Nawet nie zdążyłam mrugnąć, gdy hinduska wykonała jakieś swoje dzikie czary i znalazłam się w obcym dla siebie miejscu. Chyba na szczęście (dla niej) byłam tym bardziej oczarowana, niż przestraszona. Rozejrzałam się po obcym pokoju z głębokim westchnieniem. Nie miałam pod sobą już huśtawki i czułam się dziwnie. Nie potrafiłam jednak zdefiniować tego uczucia. Coś po prostu było nie tak. Wyciągnęłam przed siebie swoje dłonie, próbując dotknąć pierwszej rzeczy, jaką mogłam przed sobą zobaczyć.
- Łaaaa... - Mruknęłam wyraźnie zafascynowana, po czym spojrzałam na kobietę. - Gdzie jesteśmy? Gdzie huśtawka? A gdzie woda? I gdzie placyk? I gdzie śnieg? I... I... I... Jak to zrobiłaś?! - Cóż. Mówiąc, że byłam podekscytowana, zapewne bym skłamała. To było znacznie więcej niż ekscytacja. Na tyle więcej, że na chwilę nawet mi wypadło pytanie Shiv.
Potrzebowałam chwili, by przyswoić, co się właśnie ze mną stało. Gdy jednak już zaaklimatyzowałam się z moją obecną sytuacją, spojrzałam w oczy panny Nyberg i odpowiedziałam jednym, zwięzłym zdaniem:
- Ja? Jestem Lizzy i mam urodziny szóstego czerwca. - Nawet się przy tym nie zająknęłam. Co prawda nie pamiętałam swojego nazwiska. Nigdy wcześniej nie było mi potrzebne. Chyba nawet nie pamiętałam swojego pełnego imienia - zamiast niego często przypominałam sobie imię, którym "ochrzciła" mnie pani-matka - Olivia.
- Czy teraz znajdziesz mamę i tatę? - Zapytałam po chwili, wciąż uważnie przyglądając się akcjom kobiety.
Na szczęście dziewczynka była zachwycona, a nie wystraszona czarami Shivali, więc raczej będą mogły dalej kontynuować rozmowę, a dziewczynka nie ucieknie z krzykiem. Zaskakująco dużo rzeczy pod rząd wychodziło szwedce. Oby tylko szczęście czy tam dobra karma zaraz jej się nie skończyły.
- Tak jak ja wcześniej byłam sercem i myślami przy tobie w parku, tak teraz ty jesteś ze mną w moim mieszkaniu - wytłumaczyła możliwie najprościej uruchamiając Worlda, przeglądarkę i Google.
Nie sądziła, że Lizzy będzie pamiętała swoją datę urodzenia, ale to była całkiem przyjemna niespodzianka. Przynajmniej wiedziała w jaki dzień miała ten wypadek samochodowy, od razu to sobie zapisała. Właśnie, wypadek. Nie mogła mieć pewności, że jej rodzice są cali i zdrowi, zwłaszcza że zniknęli i z jakiegoś powodu nie wrócili po córkę. Musiałoby się dziać coś naprawdę złego, żeby rodzice Shivali - biologiczni lub adopcyjni - zostawili ją po wypadku. Kiedy potrącili tatę wsiadła w pierwszy samolot do Szwecji i oni zrobiliby dla niej zupełnie to samo.
Shiv na razie wolała pominąć pytanie Lizzy. Liczyła, że zaaferowana nie zwróci na to uwagi, a sama kobieta wolała nie obiecywać czegoś, jeśli nie była pewna czy potrafi to zrobić. Nie była żadnym prywatnym detektywem ani specjalistką od znajdywania ludzi na podstawie szczątkowych informacji.
- Pamiętasz swoje nazwisko? Jesteś z Olympi? Seattle? Tacomy? - dopytywała. To były trzy pierwsze miasta z okolicy, które przyszły Shivali do głowy, ale co jeśli dziewczynka była z jakiegoś małego miasteczka? Będzie pamiętać jego nazwę? Pamiętała kiedy ma urodziny, więc może nawet... - Znasz swój adres, przy jakiej ulicy mieszkasz? - To chyba było zbyt optymistyczne, ale zawsze mogła spytać. Zaraz nasunęło jej się inne, równie ważne pytanie. - Czy od czasu kiedy miałaś wypadek, jechałaś samochodem?
Wciąż byłam zafascynowana sytuacją, w której się znalazłam. To wszystko było takie niesamowite i magiczne. Cała ta sytuacja była dla mnie o tyle dodatkowo interesująca, że przez ostatnie kilka miesięcy nie żyłam swoim wymarzonym życiem. Brakowało mi wielu rzeczy i zapomniałam o tym wszystkim, gdy tylko poznałam tę kobietę - tak łatwo było odwrócić moją uwagę od trudu dnia codziennego.
Gdy Shivali zalała mnie lawiną pytań, przekręciłam lekko głowę i zrobiłam lekko zkwaszoną minę.
- Seattle brzmi znajomo. - Stwierdziłam po chwili zastanowienia, jednak moja mimika nie uległa zmianie. Próbowałam sobie z całych sił przypomnieć swoje nazwisko, jednak - bez rezultatu.
- To był taki domek, był baaardzo duży. I okno z mojego pokoju było od tej strony co ulica. A na dworze miałam huśtawkę. A tata zostawiał duże, czarne auto przed domem. Mieliśmy też krzaczki i drzewo. A mój pokój był na piętrze. I... I... - Zacięłam się, próbując sobie przypomnieć coś jeszcze charakterystycznego dla mojego domu. Zawsze wystarczało, gdy mówiłam, że mój dom to "ten duży". Nigdy nie potrzebowałam znać dokładnego adresu.
- Chyba tak. Tam gdzie mnie zabrali, mówili, że ktoś mnie przywiózł. - Odpowiedziałam po chwili na ostatnie pytanie hinduski. "Tam". Sama nawet nie wiedziałam, czym było to miejsce. A jednak do dziś dziwnie się czułam na samo wspomnienie brzydkiego pokoju, łazienki, i tego dziwnego chłopca...
Shivali dokładnie spisała sobie co dziewczynka powiedziała, łącznie z tym że jej dom musiał być piętrowy, a jej rodzice jeździli czarnym autem. Przy okazji od razu zapisała zmiany w dokumencie, tak na wszelki wypadek. Jeszcze by jej te wszystkie szczątkowe informacje zniknęły, a wtedy zostałaby zupełnie z niczym i jak miałaby znaleźć rodzinę Lizzy.
To że dziewczynka nie znała swojego nazwiska było sporym problemem, Shivali nie mogła szukać bezpośrednio jej ani jej rodziców. Będzie musiała pokombinować od innej strony, chyba najłatwiej byłoby poszukać tego wypadku i może potem z niego jakichś kolejnych informacji. Jeżeli byłoby fatalnie, to mogłaby poprosić o pomoc Cheo albo kogoś innego z FPTP, może nawet kogoś z Bractwa. Sprawa niemal na pewno dotyczyła mutantów, więc powinni się zgodzić bez problemu, prawda? Najwyżej poprosiłaby ich o przysługę, może nawet sami chcieliby się odwdzięczyć za to, że jako członek FPTP dość często im pomagała.
Na razie Shivali powinna sama spróbować znaleźć rodziców Lizzy. Trochę niepokoiło ją to, że dziewczynka została gdzieś przewieziona, to znaczyło, że wypadek mógł mieć równie dobrze w Seattle, Olympi co na drugim końcu stanu. Ale nagle Shiv wpadła na genialny pomysł. W końcu jechali do tego Muzulum, tak? Pewnie nie było tego zbyt dużo, skoro jeszcze o tym nie słyszała, chyba wystarczyłoby tylko zerknąć gdzie było jakieś najbliżej Seattle, skoro stąd pochodziła dziewczynka.
Shivali wyszukała "Muzulum", ale wyskoczyła jej ściana stron po arabsku i jakaś w cyrlicy. Może źle to zapisała? Po angielsku czasami niektóre rzeczy dziwnie się pisało. Wstukała "Moose Ulum", chociaż właściwie nie miała pojęcia co mogłoby znaczyć "ulum". Internet też nic nie wiedział. Może to się pisało jakoś z hiszpańskiego albo holenderskiego? W Stanach było sporo takich nazw. Problem w tym, że Shiv nie znała żadnego z tych dwóch języków. Jak na razie Muzulum zostawało ślepym zaułkiem. Pozostawała już tylko jedna opcja.
- Poszukam czy w wiadomościach nie pisali o waszym wypadku. Jeśli coś o nim znajdę, to pewnie trafię na coś o twoich rodzicach - wyjaśniła.
Ustawiła widełki na od szóstego do dwudziestego czerwca i zaczęła szukać informacji o jakimś wypadku w okolicach Seattle, w którym zaginęła mała dziewczynka. Oby on faktycznie miał miejsce w Seattle.
Uważnie przyglądałam się poczynaniom hinduski. Byłam tym poniekąd zafascynowana, bo gdy tata pracował na komputerze, nigdy nie pozwalał mi się do niego zbliżać. Zawsze mówił, że to ważne rzeczy i muszę uważać, żeby nic nie zepsuć. Przyglądałam się, jak kobieta wpisywała literkę po literce, przysłuchiwałam się stukotowi klawiatury. To było... Dziwne. Tak bardzo przywykłam do życia na ulicy, że te normalne rzeczy wprawiały mnie w lekkie osłupienie.
- A co robisz? Czy ja też mogę?- Zapytałam, gdy zauważyłam, że na każde moje słowo kobieta reaguje ponownym stukaniem po klawiaturze. W sumie chyba byłam bardzo zaintrygowana tym sprzętem. Mama kiedyś puściła mi nawet na ekranie komputera bajki, to było bardzo fajne.
Na tą krótką myśl, moje oczy wręcz zalśniły - bajki.
- Masz tu bajki? Zwierzogród? Miałam tort ze zwierzogrodem, wiesz? Była tam ta króliczka i lis i trzymali moje świeczki! - Powiedziałam z dumą w głosie, przypominając sobie piękny wygląd ciasta i jego wspaniały smak. Mimowolnie oblizałam buzię, a po chwili zaczęłam wyciągać włosy z jej wnętrza. Nie lubiłam uczucia tych pojedynczych włosków na moim języku. Bardzo mnie to irytowało.
Nie kojarzyłam też nic, co do tej pory wyświetlało się na ekranie komputera. To wszystko, to były jakieś dziwne obrazy.
- Wypadek był w lesie, jak jechaliśmy do mauzoleum dla dzieci, ale nie dojechaliśmy. I było bum. I auto się prawie złożyło, o tak, jak kartka. - Stwierdziłam z pewnością w głosie i nawet nie miałam świadomości, że znowu popełniłam błąd. Byle tylko hinduska tego źle nie zrozumiała... Tylko tego brakowało, żeby moich rodziców uznać za całkowitych psycholi...
- Chodź - powiedziała i zaprosiła dziewczynkę gestem do siebie. Nie wydawało jej się, że to co robi było szczególnie ciekawe dla dziewczynki, ale może jednak? Shivali nie do końca znała się na zwyczajach pięciolatek i na tym, co uznawały za ciekawe.
Lista wiadomości trochę miała, a Shiv musiała to wszystko przejrzeć i znaleźć jakiś wypadek, który miał miejsce w lesie i brało w nim udział czarne auto. To była cała. Masa. Roboty. Oby tylko wiadomości miały jakieś zdjęcia z wypadku.
Słowa dziewczynki nagle jej uświadomiły, jaką była idiotką. Uderzyła się otwartą dłonią w czoło: Lizzy była dzieckiem i się przejęzyczyła. Skoro muzulum zmieniło się mauzoleum, to musiało znaczyć coś zupełnie innego. Muzeum! Tylko ile ile było muzeów w Seattle? Kilkadziesiąt, może nawet w setkach, na dobrą sprawę Shivali nie miała pojęcia. W ten sposób się niczego nie dowie.
- Nie, ale może następnym razem jak mnie odwiedzisz dasz znać wcześniej, to coś przygotuję? - zaproponowała.
Równocześnie zdała sobie sprawę, że nie powinna zabierać dziewczynki do siebie na zbyt długo. Tam w Olympii, jej ciało ciągle stało na mrozie, a dziewczynka ciągle była głodna. Chociaż Shivali chętnie pozwoliłaby oglądać u siebie bajki i spędzać masę czasu u siebie w domu, musiała sobie uświadomić, że to mogło być niebezpieczne. Nigdy jej się do tej pory coś takiego nie przytrafiło, ale co jeśli dziewczynka nie będzie chciała żyć swoim życiem, zaniedba własne ciało albo nawet umrze? W końcu perspektywa spędzania czasu w ciepłym mieszkaniu musiała być kusząca, a cały scenariusz był jak najbardziej możliwy. Jeżeli Shivali ją tutaj nakarmi, to tak naprawdę nijak nie zmieni sytuacji prawdziwej Lizzy.
- Może mi powiesz czy z kimś teraz mieszkasz? Masz co jeść? - dopytywała.
Ta myśl bolała Shivali, ale rodzice Lizzy mogli poczekać. Jak na razie dziewczynka potrzebowała ciepłego schronienia, jakiegoś łóżka i dobrego obiadu. Reszta mogła poczekać. Poza tym szukanie rodziców dziewczynki na pewno zajmie trochę czasu, nie mogła spędzić tego czasu na ulicy.
Na zaproszenie kobiety zbliżyłam się jeszcze bardziej do niej, opierając łapki o ramę łóżka i dalej przyglądając się wszystkiemu, co pojawiało się na ekranie. Kolorowe obrazy z reklam i kolejne literki pojawiające się w dokumencie tworzonym przez hinduskę wyraźnie mnie dekoncentrowały. Prawdopodobnie mogłabym przez kolejne kilkanaście minut wpatrywać się w te cuda na monitorze. To była taka miła odmiana od szarej codzienności, w której przyszło mi żyć...
Szybko jednak moją uwagę odwrócił gest Shivali, gdy stuknęła się po głowie.
- Dlaczego się bijesz? - Zapytałam wyraźnie przejęta. Widziałam wcześniej, jak kilku bezdomnych robiło sobie podobnie. Wtedy ci, którzy się mną opiekowali często mówili, że są chorzy i trzeba to ignorować. Nie chciałam jednak, by ma nowa znajoma była chora. Pamiętałam, jak sama cierpiałam, gdy dopadała mnie gorączka albo kaszel. Nawet nie przychodziło mi do głowy, że można być chorym na coś innego...
Kolejna propozycja mulatki jednak zaintrygowała mnie jeszcze bardziej. Uśmiechnęłam się szeroko, od ucha do ucha a moje oczy wręcz zabłyszczały. - Tak! Tak! Chcę zwierzogród! Zwierzogród jest fajny! Będzie zwierzogród?! - Zapytałam z ekscytacją w głosie. To była jedna z ostatnich bajek animowanych, które kojarzyłam i bardzo chciałam do niej wracać pamięcią. Kojarzyła mi się z miłym wyjściem do kina z rodzicami, gdy mogłam nawet dostać swój własny popcorn, specjalny kubeczek i napój! Ten kubeczek nawet mogłam zabrać do domu i pić z niego przez kolejne kilka dni. W sumie... Brakowało mi mojego kubeczka...
Nie zdawałam też sobie sprawy z konsekwencji mojego pobytu w tym miejscu. Dla mnie to była magia i nawet się nie spodziewałam, że tak naprawdę zostawiłam swoje ciało na placu zabaw jak niepotrzebną skorupkę. Liczyło się to co tu i teraz.
- Teraz? - Zapytałam, wyraźnie wybita ze swoich myśli. Musiałam się chwilę zastanowić nad odpowiedzią. - Ostatnio mieszkałam z panią-matką na tej uliczce, gdzie ludzie nie wchodzą, bo tam śmierdzi. Ale pani-matka kazała mi uciec, gdy nie przyniosłam kubeczka, bo panowie go chcieli a ja nie pamiętałam, co się stało. - Wydukałam z siebie na jednym tchu. Mogło się to wydawać trochę pogmatwane, ale w sumie było bardzo bliskie prawdy. - Ostatnio jadłam cukierki. Dostałam też soczek i ciastko od Jacka, ale jego mama była o to zła i kazała mi sobie iść. - Dodałam po chwili, wspominając wizytę na jednym z placów zabaw, gdzie kręciło się dużo dzieci. Te dzieci często chciały się ze mną dzielić swoimi łakociami, ale ich rodzice nie patrzeli na to już tak pogodnym wzrokiem...
- To tylko taki gest, właśnie sobie uświadomiłam, że jestem strasznym głuptasem - wyjaśniła szybko żartobliwym tonem.
Miała tylko nadzieję, że Lizzie za bardzo się nie wystraszyła. Shivali powinna mieć więcej wyobraźni, zwłaszcza że jako dziecko też przez pewien czas była bezdomna i ze względu na to, co wiedziała dzięki swoim studiom. Masa bezdomnych trafiała na ulicę, kiedy nie była w stanie funkcjonować w społeczeństwie. Oprócz alkoholików i narkomanów była tam cała masa chorych psychicznie i Bóg wie czego Lizzie musiała się naoglądać.
- Następnym razem, kiedy mnie odwiedzisz, dobra? Przygotuję wtedy dla nas Zwierzogród - obiecała, zapisując sobie tytuł bajki z dokumencie. Dodatkowo go pogrubiła, podkreśliła i zmieniła jego tytuł na czerwony - tak żeby nie zapomnieć. Nie chciała jej teraz tego puszczać, bo jeszcze mogłoby się okazać, że z jednej bajki zrobi się pięć, a Lizzie nie będzie chciała wrócić do rzeczywistości, a musiały się jakoś zatroszczyć o jej bezpieczeństwo.
Teoretycznie najprostszą opcją byłoby oddanie jej do domu dziecka, ale Shivali na sam ten pomysł przechodziły ciarki. Minęło już wiele lat, dziewczyna miała świadomość że współczesne domy dziecka w Ameryce nijak miały się do tych indyjskich sprzed dwudziestu lat, ale i tak nie była w stanie się na to zgodzić. Poza tym, Lizzie była mutantką! Albo jej rodzice byli mutantami, nieważne. Chodziło o to, że mogła przez to trafić w ręce DOGS, a to nie było dobre miejsce dla małej dziewczynki. Tylko czy było gorsze od ulicy?
- Słuchaj Lizzie - zaczęła i przeniosła swoją świadomość z powrotem do dziewczynki, do parku.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum