Poprzedni temat «» Następny temat
Polana w lesie
Autor Wiadomość
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-01-26, 20:55   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Miałem ochotę przyjebać temu typkowi z F.P.T.P. Dobra, przybył tu, by nam pomóc, ale wpieprzał się w to, co było między mną a Sam, co było być może popapraną zasadzką, bo ona była przeciwko mutantom. No, przynajmniej przeciwko mnie i moim zdolnościom. Nie ufałem jej, mimo że chciałbym… mieć z nią lepsze relacje. Byłem sam, mając poniekąd Colleen. Teraz pojawiła się jeszcze Alba, ale ona, Sam, była moją popieprzoną siostrą bliźniaczką. Czy ona na samym początku nazwała mnie Młodym? Wiedziała, jak tego nie znoszę…
Zebrało mi się na wspomnienia? Normalnie tak, jak gdyby ten huk, który chwilę później się rozległ gdzieś nieopodal, wcześniej przedziurawił mi coś, co powoli ciągnęło mnie ku wiecznej ciemności. Tak jednak się nie stało, byłem cały przed i po huku, Samantha również wydawała się cała, co widziałem, mimo że okryła nas peleryną nieprzejrzysta mgła.
Zamarłem. Słyszałem chaos – on, o dziwo, miał swoje charakterystyczne odgłosy. Sam była chwilowo bezpieczna, ale co z Danem? Co z Levim, naszym sierściuchem? Z resztą? Nawet tym paskudnym chłopakiem, który się do mnie rzucał? Rozległy się kolejne strzały, ja zaś mimowolnie ścisnąłem ramię Sam, za które ją trzymałem.
- Jesteś cała? – zapytałem, odpalając zapalniczkę w swojej bluzie. Jebać materiał. Mgła opadała i zaczynałem ich widzieć. Otaczali nas. Robiło się zbyt ciasno jak na taki chłód. Czyżby czas podgrzać atmosferę?
Odpaliłem zapalniczkę znajdującą się w mojej prawej dłoni. Od razu posłałem w kierunku tego typka naprzeciwko kulę ognia. Miałem nadzieję, że to go zaskoczy i przewróci, nim kompletnie straci brwi. Zresztą, chuj z nimi. Chcieli nas wszystkich pozabijać. Chcieli mnie. Samanthę. Leviego. Daniela. WSZYSTKICH. Musiałem ich, cholera, ratować.
Wzburzyłem się całą tą sytuację. Jebane Gentically. Warknąłem wściekle, przez co kula ognia groźnie buchnęła, rozrastając się nieco. Otaczali nas, dlatego postanowiłem oddzielić nas od nich pierścieniem ognia, który miał za zadanie podpalić im odzienie, poparzyć ciało, podgrzać i roztopić broń czy po prostu zmusić do wycofania się. I to wcale nie działo się powoli, to niemalże wybuchało swoją – czy tam moją – potęga puchatych płomieni.
- Uważajcie – warknąłem do Sam i chłopaka [PJa]. Nie miałem za bardzo głowy, by badać wzrokiem ich ruchy. Po prostu znajdowali się w moich kręgu.
Jakby nie patrzeć, w każdej chwili mógł oberwać kulkę. Każdy z nas mógł ją dostać.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Rosie Gillan



hold on

Brak

Nie ma na to czasu





name:

Rosie Gillan

age:
44

Wysłany: 2018-01-27, 20:44   

Przez chwilę nawet wahała się wykonać jakiegoś większego ruchy, aby jej nie dostrzeżono. Jednakże w momencie gdy przez swoją krótkofalówkę, usłyszała szumiący głos, wiedziała co ma robić. Nie była sama. Może i jej oczom niedostrzegalne były oddziały Genetically Clean, ale wiedziała, że kiedy wybije akurat ta godzina, będzie musiała znowu działać. Miała zabijać, łapać i wykonywać po prostu swoją robotę. Kucała tak w ukryciu, dopóki jej oczom nie ukazało się widowisko rodzinnego dramatu. Zły czas i miejsce na rozwiązywanie takich problemów i sama dobrze o tym wiedziała. Mutanci kłócili się między sobą, krzyczeli tak, że Rosie o mało nie wyszła z siebie. Tylko ona mogła krzyczeć i dowodzić, oni musieli radzić sobie sami a właśnie w tym momencie byli otoczeni przez wyszkolone oddziały GE. Zdecydowanie mieli przewagę, więc Rosie energicznym krokiem postanowiła przedostać się do centrum chaosu. Na jej twarzy nie malowało się żadne zawahanie, jedynie co to rzuciła swoją codzienną wiązankę przekleństw.
Truchtała przed siebie z wyciągniętą bronią, próbując schować się pod osłoną dymu malującego się w samym centrum chaosu. Niewątpliwie chciała najmniej dostać w dzisiejszej akcji, to było jej na rękę. Już nie raz wychodziła poharatana ale dziś naprawdę chciała sobie tego oszczędzić. Miała ochotę usiąść w barze, wypić piwo i rano obudzić się z kacem. Akurat teraz mutanci musieli urządzić pieprzoną naradę, która tak czy siak wyszła im chyba na złe. Dzieciaki nie potrafiły się zorganizować a tym bardziej przeżyć, w tym świecie, w którym ona była królową samej siebie. Sunęła przed siebie, jej oddech robił się szybszy, nie miała maski, bo niby skąd, skoro przybyła tu od razu po dostaniu informacji. Chciała obezwładnić potencjalne zagrożenie ze strony mutantów, dlatego zgrabnie sięgnęła za broń i strzeliła przed siebie, gdy tylko w mgle dostrzegła czyiś cień.
[Profil]
   
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2018-01-29, 23:18   

Akcja GC wydawała się być bardzo udaną akcją. Wszystko póki co szło tak, jak iść powinno. Nikita i Levi zostali zaciągnięci gdzieś w las, reszta mutantów była zbyt zaszokowana akcją, by zareagować i ich koledzy oficjalnie zostali porwani, wrzuceni do auta i zabrani do siedziby Genetically Clean.
Polecenia Lidii wykrzykiwane w słuchawkę zdecydowanie działały, bo GC czuło się bardzo zmotywowane. Parło na przód, wciąż strzelając, jednak mgła, którą spowodowali, im także utrudniała widoczność, więc oprócz wcześniejszego strzału w Daniela, nic więcej się nie udało.
Mimo to zebrani na polanie mutanci cofali się co raz bardziej do tyłu, spychani przez GC. Nikt też póki co nie zainteresował się Danielem, włączając w to także GC. Nie na nim byli skupieni. Chcieli dorwać Aarona, znali jego moc, ale on dorwał ich pierwszy. Trzech najbliżej niego zgromadzonych ludzi GC stanęło w płomieniach.
- Dorwać go! Zastrzelić! - słychać było krzyki, akcja powoli przestawała być tak łatwa i przyjemna. Dwóch mutantów zostało zabranych, ale to nadal nie był stuprocentowy sukces.
I wtedy padł strzał. Rosie strzeliła na ślepo i trafiła prosto w udo Samanthy, sprawiając, że ta się przewróciła.
_____________________________________________________________________

• Daniel leży przy aucie i krwawi. Póki co jest osłonięty, ale ludzie GC nadal mogą go zauważyć i dorwać. Jeżeli ktoś z Bractwa lub F.P.T.P. mu nie pomoże, wkrótce może się wykrwawić.
• Levi i Nikita zostali porwani, nie macie możliwości uratowania ich w tym wątku.
• Sam została postrzelona.
• Aaron nadal jest w pełni sił. Jeżeli nikt z GC go nie obezwładni, akcja zostanie ogłoszona za nieudaną.
• PJ wydaje się być niedostrzeżony przez GC, nie znają go i jego możliwości, co możecie wykorzystać.

WCIĄŻ MOŻNA DOŁĄCZAĆ DO EVENTU!

Czas na odpis do 01.02, godziny 23:30.
[Profil]
 
 
PJ Wheeler



Well what is this that I can't see with ice cold hands taking hold of me

paraliż zmysłów

78%

czapka mą miłością





name:

PJ Wheeler

alias:
Trickster

age:
22

Wysłany: 2018-01-30, 00:13   

PJ oprócz zdolności paraliżowania zmysłów miał jeszcze jedną bardzo ważną umiejętność. Potrafił stawać się niewidzialny. Miał dwie opcję. Albo zwinąć się stąd cichaczem i udawać, że nie widzi tych ludzi, którzy są za jego plecami. Albo ujawnić się. I chociaż jego natura mówiła mu, żeby się wycofał i znalazł bezpieczne miejsce to wiedział, że nie może się wycofać. W myślach puścił całkiem niezłą wiązankę. Gdy więc zaczęły się strzały PJ zorientował się, że brunet jest ranny. Udało mu się w porę odskoczyć, ponieważ po chwili krąg ognia otoczył El Diablo i Sam. Poradzą sobie, pomyślał i korzystając z tego, że nikt nie zwracał na niego uwagi podbiegł do postrzelonego [Daniela]. Z bólem serca zdjął czapkę ze swojej głowy i przyłożył ją do krwawiącej rany poszkodowanego. - Cześć, nie było okazji się przedstawić, PJ - rzucił, zerkając na mężczyznę. Przydałoby się im jakieś wsparcie. Stąd miał dużo lepsze pole widzenia. Widział ludzi, którzy okrążyli El Diablo. - Słuchaj, mam nadzieję, że możesz strzelać, za chwilę, przez jakiś czas będą ślepi i głusi - powiedział. A po chwili jego oczy zaszły czernią. Umysł mógł dotrzeć do umysłów agentów GC i za pomocą małego pstryczka odłączyć ich od zmysłu słuchu i wzroku[włączając w tym Rosie]. Miał tylko nadzieję, że El Diablo zorientuje się w całym zamieszaniu i skorzysta z sytuacji.
[Profil]
 
 
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-01-30, 00:20   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Cała ta sytuacja mnie przerosła. To nie tak miało wyglądać. Nie tak się miało dziać. Aarona miało tu nie być, a ja miałam tylko przekazać zapasy przedstawicielom bractwa. Teraz powinnam była zbierać się już do odjazdu. Wrócić do domu, napić się wina i zasnąć oglądając jakieś stare, suche komedie. Co jednak poszło nie tak?
Głupie pytanie. Dobrze wiedziałam, w którym momencie zawaliłam tą akcję. Nie mogłam się jednak spodziewać, że sprawy przybiorą tak tragiczny obrót...
W tym całym chaosie jednak czułam jedną rzecz, która przywróciła mnie na ziemię - silny uścisk brata na ramieniu. Oznaczało to tyle, że chyba jednak nie będzie mnie uważał za zdrajcę czy prowodyra tej pułapki. W końcu inaczej to mnie spopielił by pierwszą, prawda?
- Ta... - Nie zdążyłam nawet odpowiedzieć, gdy poczułam przeszywający ból w nodze. Czułam, ze zaczynam upadać a moją skórę na udzie zaczęło ogarniać dziwne ciepło. Mimowolnie chwyciłam Aarona za rękę, którą do tej pory to on mnie trzymał. Wtedy też dostrzegłam, w świetle płomieni, szkarłatną ciecz spływającą po moich spodniach. Chyba dopiero wtedy krzyknęłam. Nie wiedziałam co się dzieje, panika i strach coraz bardziej przejmowały nade mną kontrolę. Czy właśnie w ten sposób przez ostatnie 11 lat musiał żyć mój bliźniak? Inni mutanci? Dopiero zobaczenie tego wszystkiego na własne oczy uświadamia, jak wiele złego robimy. Jednak czy ja będę potrafiła się z tym pogodzić?
Puściłam brata i pozwoliłam sobie na opadnięcie na ziemię. W końcu nie byłam tu jedyną poszkodowaną. Ogarnęła mnie straszna myśl, że młody jest jedyną osobą, która nas może z tego wyciągnąć. W końcu nie widziałam działań nikogo innego - widziałam tylko ten wznoszący się, jasny płomień przed nami. No a poza tym - to właśnie bractwo prawdopodobnie było dla niego rodziną przez te ostatnie lata. Prawdopodobnie to wśród nich znalazł wszystko, co ja powinnam była mu zapewnić w najtrudniejszych chwilach... To nimi powinien się teraz zająć. O nich zadbać. Nie o mnie.
- Nie patrz na mnie! Pomóż reszcie! Rób swoje! - Krzyknęłam do bliźniaka przez łzy, jeśli tylko by go pokusiło na odwrócenie za mną wzroku. Ranę na nodze tylko dociskałam otwartą dłonią - nie było teraz czasu na robienie nawet prowizorycznych opatrunków. Zaczęłam się pospiesznie rozglądać po otoczeniu. Nie byłam w stanie dostrzec wszystkich, jednak kątem oka zauważyłam tego gościa, który jeszcze przed chwilą tak bardzo wkurzał nas swoimi uwagami, jak biegnie w czyimś kierunku z pomocą. Ulżyło mi. Naprawdę mi ulżyło. To znaczyło, że nie wszyscy tu ucierpieli. Nie wiedziałam jednak, co ten młodzik dalej planuje...
Odwróciłam od nich wzrok. Nie było czasu na rozpływanie się nad tą chwilą, gdy nawet we wszech ogarniającym chaosie ludzie są zdolni do pomocy. Potrzebowaliśmy planu na ucieczkę. Starałam się wzrokiem znaleźć najbliższe auto, które nie było okrążone przez nieprzyjaciół. Jeśli jakikolwiek znajdywało się w obrębie mojego wzroku - próbowałam przesunąć się po ziemi w jego kierunku. Po drodze nie szczędziłam sobie przekleństw w głowie - ta noga tak cholernie mnie teraz bolała...
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Cheolmin Seon



Dziś rano cały świat kupiłem, gwiazdy i słońce, morze, las, i serca, lądy i rzek żyły, Ciebie i siebie, przestrzeń, czas.

iluzja

68%

taniec to miłość czy przekleństwo?





name:

Cheolmin Seon

age:
23

Wysłany: 2018-01-31, 16:36   
   Multikonta: Levi


#1

Choć wszystko mogło wskazywać, że ta sytuacja jest bez wyjścia to... To jeszcze nie był koniec. Nie mógł być!
Cheolmin dostał telefon od swojej przyjaciółki, Zoelli. Odezwała się do niego przed paroma minutami, że próbowała dodzwonić się do FPTP, ale oni nie odpowiadali. Nie musiała nic więcej tłumaczyć- Cheolmin wiedział o sytuacji, w której jego koledzy mieli przewieźć pożywienie dla Bractwa. W jego głowie zapaliła się czerwona lampka. Czym prędzej umówił się z ciemnowłosą i wspólnie ruszyli na poszukiwania.
Bał się. Cholernie bał się o przyjaciół, o najbliższych. Z tyłu głowy cały czas miał obraz porywanej matki, której nie widział już przez wieki.
Całą drogę w stronę polany spędzili w ciszy. Przynajmniej ze strony Cheo, bo Zoe była bombardowana tysiącem myśli- tych najgorszych, tych, w których Koreańczyk próbował siebie pocieszać, w tych, w których sam łapał się na pisaniu czarnych scenariuszy... W jego głowie panował jeden wielki chaos, z którym nie potrafił sobie poradzić. Przez to też jego moc wymknęła się nieco spod kontroli i działała na towarzyszkę, powodując dreszcze.
Po usłyszeniu strzałów, Cheolmin złapał Zoellę za rękę i zatrzymał się w miejscu, patrząc na nią przerażonym wzrokiem. Przyłożył dłoń do ust i kiwnął na nią głową, przyspieszając kroku, by po chwili zacząć biec. Nie puszczał ręki Zoe, nie chciał by w tym momencie cokolwiek ich rozdzieliło.
To, co zastali na polanie... Tego nie dało się opisać. Krzyki, płacz, kolejne wystrzały, podczas których Cheolmin skulił się automatycznie, robiąc krok do przodu, by przesunąć Zoe za siebie. Wiedział, że mają mało czasu. Starając się przebić wzrokiem przez dym, ujrzał znajome twarze- te z Bractwa, jak i z FPTP. Dojrzał dwie ranne osoby. Jedną z nich była Samantha. Druga leżała ledwie przytomna przy samochodzie- był to ciemnowłosy chłopak, Danny.
Spojrzał znaczącym wzrokiem na Zoe. Nie chciał nic mówić. Po prostu dał jej znać, że musi się wysunąć nieco do przodu.
Korzystając z całego tego zamieszania, zajął miejsce w pobliżu, aczkolwiek na uboczu. Stanął w dogodnym dla siebie miejscu, gdzie poczuł, że może skupić się na sylwetce kobiety z tej samej organizacji co on i krwawiącym chłopaku.
Ryzykował wiele.
Uniósł dłoń do skroni, wziął głęboki wdech, a razem z wypuszczeniem powietrza z płuc zaczął budować iluzję.
Poczułeś dziwne mrowienie w miejscu, w którym byłeś ranny. Później ogarnęła Cię fala nieokreślonej energii- coś na zasadzie wybuchu, który rozlał się przyjemnym ciepłem po całym ciele. Ów wybuch zakończony był uczuciem błogości, spokoju i wrażenia, że wszystko będzie dobrze. Ból odlatywał w zapomnienie, rana cudownie się zasklepiała. Tkanka po tkance, skóra zapełniała krwawe miejsca, a czerwona ciecz wędrowała strużkami z powrotem do środka, zostawiając po sobie jedynie wspomnienie...
Cheolmin zaczął drżeć. Poczuł ukłucie w brzuchu, na które zareagował przeciągłym syknięciem, ale powtarzał w głowie iluzję. Powtarzał niczym mantrę, skupiając się na Sam i Dannym.
[Profil]
 
 
Zoella Oaks



I don't wanna live forever, 'cause I know I'll be living in vain.

umiem przeczytać Twoje myśli

58%

PJ kocham Cię





name:

Zoella Oaks

alias:
Zoey

age:
22

Wysłany: 2018-01-31, 17:46   
   Multikonta: Colleen


Coś było nie tak, a ja doskonale o tym wiedziałam. Usilnie starałam się dodzwonić do jednej z moich przyjaciółek z FPTP, ale nikt nie odbierał, nikt nie odpowiadał. Nie rozumiałam, co się stało, dlaczego nie ma z nimi kontaktu. Będę szczera - trochę spanikowałam. Pewnie nie powinnam była w ogóle reagować. Musiałam się trzymać na uboczu, w ukryciu, nie powinnam się wychylać, żebym to ja nie stała się celem, ale... nie umiałam. Dzwoniłam pod jeszcze trzy inne numery do FPTP, które znałam, ale nikt nie odpowiadał, więc zadzwoniłam pod ostatni numer, o którym powinnam pomyśleć wcześniej. Cheolmin. Był we FPTP, zapewne mógł domyślać się, co się dzieje i tak... okazało się, że ludzie z FPTP byli umówieni z Bractwem Mutantów na przekazanie im pożywienia i innych rzeczy, no i coś musiało pójść nie tak. Bardzo nie tak, więc postanowiliśmy tam pójść.
To chyba była głupia decyzja... Ja w ogóle nie byłam ofensywna, zupełnie, ale w plecaku, który wzięłam ze sobą, niosłam apteczkę, w razie gdybym mogła komuś pomóc. Mój towarzysz mógł ich obronić zdecydowanie bardziej niż ja, więc postanowiłam po prostu uratować im życia, jeżeli będę miała taką możliwość.
Gdy dotarliśmy... miałam łzy w oczach. Dym, krzyk, strzały, płacz... To co się działo, było straszne. Genetically Clean. Dorwało ich.
Schowałam się gdzieś za drzewem, pozwalając Cheo by ruszył do przodu. Wiedziałam, że ja się nie przydam w ataku. Zamknęłam oczy, skupiając się na zebranych wokół ludzi GC.
Ten z ogniem! Jego zabić najpierw!
Kurwa, debile, czemu oni nie strzelają?
Strzelać!
Aaron, jego trzeba najpierw unieszkodliwić.
Wszystkie ich myśli skupione były wokół ataku na jakiegoś Aarona. Nic więcej ich nie obchodziło. Nie wiedziałam, co aktualnie wyczarowywał Cheo, ale wiedziałam, co powinien wyczarować. Wychyliłam się zza drzewa, zauważając ciało za samochodem. Było na tyle schowane, że nikt z GC nie mógł go widzieć, a z resztą - wcale nie słyszałam, by byli na nim skupieni. Postanowiłam zaryzykować.
- Cheo, oni są skupieni na tym chłopaku z ogniem. Zabiją go, jeśli czegoś nie zrobisz. Pomóż mu, ja biegnę tam. - zdążyłam wyszeptać i uciec, miałam nadzieję, że niedostrzeżona. Po chwili dopadłam do chłopaka [Daniela] i gdy uklękłam przy nim, gdy podniosłam wzrok... spojrzałam prosto w oczy PJa.
- Co ty tu robisz? - powiedziałam nerwowo i chyba pojedyncza łza nawet spłynęła mi po policzku. Tak dawno się nie widzieliśmy... a teraz spotykaliśmy się w momencie, gdy on mógł zginąć. Ja z resztą też. I cała reszta zebranych tu osób też.
Zmotywowana myślami o śmierci postanowiłam skupić się na zranionym mężczyźnie. Postrzelili go. Nie byłam pielęgniarką, ale co nieco wiedziałam o pierwszej pomocy. Zrzuciłam plecak i wyjęłam bandaże i gaziki, by zacząć go opatrywać.
_________________

Slow motion. Blinds are see through. Let your mind go, imagine that I kiss you.
Turn off the lights and open up your eyes now. You can take a glimpse into my soul for tonight.

[Profil]
   
 
Rosie Gillan



hold on

Brak

Nie ma na to czasu





name:

Rosie Gillan

age:
44

Wysłany: 2018-01-31, 20:36   

Sama nie wiedziała co się tu dzieje, panował taki chaos, że jej mózg nie był w stanie wszystkiego przekalkulować. Słyszała tylko krzyki, panikę niektórych ale ona sama nie była przerażona, nic z tych rzeczy. Nie miała na to czasu a strzał który wcześniej oddała dodał jej pewności siebie. Chciała być dla nich nieprzewidywalna. Gdy jej widoczność się trochę poszerzyła i gołym okiem była w stanie wodzić po każdej postaci, w głowie zaczęła już układać swój plan działania. Musiała podejmować odpowiednie decyzje aby ułatwić schwytanie wszystkich mutantów GE. Przez chwilę nawet przeszło jej przez myśl, że ta akcja nie będzie tak bardzo udana, jak się spodziewano. Wiele czynników przełożyło się na to, że Rosie nie chciała za bardzo się ekscytować, czymś co w ciągu kilku sekund mogło się zmienić. Ona była tutaj jedną z ważniejszych osób więc wszystko musiało zostać doprowadzone do końca.
-Ruszać się kurwa! - Krzyknęła gdy zdała sobie sprawę, że jej ludzie mają problem z pieprzonym "ognistym chłopakiem". Był on dla nich potencjalnym zagrożeniem bo oczywiście ktoś musiał zgrywać tu bohatera i próbował ratować swoich rówieśników, którzy prędzej czy później wpadliby w sidła Genetically Clean. Czy było coś gorszego niż zbuntowany mutant? Chyba nie, dlatego Rosie momentalnie zaczęła biec przed siebie, z zamiarem przedostania się do Aarona. Cała wrzała z determinacji i przez chwilę zapomniała o bożym świecie bo znalazła swój główny cel, który musiał zostać nieszkodliwy dla innych. Nie była w stanie też dostrzec niewidzialnego dzieciaka, chociaż pewnie mogła się tego spodziewać, w końcu te dzieciaki nie są i nigdy nie będą normalne. Każda noc jest zagrożeniem i każda jest inna, to często utrudniało złapanie ich, bronili się jak pojebani, co w jej głowie było nie do pojęcia. Bo kto by się spodziewał takiego armagedonu? Każdy robił tu co chciał i Rosie miała wrażenie, że nawet krótkofalówki nie ułatwiają komunikacji z potrzebnymi jednostkami. Być może właśnie to niedociągnięcie powodowało komplikacje.
Zarzuciła swoimi włosami w kucyk i gdy była blisko Aarona z całych sił zamachnęła się łokciem w jego bok, aby dzieciak skulił się z bólu i nie mógł zrobić już nic. Jej głównym celem było założenie mu pieprzonej obroży blokującej mutację, aby ten wyrzutek nie miał możliwości bronienia się swoimi innościami. Chciała go obezwładnić i zebrać do kupy te niedorajdy z GE, które nie potrafiły swoich spraw załatwiać bez jej cennej pomocy. Przyzwyczaiła się już do porażek i licznych niepowodzeń w akcjach jak i życiu, ale nienawidziła tego nieprzygotowania i bagatelizowania spraw, podczas gdy ona pracowała całym sercem, aby tylko robić to najlepiej bez zbędnej publiczności. Chciała pokazać na co ją stać i żaden mutant nie byłby w stanie jej w tym przeszkodzić, aby osiągnąć to, co chciała. Miała więc nadzieję, że cios jej okaże się trafny jak i na tyle silny, że mutant nie byłby w stanie zapanować nad bólem. Zapalniczka którą trzymał w dłoniach była jego wyjściem ratunkowym, które Rosie musiała zniszczyć. Nie chciała brudzić sobie rąk ale wiedziała, że w tym chaosie każda pomoc dla GE się przyda, tym bardziej jej. Może i jej decyzja była głupia i nieco nieodpowiedzialna, aby rzucać się tak na głęboką wodę - ale nie dbała o to. Chciała jak najszybciej przeciągnąć mutanta do siedziby GE i patrzeć jak będzie ślęczał w celi, bez świadków, bez rodziny, bez nikogo, przynajmniej rodzinnych sporów by sobie oszczędził - ale to było najmniej ważne.
[Profil]
   
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-02-01, 02:57   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Udało mi się zdyskwalifikować, przynajmniej chwilowo, kilku ludzi Genetically. Płonęli. Właściwie częściowo bardziej ich odzienie niż oni, ale widok ten wcale nie należał do najprzyjemniejszych, bo kto może się radować jarającymi się ludźmi? Chyba jedynie sadysta. Starałem się nie wpisywać w tę kategorię, mimo że czasami marzyłem o podobnych akcjach.
Miałem też dosięgać ogniem kolejnych żołnierzy placówki, ale coś się stało, coś, co sprawiło, że na moment straciłem kontrolę i spojrzałem na swoją siostrę. Cholera, oberwała. Serce zabiło mi jeszcze mocniej, zrobiło się mega duszno. Ale Sam była twarda. Przeanalizowała sytuację i puściła hardo moją rękę, opadając na ziemię. Ja również postanowiłem zacisnąć zęby, podobnie jak ona. Przeanalizowałem sytuację w tej samej chwili co ona i już wiedziałem, że jedynie ja mogę nas ocalić i że jeśli nie pozbędę się tych złoli, to nie będzie komu pomagać. Zarówno od strony poszkodowanej, jak i udzielającej pomocy. Na słowa trzymaj się również brakowało czasu, ale ona wiedziała. Musiała wiedzieć.
Swój strach o jej stan i o wszystko to, co złe, skierowałem ponownie na biedaków z GC. Zapalniczka ponownie pstryknęła i kolejna kula ognia pomknęła w kierunku naszych wrogów. Nie miałem konkretnego celu. Dla mnie każde z nich miało jeden cel – zniszczyć nas, zabić albo porwać. Mnie pewnie zabić… Widziałem zawzięcie na ich twarzach po moim pierwszym popisie. Żryjcie, mendy, drugi.
[O ile PJowi się udało], zauważyłem również, że żołnierze czy tam najemnicy Genetically stali jacyś oszołomieni. Najpewniej to w kierunku tych upośledzonych chwilowo czy na stałe wpierw posłałem kulę, a właściwie falę ognia w ich kierunku. Mógłbym każdemu posłać indywidualne, ale to wymagałoby ode mnie większego skupienia. Nie było na to czasu. Musiałem ogarniać sytuację i osłaniać się w razie czego… W razie czego albo kogo.
Zauważyłem, że jakaś laska biegnie w moim kierunku [o ile zauważyłem]. Pospiesznie pewnie wsunąłbym zapalniczkę do tylnej kieszeni spodni, by obrócić się i uchylić przed jej ciosem. Zaskoczyło mnie to, że nie próbowała do mnie strzelać, a postanowiła podbiec, ale no… To chyba ten czas, kiedy jednak musiałem pobić kobietę. Przynajmniej to nie była ta laska z siłowni, której oferowałem lekcje samoobrony.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2018-02-01, 21:55   

Zarówno Bractwo, jak i F.P.T.P. nie mogli się spodziewać, że ta misja stanie się walką o życie. Nie mogli wiedzieć, że zostaną zaatakowani, ale... no cóż, mogli być znacznie bardziej ostrożni, to fakt.
Czego zaś spodziewało się GC? Byli pewni, że pójdzie im szybciej i łatwiej. Co prawda już i tak dwójkę mutantów zdołali porwać, ale nie wykorzystali swojej wcześniejszej przewagi odpowiednio, nie działali wystarczająco szybko i ich sytuacja powoli się pogarszała. Aaron był naprawdę niebezpieczny, a oni... Postanowili się skupić tylko i wyłącznie na nim, traktując go jako główne zagrożene, a przecież nie on jeden tu był.
PJ schowany za autem postanowił działać i to była dobra decyzja. Nikt nie zwrócił na niego uwagi, a już po chwili sześciu członków GC, włączając w to Rosie przestało widzieć i słyszeć, ale uwaga - moc PJa będzie działać jeszcze tylko jeden post, więc korzystajcie mądrze z jego pomocy.
Jeżeli chodzi o Sam to postanowiła nie przeszkadzać Aaronowi i to było najlepsze, co mogła zrobić w swoim stanie. Jej udo jednak mocno krwawiło, prawdopodobnie miała roztrzaskaną kość, potrzebowała naprawdę pilnej pomocy medycznej.
No i na polanę dotarła Zoey i Cheolmin. Mieli ogromne szczęście, bo żołnierze GC byli zbyt skupieni na Aaronie, by w ogóle ich zauważyć. Zoella pobiegła do Daniela, by udzielić mu pierwszej pomocy, a iluzja Cheolmina działała na tyle, że chwilowo zarówno Daniel, jak i Sam, nie czuli takiego bólu. Czy jednak wykorzystywanie mocy w ten sposób, w tym momencie było najlepszym wyjściem?
Rosie była ewidentnie wściekła i nie można się było jej dziwić. Akcja nie przebiegała tak, jak powinna. Kobieta miała w sobie mnóstwo motywacji, ale niestety... żadna z jej akcji się nie udała. Nie była w stanie uderzyć Aarona, gdyż PJ odciął jej zmysł słuchu i wzroku, ledwo do mężczyzny dobiegła, gdy po drodze przestała widzieć, więc nasz Bartowski bez problemu uniknął jej ciosu, mógł teraz ją bez problemu obezwładnić.
Co raz więcej żołnierzy GC płonęło. Zapanowała panika. Zostali tylko nieliczni, a ich liczba mogła się równać liczbie zebranych na polanie ludzi Bractwa i F.P.T.P.

____________________________________________________________________

Czas na odpis do 03.02, do godziny 22:00.
Jeżeli uważacie, że Wasza postać jest w stanie uciec, możecie próbować odejść z polany!
[Profil]
 
 
PJ Wheeler



Well what is this that I can't see with ice cold hands taking hold of me

paraliż zmysłów

78%

czapka mą miłością





name:

PJ Wheeler

alias:
Trickster

age:
22

Wysłany: 2018-02-01, 23:59   

Sytuacja stawała się mniej tragiczna, jeżeli nie zwrócimy uwagi na fakt, że dwóch członków Bractwa zostało porwanych. Mimo wszystko zawsze mogło być gorzej, prawda? Na szczęście GC wykazali się typową dla siebie ignorancją, a poza tym poza tym, że El Diablo był całkiem niezłym dupkiem to jego moc była niemalże zabójcza. A na PJ? Nikt nie zwracał uwagi, co niezmiernie mu się podobało. Kiedyś naprawdę na to narzekał, ale tera? Prawdopodobnie uratowało mu to życie. Ale czy on zdoła uratować życie postrzelonego? Miał nadzieję, że tak. Musiał jednak go stąd zabrać. Nie mógł zostać na polanie, bo każda następna minuta spędzona tutaj była dla niego minutą oddalającą go od życia. Uciskał jak mógł krwawiącą ranę, ale to jedyne co mógł teraz zrobić. Nie miał przy sobie niczego czym mógłby zabezpieczyć ranę. Nie miał przy sobie apteczki, a bieg do furgonetki, czy wracanie na siebie uwagi przez grzebanie w samochodzie było mocno głupim pomysłem. Na razie skupił się na tym, aby wyłączyć z gry chociaż na chwilę agentów GC, aby dać El Diablo pole do popisu. A sam?
Gdy jakaś osoba pojawiła się obok niego był gotowy do znokautowania jej. Ale wszędzie poznałby ten głos. Przełknął ślinę. Nie tracił jednak koncentracji, przedłużając działanie swojej mocy tak długo jak to było możliwe. Może było to ryzykowne, ale jedynie tak mógł pomóc zebranym tutaj członkach GC. Łyknął czarnymi oczyma na Zoey. Nie miał czasu na roztkliwianie się. Chociaż poczuł ukłucie bólu w sercu, gdy ją zobaczył. Co do tego nie było wątpliwości, ale teraz najważniejsze było życie tego faceta. - Jeszcze chwilę nie będą nic widzieć, ani słyszeć. Pakujemy go do samochodu, nie może tutaj zostać - powiedział. Wygrzebał kluczyki z kieszeni Daniela, modląc się, żeby samochód przy którym leżał był jego samochodem. Otworzył samochód i podniósł Daniela, wrzucając go do środka. Sam szybko wślizgnął się na miejsce kierowcy. Zostało jeszcze miejsce dla Zoe. Odpalił silnik i miał nadzieję udało mu się odjechać w siną dal.
[Profil]
 
 
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-02-02, 11:45   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Cała obezwładniająca mnie panika momentalnie zginęła. Nie wiedziałam co się działo, mimo, że było to dość niepokojące. Wiedziałam jednak, że wokół nas znajdują się ludzie z bractwa. Oni nie mogli chcieć dla nas źle, prawda? Chwila ukojenia w bólu pozwoliła mi na to, z czym radziłam sobie najlepiej. Chłodną ocenę sytuacji. Ponownie rozejrzałam się po polanie - panował chaos. Agenci GC rzucali się jakby postradali zmysły, dostrzegłam też dwie nowe twarze na polu walki. Wydawało mi się, że te dwie osoby zajmujące się tym postrzelonym mężczyzną z bractwa zbierają się do ucieczki. To dobrze. To znaczyło, że ktokolwiek ujdzie stąd żywy. Zostawałam ja, brat i Cheolmin. Kojarzyłam gościa z organizacji, jednak byłam przekonana, że nie powinno go tu być. Czy to on uratował tą sytuację?
Dostrzegłam też ją - tę kobietę, która zbliżała się do Aarona. W tej samej chwili pojawiło się zwątpienie. Co robić? Wiedziałam, że nie mogę zostawić brata za sobą. Nie znowu. Nie chciałam być tą samą osobą, co przed 11 laty. Chciałam, by bliźniak mógł znów mi zaufać, mieć we mnie oparcie. Jak jednak mogłam to sprawić?
Jedną z opcji, która przeszła mi przez myśl, było rzucenie mu się na pomoc. Powalenie kobiety. On mógłby wtedy uciec, razem z pozostałymi. Ze mnie napastnicy i tak nie mieli by pożytku - w końcu byłam zwykłym człowiekiem. Co więcej, gdyby coś mi się stało prawdopodobnie negatywnie wpłynęłoby to na wizerunek tej morderczej organizacji.
Co jednak, jeśli młody nie zrozumie moich powodów? Co jeśli nie zareaguję, jak przewidywałam? Co jeśli nie pozwoli mi tu zostać, nawet za cenę własnego życia? Na to też nie mogłam pozwolić. To nie mogło być nasze ostatnie spotkanie. Nie, dopóki nie będę miała szansy go przeprosić i uzyskać wybaczenia...
Musiałam się trzymać swojego oryginalnego planu - samochód. Musieliśmy stąd uciec. Zmniejszone doznania bólowe pomogły mi w szybszym przemieszczeniu się w okolice mojego samochodu. Musiałam się dostać do niego pierwsza, bo nikt później nie będzie na mnie czekał. Nikt nie mógłby na mnie czekać. W tej jednak chwili dostrzegłam poważny problem - przecież ja nie mogę prowadzić. Chyba nawet nie byłabym w stanie zająć miejsca kierowcy. Bo - może i owszem - o ile bólu nie czułam, tak dalej nie byłam w stanie stanąć na nogi. Przeklęłam pod nosem i otworzyłam tylnie drzwi samochodu. Tu będzie mi zdecydowanie łatwiej się wślizgnąć. Zanim jednak to zrobiłam, ostatni raz wychyliłam się w kierunku polany.
- Młody! Samochód! - Wrzasnęłam co sił w płucach. Po chwili spojrzałam też na znajomego z F.P.T.P. - Cheo! Ty też!
Liczyłam, że mnie zrozumieją. Że mój krzyk coś da. Jeśli oni teraz nie zareagują, wszyscy tu zginiemy. Wspięłam się na tylne siedzenie samochodu i natychmiast wyciągnęłam przed siebie kluczyk. Liczyłam, że którykolwiek z facetów go ode mnie przejmie...
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Cheolmin Seon



Dziś rano cały świat kupiłem, gwiazdy i słońce, morze, las, i serca, lądy i rzek żyły, Ciebie i siebie, przestrzeń, czas.

iluzja

68%

taniec to miłość czy przekleństwo?





name:

Cheolmin Seon

age:
23

Wysłany: 2018-02-02, 12:28   
   Multikonta: Levi


A jednak to, co sam zaplanował, wyszło aktualnie... Dość nieźle. Cheolmin nadal znajdował się w tym samym miejscu, patrząc raz na Samanthę, raz na Daniela. Nie chciał przerywać iluzji, dzięki której członek Bractwa nie czuł tego straszliwego bólu, ale wiedział, że teraz musi się skupić na dziewczynie. I tej kobiecie, którą dostrzegł dopiero wtedy, kiedy Zoey mu o niej powiedziała.
Ogień buchnął gdzieś w oddali, a czarne sylwetki ludzi z GC zaczęły płonąć. Cheolmin przymrużył oczy, zasłaniając wolną dłonią twarz, na której poczuł ciepły podmuch. Zamieszanie trwało. A on nadal pozostawał niezauważony. Uśmiechnął się nikle, będąc z siebie dumnym, że się udało.
Obserwował każdy krok Sam, która czołgała się w stronę pojazdu, skupiając z całych sił, by tylko dodać jej pewności siebie, by ból przeminął, by w jak najszybszym czasie mogła dostać się do środka.
Słysząc krzyk Bartowski, ponownie spojrzał na Aarona i Rosie. Rudowłosa skutecznie próbowała dorwać chłopaka władającego ogniem. Chcąc ułatwić mu podróż do Sam, zrobił krok w przód, odrywając na chwilę dłoń od swojego czoła.
Wziął głęboki wdech, przerywając iluzję Samanthy, kiedy ta siedziała bezpiecznie na tylnym siedzeniu. Posłał ostatnie spojrzenie w stronę, gdzie jeszcze przed chwilą leżał Daniel- znajdował się już zbyt daleko, więc jego iluzja również rozpłynęła się w chaosie walki.
Skupił się na dwóch najbliższych osobach, będących obok Aarona. Ponownie przyłożył dłoń do skroni, mamrocząc pod nosem opis iluzji, aby wyszła jak najbardziej szczegółowa.
Ziemia przed tobą kruszyła się. Zmusiło cię to do zrobienia kilku dużych kroków w tył, bo miałeś wrażenie, że zaraz wpadniesz w wielką, czarną przepaść... Ów otchłań była na tyle szeroka, że już nie mogłeś dosięgnąć mutanta. Nie było mowy o jakimkolwiek przeskoczeniu- wydawała się ciągnąć w nieskończoność.
Podczas kreowania przepaści, ruszył truchtem w stronę auta, w którym znajdowała się Sam. Starał się iść jak najszerszym łukiem, ale takim, by nie stracić łączności ze swoimi ofiarami okrutnej wizji. Jeżeli mu się udało dojść do samochodu, zajął miejsce kierowcy i chwycił od niej kluczyki, aby następnie przekręcić je w stacyjce.
Przepaść powiększała się, ziemia nadal osuwała się spod twoich stóp...
[Profil]
 
 
Zoella Oaks



I don't wanna live forever, 'cause I know I'll be living in vain.

umiem przeczytać Twoje myśli

58%

PJ kocham Cię





name:

Zoella Oaks

alias:
Zoey

age:
22

Wysłany: 2018-02-03, 18:00   
   Multikonta: Colleen


PJ. On tu był. Siedział naprzeciwko mnie, a ja wiedziałam, że musiał mnie nienawidzić. Powinnam wtedy odejść z nim, odejść z tym gangiem. Powinnam była to zrobić, bo kochałam go do szaleństwa, tęskniłam za nim przez cały ten czas, cały ten czas o nim myślałam, ale... ale nie umiałam z nim odejść. Bałam się. Bałam się walki z prawem, bo przecież moja mutacja nie była taką mutacją, żeby ktokolwiek, kiedykolwiek mógł się dowiedzieć, że faktycznie jestem mutantem. Nie byłam lojalna wobec reszty z mojego gatunku i teraz potwornie się wstydziłam, szczególnie, gdy patrzyłam właśnie w oczy miłości mojego życia. Chciałam mu wejść do głowy, chciałam sprawdzić, za jakie gówno mnie ma, ale... ale nie potrafiłam tego zrobić. Nie umiałam podsłuchiwać jego myśli.
Przełknęłam ślinę nerwowo, starając się wrócić swoimi myślami do teraźniejszej sytuacji. Nie było czasu na rozmyślanie nad moimi czynami, tym, czego żałowałam, a czego nie. Byliśmy w samym centrum bitwy. No dobra, my akurat nie w centrum, ale chodzi mi o metaforyczne centrum.
Kiwnęłam głową na polecenia chłopaka, wiedząc, że to jest dokładnie to, co powinniśmy zrobić w tym momencie. Pomogłam mu wrzucić Daniela do auta i sama usiadłam z mężczyzną na tylnym siedzeniu, uciskając ranę, by się biedny nie wykrwawił. Rzuciłam też gdzieś jeszcze okiem na Cheo, czując cholernie wyrzuty sumienia, że go tu zostawiam. Miałam nadzieję, że sobie poradzi i miałam też nadzieję, że będziemy mogli odjechać stąd na tyle szybko, by nikt nie zaczął nas śledzić.
_________________

Slow motion. Blinds are see through. Let your mind go, imagine that I kiss you.
Turn off the lights and open up your eyes now. You can take a glimpse into my soul for tonight.

[Profil]
   
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-02-03, 20:43   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


| na szybko i w ciężkich warunkach, więc wybaczcie za uchybienia czy coś

Kobieta miała chyba jakieś problemy. Nie wiem, co i jak, ale wśród członków F.P.T.P. musieli ukrywać się jacyś mutanci. To było najprostsze, najlogiczniejsze wytłumaczenie. GC traciło wściekłość z twarzy, ustępując miejsca dezorientacji. Moja niedoszła oprawczyni również zdawała się być inna, bo nagle straciła orientację. Uniknąłem jej ataku niezbyt wymuszonym unikiem. Myślę również, że mój wyważony cios, jaki jej zaserwowałem w tył głowy, od razu zwalił ją z nóg i pozbawił przytomności [ofc, do oceny MG].
Ja? Rozejrzałem się wokół naładowany wściekłością i adrenaliną. Naprędce również wymacałem zapalniczkę w mojej kieszeni, by ponownie cisnąć w żołnierzy Genetically chmurą ognia. Zdawało mi się, że Daniel został ranny, ale ktoś go stąd zabierał. Ujrzałem tego pretensjonalnego typka z F.P.T.P., więc zaniechałem jakimkolwiek akcjom w ich kierunku, mając nadzieję, że uda im się zwiać z polany.
Buchnąłem ogniem przed siebie, pokazując znak siły. Niczym smok, który ostrzegał biednych człowieczków przed pożarciem. Adrenalina krążyła w mojej krwi, wściekłość wciąż kumulowała się gdzieś w dłoniach. Czułem ją tam niczym oczekującego drapieżnika.
Wtedy też wyłapałem słowo Młody. Gdzieś w tym wszystkim. Nigdy bym nie pomyślał, że na jego dźwięk zareaguję inaczej niż oburzeniem. Cóż, w tej chwili byłem cholernie wdzięczny i szczęśliwy. Jebnąłem kulą ognia, którą powiększyłem wcześniej, w kierunku pozostałych. Sam pobiegłem w kierunku samochodu i wsunąłem się na siedzenie obok Samanthy. Obserwowałem sytuację w naszej okolicy, gotowy zniechęcić zbyt harde jednostki w próbach zatrzymania nas.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 5