It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2018-02-17, 10:15
2 Lata Giftedów!
Faktycznie, obecność Axona mimo wszystko trochę mi przeszkadzała, bo moim planem byla rozmowa z Ronniem. W cztery oczy. Chciałam, żeby mi wszystko opowiedział i skrupulatnie wytłumaczył się ze swojej nieobecności, która pośrednio doprowadziła do klęski podczas akcji na polanie. Może gdyby on tam był, to wszystko by się udało? Odbiliby atak GC i uciekli? W końcu on był doświadczonym Łowcą i doświadczonym przez życie mężczyzną. Wiedziałby dokładnie, jak się zachować i na pewno obroniłby Leviego znacznie lepiej niż Aaron, który - z tego co mogłam się domyśleć - był zbyt zaaferowany tym, że jeszcze 12 godzin wcześniej ruchał Albę, więc wcale się nie przejmował biednym Levim i tym, jak uratować mu życie, gdy te debile z Genetically Clean go porwali. Byłam zła, bo nie mogliśmy sobie pozwalać na takie potknięcia, a co, jeśli następnym razem ktoś zginie, bo jakiś Łowca postanowi się nie stawić tam, gdzie go o to poprosiłam? Musiałam wytłumaczyć to Ronniemu, bo nic, kurwa nic, nie jest ważniejsze od życia mutantów w Bractwie i każdy wzajemnie musiał dbać o siebie, choćby byli najgorszymi wrogami. Ironia losu, co? Twierdzę to ja, Colleen Marie, która Albie i Aaronowi nie podałaby ręki.
- Axon, jak zwykle błyskotliwy. - powiedziałam, uśmiechając się promiennie, ale nie spojrzałam na niego, zbyt skupiona na drodze. W tej okolicy pod koła dość często wyskakiwały dzikie zwierzęta, a nie chciałabym nie dojechać do Dale'a, bo potrąciłabym jakiegoś pieprzonego jelenia. Pan Mózg miał jednak rację. Gdyby to był zwykły mutant, to nie brudziłabym sobie rąk, nie zawracałabym sobie głowy tym, by go odebrać. Dale jednak nie był zwykly, ale z tego zwierzać się nikomu nie miałam zamiaru. No, a na pewno jeszcze nie teraz.
- Tak to w życiu bywa, że czasem nawet Przywódca musi wykonać brudną robotę i to jest właśnie ten czas, ale nie martw się, w końcu mamy też łowcę! Byle tylko dziś od nas nie uciekł. - rzuciłam, faktycznie, trochę złośliwie, ale to dlatego, że mój dobry humor chyba powoli zanikał. Czułam, że coś może być nie tak, ale postanowiłam nie dzielić się tymi spostrzeżeniami z moimi towarzyszami, tylko podzielić swoją uwagę między ostrożnym prowadzeniem auta, a słowami Ronniego.
- Był żołnierzem, jak ty. - odpowiedziałam na pytanie dotyczące Dale'a - Służył w armii, gdy wszyscy zorientowali się, że jest mutantem. Jest teraz dość starannie poszukiwany, ale facet umie się ukrywać. Z pewnością nam się przyda. - wyjaśniłam i faktycznie wierzyłam w to, co mówiłam, bo oprócz tego, że kochałam Dale'a do szaleństwa, to faktycznie mógł być niezwykle w Bractwie przydatny.
Westchnęłam ciężko, słuchając jego słów. Zgadzałam się z tym, że musimy porozmawiać osobiście. Było mi też nawet trochę głupio, gdy zacytował moje wcześniejsze słowa. Byłam wtedy w rozsypce, działałam impulsywnie... Teraz czułam się znacznie lepiej. Drgnęłam lekko, gdy powiedział, co zrobi tej kurwie, która zaatakowała Leviego i... zgadzałam się z nim w stu procentach, ba, nawet byłam mu skłonna pomóc, ale czy na pewno chciałam rozmawiać o tym przy Axonie?
- Okej, porozmawiamy, jak wrócimy do Bractwa. - rzuciłam, urywając rozmowę i spojrzałam na niego w lusterku, licząc na to, że nasze spojrzenia się spotkają, a on wyczyta z moich oczu, że tak, jestem na niego wściekła, ale TAK!, dorwiemy tę sukę.
Cóż, Axonowi było niezmiernie miło, że ktoś uznaje go za błyskotliwego, ale jednak wyjątkowo tym razem nie chodziło mu o podbudowanie swojego ego, a o zdobycie jakichś przydatnych informacji. Colleen faktycznie szczególnie zależało na ściągnięciu tego mutanta, który na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżniał. Ex-żołnierz, mogą sobie z Ronniem założyć elitarny klub, poszukiwany, dokładnie tak jak wszyscy w tym samochodzie, z nieszczególnie przydatnymi mocami. Owszem, może po prostu coś wiedział o GenClean albo o DOGS, ale Will coraz bardziej przestawał w to wierzyć. Jeśli tak by faktycznie było, to Colleen siedziałaby jak na szpilkach co chwilę wyklinając Nancy Flanagan albo tę kobietę, która przesłuchiwała Leviego. Tymczasem, Marie miała na tyle dobry humor, że psuła depresyjną i pozbawiającą chęci życia atmosferę rodem z kina noir, którą wspólnie tworzyli Hopper i Henderson. Niech to tylko nie będzie jedna z tych miłości, gdzie pary po dwóch tygodniach biorą ślub i przyrzekają sobie wierność na wieczność. Bractwo miało za dużo problemów, żeby być zależne od tego z kim aktualnie sypia Colleen Marie. Może przynajmniej da sobie spokój z tą nienawiścią do Bartowskiego. Potrzebowali sprawnie działającego zespołu, a nie dram rodem z Pamiętników Wampirów.
Co do samej nieobecności Hendersona... Oczywiście, Will wolałby sam wszystko usłyszeć, ale musiałby być skończonym hipokrytą, żeby mieć pretensje o to, że ktoś mu nie ufa. Jeśli to było istotne, to prędzej czy później dowie się albo domyśli o co chodziło, a jeśli nie... cóż, nie było potrzeby zawracać sobie tym głowy. Każdy człowiek potrzebował trochę prywatności i przestrzeni dla swoich sekretów, a Will wiedział o tym aż za dobrze.
Szczere powiedziawszy, nie wydawało mu się że prosta zemsta była najlepszym rozwiązaniem sytuacji. Jasne, sprawiała przyjemność, czasami wręcz aż za bardzo, ale chyba istotniejsze było rozbicie GC, prawda? Jeżeli głośno i wyraźnie dadzą im znać, że się za nich zabierają porywając na tyle istotną kobietę, że odpowiadała za wydobywanie informacji z mutantów, to nic nie osiągną. Kiedy w końcu przyjadą na miejsce, wszystkie zabawki będą już dawno posprzątane, a dokumenty spalone.
- Jeśli faktycznie mamy coś osiągnąć, a nie po prostu pobić jedną kobietę, ewentualnie jeszcze kilku jej kolegów, to powinniśmy działać cicho. Znaleźć ją, potem iść po nitce do kłębka, zdobyć jak najwięcej informacji o GC... a dopiero potem je wykorzystać - odpowiedział wręcz porażająco zwyczajnym tonem, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że mówić o torturach i możliwym masowym zabójstwie.
Przydomek, który wymyślił dla niego Ronnie był zaskakująco trafny, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że gdyby nie zrośnięte ciemiączka, to głowa Willa już od kilku dobrych lat zmieniałaby się w jajo. Mimo wszystko, nie podobało mu się pytanie mężczyzny. Miał wrażenie że w jakiś zawaolowany sposób to pytanie dotyczyło Allison, wolał zostawić jej temat w spokoju. Nawet jeśli między nimi kiedyś coś było, to to nigdy nie powinno się wydarzyć. Chyba nie musiał wyjaśniać dlaczego nie był odpowiednim facetem dla niej?
- Tylko twoimi, Ronnie - odpowiedział sarkastycznie. - Nie chciałem przeszkadzać ci
w fantazjowaniu o tym jak przyjadę na białym koniu żeby uratować wam dupę i - hej - oto jestem. Możesz już zacząć rzucać mi się na szyję.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know
przyśpieszenie molekularne
84%
Rebel
name:
Ronnie Henderson
alias:
Vibe
age:
33
height / weight:
198/106
Wysłany: 2018-02-19, 00:47
1 Rok na Giftedach!
Ronnie, oczywiście, częściowo obwiniał się o to, że nie było go w tym momencie na polanie. Wiedział, że jest dobry w tym co robi i że częściowo mógłby zapobiec temu co się stało. Czy jednak inni też nie mieli sobie nic do zarzucenia? W końcu obecni też widocznie wszystko koncertowo spierdolili. Colleen mogła obwiniać o to ich wszystkich, łącznie z samą sobą skoro w ogóle dopuściła do takiej sytuacji. W końcu tak mocno broniła swojej posady jako szefowej, a w momencie w którym mogła się sprawdzić zawiodła. I naprawdę nie obchodziły go te wszystkie dramaty rozgrywające się na placu zabaw bractwa. Nic go nie obchodziło kogo i gdzie pieprzył Bartkowski, ani kogo i gdzie pieprzyła Colleen, a już na pewno nie kto do kogo miał o to żal. Każdy miał się wywiązywać ze swoich zadań bez względu na wszystko i on właśnie przez to poczuwał się winny. Szczerze powiedziawszy był trochę wściekły na Colleen (co było równie małostkowe) za ich ostatnią rozmowę, chciał się wyrwać, złapać oddech, spojrzeć na wszystko z dystansu i zrobił to. Wrócił tu, chowając poniekąd dumę do kieszeni, bo zależało mu na tym co się dzieje w Bractwie. Nie podejrzewał jednak, że pod nieobecność niani dzieciaki tak nadodpierdalają i powinien tutaj być, chociażby po to żeby skopać kilka tyłków, gdy Bractwo go potrzebowało. Zawiódł, ale do tego był w stanie przyznać się tylko przed samym sobą.
Pokiwał głową, patrząc w lusterko. Wolał porozmawiać o wszystkim sam na sam z Marie. Nie znał Hoppera, nie wiedział co siedzi w jego głowie i jaki ma w tym wszystkim zysk. Wolał najpierw dogadać się z Colleen i wiedzieć jak ona na to wszystko się zapatruje. Szczerze powiedziawszy sam miał dość mieszane uczucia. Nie chodziło o to co chcieli osiągnąć jego dawni przyjaciele, ale to że… im również za nic nie ufał, a wiadomo że nie powinno się podpisywać żadnych umów z diabłem.
- Ugh… - pokręcił głową, uderzając lekko w fotel Hopper. - Bycie rozsądnym nie jest zbyt satysfakcjonujące w tej sytuacji. - pokręcił głową, chociaż wiedział, że William częściowo miał rację. Musiał pomarudzić - Nie możemy po prostu znaleźć psychopatkę, zrobić to co powinniśmy zrobić, by odebrała odpowiednią lekcję, dowiedzieć się jakiś ciekawostek, i znaleźć inną nitkę do którego moglibyśmy iść do kłębka przy użyciu nowych informacji? Nie mówię tutaj o tym, że nie zostanie potraktowana jako dama, ale mogłaby pod odpowiednią presją, szepnąć nam to i owo o GC. - uniósł wysoko brwi. - Chodzi o to, panie Hoopper, że my ciągniemy się za tą nitką już bardzo długo. Może w końcu czas przestać się chować pod łóżkiem, licząc że nikt nas nie zauważy? Dość systematycznie dostajemy od nich liścia, więc sugeruję, że warto działać bardziej inwazyjnie.
- Bardzo długo ci to zajęło, Blake. Śmiem myśleć, że jesteś w równym stopniu nieprzydatny jak my wszyscy. - powiedział, wyrzucając kiepa. - Ale hej, może odkryjesz jak pewnością siebie przenosić góry. - uśmiechnął się do niego. Dość nieładnie witał nowego w bractwie, ale znając Ronniego Hoopper musiał wiedzieć, że on po prostu właśnie taki był. Gadał co mu ślina na język przyniesie, ale gdy trzeba było zrobić coś dobrego dla swoich towarzyszy to zwykle to robił.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2018-02-19, 16:39
2 Lata Giftedów!
Z każdą sekundą zbliżaliśmy się co raz bardziej do rynku, a ja czułam się co raz bardziej podekscytowana. Już wkrótce spotkam się z Dalem... już wkrótce zabiorę go do Bractwa i będziemy żyć długo, i szczęśliwie. Oczywiście, musiałam być ostrożna i grać przed Axonem i Ronniem, że no, no, to tylko taki zwykły mutant z fajną mocą, więc na pewno nie miałam zamiaru czule się z nim witać. Przecież oni to by mnie chyba zamordowali i nabili moją głowę na pal, gdyby dowiedzieli się, że Przywódczyni ryzykuje życie, żeby pojechać po swojego chłopaka. No, ja miałam absolutną świadomość tego, jak infaltywnie i niemądrze to brzmiało, ale miłość nie wybierała i całkowicie odbierała rozum, a ja... a ja się temu poddałam. No, ale były też plusy, bo przy Dale'u czułam się znacznie lepiej - bardziej pewna siebie, miałam więcej siły do działania, której w Bractwie potrzebowaliśmy. To chyba super, prawda? Na pewno super!
Póki co się nie odzywałam. Słuchałam, co mężczyźni mieli do powiedzenia na temat ataku na Genetically Clean. Nie chciałam póki co zdradzać swoich argumentów, czy swojego poglądu na tę sprawę. Słuchałam. No i musiałam przyznać, że wersja Ronniego przemawiała do mnie o wiele bardziej. Nie miałam już siły na śledztwa i uprzejmie błąganie GC o nie mordowanie nas. To samo dotyczyło D.O.G.S. tylko z nimi sprawa była trudniejsza, bo byli znacznie bardziej niebezpieczni...
- Możemy działać cicho, porwać ją, zmusić do gadania, dowiedzieć się wszystkiego, czego potrzebujemy się dowiedzieć, a potem... a potem wymierzyć sprawiedliwość. - powiedziałam beznamiętnie, w końcu komentując słowa mężczyzn. Nie mogliśmy działać impulsywnie, z tym się zgadzałam. Nie mogliśmy jednak też czekać kolejne lata i zastanawiać się, jak to ich najlepiej podejść. Musieliśmy działać cicho, ale szybko. Wyśledzić ją, porwać, uzyskać potrzebne informacje i urwać jej głowę. To był dobry plan.
No ale zaraz po tym moi towarzysze podróży zaczęli rozmawiać między sobą, chyba w jakiś sposób udowadniając mi, że się znają. Nie wiedziałam, jak dobrze się znają i kim są dla siebie, ale ich powiązanie było ewidentnie. No cóż... ten świat był mały, ale nie zamierzałam wypytywać. Nie teraz. Ewentualnie później zapytam Ronniego, skąd zna Axona i wszystkie jego wcielenia, bo przecież kilka razy nazwał go innym imieniem i nazwiskiem.
Na rynek dojechaliśmy 10 minut wcześniej. Zaparkowałam gdzieś na uboczu, jednocześnie rozglądając się ostrożnie wokół. Oddychałam trochę szybciej, niż normalnie. Chyba się trochę denerwowałam. Większość misji poza Bractwem mnie denerwowała, to było ryzykowne, ale... taki styl życia sobie wybrałam.
Will miał wrażenie że mówi do ściany. Cóż, powinien się na to przygotować, skoro zgodził się dołączyć do Bractwa, choć chyba na to nie można było być przygotowanym. Od lat wolał już pracować na własną rękę, nie znosił współpracować z ludźmi, którzy dawali się ponieść emocjom - czyli właściwie nie znosił współpracować z ludźmi. Czasami należało po prostu odłożyć gniew i zemstę na później, ułożyć sensowne plany, wykonać je, a potem pozwolić emocjom działać i sprawić, żeby sukinsyni pożałowali za to, co zrobili. Z drugiej strony... sam nie był pewien jak by się zachował, gdyby trafił na kogoś kto skrzywdził jego rodzinę, kto zranił Sally, kto zabił jego pierwszą grupę, zabił Elvirę. Podczas ucieczki od Saints prawie dał się zabić kilka razy i zdobył blizny najprawdopodobniej tylko dlatego, że chciał wyrównać rachunki. Nie żeby nie było warto, ale to było osiem lat temu. Teraz rozegrałby to lepiej.
- GC to nie są idioci. Kiedy drzewo zaczyna się się palić, to zamiast siedzieć na szczycie i czekać aż ogień do ciebie dotrze odcinasz gałąź. Pozwalasz jej spaść, patrzysz jak żywe drewno zmienia się w popiół. - Już pomińmy to, że żywe drewno to oksymoron i z zasadzie powinie powiedzieć łyko. Nie ważne, nie było sensu zarzucać ich wiedzą. - Porywanie i przesłuchiwanie jednej z istotniejszych osób jest jak rzucanie diabełków w stronę czubka drzewa. Może i w końcu trafimy i podpalimy jakąś gałąź blisko szczytu, ale co z tego, skoro do tego czasu nasze tęczowe, pełne entuzjazmu iskierki zwrócą ich uwagę, a oni będą już czekać z sekatorem? Jak będziemy mieć szczęście poleci cała gałąź, jak nie, pozbędą się kilku listków. - Ach, zmieniał się w poetę. W końcu William nie wybrał sobie nazwiska Blake bez powodu. - Przez tę niesamowicie artystyczną i poetycką metaforę chcę powiedzieć, że nawet jeśli ją złapiemy i nie narobimy hałasu, to zanim coś od niej wyciągniemy informacje, GC zorientuje się że coś nie gra i pozbędzie się wszystkich, którzy mogą nas zaprowadzić do jakichkolwiek istotnych struktur. - Hopper aż za dobrze zdawał sobie sprawę, że poświęcanie własnych ludzi żeby ochronić własną dupę nie było niczym szczególnym w takich środowiskach, nawet jeśli musiałeś osobiście przyłożyć lufę do czoła swojego dawnego przyjaciela. Nie był w stanie zapomnieć swoich lat w Saints. - Wiemy że w GC jest jakaś hierarchia i skoro ta kobieta jakoś przez nią przebrnęła, musi być twarda, nie wiemy czy w ogóle dowiemy się od niej czegokolwiek istotnego. Jeżeli będziemy mieć szczęście po kilku dniach będziemy mieć już kilka tropów prowadzących do kilku oddziałów, od których dowództwo zdążyło się już odciąć. Dziennikarze zainteresują się atakami bestialskich mutantów na niewinnych obywateli, na miejscu GC sam bym im podrzucił temat, ale właściwie jesteśmy na tyle klikalnym tematem, że nie trzeba tego robić. Ludzie rzucą się na nowe artykuły, zaczną wyklinać nas, brutalnych dzikusów, na twitterze, a wtedy Geneticaly Clean wejdzie całe na biało. Bo przecież ludzie nie muszą się na to godzić, mogą zacząć walczyć ze swoimi oprawcami. GC odbuduje wszystkie swoje struktury w rekordowym tempie dzięki naszej pomocy - kontynuował swój wywód. - Nic nie osiągniemy, a możemy stracić ludzi. Jeżeli to ma przynieść jakikolwiek, musimy zadziałać tak, żeby dowiedzieli się o tym że cokolwiek robimy chwilę przed atakiem. Żadnych ataków, żadnych porwań, żadnej zemsty za Leviego, przynajmniej nie teraz. Idealnym rozwiązaniem byłoby gdyby jakiś zmiennokształtny mógł się podszyć za kogoś z góry albo gdyby któryś telepata okręcił go sobie wokół palca. Z braku laku jakaś mało rzucająca się w oczy osoba może podszyć się za delegację z drugiego końca stanu.
Nie miał pojęcia co Colleen zrobi ze wszystkim, co jej powiedział. Nie mógł jej zmusić, żeby słuchała jego racjonalnych argumentów, ale jeśli świadomie prowadziła Bractwo na pewną śmierć, to czy powinien tu zostawać? Miał sporo argumentów za dołączeniem do tej grupy, ale jeśli miał dodatkowo przyśpieszyć swoją śmierć, to nie było miejsce dla niego.
Zbliżali się do miasta. Chociaż na zewnątrz było już ciemno, coraz gęstsze światła zaczęły drażnić jego oczy. Założył okulary przeciwsłoneczne, chociaż miał świadomość jak absurdalnie będzie teraz wyglądał. Mimo wszystko wolał się nie narażać na niepotrzebne bóle głowy, zwłaszcza po tym ostatnim, ostrzejszym.
- Och, to jest już na mojej liście rzeczy do zrobienia przed śmiercią, tuż za znalezieniem lekarstwa na raka i zbudowaniem zderzacza hadronów w moim gabinecie. Od dziecka uważałem, że Kordyliery trzeba przesunąć nieco na wschód.
Kiedy już dojechali na miejsce Hopper wysiadł z samochodu. Zwrócił uwagę na to, że Colleen się denerwuje, ale nie wiedział z jakim stopniu przez to, że podejrzenia Willa co do mutanta którego mieli zwerbować były prawdziwe, a w jakim przez to, że była pilnie poszukiwaną terrorystką w samym środku miasta.
Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know
przyśpieszenie molekularne
84%
Rebel
name:
Ronnie Henderson
alias:
Vibe
age:
33
height / weight:
198/106
Wysłany: 2018-02-22, 22:52
1 Rok na Giftedach!
Problem w tym, że wielu mutantów żywiło jeszcze jakieś nadzieję, że uda im się z rządem jako tako dogadać. Pokażą, że wilk nie jest taki zły jak go malują, że mogą funkcjonować w społeczeństwie, że są tacy jak inni, pomijając fakt że mają wypasione mózgi, kontrolują narzędzia kuchenne lub jak to w wypadku Ronniego potrafią zrobić kaboom. Rzecz w tym, że po tych wszystkich latach ucieczek, tracenia bliskich i niesprawiedliwości jakiego spotkały Ronald II Henderson wcale nie chciał asymilować się ze społeczeństwem, które po prostu było zbyt ograniczone by zrozumieć istotę ich mutacji. Nie powinni się ukrywać. Byli wyjątkowi. Jak dziwnie śmiesznie nie brzmiałoby to w tych przesiąkniętych ironią ustach. Dlaczego to oni mieli się do nich dopasowywać? Dlaczego to oni mieli grać według ich zasad, podczas gdy byli w stanie ustalać własne? Nie chciał iść na żadne układy, szukać pokojowych rozwiązań. Pomijając już dumę z bycia mutantem, to była czysta logiczno-strategiczna analiza. W tym momencie nie mieli nic co sprawiało, że mogli zasiąść przy stole i dyktować warunki. Byli zwierzyną łowną. Tyle, że idąc złotą myślą Franka Underwooda - if you don't like how the table is set turn it over.
Tutaj nie chodziło o zniszczenie GC, DOGS czy wmówienie społeczeństwo, że ten wilk jest tak naprawdę owcą. Musieli zrobić coś co sprawi, że to rząd będzie chciał z nimi rozmawiać. W tym momencie przegrywali. Od bardzo dawna ponosili klęskę. Tak. Zrobili wiele dobrego. Pomagali mutantów. Odbili wielu z nich podczas nalotu na placówkę DOGS w Las Vegas, ale to wciąż było za mało. Być może terror doprowadziłby do tego, że to rząd chciałby pokoju między dwiema walczącymi rasami. Nie oni. Nie mówił tego na głos. Zaledwie podszeptywał tym, którzy po cichu myśleli w podobny sposób. To co się działo w jego głowie zakrawało o myśli szaleństwa, a jednak miał dość bycia w tej wyimaginowanej klatce. Chciał być wolny. Choć może po prostu on nie potrafił żyć bez wojny. Potrzebował tego jako siły napędowej. Nie mówił, że już teraz mają wyjść na ulicę i rozpętać piekło, chociaż wystarczyłoby jedno słowo, a właśnie to by zrobił. To także należało zaplanować. Jednak miał dość stania w miejscu i próbowania podejść do jeża na tysiąc różnych sposobów. Może w końcu trzeba było go przejechać. Rozpętać chaos.
Pochył się maksymalnie do przodu, tak że jego głowa znalazła się między Colleen, a Williamem. - Dlaczego nie mówiłaś mi, że Fitzgerald, tak dużo mówi. I to w dodatku tak pięknie. - popatrzył na Marie. - Gęba mu się nie zamyka. - pokręcił głową i wrócił na swoje miejsce. - W każdym razie. Pokaż mi zmiennokształtnego będącego w stanie wykonać tą twoją misję. Bo widzisz w świecie gdzie ludzie obdarzeni mocami chodzą sobie po ulicach taki przekręt niekoniecznie może przejść. Przynajmniej do momentu, gdy otworzy usta i skończy jak Guy Fawkes. My za to możemy poświęcić kilka tygodni, a nawet miesięcy na przygotowanie się do takiej akcji. Zebranie informacji, całe wysublimowane wywiadowcze pierdolamento, by wszystko zależało od jednego zmiennokształtnego. Wiem, że wyznajesz kult umysłu, ale czasami stary, dobry wpierdol może być piękny w swojej prostocie. Mam gdzieś to co myślą o nas ludzią, mogą się nas bać, mogą nie chcieć nas akceptować. Ale możemy ich zmusić do tego, żeby to zrobili. Trzeba to, Hopper, trochę przebudować, a bez zniszczenia starych fundamentów to dość trudne, jeśli wiesz co mam na myśli.
William wysiadł z samochodu, a Ronnie z szerokim uśmiechem obserwował jak zakłada okulary. - Wiesz kto nosi okulary w nocy? Dupki i chujowi agenci CSI. - rzucił za nim.
Spojrzał na Colleen. Wydawała się być lekko poddenerwowana. - Wiem, że chcesz dać mi zjebkę stulecia za to, że mnie nie było. Ale odłóżmy na moment nasz konflikt. Po wszystkim możesz tyrać mnie do samego rana - spojrzał na nią uważnie i pochylił się do przodu. - Coś się stanie na marszu pokojowym. Coś w czym nie jestem do końca pewien czy powinniśmy brać udział, ale… konsekwencję nas nie ominą, Colleen. Dlatego myślę, że nie powinniśmy przestać się trzymać tego całego pasyfistycznotęczowego planu. Tak czy siak nam się oberwie.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2018-02-27, 14:45
2 Lata Giftedów!
Byłam ciekawa, czy moi towarzysze podejrzewają, o co chodziło w tej całej misji. Faktycznie, mogłam śmiało stwierdzić, że w normalnych okolicznościach to ja bym się wcale nie fatygowała po jednego mutanta, ale może nie domyślą się, o co mi chodziło? No... Ronnie się może nie domyśli, ale pan geniusz Axon z pewnością podejrzewał, że coś jest nie tak, a ja mam inne powody niż super moc Dale'a, by tak się o niego starać. No, niech sobie podejrzewa co chce, ważne, żeby mnie nie wypytywał i nie krytykował. Może to sobie robić, ale jak już dotrzemy bezpiecznie do Bractwa, z Dalem w aucie. Wtedy niech sobie robi i gada co chce, bo będzie mi to wszystko obojętne.
Mózg Bractwa kontynuował temat ataku na GC, a ja słuchałam go spokojnie. Nie chciałam być impulsywna, bo wiedziałam, że może mnie to zgubić, więc jak najbardziej chciałam dać szansę jego pomysłowi, choć trochę bliżej było mi do przekonań Ronniego... Nie umiałam w sumie skupić się na tym wszystkim. Nie chciałam się na tym skupiać. Chciałam już biec do Dale'a i rzucić mu się w ramiona, a te wszystkie zemsty, ataki, plany i wpierdole mogą zaczekać. Wszystko może zaczekać, tylko nie Dale.
Zarowno Axon jak i Ronnie jednak twardo dyskutowali jednak o tym wszystkim, ewidentnie oczekując ode mnie odpowiedzi, a ja jak na złość milczałam, starając się zebrać myśli. Nie wiedziałam do końca, co im powiedzieć. Gdy zatrzymaliśmy się, wszyscy wyszliśmy z auta, a ja rozejrzałam się wokół, poszukując jakichkolwiek oznak obecności mężczyzny mojego życia, ale póki co nie dostrzegałam niczego, dlatego... dlatego ewidentnie musiałam podjąć dyskusję ponownie, bo przecież ci faceci mnie zjedzą.
- Axon. - zaczęłam, patrząc na chłopaka - Nie wiem, czy mamy tyle czasu, by bawić się w podchody, by liczyć na jednego mutanta i na podjęte przez niego decyzje. Nie jestem pewna, czy to jest najlepszy plan, bo jasne, jest bezpieczny... ale ile jeszcze osób stracimy po drodze, podchodząc do nich tak spokojnie? - powiedziałam i przeniosłam wzrok na Ronniego - Jestem zdecydowanie bardziej za twoim planem, ale musielibyśmy zrobić to cicho, lecz gwałtownie. Porwać ją, ale na tyle, by nikt się nie zorientował, że to my, albo by nikt się nie zorientował, że w ogóle została porwana. Nie wiem, włamać się do jej komputera, kupić bilety do Meksyku i ukartować jej zniknięcie, a następnie wyciągnąć z niej wszystkie informacje, a potem skatować jak psa. - uśmiechnęłam się, przerażająco wręcz łagodnie, biorąc pod uwagę co mówiłam, ale potem... ale potem Ronnie powiedział coś, co sprawiło, że stałam się bardziej czujna. Zmarszczyłam czoło, ignorując te słowa o zjebce i tak dalej, bo faktycznie, to zrobię później.
- O czym ty mówisz? Skąd wiesz, że coś się stanie? - spytałam, patrząc mu w oczy. Oczywiście, ja nie miałam najmniejszego zamiaru się tam wybierać, ale wiedziałam, ze kilka osób z Bractwa chciało wziąć w tym udział. Co tam się ma wydarzyć?
(omg sorka, że taki słaby post, ale zapomniałam w ogóle o nim i wena chwilowo uciekła XD)
Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know
przyśpieszenie molekularne
84%
Rebel
name:
Ronnie Henderson
alias:
Vibe
age:
33
height / weight:
198/106
Wysłany: 2018-03-20, 18:31
1 Rok na Giftedach!
Jako, że Will nam zamilkł, uznam, że skończyliśmy już tą dyskusję.
Ronnie przez lata patrzył na to jak od momentu ujawnienia istnienia mutantów, aż po dzisiejszy dzień, sytuacja rozwija się stopniowo, coraz bardziej na ich niekorzyść. Miał dość patrzenia na wszystko z boku. Miał dość misji ratunkowych, wycieczek po jedzenie, szukania nowych mutantów i ratowania ich tyłków tylko po to, żeby mogli wieść obozowe życie w Olimpii. Chciał w końcu zrobić coś znaczącego, bierność była dla niego torturą. Przez lata Yvonne gasiła jego temperament, zawsze potrafiła przekonać go by do tego, żeby został w Bractwie, zapuścił korzenie, pomógł jej znaleźć jakieś pokojowe wyjście z tej ciężkiej sytuacji. Ale Yvonne już nie było, a w jego głowie z dnia na dzień narastała ilość mrocznych myśli, które powoli zaczynały przejmować nad nim kontrolę.
- Wbrew pozorom nie opierdzielałem się przez te tygodnie na Bahamach. - uśmiechnął się lekko. - Znałem kiedyś mutantów, którym wyjątkowo mocno nie podobało się to, że musimy się ukrywać. Powiedzmy, że Yvonne z pewnością nie zgodziłaby się z ich metodami. Po tym jak ostatnio się posprzeczaliśmy uznałem, że warto odnowić stare kontakty i sprawdzić co w trawie piszczy. Spędziłem z nimi trochę czasu i usłyszałem co planują na Marsz Pokojowy. Podobno ma dojść do zamachu na Haywella. - mruknął, patrząc na nią uważnie. - Jeśli im się uda. Jeśli komukolwiek uda się zabić dyrektora GC całe te gówno spłynie na nas. Będą szukać kozła ofiarnego i nasza sytuacja się pogorszy.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2018-04-02, 19:57
2 Lata Giftedów!
Słuchałam z uwagą słów Ronniego, nie mogąc uwierzyć w to, co mówił. Przyglądałam się mu, marszcząc czoło, zaniepokojona. Szykował się jakiś cholerny zamach na prezesa GC? Naprawdę? Przecież oni od razu pomyślą, że to wina Bractwa. Jeszcze chwilkę temu sama myślałam o tym, by gołymi rękoma zajebać tę dziwkę, Verę, która tak srzywdziła Leviego, a teraz dowiadywałam się, że mają zabijać Prezesa... Co prawda... Trochę się zgadzałam z tym. Powoli zaczynałam mieć przekonania odmienne do mojej mamy. Trzeba było zacząć działać... Nie mogliśmy wiecznie chować się po lasach i udawać, że nic się nie dzieje...
- Ronnie, nie możemy im na to pozwolić. - warknęłam, szczerze przerażona. W sensie... no dobra, popierałam takie działanie w jakimś tam stopniu, ale nadal uważałam, że to przesada, bo to skończy się cholernie źle dla nas, i dla wszystkich mutantów na świecie.
- Wpadniemy w takie bagno, że nie damy rady zdziałać nic pożytecznego, no kurwa. - mruczałam nerwowo, a cała ta nasza rozmowa trwała tak długo, że dopiero po jakimś czasie zerknęłam na zegarek.
- A swoją drogą to nasz mutant powinien być tu piętnaście minut temu... - powiedziałam cicho, zamyślona. Mieliśmy procedury, które mówiły, że nie czekamy w jednym miejscu na nikogo dłużej niż piętnaście minut. No cóż... Dale ewidentnie się rozmyślił. Świetnie. Jaka ja byłam, kurwa, naiwna.
Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know
przyśpieszenie molekularne
84%
Rebel
name:
Ronnie Henderson
alias:
Vibe
age:
33
height / weight:
198/106
Wysłany: 2018-04-03, 00:06
1 Rok na Giftedach!
Nie miał nic przeciwko temu, żeby w końcu ktoś zapakował kulkę w szpetną twarz prezesa GC, ale zbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że konsekwencję spadną właśnie na nich. Nikt nie będzie prowadził szczegółowego dochodzenia na temat śmierci Haywella. Dla nich wszyscy mutanci byli tacy sami, a wszystko sprowadzało się do tego, że bractwo było bandą terrorystów, która chciała unicestwić rodzaj ludzki, zniszczyć pokój na świecie, utopić szczeniaki. Wszyscy ich osądzą, a gdy społeczeństwo zapragnie ich krwi, rząd nie będzie miał już żadnych oporów przed znacznie bardziej brutalnymi zachowaniami w stosunku do nich. Może i nie wierzył w pokojowe rozwiązania, ale po zamachu nie będzie na to żadnych szans. Oczywiście, mogliby w końcu zacząć działać bardziej ofensywnie niż dotychczas, ale czuł, że nie są na to gotowi. Przynajmniej jeszcze nie.
- Wiem. - pokiwał głową. - Zalecałbym, żeby zostawić ich w spokoju, bo nie są to ludzie, którzy łatwo akceptują jakikolwiek sprzeciw. Nie potrzebujemy wrogów, ani sporów z innymi mutantami. Ale… To nam się za to oberwie. Wszystkim. Musimy coś wymyślić, Colleen, bo po tym marszu nie będziemy już dłużej bezpieczni. Żaden mutant nie będzie, bo rozpocznie się pieprzone polowanie na czarownice. - odparł jej, przecierając zmęczoną twarz. I niech mu ktoś kurwa powie, że się niczym nie przejmował. - Jesteśmy na to teraz za słabi. - dodał po chwili, no bo nie było co owijać w bawełnę. Byli słabsi niż wtedy, gdy niczym rewolwerowcy z dzikiego zachodu wpadli do siedzimy dogs w Las Vegas. Byli podzieleni, skłóceni, każdy zajmował się własnymi sprawami. Bractwem byli tylko z nazwy. Powinni się raczej nazywać przytułkiem dla zgubionych mutantów.
- Myślisz, że się rozmyślił czy coś się stało? - zapytał, próbując dostrzec cokolwiek w ciemności. - Nie powinniśmy dłużej czekać.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2018-04-08, 08:53
2 Lata Giftedów!
Denerwowałam się, strasznie. Nie dość, że Dale jakoś się nie pojawiał, to jeszcze to, co mówił Ronnie... Jeśli faktycznie ten zamach zostanie przeprowadzony, to mieliśmy cholerny problem. Nie wiedziałam jeszcze jak, ale musieliśmy się postarać, zrobić wszystko, by do tego ataku nie doszło... Nie chciałam skupiać na Bractwie niepotrzebnej uwagi. Musieliśmy przenieść siedzibę w inne miejsce, a jak mieliśmy to zrobić, jeśli wszystkie oczy skupione będą na nas? No, a na pewno będą, jak ten cały prezes cholernego Genetically Clean zostanie zamordowany. Z pewnością zostaniemy oskarżeni, okrzyknięci jako winni, nawet, jeśli w rzeczywistości tego nie zrobimy. Sytuacja była chujowa, zajebiście wręcz chujowa, a ja czułam się tak, jakbym zupełnie przestawała myśleć. Nie miałam żadnego planu. Ani A, ani B, ani żadnego, naprawdę. Jakbym zupełnie przestała myśleć.
Zagryzłam nerwowo wargę, wpatrując się w mrok przede mną. Wieczór był cichy. Żadnych odgłosów, zupełnie, jedynie głos Ronniego, który niepokoił mnie co raz bardziej. To, co mówił... Brzmiało okropnie, ale to nie był ani czas, ani miejsce na dyskutowanie o tym. Musieliśmy wracać do Bractwa.
- Wsiadajcie do samochodu, jedziemy. - powiedziałam, urywając całą rozmowę - Resztę przedyskutujemy w biurze. - dodałam jedynie, co by Ronnie nie myślał, że olałam jego słowa. Absolutnie nie olałam, ale chciałam zjeżdżać z rynku jak najszybciej, a o zamachu podyskutować już w Bractwie.
Nie czułam żadnych emocji. Dale mnie wystawił, a ja jak głupia myslałam, że się w sobie zakochaliśmy.
No cóż, trudno.
Gdy Ronnie i Axon dołączyli do mnie w aucie, po prostu odjechaliśmy.
Kto by pomyślał, że jeszcze się tu zjawię?
Ah, to miejsce tak miło wspominałam. W końcu to właśnie tutaj złapałam jedną ze swoich najcudowniejszych zabawek. A teraz... Teraz potrzebowałam nowej. Szczególnie po ostatnich wydarzeniach w GC. Wciąż czułam się niepocieszona i zdradzona przez tę organizację. Właśnie dlatego potrzebowałam chwili wytchnienia i relaksu... A czy są na to lepsze sposoby, niż schwytanie mutanta prężnie działającego w szeregach FPTP?
Ah, jak byłam wdzięczna za te krótkie nagrania utwierdzające mnie w przekonaniu, że Conor Donovan zasłużył sobie na bycie moją uciechą. Wiedziałam o nim tak dużo - o jego miłostkach, o jego pracy, o jego trasach... Wiedziałam też, że właśnie o tej porze powinien się kierować do domu swojej ukochanej i musiał pokonać ten ryneczek, by tam trafić.
Czekałam więc, oczywiście w towarzystwie mojego jedynego zaufanego pracownika - Howarda, wypatrując tej młodej buźki po okolicy... A gdy w końcu ją dostrzegłam...
- Halo? Conor? Conor? Czy to Ty? - Zapytałam nieco przestraszonym tonem, przywołując na twarz niezwykle zmartwioną minę, w czasie, gdy przepychałam się między ludźmi w stronę chłopaka, a mojego ochroniarza odesłałam do samochodu, by już odpalił silnik - Proszę, powiedz że się nie mylę i Ty jesteś Conor! - Dodałam po chwili z już niemal zaszklonymi oczami. Jednego mi odmówić nie można było - aktorką byłam genialną...
Różnica między niemożliwym a możliwym, leży w ludzkiej determinacji.
Fazowanie
63%
F.P.T.P
name:
Conor Jason Donovan
alias:
JeyJey/ Dony
age:
24
height / weight:
183/75
Wysłany: 2018-09-25, 19:44
Multikonta: Ricky
#FPTP
//28 kwietnia
Czy mogłem wyobrazić sobie lepsze życie? Podejrzewam że tak, ale czy na pewno? Okej fajnie mam dziewczynę, za którą oddałbym życie i to jest normalne, ale czy na pewno? Bycie mutantem i to że moja przyjaciółka musiała umrzeć jest strasznie nie fer. Może tak musiało być? Możliwe. Teraz nie mam co się zadręczać, na reszcie zaczęło mi się układać i nie będę na to narzekał, bo czemu niby miałbym? Właśnie. Przecież byłem umówiony z moją pięknością. Trzeba przyśpieszyć kroku żebym był wcześniej niż ona. Przecież nie wypada żeby dziewczyna czekała.
Nagle usłyszałem swoje imię i się rozejrzałem zobaczyłem kobietę, ładną kobietę którą skądś kojarzyłem, nie wiedziałem jednak skąd. Spojrzałem na nią zmartwiony bo wyglądała jakby miała jakiś problem. Zatrzymałem się i poczekałem jak do mnie dojdzie i rozejrzałem się dookoła. Nikogo dziwnego nie było, ale moje ciało było spięte. Może to przez ostatnie treningi i brak czasu na cokolwiek.
- Tak to ja, a Pani to? I czy coś się stało? - zapytałem nadal bacznie się jej przyglądając bo na prawdę wyglądała znajomo.
- Oh, chłopcze! Nie ma na to czasu! Szybko, chodź, Esther miała wypadek! Oh! - Załkałam bezradnie, próbując jak najlepiej zbyć kwestię mojego imienia. Nie mogłam sobie pozwolić na to, by ten młodzieniec mnie rozpoznał. Nie teraz. Nie, gdy byłam tak blisko. Nie, gdy cała moja kariera dalej wisiała na włosku, a GC robiło z siebie istnych debili. Porażka za porażką, ugh...
Wyciągnęłam rękę w kierunku chłopaka, próbując go zaciągnąć - najpierw w tłum, dla niepoznaki, by po chwili zacząć się niepewnie rozglądać.
- Oh! Pogotowie ją zabrało! Mówiła, że musisz o tym wiedzieć. Że jej pomożesz! Oh, jak możemy się najszybciej tam dostać?! - Zawołałam, znów udając olbrzymie zmartwienie i rozglądając się po pojazdach zebranych przed rynkiem. I niby ukradkiem podeszłam do jednego z brzydszych aut, gdzie siedział nie kto inny, jak mój dobrze wychowany Howard.
- Oh, zabierze nas pan do szpitala? To bardzo ważne!
Kolejne sekundy minęły, gdy mój podwładny niby się zastanawiał, by w końcu kiwnąć twierdząco głową. Bez namysłu wsiadłam więc do tego pojazdu, nie patrząc nawet na to, że nie pasuje do mojej nowej torebki, by po chwili tylko rzucić ponownie smutnym tonem w kierunku Donovana:
- No na co czekasz? Nie mamy teraz czasu! Po drodze Ci wszystko wyjaśnię!
Różnica między niemożliwym a możliwym, leży w ludzkiej determinacji.
Fazowanie
63%
F.P.T.P
name:
Conor Jason Donovan
alias:
JeyJey/ Dony
age:
24
height / weight:
183/75
Wysłany: 2018-11-08, 09:29
Multikonta: Ricky
#FPTP
Esther? Wypadek? Ta kobieta mówiła tyle rzeczy naraz, a ja wszystko przetwarzałem w głowie. Niewiele myśląc poszedłem za nią, a gdy ta stanęła przy jakimś samochodzie chwilę się zastanowiłem. Schyliłem się by spojrzeć na faceta, a gdy ten się zgodził miałem już wsiadać gdy... No właśnie rozpoznałem ją. GC. Ta kurwa z GC chciała mnie nabrać. Nie ma tak łatwo, a jak już chcieli mnie wciągnąć w tą szopkę mogłem się domyślić że wiedzą o tym że jestem mutantem. Wyprostowałem się i zrobiłem kilka kroków w tył. Spojrzałem na kobietę i się uśmiechnąłem. Byłem pewny siebie. Zbyt pewny chyba, ale na tą chwilę nie przeszkadzało mi to.
- Do widzenia Panno Neumann. Dobrze poznałem? - powiedziałem i użyłem swoich zdolności by przejść przez ścianę za mną. Zacząłem uciekać gdy w pewnym momencie stanąłem na skrzyżowaniu tak by "zwykli śmiertelnicy" nie mogli mnie dostrzec. Byłem jakoś dwie przecznice dalej, a przechodziłem tyle ścian że moc odmówiła mi na chwilę posłuszeństwa. Musiałem zdać się na swoje umiejętności wtapiania się w tłum. Powolnym krokiem wyszedłem na ulicę i założyłem kaptur z mojej bluzy. Rozejrzałem się i ruszyłem dłuższą trasą do Esther.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum