Dziewczyna chwiała się na nogach. Taka słaba, taka delikatna... Jej policzki wciąż oznaczone były drogą łez. Zwykły człowiek? Zwykły człowiek, który chwycił za broń i postanowił wspomóc swoją biedną siostrzyczkę. I nic nie miała wspólnego z tamtym powietrznym chłopcem. Kompletnie nic, na słowo pingwina! Przecież kłamcy nigdy nie kłamią.
Przecież kłamcom nie wierzy się nawet wtedy kiedy mówią prawdę.
Postąpił krok w jej kierunku, czując chłód swojego ciała. Powie koś kiedyś "stop"? Nie przewidzisz, że dobre ziomeczki z DOGS to nieudacznicy. Nie powiesz, że jesteś najlepszy z nich - przynajmniej trafiłeś ze dwie osoby. Dobrze, że nie rozdawali za to medali od prezydenta - inaczej każdy chodziłby z bronią. Oh wait... Przecież już i tak chodzili. Amerykański sen zamienił się w maleńki koszmarek rozgrywany na ulicy głównej - brak szumnej nazwy, bo kto by się przejmował jakimś randomowym prezydentem czy oficerem, albo innym poetom, którego mianem pyszniła się ta konkretna asfaltówka? Route 66 - i do przodu. Bez prawka, kradzionym samochodem, nie wypatrując liczników prędkości, bo w sumie nie śpieszysz się donikąd. Ona robi krok w tył - ty robisz krok w przód. Nie pozwoli na zwiększenie dystansu, ba! Zamierzał ten dystans zmniejszyć, wpatrując się w śliczną twarzyczkę. Przestraszoną. Pobladłą. Tak jakby cała para z niej uleciała w przeciągu tej jednej chwili, w której gotowa była biec, uciekać. Chronić się. Siebie? Czy tych, za których chciała walczyć? I cóż - dobrze było? Tak właśnie przeżywali drugoplanowi bohaterowie. Wszyscy przyklaskiwali Leonowi, a ledwo dostrzegało się tych wiernych, którzy go chronili. Światło fleszy zawsze ukazywało głównego bohatera, który czynił wokół siebie wystarczająco wiele szumu - reszta tonęła w cieniach.
W przerażeniu własnych myśli, że lepiej było już się zabić, niż trafić w niewolę.
Zbliżył się na tyle, żeby czarna substancja, w której przelewała się czerń płomieni, mogła swobodnie dosięgnąć Fay. Opatrzą ją w furgonetce, ocucą w siedzibie DOGS - i jak dalej potoczy się jej historia? Historia zielonych oczu. Albo niebieskich? Ciężko było to wiedzieć, kiedy sama Fay tego nie wiedziała - jej oczy chyba też nie. Coś nie mogły się zdecydować, w jaką barwę przystroić się dzisiaj. Przynajmniej będą miały szansę przystroić się w nią w następnych dniach.
Dziewczyna już przecież wystarczająco spanikowała - bo mimo myśli, że lepiej było umrzeć to wcale nie chciała umierać. Nie pytajcie, skąd wiem. I tak wam powiem, że sama mi powiedziała.
Tajemnice zazwyczaj krótko pozostają tajemnicami.
Chciał ją złapać, kiedy leciała na ziemię. Chciał też wrócić do furgonetki DOGS i pojechać z nimi do siedziby, żeby opatrzyli jego rękę. Chciał pojechać do Viki i odtworzyć wszystkie twarze, które dziś zobaczył. Zastanowić się nad tym przerażeniem nie przeżywając go razem z nimi. I zawsze pozostawało to pytanie - czy dobrze zrobił? Pojawiało się w coraz większej ilości wątpliwości odkąd zabrakło jedynej bliskiej mu osoby. Miotał się, bo nie było komu wręczyć smyczy - bardzo niewygodne, wiecie? Ciężko samego siebie wyprowadzać na spacery. Nie śpieszyło mu się do bycia panem własnego losu. Chciał złapać Fay, ale wtedy padł strzał. Alison odwrócił się błyskawicznie i strzelił w kierunku wroga. Ciężko było tutaj mówić o jakimkolwiek celowaniu, zwłaszcza, że huk wystrzału zabębnił w jego uszach nieprzyjemnie głośno. Huh? To ta mutantka, która tam leżała, z robakiem na nodze? Sahir nie zastanawiał się nad tym. Zamierzał się szybko cofnąć.Cofnął się tak, by stać nad Fay, za nią.
- Rzuć broń albo ją zabiję. - Ludzie tacy byli, prawda? Dbali o innych. Troszczyli się - ten pochód to pokazał. Może to ta siostra, o której Fay mówiła? Może jednak była prawdziwa? Maź oblazła Fay.
_________________
<div style="width: 430px;">
<img src="https://data.whicdn.com/images/260195603/original.gif" height="120"; style="width:204px;border:1px solid #000000;">
<div style=";font-family: arial; letter-spacing: 1px; line-height: 9px; font-size: 9px;font-weight:bold;color:#707070 ; text-align:center; margin-bottom:1px; margin-top: -10px">
~To take, one must first give.~
They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.
manipulacja snami
58%
Rebel
name:
Cassandra Eloise Gardner
alias:
Cassie
age:
33 lata
height / weight:
166 / 50
Wysłany: 2018-03-30, 01:04
Multikonta: Sophie
#Mrs. Sandman
Marsz pokojowy, tak? Jeśli nie chodziło o pokoje w szpitalu, pomieszczenia w kostnicy czy w psychiatryku, był to bardziej niepokojowy bieg pełen kolejnych zwrotów akcji zakończonych w dużej mierze... Cóż, totalnymi klęskami. Nawet jeśli udało jej się bowiem wyślizgnąć jakoś spod ostrzału żołnierzy, tak naprawdę wcale nie była wolna. Nawet jeśli - i to bez dwóch zdań - znajdowała się w lepszej sytuacji od Fay, której unieruchomione, otoczone ciemną mazią ciało widziała teraz przed sobą. Dokładnie przed sobą, ponieważ chybiony strzał sprawił, iż mężczyzna miał okazję znaleźć się za jej przyjaciółką, dopaść Murphy jeszcze bardziej, dodatkowo skomplikować całą sytuację... Mimowolnie sprawić, iż Gardner nie zaatakowała go po raz drugi. Ani bronią, ani skokiem na plecy.
Nie panikuj, nie panikuj, nie panikuj...
To nie była pora na panikę ani na tracenie zimnej krwi. Ba, to był należyty czas, by przypomnieć sobie wszystko, co tak bardzo wbijała sobie w głowę podczas wszelkich szkoleń, kolejnych zaliczeń, treningów. Były dwie szkoły. Jedna mówiła, że z agresorami się nie dyskutowało. Druga? Że zawsze lepiej było się odezwać, zatrzymać w miejscu, opuścić broń, ale jej nie odkładać. Spróbować przejąć kontrolę nad sytuacją. Niezależnie od tego, jak słabą kontrolę miało się nad samym sobą. Tu nie chodziło już tylko o Cassandrę. Gdyby było inaczej, mogłaby powziąć drogę Leona - po prostu uciec, przemknąć się bokiem do najbliższych drzwi, zostawić wszystko za sobą. Ale nie.
- Nie zrobisz tego... - Starając się zapanować nad drżeniem głosu, dokładnie tak jak oczekiwano tego po niej w pracy dla obu agencji, stwierdziła pewnie, choć sama nie wiedziała, co jeszcze zamierzała powiedzieć. To przychodziło samo i teraz modliła się do wszystkich sił, by tak po prostu nie zamarło, by się nie zacięła.
Po tym wszystkim, co się stało. Po tylu osobach, które tego dnia straciły życie. Po Alison, po... Po Lizzy, która była przecież jeszcze tylko małym, niewinnym dzieckiem... Po innych osobach, o których śmierci mogła nawet nie wiedzieć... I ponownie - po Lizzy, do której dziecięcej twarzy wciąż wracała pamięcią...
Dziecięcej... Dokładnie tak. Elizabeth była dzieckiem, około pięcioletnią dziewczynką, ale przecież dzieci nie były wyłącznie cztero, pięcio czy sześciolatkami. Nie, ten termin był czymś znacznie szerszym. Nawet w świetle prawa, w którym to także chroniono je w określony sposób. Czym innym było zabicie dorosłego mutanta, członka rebelii, terrorysty. Czym innym zaś niewinnego dziecka lub... Głupiej nastolatki, która starała się zgrywać dorosłą zarówno poprzez postarzanie się makijażem czy ciuchami, jak i również ryzykowne zachowanie. W przeciągu tego ułamka sekundy, Cass postawiła wszystko na jedną kartę.
- Nie zabijesz niewinnego dziecka tylko przez to, że próbowało popisać się swoją dorosłością. W końcu jesteście stróżami prawa, nie mordercami. - Opinia publiczna nie wybaczyłaby tego ani jemu, ani jego współpracownikom. Nie po śmierci Lizzy. Musiał to wiedzieć, nieprawdaż? Jeśli tylko nie był głupi. Gardner miała przy tym tylko nadzieję, iż Fay - słuchając jej dawnych wykładów na temat bezpieczeństwa - nie zabrała ze sobą jakichkolwiek dokumentów. Zresztą, Murphy była przecież informatorem, dobrze wiedziała, jak zadbać o własną anonimowość.
- Ona ma niespełna siedemnaście lat... - Poinformowała go, nawet przy tym nie mrugając. Wszystko, by ocalić skórę bliskiej osoby, jak i własną, czyż nie? Swoje tragedie mogła pozostawić na potem. Młody, niewinny wygląd Fay działał na ich korzyść, przynajmniej według Cassandry, która nie puściła broni, nie ruszając się przy tym także z miejsca. Wyłącznie spojrzała na mężczyznę, spuszczając wzrok na otoczkę z czarnej mazi, a potem na plamy krwi na podłodze.
- Któreś z was mocno krwawi. Jeśli to ona, muszę ją zabrać do szpitala, do rodziców. - To było rozsądne, czyż nie? - Poniosła już nauczkę, przecież wiesz. - Nie wiedziała kompletnie nic o tym mężczyźnie. Nie miała bladego pojęcia, czy w młodości sam robił głupoty. Może wykradał się z domu? Chodził na koncerty, na które nie pozwalano mu chodzić? Jeździł bez prawka albo kradł samochody na ulicy? Siedemnaście lat, to był przecież taki wiek. Wiek ludzi pełnych ideałów, a jednocześnie tak bardzo niemyślących i skorych do popełniania głupstw.
Cóż, dwadzieścia pięć czy trzydzieści trzy najwyraźniej też takimi były, ale... Kto by w to wnikał w obecnej sytuacji?
_________________
The more I think about it now The less I know All I know is that you drove us
Glut unieruchomił jej ręce, wspinał się po nogach, powoli ją pochłaniał... gdy dotarł do jej szyi, chyba niewiele mogła z tym robić. Szamotała się, chciała to z siebie strzepnąć, jednak bez skutku. Tonęła w czarnej mazi, która zajęła ją już prawie całą, owijała się wokół szyi, odcinała dopływ powietrza. Nacisk na gardle uniemożliwiał wdech, więc jej usta jedynie otwierały się i zamykały, bezskutecznie chcąc nabrać jeszcze odrobinę tlenu. Naprawdę nie chciała się poddawać, chciała się jeszcze szarpać, próbować uwolnić, jednak było to trudne, gdy w głowie coraz bardziej się jej kręciło, a wzrok zaczynał się rozmazywać. Czarne plamy pojawiały się przed jej oczami, powiększając z każdym mrugnięciem i zlewając w jedność. Naprawdę nie chciała dać się wciągnąć w ciemność, ale naszła ją też taka myśl, że może... może będzie lepiej, gdy to po prostu to skończy? Przy odrobinie szczęścia straci nie tylko przytomność, ale także życie i nie będzie musiała się martwić o to, co dalej. DOGS, strzelanina, czarna maź, wszystko przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie będzie się bać tego, że wpakują ją do pokoju bez klamek, albo rozpoczną po raz kolejny terapię mutazynową. Tak, tego bała się chyba najbardziej. Wystarczająco wiele razy była kuta, dość czasu znosiła wszelkie związane z tym efekty uboczne. Jeden nawet trzymał się do dzisiaj i nie zanosiło się, żeby miała kiedykolwiek odzyskać czucie w ręce. A teraz? Co, jeśli pójdzie to dalej? Jeśli skutki będą jeszcze gorsze? Wolała umrzeć teraz, niż skończyć jako warzywo, przykuta do łóżka.
Nikt jednak zdawał się nie patrzeć na co, czego ona chce, a już szczególnie nie mężczyzna stojący przed nią. Był tylko pionkiem, bezmyślną figurką stawianą na odpowiednim polu, by wykonała swoje zadanie. Zero ludzkich odruchów. Nawet odpowiedzi na wszystko miał jakby zaprogramowane, ograniczone do minimum, bez zbędnych wstawek. Bo i po co nawiązywać z kimś kontakt? Nieznajomość drugiej osoby pewnie mocno ułatwiała pociągnięcie za spust.
Choćby nie wiadomo jak zła Fay teraz była, jak bardzo przerażona, nic nie mogła zrobić. Męczyła się jeszcze przez chwilę, dusząc się, gdy dookoła powietrza było pod dostatkiem. A potem jej tęczówki powędrowały ku górze, powieki opadły, ciało stało się bezwładne i, o ironio, jedynie czarna maź utrzymywała ją w pionowej pozycji. No, przynajmniej przez chwilę.
_________________
I wish I could see this world again through those eyes...
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-03-30, 21:58
Hello darkness my old friend...
Dokładnie to mogłaby zaśpiewać dziś Fay, gdyby tylko mogła złapać choć jeden głębszy wdech. Niestety, nie było jej to dane, gdyż maź Sahira z każdym jego krokiem otaczała jej ciało na coraz większej powierzchni, aż w końcu rzeczywiście zaczęła ją wręcz podduszać. Wyglądało na to, że mężczyzna zdoła dziś dobić swojego celu, o ile tylko nic mu w tym nie przeszkodzi.
No właśnie. I w tym był chyba problem. Mężczyzna, gdy tylko dostrzegł za sobą tajemniczego agresora, mimowolnie się odwrócił oddając strzał w kierunku swego przeciwnika. Pocisk przeleciał kilka cali obok ucha dziewczyny i wbił się we framugę drzwi. Kobieta zapewne mogła odebrać ten atak jako znak ostrzegawczy. Lecz mimo wszystko... Starała się dotrzeć do agenta D.O.G.S. przez słowa. Słowa, które chyba miały zmusić go do myślenia, może nawet litości. Ale czy Allisona było na to stać?
Czemu jednak wystrzał mężczyzny był tak nieszczęsny? Cóż... Przez zamieszanie spowodowane na ulicy, nikt z pozostałych członków wsparcia nawet nie wpadł na to, że czarnooki może mieć jakieś problemy. Dlatego też w tej akcji nikt z nich nawet nie pomyślał, by wtrącać się w działania naszego chłoptasia o psim usposobieniu.
Zajęli się jednak tą kobietą, która pozostała na środku placu, osunięta, na własnych kolanach, załamana dzisiejszym obrotem spraw. Dwóch mężczyzn, po usłyszeniu krótkiego komunikatu w swoich krótkofalówkach pomogło dziewczynie wstać i zaprowadzili ją prosto do jednego z samochodów, odwożąc ją prosto do siedziby D.O.G.S.
Pozostali w tym czasie zajęli się pozostałymi mutantami, którzy zostali zranieni bądź schwytani na placu. Kto jednak wie, co się stanie w kolejnej akcji?
______________________________________ Gracze mogą kontynuować rozgrywkę bez udziału MG aż do momentu, w którym uznają to za konieczne, bądź momentu, w którym MG uzna to za słuszne.
Utrata opanowania K10: Cassandra, Fay
Utrata żywotności K4:
Osoby mogące opuścić teren w tym poście: Fay, Sahir, Cassandra - jeśli dojdzie do kapitulacji z obu stron → należy wyraźnie zaznaczyć opuszczenie tematu! W innym wypadku wsparcie D.O.G.S. Wciąż ma szansę na przejęcie postaci!
Osoby które opuściły teren eventu: Shivali Nie ma już możliwości dołączenia do eventu!
Postaci, które biorą udział w evencie, a nie odpiszą do kolejnego udziału mistrza gry, otrzymają ujemny modyfikator do reakcji na rzeczy, które mogą ich dotyczyć.
Numer porządkowy: 13
Dane: Fay Murphy
Rola: Uczestnik
Żywotność: 85%
Opanowanie: 53%
Inne: Kontrola zwierząt [5/2]; Brak czucia w lewej ręce, modyfikator -1 do poruszania się (postrzał w lewą nogę)
Numer porządkowy: 14
Dane: Leon Hawthrone
Rola: Uczestnik
Żywotność: 80%
Opanowanie: 82%
Inne: Aerokineza [???], szybki. [1-5/0-2]
Numer porządkowy: 15
Dane: Louanne Marie - Henning
Rola: Ukryty Agent
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne: -
Numer porządkowy: 16
Dane: Victoria Johnson
Rola: Uczestnik
Żywotność: 100%
Opanowanie: 40%
Inne: Blokada mocy [4/2], modyfikator -1
Nie zrobi? Ależ zrobi. Nie zmienią tego kolejne piękne oczy, które wpatrywały się w niego równie uważne jak wszystkie pozostałe - i działo się tak tylko wtedy, kiedy byli po drugiej stronie lufy. Zabawne, prawda? Niektórym pisane było milczenie, a słuchać ich chciano dopiero wtedy, kiedy nie zostawała żadna inna opcja. To chyba właśnie dlatego tak dobrze dzierżyło się klucz do tej "żadnej innej opcji". Wystarczyło jedno pociągnięcie za spust, jeden huk. Bang, bang, my darling. Żaden strzał nie był wystarczająco romantyczny, żeby opisać go prawdziwie poetycko. Śmierć nie była poetycka. Śmierdziała, kiedy mięśnie się rozluźniały i jelita opróżniały, kuła zimnem, kiedy dotykało się zwłok i raziła brakiem blasku w oczach, które powinny być przepełnione skupieniem - tak, jak oczy tej kobiety, która również dzierżyła w dłoniach swój klucz i nie chciała go wypuścić, taka pewna tego, że on tego nie zrobi. Nie padła na to żadna odpowiedź. Allison nie wiedział, czy kobieta widziała, co potrafi jego zdolność i nie zastanawiał się nad tym - w ostatecznym rachunku nie miało to znaczenia. Tak jak nie miała znaczenia ta kula, która wbiła się w twardą powłokę natury nieożywionej, żeby oszczędzić blask ocząt co poniektórych. Sahirowi taka kula w głowę chyba by już nie zaszkodziła.
Jego oczy i tak nie miały żadnego blasku.
Ta sytuacja, pasowa dla niego, o czym kobieta wcale nie musiała wiedzieć, przed momentem zapewne uciekła całej grupie DOGS, więc czas ją raczej gonił, zwłaszcza, że strzały zazwyczaj przyciągały uwagę, miała dwa zakończenie - próbę pozabijania siebie wzajem albo odpuszczenie. Sęk w tym, że Sahir też nie wiedział, że niedaleko została tylko dwójka DOGSów i w dodatku Shivali ich zajmowała całym sobą. W ostatecznym rozrachunku - nie był osobą, która liczyłaby na kogokolwiek. Był mięsem armatnim i spełniał swoją rolę. Umrze, nie umrze - nikogo to nie interesowało. Jego samego to nie interesowało, choć przecież, dobry Boże! - przysięgam na twe wdzięczne i wierne imię, że tak jak każdy inny - chciał żyć. Swoim psim, zaszczutym życiem, biorąc resztki z pańskiego stołu, kiedy dobra ręka na to pozwalała. Czarnowłosy nie zastanawiał się więc też nad tym, czy ktokolwiek tu przyjdzie czy też nie. Odbierał klarowny świat takim, jakim był - a jego klarowność wskazywała tylko na jedno - zastrzelić tego, kto może zastrzelić ciebie. Tak się stać musiało... Tak się stać powinno.
Broń Sahira powędrowała w dół. Heh, wszystko przez jedno, durne słowo-klucz, które zabrzmiało tak delikatnie i niewinnie na miękkich wargach okolonych potarganymi, ciemnymi włosami, w które wkradł się szept wiatru i chyba sam Diabeł postawił je jej zaczesać.
Dziecko.
Dziecko, które miało przed sobą tak wiele do zrobienia, do zobaczenia. Tak wiele do naprawienia. Broń, która lekko opadła na dół, może z centymetr, w gotowości, by w ułamku sekundy się unieść i wystrzelić, nadal wisiała w powietrzu - tak jak broń Cassandry. Dziecko, które chciało kogoś bronić, które miało za kogo walczyć. Osoba z marzeniami, pragnieniami. Uosobienie tego, co starcy zwykli nazywać przyszłością. W oczach Sahira były przeszłością. I to, jak pięknie można nazwać zwyczjanego mordercę. Przecież to tak wspaniale brzmiało! Jak bohater tych wielu książek o rycerzach, jak w tych wszystkich bajkach - prawdziwie bajecznie. Stróż Prawa.
Jak bardzo Cassandra się myliła, Sahir wiedział najlepiej.
Wycofał się. Najpierw czarna maź zsunęła się z dziewczyny, a kiedy zniknęła, Sahir zaczął się wycofywać - krok po kroku.
Wiele od drzwi go nie dzieliło, żeby za nimi zniknął.
[z/t]
_________________
<div style="width: 430px;">
<img src="https://data.whicdn.com/images/260195603/original.gif" height="120"; style="width:204px;border:1px solid #000000;">
<div style=";font-family: arial; letter-spacing: 1px; line-height: 9px; font-size: 9px;font-weight:bold;color:#707070 ; text-align:center; margin-bottom:1px; margin-top: -10px">
~To take, one must first give.~
They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.
manipulacja snami
58%
Rebel
name:
Cassandra Eloise Gardner
alias:
Cassie
age:
33 lata
height / weight:
166 / 50
Wysłany: 2018-03-31, 00:03
Multikonta: Sophie
#Mrs. Sandman
Nawet jeśli wtrącenie się w całą sytuację, jaka teraz już nie tylko rozgrywała się na oczach Cassandry - nie, w którymś momencie Cass stała się integralną częścią tej barwnej sceny - być może było skrajnie głupim posunięciem, na które nie powinna się kusić... Nie tylko mężczyzna przed nią miał naprawdę niewiele do stracenia. Być może minęło trochę czasu, odkąd kule dosłownie świstały kobiecie tuż przy uszach, jednak w gruncie rzeczy... Radziła sobie z nimi nawet wtedy, gdy jeszcze miała jakiekolwiek normalne życie. W głównej mierze przez to, że po prostu musiała.
Nigdy nie była nowobogackim dzieciakiem z wyrafinowanej rodziny. Już we wczesnej młodości zadawała się z tak zwaną trudną młodzieżą, co prawdopodobnie wpłynęło na jej obraz śmierci. Nie bała się umierania, zwłaszcza teraz, gdy i tak nie miała życia poza obozem. Paradoksalnie, nie potrafiła jednak poradzić sobie z otaczającą ją śmiercią, samą w sobie, gdy chodziło o krzywdę bliskich. Ludzi, do których miała słabość, którym w pewnej mierze - najbardziej, jak tylko obecnie mogła - ufała, których kochała. Fay była jedną z takich osób. Nie mogła zostawić tak Murphy. Im bardziej o tym myślała, tym bardziej była tego pewna. Dlatego została, mimo ostrzegawczych strzałów. Mocno ściskając broń w opuszczonej ręce i usiłując nie poddać się jeszcze większemu zdenerwowaniu.
Ba!, ciągłe wystawianie się na zagrożenie było przecież elementem tej jej zwyczajnej przeszłości, dla której przyszłość nigdy nie nadeszła. Nie było kontynuacji, ale obecna sytuacja nieco ją przypominała. Na tyle, aby Cass mogła poczuć się znajomo.
Wtedy było wyłącznie szybkie zabranie kilku rzeczy, instynktowne podkulenie ogona pod siebie i jeszcze sprawniejsze umknięcie przed niebezpieczeństwem znacznie gorszym od tego, z jakim mierzyła się w DEA bądź też w FBI czy podczas pracy dla ojca. Teraz? Nie miała, czego zabierać i nie chciała już dłużej kryć się w obozie. Nie, jeśli miałaby świadomość, że pozostawiła kogoś, kto był częścią imitacji jej normalności, na pastwę losu i raczej dosyć brutalnego D.O.G.S.a. Nie chciała ponownie strzelać czy wdawać się w bójki, wolała spróbować załatwić to w inny sposób.
Czy całkowicie wierzyła w to, że jej plan się powiedzie?
Nie.
Czy uwierzyła w to w momencie, w którym mężczyzna nagle nieznacznie opuścił broń?
Wciąż nie.
Nawet w chwili, w której czarna maź dookoła Fay zaczęła ześlizgiwać się z ciała nieprzytomnej dziewczyny, Cassandra nadal nie do końca wierzyła w to, że im się udało. Aż do momentu, w którym agresor opuścił budynek, wpatrywała się w nieznajomego, śledząc wzrokiem każdy jego ruch. A gdy zniknął za drzwiami, odczekała jeszcze kilkanaście sekund, zaraz potem jakby się odblokowując. Po prostu jak najszybciej zatrzasnęła za nim te cholerne wejście, starając się zrobić to jak najciszej, ale zdecydowanie się przy tym spiesząc.
Po tym zaś dopadła do nieprzytomnej, pochylając się nad nią i usiłując jakoś ocucić Murphy. Musiały stąd zniknąć, nawet jeśli Cass byłaby zmuszona targać towarzyszkę na ramionach. Miała jednak nadzieję, że wybudzanie cokolwiek da.
_________________
The more I think about it now The less I know All I know is that you drove us
Fay nie miała pojęcia, co dzieje się dookoła niej. Nie widziała pojawienia się Cassandry, nie słyszała jej słów, nie wiedziała, że ma pistolet skierowany w głowę, a jej życie zależy jedynie od tego, czy Sahir uwierzy w bajeczkę Gardner. Ona i 17 lat, ha! Gdyby tylko to słyszała! Nie zapomniałaby tego dziewczynie, nie ma mowy, obraza na całego.
Na szczęście Cass tak nie było. Fay pozostawała nieprzytomna, tracąc poczucie wszystkiego, co się z nią działo. Nawet czas płynął jakoś inaczej, dając wrażenie, że od zamknięcia oczu do ich otwarcia minęły ułamki sekund. Zupełnie jakby tylko mrugnęła.
Stąd wraz z przebudzeniem przyszła fala ogromnego zdezorientowania. Co się stało, dlaczego leżała na podłodze? Dlaczego noga tak niemiłosiernie ją bolała, a powietrze przechodziło przez gardło z trudem? Każdy kolejny wdech i wydech był małą torturą, jednak to ona właśnie naprowadziła zmącony umysł Fay na właściwy tor. Marsz. Strzelanina. Koleś z DOGS. Czarna maź. Wszystko wróciło w jednej chwili, aż Murphy początkowo znowu wpadła w panikę, że mężczyzna nadal tu jest. Wzdrygnęła się, poderwała głowę, zrobiła bliżej nieokreślony ruch rękami, jakby chciała zrzucić z siebie czarny twór, który jeszcze chwilę temu pochłaniał ją prawie całą. Nie było jednak nikogo i niczego oprócz pochylającąej się nad nią Cass.
Chciała coś powiedzieć, jednak zamiast słów z jej ust wyszła zachrypnięta sklejka głosek. Nie podjęła kolejnej próby, gardło za bardzo ją bolało, lekko nabrzmiałe i opuchnięte od chęci uduszenia. Zresztą, nie było czasu do stracenia, musiały uciekać. Tylko wizja ponownego złapania sprawiła, że Fay zmusiła się do wstania i ruszenia w dalszą drogę. Była blada jak ściana, kompletnie wyczerpana, w oczach ponownie zagościły łzy spowodowane bólem. O tyle dobrze, że Cass była z nią, przynajmniej mogła liczyć na małą pomoc w opuszczeniu budynku, co chwilę później się stało.
[zt x2 - Fay i Cass]
_________________
I wish I could see this world again through those eyes...
Co jednak było smutne - nasz dzisiejszy marsz pokojowy nigdy się nie odbył. Nie mógł się zakończyć, bo nie miał swojego początku. Tylu ludzi, tylu mutantów, tyle ofiar...
O dzisiejszym dniu będą pisały gazety. Będą o nim mówić w telewizji. Pewnie doczeka się swojej własnej nazwy. Na stronach internetowych zostaną postawione wirtualne znicze. A życie wcale nie stanie się łatwiejsze - co gorsza, dla żadnej ze stron.
W końcu to właśnie dziś wyszedł na jaw tak straszny sekret - Osoba tak usilnie walcząca z mutantami, sama okazała się być jednym z nich. James Haywell właśnie dziś stracił swe życie w najgorszy możliwy dla siebie sposób - na oczach reflektorów, pokazując swe prawdziwe oblicze, pokazując swą hipokrytyczną naturę...
Ta jedna śmierć pociągnęła za sobą kolejne ofiary. Najpierw, polityka opowiadającego się za pomocą tym, którzy zostali obdarzeni aktywowanym genem X - Alexandra Smitha, potem małej, zaledwie pięcioletniej Lizzy Addams, a następnie również lodowej księżniczki - Alison Blake. Ale przecież to są tylko ci znani.
Kto pomyśli o biednym bezdomnym, który został zadeptany przez tłum? Kto pomyśli o nieszczęsnej, starszej kobietce, która nie zdołała się skryć przed strzałami? Kto pomyśli o tym mężczyźnie, który siedząc za sceną doznał wylewu?
Kto pomyśli o tych wszystkich, którzy również oddali dziś swe życia, choć przecież wcale nie byli zamieszani w tę wojnę?
I czy możemy zapomnieć o tych ofiarach, które przecież wcale nie okazały się śmiertelne? O tych wszystkich postrzelonych? O zranionych? O tych, których rany będą się goić znacznie dłużej, tylko dlatego, że nie są fizyczne?
Oddziały D.O.G.S. zajęły się zabezpieczeniem terenu, nim na Główną Ulicę dojechały inne służby pożądkowe. Bez większego szacunku wrzucono do jednego z pojazdów ciała należące do tych dwóch mutantek z bractwa. One już nie były ofiarami. Nie. One nie były ludźmi. Nie były mutantami. Zostały... Zostały obiektami badawczymi. Ich już nie dotyczyły przepisy ochrony życia ludzkiego, bo przecież już nie żyły. Widziano w nich dzisiaj nadzieję, na poprawienie szans ludzkości w tej wojnie, która zbliżała się coraz większymi krokami...
Ciało Smitha potraktowano podobnie do zwłok mutantek - z tą różnicą, że wywożono je po cichu, pilnując, by nikt nieproszony nie stanął na drodze pojazdu. Pewne było, że ten incydent będzie musiał zostać zamaskowany - w innym wypadku organizację Genetically Clean czekają ciężkie dni.
A sama ulica? Poza brukiem, na którym przez najbliższe kilka deszczowych dni wciąż będą się malować krwawe ślady, zapomni. Wszyscy zapomną, jak zawsze. Postawi się kilka zniczy, może ktoś nawet kupi kwiaty. Ale już jutro życie wróci tu do normy - jubiler po wymianie szyby znowu zacznie sprzedawać biżuterię, sklep z płaszczami na nowo się otworzy, a monopolowy będzie się cieszył takim samym popytem jak zawsze. No, tak w sumie, ten ostatni to prawdopodobnie odnotuje w swoich zyskach duże plusy...
A najbardziej i tak się będą cieszyć prywatne kliniki i zakłady pogrzebowe...
______________________________________________
Oficjalnie ogłaszam zakończenie Eventu MARSZ POKOJOWY F.P.T.P.!
Bardzo dziękuję wszystkim za udział!
Oczywiście, prócz miłej rozgrywki niezmiernie miło mi was poinformować o innych profitach, jakie przysługują wam za udział!
• Osoby, które wykonały powierzone im misje, to: Billy, Louanne, Shivali.
Ukryj:
Każde z was otrzyma w najbliższym czasie specjalną odznakę, prosto od Mistrza Gry!
• Osoby, które wykazały się w trakcie eventu: Cassandra i Shivali (obie będące na evencie od początku do końca, nie pomijając żadnego z postów!), Sahir, Fay, Victoria, Aaron (którzy nie opuścili żadnego z postów od momentu pojawienia się na marszu, do chwili opuszczenia go!).
Ukryj:
Każde z was ma specjalną nagrodę do wyboru! Prócz standardowego przyrostu opanowania swych mocy, możecie dobrać: dodatkowy przyrost opanowania mocy, awans fabularny lub koło ratunkowe (w sytuacji podbramkowej, gdzie waszej postaci będzie groziło trwałe uszkodzenie ciała lub śmierć, możecie liczyć na wsparcie Mistrza Gry)!
Prosimy o przesłanie informacji o wybranej nagrodzie na konto Mistrz Gry.
• Pozostali mutanci, czyli Lucas, Zoella, Amy, Alba, Leon, Ricky:
Ukryj:
Wszyscy otrzymacie bonus 3% do opanowania swych mocy!
• Pozostali ludzie, czyli: Billy, Seth, Samantha, oraz Louanne:
Ukryj:
W ramach nagrody możecie otrzymać awans fabularny lub koło ratunkowe (w sytuacji podbramkowej, gdzie waszej postaci będzie groziło trwałe uszkodzenie ciała lub śmierć, możecie liczyć na wsparcie Mistrza Gry)!
Prosimy o przesłanie informacji o wybranej nagrodzie na konto Mistrz Gry.
Jeszcze raz dziękujemy wam za miłą grę i gorąco zachęcamy do regularnego sprawdzania ogłoszeń administracji!
Małe ptaszki mi wyćwierkały, że powoli szykuje się już nowe wydarzenie. Czy to właśnie Ty będziesz je tworzyć?
Przekonamy się już niebawem!
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum