Poprzedni temat «» Następny temat
Trasy wspinaczkowe w górach
Autor Wiadomość
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2017-11-18, 19:16   Trasy wspinaczkowe w górach



[Profil]
 
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-03-20, 19:35   
  

   1 Rok na Giftedach!


/ przed marszem pokojowym
Ronnie nie miał zamiaru pojawić się na marszu pokojowym. To było głupie i bezsensowne. Po pierwsze był pewien, że ulice będą się aż roić od agentów GC, dogs, więc pojawienie się jakichkolwiek mutantów na tym pochodzie zakrawało o samobójstwo. Po drugie doskonale wiedział o tym, że szykuje się zamach na przewodniczącego GC (chociaż z jego źródła wynikało, że mieli zrobić to mutanci, a nie jakiś randomowy agent wyżej wspomnianej organizacji), więc odradzał każdemu wyjście na wiec, a po trzecie… Naprawdę sądzili, że ktokolwiek ich słucha? Że ich sytuację poprawi kilkaset debili marznących na ulicach i krzyczących o równości? Nie miał zamiaru tam być. Nie miał zamiaru narażać swojego życia i w sumie mógłby być tam chociażby po to, żeby zadbać o bezpieczeństwo swoich braci, ale to była ich decyzja. Oni decydowali się iść prosto do paszczy lwa, a on nie miał zamiaru odpowiadać za ich kompletny brak instynktu samozachowawczego.
Mimo wszystko, nie miał zamiaru zaniedbywać swoich obowiązków. Odkąd wrócił do Bractwa nie potrafił sobie znaleźć miejsca. Natłok myśli doprowadzał go do szaleństwa. Nie potrafił uciszyć tych głosów w swojej głowie nawet podczas snu. Już kilka dni po kolei nie spał w swoim domku, bo spanie z nim w jednym pomieszczeniu było po prostu niebezpieczne. Dwa dni temu rozbił szybę i od tamtego momentu przeniósł się na kanapę do jednego z budynków gospodarczych. Gdyby mógł ubezwłasnowolnił by się alkoholem, ale w jego wypadku to również nie było zbyt rozsądne rozwiązanie.
Wyjście poza granice obozu było dla niego błogosławieństwem. Odczuwał chorą ekscytację na myśl o tym, że być może wpadną dzisiaj w jakieś kłopoty. Nie chciał, żeby ktokolwiek ucierpiał, ale Ronnie, chociaż nie chciał się do tego przyznać, on tego po prostu potrzebował. Skopać kilka tyłków, rozpętać trzecią wojnę światową. Cokolwiek. By w końcu pozbyć się tego gniewu, który sprawiał, że niemalże gnił od środka.
Dopiero świtało, gdy pojawił się w nadesłanej przez informatorkę lokalizacji. Nie spał zbyt dobrze tej nocy. Widząc kobiecą sylwetkę, majaczącą się niewyraźnie w porannej mgle, wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. Skinął jej głową na powitanie. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ona niezbyt za nim przepada. To się dało wyczuć, ale on zwykł robić to co do niego należało, nie bacząc na to co myślą o nim inni ludzie. - Fay. - rzucił na przywitanie i przez chwilę bawił się zapalniczką, która kompletnie nie chciała z nim współpracować. - Dzisiaj bawimy się we dwójkę. Co my tutaj mamy? - zapytał, chociaż miał jakieś niewyraźne pojęcie o tym jak miało wyglądać zadanie. Trójka mutantów, skrywających się gdzieś głęboko w lesie i kilku dogsów próbujących odnaleźć ich lokalizację.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-03-21, 20:11   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


//kilka dni przed marszem

Fay jeszcze nie podjęła decyzji. Z jednej strony zdawała sobie sprawę, że na wydarzeniu, w którym udział wezmą mutanci, ludzie, organizacje rządowe i cholera wie kto jeszcze, aż się prosi, żeby coś poszło nie tak. Ale skoro kilka osób, które całkiem nieźle znała uparło się, żeby tam iść i najwidoczniej było głuche na wszelkie argumenty czy odzewy zdrowego rozsądku... cóż, nie chciała być dziesiątki kilometrów dalej, gdy stanie się coś złego. Kto wie, a może to akurat ona będzie potrafiła pomóc? Może nadarzy się taka, a nie inna okazja i jej obecność na miejscu się przyda? Chociażby jako odwrócenie uwagi, tak, to całkiem nieźle jej wychodziło z małą pomocą futrzastych czy też pierzastych przyjaciół. Myślała o tym, żeby jechać do Seattle i obejrzeć wszystko z bezpiecznej odległości, oczami innych. Bez zbędnego narażenia własnego życia.
Cóż, miała jeszcze czas na zastanowienie, jednak szczerze liczyła że inni pójdą po rozum do głowy i zostaną w obozie.
W tej chwili jednak nie pozostawało jej nic innego jak tylko oddać się obozowym obowiązkom. Trochę ćwiczyła, trochę trenowała z Cassandrą, trochę bawiła się własnymi mocami, starając się jak zawsze jeszcze bardziej poszerzyć swoje możliwości, pokonać najbardziej uporczywe ograniczenie, jakim była potrzeba kontaktu. Chciałaby w przyszłości móc nawiązywać połączenie na odległość, wskakiwać do umysłów zwierząt znacznie od niej oddalonych. Ułatwiłoby to praktycznie wszystko.
Jednak ten dzień nie miał był jak każdy inny. Miała znajomych nie tylko w obozie, a ci poza jego granicami składali się głównie z wolnych mutantów, albo ludzi zainteresowanych tym światem. W końcu warto było wiedzieć, gdzie się nie zapuszczać, żeby przez przypadek nie wplątać się w jedną z akcji DOGS, prawda? A gdy już jakieś informacje wypływały, szybko docierały także do Fay.
I tak właśnie było tym razem. Wcześnie rano, albo jeszcze w nocy, jak kto woli obudziła ją wiadomość, z której przekazaniem nie mogła zwlekać. Ubrała się w pierwsze lepsze ciuchy i poleciała przekazać informację "wyżej". Potem miała nadzieję wrócić do łóżka.
Niestety, nie było za dużo czasu, żeby organizować jakąś większą misję. Zresztą, nawet żadna spora grupa nie była potrzebna, skoro dzięki informacji mieli przewagę kilku godzin. Wystarczyło odnaleźć tamtą trójkę mutantów i ich ostrzec albo sprowadzić do obozu.
I ten obowiązek przypadł Fay. Między innymi. Jej zadaniem było pomóc znaleźć lokalizację, a resztą miał zająć się ktoś inny. A kto? Nie powiedzieli. Dali jej czas na przygotowanie i miejsce, w którym miała się stawić. Mogła się nie zgodzić, ale w sumie nie miała żadnych przeciwwskazań. Nawet cieszyła ją wizja produktywnego dnia poza obozem.
No cóż, dopóki nie zobaczyła, do kogo ją przydzielili. Miała nadzieję na jakiegoś znajomego łowcę, z którym wiedziała, że współpraca dobrze się ułoży. A kogo dostała?
- Cześć... Ron? Ronald? Emm... Ronnie? - uniosła lekko brwi ku górze, w sumie nie wiedząc, jak się do niego zwracać. Znała go tylko z widzenia, słowa które zamienili można było policzyć na palcach obu rąk. I to z nim miała iść? Nie no, bomba.
- Hmm, okej, sama nie mam zbyt wielu informacji. Wiem tylko, że trójka mutantów kryje się gdzieś niedaleko szlaku i jeszcze dzisiaj DOGS wyśle do nich patrol. Mamy kilkugodzinną przewagę, więc jeśli dobrze pójdzie, gdy tam dotrą, nas już dawno nie będzie - wyjaśniła, w połowie wypowiedzi wyciągając telefon i włączając mapę okolicy, żeby wiedzieć chociażby w którą stronę się udać. Plus była to dobra wymówka do spuszczenia wzroku. Jakoś tak... nie chciała być niemiła, próbowała chociaż trochę ukryć lekki zawód i niezadowolenie w związku z tym, na czyje partnerstwo trafiła. Naprawdę nie chciała być uprzedzona, ale swoje słyszała i... cóż, bardziej obawiała się kilku godzin spędzonych z chłopakiem, niż faktu, że mogą dzisiaj trafić na psy. I to nawet nie chodziło o jego destrukcyjną moc, po prostu... nie przepadała za tym typem osobowości, o.
[Profil]
  [0-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-03-31, 22:32   
  

   1 Rok na Giftedach!


Może gdyby nie był takim przemądrzałym głupkiem, to pomyślałby w podobny sposób co Fay. Nie chciał iść, ale mógł poświęcić swoje poglądy, schować dumę do kieszeni i iść na marsz ze względu na to, że mógłby pomóc w razie problemów. Tyle, że Ronnie był tak bardzo przekonany do własnej racji i tak uparcie jej bronił, że miał zamiar z założonymi rękami patrzeć na to jak głupi idealizm odbija się rykoszetem od tępów łbów ludzi, którzy jednak naiwnie wciąż wierzyli, że to wszystko da się załatwić jakimiś marszami pokojowymi. Serio. Czasami miał wrażenie, że jeśli dzieciak nie spierdoli się w końcu z tych schodów, to nie przestanie cały czas do nich podchodzić. Może to była radykalna myśl, ale mógł bronić swoich bliskich przed potencjalnymi zagrożeniami, jednak nie był w stanie ochronić ich przed ich głupotą. Niestety. W tej kwestii obstawał przy swoim, a był uparty jak jasna cholera.
Z powodu owej upartości również przez kilka ostatnich tygodni nie brał udziału w żadnych wspólnych wypadach poza granice obozu, ponieważ po kłótni z Colleen po prostu musiał przemyśleć sobie kilka spraw z dala od Bractwa. Wrócił dość niedawno. Sam nie do końca wiedział co się działo (a może to i lepiej?), ale dostał wiadomość, że powinien zająć się transportem mutantów, więc nie zadawał zbędnych pytań. Błogosławieństwem była możliwość ucieczki z obozu. Chociaż ostatnie cztery lata spędził w Bractwie z natury był samotnikiem. Nie lubił jak ktoś nim dyrygował, a już z pewnością nie nie podobało mu się, że Colleen pełni funkcję, które pełniła jej matka. Między Ronniem, a Yvonne wytworzyła się pewna więź, dzięki której Marie była w stanie trzymać go w ryzach. Tymczasem Colleen. Colleen była jak młodsza, wkurzająca siostra, która dostała od mamy pilota i nie chciała go oddać nikomu.
- Ronnie. - odparł jej, roztaczając wokół siebie obłok szarego dymu. Ronald brzmiało w jego uszach niemalże karygodnie. Kojarzyło mu się z czasami młodości. Jego ojciec był jedyną osobą, która się tak do niego zwracała. Nigdy nie lubił tego imienia. Wręcz go nienawidził, dlatego od zawsze wszyscy mówili do niego po prostu Ronnie, bo tak robiła to jego młodsza siostra. Po jakimś czasie właśnie tak zaczął się przedstawiać, a gdy ktoś pytał od jakiego imienia to skrót, on odpowiadało, że od gówno ci do tego.
Na przestrzeni lat nie miał okazji bliżej poznać Fay Murphy. Pewnie ciężko jest się się tego domyślić… Ale Ronnie wcale duszą towarzystwa nie był. Wręcz przeciwnie. Ludzie jakoś nie za bardzo do niego lgnęli. Nie miał zbyt wielu przyjaciół, więcej osób go nie lubiło, niż lubiło, a mu to w stu procentach odpowiadało. Lubił być sam, więc nie wychodził poza strefę swojego komfortu, a jego urok osobisty…. jego istnienie było co najwyżej wątpliwe. Więc właśnie w taki to sposób nie udało mu się nawiązać bliskich relacji z większością mutantów należących do bractwa. Aczkolwiek to nie było tak, że wszyscy byli mu obojętni. Wcale tak nie było. Między nim, a mutantami będącymi podobnie jak on w bractwie niemalże od początku nawiązała się nić porozumienia, która w jakiś sposób łączyłą go z tymi, których nie znał. Może po prostu to była kwestia jakiejś odpowiedzialności zbiorowej? Jak w wojsku. Niby nie znał wielu z tych, którzy stali z nim ramię w ramię, a jednak tworzyli jakąś społeczność. Dlatego chociaż usilnie starał się to ukryć - niestety nie miał wszystkiego w dupie. Chociaż bardzo chciał, by wszyscy tak myśleli. Dziwnie pragnął tego, by ludzie go nienawidzili, nie ufali mu, chcieli trzymać się od niego z daleka... I chyba mu się to udawało, prawda? Skoro Fay odczuwała właśnie takie emocje, widząc tutaj właśnie jego? On nie był niezadowolony. Najzwyczajniej zaciekawiony nawet jeśli tego nie okazywał.
Obrzucił ją krótkim, badawczym spojrzeniem. Trochę ze względu na zwykłe męskie zainteresowanie mężczyzny atrakcyjną kobietą, a trochę ze względu na to, że nie pamiętał ile miała lat, ale wyglądała naprawdę młodo. Wiedział, że była informatorką. Gdzieś pod skórą zdawał sobie sprawę, że nie powinien oceniać jej po wieku, płci czy po tym, że wyglądała jakby mogła ją powalić jedenastoletnia dziewczynka. W końcu wszystko kończyło się na tym, że była w stanie kontrolować zwierzę, które mogłoby rozszarpać go na strzępy. Z tej perspektywy nie była już wcale taka bezbronna i delikatna jak na pierwszy rzut oka. - Więc wspinamy się w górę szlaku? - upewnił się, spoglądając jej prosto w oczy. Jego wzrok wyrażał wątpliwość, bo o to roztaczało się przed nimi kilkuset hektarów lasu. Potrafił tropić, jednak nie miał na to kilku dni, tylko kilka godzin. Rzucił papierosa na ziemię, gasząc go wielkim, wojskowym butem. Wyminął ją, dając tym samym znak że właśnie w tym momencie rozpoczyna się ich wędrówka. - Masz jakiekolwiek pojęcie, w której części szlaku mogą się znajdować? Jakie mają moce? Cokolwiek? - zawołał, gdy odległość między nimi się trochę zwiększyła. Szedł szybko, więc przystanął obracając się do niej.. - Może mogłabyś rzucić okiem? - uśmiechnął się do niej krzywo, bo w końcu może była w stanie nieco zwiększyć ich szansę na odnalezienie mutantów przed oddziałem dogs. - Wracając do dogs… Jak ci idzie samoobrona? Czy jesteś raczej damą w opałach?
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-04-01, 21:24   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


I tak to właśnie było. Z jednej strony Fay, ze swoją beznadziejną pod względem bojowym mocą, mająca zamiar pchać się w sam środek jatki, która prawdopodobnie rozegra się w Seattle. Z drugiej strony Ronnie, którego obecność na marszu naprawdę mogłaby wiele zmienić, gdyby coś poszło nie tak, decyduje się zostać w obozie. Nikt nikogo nie oceniał, każdy robił, co uważał, podejmował pewne decyzje, które były w jego ocenie słuszne. To było zwykłe spostrzeżenie.
I cóż... co z tego, że wcześniej wspomniany dzieciak spieprzy się ze schodów, żeby wreszcie pojąć lekcję, skoro podczas upadku przykładowo złamie sobie kark? I on na tym wiele straci, i ludzie w jego otoczeniu, także podejście mówiące, żeby zostawić kogoś bo popełnił błąd i wpakował się coś z własnej winy jak dla dziewczyny nie miało racji bytu.
Fay bywała poza obozem przynajmniej kilka razy w tygodniu, więc kolejny dzień poza granicami nie był niczym szczególnym. Różnica polegała jedynie na tym, że zazwyczaj wypuszczała się do miasta, ewentualnie włóczyła się po tutejszych lasach, gdy chciała poćwiczyć z dala od ludzi. Nigdy nie zapuszczała się daleko wzdłuż szlaku, ani tym bardziej w góry.
- Okej, Ronnie - wzruszyła lekko ramionami. Skąd miała wiedzieć, jak się do niego zwracać? Może "Ronnie" zarezerwowane było tylko dla grona przyjaciół, do których nie należała? Brzmiało dość... hmm, sympatycznie, co tylko utwierdzało ją w takim przekonaniu.
Całe szczęście sama nie miała tego typu problemów, zawsze była po prostu Fay. Niezależnie od tego, czy ktoś mówił do niej poważnie, czy pieszczotliwie, zawsze brzmiało to tak samo. W całym jej życiu był tylko jeden wyjątek od tej reguły, a była nim Sophie, która ze zwykłej, siostrzanej złośliwości i przewagi bycia "tą starszą" nazywała ją Fifi. Nawet tyle lat po jej śmierci Fay miała wrażenie, jakby miało to miejsce wczoraj.
- Lepszego pomysłu nie mam. Zakładając, że nie znają dobrze terenu i nie chcą się zgubić, pewnie będą się trzymać w pobliżu szlaku, a wtedy ich znajdę. Jeśli nie to... cóż, miejmy nadzieję, że DOGS to także utrudni zadanie - powiedziała, wciąż przesuwając palcem po mapce na ekranie telefonu. Starała się wymyślić jakiś lepszy plan, ale jak dla niej takowego nie było. Wiedziała, gdzie mniej więcej będą mutanci i pytanie polegało jedynie na tym, czy ruszali się z tamtego miejsca, czy nie. A jeśli tak, to jak daleko zaszli.
Dziewczyna podniosła wzrok do oczu Ronniego w niemym zapytaniu, czy taka opcja mu pasuje. Jeśli miał lepszy pomysł, zamieniała się w słuch. Jeśli nie, chyba nie było co dłużej marnować cennego czasu.
Nic nie powiedział, tylko zgasił papierosa i ruszył przed siebie, co Fay uznała za jako taką zgodę. Wygasiła telefon, schowała go do tylnej kieszeni spodni, poprawiła plecak i postawiła pierwsze kroki za Hendersonem.
- Co byś chciał? Współrzędne geograficzne? Ich pełne akta? Daj mi chwilę, pogrzebię w plecaku, może magicznie się tam pojawiły - rzuciła tylko na jego pytanie, nawet nie wysilając się na ironiczny ton głosu. Przecież nie zatajałaby przed nim żadnych istotnych faktów, podzieliła się wszystkim, co wiedziała. A że nie było tego wiele, to już inna sprawa, niestety niezależna od niej, także musieli pracować z tym, co mieli. Jeśli Ronniemu to nie odpowiadało, zawsze mógł zawrócić, a Fay chętnie wybierze się na wycieczkę sama.
- Mogłabym, tylko... jest jeszcze za daleko. Mam ograniczoną odległość połączenia plus nie mogę iść i korzystać z mocy jednocześnie. Tak czy siak musimy podejść bliżej - odparła, bo oczywiście, że była przygotowana na taką ewentualność, nie musiał jej mówić. Gdzieś nad ich głowami, między drzewami latał sobie niewielki, żółto-czarny ptaszek - czyż złotawy. Był nauczony żeby przylecieć, gdy tylko Fay go zawoła, a wtedy dziewczyna spróbuje coś zdziałać.
Kolejne pytanie trochę ją zaskoczyło. Okej, mógł chcieć wiedzieć, jak sobie radzi w terenie, żeby w razie czego nie było niespodzianek, jednak... cóż, musiała się chwilę zastanowić, zanim dała odpowiedź.
- Wiem gdzie kopnąć, żeby zabolało najbardziej - rzuciła, uśmiechając się kątem ust - Plus nieźle radzę sobie z bronią.
[Profil]
  [0-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-04-02, 19:51   
  

   1 Rok na Giftedach!


Selekcja naturalna. Właśnie w taki sposób przeżywali tylko ci, którzy mieli przeżyć. Nie żeby czuł nutkę nostalgii myśląc o pięknych czasach, gdy wszystko załatwiało się za pomocą maczugi i kamienia, aczkolwiek… Chyba o to chodziło. Jeśli ktoś był pozbawiony instynktu samozachowawczego, dlaczego inni mieli cierpieć? Dokładnie o to chodziło. Dlaczego miał narażać własny tyłek, bo ktoś był tak głupi, żeby iść na marsz? Bo to już nawet nie była kwestia bronienia słabszych. Osoby, wybierające się na marsz świadomie podejmowały tą decyzję. Wiedziały co im zagraża, a mimo to i tak to robiły. Nie czuł za nich odpowiedzialności, gdyż jak wielokrotnie już powtórzył, każdy kto się tam wybierał z własnej, nieprzymuszonej woli był debilem. Więc jak widać… Musiała zadziałać selekcja naturalna.
Nie odczuwał też wewnętrznej potrzeby bycia niczyim bohaterem. Oczywiście, że mógł iść i postarać się wesprzeć jakoś te zbłąkane owieczki, ale naprawdę… Ronnie Henderson nie był bohaterem. Był skłonny do heroicznych czynów, był nawet skłonny do poświęcenia…. Jednak wciąż daleko było mu daleko do bezinteresownego idola tłumów, w każdej chwili gotowego do ratowania maluczkich. Dla niego wszystko kończyło się na momencie, gdy dość jasno określił wielkość idiotyzmu jakim był ten cały marsz, a ci którzy nie zamierzali słuchać… Nie mógł za nich odpowiadać. To była ich decyzja. Wcześniej wspomniane dziecko, spadające ze schodów przecież wcale nie było dzieckiem. To byli dorośli ludzie. Dorośli ludzie, którzy zdawali sobie sprawy z zagrożenia, ale naiwnie wierzyli, że być może są w stanie coś zmienić.
Nie byli.
Czasami miał wrażenie, że nikt nie był. Jego wewnętrzny sceptyk kłócił się z wysiedlonym na peryferia podświadomości chłopakiem, który jeszcze jakieś piętnaście lat temu zaciągnął się do wojska, bo chciał zmieniać świat. Jak się okazało później był tylko mięsem armatnim rządu, który kilka lat później w nagrodę za oddaną służbę zaczął ścigać go jak szczura. Dość łatwo w takich okolicznościach stracić ideały, prawda? Jednak przetrwała w nim odrobinka naiwności, wiary w jakieś lepsze jutro. Nie chciał nawet słuchać tego cichego głosiku, który podpowiadał mu, że może jednak są w stanie coś zmienić. Nie poznasz smaku zawodu, jeśli w nic nie wierzysz. Chciał pewnego dnia przestać uciekać. Może nawet marzyła mu się jakaś normalność dziś nieosiągalna, bo we własnym kraju był uznawany za terrorystę. Łatwiej było jednak niczego nie oczekiwać i zdawać sobie sprawę z realiów. Ta wojna nigdy się nie skończy, dlatego powinni zacząć w niej walczyć zamiast kryć się po kątach.
Zmarszczył się lekko. Wolałby, żeby wiedziała dokładnie gdzie są. Skąd mają ich odebrać. To ułatwiłoby wszystko, ale jak widać ta misja miała być wyzwaniem. Przez chwilę milczał, próbował ułożyć w głowie chociaż zarys jakiegoś planu. Zwykle tego nie robił. Nie lubił niczego planować, ale nie zawsze tak się dało. - Może będziemy mieli tyle szczęścia i uda nam się złapać jakiś trop, bo jeśli nie.. to wszystko może być syzyfowa praca. - rzucił jej krótkie spojrzenie. Nie wiedział jaka jest Fay, ale zdarzało mu się pracować z osobami, które nie przyjmowały do wiadomości możliwości porażki. Czasami kończyło się to tak, że DOGS było pierwsze. Czasami polała się krew. Nie wszyscy sobie dobrze z tym radzili, a on nie miał pojęcia z czego zrobiona jest Fay. Dla niego to była również porażka, ale.. poniekąd ją zaakceptował.
Uśmiechnął się pod nosem, słysząc jej słowa. - Nie pogardziłbym jakimiś informacjami. Skoro już narażamy życie, by wyciągnąć kogoś z dość głębokiego gówna. - odparł jej całkiem spokojnie. Ścieżka pięła się lekko w górę, chociaż las był jeszcze dość rzadki. Przez chwilę milczał, idąc dość szybkim krokiem. - Jasne. Jak złapiemy jakiś trop przystaniemy. - mruknął, przerywając na jakiś czas ciszę panującą między nimi. Bardziej skupił się na drodzę i poszukiwaniu jakiegoś tropu, który mógłby zaprowadzić ich w stronę obozu mutantów.
Przemilczał to, że kopanie namolnych kolesi mogło się nieco różnic od kopania wyszkolonych agentów dogs. Czuł, że Fay nie doceni jego niefrasobliwego poczucia humoru. - A masz jakąś przy sobie? - zapytał, obracając się do niej. W kaburze miał broń, chociaż nie do końca lubił się nią dzielić. Nie potrzebował jej, ale gdyby dogs w jakiś sposób nafaszerowało go mutazyną lub złapałby go słynny pajączek… Potrzebował jakiejś broni. Jednak w obecnej sytuacji wolał, żeby Fay też miała coś czym mogła zaskoczyć przeciwnika. Przystanął na chwilę. - Jeśli chodzi o kontrolowanie zwierząt… Jesteś w stanie używać twojej mocy w bardziej ofensywnych celach?
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-04-02, 23:43   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Takie myślenie... cóż, może i było całkiem uzasadnione, może miało rację bytu. Może i rzeczywiście powinno się dać co poniektórym wpakować się do paszczy lwa, skoro mieli taką ochotę? Próbować przekonać ich, że nic dobrego z tego nie wyniknie, zrobić ile się da w granicach własnego bezpieczeństwa, ale jeśli i to na nic się nie zda, po prostu odpuścić.
Niestety, całą tę koncepcję szlag trafiał, gdy chodziło o osoby, które się znało, na których w jakiś sposób zależało. Wtedy już nie tak łatwo było dać sobie spokój i zostawić ich na pastwę losu nawet, jeśli same sobie ten los zgotowały. Wtedy chciało się być w okolicy, jeśli coś szło nie tak, spróbować pomóc. No, przynajmniej Fay tam miała. Nie potrafiłaby wysiedzieć w obozie wiedząc, że gdzieś tam poza jego granicami są łapani, ranieni i zabijani jej przyjaciele. Chciałaby im pomóc, a przynajmniej spróbować. Na ten moment jeszcze nie wiedziała, jak to się dla niej skończy, że trafi w łapy psa, który wpakuje jej kulkę w nogę. Owszem, będzie mogła powiedzieć, że przyczyniła się do ucieczki dwóch osób, ale ile katuszy z tego powodu przeżyje... cóż, można to nazwać karą za to, że tam pojechała. I nazwijcie ją idiotką, debilką, pozbawioną instynktu samozachowawczego - ona i tak nic sobie z tego nie zrobi, bo w jej domku w obozie nadal będą mieszkały trzy osoby, a nie tylko dwie, jak mogło się zdarzyć.
- Myślę, że nie ma co martwić się na zapas. Zaczniemy panikować, jeśli po kilku godzinach nikogo nie znajdziemy, a gdzieś daleko usłyszymy strzały. Wtedy będzie wiadomo, że zawaliliśmy sprawę - uśmiechnęła się nikle, bo co mieli zrobić? Posiadali tylko tyle informacji, nie więcej i zrobią z nimi wszystko, co było w ich mocy. A jeśli się nie uda? Cóż, może słowo "trudno" nie było na miejscu, ale tak właśnie będzie to wyglądało. Szkoda będzie mutantów, którym mogli pomóc, szkoda będzie straconych godzin wędrówki, szkoda zdrowia, które być może będzie narażone. Nie da rady ocalić wszystkich, ale można było próbować.
- Spróbuję powiedzieć coś więcej, jak już podejdziemy bliżej - odparła, wzruszając lekko ramionami. Zatrzymają się, Fay pośle na zwiady swojego skrzydlatego przyjaciela i będzie mogła określić, w jakim wieku byli mutanci, jakiej byli płci, czy była ich trójka, czy może jednak więcej, oraz jakimi mocami dysponowali, jeśli będą na tyle głupi, żeby ich użyć. Przynajmniej nie wyjdą im na spotkanie nieprzygotowani.
Nie odpowiedziała nic na jego kolejne słowa. Po prostu przyjęła je do wiadomości i zamiast mówić, zwiększyła tempo, żeby móc się zrównać z Ronnim. Przynajmniej z tym jednym nie będzie u niej problemu, z kondycją, także udało jej się to całkiem sprawnie i nic nie wskazywało na to, żeby miała nie nadążać.
- Rewolwer. I dwa pełne magazynki. Nie pytaj mnie o parametry, bo naprawdę ich nie znam - rzuciła, przygryzając lekko wargę i przenosząc wzrok z mężczyzny, przed siebie. Swoją poprzednią broń miała dłużej, więc wiedziała o niej wszystko, jednak ta był stosunkowo nowa, odrobinę cięższa, żeby lepiej wyćwiczyć rękę, jednak wciąż tak samo skuteczna. Nie miała kiedy lepiej się z nią zapoznać pod kątem technicznym.
- Wszystko zależy od zwierzęcia. Z pomocą psa myśliwskiego mogę coś zdziałać. Królika już nie bardzo - Nie miała ze sobą psa, więc sam sobie mógł odpowiedzieć na pytanie, jak poradzi sobie w obecnej sytuacji - Zresztą... twoja moc jest chyba ofensywna za nas dwoje - dodała, zerkając na niego kątem oka. W końcu wybuchanie rzeczy było całkiem, hmm... skuteczne. Po co w takim razie miałaby pchać się do ataku ze zwierzakami? Nie miałoby to większego sensu.
[Profil]
  [0-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-04-04, 00:43   
  

   1 Rok na Giftedach!


W takiej sytuacji pozostawało mu przekonać swoich najbliższych (a nie było ich znowuż aż tak dużo) do tego, żeby nie wybierali się na ten durny marsz. Ubezwłasnowolnienie w tym wypadku traktował jako zło konieczne. Nie miał zamiaru stać z założonymi rękami i patrzeć jak idą prosto do paszczy lwa, ani iść tam za nimi. Musiał znaleźć jakieś rozwiązanie pomiędzy, ale na szczęście nie musiał. Ani nieaktywna Sally, ani jego bezimienny, nieistniejący już najlepszy przyjaciel nie wybierali się na tą maskaradę, więc nie musiał się przejmować bezpieczeństwem tych, na których zależy mu najbardziej. Resztę mógł odwieść od swoich zamiarów tylko słownie i nie miał zamiaru robić niczego więcej. W tym wypadku. Był łowcą. Był odpowiedzialny za bezpieczeństwo innych mutantów, ale nie mógł nikogo uchronić od katastrofalnych konsekwencji własnych decyzji, ani nadstawiać tyłka po to, żeby kogoś przed nimi uchronić. Każdy odpowiadał za siebie. Jak okrutnie by to nie brzmiało.
- Musimy postarać się nie zawalić. - wzruszył lekko ramionami. - Zbyt często się tam no ostatnio zdarza. - dodał po chwili, mając na myśli zasadzkę na polanie, w której jednak nie brał udziału. Jeśli kiedykolwiek czuł się winny za coś na co nie miał wpływu to było właśnie to. Powinien tam być. Łatwo było mu obwiniać tych, którzy autentycznie spieprzyli tą akcję… ale to był jego obowiązek, który zignorował dlatego, że był wściekły na Colleen. Ostatnio grunt sypał im się pod nogami. Śmierć Yvonne, później ta zasadzka, aż w końcu marsz. Miał wrażenie, że Bractwo już nigdy nie będzie takie samo jak kiedyś. Momentami zastanawiał się nad tym co on tutaj jeszcze do cholery robił, ale chyba zapuścił korzenie i zaczął być tego częścią. Dlatego wciąż się miotał, niemniej wciąż tutaj był.
Pokiwał głową, mimowolnie dotykając miejsca, w którym spoczywała jego broń. - Wystarczy, że coś masz i potrafisz się tym obsłużyć. Możemy pochwalić się parametrami po zabawie. - odparł. Poniekąd czuł się za nią odpowiedzialny. W końcu on był tutaj specjalistą od wpierdolui. Może nie znali się zbyt dobrze, ale nie chciał aby na jego warcie coś się jej stało. W jego hierarchii najpierw stało bezpieczeństwo członków bractwa, później mutantów, których transferem się zajmował.
- Zawsze się przyda jakaś pomoc, gdyby zrobiło się paskudnie. - wzruszył lekko ramionami. Owszem, jego specjalizacją była walka. To było jego najmocniejsza strona i trzymał się tego co robił dobrze. Jego moc była dość niebezpieczna. Sam przez wiele lat nie potrafił jej opanować. Miał wrażenie, że zbyt mocno powiązana jest z jego emocjami i dopóty nie nauczył się ich kontrolować, jego moc była nie do opanowania. Obecnie jednak doskonale sobie z tym radził, przynajmniej wtedy gdy nie spał, bo w czasie snu zdarzało mu się narozrabiać, szczególnie gdy męczyły go koszmary. Jednak od bardzo dawna nikogo nie skrzywdził. Przynajmniej nie niezamierzenie. Obecnie najbardziej cierpiały szyby w jego domku, które dość systematycznie musiały być wymieniane.
Stanął gwałtownie, miejmy nadzieję, że Fay nie szła bezpośrednio na nim, bo mogła wpaść prosto na jego plecy. Kucnął i przez chwilę przyglądał się dość świeżym śladom, które prowadziły w głąb lasu. Na krzaku obok wisiał wąski kawałek naderwanego, niebieskiego materiału pokrytego kratą. - To mógłby być każdy. - powiedział, zerkając na nią z dołu. Podał jej skrawek, licząc że być może ona będzie w jakiś w stanie pomóc. Być może rozpozna właściciela. Nie za bardzo uśmiechało mu się wchodzić w głąb lasu tylko po to, żeby wytropić jakiegoś spacerwicza.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-04-04, 12:21   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


No cóż, Fay tak tego nie widziała. Była dość uparta i miała zamiar przekonywać kogoś do upadłego, jeśli wiedziała, że robi źle. A jeśli i to nie poskutkuje, to cóż... każdy popełniał błędy, wszyscy byli tylko ludźmi. No, mutantami, ale reguła pozostawała bez zmian. Dlaczego jedna, głupia decyzja miała mieć wpływ na całe życie, jeśli można było spróbować tego uniknąć? Jeśli można było pomóc spróbować uniknąć konsekwencji? Weźmy też sytuację odwrotną, co jeśli za miesiąc, Murphy zacznie się pchać tam, gdzie nie powinna? Miło byłoby, gdyby komuś zależało na tym, żeby wybić jej ten pomysł z głowy, a nie powiedzieć jedynie: jasne, idź, szerokiej drogi, a jak przeżyjesz, to może się czegoś nauczysz.
Gdyby tak to działało, Obóz już dawno stałby pusty. Jego ideą było troszczenie się o siebie i wspólne funkcjonowanie razem. A przynajmniej Fay tak to widziała i jeśli mogła gdzieś pomóc, to chciała to robić. Jakkolwiek oklepanie by to nie brzmiało.
Zresztą, dlatego też była tutaj, prawda? Ściąganie mutantów do obozu nie należało do jej zadań, jednak mimo to nie powiedziała nikomu sorry, wyślijcie łowców, ja wracam do łóżka. Skoro już dostała te informacje, chciała doprowadzić sprawę do końca.
- Też bym chciała, żeby się udało, tylko... mam wrażenie, że gdyby naprawdę wierzono w powodzenie tej misji, wysłano by kogoś lepszego niż... no, mnie - odparła, wzruszając lekko ramionami. Taka myśl naszła ją po tym, jak Ronnie zaczął wypytywać ją co właściwie umie. I okazało się, że oprócz strzelania to tak właściwie niewiele. To chyba nie był najlepszy skład mający stawić czoło trójce mutantów i możliwe, że także oddziałowi DOGS - Do ciebie nic nie mam, ale moje działania głównie skupiają się na siedzeniu w ukryciu i obserwacji. - dodała, przenosząc wzrok na mężczyznę. Czasu było niewiele, ale skoro mogli załatwić Hendersona, to mogli też spróbować załatwić mu partnera, z którego byłoby więcej pożytku niż z Fay.
- Zabawie - prychnęła cicho pod nosem, kręcąc głową z lekkim rozbawieniem - Ja chyba tego tak nie widzę - przeniosła wzrok przed siebie, a potem pod nogi, gdy akuratnie weszła na obszar z większą ilością wystających korzeni. Opóźnienia w postaci skręconych kostek nie były mile widziane.
- Spróbuję coś wymyślić - odparła tylko, bo w sumie... jej mały przyjaciel co prawda był mały, a dziubek miał twardy a pazurki ostre. Jakby się uprzeć, mógłby całkiem skutecznie pokancerować komuś buźkę.
Fay szła obok Ronniego, więc gdy ten się zatrzymał, dziewczyna nie wpadła na niego, a zrobiła dwa kroki dalej, zanim zorientowała się, że chłopak za nią nie idzie. Cofnęła się, przenosząc wzrok na to, co trzymał w rękach.
- Koszula w kratę? Nie za zimno, żeby chodzić w czymś takim na wierzchu? - spytała, unosząc lekko brwi ku górze i biorąc od łowcy skrawek. Na dworze było tylko kilka stopni, sama Fay miała na sobie kurtkę. A skoro materiał ubrania zahaczył się o coś i zerwał, to musiał latać luzem. Chociaż kto wie, może to nie był zwykły śmieć wiszący tu od dawien dawna? - Mam się rozejrzeć? - z lotu ptaka, oczywiście.
[Profil]
  [0-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-04-08, 21:36   
  

   1 Rok na Giftedach!


Ronnie chyba nie był w tym zbyt dobry. W byciu częścią grupy. Współpraca, troszczenie się o siebie nawzajem, stanie za kimś murem nawet jeśli nie popiera się jego zdania. Ronnie miał po prostu coś w sobie, że nigdy niezbyt dobrze mu to wychodziło. Ewentualnie… Nie wychodziło mu to na dobre. W rodzinie zawsze był kimś w rodzaju wyrzutka. Nigdy nie błyszczał tak pięknie jak jego młodszy brat, chociaż podobno to w najstarszym Hendersonie pokładano największe nadzieje. Później bycie częścią oddziału, w którym służył odbiło mu się czkawką, bo słynne wojskowe braterstwo kończyło się w momencie, gdy odkryto, że jeden z żołnierzy jest dziwolągiem, na którym można robić całkiem fajne eksperymenty. Samotna ucieczka może i nie była zbyt wesoła, a jednak wtedy nauczył się, że może liczyć tylko na samego siebie. Aż w końcu, gdy na jego drodzę stanęły siostry Hathaway kolejny raz się sparzył, zakochując się w jednej z nich, by później ją stracić. Yvonne udało się nieco zmienić jego światopogląd. Przez cztery lata w końcu był jedną z tych osób, na którą była przewodnicząca bractwa mogła liczyć. Jednak nie można nauczyć starego psa nowych sztuczek. Mimo, że funkcjonował w grupie jego myślenie wciąż było ograniczone. Być może nie myślał w ten sposób w jaki powinien. Oczywiście. Przejmował się, ale wciąż nie miał zamiaru brać na siebie odpowiedzialności za innych. W szczególności, gdy ktoś postępował jego zdaniem lekkomyślnie i narażał swoje życie, i życie innych. W tym jego życie, a jak mówiliśmy wcześniej nie był bohaterem. Od wielu lat jedną z ważniejszych wartości w jego życiu było po prostu przetrwanie.
Spojrzał na nią, unosząc wysoko brwi. - Myślę, że ostatnio nikt po prostu nie lubi opuszczać obozu. W świetle ostatnich wydarzeń. - odpowiedział. Być może bywał dupkiem, ale nie widział też powodu by być nim dla Fay. Nie mógł ocenić jej mocy, nie mógł powiedzieć czy jej czegoś brakowało. Owszem. Była młoda, ale jak większość osób w Bractwie. Mogła być za to całkiem niezłą tropicielką ze względu na swoje moce i nie miał zamiaru marudzić, że nie dostał jakiegoś profesjonalnego zespołu, bo najzwyczajniej Bractwo takiego nie miało. Większość z nich niegdyś wiodłą normalne życie. Musieli działać z tym co mieli, a mieli mutantkę, która potrafiła obserwować świat oczami zwierząt. Jedyne co zaprzątało jego głowę to, to czy w razie ataku będzie w stanie się obronić. - W takim razie ty będziesz siedzieć w ukryciu i obserwować. Jeśli by się coś zadziało. Możemy pójść na taki układ? - zapytał, starając się wyglądać beztrosko. Nie chciał umniejszać jej roli, aczkolwiek wolał chyba gdyby w razie niebezpieczeństwa ukryła się i uciekła, ewentualnie ściągnęła jakąś pomoc, niż próbowała stawać do walki, skoro to nie była jej najlepsza strona. I nie miał zamiaru być w tym momencie protekcjonalny. To była bardziej logiczna analiza sytuacji. Nie miałby jej za złe ucieczki. Każdy musiał dbać o swój tyłek, a skoro ona nie była typem wojowniczki, nie powinna starać się nią być w sytuacji, gdy mogła wybrać ucieczkę. Jeśli na jej miejscu byłby Bartkowski to owszem. Miałby mu za złe, bo facet który miotał płomieniami nie powinien uciekać od walki. Ale jeśli w grę wchodziły działka dogs, a ona miała do obrony tylko rewolwer lepiej było po prostu uciekać.
- Podobno trzeba patrzeć na jasne strony życia. - uśmiechnął się do niej, niemalże promiennie. W jakiś sposób ekscytowała go myśl, że mógł coś zniszczyć, mógł walczyć, ale tylko dlatego, że tak naprawdę to była jedyna rzecz, którą robił dobrze i taka była jednak natura. Nie była jednak to dla niego dobra zabawa w pełnym słowa tego znaczeniu. Lubił jednak udawać, że tak było. Niektóre rzeczy wydawały się być znacznie bardziej zjadalne, gdy wyobrażasz sobie że smakują zupełnie inaczej. - Nie wiem, ale nie wygląda na mocno zniszczoną, a taka powinna być, gdyby wisiała tutaj dłużej. - mruknął, rozglądając się. - Zresztą spójrz. - powiedział, robiąc kilka kroków i dotykając gałązki jednego z niskich, wątłych drzew, które walczyło z tymi wielkimi o odrobinkę światła słonecznego. - Ktoś tędy przechodził. Turyści zwykle nie zbaczają ze szlaku. Chyba, że mamy pecha i to jakiś zwykły grzybiarz. - powiedział, szukając kolejnych śladów. - Możesz spróbować, chociaż… nie jestem pewien czy mądrym byłoby robieniem obozu tak blisko szlaku. - wzruszył ramionami.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-04-09, 22:06   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Cóż... bycie częścią takiej grupy nie było wcale takie łatwe. Nagle dołącza się do organizacji, gdzie z większością ludzi łączy cię jedynie posiadanie aktywnego genu x. Jeśli jednak chciało się być częścią tej społeczności, czerpać z bezpieczeństwa i innych korzyści, jakie się z tym wiązały, trzeba było dawać coś od siebie. Każdy w obozie miał przecież jakąś rolę, od ochrony, po zdobywanie informacji, kończąc na wolontariuszach i innych członkach troszczących się o codzienne, obozowe życie.
Fay miała o tyle łatwo, że naprawdę szybko szło jej przystosowywanie się do nowych warunków. Poradziła sobie z terapią mutazynową, dała radę, gdy po ucieczce z domu została sama i jakoś musiała przeżyć w nowym, nieznanym mieście. Sytuacje zmieniały się diametralnie i trzeba było do nich przywyknąć, tak samo, jak trzeba było się nauczyć żyć razem z innymi mutantami. Jednym zajmowało to więcej czasu, drugim mniej, jednak jeśli już angażowało się w pewne działania, trzeba było naprawdę się postarać, żeby pozostać wobec nich obojętnym. Przywiązywało się do miejsca, do osób, które w nim były i starało się robić wszystko, żeby ich przy sobie zatrzymać. Jaki sens miało przetrwanie, jeśli tych osób by zabrakło? Samotność bywała nie do zniesienia.
- Możliwe, chociaż... jakie znaczenie ma to, co kto lubi? Niektóre sprawy trzeba załatwić i tyle - odparła, wzruszając lekko ramionami. Może i takie podejście było aż do bólu praktyczne, jednak czasem trzeba było przestać na chwilę patrzeć na to, co się chce i robić to, co do kogoś należało. Tym bardziej, gdy należało to do zakresu czyichś obowiązków.
- Hmm... zobaczymy - odparła, marszcząc lekko brwi. Dwójka ludzi to i tak było zdecydowanie za mało do takiego zadania, a co dopiero, gdyby Fay miała odpuścić i przeczekać pół akcji w ukryciu. O nie, nie miała zamiaru tego robić tym bardziej że... okej, może nie była super wyszkolona do takich zadań, jednak nie robiła też za kulę u nogi. Jej obecność mogła albo nie zmienić nic, albo trochę pomóc. A co do ucieczki i całej reszty, to kto wie jak poroczy się sytuacja? Może w ogóle nie będzie to potrzebne? Ciężko było na ten moment powiedzieć, jak ktoś zachowa się podczas akcji, pod wpływem stresu, strachu i szeregu innych emocji.
- Jasne od wybuchów i wystrzałów kul? No tak, to w końcu twoja działka - rzuciła, śmiejąc się pod nosem. Jeśli wczoraj ktoś powiedziałby jej, że spędzi z Ronnim Hendersonem pół dnia, robiąc sobie wycieczkę i prowadząc z nim luźną rozmowę, popukałaby się palcem wskazującym w środek czoła. A tu proszę, jakie zaskoczenie. I to w dodatku miłe.
Szybko jednak z pogawędki temat spadł na faktyczny powód ich misji.
- Może masz rację... - powiedziała, badając materiał palcami. Rzeczywiście był miękki, czysty, wydawał się całkiem świeży. Ronnie mógł mieć rację i strawek wisiał tu kilka godzin, ewentualnie dni. Tylko właśnie, czy należał do osób, których szukali? Zgadzała się, że spacerowicze raczej trzymali się ścieżek, a ślady ewidentnie mówiły coś innego, tylko czy pasowało to do trójki mutantów, chcących się ukryć?
- Tak czy siak, nie zaszkodzi rzucić okiem - stwierdziła, oddając chłopakowi materiał i cofając się kilka kroków. Jej mały pomocnik może i był oswojony, jednak nie chciała ryzykować, że wystraszy się obcego i do niej nie przyleci, dlatego dopiero, gdy zwiększyła odległość, uniosła głowę do góry, ułożyła usta w dziubek i zagwizdała, krótko, ale donośnie. Ptaszek pojawił się niemal od razu, przysiadając na dosłownie sekundę na wyciągniętej dłoni Fay i z powrotem podrywając się do lotu, tym razem już ubezwłasnowolniony.
Tęczówki Murphy stały się mleczne i mętne, gdy jej zdolność widzenia przeszła na kogoś innego, więc nie zwlekając poderwała się wyżej, żeby po chwili wznieść się poza korony drzew.
Niemal od razu zdała sobie sprawę, że cóż, zadanie będzie ciężkie. Drzewa rosły gęsto, gałęzie mimo, że bez liści, znacznie ograniczały widoczność. Fay skierowała się dalej, w stronę, gdzie mogli się udać mutanci. Pięć sekund, dziesięć, dwadzieścia, a ona leciała dalej i dalej, wodząc wzrokiem po wciąż tak samo wyglądającym lesie. Aż nagle...
- Ronnie? Słyszysz to? - spytała zaniepokojonym tonem głosu, nie wiedząc, czy odgłosy słyszała tylko ona, przez zwierzaka, czy huki wystrzału rzeczywiście były tak głośne, jak jej się wydawało. Gdzieś przed nią inne ptaki poderwały się zbiorczo do lotu, wskazując miejsce jakieś pół kilometra dalej. Chciała tam polecieć, chciała sprawdzić co się dzieje, mając nadzieję, że to nie jest to, o czym myśli, jednak odległość była zbyt duża. Niemal czuła powoli słabnące połączenie, oddalając się coraz bardziej, aż dotarła do granicy swoich możliwości i... wszystko w jednej sekundzie się skończyło, a ona wróciła do swojego ciała.
- Chyba... chyba się spóźniliśmy - powiedziała cicho, przenosząc na Ronniego spojrzenie już na powrót zielonych tęczówek - Ale może nie wszystko jeszcze stracone. Wiem, gdzie mogą być, może jeszcze uda nam się pomóc - dodała, robiąc pierwsze kroki w kierunku miejsca, które widziała i zerkając jeszcze przez ramię, czy Ronnie na pewno idzie za nią.
[Profil]
  [0-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-04-10, 23:53   
  

   1 Rok na Giftedach!


Ronnie ograniczał się do własnej roli. Szczególnie teraz, gdy miał tak wiele wątpliwości dotyczących przywództwa. Przeszłość nauczyła go, że nie warto nadstawiać karku, bo gdy stawką było przetrwanie, linia między lojalnością, a zdradą zacierała się. Był zbyt nieufny w stosunku do swoich pobratymców, by rzucić swoje życie na szalę. Po części starał się nie angażować w to wszystko emocjonalnie, bo z tego rodzaju przywiązaniem ciężko zachować trzeźwy umysł. Gdy emocje brały górę ciężko było podejmować słuszne decyzję. Wiedział to z własnego doświadczenia, bo pomimo tej otoczki dupka, któremu wszystko jedno, popełnił przeraźliwą ilość błędów, bazując właśnie na zaufaniu złym osobym lub przywiązywaniu się do tych, do których nie powinien. Więc tak było po prostu lepiej, mimo że nie postrzegany był przez innych za dobrego człowieka. Żeby o coś walczyć musiał widzieć w tym jakiś cel, przez zbyt wiele czasu robił to całkowicie bezcelowo. Smutne, że w wieku trzydziestu czterech lat był już tak bardzo zgorzkniały.
- Niektórzy bardzo sobie cenią możliwość oddychania. - wzruszył ramionami. - Nawet w obozie nie jest teraz bezpiecznie. To kwestia czasu zanim ludzie zdadzą sobie sprawę, że bezpieczniej żyć na własną rękę. Bractwo nie jest tym czym było wcześniej. - zmarszczył brwi, na moment wyglądając na autentycznie strapionego. Szybko jednak wygiął usta w kwaśnym uśmiechu. - Więc nie liczyłbym na wielką pomoc w najbliższym czasie. - dodał dość beztroskim tonem.
- Tak. W tym jestem dość dobrym, ale dla twojej wiadomości kompletnie nie potrafię gotować, więc nie jestem wspaniały we wszystkim do czego się dotknę. - śmiechnął, odruchowo szukając papierosów w kieszeni, ale po chwili zdał sobie sprawę, że to nie czas i nie miejsce.
Obserwował w milczeniu jak oddala się od niego. Było to lekkie rozczarowanie. Chciał zobaczyć jak działa jej moc, jego fascynacja mutacjami nie zmniejszyła się od dnia, gdy odkrył, że jest w stanie powodować wybuchy. Jego moc od tamtej pory znacznie się rozwinęła i zainteresowanie własnym rozwojem wciąż nie gasło.
Szybko odwrócił głowę, słysząc jej głos. Zrobił kilka kroków w jej stronę i na chwilę zamarł. Również to usłyszał. Pewnie znacznie mniej wyraźnie niż ona, jednak dźwięk rozniósł się po lesie echem, uniemożliwiając mu jego zlokalizowanie. Nie był pewien czy może przerywać jej trans, a jednak potrząsnął lekko jej ramionami, wpatrując się w jej mętne, białe oczy. - Jak daleko? W którą stronę? - zapytał z zaciętą miną. Jego twarz na chwilę zamarła w wyrazie szoku. - Pierdolone dogs. - powiedział, puszczając jej ramiona. Przez moment w jego oczach było widać zawód. Znów przegrana. Znów byli nie wystarczająco szybcy. Znów przegrali, a jednak wystarczyło jedno, krótkie zdanie, żeby ruszył za nią. Musieli biec ile sił w nogach.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-04-11, 21:49   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Murphy nie miała pojęcia, co powiedzieć. Z jednej strony bardzo dobrze widziała zmiany, które nastąpiły wraz z przejęciem władzy po śmierci Yvonne przez córkę. Cały czas jednak łudziła się, że Colleen musi się po prostu... rozkręcić. Po śmierci matki wszystko zwaliło się na jej barki i... w porządku, może w tym przypadku nie było miejsca na pomyłki, ale jeśli za jakiś czas wszystko wróci do poprzedniego stanu, może wybaczy jej się te małe potknięcia?
Przemilczała temat, zastanawiając się nad tym wszystkim. Chciała wierzyć, że jest dobrze i że władza wie, co robi, czy to tak dużo? Życzyła obozowi jak najlepiej, w końcu jakby nie patrzeć, stał się jej domem, gdy zewsząd indziej musiała uciekać, w obawie przed złapaniem. Tu mogła korzystać ze swoich mocy, rozwijać się, uczyć je kontrolować i jeszcze przy okazji komuś się tym przysłużyć.
Doskonale pamiętała jak to było kilka lat temu, gdy mieszkała sama w Olympii. Wręcz bała się tego, co potrafi, jak gdyby było to czymś złym. Na ulicy trzymała się jak najdalej od wszelkich zwierząt, w mieszkaniu za zasłoniętymi szybami, próbowała jakoś ogarnąć temat, mając do dyspozycji własną intuicję i chomika za partnera.
Dlatego jak to mówią, lepsze zło znane, niż nieznane i chwilowo na tym zamierzała poprzestać, przechodząc do nieco weselszych tematów.
- Co za ulga. W takim razie można powiedzieć, że mamy remis - odparła, uśmiechając się lekko zadziornie, bo ona akurat z tym radziła sobie całkiem nieźle. Było jeden do jednego odnośnie umiejętności, które posiadało jedno, a nie posiadało drugie.
Niestety raczej nie dane było im powiększyć wyniku o kolejne punkty, gdy znaleźli materiał koszuli, a chwilę później usłyszeli strzały. Całe wcześniejsze rozweselenie odpłynęło, ustępując miejsca spięciu i mocnemu zaniepokojeniu.
- Jakiś kilometr, może mniej... - powiedziała, bo naprawdę trudno było przełożyć odległość, gdy widziało się ją z góry i to z pewnej odległości. Czuła, jak Ronnie potrząsa za jej ramiona, jednak i tak nie wróciła do siebie dopóki nie sprawdziła, że dalej już zajrzeć nie może. Chciała dowiedzieć się, co się dzieje na miejscu, jak przedstawia się sytuacja, czy ktoś już został ranny, czy może mutanci ratują się ucieczką. A może postanowili zawalczyć? To by tłumaczyło strzały.
Fay nie wiedziała, czy można im pomóc. Chciała wierzyć, że tak, stąd jej wcześniejsze słowa, że może jeszcze nic nie jest stracone. Jeśli jednak DOGS było zbyt wielu? Albo celowali lepiej, niż tamci próbowali się obronić? Szanse mogły być bliskie zeru.
Nie zdążyła się nad tym jednak dobrze zastanowić, gdy razem z Ronnim poderwała się do biegu, nie chcąc stracić ani sekundy więcej. Kierunek znała, więc to ona prowadziła, nadając całkiem niezłe tempo. Ale cóż, była zdetreminowana, żeby dotrzeć do celu, chociaż wraz z zmniejszającą się odległością i głośniejszymi odgłosami z broni, miała coraz większą ochotę się poddać. Padło już w końcu tyle strzałów, mogło być za późno...
Mimo to zatrzymała się dopiero, gdy w oddali mogli już dostrzec konkretne sylwetki. Przykucnęła za drzewem, szybko ściągając mały plecak i wyciągając z niego rewolwer, a jeden z dwóch dodatkowych magazynków schowała w kieszeni. Nie miała planu, wydobyła broń jak na razie tylko do obrony, gdyby zostali zauważeni.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-04-13, 19:40   
  

   1 Rok na Giftedach!


Wciąż tu był. Więc jednak nie obraził się na cały świat po tym jak po śmierci Yvonne odczytano list, w którym zmarła przywódczyni oddała pałeczkę swojej córce. Od razu mówił, że mu się to nie podobało. To nie było nic osobistego. Dołączył do Bractwa i chociaż od samego początku był dość pesymistycznie nastawiony, po jakimś czasie Yvonne udało się przekonać go do swoich idei. Przynajmniej częściowo. Szczerze mówiąc szanował ją i była jedną z osób, której ufał. Jako jedyna potrafiła sobie radzić z jego trudnym charakterem. Colleen zaś postrzegał… No cóż, jak dziecko. W jego opinii ktoś kto miał jeszcze mleko pod nosem nie powinien brać na swoje barki tak wielkiej odpowiedzialności. Poza tym po śmierci matki Colleen doszło między nim, a młodszą Marie do dość ostrej wymiany zmian. Więc jakoś nie wierzył w lepsze jutro, wręcz przeciwnie. To wszystko po prostu mu się nie podobało i szczerze powiedziawszy sam nie wiedział co ma ze sobą zrobić. Nie miał zamiaru być wiernym pieskiem Colleen, bo nie oddawał swojej lojalności nikomu kto na to nie zasłużył. Nie wiedział więc czy powinien po prostu odejść. Coś go tutaj trzymało. Sam nie wiedział co. Dlatego po prostu obserwował wszystko trochę z boku, robił to co do niego należy… Sam jeszcze nic nie wiedział. Z jednej strony miał już dosyć uciekania. Z drugiej to było najłatwiejsze rozwiązanie w tym momencie. Na razie po prostu tu był. Patrzył jak Colleen radzi sobie w nowej roli i nie wychodził poza szereg. Uznał, że kiedyś po prostu będzie musiał zadecydować w zależności od tego jak potoczą się losy Bractwa.
- Oh, myślałem, że jeszcze chwilę policytujemy się, żeby zabić czas. - rzucił, obracając na moment głowę. Nie dane im było jednak jeszcze chwilę policytować się co do umiejętności jakie posiadają.
Może i potrzebowali przystanąć chwilę, żeby wymyślić jakiś konkretny plan skoro mieli zamiar wbiec prosto do paszczy lwa. Ronnie jednak znacznie lepiej sobie radził bez planu. Chociaż strategia nie była mu obca, zwykle po prostu działał. Plan powstawał w jego głowie. Być może dlatego lepiej było miu w pojedynkę niż w grupie, bo zwykle sam podejmował decyzję. Potrafił działać w zespole, ale znacznie lepiej wychodziło mu, gdy po prostu szedł na żywioł. Ktoś by mógł pomyśleć, że miał naprawdę szczęście, że udało mu się przeżyć te wszystkie lata na wolności, a jednak w tym szaleństwie tkwiła jakaś metoda.
Biegł za nią, starając się omijać korzenie drzew i gałęzie, o które mógłby się zaczepić. Nie minęło dużo czasu, zanim Fay nagle stanęła, a on z rozpędu zsunął się po skarpie zaraz obok niej. Przykucnął, wysuwając się trochę na przód, starając się dojrzeć co się dzieję trochę niżej. Wydawało mu się, że nie zrobili jakiegokolwiek hałasu. - Nic się nie dzieje. - powiedział, patrząc na nią ponuro. Po strzałach, które zapadły kilkadziesiąt sekund temu nastąpiła nagła przerwa. Był zbyt daleko, by usłyszeć co mówili. Może było już za późno, a może mutanci, po których przyszli zostali spacyfikowani lub zabici. Musiał podejść odrobinę bliżej. - Osłaniaj mnie. - mruknął. Zwinnie wyszedł zza krzaków, za którymi się skrywali i ukrył za następnymi. Nie dojrzał nikogo kto obserwowałby ich stronę, a jednak wolał nie ryzykować. Rzucił jej krótkie, badawcze spojrzenie, by sprawdzić czy może ona nie dojrzała czegoś co mogło mu w momencie ruchu, umknąć jego uwadze.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-04-13, 21:59   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Ciekawe, jak w jednej sekundzie wszystkie sprawy obozowe odbiegły na dalszy plan. Bractwo, Colleen, wszystkie rozmyślania urwały się nagle, gdy Fay usłyszała strzały. A potem? Był już tylko bieg z przeszkodami w postaci korzeni i skał, podczas którego skupiała się jedynie na tym, żeby przemierzyć odlegość, którą miała w jak najkrótszym czasie i jednoczenie się przy tym nie uszkodzić. Ostatnie czego potrzebowali to zdartych kolan, dłoni i robitych głów.
Fay też nie przychodził do głowy żaden konkretny plan. Wiedzieli tylko tyle, że mutnatów była trójka, jednak nie mieli kompletnie pojęcia, jakimi mocami dysponowali. Czy było to coś, co pomogłoby się im obronić? Czy może coś bardziej ofensywnego jak w przypadku Ronniego? A może w ogóle mieli bojowo bezużyteczne moce, jak ona? W każdym razie należało przy nich postawić duży znak zapytania, a jeszcze większy przy liczbie członków oddziału DOGS, których także nie potrafiła wtedy dostrzec. Jakby tego było mało, wśród nich także mogli być mutanci i to z jak najbardziej przydatnymi w takich sytuacjach mocami. Byli w dupie tak czy inaczej.
No i rodziło się też pytanie, jak ta trójka mutantów zareaguje na ich chęć pomocy. Czy w ogóle słyszeli o obozie i skojarzą fakty, czy ich też wezmą za zagrożenie? Sytuacja była trudna, delikatnie mówiąc.
Jakby tego wszystkiego jeszcze było mało, w pewnym momencie odgłosy wystrzałów po prostu ucichły i cholera wiedziała, czy był to dobry znak, że dogs się wycofało, czy zły, bo nie było już do kogo strzelać.
- Myślisz, że... już po wszystkim? - powiedziała swoje myśli na głos, zastanawiając się, czy nie mogłaby znowu posłać ptaka na miejsce zdarzenia. Gorzej, że gwizd mógłby zwrócić czyjąś uwagę, więc o ile ten nie przyleci sam, Fay miała związane ręce.
Na słowa Ronniego jedynie kiwnęła głową, unosząc broń wyżej. Zacisnęła usta i gdy mężczyzna wyszedł z ich chwilowego ukrycia, przez te kilka sekund monitorowała wzrokiem otocznie. Wciąż jednak było cicho, nie widzieli nic, więc sama też postanowiła się zbliżyć, kilkoma cichymi krokami dorównując Hendersonowi.
I w tym samym momencie wszystko rozbrzmiało na nowo. Dźwięki wystrzałów, z dziesięć razy głośniejsze ponownie rozeszły się echem po lesie, aż Fay automatycznie kucnęła, mając złudne wrażenie, że kule są niebezpiecznie blisko nich. Do tego niemal natychmiast doszły krzyki przerażenia, wyraźne i mrożące krew w żyłach. Bo przecież... skoro coś doprowadziło członków oddziału dogs, dorosłych, wyszkolonych ludzi do takiego stanu... samej Fay strach powoli zaczął się udzielać, co pewnie widać było po jej twarzy. Mimo to nie uciekła, chociaż przez krótką chwilę miała wrażenie, że kroku naprzód też nie postawi za żadne skarby świata. Po prostu zamarła w miejscu na te kilka sekund, jednak gdy pierwszy szok minął, podniosła głowę, pochwytując wzrok Ronniego i czekając na jego decyzję, czy idą dalej.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,06 sekundy. Zapytań do SQL: 6