Poprzedni temat «» Następny temat
Dach z kominami
Autor Wiadomość
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2017-11-18, 20:38   Dach z kominami



[Profil]
 
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-02-18, 02:16   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


#1

Niezbyt często ruszając się gdzieś poza obręby obozu, tym razem także wcale nie planowała wypadu, jaki ją czekał. Prawdę mówiąc, wychodzenie dalej w teren zwyczajnie niespecjalnie ją interesowało. Nie czuła potrzeby narażania się, udowadniania czegokolwiek - czy to komuś, czy też samej sobie - zwłaszcza że istnieli ludzie, którzy byli w tym znacznie lepsi. A jednak... Choć od naprawdę długiego czasu powtarzała sobie te same, utarte już wręcz teksty, robiąc to nawet w momencie, w którym opuszczała bardziej znajome tereny... Poszła i sama nie wiedziała dokładnie, dlaczego to zrobiła.
Ludzie, którym pomagała jako sanitariuszka, mieli różne problemy i prośby. Jedne mniej, inne bardziej nadające się do naprawienia czy spełnienia. Ile razy słyszała już tak bardzo podobne do siebie słowa mające skłaniać ją ku różnym uczynkom, zazwyczaj dosyć skutecznie się im opierając. Miała różne wymówki. Począwszy od zbyt dużej ilości zajęć, poprzez brak kompetencji czy ostatecznie niechęć do wtrącania się w poważniejsze sprawy Bractwa. Tym razem było w pewien sposób inaczej.
Owszem, protestowała, jednak najwyraźniej nie na tyle mocno, by przekonać kogokolwiek - nawet samą siebie - że nie mogła wyświadczyć rannemu tej drobnej przysługi, jaką miało być odebranie wiadomości od członka rodziny. Nieszkodliwego spotkania na uboczu, wymienienia kilku zdań i odebrania krótkiego, łatwego do schowania listu.
Banalnie prosta sprawa, w której dosłownie nic nie powinno pójść nie tak, czyż nie? Na dodatek o tej porze było już na tyle ciemno, iż jej obecność zwyczajnie nie mogła być dostrzeżona przez kogoś niepowiązanego z całą sprawą.T o zaś najwyraźniej ostatecznie skłoniło Cassandrę do opatulenia się ciemnozieloną, grubą kurtką z szerokim kapturem i cichego opuszczenia obozu - tak, aby nie musieć odpowiadać na niewygodne pytania.
Choć była w tym miejscu zaledwie raz czy dwa razy wcześniej, dosyć dobrze wiedziała, dokąd powinna zmierzać. Wskazówki były dostatecznie jasne, a charakterystyczne punkty - cóż - wyjątkowo dostrzegalne, nawet wczesnym wieczorem po zmierzchu, by ostatecznie znalazła się blisko ustalonego punktu spotkania, mając jeszcze dokładnie trzy minuty do godziny, o której powinna się tam znaleźć. Rozglądając się dookoła - z dłonią zaciśniętą na niedużym, raczej śmiesznym pistolecie trzymanym pod kurtką - oparła się plecami o jeden z kominów i... Czekała.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-02-18, 03:24   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


To był długi i naprawdę nieprzyjemny dzień. Teoretycznie mógł spędzić go cały dzień na sali treningowej, starając się szkolić żołnierzy, jednak gdzieś około południa zdecydował wyrwać się na miasto. Nogi same zaprowadziły go na cmentarz, na którym spoczywało ciało siostry, a potem do szpitala, w którym znajdowała się jego matka. Nie potrafił sobie wytłumaczyć, dlaczego to sobie robi, może odczuwał jakąś chorą potrzebę testowania się za każdym razem i sprawdzenia, za którym razem go to w ogóle nie obejdzie. Zawsze miał to jednak taki sam efekt, a on nie potrafił wyciągnąć nauk z tak prostej lekcji.
Miał już precyzyjnie określone plany na wieczór. Podróż do Olympii i stare, dobre polowanie na mutanty, które zawsze potrafiło odciągnąć go od ponurych myśli. W końcu musiał być w stu procentach skupiony, inaczej skończyłby martwy, a takiej opcji jego plany nigdy nie dopuszczały. Wraz z kilkoma innymi żołnierzami rozstawili się w pobliżu starej elektrowni. Ktoś podsłuchał przez radio, że miał tutaj być jeden z poszukiwanych przez nich mutantów. To było standardowe działanie. Nie znali dokładnego czasu, więc byli tu już dobrych kilka godzin, każdy obserwując swój teren. Właściwie nie mieli pewności czy ktokolwiek się pojawi, ale warto było na to zmarnować wieczór. Przez moment wydawało mu się, że widzi jakiś ruch na jednym z placów, ale okazało się że to tylko jakiś kundel szuka jakiegoś pożywienia. I właśnie w tym momencie usłyszał szczęk kamieni pod czyimiś butami. Wygiął usta w lekkim uśmiechu. Zabawa się zaczynała. Odsunął się na chwilę od ustawionego wcześniej karabinu snajperskiego by zlokalizować hałas, dochodzący zza kominów. Ktoś bez dwóch zdań zbliżał się w jego kierunku. Wziął karabin do ręki i niemalże bezgłośnie ruszył w tamtą stronę, rozglądając się ostrożnie w okół siebie, balansował między kominami, aż w końcu był na tyle blisko, by mógł zaatakować. Wdech, wydech. Liczył się element zaskoczenia. Szybkim ruchem wyszedł zza komina. Jeszcze zanim miał szansę przyjrzeć się swojemu przeciwnikami, wystrzeliwując w jego kierunku pierwszy pocisk z mutazyną, celując prosto w kobietę, stojąco przed nim. Skąd miał wiedzieć czy mutant, który przed nim stał, nie był kimś kto jest w stanie spalić go w kilka sekund? Tutaj nie było czasu na domysły. Pocisk trafił ją w przedramię, powodując że upadła na ziemię i przez to kaptur spadł jej z głowy, a ona wylądowała na ziemi twarzą do niego.
Od razu ją poznał. Na krótką chwilę opuścił karabin, mając wrażenie że to nie dzieje się tak naprawdę. Działo się. Wycelował broń ponownie, wykrzywiając usta w tym charakterystycznym dla niego zuchwałym uśmiechu. - I co ja mam teraz z tobą zrobić?
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-02-18, 04:14   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Łatwa, prosta, niezbyt inwazyjna sprawa, tak? Już samo przebywanie w niezbyt dobrze znanej okolicy, która stopniowo coraz bardziej pogrążała się w półmroku, nie było niczym pokrzepiającym. Prawdę mówiąc, choć zwyczajowo wywiązywała się z jakichkolwiek zobowiązań, miała coraz mocniejszą ochotę wycofać się dokładnie tam, skąd przyszła. Cała ta atmosfera nie działała zbyt dobrze na jej wyobraźnię, a w głowie zaczynały pojawiać się coraz to bardziej czarno-szare scenariusze tego, co potencjalnie mogło się wydarzyć. Była przecież całkowicie sama, mając spotkać się z kimś, kogo nigdy wcześniej nie widziała, z kimś, komu miała zaufać wyłącznie na podstawie paru słów wypowiedzianych przez rannego, nie do końca poprawnie kontaktującego człowieka.
Nie była przecież jednak tchórzem. Wiele dało się o niej powiedzieć, być może w większości przypadków wolała wycofać się niż stawać oko w oko z realnym, namacalnym zagrożeniem, ale składane obietnice miały dla niej naprawdę znaczącą wartość. Nieważne, że większość ludzi ich nie spełniała. Cassandra dosyć dobrze wiedziała, jak czuł się ktoś, komu wielokrotnie je złamano... I nie chciała być jedną z osób tak łatwo zawodzących innych ludzi. Zbyt wiele pozostałych grzeszków miała już na swoim koncie. Skoro już - w momencie jakiegoś przeklętego zaćmienia umysłu - zgodziła się pomóc, zamierzała to zrobić. I jedyną dopuszczalną sytuacją, w której mogłaby z czystym sercem pojawić się w obozie bez listu, cóż, była ta, w której by go jej nie dostarczono. Tak czy siak, ona zamierzała zaczekać na miejscu.
Systematycznie, choć powoli, przesuwając się krok za krokiem, rozglądała się dookoła. Nie, ta okolica zdecydowanie nie wzbudzała w niej ani grama zaufania, jednak Gardner teoretycznie nie miała ku temu żadnych powodów. Było cicho, ale nie za cicho. Było ciemno, ale nie za ciemno. Było pusto, ale nie za pusto. A jednak coś sprawiło, iż postanowiła nie iść dalej, nie ogarniać wzrokiem reszty kominów, tylko przystając w jednym - jak jej się w tej jednej chwili wydawało - osłoniętym miejscu. Cóż, nigdy nie była wyjątkowo dobra w wyszukiwaniu sobie odpowiedniego miejsca do obserwacji. Nigdy wcześniej aż tak bardzo jej to jednak nie zgubiło.
Z początku nie do końca wiedziała, co się dzieje. Gdy powietrze przeszył dosyć charakterystyczny świst, nie uchyliła się ani nie ruszyła z miejsca, mając wyłącznie ułamek sekundy, by obrócić głowę, nim poczuła rwący ból przeszywający jej przedramię. To właśnie wtedy wykonała też instynktowny krok w tył, popełniając kolejny błąd - patrząc przed siebie, nie pod nogi. Znalezienie się na ziemi od samego początku straciło jednak swoją wagę, upadek - choć nieprzyjemny, bolesny i pozostawiający otarcia od żwiru, na dłoniach, o które odruchowo się podparła, lecąc w dół - jak element zaskoczenia. Nie, nie postrzałem...
Wpatrując się w górę, mimowolnie głośno zaciągnęła powietrze w płuca, jednocześnie przesuwając dłoń w kierunku strzałki tkwiącej w jej ciele. Nie spojrzała na nią jednak, nawet nie mrugając. Nie musiała upewniać się, co to było. Choć nigdy wcześniej nie znalazła się w takiej sytuacji, doskonale wiedziała, co odczuwa. O dziwo, wcale nie próbując uciec, nie z początku. Dopiero kolejny ruch ze strony mężczyzny, delikatne drgnięcie ponownie celowanego karabinu sprawiło, że bez zawahania wsunęła dłoń pod kurtkę, mocno zaciskając palce na spuście uniesionej broni. Być może ręka nieco zbyt dostrzegalnie jej drgała, ale twarz... Ta nie wyrażała zbyt wiele.
- Naprawdę? - Sarknęła po dłuższej, wręcz zbyt długiej chwili, prawie niezauważalnie poruszając głową. - Jesteś mordercą. - Nie, to nie był wyrzut. To było... Proste stwierdzenie. W końcu nie ucz ojca dzieci robić powinno być uniwersalne. Równie dobrze, mogło odnosić się także do kłamliwych szuj i zabójców.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-02-22, 20:19   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Jego usta wygięły się w pobłażliwym uśmiechu, gdy jego przeciwnik upadł na ziemię.
W pierwszej chwili jej nie poznał. Kaptur kurtki zasłonił mu jej twarz, włosy, a nawet skrył krzywiznę jej sylwetki. Nie mógł jej rozpoznać, ale gdy okrycie zsunęło się z jej głowy poznał ją w pierwszej sekundzie. Minęło tak wiele czasu, ale pewnych rzeczy się nie zapomina. Gdyby znał to uczucie, które uderzyło go gdy zdał sobie sprawę, że właśnie dwa metry od niego na ziemi leży Cassandra Gardner, powiedziałby że był to pewnego rodzaju ból. Nie ten cielesny. Ten przecież znał zbyt dobrze. Wyniósł go z domu, jedyną słuszna lekcja jego ojca, uczył się przez lata poznawać jego nowe aspekty. Mógłby nawet stwierdzić, że ten przestał być już taki straszny. Jednak to co właśnie czuł nie było otwartą raną, obolałym miejscem, które niedługo obleje się kolorami fioletu i żółci. To jednak było coś prawie, że nowego. Dziwnie znajomego, a jednak niemożliwe do zidentyfikowania jego źródła. Dziwnie rozdzierające od środka, wylewające się po organach, powodujące obezwładniający bezdech. Tylko na chwilę. Tylko na krótki moment, bo jej dłoń drgnęła.
Dłoń zaciśnięta na broni była widoczna między połami jej kurtki.
Kontroluj to.
Jego mina wyrażała tak niewiele co jej. Chociaż mógłby przysiąść, że jest w stanie usłyszeć jak szybką biją im serca. Swoje na pewno słyszał, bo krew niemalże szumiła mu w uszach, ale on potrafił panować nad swoimi emocjami. To był jego atut. Ta bezwzględność sprawiła, że go znienawidziła i właśnie ta sama bezwzględność sprawiła, że był w miejscu, w którym był. Tu i teraz i w przenośni. Bo to właśnie brakiem skrupułów opłacił elegancki apartament w Seattle, za niego kupił nowy, szybki samochód, w którym woził zwalające z nóg kobiety. Nie był aż tak płytki, by pracować na tak przyziemne przyjemności. To były tylko symbole tego co posiadał, dokąd doszedł. I właśnie ta bezwzględność w walce z mutantami doprowadziła go właśnie tutaj. O tej właśnie porze, by mogli stanąć ze sobą twarzą w twarz po latach.
Jesteś mordercą.
Na jego usta wypłynął zuchwały uśmiech, rozciągający kąciki jego warg. - Jestem? - zapytał, unosząc wysoko brwi. Nie opuścił broni, nie przestał mierzyć prosto w jej klatkę piersiową. Czy jeszcze półtorej roku temu nie podarował jej życia? Czy naprawdę z nich wszystkich, to ona śmiała go nazywać mordercą? Był wysoko wykwalifikowanym żołnierzem, który wypełniał swoje rozkazy. Wyszkolonym do tego, aby zabijać, a w tym był najlepszy. Więc robił to do czego został stworzony. Nie czuł z tego powodu poczucia winy. Sentymenty tylko by go tylko ograniczały, a on nie znosił ograniczeń. - A teraz spokojnie puść broń. Bez żadnych gwałtownych ruchów. - powiedział miękko. - Następnie powoli odsuń ją od siebie na odległość wyciągniętej ręki. Bez kombinowania. - ciągnął, nie spuszczając z niej wzroku. Czuł, że jego ciało jest napięte, w każdej chwili gotowe do ataku. - Miałaś zniknąć. Powinnaś zniknąć. - pokręcił głową. - I co ja mam teraz z tobą zrobić, skarbie? - powtórzył swoje pytanie, patrząc na nią z niemalże dawną czułością. - Twoja przykrywka jest spalona. Przyszliśmy po twojego znajomego. Nie powinno cię tu być. Twój pech nie ma granic, Cassie.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-02-22, 21:18   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Prawdopodobnie powinna już zapamiętać, że jej życie miało tendencję do pieprzenia się w najbardziej niespodziewanych i absurdalnych momentach, a wszystkie te łatwe akcje ostatecznie zamieniały się w jedną wielką sieczkę - czy to fizyczną, czy to emocjonalną. Dlaczego w ogóle ją to dziwiło?
Przez moment czując się niczym ktoś, kto popadł w zawieszenie, kto właśnie znalazł się w próżni - bez echa, bez możliwości wykrzyczenia tego, co coraz bardziej zbierało się w jej wnętrzu - po prostu leżała na ziemi, nie próbując nawet uciekać. Być może to właśnie był problem Cassandry... Uciekała za długo, by to miało dla niej jeszcze jakiekolwiek głębsze znaczenie. Wystarczyła zaledwie chwila, aby na powrót poczuła się bezsilnie. Z tą różnicą, że tym razem nie chciała już litości, łaskawie otwieranych jej furtek do dalszej ucieczki.
O losie, wbrew pozorom, nie chciała też strzelać. Chociaż ręka zaciśnięta na pistolecie nie opadała, Cass wcale nie chciała robić tego, co najprawdopodobniej byłoby w tym momencie najwłaściwszą decyzją. Zamiast tego dała się wciągnąć w dyskusję, w jakieś dziwne słowne gierki, jakby całkowicie niepomna tego, że nie mogło to prowadzić do niczego dobrego. Jak wszystko inne zresztą. Jak wszystko inne...
Wzruszając ramionami, zbyła pytanie mężczyzny, nie czując potrzeby odpowiadania na coś, co było wręcz suchym faktem. Jego grzechów i grzeszków nie dało się inaczej zaklasyfikować. Był mordercą, co - o ironio - bolało ją znacznie bardziej niż powinno, nawet wtedy, gdy nie powinno. Mimo to, odpowiedziała krzywym, nieprzyjemnym uśmiechem, nieznacznie unosząc kącik ust.
- Dlaczego? - Wbrew pozorom, to nie było wcale takie trudne pytanie. Dlaczego miała się go posłuchać, opuścić broń, a następnie tak po prostu pozwolić mu przejąć panowanie nad całą sytuacją? Po co tak właściwie miałaby to zrobić? Skoro i tak wiedziała, co by jej to przyniosło, czy nie lepiej było możliwie jak najbardziej utrudniać mu całą tą sprawę?
W głębi duszy przecież właśnie tego chciała. Pragnęła sprawić, by poczuł się choć w jednej dziesiątej tak niezaradny jak ona tych kilka lat wcześniej. W przeciwieństwie do tego, co zapewne mogło mu się zdawać, nie był przecież panem i władcą wszechświata, a ten krótki moment, zaledwie ulotne mignięcie dezorientacji na jego twarzy, gdy pojął, z kim ma do czynienia... Zadziwiająco ją to usatysfakcjonowało. Cóż, przynajmniej nie było sztywną, ciężką do przeniknięcia maską, jaką dostrzegała w tym momencie, bez słowa unosząc brwi.
- Cassandra. Nazywam się Cassandra. - Nie Cassie. To było zarezerwowane dla ludzi całkowicie innego sortu, dla osób faktycznie jej bliskich, a on do nich nie należał. Już nie. Nie Cass ani nawet nie C., bo to też miałoby nieodpowiedni wydźwięk. I niezależnie od tego, jakie byłoby jego zdanie w tym temacie, dla niego mogła być co najwyżej Cassandrą. Tak samo jak on miał być dla niej Williamem, nawet jeśli w myślach nadal przyłapywała się na nazywaniu go w ten stary, być może nieco przesłodzony sposób. Jeśli już musiało być jakkolwiek, tak było po prostu właściwiej. Skoro i tak teoretycznie odcięli się już od wszystkiego innego związanego z ich zamierzchłą relacją.
- Śmiało. - Sarknęła ponownie, jakby go pospieszając, choć wcale nie było jej tak prędko do znacznie bardziej fizycznej konfrontacji. Nie musiała mu chyba zresztą przy tym mówić, jak to mogło - i zapewne także miało - wyglądać. Nie zamierzała oddawać mu broni, nie miała zamiaru jej wypuszczać czy tym bardziej od siebie odrzucać. Nadal trzymając palec na spuście, celowała prosto w mężczyznę, będąc gotową na to, by wystrzelić dokładnie w tym samym momencie, w którym on to zrobi. Skoro już i tak aspirowali do ról tragicznych kochanków, zakończenie tego w ten sposób nie byłoby takie nietypowe, czyż nie?
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-03-06, 22:37   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


- Bo trzymam broń. Jeśli padnie strzał usłyszą go moi koledzy i nie uda ci się daleko uciec. Opuszczenie broni, będzie po prostu rozsądnym wyjściem. - odpowiedział jej spokojnym głosem, patrząc na nią uważnie. Chełpił się tym, że w sytuacjach stresowych potrafił podejmować szybkie decyzję. Nie bawił się w sentymenty, a jednak teraz… zamiast dokończyć misję, której nie udało mu się wypełnić przed laty, palec na spuście nawet nie drgnął. Cassandra Gardner powinna leżeć już martwa, a jednak nadal oddychała. Chyba on też nie chciał strzelić. Zdrowy rozsądek, logiczna, chłodna kalkulacja na nic się zdawały, gdy każda komórka jego ciała buntowała się przed wykonaniem swojego obowiązku.
Uśmiechnął się krótko, gdy go poprawiła. - Nie bądź małostkowa. - odpowiedział jej. W głębi wiedział, że przeciąga strunę. Że niepotrzebnie ją tym prowokuje, a jednak nie mógł się powstrzymać. Dla niego nigdy nie będzie Cassandrą. Po prostu. Jak bardzo by go nienawidziła, jak bardzo by nim nie gardziła. Okłamał ją. Wykorzystał ją. Zdradził ją. Jednak prawda ukryta była za tym, że dla niego na zawsze pozostanie już Cassie. Każde z nich wybrało swoją ścieżkę. Ona nie miała zbyt wielkiego wyboru. On miał. I podjął decyzję. Był nic nieznaczącym agentem FBI i chociaż owszem, przeszło mu przez myśl to, że mógłby przestać donosić dla GC, wiedział że dla niego najlepszą opcją będzie wykonanie zadania. To była prosta kalkulacja. Przez lata był szpiegiem GC. Nie pozwoliliby mu od tak po prostu odejść. Nie było dla niego miejsca w FBI, a już na pewno nie było dla niego miejsca w społeczeństwie mutantów, któremu wyrządził tak wiele krzywd. Co więcej Cassie i tak by mu nie wybaczyła kłamstw. Poza tym to było nieopłacalne. Pod każdym względem. Musiał podjąć decyzję i nigdy jej nie żałował. Bo gdy odkładał uczucia na bok, wiedział, że postąpił dobrze. Gdy jednak te przejmowały kontrolę… Wyrzucał to z głowy. Wracało to do niego raz po raz. W nocnych koszmarach, za każdym razem gdy wracał na grób siostry, gdy opowiadał szalone historie swojej matce, która tylko patrzyła na swojego jedynego syna z przerażeniem bo to jedyne co mogła zrobić. To jego wyboru doprowadziły go właśnie tutaj. Oczywiście, że chciałby mieć ciastko i zjeść ciastko, ale nie mógł.
Wypuścił głośno powietrze, opuszczając nieznacznie broń. Nie widział jej od lat. Przypatrywał się jej dokładnie jakby chciał dostrzec każdą zmianę. Nadal między brwiami pojawiała się ta nieznaczna zmarszczka, ilekroć była w stresującej sytuacji. Miała dłuższe włosy. Wyglądała na zmęczoną, jakby życie które prowadziła odebrało jej trochę blasku. Częściowo to była jego wina. Jednak wciąż była niezaprzeczalnie piękna. Z gatunku z tych kobiet, które po prostu zapierają dech w piersiach. - Musisz celować prosto w głowę. Mam kamizelkę kuloodporną. To po prostu zaboli, ale mnie nie zabije. Jeśli tego właśnie chcesz, celuj w głowę. - rzucił krótkie spojrzenie na jej broń. Nie powinien wystawiać jej na próbę. To było duże ryzyko. Ale gdzieś w środku czuł, że ona również nie chce strzelić. Podobnie jak on. Nie wiedział jednak co ma zrobić. Nie mógł dać jej uciec. Nie mógł jej zabić. Nie mógł zabrać jej ze sobą. To była sytuacja bez wyjścia. Gdyby znała teraz jego myśli, mogłaby zatańczyć taniec zwycięstwa, bo stracił kontrolę nad sytuacją w momencie, gdy kaptur odsłonił jej twarz.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-03-07, 00:04   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


- Może wcale nie chcę być rozsądna? - Może mam już dosyć? - Pomyślałeś o tym? - Prawdopodobnie nie powinna wdawać się w jakiekolwiek rozmowy, ale - cholera - robiła to. Instynktownie przedłużała ten moment, choć doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak złe i pochrzanione to było. Powinna być w stanie zachowywać się jak ktoś racjonalny, kto właśnie znalazł się w sytuacji zagrożenia, jednak - jak na złość - jej ciało wcale nie reagowało w ten sposób. Umysł zaś? Reagował w jeszcze gorszy, bardziej nieracjonalny sposób, sprawiając, że odczuwała coś, czego wcale nie powinna czuć. Przecież tyle razy wmawiała sobie, że to było już daleko za nią, że miała to już z głowy. Formułując oschłe, być może nawet prowokacyjne wypowiedzi, czuła się jednak bardziej jak widz, nie uczestnik zdarzeń. Zupełnie niczym w jednym z tych snów, których zupełnie nie umiała kontrolować. Teraz też wszystko wymykało jej się przez palce. Czy powinna winić się za to, że w pewnym stopniu wcale aż tak jej to nie przeszkadzało?
- Jest mi z tym dobrze. - Nie, wbrew temu, co właśnie mówiła, wcale nie było jej dobrze. Ani z małostkowością, ani z szeroko pojętą hipokryzją, ani z czymkolwiek innym. Jeśli miałaby być ze sobą całkowicie, nieodwracalnie szczera... Nawet się teraz nie lubiła. Prawdę mówiąc, odczuwała naprawdę silny dyskomfort psychiczny na myśl o tym, kim się stała. Przez znaczną większość czasu, cóż, to nie była ona. Niewiele mogła jednak na to poradzić, a jeszcze mniej chciała, bo bycie sobą... Bycie sobą było trudne. Znacznie bardziej od bycia kimś innym, a przy tym niewątpliwie bardziej nieprzewidywalnym, co mogło nie być już takie złe.
Przynajmniej w teorii, bo sytuacje takie jak ta momentalnie ją rozstrajały. Nie to, by znajdowała się w nich zbyt często. Oj nie, to był wyjątek. I jak to wyjątki miewały w zwyczaju, całkowicie zwalił ją z nóg. Dosłownie czy nie, dotknęła gruntu i... Wcale nie myślała o tym, by się podnieść, nie wykonała ani jednego ruchu w tym kierunku, nieustannie wpatrując się w ciemne oczy rozmówcy. Zbyt znajome, a przez to... Jeszcze bardziej ją to bolało, jeszcze mniej myślała o wstaniu, bo poziom ziemi czy podniesienie się do pionu? I tak miała być mała, walcząc z nachodzącą ją chęcią skulenia ramion. Ucieczka i tak była w tym momencie czymś raczej niemożliwym, zaś cała scena nosiła znamiona, cóż, dosyć niezłego surrealizmu.
- A niech mnie diabli, chcę, żeby zabolało. - Przełykając ślinę, starała się włożyć w te słowa jak najbardziej zawiści, gniewu, wszelkich negatywnych emocji, których... Nagle nie miała. Nie chodziło o to, że ostatecznie pozbyła się ich zaledwie w przeciągu kilkunastu sekund, pozwalając sobie na jakąkolwiek nostalgię, nie. Usilnie starała się zapanować nad emocjami, uczuciami, całym tym wewnętrznym chaosem, jaki teraz wypełniał jej głowę. Być może nawet robiąc to zbyt mocno, bo w tej jednej sekundzie nie czuła zupełnie nic. Tylko pustkę, nim ponownie nie ogarnął jej gorzki ból, nim nie strzeliła, celując tak, żeby nie zrobić nic więcej, prócz tego, o czym mówiła. Nawet w takim momencie, wcale nie chciała fizycznie skrzywdzić Billy'ego, chciała tylko zadać mu ból. Pozornie, bo i to uczucie wyparowało w chwili, w której nacisnęła spust pistoletu wciąż wycelowanego w kamizelkę.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-03-07, 23:03   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


- Powinnaś. - uśmiechnął się z niemalże nostalgiczną nutą. - Nierozsądnie byłoby dać się zabić. - odpowiedział jej spokojnie. Nie mógł się powstrzymać przed kontynuowaniem tej konwersacji, bo wiedział że w momencie, w którym przestaną będzie musiał zacząć działać. Wiedział, że nierozsądnym było prowokowanie jej. Podobno piekło nie zna większej furii niż zdradzona kobieta. Mogła przez ten cały czas pielęgnować swoją nienawiść do niego. Mogła po prostu nacisnąć na spust, by zemścić się na zdradliwym narzeczonym. I chociaż instynkt podpowiadał, że ona wcale nie chce by do tego doszło, jego umysł wciąż podsuwał mu kolejne scenariusze.
- To do ciebie nie pasuję. - odpowiedział jej dość zuchwale, robiąc ostrożny krok w jej stronę. Był na tyle bezczelny, by pozwalać sobie ją oceniać. Miał w głowie pewien obraz. Kobiety, którą kiedyś była. Która była jego i właśnie taka powinna pozostać na zawsze. Wiedział jednak, że ludzie się zmieniają. Że ona prawdopodobnie się też zmieniła. Życie formowało charakter, powinien się liczyć, że uformuje i jej.
Nie spodziewał się, że wystrzeli. Poczuł oszałamiający ból w okolicy żeber. Na moment ugięły mu się kolana i upadł na ziemię. Mógł być przyzwyczajony do odczuwania ból, jednak ten za każdym razem był taki sam. Miał wrażenie, że kula wyżłobiła mu dziurę w klatce piersiowej, chociaż był prawie pewien, że nawet nie przedostała się przez kamizelkę. Z jego ust wydobyło się głośne parsknięcie. - Bardzo nierozsądny ruch, Cassie. - popatrzył na nią szaleńczym wzrokiem. Może nawet na sekundę na jego usta wypłynął uśmiech. Jednym sprawnym ruchem rzucił się w jej stronę. Z trudem łapał powietrze. Ból był wciąż rozkładający na łopatki, a jednak nie miał zamiaru pozwolić jej na kolejny atak. Złapał za rękę, w której trzymała broń, boleśnie ją wykręcając. Nie miał zamiaru łamać jej nadgarstek, miała wypuścić tylko broń, a gdy ta upadła na ziemię, przycisnął Gardner całym ciałem do ziemi. Wciąż oddychał ciężko. Miał ochotę położyć się na plecach i przez następne kilkanaście minut zwijać się z bólu, ale nie miał tego luksusu.
[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-03-07, 23:52   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


- Sugerujesz, że powinnam cię teraz posłuchać, tak? Być wdzięczna za dobrą radę, bo Rozsądek to w końcu twoje drugie imię? - Choć teoretycznie słowa Cassandry dałoby się odebrać bardzo dwojako, zarówno wyraz jej twarzy, jak i ton głosu, jakiego używała, wskazywały na prześmiewczość, z którą odnosiła się teraz do mężczyzny.
Z dwojga złego... Atak był najlepszą formą obrony, czyż nie? Im bardziej czuła się skrzywdzona, im mocniej rozstrajała ją cała ta sytuacja, tym bardziej cięty język miała. Być może nie zachowywała się przy tym zbyt rozsądnie - powinna przecież choć spróbować poderwać się do ucieczki - ale, do jasnej cholery, w tym wszystkim nie było ani krzty logiki! Kiedy już myślała, że udało jej się wyjść na nie do końca prostą prostą...
- Może ja też udawałam? - Wypaliła prędzej niż w ogóle pomyślała nad sensem własnej wypowiedzi, odpowiadając także prowokacyjnym uniesieniem brwi. Nie, zawsze była szczera. Przez ten cały czas była nawet zbyt szczera, nazbyt łatwowierna i uczuciowa, choć od samego początku powinna wiedzieć, jak to się mogło skończyć. Miała przecież oczy i uszy, ostrzegano ją, choć nie przed tym, co ostatecznie nastąpiło. Z tego wszystkiego... Wolałaby już chyba po prostu mieć złamane serce.
Wtedy mogłaby przynajmniej pozostać tam, gdzie była. Mogłaby ze zwieszoną głową powrócić do ojca, przyznając mu rację, co do wiary w ludzi, a następnie wysłuchać krótkiego wykładu, by nigdy nie wierzyła w to, co widzi. W końcu nawet sól wygląda jak cukier. Miałaby swoje życie - mniej lub bardziej popaprane, ale własne, poukładane chociaż trochę tak jak chciała - i mogłaby spróbować jakoś je sobie znów ułożyć. Tymczasem teraz nie miała już takiej możliwości, dosłownie płonąc z goryczy. Co gorsza, nie tej, którą powinna odczuwać. Nie spowodowanej tym, co powinno ją powodować.
Cassandra była zła, jednak w głównej mierze na siebie, na to, co teraz odczuwała. Decydując się - być może nazbyt pochopnie - oddać strzał, gdy wciąż jeszcze czuła ten rodzaj rozgoryczenia. Trafiając w chwili, zaledwie ułamek sekundy później, gdy to wszystko jakby... Przygasło. Moment później znowu ją ogarniając, jednak tym razem przez to, że zaczęła naprawdę żałować, walcząc zarówno z instynktami, jak i wewnętrznym poczuciem winy. Całe szczęście, zdecydowanie niewyczuwalnym w jej odpowiedzi.
- Rozsądek to twoje drugie imię, nie moje. - Zdążyła jeszcze odpowiedzieć, nieznacznie unosząc przy tym lewy kącik ust, gdy dotarło do niej, że przynajmniej nie tylko ona osiągnęła teraz poziom gruntu. I choć zdecydowanie powinna spodziewać się jakiegoś odwetu - zbyt dobrze znała Billy'ego, nawet jeśli większość z jego przeszłych zachowań zapewne była tylko elementem chorych gierek - jednakże nadal czuła się zbyt otumaniona psychicznie, by odpowiednio szybko zareagować na jego ruch.
Sycząc z bólu i usiłując walnąć go łokciem lub kolanem w jakąkolwiek część ciała - naprawdę, wszystko by jej starczyło - odruchowo wdała się w nadzwyczaj żałośnie krótką szarpaninę na zimnym, brudnym gruncie, ostatecznie musząc wypuścić broń. Nie miała przy tym jakiegokolwiek noża, nożyka, scyzoryka czy nawet połamanej wykałaczki, być może nie zamierzając się z tym ujawniać, ale już wkrótce dosyć mocno tego żałując. Czy to braku dodatkowej broni, czy też braku wspomnienia o tym.
- Chwila nostalgii, huh? - Syknęła, przez krótki moment usiłując zwalić z siebie mężczyznę, jednak stosunkowo szybko odpuszczając także te próby. Co miała niby zrobić? To byłoby jak siłowanie się ze słoniem albo marmurową kolumną. Prawdę mówiąc, ta druga bardziej tu chyba odpowiadała, w końcu miała do czynienia z kamienno zimnym człowiekiem bez serca.
- Złaź ze mnie, bo przysięgam... Połamię ci jeszcze nos. - Być może od samego początku powinna pomyśleć o metodach nieco mniej agresywnych od strzelania do kogoś, jednak tym razem raczej nie zamierzała robić tego, o czym mówiła. Chciała tylko pozbyć się tego gnojka. Dupka, który sprawiał, że robiło jej się podwójnie gorąco. A tylko jedno ze źródeł tego - palącą złość - była w stanie zaakceptować...
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-03-14, 01:18   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Uśmiechnął się słysząc jej słowa. - Właśnie tak. Jestem pragmatyczny i rozsądny. Przecież mnie znasz. - odpowiedział jej zuchwale. Przez jego kłamstwa mogła sądzić, że przecież tak właściwie go nie znała. Że to wszystko co było między nimi było tylko jedną wielką grą, ale przecież nie było tak do końca. Owszem. Jego głębokie zainteresowanie jej osobą zrodziło się ze względu na misję jaką miał wypełnić. Ale nikt nie był aż tak wyrafinowanym kłamcą. Nawet on. Może nie chciała tego pamiętać. Może już wyrzuciła te chwile, gdy leżeli w pogniecionej pościeli, mówiąc o rzeczach, które przeznaczone były tylko dla nich. Opowiedział jej o swojej rodzinie, o swojej przeszłości, o swojej ambicji… Mówił jej o tak wielu rzeczach, które były prawdziwe. Wiedział, że nie powinien. Właśnie w ten sposób nawiązał z nią nić porozumienia, właśnie w taki sposób przywiązał się do niej tak bardzo. Nie kłamał cały czas. Ukrył przed nią najobrzydliwszą stronę swojej osobowości, ale reszta była do bólu prawdziwa.
- A kto powiedział, że ja udawałem? - uniósł wysoko brew, wkraczając na grząski grunt. Czy chciał powiedzieć na głos to wszystko co działo się w jego głowie? Czy chciał zmaterializować te wszystkie pokręcone myśli, napadające go w chwilach słabości? Nie chciał. Do jasnej cholery nie chciał, ale jakąś częścią siebie chciał, żeby wiedziała. Może to było egoistyczne? Bo gdyby naprawdę, z czystego serca, ją kochał chciałby dla niej jak najlepiej, tymczasem on w jakiś sposób chciał, żeby pamiętała mężczyznę, którego kochała. Żeby była świadoma jego istnienia. Żeby nie mogła porzucić myśli o nim. Żeby nadal to co pomiędzy nimi było rozpalało ją od środka, nawet jeśli ten ogień miał boleśnie ranić. Nie miał czystego serca. Nigdy nie miał dobrych zamiarów. Pieprzyć hymn o miłości.
Przez moment szarpał się z nią, starając się utrzymać na nowo odzyskaną kontrolę nad sytuacją. Chociaż nie utrudniał go rozdzierający ból, który promieniował od brzucha aż po samą szyję. Może gdyby to był pierwszy raz, gdy otrzymał taki strzał, by się poddał. Potrafił sobie z tym poradzić. Potrafił to przezwyciężyć, ale prawdopodobnie kolejny strzał sprawiłby, że nie potrafiłby złapać oddechu. - Też to czujesz? - uśmiechnął się niemalże, że czarująco, przyciskając ją nieco mocniej do ziemi. - Nie mam najmniejszego zamiaru. - pokręcił głową. - Powinienem cię teraz zabić albo zawlec do GC. Wiesz co tam się robi z mutantami, prawda? - powiedział. - Proszę bardzo. Bij mnie ile masz sił w tych małych piąstkach. - szydził z niej. Był wściekły za ten strzał. - Nie zastrzeliłem cię półtora roku temu, nie zastrzeliłem ci dzisiaj. Tak okazujesz mi swoją wdzięczność?
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-03-14, 13:02   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Spojrzenie, jakim w tym momencie obdarzyła mężczyznę, było wyjątkowo łatwe do odczytania. Nie musiała nawet słownie wspominać tego, że chyba zwyczajnie sobie z niej kpił. Nie tylko z cechami, którymi siebie opisywał, a które niechybnie były tylko jakimś elementem jego atrakcyjnej otoczki, lecz tym bardziej w ostatnich słowach, jakimi obdarzył Cassandrę. Znała go? Cóż, jak dla niej, znała wyłącznie stek bzdur, kłamstw i bajeczek dla pelikanów podobnych do dawnej jej. Wtedy łapczywie je łykała, usiłując wierzyć w to wszystko, ale teraz weryfikowała już praktycznie każdą otrzymywaną informację. I nie, nie uważała, by znała Sandersa. Nie bardziej niż pierwszego z brzegu gnojka złapanego na ulicy.
- Czyżby? - Unosząc brew, znacząco zamrugała oczami. Owszem, był taki chory okres, gdy chciała wierzyć, że - mimo wszystko - było w tym więcej prawdy niż kłamstwa. Nawet teraz, choć ją to złościło, naprawdę chciała mieć chociaż cząstkę takiego przeświadczenia. Nie po to, by wybaczać - tu nie było już nic, prócz dystansu i resztek gorzkawych złudzeń - ale po to, aby poczuć się chociaż odrobinę lepiej. Zawsze ufała przecież własnym osądom. Nie chciała sądzić, że aż tak bardzo się pomyliła.
Mimo wszystko, nawet teraz, to nie była dla niej żadna chora gierka. Zaangażowała się, choć z początku próbowała tego nie robić. Jak to mówią - wpadła po uszy. I nawet jeśli w tym momencie dobrze wiedziała, jak fałszywe to było, prawdopodobnie nigdy nie była szczęśliwsza, nigdy nikogo bardziej nie kochała. To właśnie dlatego było tak ciężko pogodzić się z prawdą. Na jej szczęście - a może jednak nie? - musiała to zrobić wyjątkowo szybko, by ocalić chociaż skórę, nawet jeśli psychicznie całkowicie się posypała. A skoro już to wtedy zrobiła... Tym razem nie zamierzała popełniać błędów. Nie z tym człowiekiem.
- Przestań ze mną pogrywać. - Kręcąc głową i dyskretnie przełykając ślinę, tym razem nie uśmiechnęła się złośliwie, nie uniosła prowokacyjnie brwi, nie wydała z siebie pogardliwego dźwięku... Bo ją to autentycznie zabolało. Izolowała się, nie chciała nikomu więcej dać uderzyć w tę strunę, ale to niewiele zmieniało. Może nawet wręcz przeciwnie - zamiast pomagać, doprowadziło do tego, iż właśnie w tym momencie miała ochotę całkowicie odwrócić wzrok. Gdyby tylko mogła to zrobić... Ale to byłoby przecież zbyt łatwe, czyż nie? Jej pozycja musiała być popieprzona.
- Czuję tanią wodę kolońską i mdłości. Faktycznie, zupełnie jak przy naszym pierwszym spotkaniu. - Chociaż stosunkowo szybko się to zmieniło - sama nie wiedziała nawet, kiedy dokładnie dała się omotać, zapominając całkowicie o wszelkich ostrzeżeniach, poradach i własnych początkowych odczuciach - nie musiała raczej o tym wspominać. Nie o to przecież chodziło. Chciała go obrazić. Chciała go jak najdogłębniej obrazić, o ironio, tym samym faktycznie usiłując przekonać samą siebie, a to nie było takie łatwe, jak się mogło zdawać. Przynajmniej do pewnego momentu.
- Chyba nie zamierzasz opowiedzieć mi teraz caaaaałej historii? To byłoby nieźle psychiczne. Nawet jak na ciebie. - Tak, zdecydowanie orientowała się w tym wszystkim, co musiało się dziać - i działo - po schwytaniu mutanta. Tak, zdecydowanie robiła teraz z Billy'ego jeszcze gorszą osobę niż to najprawdopodobniej było w realnym życiu. Tak, po prostu starała się mu odwdzięczyć za wszystkie te słowa, jakie teraz wymieniali. Przynajmniej na taki ogień między nimi można było jeszcze liczyć. Ni mniej, ni więcej, a płomiennie cięte odpowiedzi mamrotane nawet z pozycji, w jakiej się teraz znajdowała. Pytając szczerze, co mógł jej jeszcze zrobić, czego dotąd nie zrobił? Chyba tylko zastrzelić, ale w pobliżu i tak nie było broni. A wykręcanie rąk i siniaki spowodowane upadkiem już przecież zaliczyli.
- Złamałeś mi serce, ja prawdopodobnie jakieś twoje żebro. Brzmi fair, zwłaszcza że to ty mi zniszczyłeś życie. - Nawet jeśli w pewnym momencie poczuła wyrzuty sumienia, te prawie całkowicie teraz zniknęły, a to wszystko za cudowną sprawą samego mężczyzny, który najwyraźniej nie zamierzał ani z niej zejść, ani się przymknąć. Mimo to, cóż, ponowiła próbę perswazji, dobrze wiedząc, że bicie niewiele miało dać. A musiała mieć przecież siły, by mu jeszcze potem ostatecznie zwiać.
- Wdzięczność? A teraz złaź. Nie to, żebym się tym jakoś nadmiernie przejmowała, ale możesz sobie przebić płuco. A nie chcę mieć jeszcze morderstwa na koncie. Celuję wyżej, zwłaszcza że ciebie ktoś i tak w końcu ukatrupi. - Syknęła jeszcze, mając nadzieję, że walenie jej serca nie było aż tak odczuwalne, jak to ona sama czuła. Z dwojga złego, wolałaby walić w coś i to w coś innego - na przykład w nos.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-03-15, 01:14   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


Ta otoczka była nieodłączną częścią Billy’ego. On zawsze grał. Był zabawny, czarujący, podrywał kobiety, niemalże zawodowo. Gdy chciał potrafił zjednywać sobie ludzi, ale przecież nie znała go tylko z tej strony. Wiedziała przecież, że czasami ceni sobie bardziej milczenie niż bezsensowny small talk. Że w gorszy dzień potrafi godzinami gapić się w sufit w kompletnym milczeniu, paląc praktycznie jednego papierosa za drugim. Że czasami, w chwilach wściekłości wali bez opanowania w worek bokserski. Że jest pracowity i ambitny jak cholera. Że nie jest tylko fircykiem, uganiającym się za kobietami. Dane było posmakować jego najgorszej strony, ale czy tak naprawdę to wszystko było według niego grą. Nawet wtedy nie był idealny. Miał swoje przywary, zalety. Zachowywał się przy niej z pewną dozą naturalności, a nawet szczerości. Tyle, że cały czas ją okłamywał jak bardzo dziwnie by to nie brzmiało. To było skomplikowane. Jak wszystko między nimi. - Mówiłem ci, że nie można mi ufać. Nie możesz mnie winić za to, że to zrobiłaś. Czy to nie była pewna forma szczerości? Znałaś mnie, Cassie. Takiego jakim byłem, po prostu odwracałaś wzrok, gdy widziałaś rzeczy, których nie chciałaś widzieć. - spojrzał jej prosto w oczy. Najlepsze kłamstwa mają w sobie przecież najwięcej prawdy. Nie była głupia. Wiedział to od dnia, w którym ją poznał. Nigdy nie udawał przed nią kogoś kim nie był. Zakochała się właśnie w nim. Takim jaki był. Po prostu ciężko było czasami dostrzec to, że osoby, które kochamy nie są wcale dobrymi ludźmi lub naiwnie myślimy, że nigdy nie dotknie nas ich egoizm. Ale czy naprawdę przez tak długi czas potrafiłby to ukryć? Musiała zauważyć, że jest niemalże chorobliwie ambitny, egoistyczny, momentami stanowczo niezdrowo zazdrosny. Wiedziała, że nigdy nie cofał się przed niczym. Może po prostu go nie doceniała. Nie zdawała sobie sprawy do czego jest zdolny.
- Skończyłem już z tobą pogrywać dawno temu. - odpowiedział jej. Teraz już nie miał w tym żadnego celu. Naprawdę tak ciężko dostrzec było jego przywiązanie do jej osoby? Szczególnie teraz, gdy zamiast próbować ją zabić wdawał się z nią w rozmowę. Nie zabił jej półtora roku temu. Miał ją na muszce. Wiedziała, że on nigdy nie chybia. Na pewno nie z takiej odległości. Nawet nie nacisnął na spust. Nie chciała po prostu zdawać sobie sprawy z tego, że coś między nimi mogło być prawdziwe. Może i dobrze. Łatwiej było żyć ze świadomością, że ona go nienawidzi, niźli że wciąż widzi w nim jej Billy’ego. Chociaż z drugiej strony chyba chciał, żeby o nim nie zapomniała. Żeby wciąż zajmował w jej sercu miejsce, które należało do niego.
- Chyba zawroty głowy, a ta woda kolońska to twój wybór. - odpowiedział jej z uprzejmym uśmiechem.
Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu. Miała rację. Zniszczył jej życie. Co miał jej powiedzieć? Że jest mu przykro? Że żałuje? Że wcale tego nie chciał? - Zrobiłem to co musiałem zrobić. - odpowiedział jej beznamiętnie, pochylając się nad nią. Pewnie to brzmiało okropnie mało satysfakcjonująco, a jednak tak właśnie było. Miał się wywiązać z zadania. Nie mógł być sentymentalny, kierować się uczuciami. Gdyby właśnie w taki sposób podejmował decyzję pewnie skończyłby w tej zapyziałej dziurze w teksasie, zapijając stracone szanse tanią whisky. Kto wie, może pewnego dnia przeistoczył by się we własnego ojca.
Przez chwilę milczał, wpatrując się w jej twarz. - Spieprzaj stąd. Tą samą drogą, którą przyszłaś. - powiedział w końcu, odsuwając się od niej. Złapał jej broń, wciskając ją sobie do kabury. Tego z pewnością nie miał zamiaru jej oddawać. Z trudem dźwignął się na nogi. Miał tylko nadzieję, że nie będzie chciała go znowu zaatakować, bo będzie musiał się bronić, a wtedy nie będzie już taki łaskawy.
[Profil]
  [A+]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-03-15, 12:45   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


- Byłam głupia, to fakt. Ale naprawdę uważasz, że to upoważnia cię do... - Gdyby znajdowała się w innej sytuacji, zapewne w tym momencie rozłożyłaby ręce, demonstrując tym samym ogrom jego kłamstw i gierek. W tym momencie jednak wyłącznie pokręciła głową z politowaniem. - Tego całego gówna? - To już nawet nie było bezczelne potraktowanie Cass, dosłowne spuszczenie wszystkich uczuć w kanał, nie. To było coś więcej. To była już zdecydowanie wyższa szkoła zachowywania się jak ostatni skurwiel. Musieli poświęcić na to wiele godzin dodatkowego treningu dla początkujących członków Genetically Clean, rozszerzając to na każdym etapie stawania się ich pieskiem obronnym.
- Akceptowałam wszystko. W zamian oczekiwałam tylko podstaw. - Być może faktycznie miała klapki na oczach, jeśli chodziło o pewne aspekty ich pięknie zwanego związku, jednak zdecydowanie aż tak bardzo nie idealizowała Billy'ego. Starała się zwyczajnie zaakceptować to, co było, bo nikt nie był przecież całkowicie perfekcyjny. Sama też miała wady - ba, ostatnio widziała ich więcej od zalet - co najwyraźniej działało wyłącznie na korzyść tej dziwnej, niezdrowej i porypanej relacji, która w tamtym czasie była dla niej ucieleśnieniem szczęścia.
- Skąd mam to wiedzieć? - Po raz kolejny robiąc dosyć zaczepną minę, wręcz prowokującą do czegokolwiek, co zmieniło by choć trochę ich czczą, oklepaną dyskusję, dodała z gorzkim wyrzutem. - Jeśli oświadczyny nie były elementem gierki, to już sama nie wiem, co nim było. Jakie miały być dalsze plany? - Nawet jeśli usilnie twierdził, że przestał sobie z nią pogrywać, w tym momencie naprawdę nie widziała sensu tamtego kroku. W tamtym czasie była już i tak do niego przywiązana, darzyła go uczuciem i nie zamierzała odchodzić, zatem zdecydowanie nie potrzebowała być jeszcze bardziej kontrolowana. W świetle obecnych informacji, to było jak policzek wymierzony pod idealnym kątem wprost w twarz Gardner. Zwłaszcza że wciąż nie mogła powstrzymać się przed pytaniem samej siebie, co miało być dalej... Jakie plany wchodziły wtedy w grę? Jakie intencje? A to dosłownie ją zabijało.
Nie mniej zresztą, jak i inne rzeczy. Faktycznie, nie kłamała, gdy wspominała o ogarniających ją mdłościach. Być może powiedziała o nich tylko zbyt wcześnie, trochę na wyrost, jednak faktycznie czuła się zdenerwowana, przez co rzeczywiście kręciło jej się w głowie, a ostrawe zapachy przywodziły na myśl usilnie wypierane wspomnienia. Na dłuższą chwilę zagryzła wargi, odwracając wzrok, nim ponownie się odezwała.
- Sądziłam, że tacy jak ty odcinają się od niechlubnej przeszłości. Kogoś, kto żyje jak pączek w masełku, na pewno na to stać. - Przecież o to chodziło, czyż nie? Pieniądze, pozycję, szacunek grubych ryb... Wszystko, co najwyraźniej liczyło się znacznie bardziej od ludzi. Najpewniej w tym momencie już miał to, czego chciał. A koszt? Kogo obchodził jakikolwiek koszt, nieprawdaż? Były wyłącznie wymówki, teksty o robieniu tego, co należało zrobić, bujdy po to, by poczuć się lepiej.
- Wmawiasz to sobie. - Do cholery jasnej, nic nie musiał. Wszystko było wyłącznie kwestią tego zrytego światopoglądu, którego najwyraźniej nigdy nie powinna akceptować, tej chorej ambicji, by znaleźć się jak najwyżej. Naprawdę nie zdawał sobie sprawy z tego, że ze szczytu świata być może rozciągał się piękny widok, ale nie było tam miejsca na upadek? Wystarczył jeden niewłaściwy krok, by runąć niżej niż ktokolwiek. Bez jakiejkolwiek szansy na ponowne zrehabilitowanie się. To była wyłącznie kwestia czasu. W pewnym sensie, choć nie zamierzała tego przyznać, Cassandra nawet mu współczuła. Ona przynajmniej miała jeszcze jakiekolwiek życie.
- Tak po prostu? - Obserwując kolejne ruchy Sandersa, wyraz jego twarzy i całą resztę tej specyficznej otoczki, jeszcze przez krótką chwilę nadal znajdowała się w tej samej pozycji. Potrzebowała dosłownie tych kilkunastu sekund, by powoli zacząć się podnosić - wpierw do siadu, później ostrożnie wstając przy jednoczesnym ciągłym wpatrywaniu się w mężczyznę. - Wcale nie zamierzałam tego robić. - Mruknęła bardziej do siebie niż do niego, choć trochę otrzepując przód ubrania. - Strzelać. - I choć z początku zabrzmiało to zupełnie niczym wstęp do jakiegoś głębszego wyznania... Nie było nim. Przynajmniej nie w takiej formie, jaką zdecydowała się pokazać. - To niebezpieczna okolica. Chcę moją broń z powrotem.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Billy Sanders



hungry dogs are never loyal

wykwalifikowany zabójca

dowódca oddziału





name:

Billy Sanders

age:
36

height / weight:
189/90

Wysłany: 2018-03-20, 02:29   
  

   Ucieszył MG, bo dobrze strzela!


- Nie, nie upoważniało mnie do niczego. - Ale i tak to sobie wziąłem zawisło w powietrzu. Nie chciał, żeby kiedykolwiek doszło do konfrontacji między nimi. Mimo wszystko doskonale wiedział co jej zrobił, wiedział jaka jest cena za kłamstwa, a jednak… jak głupio by to nie brzmiało… Nigdy nie chodziło o to, żeby ją skrzywdzić. Była poboczną ofiarą. W tej intrydze nie chodziło nawet do końca o nią, ale o rzeczy, które wiedziała. Przez własną nieuwagę, nie dostrzegł momentu, w którym zaczęło mu na niej zależeć. Już nie tylko jako na źródle informacji, jednak w grę nigdy nie wchodziła kapitulacja. Musiał zrobić to co do niego należało jak wiele, by go to nie kosztowało. Podjął decyzję na wiele lat przed tym jak poznał Cassandrę.
Zaśmiał się trochę gorzko. - Niestety, podstawa nigdy nie była do wzięcia. - odpowiedział jej. Co miał jej powiedzieć? Zbudował ich związek na kłamstwach i zdawał sobie sprawę, że już nigdy nie przestanie kłamać. Takie życie wybrał i tego właśnie takie życie tego od niego wymagało. Gdyby tego nie chciał zostałby w Teksasie, zostałby patologiem sądowym tak jak pragnęła jego ciotka, a potem przejąłby jej pieniądze i może nawet rozkręciłby jakiś skromnie prosperujący interes? Kto wie. Tyle, że on zawsze chciał więcej i nie miał nikogo kto pomagałby mu się piąć w górę. Więc właśnie tak wygląda droga na szczyt tych, którym nikt nie podstawiał stołków. Musiał piąć się tam depcząc po głowach trupów, które za sobą zostawiał. Sentymenty były dla słabeuszy ze słabościami. On musiał się swojej pozbyć, a właśnie czymś takim była właśnie Cassandra. Nic na nich nie czekało. Nawet jeśli w jakiś sposób wybaczyłaby mu kłamstwa, nie było żadnego happy endu dla nich.. Ona nie potrafiłaby mu do końca wybaczyć, a on wkrótce pewnie znienawidziłby ją i siebie przez szanse, które utracił.
- Sam nie wiem co było grą, a co nią nie było. Czy to ma jakieś znaczenie? Potrzebowałem twoich informacji i twojego zaufania. Mogłem zdobyć je na milion sposobów, ale zdecydowałem się na taki. Dwie pieczenie na jednym ogniu jak to mówią. - odparł. I niech nie zrozumie go źle, ale na tym to właśnie polegało. W jego umyśle to w jakiś chory sposób się łączyło. Mógł ją mieć i jednocześnie nie zdając sobie z tego sprawy, była kluczem do jego kariery. Nie musiała wiedzieć. To wszystko było podsycone kłamstwami, a jednak płomień wcale nie był iluzją. Sam nie wiedział kiedy kłamał, a kiedy mówił prawdę. Być może, gdy tak bardzo przywykniesz do kłamstw, już nie wiesz jak odróżnić je od prawdy. Sam nie znał swoich prawdziwych intencji w stosunku. Nawet teraz nie wiedział co chce zrobić, ale jak widać Cassandra nadal pozostawała jego słabością, bo doskonale wiedział co należało zrobić. Po prostu tego nie chciał.
- Taka jest rzeczywistość, Cassie. Bez ubarwiania. Bez zbędnego słodzenia. Popełniasz błąd, giniesz. Chcesz więcej, sięgasz po to. Ja zrobiłem to co musiałem. Nie powiesz mi, że jest inaczej. Nie oczyszczam swojego imienia. Nie szukam rozgrzeszenia. Wiem, co zrobiłem. Wiem, co robię. - odpowiedział jej twardo. Może i wejście na szczyt był ryzykowne, może i potencjalny upadek był bolesny, ale roztaczał się stamtąd tak zajebiście piękny widok, że było warto się wspinać i z całych sił trzymać się tego miejsca. Nie szukał rozgrzeszenia za rzeczy, które zrobił, za to co robił czy za to co miał zamiar zrobić.
- Chciałaś. - parsknął krótko. - Nie powiesz mi, że nie sprawiło ci to satysfakcji. Widząc jak skręcam się z bólu. Nawet teraz pewnie czujesz to pod skórą, chociaż nie chcesz się do tego przyznać. Chciałaś, żebym cierpiał. To całkiem zrozumiałe. Biorąc pod uwagę moje występki. - mruknął, ostrożnie kładąc rękę na żebrach. - I nie bądź zachłanna. Zamiast darmowej wycieczki do Seattle, dostajesz szansę na ucieczkę. Lepiej to zrób zanim się rozmyślę. Po prostu stąd idź. Tak właśnie, po prostu. Bez zbędnych pytań i komentarzy. Po prostu zabierz swoje rzeczy i zostaw za sobą Bractwo. Przegraliście już tą wojnę. Możesz jeszcze wyjść z tego z życiem. Zrób to co musisz zrobić, żeby przetrwać.
_________________
      The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.

[Profil]
  [A+]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 5