Poprzedni temat «» Następny temat
Główna ulica
Autor Wiadomość
Louanne Marie - Henning



Życie to zagadka, nie trać czasu, bo jej nie rozwiążesz.

nigdy w życiu

antropolog sądowy/ Wicedyrektor DOGS





name:

Louanne Marie - Henning

alias:
Prinsessa

age:
29

height / weight:
159 / 55

Wysłany: 2018-03-20, 19:53   
   Multikonta: Esther/Rocky/Lasair
  

   Ucieszyła MG, bo dobrze strzela!

  

   Masz talona na Aarona i balona!


Cóż sytuacja robiła się coraz bardziej nieciekawa nie tylko dla Louanny, ale też dla innych w okół w niej. Jednak co ją obchodzą jakieś psy czy ich sprzymierzeńcy. Ją interesuje wyłącznie tylko ona i lufa broni wymierzona w jej stronę. Której można było się wydawać, że dziewczyna nie zamierzała opuść.
Próbowała się dyskretnie rozejrzeć po okolicy by wiedzieć na czym dokładnie stoi. Wyglądało na to, że nie tylko ona narobiła tutaj zamieszania. Ponieważ marsz pokojowy przerodził się walkę mutantów. Wśród, których dostrzegła dziewczynie z F.P.T.P. o której ostatnio rozmawiała z Verą. Jedynie rzuciła jej jedyne spojrzenie i powrócił wzrokiem do dwójki stojących przedni.
- Będziemy tak stać jak te słupy czy w końcu odłożyć te broń i będę mogła złożyć te zeznania - powiedziała do Zoelli, bo na serio jeśli mają tak stać to niech lepiej strzeli. O ile jest do tego zdolna? Bo nie wyglądała jej na te osobę. Jednak Lou miała inne rzeczy na głowie niż stanie i czekanie aż w końcu będzie mogła złożyć zeznania i wróć do swojego domu. Po za tym pogoda na serio nie sprzyja staniu na dworze.
_________________

LOUANNE MARIE - HENNING




Anioły najczęściej schodzą na ziemię, wcielając się w role córki - Yvonne Naomi Henning.


[Profil]
  [B-]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-03-21, 01:22   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Podobno to szczęśliwi czasu nie liczyli i choć o Cassandrze w tym momencie nie dało się powiedzieć, że była chodzącym - leżała w końcu pod toną żelastwa - przykładem mogącym zaprzeczyć temu powiedzeniu, Gardner także zdecydowanie tego nie robiła... Nie liczyła upływających sekund, minut, kolejnych mijających chwil. Prawdę mówiąc, zadziwiająco szybko straciła jakąkolwiek rachubę czasu, a krzyki, wrzaski, tupot stóp i inne odgłosy towarzyszące panice obejmującej całą najbliższą okolicę, cóż, nieustannie zlewały się w jedną, niesamowicie głośną kakofonię.
Być może otwarcie oczu wiele by zmieniło, jednak zaciśnięte powieki jakby nie były już nawet integralną częścią ciała kobiety. Nie panowała nad nimi. Dokładnie tak jak nad resztą własnego osłabionego, zrezygnowanego ciała przygotowanego praktycznie na wszystko, co niechybnie miało się zdarzyć. Tylko dwa razy w swoim - mimo wszystko, dosyć obfitującym w podobne okazje - życiu czuła się podobnie apatyczna, wręcz zgaszona. Coś jednak zdecydowanie musiało nad nią czuwać, bowiem nie tylko wtedy wyczołgała się z tarapatów, wyszła z tego dosyć potwornego stanu, lecz także najwyraźniej również w tym momencie nie dane jej było tak po prostu się poddać.
Kiedy usłyszała strzały, których spotęgowany odgłos odbił się od pokrycia pajęczaka, z początku przez jej głowę przeleciała jedna, dosyć prosta myśl. Dostała. Kiedy jednak, zaledwie po ułamku sekundy, oczekiwany ból nie nadszedł, a ciężar maszyny zniknął wraz z odrzutem zabawki D.O.G.S... Cassandra wreszcie odruchowo uniosła wzrok, praktycznie natychmiast ponownie zastygając. Tym razem jednak ze zdziwieniem - a może nawet niezrozumieniem - w oczach, nie mrugając powiekami ani razu do chwili, gdy ten dziwny, szokujący i niespodziewany kontakt wzrokowy nie został gwałtownie przerwany.
Potrzebowała dłuższej chwili, by w ogóle pojąć, że zaskakująco trafne okrzyki były skierowane do niej. W końcu faktycznie mimowolnie wstrzymała oddech, orientując się dopiero w momencie, w którym rzeczywiście zaczęło brakować jej powietrza. Wstrzymywanie go miało jednak jedną istotną zaletę - robiąc to, nie czuła aż tak zapachu krwi, którym dosłownie już przesiąkła. Nadal miała ją na kurtce, rękach, przednich kosmykach włosów, a nawet na kawałku wystającego kołnierzyka bluzki. I wciąż starała się utrzymać Lizzy w ramionach, choć nie miało to już przecież większego sensu. Dziewczynce nie robiło różnicy, gdzie się znajdowała, czy była mocno przytulana, czy leżała na chłodnej ziemi...
Dla Cass miało to jednak cholerne znaczenie. Nawet jeśli było to dramatyzowaniem - do diabła - czuła się jak królowa wieloaktowego dramatu rozgrywającego się nie na deskach, a na chłodnym asfalcie. Nie miała jednak wyuczonych kwestii do wypowiedzenia w odpowiednich chwilach. Ba, nie czuła się na siłach, by powiedzieć cokolwiek. Czy to zaprotestować, stwierdzić, że mogła przecież ruszyć się sama - co z tego, że jej nogi były z czegoś w rodzaju kamiennej waty; ciężkie, a jednocześnie miękkie - czy to podziękować za pomoc. Wręcz przeciwnie - zamiast się odezwać, ona ponownie spojrzała w dół... Niepomna tego, jakie wrażenie wcześniej wywarł na nią ten widok. Tym razem było jeszcze gorzej.
Zdecydowanie potrzebowała wsparcia. Nie tylko w samym uniesieniu, lecz także - o ironio, od kogoś, z kim nie miała zbyt cudownych relacji - zwykłym poczuciu ciepła. Kimś żywym.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-03-21, 02:01   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Alba miała się za niepotrzebną, pozbawioną mocy, której mogłaby użyć, by komukolwiek tu pomóc. Myślę, że nie śmiałaby pomyśleć, że ja miałem okazję czuć się podobnie, właściwie tak samo, kiedy pochylałem się nad nią nieprzytomną, kiedy kładłem ją sobie na ramieniu, by zaraz ją nieść niczym worek ziemniaków, bezwładną i bez życia, nie posiadając wiedzy na temat tego, co się z nią działo i jak długo… Czy w ogóle to kiedyś odpuści? Dziś od rana źle się czuła, była jakaś osłabiona, a później krew z nosa i utrata przytomności. Bałem się, że…
Nie, nie mogłem o tym myśleć. Nie chciałem. Nie mogłem.
Najgorsze było to, że moja moc nie mogła mi pomóc. Nie byłem wystarczająco uzdolniony, by czynić cuda. Moja mutacja ograniczała się jedynie do kontrolowania płomieni. Mogłem je przygaszać, gasić całkowicie czy wzburzać, ale nie potrafiłem stworzyć płomienia, zaś moja dłoń piekła od wybuchu zapalniczki, przypominając mi przy okazji o moich najmroczniejszych myślach. Choćby tych, w których rozważałem podpalenie całego siebie całego… Szalona teoria, zbyt szalona, by próbować ją potwierdzić i zapewne ostatecznie zginąć. I co mi po tym wszystkim, skoro ani moc, ani wiedza nie pozwalały mi zdiagnozować stanu Alby?
Ale dobra! Rozmyślania przerwała mi nienadążająca zapewne za mną parka, ale też strzały. Wszyscy tu – czyli nasza wesoła wycieczka w postaci mojej, Sam, Ricky i nieprzytomnej Alby – byliśmy cali, więc starałem się chwilowo nie myśleć o osobach z Bractwa, które znajdowały się nadal obok sceny. Musieliśmy iść i ratować siebie, musiałem ocalić dziewczyny, a resztę… Nie miałem pojęcia, co z nimi będzie, ale ich też uratujemy, prawda? Choć jakoś nie brzmiało to w moich przekonywująco, biorąc poprawkę na aktualną kondycję Bractwa… Złe myśli. Ale halo! Nie byłem jakimś bohaterem! Po prostu Aaronem. Nic nikomu nie byłem winien. Teoretycznie.
- Ricky, dasz sobie z nią radę? – zapytałem, ale i tak wsunąłem zapalniczkę do kieszeni, by podejść do Sam z tej wolniejszej strony i ją nieco wesprzeć?
Oddział D.O.G.S. dotarł chyba do sceny. Krótkie spojrzenie w tamtą stronę pewnie to potwierdziło, ale nie poświęcałem temu zbyt wiele czasu. Chciałem być daleko od tego rakowiska. Nie chciałem, by wzięli sobie Sam, Ricky i Albę na celownik. We czwórkę jakoś w końcu dotrzemy do samochodu, a potem będzie już z górki… Damy radę! Mógłbym iść przodem, by podjechać autem do Sam, ale nie mogłem przecież dziewczyn zostawić w tyle, gdzie na karkach czułyby oddechy rządowych żołnierzy, co nie?
- Nie wiem, co się stało Albie… – zacząłem, ale zamilkłem. Nie kończyłem tej myśli. Musiałem być silny i nas stąd zabrać, co nie? – Wracamy od razu do Olympii czy zaszywamy się w cieniu Seattle? – zapytałem Ricky, co myśli o tych dwóch opcjach.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Sahir Allison



Beware of the dog

Manipulacja czarnym glutem

83%

Mortem





name:

Mały Książę

alias:
Cztery

age:
26

Wysłany: 2018-03-21, 03:51   

Marsz pokojowy?
Och proszę.
Pokój głoszony był dłońmi zwyciężonych. Nie pytano ich, czy to oni zaczęli ta wojnę i czy ci, którzy wyszli na ulicę bez broni mieli rację. Nikt nie napisze w gazetach, że złe, niedobre DOGS znów zrobiło rozróbę na ulicach. Nikt nie będzie mówił w wiadomościach, jak biedni są mutanci, jak pokrzywdzeni, bo ktoś raczył złapać ich za pióra. Powiedzą "Marsz pokojowy zakończony został strzelaniną na głównej ulicy Downtown". Pewnie podadzą do tego kilka imion bez nazwisk, pewnie strzelą jednym nazwiskiem. Nie poproszą o udzielenie wywiadu żadnego członka tego marszu, bo powie coś, co będzie niewygodne dla państwa - albo poproszą i odpowiednio zapłacą za nagranie kilku przerażonych minek. To ostatnie pewnie nawet dodane by zostało od aktora w gratisie. Ale marsz sam w sobie miał się całkiem nieźle. Nabrał rumieńców, przyspieszył tempa - ożył, kiedy tylko dano mu możliwość nabrania rozpędu. Jedna iskra - ogień tworzył się sam.
Cicha walka o wolność?
Och proszę.
Żaden wystrzał z pistoletu nie był cichy. Nie kiedy nikt nie użył tłumiku i nie zadbał o to, by cel nie znajdował się na środku sceny. I kto strzelił? Kto pierwsyz rzucił kamieniem w tych cichych bojowników o wolność, na których Sahir teraz spoglądał? On i sam Bóg, bo Bóg mi świadkiem, że temu starcowi pozostały już tylko oczy. Był głuchy. Głuchy i niemy, dlatego nie można było usłyszeć jego głosu i nie docierały do niego żadne modlitwy, a jestem pewien - posłano ich sporo dzisiejszego dnia do błękitnego nieba, na którym nie zbierały się burzowe chmury. Żaden wystrzał z pistoletu nie zapobiegł też niesprawiedliwości, bo kim był człowiek, żeby decydować o tym, co sprawiedliwe, a co nie? W obserwacji doprawdy drzemało coś boskiego. Nie angażowałeś się w nic - jedynie obserwowałeś. Tak samo głucho. Tak samo cicho. To jak jedni uciekali, inni walczyli o swoich przyjaciół - przyszli tutaj, żeby coś przekazać. I przekazali. Pokazali, że mutanci są na tyle niebezpieczni, że musiała polać się krew. Musiała czy może zostali do tego zmuszeni? Nie każdy mutant był bronią. Niezabezpieczonym pistoletem, który czekał na swój kierunek. Większość z nich nigdy nawet nie uaktywni swojego genu X, ale byli przekreśleni z racji samego jego posiadania - i to było niesprawiedliwe? Czy niesprawiedliwe było może raczej to, że kiedyś ten gen może się przebudzić i zabić bezbronnych ludzi w swoim otoczeniu? Zgaduj-zgadula, mój Boże.
W końcu to Ty robiłaś bilans zysków i strat.
Sahir stał w miejscu w zupełnym bezruchu, jak marmurowa rzeźba, kompletnie obojętnie wpatrując się w wykrwawiającą kobietę i mężczyznę, który stał obok nich. Jak zostało wcześniej powiedziane - Sahir cały czas celował bronią w Leona i był gotów do strzału w wypadku jakiegokolwiek poruszenia, chociażby drobnego, fałszywego powiewu wiatru. Nie zamierzał pozwolić, żeby znów stworzył między nimi dziwną ścianę albo zaszkodził dalszemu przebiegowi akcji. Więc kiedy Leon się ruszył - Sahir strzelił w jego udo. Cenny mutant równało się złapany mutant. Tak samo jak cenna była dziewczyna, która wytwarzała dziwną kulę nad swoją dłonią, wyglądało... chłodno. I wyglądało na coś, co może zaszkodzić. Tylko, no właśnie - właśnie ta dziewczyna umierała. Wojna w końcu wymagała ofiar.
Pokój również.
Sahir nie zamierzał w pomaganiu ściągania jakiegokolwiek robocika. On? Człowiekiem? Słodko ujęte. Nie było niczego ludzkiego w spojrzeniu pustych, czarnych oczu - wilczych dołów pozbawionych czegoś tak zbędnego jak empatia. Ale mimo to skinął głową w kierunku Shivali dając jej znać, że pomoże. I chciał pomóc. Sytuacja dla czwórki powstrzymanych przez niego mutantów nie prezentowała się dobrze, a to w końcu nie tak, że Sahir był bez serduszka. No na przykład lubił pingwiny. Ale to tylko dlatego, że żaden nie wydrapał mu oczu. No i skubane - latały! To może on też kiedyś polata jak wystarczająco intensywnie pomacha rączkami?
Żadna pomoc się nie udała - i nie miała się udać. Glutek przestał się przesuwać po ziemi i zamarł, a w drugiej chwili wsiąkł w asfalt wraz z prawidłem utraty kontroli nad nim. Huh? Jak to? Dlaczego? Zdziwienie odmalowało się na twarzy czarnowłosego. Skupił swoje myśli, swoją wolę, by przywołać jej więcej. Nic. Nie działało. Nie ważne jak się skupiał i jak próbował - zresztą i tak zbyt wiele czasu mu na te próby nie dano. Nie wiedział nawet skąd nadszedł strzał. Kula wbiła się w jego ramię, czarnowłosy skierował pistolet w bok - wystrzelił. Oczywiście, że wystrzelił, spięcie mięśni było natychmiastowe, niekontrolowane, tak samo jak to, że przesunął się o krok w przód - i natychmiast obrócił, by strzelić w osobę, która wystrzeliła w jego kierunku dwie kule. W Fay. Uskoczył jednocześnie w bok. Pozostawało już i tak czekać na wsparcie DOGS... pozostawało zawalczyć o życie. Jeden ułamek sekundy wystarczył, by stracić wszystko, a Allison nie zamierzał umierać. Nie chciał umierać, nawet jeśli pozornie nie było niczego, co trzymałoby go przy życiu. Nie chciał teraz rozmyślać o krzyku Shivali, o tym, że wykrzykiwała imię Tori i o tym, że rzuciła jej kluczyki. O tym, że im nie przeszkodził i nie robił zupełnie niczego, żeby Viktorię zatrzymać. Jakoś to, że Shivali walczyła zawzięcie z robotem, próbowała pomóc, było o wiele bardziej istotne niż to, ile osób dzisiaj umarło - i ile było rannych.
Po prostu - coś poszło nie tak.
Witamy na początku końca.
_________________

<div style="width: 430px;">
<img src="https://data.whicdn.com/images/260195603/original.gif" height="120"; style="width:204px;border:1px solid #000000;">
<div style=";font-family: arial; letter-spacing: 1px; line-height: 9px; font-size: 9px;font-weight:bold;color:#707070 ; text-align:center; margin-bottom:1px; margin-top: -10px">
~To take, one must first give.~


[Profil]
   
 
Ricky Roseberry



Gdy przerasta nas życie, chowamy się w jego cieniu.

bariera ochronna - fizyczna

86%

wolna mścicielka





name:

Ricky Roseberry

alias:
Sofia

age:
24

height / weight:
156/50

Wysłany: 2018-03-21, 11:45   
   Multikonta: Brak
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Nie chciałam tu być, nie miałam tu przyjeżdżać, ale coś mnie tknęło. Tknęło mnie do przyjazdu tutaj. Byłam pewna że nie skończy się to dobrze, ale nie obchodziło mnie to. Nie w momencie gdy zagrożenie było tak namacalne.
Może i chciałam pomóc, może to się udawało, ale nie mogłam uratować wszystkich. Nie udało się uratować Alison, której tak nie cierpiałam. Nie to że mnie to nie ruszyło, bo byłam w ogromnym szoku i było mi jej szkoda, ale teraz ważniejsza była Sami, Alba i Aaron, który jako tako się jeszcze trzymał. No właśnie JESZCZE. Czy tylko ja byłam tu najracjonalniej myślącą osobą? Chyba tak. Tyle już przeżyłam, tyle miałam popieprzonych myśli w głowie, że to już na mnie nie działało. Dobra strzały mnie straszyły, bo nie chciałabym oberwać, ale z drugiej strony kto by żałował? Chyba jedynie Sami i Rocky. Nie bałam się śmierci. Wychodziłam z przekonania, że śmierć jest o wiele łatwiejsza niż życie i tylko tchórze popełniają samobójstwa. Przecież musiałam sobie jakoś tłumaczyć fakt, że mnie nie było stać na odwagę, gdy miałam myśli samobójcze. Teraz one są gdzieś tam daleko. Zaszyte w mojej głowie, ale nie ruszalne.
Chciałam by teraz wszystko się ułożyło i abyśmy wyszli z tego marszu cali i zdrowi. Przynajmniej fizycznie, bo psychicznie wszyscy będziemy wykończeni. Patrzyłam jak Aaron objął Sami i chciał jej pomóc. Skinęłam mu głową na podziękowanie.
- Ujdzie. - oznajmiłam i skupiłam się bardziej na otoczeniu gdybym musiała użyć tarczy w razie ataku na nas. Byłam zmęczona, ale.... Ale oni byli dla mnie ważniejsi niż ja. Tak było lepiej. Mieć dla kogo żyć i ryzykować. Słyszałam co mówił Aaron i tylko lekko się skrzywiłam. Nie chciałam teraz dokładać mu zmartwień, a słowa typu "będzie dobrze" na pewno teraz nie będą zgodne z prawdą.
- Seattle. Tu lepiej się czuję gdybym miała nas bronić. - powiedziałam zgodnie z prawdą. Seattle znałam przez te kilka lat siedzenia na uczelni. Wiedziałam gdzie mogę się schować, lub zapędzić w kozi róg. Po prostu tu czułam się pewniej. Spojrzałam na Sami, która ledwo kontaktowała i łza pojawiła mi się w oku szybko ją odgoniłam i spróbowałam się uśmiechnąć zerkając do tyłu. Tam cała akcja dopiero się zaczynała. Chciałam tam wrócić i im pomóc, ale nie miałam jak. Nie w momencie gdy moim bliskim groziło niebezpieczeństwo.
_________________

Ricky Roseberry


[Profil]
  [A-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-03-22, 11:01   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Zawieszenie trwało jedynie sekundę czy dwie. Strzeliła. Trafiła. Teraz nie było czasu, żeby rozmyślać nad tym, jak bardzo dobre czy złe to było. Jak bardzo... moralne? Ale cóż, wiedziała, że wcześniej czy później to nastąpi, że będzie zmuszona do takich rzeczy. W końcu takie było założenie, prawda? Nie po to tyle ćwiczyła, żeby móc strzelać do puszek czy tarczy. Robiła to właśnie dla takich momentów, żeby zranić, zatrzymać, unieszkodliwić. Zabić? Hmm, jeśli śmierć jednego DOGSa równałaby się z możliwością ucieczki kilku mutantów, to jakoś by sobie z tym poradziła. Wyrzuty sumienia były w tym momencie czymś zbyt odległym, żeby zaprzątać sobie głowę. Zresztą, żeby móc je mieć, trzeba najpierw przeżyć.
Dlatego widząc, co się święci, widząc, że Sahir ją zauważył, dała nurka za skrzynkę na listy, która znajdowała się na chodniku dwa metry od niej. Wiecie, taką wolno stojącą, metalową, na czterech nóżkach i z pół-okrągłym dachem. Usiadła za nią, opierając się o nią plecami, myśląc co dalej. Okej, to nie wystarczyło i... trochę bała się, że nie będzie mogła zrobić niczego więcej. Jeśli Leon i reszta szybko się nie ogarną i nie spróbują ucieczki, kiedy ona zajmie Sahira. A jak potem sama się wydostanie? Cóż, budynek, z którego wyszła prawdopodobnie miał przejście na drugą stronę. Może to z niego uda jej się skorzystać i oddalić od miejsca największej jatki?
Na razie jednak trzeba było załatwić sprawę tutaj. Wystrzeliła dwie kule, zostały jej jeszcze cztery, dlatego nie myśląc wiele, wychyliła się ponownie zza skrzynki, oddając kolejne dwa strzały w kierunku mężczyzny. Bardziej niż o ponowne zranienie chodziło jej o chwilowe osłanianie tamtych, jednak kto tam wie, jak potoczą się kości losu. Przestrzelona dwa ramiona były lepsze niż jedno, prawda? Przynajmniej dla przeciwnika takiego delikwenta.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
Shivali Nyberg



If your heart was full of love, could you give it up? 'Cause what about Angels? They will come, they will go, make us special.

więź telepatyczna

72%

zbieg





name:

Shivali Nyberg

age:
24 lata

height / weight:
177/55

Wysłany: 2018-03-22, 18:08   
   Multikonta: Hopper, Donny
  

   Anioł Stróż w hinduskim wydaniu

  

   Pisze dobre wąteczki!

  

   #FPTP

  

   Podróżnik w czasie


Wszystko działo się cholernie szybko, za szybko. Najpierw jeden mężczyzna, który kazał jej wziąć dziecko na ręce. Lizzie. Martwą Lizzie. Shivali nie była w stanie zajmować się w tym momencie tym, czy musieli to zrobić, czy to w ogóle było potrzebne. Wiedziała tylko jedno - nie zrobi tego. Po prostu nie była w stanie. Nie dzisiaj. Nie ją.
Nie wiele wyszło z tych wszystkich planów, bo zaraz potem mężczyzna z DOGS wystrzelił. Shivali podskoczyła na ten dźwięk, ale nie mogła się zawahać, nie mogła zamrzeć. Nie miała przywileju, nie kiedy tyle rzeczy się działo. Już miała się zabrać za zbieranie z ziemi Cassandry, kiedy padł kolejny strzał, a moc mężczyzny zaczęła szwankować. Shiv wiedziała że lepszej okazji już nie dostaną.

Jeżeli Sahir nie trafił w Leona, po szybkim sprawdzeniu, że z mężczyzną jest wszystko w porządku, pomogła wstać Cassandrze (o ile ta już nie była na rękach Leona) i [u\szybko zaczęła uciekać razem z mutantami[/u]. Nie mieli czasu do stracenia!

Jeżeli Sahir trafił w Leona, sprawa była bardziej skomplikowana. W pierwszej kolejności, Shiv dotknęła Cassandry, żeby nawiązać wieź. Dziewczyna miała świadomość, że w tym momencie to na niewiele się zda, połączenie było zbyt słabe, żeby właściwie zrobić z nim cokolwiek, ale nawiązywanie więzi było banalnie proste, a przecież nie wiadomo co się stanie w ciągu najbliższych minut. Jeżeli nic by nie wyszło z ich ucieczki a kobieta zostałaby złapana przez DOGS, Shivali mogłaby jej jakoś pomóc. Poza tym, dziewczyna liczyła że później, w razie czego będzie mogła pomóc jej jakoś poradzić sobie z szokiem.
Zaraz po tym, Shiv dopadła Leona. Musiała improwizować, ale szkolenia i ogólnoskandynawska panika po ataku Breivika na coś się przydały. Dziewczyna szybko ściągnęła czapkę, zwinęła ją w rulon i przycisnęła do rany, żeby zaraz potem całość obwiązać szalikiem i tym sposobem stworzyć opatrunek uciskowy. Boże, Shivo, ktokolwiek, byle tego nie schrzaniła.
- Hej, potrzebuję Twojej pomocy - zawołała do Cassandry.
I, o ile kobieta była wystarczająco przytomna żeby jej pomóc, zaczęła jak najszybciej uciekać ciągnąc ze sobą Leona. Musiała jakoś wyprowadzić stąd tę dwójkę i wszelcy bogowie, oby nikt nie zaczął w nich strzelać.
[Profil] [WWW]
  [B+]
 
Zoella Oaks



I don't wanna live forever, 'cause I know I'll be living in vain.

umiem przeczytać Twoje myśli

58%

PJ kocham Cię





name:

Zoella Oaks

alias:
Zoey

age:
22

Wysłany: 2018-03-22, 19:48   
   Multikonta: Colleen


No kurde, taka odważna to ja dawno nie byłam, ale czasami trzeba było być! Nie mogłam tak zostawić tego, ot tak, że kobieta strzeliła do dziewczynki. Już naprawdę mało istotne było to, że dziewczynka była mutantem. Zastrzeliła niewinne dziecko, a ja miałam ją puścić? Seth najwidoczniej właśnie na to miał ochotę, ale postanowiłam trzymać się procedur, bo nigdzie w procedurach nie mieliśmy napisane, żeby puszczać morderców wolno, więc na pewno robić tego nie zamierzałam.
Seth w sumie to nie reagował, a ja opuściłam broń, z wzrokiem wlepionym w kobietę.
Panna Louanne ewidentnie nie była wzruszona moim aktem odwagi. Ba, nawet nie wierzyła, że mogłabym do niej strzelić... No cóż, ja nawet trochę byłam przekonana, że tak, mogłabym.
- Jasne. Zapakuję cię w auto i jedziemy do siedziby D.O.G.S.. Tam porozmawiamy. - powiedziałam z promiennym uśmiechem i podeszłam do niej, ściskając ją za ramię i jak nikt mnie nie zatrzymał, to pociągnęłam ją za sobą, ruszając w stronę swojego auta, które zaparkowalam wczoraj kilka metrów stąd.
Chciałam już stąd jechać. Zbyt wiele okropności się wydarzyło..
_________________

Slow motion. Blinds are see through. Let your mind go, imagine that I kiss you.
Turn off the lights and open up your eyes now. You can take a glimpse into my soul for tonight.

[Profil]
   
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-03-22, 19:59   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Na jego korzyść działało, że na na zewnątrz panował kompletny chaos. Ludzie w panice próbowali odnaleźć drogę ucieczki. Wszystko działo się tak cholernie szybko, ale Billy miał wrażenie jakby wszystko następowało klatkę, po klatce. Już udało mu się wyjść z budynku. Wszyscy na moment zapomnieli o tym, że ktoś przed chwilą zaatakował szefa jednej z najbardziej rozpoznawalnej organizacji w Stanach.
Wmieszał się w tłum. Torbę z bronią leżała w jednym ze śmietników. Wiedział, że być może to zostawianie po sobie śladów, ale na snajperce nie było jego odcisków palców, nie kupił jej osobiście, ani nie była to standardowa broń używana przez GC. Chciał się jej pozbyć jak najszybciej, by nie został złapany w jakiejś ulicznej łapance z nią przy sobie.
W końcu zniknął w tłumie.

/zt
/zt
[Profil]
  [A+]
 
Amy Vandom



Bądź przygotowany na najgorsze, ale licz na najlepsze

Zamiana w dym

60%

Miłość, prawość i nadzieja





name:

Amy Vandom

alias:
Amy

age:
24

Wysłany: 2018-03-22, 21:10   

A ja powiem tak, działy się okropności. Padały strzały za strzałem, krzyki, harmider, trącanie się nawzajem. Miałam po prostu tego dość! Dowódca piesków ewidentnie nie reagował, czyżby miał na mnie wyjebane? A może po prostu za bardzo się zauroczył w pannie morderczyni? Trudno, skoro postanowił załapać laga w myśleniu, to ja nie miałam zamiaru czekać aż się odwiesi. Skinęłam głową na nową przybyłą dziewczynę, ciesząc się, że chociaż ona jedna jest po właściwej stronie barykady.
- Zajmij się nią, proszę - powoli się wycofałam, krok za krokiem do tyłu. Obserwowałam również czy broń wystrzeli, czy Seth ściśnie spust. Póki nic się nie działo, to postanowiłam wyrwać się z tego wiru bezsensownosci sytuacji i iść tam, gdzie naprawdę źle się działo. Padały kolejne strzały, a ja biegnąc do najbliższych rannych osób osłaniałam rękoma głowę, taaaaa.... jakby to miało jakkolwiek pomóc. Cieszyłam się, że zwiałam od Setha, a raczej miałam nadzieję, że zwiałam, bo bałam się obejrzeć przez ramię. Czułam się jak idiotka, a zarazem nie miałam pojęcia jak zatrzymać ten szał pocisków. Własnej broni nie wyciągnę, bo do kogo bym miała strzelać? Ciężko jest określić, kto tu jest winny, choć najchętniej to bym wszystkich pozabijała.
- No do cholery! Czy wy głusi jesteście?! Przyślijcie te cholerne posiłki! Grupę antyterrorystyczną! - wykrzyknęłam do krótkofalówki.
[Profil]
 
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2018-03-22, 21:44   

Ludzka psychika jest niesamowitym narzędziem. Nie potrafimy go pojąć. Najlepszym przykładem na to, mogły być właśnie wszystkie osoby, które dziś znalazły się na pochodzie.
Osoby, które zawsze uważały się za racjonalistów, logicznych myślicieli, nie poddający się na co dzień emocjom w swoich akcjach... Dziś tracili nerwy a strach ich przerastał. Ci, którzy na co dzień zmagają się z lękami natomiast stali i walczyli z niesprawiedliwością. A co jeszcze ciekawsze – nieraz wszystkie te stany emocjonalne łączyły się w jedno, tworząc niemal mieszankę wybuchową...

Sytuacja pod sceną nie rysowała się kolorowo, a co gorsza – nic nie zapowiadało poprawy.
Przy Cassandrze pozostała dwójka wspaniałych, która starała się ogarnąć sparaliżowaną strachem kobietę. Zarówno Leon, jak i Shivali próbowali jej pomóc wstać, w czym usilnie starał się przeszkodzić im Sahir, który zareagował na ruch mężczyzny na jego celowniku.

Na jego nieszczęście – Fay była szybsza i to ona wcześniej wydała skuteczny strzał. Allison został wobec tego zraniony w tej samej chwili, w której sam próbował zaatakować, co może wpłynąć na lot jego kuli.
Pocisk wyleciał, z głuchym świstem tnąc powietrze, by po chwili ledwie zahaczyć o nogawkę spodni Hawthrone'a, a po chwili wbić się w barierkę przy scenie.
Pewne jednak było, że nasz władca glutów nie pozwoli sobie na przerobienie go w tarczę strzelecką, wobec czego niemal automatycznym ruchem odwrócił się ku pannie Murphy i to w jej kierunku skierował swoją spluwę.
Nasza władczyni zwierząt tylko widząc wymierzonego w nią gnata, wskoczyła za skrzynkę pocztową, która gabarytowo bez problemu ukryła całe jej ciało, podczas gdy kula Allisona powędrowała w kompletnie innym kierunku, rozbijając szybę w okolicznym sklepie z biżuterią i włączając nieprzyjemny dla uszu alarm – jakby to jeszcze robiło komukolwiek różnicę wśród wszystkich hałasów na ulicy.
Niestety, nasz czarnooki odczuwał też coraz większy ból w ramieniu. Krew się lała po jego rękawie, przyklejając tkaninę do skóry. Z takim wizerunkiem shauma już go raczej nie zatrudni...
Co gorsza – jego przeciwniczka próbowała zepsuć wygląd tego przystojniaka, wystrzeliwując w jego kierunku kolejne dwa pociski. Mężczyzna wciąż ma szansę ich uniknąć.

Warto jednak wrócić, do naszych Trzech i pół muszkieterów, czyż nie?
Leon bez większego problemu mógł pomóc Gardnerowej wstać, jednak wraz z dzieckiem stanowiła już nie lada ciężar, przez co zapewne ich ucieczka mogłaby być nieźle utrudniona. Nyberg natomiast kategorycznie nie miała zamiaru brać w swe objęcia zimnego ciała dziecka, to też wolała się skupić na podniesieniu tej kobiety, by po chwili zarówno ją jak i 25latka ciągnąć ku wolności...

Nieopodal nich wciąż znajdowała się wesoła gromadka w postaci Zoelli, która w końcu postanowiła zareagować i odciągnąć już zniecierpliwioną Louanne z tego zamieszania, oraz wciąż mierzący w naszą policjantkę – Seth.
Ta pierwsza parka powędrowała prosto do samochodu Zoelli, co nawiasem mówiąc – jest skrajnie nieodpowiedzialne! Nie minęła też chwila, gdy w krótkofalówkach rozbrzmiał komunikat:
- Uwaga, wszystkie jednostki! Przybyło wsparcie! Funkcjonariusze bez odpowiedniego osprzętu proszeni są o wycofanie się! Powtarzam, funkcjonariusze bez odpowiedniego osprzętu wycofują się!
Pannie Oaks nie trzeba było tego dwukrotnie powtarzać – tym bardziej, że była tylko stażystką. Wraz z panią wiceprezes opuściła teren marszu, kierując się prosto do siedziby D.O.G.S.
Pan Ambrose prawdopodobnie rzeczywiście był zbyt zaaferowany urodą pani wiceprezes GC, gdyż nawet nie zwrócił uwagi, jak kobieta trzymana przez niego na muszce – po prostu się wycofała, kierując w stronę mutantów pod sceną. Jej krzyki jednak wciąż nie dawały żdnego odzewu – prawdopodobnie krótkofalówka rudowłosej została odcięta od głównego biura. Vandom mogła jednak bez problemu dostrzec ten jeden oddział zielonych, zbliżający się w ich stronę...

Podobnie do nich chciała również postąpić nasza druga wycieczka, która chyba jednak wybrała trasę widokową, skoro do tej pory nie mogli się stąd wydostać. Aaron oraz Ricky, którzy starali się ze wszystkich sił ogarniać za swoje drugie połówki, prowadzili je prosto do samochodu Bartowskiego. Wystarczy już tylko do niego wsiąść i odjechać. Przeszkodą w tym nie powinna być nawet utrata świadomości przez Albę czy załamanie nerwowe Samanthy.

Tchniona nasilającym się bólem głowy Victoria w końcu odzyskała resztki instynktu samozachowawczego – wiedziała, że jej obecność tutaj zaczyna przysparzać więcej kłopotów, aniżeli korzyści. Dlatego z kluczami hinduski w dłoni, zaczęła się oddalać, niemal niezauważona przez najbardziej zainteresowanych rozwojem sytuacji, ku wolności. Wraz z opuszczeniem przez pannę Johnson terenu, moce pozostałych mutantów zaczęły do nich wracać...
Ta wolność kusiła też Billego, który po oddaniu strzału ponownie próbował wmieszać się w tłum, i to – prawdopodobnie był największy błąd. Mężczyzna szybko został sprowadzony do parteru przez spanikowany tłum i zadeptany. I co prawda – może i w końcu wygrzebał się z ziemi i powędrował za tymi wszystkimi ludźmi. Ale bilans dla niego był bardzo nieprzyjemny – połamane 3 żebra, zmiażdżona prawa dłoń, zwichnięta kostka i wstrząśnienie mózgu. Nudności i bóle głowy nie opuszczą go przez kolejne kilkanaście dni...

Wszystko co dobre musi się jednak skończyć... Szóstka uzbrojonych członków wsparcia D.O.G.S. Zbliżyła się od strony skrzyżowania tam, gdzie odbyła się najbardziej krwawa jatka. Próbowali podążać za Cassandrą, Leonem i Shivali, mierząc do nich z broni.
- Stać! Nie ruszać się! – padła komenda z ust – prawdopodobnie – dowódcy oddziału.
Jedyna droga ucieczki prowadziła na zachód – pytanie tylko, jak długo, gdy było widać kolejny oddział D.O.G.S. (w ilości 8 osób) spuszczający się po ścianie budynku...

______________________________________
Kolejny odpis MG -> wyjątkowo poniedziałkowy wieczór!
Utrata opanowania 2K20: Samantha (brak reakcji),
Utrata opanowania K20: Cassandra, Leon
Utrata opanowania K10: Shivali, Amy

Osoby mogące opuścić teren w tym poście: Aaron, Alba, Ricky, Samantha. → należy wyraźnie zaznaczyć opuszczenie tematu! W innym wypadku wsparcie D.O.G.S. Wciąż ma szansę na przejęcie postaci!
Osoby, które opuściły teren w tej akcji: Zoella, Louanne, Victoria, Billy.
Nie ma już możliwości dołączenia do eventu!
Postaci, które biorą udział w evencie, a nie odpiszą do kolejnego udziału mistrza gry, otrzymają ujemny modyfikator do reakcji na rzeczy, które mogą ich dotyczyć.

Rzuty:
Ukryj: 
Statystyki:
Ukryj: 

Numer porządkowy: 1
Dane: Lucas Hope
Rola: Organizator
Żywotność: 96%
Opanowanie: 63%
Inne: Syreni śpiew [3/1], modyfikator -1 do wszystkich rzutów (marznie)
Numer porządkowy: 2
Dane: Zoella Oaks
Rola: Ochrona
Żywotność: 100%
Opanowanie: 69%
Inne: Telepatia [5/3], astma wysiłkowa
Numer porządkowy: 3
Dane: Shivali Nyberg
Rola: Organizator
Żywotność: 100%
Opanowanie: 20%
Inne: Więż telepatyczna [1-9/1], boi się pożarów, modyfikator -2 (opanowanie)
Numer porządkowy: 4
Dane: Billy Sanders
Rola: Ukryty agent
Żywotność: 49%
Opanowanie: 100%
Inne:
Numer porządkowy: 5
Dane: Seth Ambrose
Rola: Ochrona
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne:
Numer porządkowy: 6
Dane: Amy Vandom
Rola: Ochrona/Policja
Żywotność: 100%
Opanowanie: 79%
Inne: Zamiana w dym [1-2/1]
Numer porządkowy: 7
Dane: Alba Delgado
Rola: Uczestnik
Żywotność: 90%
Opanowanie: 61%
Inne: Empatia [3/1]
Numer porządkowy: 8
Dane: Alison Blake
Rola: Uczestnik
Żywotność: 0%
Opanowanie: 0%
Inne: MARTWA, Kriokineza [3/2]
Numer porządkowy: 9
Dane: Aaron Bartowski
Rola: Uczestnik
Żywotność: 95%
Opanowanie: 53%
Inne: Pirokineza [5-8/1-3]
Numer porządkowy: 10
Dane: Lizzy Addams
Rola: Uczestnik
Żywotność: 0%
Opanowanie: 0%
Inne: MARTWA; Opiekun [3/2]
Numer porządkowy: 11
Dane: Samantha Bartowski
Rola: Mówca
Żywotność: 90%
Opanowanie: 29%
Inne: Złamana kość biodrowa, modyfikator -1
Numer porządkowy: 12
Dane: Cassandra Gardner
Rola: Uczestnik
Żywotność: 99%
Opanowanie: 55%
Inne: Manipulacja snami [1-5/0-2]
Numer porządkowy: 13
Dane: Fay Murphy
Rola: Uczestnik
Żywotność: 90%
Opanowanie: 90%
Inne: Kontrola zwierząt [5/2]; Brak czucia w lewej ręce
Numer porządkowy: 14
Dane: Leon Hawthrone
Rola: Uczestnik
Żywotność: 100%
Opanowanie: 92%
Inne: Aerokineza [???], szybki. [1-5/0-2]
Numer porządkowy: 15
Dane: Louanne Marie - Henning
Rola: Ukryty Agent
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne: -
Numer porządkowy: 16
Dane: Victoria Johnson
Rola: Uczestnik
Żywotność: 100%
Opanowanie: 40%
Inne: Blokada mocy [4/2], modyfikator -1
Numer porządkowy: 17
Dane: Ricky Roseberry
Rola: Uczestnik
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne: Bariera ochronna – fizyczna [5/3]-
Numer porządkowy: 18
Dane: Sahir Allison
Rola: Wsparcie ochrony
Żywotność: 100%
Opanowanie: 100%
Inne: Czarna materia [10m/ak. (20max)]
[Profil]
 
 
Ricky Roseberry



Gdy przerasta nas życie, chowamy się w jego cieniu.

bariera ochronna - fizyczna

86%

wolna mścicielka





name:

Ricky Roseberry

alias:
Sofia

age:
24

height / weight:
156/50

Wysłany: 2018-03-22, 23:08   
   Multikonta: Brak
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Byliśmy tak blisko. Blisko samochodu wolności, ucieczki. Właśnie tego teraz potrzebowaliśmy. Właśnie o to chodziło w tym momencie. Ucieczka była nieunikniona. Doszliśmy do samochodu i pomogliśmy sobie nawzajem usadzić dziewczyny w aucie Aarona. Widziałam że Sami nie kontaktuje i się załamie. To było pewne w stu procentach. Przygasiło mnie to i było mi smutno, ale teraz nie mogłam nic na to poradzić. Po prostu musieliśmy stąd odjechać, zwłaszcza, gdy nie wiedzieliśmy co było Albie, a Aaron był poparzony. Wiedziałam że dałabym radę nas zasłonić, ale jestem tylko barierą, która dałaby trochę czasu, a nie mocą ofensywną. To mnie bolało, że nie poradziłabym sobie w ataku, ale na to nic poradzić nie mogłam. Mogłam jedynie pomóc w ucieczce znając Seattle na tyle by nas stąd wyprowadzić.
Albe wraz z Aaronem posadziliśmy z tyłu, a Sami z przodu. Oczywiście Aarona wepchnęłam na tył, z czego nie był zadowolony, ale teraz to ja byłam sprawna w pełni by nikogo nie potrącić i uciec. Wzięłam kluczyki i odpaliłam auto. Grzecznie zamruczało, a ja wzięłam głęboki wdech ruszając. Rozejrzałam się po okolicy i skręciłam w dróżkę która była mi dobrze znana. Pojechałam prosto w stronę mojej starej uczelni. Stamtąd przez mało ruchliwe drogi i zakamarki wyjechać z centrum. Tak było bezpieczniej dla nas wszystkich a to liczyło się najbardziej. Przynajmniej w tym momencie.
Chciałam przynajmniej w taki sposób pomóc. Nie uratujemy przecież wszystkich, ale osoby które kochamy będą bezpieczne. Przynajmniej tak sobie tłumaczyłam to że zostawiłam tam Leona, lub Cass, która jeśli dobrze ją kojarzyłam była przyjaciółką Rocky. Tak zdecydowanie obwiniałam się o to że im nie pomogłam, ale.. No właśnie to ALE tam znowu się pojawiało. Wolałam uratować nasze tyłki niż narażać się i spowodować kolejne załamanie u Sami.
- Znam jedno miejsce gdzie będziemy bezpieczni i możemy tam zostać jak długo chcemy. - powiedziałam do Aarona, gdy byliśmy już w bezpiecznej strefie. Skręciłam w stronę mojego ulubionego miejsca za czasów studiów mając nadzieję, że przystanek coś da. Może uda mi się ułożyć myśli co teraz zrobić, a może Alba się przebudzi. Zobaczymy z czasem. Teraz trzeba mieć tylko nadzieję i jej będę się trzymała.


/zt x4 (Sami, Alba, Aaron, Ricky)
_________________

Ricky Roseberry


[Profil]
  [A-]
 
Sahir Allison



Beware of the dog

Manipulacja czarnym glutem

83%

Mortem





name:

Mały Książę

alias:
Cztery

age:
26

Wysłany: 2018-03-23, 03:25   

Bolało.
Ból ręki rozchodził się uderzeniami pod czaszką. Nie oznaczało to jednak, że nie dało się z tym bólem funkcjonować. Nie kiedy było się do niego przyzwyczajonym. Tylko że, widzicie, do bólu podobno nie można się przyzwyczaić. Nie można go odrzucić, nie da się go wyprzeć jedyne co pozostaje to traktować go jak swojego przyjaciela. Albo pozwolić działać adrenalinie we krwi i udawać, że ten ból wcale nie istnieje. W przeciwieństwie do upływającej krwi, która ciepłem zwilżała całe ramię coraz bardziej i bardziej. Zsuwała się w dół, wsiąkała w rękaw. Skapywała z koniuszków palców na ziemię. Absolutnie uroczo, zwłaszcza kiedy nim miotnęło przez co spudłował obydwa strzały. Żałosne. Słabość zawsze była żałosna (no chyba że atakowały cię pingwiny, wtedy to okej), sprawiała, że człowiek zamiast dawać z siebie wszystko to raczkował na połowicznych osiągach.
Alison nie zwrócił większej uwagi na wsparcie DOGS - zwrócił na tyle, by wiedzieć, że zajęli się oni tymi mutantami, których on próbował przytrzymać dotychczas. Nie bardzo miał też czas i możliwości na pogawędki ze swoimi ziomkami-ziomusiami, z którymi nawet się za bardzo nie lubili mimo tylu lat współpracy, bo właśnie był pod dość aktywnym ostrzałem Władczyni Pingwinów, która już jedno jego ramię wyeliminowała z gry - pewnie zrobiłaby to i z drugim.
Albo z nim całym.
Dziewczyna wcale nie była tak daleko od niego więc ruszył za nią. Tylko nie na wprost. Półkolem, żeby zajść ją od boku. Strzelić. Strzelił do Fay kiedy tylko ją zobaczył. Dla niego było tylko zabij albo zostań zabity. W przypadku tej niewiasty puściły cugle pod tytułem "cenny mutant" - zresztą czy była mutantem? Czy tamci byli mutantami? Prócz Leona, który pokazał swoją moc, rzecz jasna. Nie próbował zawalczyć znów ze swoją własną moc, tutaj pojawiały się jego granice, nie miał zresztą nawet czasu się na niej skupiać. Już i tak czuł, że zwalnia, choć powinien przyśpieszać.
Wsparcie DOGS zalewało już cały plac.
_________________

<div style="width: 430px;">
<img src="https://data.whicdn.com/images/260195603/original.gif" height="120"; style="width:204px;border:1px solid #000000;">
<div style=";font-family: arial; letter-spacing: 1px; line-height: 9px; font-size: 9px;font-weight:bold;color:#707070 ; text-align:center; margin-bottom:1px; margin-top: -10px">
~To take, one must first give.~


[Profil]
   
 
Leon Hawthrone



Everybody waiting for the fall of man Everybody praying for the end of times Everybody hoping they could be the one I was born to run, I was born for this

Aerokineza

70%

xxx





name:

Leon Hawthrone

alias:
Leo

age:
25 lat

Wysłany: 2018-03-23, 20:13   
   Multikonta: Nie


Leon często znajdował się w hm... podbramkowych sytuacjach. Zawsze jednak - jakimś cudem - zwykle udawało mu się wydostać z kłopotów. Nazwijcie to łutem szczęścia, call it what you want to. Może zależało to od tego, że im mniej człowiek wszystko analizował i obmyślał, tym więcej po prostu działał. Trzeba było powiedzieć, że Leon najpierw coś robił, potem myślał, więc no... Ooooh, i ileż to razy w ciągu tego cholernego dnia przemknęło mu przez głowę po jakie licho tu w ogóle przylazł? Jak w ogóle mógł się nabrać na tą ideę pokojowego marszu? Jego intuicja go zwiodła, a teraz miał za swoje. Sapnął cicho, kiedy kula świsnęła obok jego nogi o parę milimetrów. Odpierdol się, sukinsynie! - mniej więcej to mówiło jego spojrzenie, które wymierzył w jednego z DOGSów.
Ile to już razy Murphy uratowała mu dzisiaj życie? I CZYM będzie się musiał jej odpłacić, jeśli wyjdzie z tego jakoś cało? Miał nadzieję, że dziewczyna jakoś sama sobie poradzi i stąd zwieje, zanim zrobi się gorąco. A propos tego... Serce zaczęło walić mu szybciej, kiedy zobaczył zbliżające się oddziały żołnierzy.
- Hej, musimy ją tu zostawić, SŁYSZYSZ?! Nie dam rady unieść was dwóch i tej małej. - powiedział do Cassandry. A kiedy dziewczyna puściła ciało dziecka, złapał ją mocno w pasie a potem doskoczył też do Shivali. Nie miał zamiaru dać się złapać tym gnidom z rządu. Spróbował się skupić, na tyle, na tyle, na ile był w stanie, a potem... Powietrze uniosło ich lekko w górę, coraz wyżej i wyżej.
_________________

And now it's time to build from the bottom of the pit, right to the top


Leon Hawthrone


[Profil]
 
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-03-24, 21:54   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Czy powinna żałować, że nie pozostała całkowicie obojętna na czynniki zewnętrzne? Na krzyki, wrzaski, strzały, panikę? Być może. Być może faktycznie by tego pożałowała, bo zdecydowanie łatwiej było podejmować próby odcięcia się od tego, niżeli usiłować ogarnąć wszystko na raz, jednocześnie jakoś utrzymując się na nogach. Nie miała jednak czasu na to, by specjalnie się zamyślać czy analizować sytuację.
Wręcz przeciwnie, odruchowo przyjmując pomocną dłoń podczas wstawania - choć nawet nie znała kobiety, która jej ją podała - prawie natychmiast została rzucona na głęboką wodę. Musiała nie tylko spróbować zapanować nad zdenerwowaniem, chociaż serce łomotało jej jak szalone i wręcz podchodziło do gardła, odnaleźć w sobie resztki zimnej krwi, lecz także prawie natychmiast zorientować się w położeniu. Nie tylko jej, ale najwyraźniej również także mężczyzny z kawiarni - cudownego powietrznego chłopca, który tym razem robił najwyraźniej za narodowego bohatera - jak i również drugiej kobiety.
To było... Nieco zbyt wiele, przynajmniej dla niej, zwłaszcza że okropnie ciężkie uczucie towarzyszące uświadomieniu sobie tego, jak bardzo zawaliła w przypadku ochrony Lizzy... Cóż, nadal nie zamierzało odpuścić. Nie w sytuacji, w której nadal przytrzymywała martwe ciało dziewczynki, jednocześnie dostrzegając także zwłoki kolejnej znajomej osoby. Alison znajdowała się tak blisko, jednak dopiero teraz Cassandra tak naprawdę dostrzegła, że nie było w niej już ani krzty życia. To zaś spowodowało, iż uczucie zapadania się w ziemię tylko jeszcze bardziej wzrosło.
Gdyby w tym momencie była wyłącznie widzem, kimś spoglądającym z boku na rozgrywające się sceny - zupełnie niczym w jednym z tych wyjątkowo popapranych snów, w jakie wpadała, gdy traciła panowanie nad mocami - prawdopodobnie w życiu nie powiedziałaby, że zachowa się w ten sposób. Nie poznałaby samej siebie, nie przewidziałaby, że będzie w stanie tak bardzo stracić głowę. Najwyraźniej jednak granice zostały przekroczone na tyle mocno, iż ponowne odzyskanie trzeźwości umysłu nie miało być aż tak proste. Nawet jeśli zareagowała na głośne, ostre słowa ze strony mężczyzny obok.
Zamierzała zaprotestować, odmówić zostawienia dziewczynki, ale ciężko jej ją było dalej utrzymywać. Martwa, chłodna, coraz bardziej sztywniejąca nie była lekka, coraz bardziej wyślizgując się Cassandrze z ramion. Gardner musiałaby się ponownie pochylić, spróbować jeszcze raz ją podźwignąć, jednak zdecydowanie nie było na to czasu. Musiała wybrać, posyłając jedno, dosyć odruchowe spojrzenie w kierunku drugiej kobiety, a potem... Dając Addams ostatecznie osunąć się z powrotem na ziemię. Nie jak kłodzie - zadziwiająco powoli i delikatnie, zwłaszcza jak na martwą.
Nie było jednak czasu zrobić nic więcej. Jeśli sami nie zamierzali skończyć niczym dziecko, musieli jakoś zebrać się do ucieczki, ruszyć jak najdalej od miejsca wydarzeń. Gdy zatem powietrzny chłopiec postanowił przejąć dowodzenie, Cass wyjątkowo nie protestowała. Wręcz przeciwnie, oddała mu do dyspozycji resztki panowania nad sytuacją, jakie jeszcze mieli, pozwalając objąć się w pasie i odruchowo przytrzymując się przy tym także ich nieznanej towarzyszki.
I choć nigdy nie miała lęku wysokości, kolejne chwile zapewne miały być dosyć... Niepokojące. Zwłaszcza że absurdalna myśl podsuwała pytanie - czy on w ogóle miał licencję pilota?
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,06 sekundy. Zapytań do SQL: 5