They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.
manipulacja snami
58%
Rebel
name:
Cassandra Eloise Gardner
alias:
Cassie
age:
33 lata
height / weight:
166 / 50
Wysłany: 2018-03-28, 21:23
Multikonta: Sophie
#Mrs. Sandman
- W ogóle. - Powtórzyła po Matilde z jeszcze bardziej słyszalnym przekąsem. Bardziej po to, by potwierdzić własne zdanie, niżeli by udowodnić prawdę, bo prawda... Była taka, że Cassandra tłumiła w sobie prawie wszystko, z czym tylko przyszło jej się kiedykolwiek zmierzyć.
Być może kiedyś, w jakieś bardzo zamierzchłej przeszłości, dzielenie się emocjami z innymi ludźmi przychodziło jej łatwiej. Obecnie jednak eksponowała tylko jedno - szeroko pojętą złość. Całą resztę wolała zachowywać dla siebie, bo tak - przynajmniej pozornie - było znacznie łatwiej. Niewątpliwie zdarzały się momenty, w których gromadziła w sobie zbyt wiele, prawie dosłownie wybuchając w najgorszych sytuacjach. Niewątpliwie też podobne tłumienie nie działało w przypadku ludzi, którzy znali ją nawet zbyt dobrze, bo ci byli w stanie przejrzeć Cassandrę na wylot i to bez większych trudności.
Tak, była hipokrytką. Tak, było jej z tym dosyć dobrze, nawet jeśli w tej chwili czuła się po prostu zraniona. Wbrew pozorom, naprawdę potrzebowała kogoś, z kim mogłaby porozmawiać dosłownie o wszystkim, będąc w stanie odwzajemnić się dokładnie tym samym. Rzeczywistość była jednak zupełnie inna, a Tilda - jej teoretyczna przyjaciółka właśnie od takich spraw - coraz bardziej okazywała swój totalny brak zaufania, choć znały się przecież już od tak długiego czasu. Ba, wiedziały o sobie prawie wszystko... A może tylko tak się zdawało? Doświadczenia z Sandersem pokazywały przecież, jak łatwo było się pomylić, jak naiwna Cass bywała w swoim osądzie. Nie chciała, żeby tym razem też się tak okazało. To byłoby zdecydowanie zbyt druzgocące.
- Kiedykolwiek się to zmieni? - Nie chcąc dalej zagłębiać się w jakiekolwiek tematy, tym bardziej te związane z ich aktualnym sporem, po prostu spytała cicho i w miarę neutralnym tonem głosu, jednocześnie przenosząc wzrok gdzieś w kierunku najbliższego okna, jakby oczekiwała coś za nim zobaczyć. Tak naprawdę nic tam jednak nie dostrzegła i... Może nawet tak było lepiej, bo ich spotkanie raczej nie powinno wyjść na jaw. No, a przynajmniej nie w momencie, kiedy miały jeszcze sporo do poćwiczenia. Ba, patrząc na machanie bronią, naprawdę sporo do poćwiczenia.
- Wolisz wpierw w pomieszczeniu? - Upewniając się, uprzedziła. - Może być niezły huk odbijający się od ścian. - W gruncie rzeczy, strzelanie w budynku nie miało być jednak takie złe. Miały tu dostatecznie dużo miejsca, nie? I na tyle sporo możliwości, że mogło być to nawet całkiem wygodne. - Z jakiej odległości miałabyś do kogoś strzelać? Gdybyś to, oczywiście, robiła...
_________________
The more I think about it now The less I know All I know is that you drove us
Chciała odpowiedzieć „tak”, ale przecież doskonale znała prawdę. Ona po prostu nie potrafiła rozmawiać o tym co się działo w jej życiu. Nie potrafiła, ani też nie chciała. Na odwyku była po prostu w szoku po śmierci Aarona, ale szok minął, a ona odzyskała siebie. A przynajmniej depresyjną, bardziej złośliwą i cyniczną wersję siebie.
– Prawdopodobnie nie – odpowiedziała wreszcie, cicho wzdychając i jednocześnie podążając wzrokiem za spojrzeniem Cassandry. Po części ją również zabolała prawda, a dokładniej to jak zareagowała na nią Gardner. Gdy jej przyjaciółka odwróciła spojrzenie i wbiła je gdzieś w okno, Matilde mogłaby przysiąc, że coś jakby ją ścisnęło w żołądku. I bynajmniej nie był to ten sam supeł, który nie dawał jej spokoju od nocy z Hopperem. To było coś zupełnie innego.
– Ale chciałabym – dodała niezwykle cicho. Szczerze mówiąc nawet nie wiedziała ile było w tym prawdy, a ile kłamstwa. Czy bardziej karmiła Cassandrę tym, co brunetka chciała usłyszeć, czy może jednak znowu robiła to dla siebie? Nie chciała się zwierzać, nigdy. Ale czy nie miało to jej przynieść ulgi? Być może wyrzucenie z siebie tych wszystkich okropnych rzeczy miało jej dać swego rodzaju… spokój? Była skłonna zaryzykować. Ale nie teraz. Zdecydowanie nie teraz.
– Chyba tak – w sumie to nie był głupi pomysł. Mogły dzisiaj poćwiczyć w pomieszczeniu, a kiedy indziej po prostu.. cóż. Umówić się na coś poważniejszego w terenie. Dzisiaj chciała poznać tylko podstawy. Może i uczyła się szybko, ale zdecydowanie nie miała do tego głowy. Bo najwidoczniej jej głowa postanowiła być zajęta czymś innym. A raczej kimś innym.
– Z bliska. Tak blisko, bym widziała strach w jego oczach i by on widział uśmiech na mojej twarzy – okej, chyba jednak miała w sobie coś z socjopatki. Ale po pierwsze nie była dobra w dystansie, po drugie jaka była frajda z mierzenia w kogoś bronią, skoro ten ktoś nawet o tym nie wiedział? Być może filmy były niezwykle przekłamane i przereklamowane, ale w jednym miały rację. O wiele bardziej cool było mieć potencjalną ofiarę na wyciągnięcie ręki, niż celować do niej z kilkunastu metrów. A potem Matilde zrobiła krok do tyłu, wyciągając dłonie z prowizorycznym zrobionym z palców pistoletem w kierunku miśków ze sklepu i jednocześnie unosząc wzrok na Cassandrę.
– Mniej więcej tak.
They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.
manipulacja snami
58%
Rebel
name:
Cassandra Eloise Gardner
alias:
Cassie
age:
33 lata
height / weight:
166 / 50
Wysłany: 2018-03-29, 19:01
Multikonta: Sophie
#Mrs. Sandman
Chcieć... Cóż, Cassandra też chciałaby wyjątkowo dużo rzeczy. Chciałaby mieć normalne życie, chciałaby nie mieć problemów, chciałaby utrzymywać normalne relacje z ludźmi... Ale to nie był koncert życzeń i zażaleń. I czegokolwiek Matilda by nie chciała, jeśli tak naprawdę nie zamierzała zrobić nic w tym kierunku - a poniekąd właśnie o tym świadczyła pierwsza część wypowiedzi - nie miało być lepiej. Niezależnie od tego, jak bardzo Cass liczyłaby na jakiekolwiek zmiany i jak bardzo bolała ją obecna sytuacja, aktualne milczenie.
- Co mi z tego? - Musiała to powiedzieć. Choć w tej chwili nie była miła, ba, wręcz zachowywała się dosyć nieczule, po prostu musiała skomentować to w taki a nie inny sposób. Skoro były już ze sobą do tego stopnia szczere... Nie chciała ukrywać dłużej przed Tildą tego, jak bardzo nie podobały jej się relacje, w których były od jakiegoś czasu. Gardner potrzebowała przyjaciółki, nawet nieco zrypanej i nie do końca logicznej. I, nader wszystko, potrzebowała z nią rozmawiać. Bez obaw, że coś - pozornie nieszkodliwego - co powie, doprowadzi Matilde do kolejnego napadu niezadowolenia czy gburowatości.
- Nie możemy chociaż spróbować zachowywać się jak ludzie i pogadać jak oni? - Cóż, nie mówiła, że sama była święta. Nie była. Ostatnio zachowywała się wręcz całkowicie przeciwnie, ale zdecydowanie wolałaby, by nie dotykało to jej kontaktów z Wallace. Te miały być trwałe, te miały być prawdziwe, te trwały już wystarczająco długo, aby można było spróbować nazwać je prawie niezniszczalnymi. Nie chciała się spierać, kłócić, być zmuszoną do ciągnięcia przyjaciółki za język. Do tego jednak potrzebowała tego zaufania. A ono mogło wyjść wyłącznie od Tildy. Ona już ufała bowiem Wallace. Na tyle, by powierzyć jej broń, zamierzając także pokazać towarzyszce tajniki operowania pistoletem. Nawet jeśli naprawdę barwna odpowiedź Tilly nieco ją przeraziła.
- Whoah, ktoś ci naprawdę podpadł... - Mrugając w lekkim niedowierzaniu, prawie zagwizdała, ale... Nie dodała nic więcej. Nie ciągnęła już Matilde za język, nie chciała kolejnego drążenia tematu i wynikającego z niego sporu. Stając tuż obok koleżanki i przyglądając się temu, jaką postawę przyjmuje Tilly, westchnęła cicho, momentalnie przesuwając się za plecy Wallace. Poprawiając pozycję Tildy, wpierw sama ustawiła się tak, aby ta mogła mieć punkt odniesienia, jakikolwiek wzór, jakkolwiek fatalnym wzorem Cassandra nie byłaby na co dzień. Potem zaś... Po prostu strzeliła. Dosyć modelowo, bez większego zawahania, celując wprost w jedną z zabawek.
- Musisz mieć w miarę stabilną rękę. Nie miotać się na wszystkie strony. Weź głęboki oddech i strzel, wypuszczając go. Nie trzymaj broni za blisko twarzy. Najlepiej tak. - To mówiąc, znowu uniosła pistolet, demonstrując mniej więcej to, o czym mówiła, i oddając go Tildzie. - Śmiało.
_________________
The more I think about it now The less I know All I know is that you drove us
Matilde jedynie wzruszyła ramionami. Co jej z tego? Najprawdopodobniej nic, ale w tym momencie Wallace nie miała jej nic lepszego do zaoferowania. Gardner mogła się zadowolić tą nieformalną nie-obietnicą, albo po prostu machnąć na to ręką. Nic co miała zamiar powiedzieć, nie miało zmienić ani nastawienia Wallace, ani tym bardziej jej charakteru. Nie chciała rozmawiać, nie chciała się zwierzać. Nie w tym momencie. Nie na temat, który interesował Gardner. Po prostu… nie.
– Przecież to robimy – jeśli Matilde dobrze kontaktowała to ani na siebie nie szczekały, ani nie kwiczały, ani nie ryczały. Mówiły. Mówiły ludzkim głosem, ludzkimi słowami. Czego chcieć więcej. Gardner po prostu nie rozumiała jednej rzeczy... nieważne jak smutnym spojrzeniem ją obdaruje, jak bardzo gorzkie słowa wypłyną z jej ust – to nic nie zmieni.
– Nie mam siły się z tobą kłócić, Cass. Serio. I jeśli nie chcesz jeszcze bardziej zepsuć atmosfery to radzę przestać drążyć temat, zwłaszcza, że doskonale widzisz, jak bardzo mnie on dołuje.
W końcu wszystko byłoby dobrze, gdyby Gardner nie wyskoczyła z jakimiś sekretnymi Williamami, kochankami i chorymi insynuacjami. Co to w ogóle były za poronione pomysły, że ona – Matilde Wallace – ponownie się wdała w bliższą relację z jakimś mężczyzną? Czy ona nie znała jej wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że to już nigdy więcej miało się nie wydarzyć?
Ludzie umierali, a ona miała dość śmierci jak na jedno życie. Nie chciała obcować z tykającymi bombami, które w każdej chwili mogły wybuchnąć. Jak sobie to Cassandra wyobrażała? Że Tilly będzie zajebiście szczęśliwa, by nagle pewnego ranka znowu znaleźć w łóżku kolejnego martwego faceta…?
– Nie mniej niż ja jemu – odmruknęła z cisnącym się na jej usta krzywym uśmieszkiem. To była skomplikowana sytuacja, cóż poradzić. Życie. Ale w gruncie rzeczy naprawdę nie miała zamiaru do nikogo strzelać. To miało być bardziej w celu pokazania kto ma nad kim władzę, a kto nad kim nie ma władzy. To wszystko. Nie była przecież masochistką, by postrzelić Hoppera i zaraz potem go wyleczyć, co tak czy siak miało się odbić na jej zdrowiu zarówno fizycznym, jak i psychicznym.
Posłusznie poprawiła swoją sylwetkę, chociaż nie było jej to na rękę. W końcu nie uważała strzelania z pistoletu za coś tak wymagającego jak pieprzony balet. Ona raczej myślała o bardziej badassowym zagraniu i nonszalanckiej, leniwej pozycji. Ale nie kłóciła się, kątem oka dostrzegając jak to robi mistrzyni. A potem odebrała od Cass pistolet, marszcząc przy tym brwi. Próbowała sobie jakby przypomnieć, jak to wszystko wyglądało na Gardner, ale teraz.. jakby się zacięła. Mimo wszystko skierowała broń na najbliższą zabawkę, jednocześnie stosując się do wskazówek przyjaciółki, ale.. nie strzeliła.
– W kogo powinnam trafić? – spytała z cichym westchnięciem, nie mogąc się zdecydować, czy trafić w maskotkę lwa morskiego, czy może dziwną figurkę ptako-pingwina. – Żadnych kobiet i dzieci, huh? – dodała, ledwo powstrzymując swój uśmiech i ponownie przekręcając pistolet z jednej maskotki na drugą.
They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.
manipulacja snami
58%
Rebel
name:
Cassandra Eloise Gardner
alias:
Cassie
age:
33 lata
height / weight:
166 / 50
Wysłany: 2018-03-29, 23:26
Multikonta: Sophie
#Mrs. Sandman
- To nie ja syczę na ludzi... - Zaczęła, dosyć szybko się jednak poprawiając. Fakt, robiła to. Syczała, warczała, prychała i parskała na ludzi. Ostatnio nadzwyczaj często obdarzała ludzi tak miłymi reakcjami, jednakże nie o to jej teraz chodziło.
- No, przynajmniej nie syczę na ciebie. Odpuść to sobie wreszcie, Tills. To nie była całkowicie twoja wina, najwyższa pora sobie wybaczyć. Poza tym... To ty musisz żyć dalej, skoro on już tego nie zrobi. Znałam go, dokładnie tak samo jak ty i obie dobrze wiemy, że by tego nie chciał. Zadręczania się, totalnego milczenia czy unikania rozmów o tym, co było dobre. - Nie, ona też nie chciała się kłócić, ale zwyczajnie musiała to kiedyś powiedzieć i nareszcie przyszła pora, by się do tego zmobilizowała. Cóż, być może nie był to idealny czas na podobne teksty, jednak niewiele mogło już pogorszyć atmosferę pomiędzy kobietami, zatem... Co jej szkodziło?
To Wallace zależało na otrzymaniu pomocy. Co prawda nie tej psychicznej tudzież pseudopsychologicznej, jednak to najwyraźniej szło w parze z nauką obsługi pistoletu. Jeśli miały już mieć kogoś na sumieniu - tak, w razie czego, ona też by go miała; w końcu to ona mówiła Tildzie, jak dobrze składać broń i jak z niej strzelać - Cass mogłaby być chociaż trochę bardziej spokojna w przypadku, w którym co nieco by sobie wcześniej wyjaśniły. Nie, nie wszystko, bo na to zdecydowanie nie widziała już szans. Na tyle sporo, by wiedziała, że nie popełniła błędu i Tilly nie zamierzała wykorzystać tej broni na przykład do walki z kumplami Aarona, którzy wciągnęli go w nałóg, a potem do zastrzelenia samej siebie na grobie byłego ukochanego. Minęło tyle czasu... Matilde nie musiała zapominać, ale mogła sobie wybaczyć. Na pewno nie zaszkodziłoby to psychice kobiety.
I tak była spaczona...
- Szkodzenie sobie nawzajem z taką pasją, jaką teraz okazujesz, zazwyczaj kończy się w łóżku. - Stwierdziła, wzruszając przy tym ramionami. Tak to w gruncie rzeczy wyglądało. Zupełnie, jakby Tilda nie do końca wiedziała, czy chciała strzelić w tajemniczego ktosia, potem zamierzała to zrobić, potem już nie, aby później po raz kolejny zechcieć... Czy to - w zestawieniu z niesamowicie błyszczącymi oczami przyjaciółki - nie wyglądało trochę niczym niekończące się koło miłości i nienawiści? No, o ile obiekt złości Tildy nie był osiemdziesięcioletnim dziadkiem albo kobietą. No, o ile Tilda się na takich nie przestawiła, a tego już Cassandra... Cóż, obecnie nie wiedziała. Mówiąc już zaś o kobietach...
- Dzieci? To fakt, w dzieci nie strzelaj. Ale... W kobiety? Na pewno nie zdziwiłabyś się, jakimi mendami potrafią być. - Uśmiechając się lekko i bardzo, bardzo nieznacznie, zdecydowanie nie wyglądała na tak rozpogodzoną jak jeszcze kilkanaście minut wcześniej, jednak jednocześnie nie przypominała już też prawdziwej królowej śniegu. Z ciekawością przyglądała się za to temu, co robiła Tilda, zainteresowana nie tylko samym momentem strzału, lecz także dokonywanym wyborem, które wciąż jeszcze nie nadchodziły.
_________________
The more I think about it now The less I know All I know is that you drove us
- To jest moja wina - poprawiła ją niemal natychmiast. Matilde zacisnęła mocno usta, choć nie wywołało to zamierzonego efektu, bo jej dolna warga mimowolnie zadrżała. Nawet nie wiedziała o tym, że tak bardzo potrzebowała, by ktoś jej powiedziała tego typu słowa. A z drugiej strony... z drugiej wciąż wiedziała swoje. Cassandra nie powinna jej bronić. Nie, kiedy nie znała całej prawdy. Wallace nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, kiedy po jej policzku spłynęła pojedyncza kropla wody. Ale niemal od razu wytarła ją wierzchem dłoni, zupełnie jakby chciała oszukać samą siebie. W końcu nic takiego nie miało miejsca, prawda? Nie uzewnętrzniała się.
- On chciał z tym skończyć, Cass. A ja nie. Teraz on jest martwy, a ja.. - ale nie dokończyła. Nie musiała. Gardner doskonale wiedziała, jak wyglądała sytuacja. Chociaż czy rzeczywiście trzeba było umrzeć, by być martwym?
Matilde zdawała się być idealnym dowodem na to, że oddychanie, bijące serce, czy sprawny mózg nie miały nic wspólnego z życiem.
Brakowało jej Aarona, brakowało jej funkcjonowania bez wyrzutów sumienia, bez żalu, bez nienawiści do samej siebie. Wciąż nie mogła do końca uwierzyć w to, jakim cudem pokochała heroinę bardziej niż Whitemana...
Natomiast kolejna wypowiedź Gardner sprawiła, że Matilde gwałtownie potrząsnęła głową. Pasja? Czy rzeczywiście istniała jakaś pasja? Chciałaby wierzyć, że nie. Więc dlaczego mimowolnie ten piekielny supeł na żołądku, jakby się zacieśnił?
- To już się więcej nie powtórzy - odparła z przekonaniem, a przez jej słowa przechodziła jakaś trudna do zrozumienia - nawet dla samej Tilly - złość. Noc z Hopperem to był błąd, a ona się przecież uczyła na błędach. Jedynie czasami lubiła upewnić się kilka razy, ale teraz.. nie miało do tego dojść. Już chyba wolałaby go rzeczywiście zabić niż znowu znaleźć się w jego silnych ramionach, poczuć jego ciepłe dłonie na swoim ciele, czy znowu stracić głowę pod wpływem smaku jego ust.
W gruncie rzeczy Cassandra tak bardzo nie myliła się w swoich spostrzeżeniach. To rzeczywiście było niekończące się koło nienawiści, złości, uszczypliwości, ale najwidoczniej też pożądania, dziwnej troski i cienkiej nici porozumienia.
A kolejne słowa koleżanki sprawiły, że Tilda jakby automatycznie podjęła decyzję. Pozostawiła za sobą miniaturkę pingwina i przerażającego lwa - a może i lwicy - morskiej, jednocześnie kierując pistolet na coś, co dopiero teraz zwróciło jej uwagę. Był to najbardziej męski, najbardziej odrażający szczura świata.
- Czyż nie jest obleśny? - zapytała, nie oczekując odpowiedzi. A potem.. a potem wystrzeliła, czując jak ją nieco odrzuca do tyłu. Wow. Nie spodziewała się, że to ma tyle siły!
They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.
manipulacja snami
58%
Rebel
name:
Cassandra Eloise Gardner
alias:
Cassie
age:
33 lata
height / weight:
166 / 50
Wysłany: 2018-03-30, 13:01
Multikonta: Sophie
#Mrs. Sandman
Wbrew wszystkiemu, co Tilda mogła roić sobie w tej swojej małej główce, porośniętej ciemnymi włosami i otulonej jeszcze ciemniejszymi myślami, to naprawdę nie była jej wina. Nie, niezależnie od tego, jak duży wpływ miała Matilde na Aarona, on sam zadecydował o wzięciu kolejnej dawki. Był dorosły, nawet jeśli wtedy zachował się niczym bezmyślny dzieciak, podejmował decyzje o samym sobie i za nie odpowiadał.
Cała reszta? Była tylko wypadkiem, cholernie ciężkim do przełknięcia, ale zrządzeniem losu. Poza tym, obwinianie się nie miało nic zmienić. To wszystko już się wydarzyło, tak samo jak wszelkie inne tragedie, z którymi ludzie powoli uczyli się żyć. Wallace też powinna... Nie mogła tkwić w tym wiecznie. Nie w przypadku, w którym Cassandra gołym okiem widziała, jak okropnie wyniszczało to przyjaciółkę.
- Ale nie skończył. - Prawie weszła Tilly w słowo, starając się brzmieć jak najłagodniej, prawie że jak kiedyś, pocieszająco, choć też nie do przesady. - To nie ty go zabiłaś. To był tylko nieszczęśliwy wypadek. - Prawdę mówiąc, co niby Matilde mogła zrobić? Nie panowała w tamtym czasie nad nałogiem, była równie głęboko w dupie i gdyby to nie był Aaron... Równie dobrze, to mogłaby być Wallace. Albo oboje, albo żadne...
Tego nikt już nie mógł stwierdzić. No, o ile jakiś mutant nie posiadł na tyle specyficznych zdolności, by móc zagłębiać się w alternatywne scenariusze i linie czasoprzestrzeni. A takiego akurat przecież nie znały. Z tego względu, cóż, Cassie wolała nawet nic o tym nie mówić, nie sugerować, nie dawać złudnej nadziei związanej z jakąkolwiek szansą odkupienia przez poznanie wersji czegoś, co i tak nie mogło się już zdarzyć.
- Naprawdę chcesz skończyć jak ja? - Spytała z lekkim zgorzknieniem. Izolowanie się od szans na ponowny, tym razem bardziej normalny i bezpieczny związek było w końcu jej domeną. To ona powoli, aczkolwiek naprawdę sukcesywnie, zmieniała się w najprawdziwszą starą pannę. Nie miała tylko kotów. Prawdę mówiąc, nawet średnio je lubiła, ale... To był już całkowicie inny temat.
Matilde była inna. Mimo tej iście lodowej otoczki, tak naprawdę potrzebowała przecież ciepła, troski, opieki i zainteresowania. Ostatnio już nie od przyjaciół, ale może faktycznie od tego, co już nie miało się powtórzyć. Skoro mówiła o tym z tak wyraźną upartością, coś zdecydowanie musiało w tym być. Nawet jeśli to nie byłoby pierwszy raz, w którym Cassandrę zawiodła intuicja... Nie, po prostu musiało i tyle. Choć celowanie do kogoś z broni, nauka strzelania i te inne, jakże przyjemne i nieszkodliwe, czynności z pewnością nie zaliczały się do typowego kto się czubi, ten się lubi. Zwłaszcza że strzał Tildy był... Ostry.
- Uważaj, żeby nie rozbić sobie głowy... - Mruknęła, chociaż już po fakcie, pocierając uszy, w których nadal bębniło jej echo huku. - To byłoby niezręczne, gdybyś przy okazji zabiła też siebie. - Dodała, rozglądając się dookoła. - Nie mają tu jakichś stoperów albo słuchawek? - Nie oczekiwała przecież gwiazdki z nieba, nie?
_________________
The more I think about it now The less I know All I know is that you drove us
– Nie istnieje coś takiego jak ‘nieszczęśliwy wypadek’ – odparła, czując dziwną suchość w ustach. To właśnie dlatego nie chciała o tym mówić. Po prostu nie mogła. Wspomnienia o Aaronie starała się trzymać gdzieś w najgłębszych czeluściach swojego umysłu. I nikt nie miał prawa ich wygrzebywać. Aaron umarł. Aaron nie miał nigdy powrócić. A ona już zawsze miała być nieszczęśliwa i żałosna. Cassandra mogła sobie mówić co chciała, ale tylko Matilde była winna śmierci Whitemana. To ona nalegała, by naćpali się tuż przed jej urodzinami. To ona zasnęła jako pierwsza, nie upewniając się, że mężczyzna leży w odpowiedniej pozycji. To ona była tak nieprzytomna, że nie była w stanie się obudzić, gdy ten dławił się na śmierć. To wszystko… znowu zaczynało boleć.
– Czasami sobie myślę, że on to zrobił specjalnie. W ten chory, poroniony sposób chciał mnie zmusić do odwyku. Cóż.. udało mu się, huh? – ale tym razem już nie była w stanie zachować swoich przypuszczeń dla siebie. Whiteman nie był w najlepszej kondycji. Życie doświadczyło go wystarczająco, by jego psychika uległa załamaniu. – Tak bardzo go nienawidzę.
Tak. Nienawidziła go. Tu już dawno nie było żadnych głębokich, romantycznych uczuć. Był tylko żal, furia, smutek i cierpienie. Z kolei wspomnienia o czasach, gdy była szczęśliwa… nie były już nawet wspomnieniami. Zupełnie jakby to działo się gdzieś w odległej galaktyce.
– NIE – przerwała jej niemal natychmiast, wybuchając histerycznym śmiechem i kręcąc przy tym z niedowierzaniem głową. Boże, nie! To zdecydowanie nie było tak jak myślała Cassandra. Sam fakt, że doszła do takiego wniosku był.. absurdalnie komiczny. – Nie, nie, nie, nie. Nie skończę tak jak ty, bo tam nic nie ma.
Na samą myśl przez ciało Matilde przeszły ciarki. Ona i Hopper? Chyba właśnie zaczęło jej się zbierać na wymioty. Więc całe szczęście, że zajęła się tą piekielną bronią, bo jeszcze chwila i rzeczywiście puściłaby tu pawia. Przecież od samego strzału zaczęło jej się kręcić w głowie. Ale bynajmniej nie dlatego, że nie umiała strzelać. Nie. Po prostu broń została wcześniej skażona przez dotyk Hoppera. Tak, to miało sens.
– Nie chcę słuchawek, chcę słyszeć ich jęki i piski – wymruczała z tą swoją nutą mordercy w głosie, a potem bez ostrzeżenia wystrzeliła jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz. Nie zważała nawet na to, że za każdym razem nieco odrzucało ją do tyłu. To nic. Nie było aż tak źle.
They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.
manipulacja snami
58%
Rebel
name:
Cassandra Eloise Gardner
alias:
Cassie
age:
33 lata
height / weight:
166 / 50
Wysłany: 2018-04-03, 13:31
Multikonta: Sophie
#Mrs. Sandman
- Nie zacznij mi tu tylko mówić o kolejach złego losu. - Uprzedzając jakiekolwiek zagłębianie się w temat nieistniejących nieszczęśliwych wypadków, wcięła się towarzyszce w słowo. Wbrew wszystkiemu, co mówiła Tilda, to naprawdę nie była niczyja wina. Nie w całości. Każdy z osobna i wszyscy razem ponosili jakąś cząstkę odpowiedzialności, lecz z pewnością nikt nie mógł w tym przypadku mówić o pełnej winie. Tym bardziej nie Matilde, która już wystarczająco wiele się nacierpiała. Aaron by tego dla niej nie chciał. On pragnąłby, by jego dziewczyna była możliwie jak najbardziej szczęśliwa albo przynajmniej, by żyła. Tymczasem Tilly zdawała się być pogrążona w czymś na kształt wiecznego letargu, zawieszona pomiędzy marnym życiem i jeszcze gorszą śmiercią. Ile jeszcze miało tak być?
- Gdyby faktycznie chciał cię zmusić do odwyku, zrobiłby to w jakikolwiek inny sposób. Nie był przecież idiotą. Może trochę zboczył z kursu, ale nie był na tyle bezmyślny. - Powiedziała, cicho wzdychając i robiąc nieduży kroczek, by uczynić coś, czego nie robiła od dawien dawna. Obracając się w kierunku Wallace, zwyczajnie uściskała Tildę, naumyślnie pociągając ją przy tym lekko za kucyk. - Nienawidź żywych. Tym jeszcze możesz coś zrobić. - To mówiąc, nieznacznie uniosła kąciki ust, ponownie odwracając się w kierunku blatu, pistoletu i całej reszty. W gruncie rzeczy, przecież właśnie po to tu były. Nawet jeśli rozmawiały dosłownie o wszystkim, bo przekrój ich tematów był naprawdę przeogromny.
- Im bardziej zaprzeczasz, tym bardziej sądzę, że tam coś jest. - Czy to nie działało w taki sposób? Zupełnie tak, jakby nie myślę o tym, więc tego nie ma kiedykolwiek było tak naprawdę skuteczne. Ludzie mimowolnie próbowali wypierać niewygodne rzeczy. Ba, ona sama także zdecydowanie to robiła. Chcąc nie chcąc, wolała udawać, że wszystko było w jak najlepszym porządku, aniżeli zgadzać się z losem i realiami. Przez to w pewnym sensie rozumiała teraz Tilly. W innym natomiast chciała po prostu wiedzieć, co się święciło... I z kim.
- Matilde! - Jęknęła, słysząc nagłe wyznanie z ust przyjaciółki i usiłując przekrzyczeć echo kolejnych wystrzałów. - Brzmisz jak psychopatka!
_________________
The more I think about it now The less I know All I know is that you drove us
– Być może trochę zboczył z kursu? On nie żyje! – rzuciła, tracąc nad sobą panowanie. Niech jej tylko Cass nie wyskakuje z takimi tekstami. Whiteman się zaćpał na śmierć. To nie było jakieś zboczenie z kursu. Co to w ogóle było za określenie? Zachował się jak egoista. Ludzie tak po prostu nie umierają, nie zostawiają swoich ludzi. Był pierdolonym dilerem. Uczyli go lojalności od kołyski, a on… Właściwie to kim on w ogóle był? Miała w nim oparcie, liczyła na niego, a on tak po prostu umarł. I cały światopogląd Matilde jakby runął. Już nawet nie była pewna, czy rzeczywiście znała Aarona. W końcu Aaron z jej wyobrażeń nigdy by tak nie postąpił. Więc.. czy cały czas tkwiła w błędzie? Czy kochała kogoś kto nigdy nie istniał? Miała tak wiele pytań i tak mało odpowiedzi. Jednego jednak była pewna – Cassandra się myliła.
– Mam w sobie wystarczająco dużo nienawiści.
Starczy i na żywych i na martwych. Nie było się czym martwić. Wallace miała niewyczerpane pokłady negatywnych emocji i uczuć. I cóż, na kolejne słowa… po prostu wywróciła oczami. Ale nie miała zamiaru się z nią kłócić. Tam nic nie było. Nic, kompletnie nic. Ale jeśli Cassandra się chciała upierać, to Matilde to nie obchodziło. Ona… cóż.. ona była tego bardziej niż pewna. To wszystko.
– Mówisz, jakby to było coś złego – odparła z cieniem uśmiechu na ustach. Ah, w swoim życiu była o wiele gorzej nazywana niż po prostu psychopatka. I nie zważając na krzyki Gardner, ponownie wystrzeliła.
They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.
manipulacja snami
58%
Rebel
name:
Cassandra Eloise Gardner
alias:
Cassie
age:
33 lata
height / weight:
166 / 50
Wysłany: 2018-04-04, 01:24
Multikonta: Sophie
#Mrs. Sandman
Zdecydowanie nie potrzebowała kolejnych wybuchów i jeszcze większej porcji totalnego niezrozumienia ze strony Wallace. Mówiła przecież o jednym, zaś jej towarzyszka całkowicie to wszystko przeinaczała, łapała ją za słowa i najwyraźniej ani myślała się uspokoić. Raz po raz wyłącznie wybuchała, zamiast wysłuchać wszystko do samego końca. Czy tego dnia po prostu nie była w humorze? A może - gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi chwilami spędzanymi ostatnio całkowicie oddzielnie - nieoczekiwanie się zmieniła? Może obie się zmieniły?
- Wszystko zaczęło się od zboczenia z kursu. - Odpowiedziała, starając się brzmieć spokojnie i zdecydowanie. - Gdyby nie to, nigdy nie brałby narkotyków, bo dilerzy już tak mają. Większość z nich nie bierze tego, co sprzedaje. - Cóż, przynajmniej tak jej mówiono, gdy obracała się w podobnym towarzystwie. To była jakaś niepisana zasada. Coś, co teoretycznie powinno zapobiec takim sytuacjom. Tu zawaliło. Reszta była zaś wynikiem nieszczęśliwego wypadku. Cass zwyczajnie nie była w stanie uwierzyć w to, że Aaron mógłby zrobić coś tak głupiego. Wbrew wszystkiemu, kochał życie. Znalazłby inny sposób, by udowodnić Matilde, że potrzebowali wyjść z nałogu.
- Nie wątpię... - Widząc to, jak Tilda zachowywała się tego dnia, Cassandra nie miała nawet najmniejszych wątpliwości, co do tych - już nie tak głęboko tłumionych - pokładów nienawiści, jakimi najpewniej dysponowała przyjaciółka. Martwiła się tylko, dlaczego tak było i do czego mogło to doprowadzić. Przeżyły przecież już stanowczo zbyt wiele naprawdę paskudnych zdarzeń, najprawdziwszych tragedii. Czy zmierzały w kierunku kolejnej?
Mogła wyłącznie spekulować, przestając już nawet próbować przekrzyczeć odgłosy kolejnych wystrzałów. Opierając się o parapet, postanowiła zaczekać do czasu, aż magazynek pistoletu Tilly całkowicie się opróżni. Patrząc zaś na sposób strzelania towarzyszki i częstotliwość kolejnych wystrzałów... Nie miała czekać zbyt długo.
[z/t]
_________________
The more I think about it now The less I know All I know is that you drove us
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum