Poprzedni temat «» Następny temat
I poziom
Autor Wiadomość
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-03-08, 17:42   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Nie wiedziałam, co jej odpowiedzieć.
Nie mogłam jej przecież prosto z mostu powiedzieć, że tak, właśnie Ty komplikujesz tą relację. Nie chciałam nawet tego mówić. Co by się nie wydarzyło między mną a blondynką - miało się to nijak do tego, co łączyło mnie z tą ślicznotką przede mną - nawet, jeśli jej uroda była teraz przytłumiona przez negatywne emocje.
Przełknęłam głośniej ślinę, odwracając wzrok ku ziemi. Nie chciałam nic mówić. Zresztą... To było aż zbyt oczywiste. I żadne słowa nie mogły tego zmienić.
Jednak jej kolejny gest... Zabolał. Kurwa, mogłam nic nie mówić, odbić temat, wrócić do tego jutro... No cokolwiek! A tymczasem powiedziałam wszystko i teraz musiałam ponieść za to karę - nawet, jeśli oznaczało to odtrącenie. Samo to, że nie chciała dać się dotknąć... Ja pierdole, kim się stałam? Czy naprawdę musiałam krzywdzić wszystkich, którzy dla mnie coś znaczą?!
Chyba w tej chwili sama zamarłam. I ten stan nie zmieniał się nawet, gdy Roseberry starała się złapać ze mną kontakt wzrokowy. Niby... Niby rozumiała, a jednak czułam, że to wcale nie może być takie proste. Ale zamiast powiedzieć jej cokolwiek... Po prostu siedziałam i milczałam, bijąc się z własnymi myślami, czy mówiąc szczerze postąpiłam słusznie.
Co gorsza... Poczułam się jak ostatni śmieć, widząc jej łzy. Ja pieprzę, brawo, Bartowski. Właśnie zmusiłaś kobietę swojego życia do płaczu. Nie ma co, jest być z czego dumnym. Nawet nie zdążyłam wyciągnąć do niej dłoni, by choć spróbować otrzeć jej łzę, bo ta niemal natychmiast się odwróciła. Czułam, że ją tracę... Mimowolnie chciałam wstać, jednak rzeczywistość szybko przyszpiliła mnie z powrotem na siedzisku - kurwa, wciąż nie mogłam opierać ciężaru na tej jebanej nodze... Skrzywiłam się, po swojej próbie, starając się jednak nawet nie syknąć z bólu.
- Ricky... Proszę... - Wydusiłam tylko z siebie, gdy tylko zauważyłam jej reakcję. Miałam pustkę w głowie - nie wiedziałam, co robić, nie wiedziałam, co mówić. Po prostu... Chyba przerosła mnie ta sytuacja.
Przerażała mnie ta sytuacja - bałam się, że skoro już wstała, skoro już wędruję, to w ciągu ułamka sekundy stąd wyjdzie. Wyjdzie i nigdy nie wróci. Nie odezwie się. Po prostu zniknie, jak przed laty, tym razem jednak... Nienawidząc mnie za prawdziwą krzywdę, jaką jej wyrządziłam...
Ulżyło mi więc, gdy zobaczyłam, jak dziewczyna klęka przy kanapie. Do tego, nawet była w stanie wyznać mi miłość - mimo wszystko...
Poczułam ukłucie w sercu. Kurwa. Może jednak cały ten wieczór był pomyłką? Nie chciałam, by moja kruszyna wróciła do stanów depresyjnych. A tak strasznie się bałam, że informacja o mojej przeszłości mogła ponownie do tego doprowadzić. A przecież to ja byłam złym człowiekiem, nie ona. To ja powinnam za to płacić, nie ta ślicznotka.
Jej łzy... Bolały mnie. Dlatego też w chwilę osunęłam się z kanapy, by wylądować koło niej. I chociaż... Spróbować ją przytulić, o ile tylko wyrazi na to zgodę. Nie znosiłam jej płaczu, bo moje serce się wtedy krajało.
- Nawet tak nie mów... - Szepnęłam do niej, gładząc ją po ramieniu i próbując pocałować ją w tą niemądrą główkę. Po chwili starałam się też zgarnąć jej dłonie z twarzy, by móc samej ją okiełznać, pocieszyć i uspokoić. Trzymając jej śliczną buźkę w moich dłoniach, starałam się skierować jej wzrok prosto na moje oczy, by widziała, jak szczere są moje słowa. - Ricky. Kocham Ciebie. I nawet nie ma mowy, żebyś była kiedykolwiek ućpana, rozumiesz? Ani upita do takiego stanu. Na to nie pozwolę. - rzekłam tonem nie znoszącym sprzeciwu, mimo, że sama teraz walczyłam o to, by się nie rozpłakać. Przynajmniej teraz musiałam być silna za nas obie.
Wzdrygnęłam się na myśl, że chciałam ją umoralniać, gdy sama przecież dzień w dzień robiłam dokładnie to, o czym ona teraz marzyła. Ale przecież wiedziałam, że to nie jest rozwiązanie. Najgorsze jednak, że... Chyba sama chciałam się już doprowadzić do stanu nieużywalności, dlatego westchnęłam cicho, próbując ją schronić w moich ramionach, przytulając ją do mojej klatki piersiowej - gdzie mogła usłyszeć, jak mocno wali moje serce.
- Jeśli... Jeśli naprawdę chcesz... Mam gdzieś jeszcze chyba jedną butelkę wódki. Ale to ten jeden raz, Roseberry. Nigdy więcej nie możesz się upić. - wydusiłam w końcu, patrząc się gdzieś w zasłonięte okno i gładząc jej włosy. Kurwa... Nie byłam wystarczająco silna. Nawet dla niej...
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Ricky Roseberry



Gdy przerasta nas życie, chowamy się w jego cieniu.

bariera ochronna - fizyczna

86%

wolna mścicielka





name:

Ricky Roseberry

alias:
Sofia

age:
24

height / weight:
156/50

Wysłany: 2018-03-08, 23:36   
   Multikonta: Brak
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Cisza dawała mi ukojenie. Chociaż tyle Sami zrobiła, żeby mi pomóc. Siedziała cicho i nie próbowała jakichkolwiek głupot bo nie wiem jak bym zareagowała. Po prostu musiałam chwilę pomyśleć i "pobyć sama", dlatego właśnie się odsunęłam i przechadzałam po pokoju. Nie chciałam wychodzić i zostawiać Sami, ale musiałam mieć swoją przestrzeń. Niestety byłam do niej zbyt przywiązana jeśli chodzi o moje napady negatywnego myślenia, a towarzystwo Sami mi pomagało. Nawet jeśli to dzięki niej miałam mętlik w uczuciach.
Tak dobrze przeczytaliście DZI?KI niej, a nie przez nią.
Może to głupie, ale nie chciałam być sama. Nie chciałam odchodzić i nie chciałam niszczyć tego co właśnie odbudowujemy. Dobra rozumiem nie widziałyśmy się 4 lata i każda mogła robić co chciała z własnym życiem. Rozumiałam to dlatego próbowałam wyłączyć na chwilę uczucia. Niestety nie byłam robotem, by to podziałało i właśnie dlatego moje policzki były mokre od łez. Słyszałam Samanthe, ale nie reagowałam. Nie chciałam nic w tym momencie mówić, bo nie byłam po prostu w stanie. Wiedziałam że głos mi się załamie, więc po co miałam próbować.
Pozwoliłam się przytulić i odsunąć moje dłonie od twarzy. byłam w tym momencie jak laleczka. Mogła zrobić co by chciała, a ja bym się nie sprzeciwiała. Łzy przestawały płynąć gdy słyszałam jej oddech i serduszko, które biło nadzwyczaj szybko. Zamknęłam oczy i wsłuchiwałam się w nią przez kilka minut. Dzięki czemu uspokoiłam się do tego stopnia, że starłam ostatki łez z twarzy i głęboko odetchnęłam. Wiedziałam, że to nie koniec. Powiedziałabym że nawet początek tego co będzie się działo w mojej głowie, ale jednego byłam pewna. Obietnica to świętość, a obiecałam że od niej nie odejdę więc nie robiłam tego. Kochałam ją. Nawet w tym momencie byłam tego świadoma, dlatego tak bardzo to bolało. Dobra 4 lata rozłąki i to że ja uciekłam nie było wymówką, ale bolało. Bolało jak cholera, gdy dowiedziałam się, że miała kogoś innego. Sama się o to prosiłam prawda? Przecież zapytałam. Westchnęłam słysząc to że miała gdzieś alkohol. Odsunęłam się odrobinę od niej i spojrzałam jej w oczy.
- Nie. Nie chcę. Chcę coś innego. - pokręciłam głową, a mówiąc ostatnie słowa przybliżyłam się do niej i złożyłam na jej ustach całusa. Delikatnego i niepewnego.
- Przepraszam. - oznajmiłam szeptem po chwili i przytuliłam ją. To była moja wina. To że teraz siedziałyśmy na podłodze, że weszłyśmy na taki temat, że się nie widziałyśmy tyle lat. To wszystko było moją winą.
_________________

Ricky Roseberry


[Profil]
  [A-]
 
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-03-09, 00:38   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Dla mnie te chwile ciszy oznaczały wyrok, niepewność i strach. Strach przed tym, co nieuniknione. Z każdą kolejną chwilą milczenia bałam się coraz bardziej, że ją stracę.
Ulżyło mi jednak, gdy znowu mogłam się do niej zbliżyć, gdy nie uciekała przed moim dotykiem, gdy dawała się przytulić. Nie wiedziałam jednak, na ile sama chciała na to pozwolić, a na ile był to wynik jej bezradności. Korzystałam jednak z tego, próbując uspokoić zarówno ją jak i samą siebie.
- Ciii... - Powtarzałam tylko co jakiś czas, gdy wciąż słyszałam jej szloch, jakbym liczyła, że to serio może w czymś pomóc. Chyba w pewnym momencie nawet zaczęłam się z nią lekko kiwać. Robiłam wszystko, byle tylko znów mogła ze mną normalnie porozmawiać...
Na mojej twarzy jednak pojawiło się zdziwienie, gdy dziewczyna odważyła się złożyć na moich ustach ten krótki, acz chyba znaczący pocałunek. To było... Dziwne. Jeszcze przed kilkoma chwilami nie mogła się zanieść od płaczu, właśnie przeze mnie, a teraz mnie całuje?
- Nie przepraszaj. Bo nie masz za co. - Stwierdziłam dość pewnie, choć bardzo łagodnie, ponownie ją obejmując. Chciałam, by w końcu poczuła się bezpieczna. By się mnie nie bała. I by mi ufała. Wiedziałam, że to wcale nie będzie łatwe. Nie po tym wyzwaniu. Ale wierzyłam... Że skoro teraz jej wyznałam całą prawdę, to i w przyszłości Ricky nigdy we mnie nie zwątpi.
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Ricky Roseberry



Gdy przerasta nas życie, chowamy się w jego cieniu.

bariera ochronna - fizyczna

86%

wolna mścicielka





name:

Ricky Roseberry

alias:
Sofia

age:
24

height / weight:
156/50

Wysłany: 2018-03-09, 11:41   
   Multikonta: Brak
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Dziwne.. Hmm w sumie można tak to nazwać. Po prostu chciałam się przekonać czy nadal jestem w tym samym miejscu z tą samą osobą. Nie miałam powodów by być zła na Sami. Było mi przykro, ale to z własnej głupoty. Uśmiechnęłam się lekko do siebie i wtuliłam się mocno w moją ukochaną.
- Mam za co przepraszać, gdyby nie to że uciekłam to nigdy by się nie wydarzyło. To moja wina i przepraszam. -powiedziałam pewnie, ale mój głos nadal nie nabrał takiego samego tonu jak przed płaczem. Byłam tym wszystkim zmęczona. Westchnęłam i odsunęłam się od Sami wstając. Podałam jej dłoń by pomóc jej wstać.
Tak kolejny sprawdzian tego czy mnie nie odrzuci. Jestem pełna wad, ale miałam nadzieję, że mnie zaakceptuje.
Ja ją akceptowałam. I akceptowałam to, że miała inne. Przecież ja też nie byłam święta. Może to nie było nic wielkiego, ale nadal pamiętałam to jak zbliżyłyśmy się z Artemis. Wiedziałam, że powinnam powiedzieć o tym Sami, ale nigdy nie twierdziłam, że to coś o czym warto mówić, po prostu maleńkie nieporozumienie, a reszta randomowych dziewczyn? No cóż na kilku drinkach zazwyczaj się kończyło. Znaczy ich drinkach postawionych przeze mnie. Zawsze mnie coś hamowało i nie potrafiłam doprowadzić do niczego więcej niż przytulanie. Po prostu cały czas pamiętałam o Sami o jej dotyku o jej pieszczotach o tym jak ona dbała o mnie, a ja o nią. Po dłuższej chwili odetchnęłam i usiadłam na łóżku odsuwając od siebie całe jedzenie. Podciągnęłam kolana pod brodę i po prostu tak siedziałam bijąc się z myślami. Chciałam po prostu mieć kogoś na kim by mi zależało. Nie licząc Rocky, bo ona była nawet nazbyt opiekuńcza od momentu gdy popadłam w depresje. Spojrzałam na Sami i lekko się uśmiechnęłam.
- Chodź do mnie. - poprosiłam i pokazałam miejsce obok siebie. Chciałam się przytulić.
Przytulić i odpocząć od wszystkiego, a jej ramiona były tak zachęcającą barierą przed wszystkim co złe, że nie mogłam sobie odpuścić. Chciałam być bliżej niej, bo może i mam bajzel w myślach, ale czułam jedną rzecz jedno z moich popieprzonych uczuć górowało nad wszystkim co w tym momencie było wokół mnie. Kocham ją. Najmocniej na świecie i nic ani nikt tego nie zmieni.
_________________

Ricky Roseberry


[Profil]
  [A-]
 
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-03-10, 10:56   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Na słowa dziewczyny pokręciłam bezradnie głową, wzdychając cicho. Nawet nie wiedziałam, co mogę jej na to odpowiedzieć. No bo... Co? Nie no, co Ty, jakbyś została to i tak to się mogło wydarzyć? Ja pieprzę, to brzmi jeszcze gorzej niż jej stwierdzenie o ucieczce... Wolałam to teraz przemilczeć, nie dokładać jej więcej wątpliwości i rozmyśleń Co by było gdyby...
Skorzystałam z oferty pomocy, gdyż nawet nie było opcji, bym sama wstała. Znaczy, mogłabym się niby trochę posiłować, ale po co?
- Dzięki... - Mruknęłam tylko, gdy znalazłam się we względnie pionowej pozycji. Nie powiem. Na chwilę moje serce zamarło, gdy zauważyłam, jaką pozycję przyjmuje Roseberry. Nie wiedziałam czego się spodziewać. Czy nie poprosi mnie za chwilę, bym zostawiła ją samą? No tak... Przecież przyjechała tu autem. A nawet nie było opcji, żeby w takim stanie gdziekolwiek się ruszyła.
Okazało się jednak, że powinnam przestać pisać czarne scenariusze, bo nie minął nawet ułamek sekundy, gdy otrzymałam od niej to lekkie zaproszenie na dzielenie przestrzeni. Na moich ustach zagościł mimowolny uśmiech, lecz zanim zajęłam to miejsce - zgarnęłam kocyk, który do tej pory leżał koło kanapy. Usiadłam koło brunetki i okryłam nas tym miłym kawałkiem materiału, nim objęłam ją swoim ramieniem, gładząc ją wciąż po włosach. Tych pięknych, długich włosach...
- Zmęczona? - zapytałam niemal szeptem, jakby zapominając o temacie, który do tego doprowadził. Nie, nie zapominając... Po prostu nie chciałam go ciągnąć. Chyba nawet próbowałam tym odwrócić jej uwagę. A czy zatopienie się w objęciach Morfeusza nie było na to najlepszym rozwiązaniem? Nie wiedziałam jednak, czy i ja dam radę zasnąć. Nie po tym wszystkich. Sumienie mi nie pozwoli. Musiałam wymyślić sposób, by Ricky odpłynęła, nim ja zrobię dziś swój ostatni krok...
A wszystko dlatego, że nie wiedziałam już, co przyniesie jutro. Chciałam jednak wierzyć, że mimo wszystko, nie będzie to nic złego...
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Ricky Roseberry



Gdy przerasta nas życie, chowamy się w jego cieniu.

bariera ochronna - fizyczna

86%

wolna mścicielka





name:

Ricky Roseberry

alias:
Sofia

age:
24

height / weight:
156/50

Wysłany: 2018-03-10, 12:28   
   Multikonta: Brak
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Tak zdecydowanie było wszystkiego za dużo jak na jeden dzień. Spotkanie z Sami, bezradność, zamartwianie się, decyzje, cudowny wieczór i przeszłość. Tak... W tym momencie zastanawiałam się czy robię dobrze, ale już i tak było za późno. Po prostu wyszło jak wyszło, a żałować nie będę, bo był to jeden z ważniejszych dni w moim życiu. Wiem, że Sami żyje, wiem że nic jej nie jest, no prawie nie licząc tej nogi. Wiedziałam, że nadal coś do mnie czuła, a ja do niej. To było niewyobrażalne jak przez te kilka lat nasze uczucia się nie zmieniły, ale my owszem. Byłam całkowicie inną osobą, a Sami tym bardziej. U niej tą zmianę widziałam gołym okiem. Miałam po prostu dosyć i wtuliłam się w nią, gdy ta przykryła nas kocem. Byłam zadowolona, że jednak usiadła obok mnie, że nie zrezygnowała. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech. Czułam się bezpieczna i wiedziałam że jest to uzasadnione. Uśmiechnęłam się leciutko do siebie.
- Troszkę. - powiedziałam zrezygnowana. Przecież nie powiem jej że jestem wykończona psychicznie, a fizycznie miałam ochotę rozwalić ścianę. Po prostu bezradność w tym momencie mnie rozwalała na łopatki. Nie chciałam się z tym mierzyć, ale wiedziałam że będę musiała. Teraz miałam dla kogo walczyć i nawet jeśli będę musiała walczyć o Samanthe z innymi kobietami byłam na to gotowa, ale czy na pewno?
Możliwe, że tak, ale potrzebowałam czasu. Zasłoniłam dłonią usta, gdy organizm dał mi do zrozumienia, że jednak powinnam iść spać i ziewnęłam. Podniosłam lekko głowę i pocałowałam Sami w policzek.
- Nie zostawiaj mnie samej. - powiedziałam szeptem. - Proszę. - dodałam i chyba zaczynałam mieć odloty, bo wtuliłam się w Sami z powrotem i odpłynęłam obejmując ją.
_________________

Ricky Roseberry


[Profil]
  [A-]
 
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-03-10, 15:47   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Nie wypuszczałam jej ze swych objęć, ani na chwilę. Słyszałam jej oddech, czułam jej ciepło i nie mogłam sobie odmówić naszej obecnej bliskości. Nie przy obawie, że może to być ostatni raz, gdy tulę ją w swych ramionach...
- Nie zostawię... Nawet na chwilę... - Odpowiedziałam jej, łagodnie, cicho ale z wyczuwalną pewnością w głosie. Kochałam ją i nie mogłam jej tego odmówić. Nie teraz. Przytuliłam ją mocniej do siebie i wciąż gładziłam jej śliczne włosy.
Czekałam, aż zaśnie. W ciszy. Nie wydając ani jednego dźwięku. Nie ruszając się z miejsca. Jakbym bała się, że nawet najmniejszy ruch ją wybudzi i wypędzi z mego domu. A tego przecież nie chciałam.
Usłyszałam w końcu regularny oddech, świadczący o tym, że Ricky zasnęła. Ciągnęło mnie do butelki jak nigdy, myśli piętrzyły się w moim umyśle dając uczucie ciężkości, a głowa zaczynała mnie boleć. Nie chciałam jednak się ruszać, nie chciałam jej kłaść samej. Nie po tym, co jej przed chwilą obiecałam. Trwałam więc, kolejne minuty a może i godziny, siedząc na tej kanapie, opierając głowę o oparcie i patrząc tępo w sufit. Wciąż tuliłam moją kruszynę, chroniąc ją przed złem tego świata, zapominając, że w jej życiu to ja najwięcej zła przysporzyłam. W końcu jednak i do moich oczu dotarły drobiny rozsypywane przez piaskowego dziadka i nawet mi mój mózg w końcu dał choć chwilę ukojenia, gdy moje powieki zamknęły się, a świadomość wyłączyła na kolejne kilka godzin...
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Ricky Roseberry



Gdy przerasta nas życie, chowamy się w jego cieniu.

bariera ochronna - fizyczna

86%

wolna mścicielka





name:

Ricky Roseberry

alias:
Sofia

age:
24

height / weight:
156/50

Wysłany: 2018-03-12, 14:10   
   Multikonta: Brak
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


RANO


Wstałam jako pierwsza i o bogu przespałam całą noc bez koszmarów i pobudek. Może było to spowodowane alkoholem, a może tym, że byłam wtulona w osobę przy której czułam się bezpieczna. Nie ważne. W tym momencie to były zbędne informację, a ja przetarłam oczy. Było już dość jasno, więc podejrzewałam, że jest późno.
Podniosłam lekko głowę i spojrzałam na Sami. Jeszcze spała. Tak słodko niczego nie świadoma. Tak spokojna i beztroska. Przez chwilę się na nią zapatrzyłam delikatnie zabierając swoją dłoń z jej brzucha.
Była śliczna, zawsze to wiedziałam, ale gdy spała wydawało mi się że jest jeszcze piękniejsza.
Wyszłam spod koca i wstałam rozciągając się lekko. Robiłam wszystko jak najciszej się dało, żeby Sami jeszcze pospała.
Miałam świadomość, że gdy ucieknę bez pożegnania nie będzie to fer ani dla niej ani dla mnie, więc ubrałam się i ogarnęłam w pokoju wynosząc szklanki do kuchni, a jedzenie które zamówiłyśmy schowałam do lodówki.
Zrobiłam kanapki i nalałam mleka do szklanki. Sama złapałam jedną kromkę chleba, a na karteczce napisałam:

"Kocham Cię i do zobaczenia.
Musiałam się zbierać, bo trening i Rocky.
Odezwę się.


PS Nigdy Cię nie zostawię"


Położyłam karteczkę na tacy razem z przygotowanym przeze mnie śniadaniem i przyniosłam to do pokoju kładąc na krześle blisko kanapy, żeby Sami nie musiała się męczyć i przechodzić do biurka. Takie tam śniadanko do łóżka. Uśmiechnęłam się widząc jak Sami jeszcze śpi. Z chęcią bym została, ale musiałam sobie to poukładać wszystko w głowie, a trening był moim cichym pomocnikiem. Znalazłam moje kluczyki i wyszłam z mieszkania kierując się do samochodu. Gdy do niego wsiadłam po policzku poleciała mi jedna samotna łza.

Tak kocham ją.
Tak było cudownie.
Tak jestem idiotką.
Tak chcę do niej wrócić.

NIE to nie był sen.

Kurwa to nie był sen.. oparłam głowę o kierownicę i włożyłam kluczyk do stacyjki. Przekręciłam go i odjechałam z mętlikiem w głowie.

//zt
_________________

Ricky Roseberry


[Profil]
  [A-]
 
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-03-17, 22:04   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Nie wiem jakim cudem nawet nie otworzyłam jednego oka, gdy Ricky wstawała. Może rzeczywiście moja noc przeciągnęła się o kilka godzin, gdy ta już słodko drzemała? Może jednak ta odrobinę większa ilość alkoholu miała na to wpływ?
Nie wiedziałam...

W końcu jednak otworzyłam oczy a w ustach czułam nieprzyjemną suchość. Wciąż byłam otulona kocykiem i wciąż byłam w pozycji półleżącej, chyba bardziej opierając się o tył tej kanapy, niż rzeczywiście leżąc. Ale czegoś tu brakowało. Bo to przecież nie mógł być sen, prawda?
- Ricks? - Wydusiłam z siebie przecierając dłonią oczy. - Ricky? - Powtórzyłam, nieco głośniej, jakby licząc, że jednak mi odpowie. Uciekła? Znowu..?
Mimowolnie moje mięśnie się spięły i wyprostowałam się na tyle, na ile było to możliwe. Wtedy też szturchnęłam nogą to nieszczęsne krzesło, rozlewając mleko zarówno na kanapki, jak i po chwili na ziemię..
- Kurwa... - Syknęłam pod nosem, ale wtedy też uświadomiłam sobie, że ta noc nie mogła być snem. Ona tu była. Ona tu naprawdę była. I... Zniknęła.
Ogarnęła mnie złość. Serio, wkurzyłam się. Niesamowicie. Zacisnęłam dłonie w pięści powstrzymując się, by za chwilę czegoś nie rozwalić. Nie mogła tego zrobić. Nie mogła mnie znowu zostawić. Po prostu nie mogła!
Podparłam się ręką o jedno z oparć by móc wstać. I dopiero wtedy, w tej kałuży mleka, zauważyłam małą karteczkę z tak znajomym pismem. Nerwowo po nią sięgnęłam, by móc odczytać jeszcze nierozmazane do końca litery. I niby... Niby z jednej strony mi ulżyło. Ale z drugiej wciąż czułam zawód. Przecież... Przecież mogła mnie obudzić. Pożegnać się jak człowiek. A nie.. Wymykać się, jak byle przestępca. Nie wiedziałam, na ile mogę ufać tym kilku słowom na skrawku papieru. I chyba właśnie to mnie dobijało najbardziej...
Zaciągnęłam na siebie koszulkę i spodnie z dnia poprzedniego, pieprząc cały ten syf. Nawet apetyt mi nie dopisywał w tym momencie, więc olałam nawet śniadanie przygotowane przez Roseberry.
Wyszłam z pokoju, by móc wypełnić inną potrzebę - pragnienie...

[z/t]
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Dale Fowler



People sleep peacefully in their bed at night only because rough men stand ready to do violence on their behalf..

Kontrola przepływu adrenaliny

92%

Najemnik





name:

Dale Fowler

alias:
~Archer

age:
29

height / weight:
188/96

Wysłany: 2018-04-06, 21:17   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   2 Lata Giftedów!


~03.03.18r.
Od tych wydarzeń, które na zawsze go zmieniły minęły już przynajmniej dwa tygodnie. Dwa ciężkie tygodnie, wypełnione bólem, koszmarami, a także nieustającym myśleniem o Sam. Tego feralnego dnia, gdy go dopadli... A raczej drugiego ich 'zabawy' Dale dowiedział się, że Sam nie żyje. Widział przecież jej palec, był prawie pewien, że jest martwa. Martwa przez niego - jak wszyscy do których się zbliżył. Nie było słów, by opisać jak bardzo się za to nienawidził. Mocniej chyba nienawidził tylko kobiety przez którą to wszystko się stało. Mimo wszystko musiał to sprawdzić, musiał zajrzeć do jej pracowni, do jej domu. Musiał odnaleźć jej ciało, o ile to było możliwe.
Dlatego też wieczorem podniósł się wreszcie z łóżka. Postanowił opuścić teren bractwa i udać się do domu Sam, nie powiedział o tym nikomu. Ostatnio i tak nie rozmawiali z Colleen, poza tym to była tylko i wyłącznie jego sprawa.
Ubrał się w koszulkę na ramiączka, oraz jeansy, zarzucił na siebie jakąś kurtkę, oraz włożył - nie bez problemów - buty na stopy. Jego palce mimo pomocy ze strony Matilde nie doszły jeszcze do siebie, aczkolwiek mógł już chwytać przedmioty - oczywiście nie bez trudu.
Wyszedł z domku, oraz z bractwa. Wiedział, że czeka go daleka droga, ale nie przeszkadzało mu to. Ostatnim czasem jeszcze bardziej polubił samotność, nie przeszkadzała mu ona. Warto zauważyć, że Dale Fowler nie był już takim samym człowiekiem. Zamknął się w sobie, często zapominał w połowie zdania o czym właściwie mówił - jeśli w ogóle się odezwał. W nocy dręczyły go koszmary, budził się z wrzaskiem cały zlany potem, odsuwał od siebie wszystkich i... I nieustannie myślał o Sam, która przecież była swojego czasu całym jego światem, była dla niego jak rodzina. Była... Oby okazało się, że bardziej odpowiednią formą jest czas teraźniejszy.
Wreszcie po dłuższym czasie jakoś dokuśtykał do swojego celu, nie ukrywał się jakoś specjalnie - aktualnie miał w dupie, czy go złapią czy też nie. Jeśli Samantha była martwa... Nawet nie potrafił sobie tego wyobrazić. Nie miał pojęcia co wtedy zrobi, ta myśl do niego nie docierała.
Zajrzał przez okno do pracowni. Ciemno. Podobnie jak w całym budynku, cholera jasna... To nie świadczyło dobrze. Postanowił jednak zajrzeć do mieszkania - właściwie nie miał pojęcia jak wyważy drzwi jeśli nikogo nie zastanie, ale... Jakoś da radę mimo tych wszystkich kontuzji. Wczłapał się po schodach na pierwsze piętro co nie było wcale prostym zadaniem i wreszcie zdyszany stanął przed drzwiami. Poczuł jak krople potu spływają po jego skroni, odetchnął głębiej i zapukał kilka razy. Bez odzewu...
Powtórzył to, jednak tym razem zaczął wręcz walić pięścią w drzwi. Po kilku takich uderzeniach skrzywił się z bólu, palce ponownie dały o sobie znać. Odczekał parę chwil, ale nikt nie otworzył, nie było słychać nawet żadnych odgłosów z zewnątrz. Zrezygnowany oparł czoło o drzwi i przymknął na moment oczy. Jego oddech stał się urywany, a on widział już oczyma wyobraźni najgorsze. Nawet jeśli się tam dostanie pewnie znajdzie ją martwą, okaleczoną i bez tego jednego cholernego palca...
Mimowolnie jego dłoń znalazła się na klamce i... Jakie było jego zaskoczenie, gdy okazało się, że drzwi są otwarte. Wszedł do pomieszczenia zamykając za sobą drzwi i ruszył w jego głąb.
Mówiłem coś o zaskoczeniu? Jeśli był zdziwiony otwartymi drzwiami, to nie jestem pewien jak nazwać to, co przeżył teraz.
- Sam... Sam... - powiedział tylko łamiącym się głosem, gdy zobaczył swoją przyjaciółkę, swoją... Swoją siostrę. Pierwszy raz od wielu dni w jego oczach pojawiły się łzy, a nogi się pod nim ugięły. Ona... Ona żyła. Ta szmata nie dostała jej w swoje ręce, mimo, że nie wyglądała najlepiej była... Cała i zdrowa!
Nie miał pojęcia jak się zachować, stał więc tak przed nią wyglądając jak siedem nieszczęść, z tymi kulami, bliznami na ryju i cholernym pustym spojrzeniem - pomimo łez nie można było dostrzec nic w jego oczach. Osoba, która znała go tak dobrze jak Sam mogła na pierwszy rzut oka zauważyć, że stało się z nim coś strasznego. Gdyby przyjrzała się bliżej mogłaby również dostrzec kilka nowych, choć drobnych ran na jego ciele. No i te bandaże na dłoniach...
_________________

<div style="font-family: Bubbler One; font-size: 39px; color: #d2a682; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd; width: 360px; text-align:center; line-height:65%;">Dale Fowler<img src="https://78.media.tumblr.com/271e2bfe6cc02a500307b3b4b9165c9e/tumblr_owwlalBTR81v5dr9ko3_500.gif" style="width: 350px; border-radius: 0px 0px 10px 10px"><div style="font-family: ms mincho; font-size: 10px; color: #63401d; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd;width: 360px; text-align:center">"My one regret in life is that I am not someone else."<a href="http://crocus-avatars.tumblr.com/" style="text-decoration: none; color: #818181; font-size: 7px; font-family: verdana;">by crocus


klik.
[Profil]
  [AB+]
 
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-04-07, 13:53   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Ostatnie dni były dla mnie męką...
Nie potrafiłam pogodzić się z tym, co się stało. Utrata Alison... Na moich oczach... To było zbyt wiele. Tym bardziej, gdy wciąż przyświecała mi ta jedna, paskudna myśl - ona o niczym nie wiedziała. Nie zdążyłam jej wyznać prawdy. Nie miałam wystarczająco sił, by móc ją ochronić. By móc jakkolwiek zareagować. Chyba właśnie dlatego przechodziłam teraz załamanie nerwowe - żałoba w połączeniu z paskudnym poczuciem winy nie dawała mi żyć.
Od kilku dni już bazowałam tylko na upijaniu się. Miałam wstręt do jedzenia. Nie wychodziłam z domu. Nie chciałam się z nikim widzieć, poza Ricky i Aaronem - tylko tę dwójkę z jakiegoś powodu tolerowałam. A ta pierwsza... Nie wiem, co bym bez niej zrobiła.
Gdyby nie ona, pewnie panowało by tu istne pobojowisko. Chyba nigdy jej się nie odpłacę za całą pomoc, jaką mnie uraczyła od dnia tego felernego marszu...
Dzisiaj jakimś cudem udało mi się ją nakłonić, żeby chociaż ona się trochę zsocjalizowała, wyszła do ludzi, przestała patrzeć tylko na mnie. Mimo mojego stanu, byłam przecież dorosła. W najgorszym wypadku znajdzie mnie nad kiblem - trudno się mówi. Musiałam ten stan przejść samodzielnie, sama się z nim zmierzyć. Wierzyłam, że jestem w stanie to zrobić... Wierzyłam...
Ale wtedy, usłyszałam to paskudne walenie do drzwi. Nie miałam zamiaru wstawać. Jeśli to Ricks, to wie jak wejść. Ma klucze. Jeśli nie ona? Ups, mam to w dupie. Ostatnie, czego mi teraz trzeba, to goście. Dlatego tylko pociągnęłam kolejny łyk z mojej butelki z winem, którą - o ironio losu - kupiła właśnie Roseberry. Zabawne, na jak wiele ludzie są gotowi Ci pozwolić, gdy wiedzą, z jakim bólem się mierzysz...
W końcu jednak stukanie zmieniło się w skrzypienie drzwi wejściowych. Cholera... Chcąc, nie chcąc, wychyliłam się lekko na kanapie, kierując swój wzrok ku framudze i... Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. W tym półmroku nie było co prawda wiele widać, jednak kule... One rzuciły mi się w oczy od razu.
- Dale? - Wydusiłam z siebie raczej zszokowana, po czym odstawiłam butelkę z winem na ziemię i jednak zmusiłam się do wstania z tej przeklętej kanapy. W tym momencie zapomniałam o własnych wspomagaczach ruchu, i po prostu pokuśtykałam w stronę mężczyzny, po drodze zapalając światło. Dopiero wtedy mnie trafiło, w jak paskudnym stanie znalazł się mój stary przyjaciel...
- Rany boskie... Fowler... W coś Ty się wpakował... - Wyszeptałam, łamiąc się w sobie jeszcze bardziej. Miałam poczucie, że wszyscy moi bliscy teraz płacą jakąś dziwną karę za samo zbliżenie się do mnie. W końcu... Aaron, z tą poparzoną ręką, z jego problemami w bractwie, Ali, która zapłaciła najwyższą cenę, teraz blondyn... To nie mogło dziać się naprawdę...
Nie tylko oczy mężczyzny były jednak zalane pustką i łzami, bowiem moje prezentowały w tym momencie dokładnie to samo. Widać było, że ostatnie tygodnie nas nie oszczędziły...
Mimo, że sama jeszcze przecież nie odzyskałam pełnej sprawności, nie mogłam sobie pozwolić na to, by ten ciołek teraz stał o tych kulach - dlatego też jedną z nich zabrałam z jego dłoni a sama złapałam go pod ramię, by pomóc mu w szybszym przetransportowaniu do kanapy.
- Chodź... - Mruknęłam tylko i dopiero teraz wyczułam, jak nienaturalnie czuć było jego dłonie. Nie potrafiłam do końca stwierdzić, co też tam musiało się dziać, ale niepokój we mnie rósł z każdą kolejną sekundą...
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Dale Fowler



People sleep peacefully in their bed at night only because rough men stand ready to do violence on their behalf..

Kontrola przepływu adrenaliny

92%

Najemnik





name:

Dale Fowler

alias:
~Archer

age:
29

height / weight:
188/96

Wysłany: 2018-04-10, 07:57   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   2 Lata Giftedów!


Och tak, na pierwszy rzut oka widać było, że los nie był dla nich łaskawych w ciągu ostatnich dni. Oboje wyglądali jak cienie tego, kim kiedyś byli. A jednak się odnaleźli - nawet takie wydarzenia nie mogły zniszczyć tego co było między nimi. Słowa nie są w stanie opisać tego, co poczuł mężczyzna, gdy zobaczył ją żywą. Może nie całą i zdrową, ale przede wszystkim żywą. Nie miał pojęcia jak się zachować, co powiedzieć, poza tym te łzy w oczach... Kurwa, od dziecka nie uronił żadnej łzy, a teraz? Teraz miał ochotę wyć jak bóbr. No dobra, może trochę kłamię. Uronił. Całkiem niedawno, gdy usłyszał, że Sam nie żyje.
Kobieta wypowiedziała jego imię, on jednak nie odpowiedział. Nie potrafił z siebie wydusić nawet słowa, więc stał tylko przed nią jak siedem nieszczęść z otwartymi ustami. W innej sytuacji powiedziałbym, że wyglądał jak zwykły kretyn, ale chyba nie wypada. Był po prostu zniszczony - zarówno psychicznie, jak i fizycznie więc miał pełne prawo do takiego zachowania.
Samantha podeszła do niego, ale zanim pozwolił jej pomóc sobie złapał ją za rękę i uniósł jej dłoń na wysokość oczu. Następnie zrobił dokładnie to samo z drugą i jej również przyjrzał się dokładnie. Ta szmata... Wiedziała dokładnie jak zagrać na jego uczuciach. Bezbłędnie go rozgryzła i szybko zdała sobie sprawę z tego co się dla niego naprawdę liczy.
Pozwolił poprowadzić się na kanapę i uwalił się na niej, po czym zwyczajnie złapał Sam i bez słowa mocno ją do siebie przytulił. Nie potrzeba było tutaj słów, wszystkie były zawarte w tym jednym uścisku.
- Żyjesz... - mruknął cicho nie wypuszczając jej z objęć, co było właściwie dość zabawne, ponieważ oni nie należali do tych ludzi, którzy się tulą. Tak, czy inaczej w takiej sytuacji może jego przyjaciółka wybaczy mu tę odrobinę czułości.
Dale wreszcie ją puścił i przyjrzał jej się dokładnie. Nie wyglądała wcale lepiej od niego.
- To... Długa historia. Na razie musisz wiedzieć tylko tyle, że torturowali mnie przez dwa dni i... Wiedzą kim jesteś. Powiedzieli, że Cię zabili, pokazali mi nawet pieprzony palec twierdząc, że to Twój, a ja... Uwierzyłem. Myślałem, że Cię straciłem... - mówiąc to spuścił głowę i oparł brodę o klatkę piersiową. Jego głos się łamał, nadal brzmiał cholernie słabo.
_________________

<div style="font-family: Bubbler One; font-size: 39px; color: #d2a682; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd; width: 360px; text-align:center; line-height:65%;">Dale Fowler<img src="https://78.media.tumblr.com/271e2bfe6cc02a500307b3b4b9165c9e/tumblr_owwlalBTR81v5dr9ko3_500.gif" style="width: 350px; border-radius: 0px 0px 10px 10px"><div style="font-family: ms mincho; font-size: 10px; color: #63401d; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd;width: 360px; text-align:center">"My one regret in life is that I am not someone else."<a href="http://crocus-avatars.tumblr.com/" style="text-decoration: none; color: #818181; font-size: 7px; font-family: verdana;">by crocus


klik.
[Profil]
  [AB+]
 
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-04-11, 20:15   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Kompletnie nie rozumiałam, o co mu chodzi, ani co on wyprawia. Po cholerę sprawdzał moje dłonie? Znaczy, jasne, może i lakier na moich paznokciach nie prezentował się zjawiskowo, tym bardziej, gdy pomyślimy o tym, że ostatni raz malowałam je dobre dwa tygodnie temu, więc pewnie i odrost i odpryski były już wyraźnie widoczne, ale przecież to nie powód, by od razu mnie oceniać! No halo, ja tu przechodziłam prawdziwe załamanie, ostatnie co miałam w głowie, to kładzenie nowego lakieru.
Po chwili jednak, gdy już doczłapaliśmy się razem do tej nieszczęsnej kanapy, zdziwiłam się jeszcze bardziej, bo tego ciołka to na jakieś czułości nagle wzięło. Byłam w kompletnej kropce i w ogóle już nic nie rozumiałam. To wszystko było dla mnie za dziwne i powoli zaczynałam się zastanawiać, czy przypadkiem kumpla mi nikt nie podmienił. Zanim więc przyswoiłam, że Fowler serio się do mnie przytula, przez chwilę trwałam z rozłożonymi rękoma, nie bardzo wiedząc co z nimi robić, jednak po kilku sekundach jakkolwiek odwzajemniłam uścisk mężczyzny.
- No, żyję... Była jatka na marszu... - Mruknęłam dość niepewnie, a przed oczami znowu widziałam opadające ciało Alison i szkarłat, który oplatał jej ubranie - Ale... JA żyję... - Zaakcentowałam dość mocno, bo przecież dobrze wiedziałam, że nie wszystkim się udało. Byłam pewna, że właśnie o to wydarzenie chodzi blondynowi - w końcu gdzie indziej mogłoby coś mi się stać? Pomijając już kwestię, że nawet, jeśli fizycznie wszystko było ze mną okej - psychicznie czułam się całkowicie wypruta. Koszmary mnie prześladowały, nie mogłam jeść, upijałam się na umór, a Ricks... Ricky to wszystko znosiła. Znosiła mnie, gdy przechodziłam jeden z najgorszych okresów w moim życiu.
Nie minęła jednak chwila, gdy Dale w końcu mnie puścił i rozjaśnił wszelkie wątpliwości - nie o marsz mu chodziło. Nie o tą tragedię, która działa się przed kilkoma dniami. On... On przechodził coś znacznie gorszego. A co gorsza - do mojego wewnętrznego załamania i poczucia winy, doszedł teraz jeszcze niepokój. Nie tylko o mnie, ale i o moich bliskich.
Wiedzą kim jestem? Czy to znaczy, że wiedzą gdzie jestem? Czy wiedzą o Aaronie i Ricky? Czy Fowler nie ryzykował zbyt wiele przychodząc tu?
- Kto? - Mruknęłam tylko w odpowiedzi, a jedną ze swych dłoni położyłam na jego ręce - tak, na znak jakiejś solidarności i wsparcia. W moim tonie nie dało się wyczuć strachu, choć ten coraz bardziej ogarniał moje ciało. Dopiero teraz też wyraźniej poczułam stawy w palcach mojego kompana od szklanki - wydawały się być zgrubiałe, sztywne... Aż.. Przeszedł mnie dreszcz. Nie chciałam wiedzieć, co mu zrobili. Nie zniosłabym tego. Nie po wszystkim, co się ostatnio wydarzyło...
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Dale Fowler



People sleep peacefully in their bed at night only because rough men stand ready to do violence on their behalf..

Kontrola przepływu adrenaliny

92%

Najemnik





name:

Dale Fowler

alias:
~Archer

age:
29

height / weight:
188/96

Wysłany: 2018-04-20, 08:20   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   2 Lata Giftedów!


Akurat lakier na jej paznokciach był najmniejszym problemem. Ważne, że pomalowanych paznokci było 10, a nie 9 - to się dla niego w tej chwili liczyło. To znaczyło tylko tyle, że Vera blefowała. Nie dotarła jeszcze do niej, ale z drugiej strony dowiedziała się kim jest dla Dale'a Sam. To oznaczało tyle, że była w niebezpieczeństwie i powinna natychmiast się stąd ewakuować, a przekonanie jej do tego prawdopodobnie nie będzie łatwym zadaniem.
Może popełnił błąd? Może nie powinien przychodzić do niej teraz, nie w takim stanie, gdy nie mógł jej nawet obronić... Co prawda jego moc wróciła, ale nie miał wiele możliwości do użycia jej. Nie mógł nawet chwycić za broń - gdyby ją posiadał.
Musiał jednak tutaj przyjść, musiał upewnić się czy Sam żyje, nie mógł dłużej czekać. Pozostało mu chyba tylko modlić się w duchu, by nie okazało się, że był to największy błąd jego życia.
Bonnie i Clyde opadli wreszcie na kanapę, a gdy kobieta znalazła się w jego ramionach mężczyzna odetchnął z ulgą. Pierwsza pozytywna rzecz od wielu dni. W końcu był niemalże pewien, że znajdzie jej zmasakrowane ciało, a teraz czuł jej dotyk, jakby nic się nie stało, jakby było jak dawniej...
Ale nie będzie. Mimo tego wrażenia, tej iluzji normalności - nigdy nic już nie będzie takie samo jak wcześniej.
- Jatka..? - spytał, ganiąc się w myślach po raz setny. Powinien być przy niej, gdyby nie dał się złapać jak ostatni kretyn nic takiego by się nie stało. Niestety czasu nie mógł cofnąć, widocznie taki los był mu pisany. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, czy tam nad przeciętym ścięgnem i innymi drobnostkami.
- Kto? Nie wiem kto, to... Kobieta. To była kobieta. Odebrała mi wszystko... Nikt mnie nigdy nie złamał, a ona... To potwór. Błagałem ją, żeby mnie zabiła, krzyczałem, traciłem przytomność, budziłem się i znowu krzyczałem, pragnąłem tylko śmierci... Zrobiła ze mnie swoją zabawkę... - nie potrafił podnieść głowy, spojrzeć na nią. Czuł się okropnie, wspomnieniami wracał do wydarzeń, które właśnie jej opisywał. Upodliła go tak strasznie, do tej pory nie czuł się jak człowiek, a w głowie rozbrzmiewały mu słowa Very. Jest... Zwykłym robakiem, psem, zabawką...
Jego dłonie zaczęły delikatnie drżeć, a on odetchnął kilka razy głębiej. Próbował się uspokoić, ale raczej z marnym skutkiem.
- Musisz... Muszę Cię stąd zabrać, Sam... - szepnął po paru chwilach. Nie mógł jej tu zostawić, ponieważ jeśli naprawdę ją znajdą... Nigdy by sobie tego nie wybaczył.
_________________

<div style="font-family: Bubbler One; font-size: 39px; color: #d2a682; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd; width: 360px; text-align:center; line-height:65%;">Dale Fowler<img src="https://78.media.tumblr.com/271e2bfe6cc02a500307b3b4b9165c9e/tumblr_owwlalBTR81v5dr9ko3_500.gif" style="width: 350px; border-radius: 0px 0px 10px 10px"><div style="font-family: ms mincho; font-size: 10px; color: #63401d; text-shadow: 1px 0px 1px #ffdecd;width: 360px; text-align:center">"My one regret in life is that I am not someone else."<a href="http://crocus-avatars.tumblr.com/" style="text-decoration: none; color: #818181; font-size: 7px; font-family: verdana;">by crocus


klik.
[Profil]
  [AB+]
 
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-04-22, 16:00   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Ta sytuacja chyba zaczynała mnie coraz bardziej przerastać. Natłok myśli nie dawał mi spokoju. To jedno, krótkie pytanie uświadomiło mi, że on wcale nie wiedział co się działo. Coś innego było na rzeczy. On... On nic nie wiedział.
- Nie słyszałeś o zamachu na marszu? Jak Smith i Haywell padli? Jak D.O.G.S.i wypuścili... wypuścili... Jak... Strzelali... - Próbowałam jakoś pozbierać myśli, ale średnio mi to wychodziło, gdy miałam przed oczami te wszystkie ofiary... Krew... Śmierć...
Potrząsnęłam głową i wzięłam głębszy oddech. Nie powinnam była zadawać tak durnych pytań. Nie, gdy widziałam, w jakim stanie jest mój przyjaciel. Co go mógł obchodzić marny marsz w Seattle, gdy zapewne miał za sobą gorsze przeżycia?
Dlatego zamiast pieprzyć głupoty, zamiast zamartwiać go moimi problemami... Słuchałam. Po prostu słuchałam każdego jego słowa. I serce mi pękało z każdym kolejnym zdaniem na coraz mniejsze kawałki. Dale nigdy nie był łatwym typem do złamania. Można mu było łamać kości i ciąć skórę, ale zawsze z tego wychodził obronną ręką. Przeżywał tragedie, a mimo to dalej potrafił odnaleźć w sobie tego radosnego dzieciaka sprzed lat. Przynajmniej tyle mi pokazał na naszym ostatnim spotkaniu, zanim... Zanim wszystko zaczęło się pierdolić.
Złapałam ponownie za tą butelkę z winem. Nie wiedziałam, czy Fowler zechce ogóle na to spojrzeć. Ale mi alkohol dawał choćby złudne ukojenie. Otępiał umysł. Pozwalał myśleć o czymś innym, niż tylko to co złe. Nawet nie wzięłam z tej butelki łyczka, tylko od razu skierowałam ją w stronę mężczyzny.
- Nie jesteś niczyją zabawką... - Mruknęłam wyraźnie niezadowolona. Zmartwiło mnie, do jakiego stanu doprowadziła go ta nieznajoma. To było... Przerażające. Najgorsze, że wiedziałam, jak wiele pracy będzie go kosztować względny powrót do normalności. Dokładnie tak samo, jak mnie...
Z tych rozmyśleń wyrwały mnie jednak kolejne słowa blondyna, które wyraźnie mi się nie spodobały. Moje brwi mimowolnie się ściągnęły, a usta wykrzywiły w dziwnym grymasie.
- Nie ma mowy! - Odpowiedziałam niemalże z wyrzutem. Już widziałam oczami wyobraźni reakcję Ricky, gdybym jej wysłała wiadomość, że musimy natychmiast się wyprowadzić, tak bez powodu, bo wiesz, kumpel mi kazał. A przecież nie chciałam martwić jej jeszcze bardziej. Nie w momencie, gdy w końcu sama zaczęła wychodzić gdzieś indziej, niż do sklepu. Gdy w końcu nie bała się zostawić mnie samej. Nie chciałam tego psuć. - Dale, nie mogę tego zrobić. Nie teraz. To wszystko... To musi zostać między nami. - Stwierdziłam dość pewnie, biorąc głębszy wdech. - A Ty w ogóle masz się gdzie schronić? Oni wciąż są za Tobą? - Zapytałam, już znacznie mniej pewnie.
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 5