sprawę z rzeczywistego znaczenia tych słów. Czy ona mu właśnie coś proponowała? Czy ona go… podrywała? Czy ona z nim..? Oh nie. Nie, nie, nie. To zdecydowanie nie było tak. Drugi raz z Hopperem? Nigdy! A mimo wszystko właśnie się czuła, jakby miała zaraz spłonąć ze wstydu. Była zdegustowana swoim zachowaniem. W każdym możliwym tego słowa znaczeniu. A jednak, jak na rasową masochistkę przystało, powróciła spojrzeniem do jego tęczówek, czując się przy tym jeszcze dziwniej niż wcześniej.
– Uhm… bo tak robią normalni ludzie? – najwidoczniej sesja odpowiedzi w postaci pytań na wcześniej zadane pytania trwała w najlepsze. I kim właściwie ona była, by to przerywać? I skonsternowana Matilde wzniosła jeszcze wyżej brwi. Rany, ten człowiek ją osłabiał.
– Nie każę ci tu wstawiać moich zdjęć w ramkę, no ale błagam! Jak w ogóle można pracować w tak agresywnych warunkach? Nic dziwnego, że wszystko ci wychodzi tak chujowo. – i wywróciła oczami. Sama nawet nie wiedziała, czemu tak bardzo się bulwersowała. Być może wciąż chodziło o świadomość, że to były światełka Colleen. I że z pewnością właśnie dlatego wciąż je tu trzymał. Tak, to ją niemożliwie wkurzało i nawet już tego przed sobą nie ukrywała. Po prostu pogodziła się z tą myślą, jednocześnie gdzieś z tyłu głowy słysząc ten cichy głosik, który uświadamiał ją, że nie wszystko wychodziło Hopperowi tak chujowo, jak twierdziła. Ale wolała o tym nie myśleć. Wolała zabić tę myśl jakimś niewidocznym, wytworzonym w swojej wyobraźni pistoletem.
– Uhm.. – wyrzuciła inteligentnie na jego dzięki, jednocześnie czując jak jego wzrok ucieka z jej twarzy. I kiedy zdała sobie sprawę na co tak właściwie patrzył, Matilde zrobiło się gorąco. Bicie jej serca momentalnie przyspieszyło, a tlenu jakby zaczęło brakować. Mimo wszystko nie odwróciła spojrzenia od jego twarzy, po prostu… pozwoliła sobie w nim utonąć, jednocześnie niekontrolowanie i subtelnie przesuwając kciukiem po zewnętrznej stronie jego wskazującego palca. Tak, tonęła w Hopperze, tonęła też w myślach o tym, jak bardzo to wszystko było popaprane i jak bardzo tego wszystkiego chciała. Dlaczego ona właściwie to sobie robiła?! I choć zdawało jej się, że to wszystko trwało wieczność, ta zręczna zmiana tematu uświadomiło ją, jak bardzo się myliła.
– Czy ja ci wyglądam na instytucję, spełniającą marzenia, Hopper? – odparła, ponownie wznosząc brwi ku górze. Nie, wciąż nie miała zamiaru mu niczego oddawać. I chyba spojrzenie, jakie mu teraz posyłała dość jasno o tym świadczyło.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-04-20, 22:28   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Wallace mogła próbować udawać, że jest inaczej, ale jej mimika zdradzała to jak bardzo ją wkurzył. Aż ciężko sobie wyobrazić, jak bardzo to było satysfakcjonujące, ta świadomość że to on tym razem wygrał ten ich konkurs na docinki. Bo przecież nie miała szansy odbić piłeczki, wyskoczyć z czymś równie śmiałym i bezczelnym... a przynajmniej tak myślała Hopper, zanim usłyszał jej odpowiedź.
Uniósł wysoko brwi. Czy ona właśnie proponowała mu...? Will do tej pory był święcie przekonany, że ta ich noc stała się ich swoistym tabu, że obydwoje rozumieli jak fatalny był to pomysł, że to było po prostu chwilowe zaćmienie. Tymczasem Wallace otwarcie proponowała mu powtórkę z rozrywki i - z jakiegoś niezrozumiałego powodu - cholernie mu się to podobało. Ale Wallace szybko zdała sobie sprawę, co właściwie powiedziała, bo przecież wcale nie miała tego na myśli, prawda? Tak samo jak on nie miał absolutnie niczego na myśli. Przecież nie był idiotą, żeby w ogóle rozważać takie rzeczy. Hopper błyskawicznie dodał do tych swoich uniesionych brwi sarkastyczny uśmieszek, byle tylko nie pokazać Wallace jak bardzo zdziwiła go tą przypadkową propozycją. Ot, od początku planował zrobić taką minę, jakby pytał ją Na serio, Wallace? Właśnie to miałaś na myśli?, jakby jako pierwszy zdał sobie sprawę z tego, że powiedziała coś czego nie miała na myśli. Tak. Tak właśnie było.
Cóż, jeżeli Wallace miała zamiar robić z tego jakiś konkurs na zadawanie pytań, dlaczego miałby to przerywać. Albo jeszcze gorzej: dlaczego miałby pozwolić jej go wygrać? Mógł dłużej to ciągnąć, prawda? Czy nie miał przypadkiem nieprzeciętnie sprawnego umysłu? Kim ona była, żeby go pokonać, nawet jeśli w tak błahej sprawie?
- Uhm... a czy ja ci pasuje do jakiejkolwiek definicji normalności? - spytał, przy okazji całkiem nieźle przedrzeźniając to jej mruknięcie. Lepsze zwracanie uwagi na szczegóły, pojedyncze dźwięki i tak dalej.
Na Boga, Wallace miała jakiś prawdziwe problemy z Colleen, skoro aż tak nienawidziła zwykłych światełek choinkowych tylko przez to, że Marie wcześniej ich dotknęła. Przecież nie mogła być aż tak zazdrosna, prawda? To przecież była Wallace. Może jej się trochę podobał, może nawet wystarczająco, żeby była nieco zazdrosna, ale aż tak? Tu stanowczo musiało chodzić o coś więcej.
- Czekaj, czy ty właśnie nazwałaś delikatne, lekko tandetne światełka choinkowe agresywnymi? - spytał, zupełnie pomijając tę część o tym, jaki to był chujowy. Już się chyba przyzwyczaił do tego, że mówiła mu to na każdym kroku. - Masz poważne problemy z gniewem. Zapisz się na jakąś grupę wsparcia - powiedział głosem dobrego, troskliwego kolegi, który szczerze martwi się o jej pojebaną psychikę.
Chyba tyle szturchania Wallace kijem powinno mu wystarczyć, ale nie mógł się powstrzymać, żeby nie rzucić coś jeszcze o tych jej zdjęciach, które miałby trzymać na swoim biurku. Sama mu to podsunęła!
- Z resztą, jeśli coś miałoby mnie rozpraszać w pracy, to właśnie twoje zdjęcia... - Zgodnie z planem miał powiedzieć tylko tyle, ale na szczęście w miarę mówienia zorientował się jak to brzmi. Nie robiąc żadnej dłuższej przerwy pomiędzy, kontynuował: - ...ponieważ jesteś bardzo agresywną osobą. Bardziej niż Boże Narodzenie.
Tak. Właśnie to miał na myśli. Tak, dokładnie, Boże Narodzenie było osobą. W tym momencie najważniejsze było, żeby robić dobrą minę do złej gry i nie dać po sobie poznać co prawie powiedział. Przecież nie da się tak łatwo złapać na błędzie jak Wallace! W końcu to on był aż tak genialny, że przez to umierał.
Nie wiedzieć jakim cudem, nagle pośrodku tego wszystkiego, tych wszystkich uszczypliwości, zrobiło się między nimi tak... intymnie. To nie było nic wielkiego, po prostu trzymali się za ręce - przecież musieli to robić, żeby mogła go leczyć - Wallace przesuwała kciukiem po jego palcu, a Hopper po prostu na to patrzył. Nic wielkiego. A pomimo tego, kiedy przesunął kciukiem po jej kciuku miał wrażenie, jakby robił coś cholernie złego. On umierał, będzie martwy jeszcze szybciej niż Wallace przypuszczała, a mimo tego ciągle to robił. Matilde nie powinna się do niego przywiązywać w jakikolwiek sposób, ona nawet w pełni nie poradziła sobie ze śmiercią Aarona sprzed dwóch lat.
Zmiana tematu była najszybszym powrotem do bezpieczniejszych tematów, pozbawionych jakichś dziwnych, szalenie emocjonalnych zabarwień. Nie powinni o tym myśleć, przynajmniej nie póki ciągle musieli się trzymać za te cholerne ręce.
- Wyglądasz mi na kogoś, kto odda mi moją broń - odpowiedział, siląc się na ten typowy dla ich rozmów, złośliwy ton, chociaż to wszystko chyba nie zabrzmiało tak jak powinno. Nieistotne.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-04-21, 09:44   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Co za dupek! Co on sobie myślał z rzucaniem tego typu spojrzeń, huh? Rany, jaki on był irytujący! Czy nie rozumiał, że takie rzeczy powinno się ignorować? Czy nigdy nie nauczono go dobrych manier? Jakakolwiek chęć zamordowania Hoppera była teraz silniejsza niż kiedykolwiek. Ba, była pod wrażeniem, że jeszcze nie rzuciła się na niego z rękoma, pistoletem, nożem, czy cokolwiek by jej się nawinęło pod ręką. Zdecydowanie mu się to należało.
A mimo wszystko, mimo tej wściekłości.. przecież nie mogła sobie pozwolić na jakiekolwiek onieśmielenie, prawda? Mógł sobie rzucać te dziwne spojrzenia do woli, ale musiał się liczyć z tym, że trafił na wytrwałego przeciwnika. Wallace niby ze znudzeniem wzruszyła ramionami, by tym samym odpowiedzieć mu spojrzeniem „Sam się przekonaj, dupku”. A mimo wszystko uderzyło ją to z jaką łatwością jej to wszystko przyszło! Chciała tego, autentycznie tego chciała. Rany, to było takie popaprane.
– Poza dupkowatym zachowaniem, brakiem jakiegokolwiek wyczucia, trudnością w nawiązywaniu kontaktów i traktowaniem innych z góry? – wzniosła wysoko brwi, ale oczywiście nie oczekiwała odpowiedzi na pytanie. Cała ta niemożliwie skrócona wersja innej skróconej wersji wyjątkowo ogólnikowego streszczenia osobowości Hoppera brzmiała jej aż nadto znajomo. Ale tak, mógł się pławić w zwycięstwie, bo Matilde wyrzuciła z siebie jeszcze:
– Pasujesz do definicji normalności, jaką znam.
Byli do siebie podobni. Nieważne, jak bardzo chciałaby to przed sobą ukryć to była prawda. I co to w ogóle była za dziwna ironia, że mimo tego wszystkiego wciąż nie była w stanie go rozgryźć? Biorąc pod uwagę, jak mało się od siebie różnili… nie powinien być dla niej taką zagadką. A jednak. Potrafiła wpatrywać się w jego oczy, nie spodziewając się tego co miało nastąpić w kolejnej sekundzie. Teraz nie było inaczej. Słysząc jego pytanie, wykrzywiła usta w sardonicznym uśmiechu. Duh?!
– Byłam, nie przyjęli mnie tam. Jakieś inne zajebiście przydatne rady, Hopper? – swoją drogą nie było to kłamstwo. W rzeczywistości naprawdę chodziła do grupy wsparcia i na spotkania z psychologami, tylko bynajmniej nie miało to nic wspólnego z jej gniewem, a nałogiem. Ale kto, by się tam przejmował takim drobnym szczegółem? Liczył się tylko dziwnie wesoły, przesiąknięty cynizmem uśmiech, jaki mu teraz posyłała. Z kolei, gdy zaczął mówić te kolejne, niezwykle dziwne słowa, brew Wallace mimowolnie wzniosła się ku górze. Cała jej twarz krzyczała głośne: oh, really?!. Ha! Mógł nawet na jej twarzy dostrzec prawdziwy, pozbawiony sarkazmu uśmiech.
– Bardziej niż Boże Narodzenie? Woah. To chyba najromantyczniejsza rzecz, jaką usłyszałam z twoich ust, Hopper.
Jakby tak nad tym pomyśleć, to w sumie całkiem urocze, że kojarzyła mu się z Bożym Narodzeniem. Swoją drogą to i tak bardziej skupiła się na pierwszej części wypowiedzi, zupełnie ignorując tą drugą. Rozpraszałaby go? Tak jak on ją w tym momencie? Chociaż wiedziała, że tok jej rozumowania był niezwykle zły, to ta myśl, że może odrobinę mu się podobała… niemal sprawiała, że czuła się właściwie. Dlaczego jej w ogóle na tym zależało? Powinna mieć w dupie jego zdanie. I choć przez sekundę może udało jej się w to uwierzyć, to gdy tylko poczuła jak kciuk Hoppera sunie po jej kciuku.. jej serce zakołatało stanowczo za mocno, by mogła dalej udawać, że to nie miało żadnego znaczenia. Ona również spuściła wzrok na ich dłonie, obserwując to wszystko, jakby była zahipnotyzowana. To było takie prawdziwe, takie magiczne. Nawet nie wiedziała, kiedy kącik jej ust delikatnie drgnął ku górze.
– W takim razie przypatrz się lepiej, Hopper – nie ma szans, by mu cokolwiek oddawała. Musiał przestać się łudzić. Nie była dżinem z lampy Alladyna. Jeśli tak zajebiście zależało mu na tej broni, mógł jej lepiej pilnować. I dokładnie w tym samym momencie poczuła się nieco słabiej, a samotna kropla krwi, po prostu kapnęła z jej nosa, lądując na dżinsach Hoppera. Ale mimo tego nie puściła dłoni Williama. Czuła się, jakby była pod wpływem jakiegoś zaklęcia. Nie obchodziło ją coraz gorsze samopoczucie, po prostu chciała czuć go jak najdłużej. To była ich chwila. Prawdopodobnie bardziej intymna, a jednocześnie bardziej niewinna niż jakiekolwiek pocałunki, czy czułe słówka. Miała wrażenie, jakby tym jednym gestem była w stanie mu przekazać wszystko, co tak naprawdę czuła. Słowa zdawały się zbędne.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-04-21, 19:10   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Cholera, naprawdę nie sądził, że Wallace odpowie mu takim pewnym spojrzeniem, jakby faktycznie miała to na myśli. I niech go szlag, ale jakaś część Hoppera naprawdę chciała się przekonać czy dziewczyna powiedziała to przypadkiem, czy celowo. Nie zrobił nic. Nie podszedł do niej bliżej, nie zaczął jej całować, nie zrobił żadnego gestu w jej stronę. Może w tamtym momencie miał cholerną ochotę to zrobić, to przecież musiał patrzyć na to z szerszej perspektywy. On umierał. Cokolwiek właściwie między nimi było - o ile coś między nimi faktycznie było - powinno zniknąć jak najszybciej. Wallace doskonale wiedziała jak to wszystko się skończy, a mimo tego ciągle pchała palce między drzwi. Jeżeli sama nie potrafiła uświadomić sobie jak fatalny to był pomysł, to Hopper powinien przynajmniej jej w to wszystko nie wciągać.
I cóż, jeśli go chciała go wkurzyć tym całym wymienianiem jego wad, to niestety miała pecha. Will doskonale zdawał sobie sprawę z nich wszystkich, jakoś musiał żyć ze świadomością że był dupkiem. Niestety, nie można być przystojnym najgenialniejszym człowiekiem na ziemi bez żadnych kosztów. Najwyraźniej umieranie to było za mało żeby zrównoważyć jego fenomenalną osobę, świat musiał do tego dodać fatalne umiejętności społeczne. Nawet nie mógł tego zrzucać na ciężkie przeżycia, bo chyba jako nastolatek był równie tragiczny.
- Wow, już się boję twojego pojęcia normalności - odpowiedział, bo w końcu nie mógł tak zwyczajnie odpuścić, prawda? Już zupełnie pomijając to, że jego normalność też stanowczo odbiegała od ogólnej normy. Większość ludzi nie chodziła wszędzie z bronią.
I tak, to stanowczo był jakiś fenomen. Już kiedy szukał informacji o Wallace zwrócił uwagę jak wiele ich łączyło, nawet rok w którym ich życie przybrało nieoczekiwany obrót. Mimo tego wszystkiego, mimo że mieli wręcz równie trudne charaktery, że obydwoje stracili bliskie osoby, że obydwoje nigdy nie skończyli liceum, to Hopper ciągle nie mógł jej zrozumieć. Wydawała się równocześnie taka znajoma i zdolna do najbardziej niespodziewanych, nieprzewidywalnych rzeczy. Chyba właśnie to go tak do niej ciągnęło. Bo przecież coś go do niej ciągnęło, tak? Tak naprawdę nie miał żadnego powodu żeby ją tutaj ściągać, mógł po prostu kupić mocniejsze leki przeciwbólowe wcześniej.
Oczywiście, nie miał najmniejszego zamiaru tego okazywać. Umierał i obydwoje powinni dać sobie spokój zanim w ogóle zaczną. Po prostu odpowiedział sarkastycznie, tak jak zawsze:
- Bądź milsza, jedz pięć posiłków dziennie i myj zęby przed snem.
Szalenie irytował go ten jej zadowolony uśmieszek, ale nie miał najmniejszego zamiaru tego okazywać. Niech nie utwierdza jej w przekonaniu, że go na czymś przyłapała. W końcu był genialny, to nie powinno mieć miejsca. Powinien mieć zawsze mieć gdzieś w głowie świadomość jak brzmią słowa, które chciał wypowiedzieć. Z resztą, to miało być romantyczne? W życiu!
- Musisz być strasznie zrozpaczona, skoro szukasz w jesteś agresywniejsza od świątecznych lampek jakiegoś romantycznego zabarwienia - dodał, posyłając jej współczujące spojrzenie. Właściwie, to nie był pewien co chciał tym komentarzem osiągnąć. Po prostu niech sobie nic nie wyobraża.
Stanowczo, w tamtym momencie było coś niespodziewanie romantycznego i intymnego, niesamowicie prywatnego i prawdziwego. To nie było nic wielkiego, po prostu dotyk jej palców, zupełna cisza i ich spojrzenia wbite w ich dłonie, ale z jakiegoś powodu to w jaki sposób Wallace się uśmiechnęła łapał go za gardło.
- Naprawdę lubię tamten pistolet, Wallace - odpowiedział jej, ale to nie zabrzmiało tak ostro i stanowczo jak to sobie zaplanował w głowie.
Kiedy zobaczył jak na jego spodniach pojawia się kropla krwi zrozumiał, że ta chwila właśnie się skończyła i nagle zrobiło mu się strasznie żal. Miał już wstać po chusteczki, kiedy zorientował się, że Wallace ciągle trzyma go za rękę. W tamtym momencie chciał tylko wydłużyć tę chwilę w nieskończoność. Przyciągnął jej palce do swoich ust i po raz kolejny zdał sobie sprawę jakim jest idiotą. Jak on w ogóle mógł robić coś takiego?
Puścił jej rękę, wstał po chusteczki, mechanicznie jej je podał, a potem oparł się o jakąś szafkę kilka metrów od Wallace.
- To było nasze ostatnie leczenie - powiedział, jakby informował ją jaka będzie pogoda następnego dnia. Żadnych emocji. Nic specjalnego.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-04-21, 20:14   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Czy właściwie istniały jakieś lepsze odpowiedzi niż wzruszanie ramionami i wywracanie oczami? Każde słowo Hoppera praktycznie komentowała w ten sposób, wysilając się przy tym na jak najwięcej cynizmu i drwiny. Ale jednak nie potrafiła już tak dobrze udawać, że to wszystko zaczynało ją w pewnym stopniu bawić. Lubiła te ich przekomarzania się. Właściwie w większości czasu ciągnęła to tylko dlatego, że sprawiało jej to frajdę. Zdawała sobie przecież sprawę, że gdyby na miejscu Hoppera siedział ktoś inny, to nie wdawałaby się nawet w takie dziecinne gierki. Ale to był Hopper. Jego dotyczyły zupełnie inne zasady.
– Niczego nie szukam. To po prostu tam jest – i wzniosła wysoko brwi, jakby chciała mu przez to przekazać: wiń siebie, a nie mnie. Czy uraził ją jego komentarz? Była do tego przyzwyczajona i chyba bardziej byłaby urażona, gdyby zachował się jak niedupek. Teraz jednak była po prostu przekonana, że wszystko było między nimi w porządku. I choć ta ich magiczna chwila nie trwała tyle ile oboje by sobie życzyli, Wallace była wdzięczna Hopperowi, że ją przerwał tematem pistoletu.
– Też go lubię, Hopper – odparła właściwie nawet tym samym tonem głosu co on. I choć wciąż nie do końca wiedziała, jak używać tej cholernej broni, naprawdę darzyła ją dziwnym sentymentem. A potem kiedy Hopper przyciągnął jej dłoń do swoich ust, Matilde wzniosła spojrzenie, by po chwili wbić wzrok w oczy Hoppera i… czy właściwie musiała robić coś więcej? Nie pamiętała kiedy ostatnio czuła coś tak silnego, jak w tym momencie. Ale zdawała sobie sprawę, że to kwestia czasu. Nie była więc rozczarowana, gdy ostatecznie podniósł się z krzesła i puścił jej rękę. Bez żadnego gadania wzięła do ręki chusteczkę, by powycierać sobie nos. Zabawne, miała wrażenie, że z każdym kolejnym leczeniem szło jej coraz lepiej. Teraz też nie było za dużo krwi. Może następnym razem miało jej nie być w ogóle? Właśnie.. następnym razem. Gdy usłyszała słowa Hoppera, jej brew mimowolnie wzniosła się do góry. Początkowo nawet myślała, że może udało jej się mu pomóc, ale dość szybko zrozumiała, że jego ton głosu zdradzał wszystko. Tak nie mówił ktoś, kto został cudownie uratowany… Matilde poczuła jak wielka gula tworzy się w jej gardle.
– Dlaczego? – spytała, choć przecież znała odpowiedź na to pytanie. A mimo wszystko wciąż miała jakąś cholerną nadzieję. – I co? Tak po prostu umrzesz? – wyrzuciła z siebie nerwowo, czując jakby się w sobie zapadała. Ale wciąż dawała mu szansę. Może miał lepsze wytłumaczenie. Ale jednak zdecydowała się zsunąć z biurka, by stanąć na nogi. Choć jej dolna warga mimowolnie zaczęła drżeć, a oczy niebezpiecznie się zaszkliły, starała się być opanowana. Przynajmniej do momentu, w którym z jej ust nie wydobyło się takie stanowcze, a jednocześnie załamane: – Nie.
Nie, nie zgadzała się. To nie było ich ostatnie leczenie. Po prostu. Nie. I dla efektu potrząsnęła głową.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-04-21, 21:31   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


- Oczywiście. Dokładnie tak samo jak wtedy kiedy przystawiłem ci pistolet do głowy albo chciałem ukryć ostrą konserwę od puszki pod koszulką - odpowiedział sarkastycznie wypominając Wallace jej wcześniejsze wymówki. I tak, nie zapomniał o tym, jak nie mogła złożyć żadnego sensownego zdania. On nie zapominał.
Może to zabrzmi nieco dziwnie, ale Hopper naprawdę tęsknił za tymi jej ciągłymi próbami udowodnienia, że to ona ma rację. Ostatnio kiedy się spotkali w zasadzie ominęło ich to wszystko, byli na siebie zbyt źli, żeby zacząć się tak zachowywać. A teraz, po tygodniu, to się wydawało wręcz niewyobrażalnie na miejscu. To było coś, co robili. Ich pokręcona normalność. Sposób, w jaki w ciągu kilku minut przechodzili od autentycznego gniewu przez złośliwe przekomarzanie się do czegoś naprawdę subtelnego i prywatnego. Przez chwilę poczuł jak żal ściskał go za gardło na myśl, że miałby to stracić, ale on przecież umierał. O ile nie miał zamiaru zgłaszać się do DOGS, mógł to tylko przeciągać.
- Jest mój - dodał. Nie miał pojęcia, kiedy to się zmieniło w jakieś przebijanie argumentów. Przecież to od początku była jego broń, a Wallace ją zwyczajnie ukradła. Mogła sobie kupić jakąś zwyczajną broń, lepiej dla niej dostosowaną, ale nie. Musiała mu zabrać nieposkładany pistolet. Mogła chociaż wziąć rewolwer, nie musiałaby się bawić w ikeę.
Dlaczego to nie mogło być mniej skomplikowane? Czemu nie mógł jej po prostu pocałować? Zasługiwali na chociaż odrobinę normalności w tym pojebanym świecie. Skoro musieli być zbiegami na których polował rząd, ukrywać się przed światem, to mogliby chociaż dostać coś od życia. Hopper naprawdę nie oczekiwał wiele, nawet niech ciągle umiera, po prostu niech nie musi się przejmować tymi wszystkimi konsekwencjami.
W tamtym momencie naprawdę cieszył się, że stanął te kilka metrów od Wallace. Chyba od początku miał świadomość, że to nie będzie takie proste, ale mimo wszystko liczył że nie będzie takie trudne. To nie miało sensu. Poznali się ledwie kilka tygodni wcześniej, to nie powinno tak wyglądać. Nie powinni nic dla siebie znaczyć. Oni tacy byli, nie przywiązywali się łatwo do ludzi. To nie powinno się nigdy wydarzyć.
- Umieram tak czy siak - powiedział, nie patrząc na nią. Nie chciał widzieć wyrazu jej twarzy. - Nie jestem w stanie tego zatrzymać. Ty nie jesteś w stanie tego zatrzymać - stwierdził po prostu. Po chwili ciszy, dodał jeszcze: - Za niedługo zamknę wszystkie swoje sprawy - kiedy to mówił miał na myśli: Nic nie będzie mnie tu trzymać. Kiedy tylko jego siostry będą bezpieczne w Kanadzie, będzie mógł umrzeć.
Nie chciał tego słuchać, nie chciał żeby temu zaprzeczała, próbowała zmienić jego zdanie. Tak po prostu było, nie mogli nic z tym wszystkim zrobić. Mogli spróbować tylko się z tym pogodzić.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-04-21, 22:29   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Nie miała nic na swoje usprawiedliwienie. Co mogła zrobić? Po prostu wzruszyła ramionami. Tak, miał ją. Tak, nie potrafiła racjonalnie myśleć, gdy był zbyt blisko. Ale hej. Każdy miał swoje wady. Najwyraźniej ona nie potrafiła się oprzeć jego wątpliwemu urokowi i okazjonalnie rzucała w ludzi puszkami. Czy było to coś naprawdę złego?
Był twój – poprawiła go automatycznie. Teraz ten pistolet należał do niej, a on musiał się z tym pogodzić. I jeśli wciąż miałby z tym jakieś problemy, ewentualnie byłaby w stanie opowiedzieć mu bajeczkę o tym, jak jego cenna broń została wysłana do Belize i wiedzie tam szczęśliwe życie bez niego. Jeśli tylko miało mu to pomóc przetrawić ten fakt to.. czemu nie?
Tak, to było skomplikowane. Bo oni byli skomplikowani. Jeśli było jakieś jedno słowo, które oddawało charakter ich relacji to zdecydowanie było to jedno niewiele mówiące słowo. Przecież tak na dobrą sprawę, powinna go nienawidzić. Od samego początku pogrywał z nią nie fair. A ona? Po prostu do niego lgnęła jak zaczarowana. Ale dopiero niedawno zdała sobie z tego tak naprawdę sprawę. A dokładniej, to w tym momencie, gdy wpatrywała się w jego oczy i jedyne czego chciała to rzucić mu się na szyję. Powinna się jednak nauczyć już, że los za nią nie przepadał. Powinna przewidzieć, że kolejna osoba będzie chciała ją zostawić. Do licha, nawet jej niczego nie obiecywał. Byli dla siebie nikim. A bolało bardziej niż cokolwiek innego na świecie. Dlaczego to tak bolało?! Dlaczego wydawało jej się, jakby wszystko co zbudowało zaczynało się nagle walić? Brakowało jej tlenu.
– Nie – nie chciała tych jego słów. To wszystko się nie działo naprawdę. Po prostu co.. był z tym pogodzony? Nie kupowała tego. – Nie.
Była wściekła. Pozwoliła tej jednej łzie spłynąć po swoim policzku, po czym wytarła twarz wierzchem dłoni. To wszystko co miał jej do powiedzenia? Załatwił sobie sprawy? A co z nią? Przecież się starała. Może nie potrafiła do końca go wyleczyć, ale musiał jej dać jeszcze jedną szansę. Następnym razem miało być lepiej…
– Poddajesz się? Tak po prostu? – parsknęła gorzkim, chłodnym, nieprzyjemnym śmiechem. To się nie działo naprawdę. Matilde czuła się jak w jakimś pieprzonym koszmarze. Czuła się, jakby ktoś właśnie wyrywał z jej piersi kawałek serca i postanowił je zdeptać na jej oczach. Wallace ponownie potrząsnęła głową.
– PRZESTAŃ PIEPRZYĆ – nie była w stanie się opanować, a krzyk wydobył się z jej ust tak naturalnie. Nie była w stanie zachować dla siebie tych tak przesiąkniętych bólem, a jednocześnie wściekłością słów. Miał być geniuszem, dlaczego nim nie był? Dlaczego wygadywał takie rzeczy? Dlaczego nie chciał dalej walczyć? Miała tyle pytań, a żadna odpowiedź nie wydawała się dobra. Po prostu wpatrywała się w niego, coraz ciężej oddychając i czując napływające do jej oczu łzy. Chciała, by coś zrobił. By powiedział, że żartuje, że tylko się z nią droczy, że chciał jej zrobić na złość. Jak to miał w zwyczaju. Czy prosiła o aż tak dużo?
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-04-21, 23:40   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


- Nawet nie będziesz z niej porządnie strzelać - zauważył. To była zbyt duża i zbyt specjalistyczna broń jak dla niej. Mogła sobie poszukać czegoś mniejszego, z mniejszym odrzutem, bez wydłużonej lufy i zwiększonego magazynka. To była świetna broń i szkoda żeby się zwyczajnie marnowała w rękach kogoś, kto nie był w stanie wykorzystać jej potencjału.
Hopper naprawdę lubił ten pistolet, a co gorsza, miał marne szanse dostać drugi taki, biorąc pod uwagę że jego przykrywka Daniela Blake umarła śmiercią tragiczną. I tak, nie miał zamiaru odpuszczać w tej sprawie. Odzyska swoją broń po dobroci albo po prostu zabierze ją z domku Wallace. Przecież nie chodziła z nią wszędzie. Nie była tym typem człowieka.
Chociaż może to nie miało takiego dużego znaczenia. Do tej pory był przekonany że Wallace nie należała do ludzi na tyle głupich, żeby w takim tempie przywiązywać się do jakichś idiotów, a jednak - proszę jednak to zrobiła. Nienawidził tego, nienawidził sposobu w który temu zaprzeczała. Czy nie mogła się z tym pogodzić? Już na początku ich pierwszej rozmowy powiedział jej, że umiera. Niczego nie ukrywał. Musiała mieć świadomość jak to wszystko się skończy. Nie mogła mieć do niego pretensji. Jeżeli to miała być czegoś wina, to tego że Wallace nie myślała, po prostu działała. I z jakiegoś powodu uznała, że po jego wina. Nienawidził tych jej zaprzeczeń, ale jeszcze bardziej nienawidził tego jej śmiechu. Kim ona w ogóle była, żeby go oceniać?! To nie ona umierała, to nie ona nie miała szans na jakąkolwiek przyszłość. To nie ona miała spędzić kolejne miesiące życia w nieustannym bólu, mając nadzieje że nie stanie się coś naprawdę złego. Każda migrena, każdy większy wysiłek mógł się dla niego skończyć tragicznie. Mógł stracić kontrolę nad ciałem. Mógł oszaleć. Mógł stać się skończonym idiotą, który nie potrafił dodawać do trzech! Ale jej to nie obchodziło. Czemu w ogóle by miało?
- A jakie mam opcje, Wallace?! - wybuchnął. Myślał o tym setki razy, przez miesiące zanim ją w ogóle poznał! Mógł umierać powoli, umrzeć szybko albo dołączyć do DOGS, tym samym pozbawiając znaczenia absolutnie wszystkiego co zrobił żeby przed nimi uciec. Nie było kolejnych opcji! Nie było leku, nie było szczęśliwego zakończenia. I jeżeli miał do wyboru tylko te trzy rzeczy, był w stanie zaakceptować jedną, najmniej chujową opcję. Tak, nie podobało mu się to, ale nie potrafił zmienić rzeczywistości przez swoje widzi-mi-się! O ile ona nie miała zamiaru jakoś tego dokonać, wszystkie jej słowa były bez znaczenia.
- TO TY MNIE POSŁUCHAJ! - wrzasnął na nią. I szczerze mówiąc, w tamtym momencie gówno go obchodziło, że wszyscy którzy zostali w biurze właśnie ich słyszeli. - Nie mam żadnych dobrych opcji! Mogę umrzeć od razu albo mogę tracić pierdoloną kontrolę nad własnym ciałem i umysłem przez tygodnie zanim w końcu mój mózg wysiądzie!
I niech nawet nie próbuje go brać na litość łzami. Wiedziała w co się pakuje, a mimo tego to zrobiła. To była jej wina.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-04-22, 09:27   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Wiedziała, że umiera, tak. Grał z nią w otwarte karty, a ona była z tym pogodzona. Gdyby odszedł któregoś niezbyt pięknego dnia.. z trudem przyjęłaby to do wiadomości. Pewnie byłoby jej cholernie ciężko, ale ostatecznie – byłaby w stanie to zaakceptować. Ale teraz? To co robił to było czyste świństwo. On nawet nie walczył, on się po prostu poddał. Myślała, że mieli więcej czasu. Myślała, że to nie skończy się tak szybko. Już chyba wolała sposób, w jaki opuścił ją Aaron. Bolało, jak cholera, ale to? To bolało jeszcze bardziej.
– Znajdziemy jakiś sposób – wyrzuciła z siebie błagalnie. Kiedy właściwie zaczęła o nich myśleć w liczbie mnogiej? Być może, gdyby nie była w takim szoku, tego typu słowo nie wydobyłoby się z jej ust, ale teraz nie zważała na to. Chciała mu pomóc. Chciała go uratować. Chciała więcej czasu. To wszystko. – Mogę cię leczyć codziennie, zrobię to, okej?
To nie było takie ciężkie przecież. Może nie uratowałoby mu to życia, ale z pewnością nie czułby bólu. Wydłużyłaby mu to co miał, a ona dostałaby te upragnione więcej czasu. Była głupia, tak to była jej wina. Ale nie planowała się w nim zakochać. Nie planowała tego wszystkiego. Problem był tylko taki, że najwyraźniej Hopper nie chciał już żadnych opcji. Cokolwiek, by mu nie powiedziała – on zdecydował. I najwyraźniej nie miał zamiaru zmienić zdania. Gdy zaczął na nią krzyczeć, ona po znowu się zaśmiała. Ale nie było w tym krzty wesołości, był to raczej śmiech szaleńca. Jaka ona była głupia! Po cholerę w ogóle zgadzała się go leczyć za pierwszym razem? Po cholerę było to wszystko? Nawet już nie próbowała zahamować łez, które co chwilę spływały po jej policzkach.
– PIERDOLONY TCHÓRZ – wyrzuciła z siebie, krzycząc jeszcze głośniej niż on. Tak właśnie planował? To miało być ich pożegnanie, tak? A potem miała się dowiedzieć z gazet, że poszukiwany kryminalista został znaleziony martwy? Nie wierzyła w to co się działo. To nie mogło się dziać naprawdę. Wallace na moment obróciła się do niego, by sięgnąć do torebki i wyciągnąć z niej jego pierdoloną, ukochaną broń. Pewnie po to ją tu ściągnął. Nie, żeby jej powiedzieć o odejściu, bo miał ją gdzieś. Chodziło mu tylko o tą broń. Matilde wyciągnęła rękę z pistoletem i wycelowała nią w Hoppera.
– Ułatwię ci to, co? Po prostu ZABBIJ? CI? TERAZ.. Zero bólu, którego tak kurewsko się boisz. Poza tym sam pewnie i tak byś się nie odważył, ty tchórzu. POWIEDZ SŁOWO, HOPPER. – powoli stawiała kroki w jego stronę, by ostatecznie zbliżyć się tak bardzo, że lufę pistoletu przyłożyła do jego klatki piersiowej. Była roztrzęsiona, a obraz – przez zaszyte wodą oczy – jej się zamazywał. Ale mimo to wciąż wpatrywała się w jego oczy.
– JESTEŚ TCHÓRZEM, HOPPER. TCHÓRZEM. – chociaż wiedziała, że te słowa na niego nie zadziałają to i tak krzyczała. To było jedyne co jej przyszło do głowy. Poza tym skoro chciał na nią rzucać winę, to gdyby go zabiła – mógłby robić to do woli. I szturchnęła go pistoletem w klatkę piersiową.
– JEŚLI TO ZROBI? TERAZ, PRZYNAJMNIEJ B?D? WIEDZIAŁA, ŻE TO JUŻ SI? STAŁO. PO PROSTU TO POWIEDZ!
Płakała, krzyczała, ale wiedziała, że jest na straconej pozycji. Miała wrażenie, jakby kłóciła się z samą śmiercią. Teraz przed nią stał, a jutro? Miała spędzić kolejne dni, zastanawiając się, czy to już się stało? Doskonale zdawała sobie sprawę, że nie wytrzyma tej niepewności. Gdy tylko opuści to pomieszczenie to wszystko się po prostu skończy, a ona nie była na to gotowa.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-04-22, 12:59   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Chyba nawet Wallace nie wierzyła w to co mówiła. Znajdą jakiś sposób? Nie było już innych opcji. W ciągu roku nie wpadł na żaden pomysł, na chociażby ślad możliwości, w której nie potrzebował mutazyny DOGS. Nie byli w stanie jej zdobyć, nie mógł zaatakować ich laboratorium i to przeżyć! Nie mógł tak po prostu się poddać i do nich zgłosić! Już nawet pomijając to, że to pozbawiłoby znaczenia tych całych jedenastu lat wyrzeczeń i poświęceń, to po prostu wiedział za dużo, mógł zrobić za dużo złego, a tego miał już dość do końca całego swojego życia.
- Nie możesz - uświadomił ją brutalnie realistycznym tonem. Za jakiś czas tydzień, to będzie za mało, pięć dni, trzy dni, jeden dzień, to wszystko prędzej czy później będzie niewystarczająco. Jej organizm tego nie wytrzyma, to było zabójcze tempo. Nie mówiąc już o tym, że zamiast marnować czas i energię na odsuwanie w czasie śmierci jakiegoś dupka, mogła komuś uratować życie.
I nie, ostatnie czego chciała Wallace, to więcej czasu. To się zawsze skończy w ten sam sposób, jedyne co mogła zmienić, to jak bardzo ją to zaboli. Po co jej były kolejne miesiące wspomnień, kolejne miesiące przywiązywania się? Nie wystarczało jej to, że już teraz to było niespodziewanie i bezsensownie trudne?
Nie miała prawa się śmiać. Mogła sobie wrzeszczeć, wyzywać go, nazwać go tchórzem, mogła nawet zacząć płakać, ale nie miała prawa się śmiać, nie ważne w jaki sposób. Cholera jasna, nie miała prawa go oceniać!
- BO TY BYŁABYŚ LEPSZA, TAK?! - wykrzyczał jej w twarz.
To nie miało tak wyglądać. Miał jej po prostu uświadomić, że wszystko co ich łączyło, powinno się skończyć, zanim będzie za późno. I jeżeli - jeżeli - ciągle chciałaby go widzieć, to chciałby się z nią pożegnać kiedy wszystko będzie już skończone i zamknięte. Zawsze był chujowy w pożegnaniach, zawsze po prostu odchodził bez słowa, ale ten jeden, ostatni raz chciał to wszystko zrobić inaczej. Cóż. Chyba po prostu nie był do tego stworzony.
Och, teraz miała zamiar grozić mu jego własną bronią? Grozić mu śmiercią, żeby żył dłużej? Ale nie to go tak szalenie rozzłościło. Ona miała rację. Nie miał pojęcia czy koniec końców w ogóle da radę to zrobić. W pewien sposób, to byłaby łatwiejsza opcja. I tak! Kurewsko się bał tego wszystkiego co mogło się stać z jego mózgiem. Była z siebie zadowolona?! William Hopper był pierdolonym tchórzem! Nie musiała mu o tym przypominać. Nie musiała go szturchać tym pierdolonym pistoletem! I tak nie miała dość jaj, żeby kiedykolwiek z niego strzelić. Nawet nie włożyła magazynka.
Mechanicznym, ćwiczonym setki razy ruchem, błyskawicznie złapał lewą ręką za lufę i przesunął ją w prawo, a równocześnie otwartą prawą dłonią uderzył ją tuż za nadgarstkiem, przesuwając jej dłoń w lewo i wytrącając jej broń. Pistolet wsunął sobie za pasek. To był jego pierdolony glock i nie miał zamiaru jej go oddawać. Jeżeli tak go cholernie chciała, to będzie mogła go sobie wziąć po jego śmierci.
Był niewyobrażalnie wściekły i nawet nie próbował tego ukrywać. Chciał żeby Wallace w końcu się zamknęła, żeby stąd poszła, żeby po prostu zniknęła z tym całym swoim pierdolonym osądzeniem go! Bo ona była lepsza, tak?! Gówno prawda! Miał ochotę zacząć na nią wrzeszczeć, rozwalić coś, wyładować na czymś tą całą złość. Tak, to było kurewsko niesprawiedliwe i tak, nie mógł nic z tym zrobić! Wallace nie musiała mu o tym przypominać.
- Wyjdź - wycedził lodowatym tonem. Miał jej dość. Jeżeli miała zamiar tylko na niego wrzeszczeć i go oceniać, nie mieli o czym rozmawiać.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-04-22, 14:54   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Mogła. Mogła i miała zamiar to zrobić. To on nie miał prawa jej mówić, jak ma wykorzystywać swoją moc. Jeśli chciała ją marnować na niego, to nie mógł jej tego zabronić. Poza tym to nie było tak, że jeśli leczyła jego to jakaś niewinna istota umierała. Przecież wiedział, jaka była. Nie leczyła ludzi. Z zasady. On miał być wyjątkiem.
– WCIĄŻ ŻYJ? – nie, nie była lepsza. Ale ostatecznie wciąż oddychała, wciąż tu stała. Minęły dwa lata. Tak, chciała umrzeć. Jej świat się zawalił, ale jednak… kontynuowała swoje życie, mimo że przez cały ten czas marzyła tylko o jednym. Teraz jednak, odkąd go poznała – nigdy nie czuła się bardziej żywa. Zupełnie, jakby odzyskiwała samą siebie, jakby budziła się z jakiegoś letargu. A teraz? Teraz chciał jej to odebrać. Z każdym kolejnym słowem, z każdym nienawistnym spojrzeniem zabijał w niej to, co udało mu się wcześniej przywrócić do życia. Gdy odbierał jej pistolet, nawet nie protestowała. Nie miała siły walczyć. Była na to zbyt rozbita i roztrzęsiona. Po prostu pozwoliła mu robić to wszystko. Patrzyła jak jej odbiera broń, jak chowa ją za paskiem. Przez moment tylko jakby odzyskała siły i zaczęła go okładać pięściami po klatce piersiowej. Ale był to bardziej akt desperacji, niż cokolwiek innego. Była zbyt słaba, by zrobić mu krzywdę. Zbyt słaba, by jej ciosy były mocne. Właściwie to z każdym kolejnym uderzeniem jakby traciła siły, jakby zapadała się w sobie. Jej ruchy były coraz bardziej ociężałe, a uderzenia niedokładne.
I prawdopodobnie, jeszcze jakiś czas temu, by rzeczywiście odwróciła się na pięcie i wyszła. Skoro ją wyganiał, skoro nie chciał jej widzieć… A mimo to z jej ust wydobyło się słabe:
– Nie – i po prostu się poddała, kładąc ręce na jego klatce piersiowej. Jeszcze nigdy w życiu nie żebrała o czyjeś uczucie. A teraz? Wiedziała przecież, że jeśli stąd wyjdzie, to… nie będzie już żadnych szans.
– Nie rób tego – wykrztusiła z siebie, instynktownie się do niego przytulając. Nie miała już żadnych innych pomysłów. Groźby, krzyki.. nic nie pomagało. I przyciskając policzek do jego klatki piersiowej wyrzuciła jeszcze: – Proszę.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-04-22, 17:37   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Nie, nie mogła tego zrobić. Nie mogła sama popełnić powolnego, wycieńczającego samobójstwa tylko dlatego, że wbiła sobie do tej durnej głowy, że może go uratować. Może i to sprawiłoby że poczułaby się lepiej, ale co z tego, skoro i tak byłaby martwa.
- Ja za to umieram! - odciął się gwałtownie, ale ciszej niż ona krzyczała. Mogli przerzucać się tym jak bardzo chujowo mieli, ale to Wallace cały czas miała szanse na jakąkolwiek przyszłość, nie ważne czy dobrą, czy złą. Ona jeszcze nie przegrała.
I uwierzcie mi, gdyby tylko Hopper usłyszał o jakiejś opcji, która dawałaby u realne szanse przeżycia, nie dałby spokoju, nawet gdyby to była tylko zwykła plotka. On nie umiał odpuszczać, to go przez te wszystkie lata pakowało i wyciągało z kłopotów. Problem w tym, że teraz nie miał już czego się chwycić. Możliwości i teorie do sprawdzenia się skończyły, żadna nie okazała się wystarczająco dobra by wyciągnąć go z tego. I co on miał z tym zrobić?! Wybierał właśnie najlepszą możliwą opcję! Niech Wallace nie wini go za to, że rzeczywistość jej się nie podobała!
I naprawdę, niewiele obchodziło go to, jak zaczęła go okładać. Nawet nie próbował złapać jej za nadgarstki czy w jakikolwiek sposób ją powstrzymać. Czekał, aż po prostu przestanie. Aż w końcu odwróci się i wyjdzie. Nie mieli lepszych opcji niż rozpaść się teraz, zanim to w ogóle stanie się czymś, ale Wallace nie mogła tego zrozumieć, prawda? Nie mogła mu tego ułatwić, zaakceptować tego, nie mogła nawet wyjść przez te pierdolone drzwi. To wszystko spadało na niego, czy mu się to podobało, czy nie.
Jakaś część Hoppera chciała po prostu ją pocieszyć, chociaż od zawsze był w tym chujowy. Zapewnić ją, że wszystko będzie dobrze, że coś wymyśli, chociaż to byłoby oczywiste kłamstwo. Inna jego część miała ochotę po prostu ją przytulić, włożyć dłonie w jej włosy, poczuć się przez chwilę odrobinę mniej beznadziejnie. Potrzebował tego, zwłaszcza od kiedy coraz mocniej czuł nad sobą widmo śmierci.
Ale nie mógł tego zrobić. Musiał myśleć trzeźwo i obiektywnie, tym się właśnie zajmował, taki właśnie był. Gdyby cokolwiek z tego zrobił, to tylko by ich bardziej zniszczyło. Skoro Wallace o tym nie myślała, on powinien.
- Powinnaś iść - odpowiedział chłodnym, ale chyba też dość smutnym tonem.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-04-22, 18:11   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Sama nie wiedziała na co tak dokładnie liczyła. Chyba po prostu chciała, by coś powiedział. Cokolwiek, co dałoby jej jeszcze jakąś nadzieję. I gdy tak przyciskała policzek do jego klatki piersiowej i błagała, upokarzając się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, jednocześnie nie czując w nim żadnej zmiany… To chyba było największym ciosem, jaki jej tego dnia zadał. W tym momencie po prostu zrozumiała, że wszystko co było między nimi, to był jedynie wytwór jej chorej wyobraźni. Podświadomość zrobiła jej naprawdę przykry żart.
Teraz widziała to lepiej niż kiedykolwiek. Gdy ją całował, przemawiało przez niego tylko pożądanie. Gdy był złośliwy i wdawał się w jakieś bezsensowne sprzeczki – robił to, bo taki był. Pewnie wszystkich tak traktował. Gdy był zły po leczeniu Fay – był zły za to, że sprowadziła mu na głowę koleżanki, a nie dlatego, że Cass wypaplała o Bradley’u. Gdy ją ignorował, robił to dlatego, że po prostu miał jej dość. Tam nigdy nie było nic więcej. Nie z jego perspektywy. Łudziła się jeszcze kilka sekund, by ostatecznie – kiedy nakazał jej wyjść – zrobić krok do tyłu. Nie kłóciła się już z tym. Nie było sensu.
Nie mogła też już nawet dłużej tutaj zostać. Nawet jeśli by tego chciała. Nie mogła tutaj oddychać. Po prostu się dusiła. Poza tym.. czuła się jak idiotka. Przez dwa lata nigdy nie poczuła do nikogo nawet jednej milionowej tego, co czuła do tego dupka. I jeśli myślał, że ona miała szansę na szczęśliwe życie, to nawet nie wiedział, jak bardzo był w błędzie. Jej życie polegało na kochaniu idiotów, którzy po prostu ją zostawiali, którzy woleli umrzeć niż z nią być.
Wallace odeszła od Hoppera, biorąc do ręki swoją torebkę i przez chwilę szukając dłonią czegoś w środku. I gdy odnalazła magazynek jego cholernej broni, rzuciła nim prosto w Hoppera. Nie dbała, czy zrobi mu krzywdę, albo czy mężczyzna to złapie. Po prostu nie chciała tego pierdolonego magazynka. A potem.. po prostu ruszyła do wyjścia, zatrzymując się jeszcze przed samymi drzwiami, by przekręcić głowę przez ramię i wyrzucić z siebie oschłe:
– Żegnaj. – ale tak naprawdę.. po prostu chciała zobaczyć go jeszcze raz. Jeszcze ten ostatni raz. Żywego. W końcu nie wiedziała, czy jutro nie dowie się o jego śmierci. Od tego dnia miała w końcu codziennie myśleć tylko o tym, czy on wciąż jeszcze żyje. I gdy poczuła, jak do jej oczu znowu napływają łzy, gwałtownie obróciła głowę. Nie. Nie zobaczy więcej jej łez. I wyszła z gabinetu, trzaskając drzwiami, a potem… gdy już była wystarczająco daleko, oparła się plecami o mur budynku i bezwładnie osunęła, dając upust swoim emocjom.

/zt
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ZAMKNIĘTY ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 5