Czułam się niezwykle dumna, gdy Colleen potraktowała mnie poważnie. Ci wszyscy bezdomni z ulicy mówili, że sobie wymyślam, że mam bujną wyobraźnię. A tu - proszę. Ledwie 5 minut i ta kobieta mi uwierzyła! Co więcej - nawet potraktowała z szacunkiem tą dziwną siłę, która się mną zajmowała. W tej chwili całkowicie przestałam czuć jakikolwiek ucisk na ramionach. Mogłam czuć się całkowicie bezpiecznie przy tej brunetce.
- Naprawdę Cię lubi. - Powiedziałam po chwili. - Pozwolił nam zostać samym, wiesz? - Stwierdziłam z uśmiechem na buzi. W sumie, mimo, że lubiłam czuć czyjąś obecność przy mnie, lubiłam też te chwile wyluźnienia, kiedy mogłam odetchnąć pełną piersią i poczuć się normalnie.
Gdy mutantka poprosiła mnie, bym utrzymała w tajemnicy jej magiczne moce, skinęłam lekko głową i przyłożyłam palec wskazujący do buzi, jakbym chciała zrobić "ciiiii". W końcu - jeśli zna się prawdziwą czarodziejkę, trzeba naprawdę uważać. Kiedyś oglądałam z mamą film, gdzie zdradzona czarodziejka stała się bardzo złą wiedźmą. A ja jednak wolałam, by ta magiczna przyjaciółka była do mnie zawsze miło nastawiona.
- Nie powiem, nie powiem! - Potwierdziłam po chwili, jeszcze zanim panna Marie zaczęła wykonywać swoje magiczne sztuczki. Patrzyłam na jej dłonie jak zahipnotyzowana, a buzię to już na pewno miałam rozdziawioną. W końcu nie codziennie można ujrzeć tak wyjątkowe magiczne sztuczki! Ostatnia sztuczka, którą widziałam, dotyczyła chyba kart. Albo balonów. Ale nie była tak cudowna, jak te przed chwilą.
- Mogę? Czy ja też mogę?! - Zapytałam po chwili z leksza zniecierpliwiona, podnosząc ręce w kierunku metalowej rzeźby. Byłam wręcz oczarowana całą magią, jaką wokół mnie rozpętała Colleen. Koniecznie chciałam móc stworzyć własnego kwiatka. Chciałam mieć ich cały bukiet!
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2018-01-26, 23:53
2 Lata Giftedów!
Nie to, że chciałam zaimponować Lizzy, ale liczyłam na to, że się mną zainteresuje, że moje "czary"[/b] okażą się czymś, co spodoba jej się na tyle, że będzie chciała zobaczyć więcej [i]czarowników i czarodziejek i wtedy zaprowadzę ją do Bractwa, gdzie porządnie ją nakarminy, wykąpiemy, ubierzemy, gdzie bedzie bezpieczna. To było dla mnie ważne. Na pewno nie miałam najmniejszego zamiaru ją tak samą zostawiać, chyba musiałabym być bez serca, żeby to zrobić, a zdecydowanie nie byłam.
Ucieszyłam się, gdy Lizzy stwierdziła, że anioł chwilowo nas opuścił. To był znak, że naprawdę się mnie nie bała. To był dobry znak. Uśmiechnęłam się do niej łagodnie.
- Bardzo miło z jego strony! - powiedziałam - Jakby jednak chciał z nami posiedzieć, to nie musi się wstydzić. - dodałam z uśmiechem. Chciałam, żeby wiedziała, że jej anioł mi nie przeszkadza, że go lubię i w ogóle, żeby nie czuła się w żaden sposób zagrożona przeze mnie.
Co do moich czarów... No cóż, ewidentnie się jej spodobały, a ja nie mogłam się przestać szczerzyć jak głupia, zadowolona z efektów, które osiągnęłam. Chyba byłam na dobrej drodze, a przynajmniej miałam taką nadzieję. Moja nowa, malutka koleżanka potrzebowała pomocy, a ja miałam środki, by tę pomoc jej dać.
- Proszę bardzo, ten kwiatuszek jest dla ciebie. - powiedziałam i wręczyłam jej rzeźbę, która - jakby ją pomalować - naprawdę wyglądała pięknie, musiałam nieskromnie przyznać!
- Ty nie możesz zrobić takiego kwiatuszka, ale chętnie zrobię takiego drugiego dla ciebie, chcesz? - spytałam - Nie możesz, bo każda czarodziejka ma jedną moc, wiesz? Znam wiele czarodziejek, to wiem, że każda ma jedną magiczną umiejętność. Twoją czarodziejską mocą jest twój aniołek, co jest naprawdę super! - postarałam się wyjaśnić małej w jakiś sposób mniej więcej, jak działają mutacje. Nie chciałam, by było jej przykro, że sama nie może stworzyć kwiatka, albo, że ja nie pozwalam jej go zrobić.
- Wiesz. Bo do tej porty nikt go nie traktował poważnie. Wszyscy mówili że zmyślam! - Stwierdziłam dość pretensjonalnym tonem. Na co dzień czułam się tym mocno poirytowana, więc jakakolwiek zmiana naprawdę potrafiła roztopić moje nieco zziębnięte serduszko. No a dodatkowo - jak można nie być zauroczonym przez tak cudowne magiczne sztuczki?
Złapałam metalowy kwiatek i zaczęłam go skrupulatnie oglądać, odwracając go na wszystkie strony i próbując go wyprostować - jednak nic z tego. Moc Colleen w tym momencie zafascynowała mnie jeszcze bardziej.
- Bardzo chcę! Chcę cały bukiecik! Dałabym go mamie, jak już wróci! - Powiedziałam z dozą pewności w głosie. Wciąż chciałam wierzyć, że moja rodzicielka gdzieś tam jest, najlepiej wciąż z tatą. Po prostu musieli mieć bardzo ważny powód, dla którego nie mogli po mnie wrócić. Przez długi okres swojego życia czułam się tak bardzo kochana, że nie potrafiłam zaakceptować faktu, że moich rodziców przy mnie nie ma. Nie sprawiało mi to jednak smutku. Znaczy... Jasne. Było mi nie raz przykro. Ale wiedziałam, że rodzice zrobią wszystko, by mi to wynagrodzić - jak tylko wrócą.
Brunetka jednak szybko odwiodła moje myśli od kwestii rodzinnych.
- Mój anioł to magiczna moc? - Zapytałam z niedowierzaniem. - To może on by umiał zrobić takie same kwiatuszki?! - Zapytałam już z wyraźną ekscytacją spoglądając w oczy kobiety. To był dość trudny temat i pewnym było, że w 5 minut dziecko tego nie ogarnie. Szybko jednak zapomniałam i o tym, bo zaintrygował mnie kolejny temat poruszony przez mą rozmówczynię.
- Są też inne czarodziejki? A co one potrafią? Czy one umieją latać? Albo tworzyć tęcze? Albo robić kwiatki? A może frytki?! - Cóż. Temat frytek chyba nie chciał mnie dziś opuścić. Ale cóż to by była za cudowna moc - móc zrobić frytki w każdym momencie i czasie, bez płacenia i czekania. Ahh... Tak, to zdecydowanie byłaby moja ulubiona, magiczna sztuczka.
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2018-01-27, 00:52
2 Lata Giftedów!
Zastanawiałam się, jak długo już znajduję się poza terenem Bractwa. Dobrze wiedziałam, że powinnam powoli zbierać się do powrotu, ale nie chciałam wracać do dziewczynki, a żeby wrócić z nią musiałam być baaardzo ostrożna. Naprawdę zależało mi na tym, by czuła się przy mnie bezpiecznie, by wszystko było w porządku i żeby ten jej anioł też był spokojny. Jeszcze tylko tego mi brakowało, żeby mnie zaatakował...
- Naprawdę? Musieli być bardzo niemądrzy. Ja absolutnie traktuję go poważnie i bardzo cieszę się, że mnie polubił. - odparłam wesoło, szczerze zadowolona z takiego obrotu spraw. Jeżeli ta dziewczynka była tą dziewczynką z opowiadań, to byłam bardziej niż zadowolona, że jej anioł mnie tolerował, albo nawet lubił, jak to ona powiedziała.
- Dobrze, zaraz ci go zrobię! - obiecałam i rozejrzałam się ponownie po opuszczonym domu. Znalazłam wzrokiem jeszcze dwie metalowe rurki, z których zrobiłam dwa kolejne kwiatki i z uśmiechem wręczyłam je dziewczynce. Jej mama... jak już wróci... Czyli musiała nadal żyć i ją zostawić. To było przerażające... jak można było opuścić własne dziecko?
- A może i tak! Musisz się go koniecznie kiedyś spytać! - odpowiedziałam, no bo w sumie skąd miałam wiedzieć, jakie ten anioł ma możliwości? Z tego co zdążyłam nad tym pomyśleć, to ta moc była cholernie potężna, więc mogła mieć tak naprawdę nieograniczone możliwości, ale mogłam jedynie zgadywać.
- Znam taką, co umie latać. Mój kolega potrafi zrobić tęczę, a frytki... a na frytki chętnie cię zabiorę. - powiedziałam i uśmiechnęłam się, po czym stwierdziłam, że... że powinnam jej zaproponować, że jej pomogę.
- Lizzy... Może chciałabyś, żebym zaprowadziła cię do reszty czarodziejek? Nakarmimy się, wykąpiemy, ubierzemy w ciepłe ubranka... - zaczęłam, patrząc na dziewczynkę z bardzo zatroskaną miną - Tutaj nie jest bezpiecznie. Ludzie polują na takie czarodziejki jak my. - powiedziałam smutno, cały czas ją obserwując. Proszę, Lizzy... Chodź ze mną, zgódź się...
Chyba coraz bardziej lubiłam tą panią. W sumie już od dłuższego czasu nikt nie wyraził takiego zainteresowania moją osobą. Nawet pani-matka nie była aż tak pozytywnie w stosunku do mnie i mojego opiekuna nastawiona.
- Umiesz robić kwiatki? - Zapytałam, spoglądając w górę, jakbym oczekiwała że nagle się za mną pojawi. Odpowiedziała mi jednak tylko głucha cisza i szum wiatru za drzwiami. - Chyba nie wie. Ale może go naumiesz? - Zapytałam wyraźnie podekscytowana. W tej jednak chwili moim oczom ukazała się powtórka z magicznej sztuczki, na której całkowicie skupiłam całą swoją uwagę.
Odłożyłam metalowego kwiatka, którego do tej pory trzymałam w swoich małych rączkach, by złapać dwa pozostałe. Wszystkie bardzo mi się podobały, ale teraz stałam przed olbrzymim wyzwaniem - jak złapać je wszystkie? Chwilę kręciłam tymi rzeźbami w dłoniach, aż w końcu mnie olśniło. Najpierw podniosłam się z klęczek, by po chwili oprzeć jeden z kwiatków pomiędzy zgięciem mojego łokcia a klatką piersiową. Po chwili to samo uczyniłam z dwoma pozostałymi "figurkami".
Niesamowicie też zazdrościłam Colleen, że zna tak fajne czarodziejki! Ja do tej pory nie znałam żadnej, więc wizja poznania tak wspaniałych ludzi naprawdę do mnie przemawiała. A moje serduszko zostało już całkowicie zdobyte na wieść i kąpieli i czystych ubrankach. Chyba poza rodzicami, właśnie tej czystości brakowało mi najbardziej. W końcu lubiłam ładnie wyglądać i ładnie pachnieć. Byłam małą damą i bardzo lubiłam to podkreślać swoim wyglądem.
Spojrzałam na swoją brudną kurteczkę i upaprane rączki. Cóż. To chyba była oferta nie do odrzucenia.
- Taaak. Bardzo chcę. I bardzo chcę frytki! - Odpowiedziałam rozentuzjazmowana patrząc na tak czystą twarz mej rozmówczyni. Ostatnie jej słowa jednak wywołały niepewność na mojej twarzy. Ściągnęłam brwi i zrobiłam lekko kwaśną minę. - To jak tamci źli panowie, o tam, w mieście. - Oznajmiłam wyraźnie niezadowolona. - Ale ja się nie muszę ich bać, bo mam mojego anioła. I teraz mam Ciebie, prawda? - Dodałam po chwili już ze zdecydowanie milszą miną. W końcu jak można się bać kogokolwiek, gdy ma się tak potężną czarodziejkę i wspaniałego opiekuna przy boku?
It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.
telekineza
78%
Była szefowa Bractwa Mutantów
name:
Colleen Marie
alias:
Magnet Girl
age:
25
height / weight:
168/46
Wysłany: 2018-01-27, 17:50
2 Lata Giftedów!
Co raz łatwiej rozmawiało mi się z dziewczynką. Miałam nadzieję, że mała dobrze czuje się w moim towarzystwie, a to było dla mnie bardzo ważne. Nie mogłam jej tu zostawić, ale nie zamierzałam też jej zabierać na siłę, bo porywanie dzieci to nie było coś, czym zajmowałam się zawodowo, więc znacznie bardziej wolałam, by poszła ze mną z własnej woli i miałam wrażenie, że jestem na dobrej drodze ku namówieniu ją na to.
- Z pewnością, postaram się go nauczyć, ale nic nie obiecuję! - powiedziałam, wciąż uśmiechając się łagodnie. Już trochę bolała mnie twarz od tego ciągłego uśmiechania się, ale robiłam to totalnie instynktownie, samowolnie. Lizzy naprawdę poprawiała mi humor, była taka rozkoszna. Z rozbawieniem patrzyłam na to, jak męczy się, by chwycić trzy kwiatki, które dla niej zrobiłam. Po wielu próbach w końcu jej się udało.
Na moje słowa dotyczące tego, że pozna resztę czarodziejek, że dostanie jedzenie i będzie się mogła wykąpać, dziewczynka zareagowała bardzo entuzjastycznie, co cholernie mnie ucieszyło. Zaraz jednak zeszłyśmy na trochę poważniejszy temat, a jej słowa jeszcze bardziej utwierdziły mnie w przekonaniu, że ona i te dziecko z ulicy, o którym było tak głośno, to dwie i te same osoby.
- Tak, obronimy cię, obiecuję. Zajmę się tobą i inne czarodziejki też, będziesz bezpieczna. - powiedziałam - Chodź, idziemy. Troszkę będziemy musiały pospacerować, żeby dojść do domu czarodziejek, ale jak będziesz zmęczona to wezmę cię na ręce. - dodałam - Jak chcesz, możesz kwiatuszki wrzucić do mnie do plecaka, poniosę je dla ciebie i potem ci oddam jak już będziemy na miejscu, ok? - tutaj przesunęłam plecak w jej stronę, by mogła wrzucić rzeźby, które stworzyłam. Gdy już to zrobiła, wyciągnęłam dłoń w jej stronę, by chwycić ją za rączkę i razem z nią ruszyć w kierunku Bractwa.
No, chyba, że jednak wcale nie chciała ze mną pójść.
Uśmiechnęłam się na wieść, że kobieta spróbuje czegokolwiek nauczyć mojego opiekuna. Naprawdę mnie to cieszyło. Już sobie wyobrażałam wszystko, co mój prywatny anioł mógł dla mnie robić - od tworzenia pięknych kwiatków, po produkcję wyjątkowych zabawek. Jak się nad tym zastanowić, od dawna nie miałam zwykłej zabawki w ręce. Ciekawe, co się działo teraz z moim domkiem? Czy teraz jakaś inna dziewczynka spała w mojej ulubionej pościeli, w moim dużym pokoju, wśród moich wszystkich zabawek? Chyba nawet nie chciałam o tym myśleć.
Szybko jednak z moich rozmyśleń wyrwał mnie głos Colleen.
- I mój anioł! - wtrąciłam na stwierdzenie o obronie przez czarodziejki. Owszem, bardzo doceniałam to, że ktokolwiek chciałby się mną zająć, jednak wciąż - to mój opiekun był dla mnie najważniejszy. Jemu ufałam bezgranicznie. I do tej pory byłam zdana tylko i wyłącznie na niego.
- Nie będę zmęczona. - Stwierdziłam z dużą pewnością siebie. W końcu co to dla mnie tak chodzić rozmaitymi ścieżkami. Doszłam tu na własnych nóżkach, no nie? Na propozycję kobiety, by otrzymane przez nią prezenty schować do jej plecaka, pokręciłam przecząco głową. - Nieeee. Są za ładne, żeby je chować! - powiedziałam, spoglądając na metalowe rzeźby. Po chwili, podałam Colleen moją wolną rączkę i uśmiechnęłam się do niej radośnie. W końcu mogłyśmy ruszyć w drogę...
W końcu Gabriel zauważył opuszczony dom. Był on idealny na dalsze więzienie Esther. Gdy już zaparkował samochód bardziej w lesie by nikt doszedł, że owe auto może mieć coś wspólnego z porwaniem. Raczej wyglądało jak by zostało porzucone, albo właściciel poszedł na spacer do lasu.
Zdaniem Gabriela nikogo nie było. Poszedł po prawdopodobnie nieprzytomną Esther. Gdyby jednak obudziła się uciszył ją zakładając taśmie oraz chustkę na oczy. Lacroix nie był do końca pewny mocy rudej. Jednak nie mógł pozwolić by kobieta widziała gdzie ją prowadzi.
Szybko i bez głośnie włamał się do budynku. Zamykając znów go na zamek.
Znalazł krzesło i nawet rzucającą albo nadal nieprzytomną Esther przywiązał do krzesła. Na tyle by już ruda się nie uwolniła. Zrobił taki splot wielu supłów, że teraz to już nie rozwiąże. Zanim jej tą chustkę zdjął przez którą nic nie widziała. Dark Prince napisał do Aarona. Jeśli jego partner na tą misję nie ma co do roboty to może pomoże mu z tą nieokrzesane kobiety. Schował telefon do kieszeni, a na stole położył swój plecach ze swoimi zabawkami.
Zaraz zdjął Esther chustkę.
- Jeśli mi nie powiesz gdzie jest Christian zostaniesz ze mną tu na zawsze - wyznał.
Po chwili zerwał jej taśmę z ust.
- Tutaj już nikt cię nie usłyszy, ani nie znajdzie - mówiąc to zaczął się strasznie i złowieszczo śmiać.
Jednak tego śmiechu nie wziął z żadnego filmu to był po prostu jego własny, niepowtarzalny śmiech.
_________________
Dark Prince
<tbody>
</tbody>
Don't get too close. It's dark inside. It's where my demons hide
Szczerze była z siebie zadowolona, kiedy uwolniła dłoń i uderzyła go, bo nikt nie będzie dotykał jej bez jej zgody. Jasne była porwana i przytrzymywana, ale to nie znaczyło, że będzie bierna. Jeśli tak sądził to był błędzie. Główka pracowała i kombinowała... Nawet jeśli nic nie mówiła, czy tylko patrzyła to nie znaczyło, że nic nie kombinuje czy nie zamierza. Nie powie mu nic o swoim bracie... Chyba sama nie wiedziała ile razy mu to powiedziała oraz ile jeszcze będzie musiała aż do niego dojdzie.
Jak potraktował ją środkiem i znowu straciła przytomność... Nie wiedziała ile czasu minęła i jak daleko odjechali aż odzyskała przytomność. Czy nadali byli Olimpii? Było ciemno i widziała tylko drzewa.... Jednak widząc, że Gabriel znowu porwał potrakotwać ją środkiem odsunęła się. Była w aucie i znowu straciła przytomność... Obudziła się po chwili jak samochód stał, a Gabriela nie było widać. Szybko przełożyła ramiona przez nogi tak by dłoni były z przodu, a nie z tyłu. Próbowała otworzyć drzwi z wiązanymi dłoniami... Nie chciała tracić czasu na próby ich rozwiązania. Jednak były zamknięte... Już miała się przekręcić by uderzyć szybę z buta i ją stłuc. Gdy zobaczyła cień idąc w stronę samochodu... I tyle było z jej ucieczki...
Nim założył jej taśmę zdążyła krzyknąć... Ale byli na taki odludzi, że nikt jej nie słyszał... Taśma chwilę później i chusta na oczy. Na nic były jej szarpania czy też próby uwolnienia się. Za wiele nie mogła zrobić związanymi dłońmi i nogami. Potrakotował ją jak worek ziemniaków najpierw zabierając gdzie, a później rzucając jak worek ziemniaków...
- Wypchaj się - cóż chciała innych słowa użyć, a nie chciała go prowokować. Zwłaszcza że już jej jedną bluzkę zniszczył. Chociaż teraz miała inną... To nie chciała i tej tracić, by nie świecić przed nim biustem. - Palant!!- krzyknęła, bo przecież jej nie zabronił, ani też i tak był pewny, że nikt jej nie usłyszy. Chociaż modliła się, żeby jednak ktoś usłyszał...
_________________
Esther Goth
Ci, którzy boją się ciemności, nigdy nie widzieli, co światło może zrobić.
Z racji tego, że ostatnimi czasy niezbyt wiele zdziałałem, postanowiłem ruszyć dupę i zawlec ją na jakieś wypizdowie, o którym wspominał mi Gabriel Lacroix. Porwanie siostry Christiana było zdecydowanie JAKIMŚ osiągnieciem aniżeli spotkanie bezdomnej mutantki z zagranicy, która co prawda porozumiewała się po angielsku, ale nie miała tu żadnych konkretnych relacji łączących ją z rebelią, a już na pewno nie długoletnich, które mogłyby ją wiązać z Bractwem. Ta, ssałem, choć miałem rozkurwić ten wesoły świat mutantów.
Kiedy Gabriel zaczął się rechotać na cały głos, nie miałem wątpliwości, w którym kierunku powinienem się udać. Wszedłem po cichu do środka, niemalże się zakradłem, ale zdradziła mnie trzeszcząca podłoga. Kiwnąłem mu głową na przywitanie.
- Na twoim miejscu powiedziałbym mu wszystko, bo zostać z nim parę minut za długo, to już bezduszna wieczność – stwierdziłem niezadowolony, uśmiechając się wymuszenie do Gabriela. Właściwie, pewnie go w tej chwili papugowałem, bo to nie ja zachowywałem się jak psychopata, a tym bardziej nie posiadałem wrodzonego, złowieszczego śmiechu. Creepy. Albo zabawne. Nie wiem, ale faktycznie nikt jak Lacroixa zasługiwał na miano palanta. Tu byłem gotów przyklasnąć dziewczynie, tylko że… Wypadało być po stronie Gabriela.
- Cześć, Bestio… I cześć, piękna…? – odparłem w ramach spóźnionego przywitania. Postanowiłem tak… bez nazwisk. Na wszelki wielki wypadek.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
Gabriel w międzyczasie otworzył drzwi do opuszczonego domu. Co jak co, ale zamek to miał niezły, choć Lacroix wcześniej tu się włamał nie uszkodził go i wszystko elegancko działało.
Nie wiedział czy Aaron ruszy tutaj te swoje cztery litery, bo przecież nie odpisał mu. Mógłby zachować trochę taktu i dać odpowiedź. Może się nie lubili, ale teraz byli partnerami.
Co rechoci śmiech! Dobrze, że Gabriel tego nie usłyszał.
Zaraz nie tylko brunet, ale i Esther usłyszeli, że ktoś przyszedł.
- Cześć, już myślałem, że nie przyjdziesz. Z łaski swojej następnym razem odpisz na smsa. No to teraz twoja kolej pokaż jak ty zmuszasz kogoś do wyjawienia informacji. - odrzekł.
Czekał niech Aaron odpowie, a potem Francuz wyjął komórkę. Włączył aparat.
- Uśmiechnij się ładnie. Powiedz gdzie jest Christian, to to zdjęcie nie pójdzie do Twoich wszystkich znajomych. Podejrzewam, że masz jakoś tam wpisanego swojego brata - powiedział.
Jeszcze w taki sposób chce ją postraszyć. Zanim odda pałeczkę Aaronowi. Choć Lacroix podejrzewał, że za cienki i miękki jest i nie podoła zadaniu.
_________________
Dark Prince
<tbody>
</tbody>
Don't get too close. It's dark inside. It's where my demons hide
Nie wiedziała co też ma myśleć zwłaszcza, że pojawił się kolejny mężczyzna. Początkowo nie skojarzyła go, ale po chwili rozpoznała w nim chłopaka z DOMu no to jest w bagnie dosłownie i przenośni. Jeśli mężczyzna ją skojarzy, bo przecież jako nieliczna nie miała żadnej osłony na twarz to połączy fakty... Że nie tylko wie gdzie jest Christian, ale również pomogła mu uciec z DOMu. Szybka analiza czy użyła mocy, tak by mógł to widzieć... Jednak nie wydawało się, by cokolwiek widział... Za bardzo był skupiony na zrobienia z nich pieczonych kiełbasek. Słysząc jego komentarz uniosła brew do góry... Jej to mówi? Już była z nim jakiś czas... I z każdą minutą miała go dość. Najchętniej zdarłaby z niego ten uśmiech. Jednak nie wiedza twojego wroga może być sukcesem twojego zwycięstwa. Daj mu myśleć, że ma cię w garści, że jest się bezbronny, by zniszczyć go najmniej spodziewanej dla niego chwili.
Słysząc po raz kolejny dzisiejszego wieczora, że mu powiedzieć gdzie jest jej brat. Wniosła w górę oczy i demonstracyjnie odwróciła głowę tak by nie patrzeć na żadnego z panów. Niech sobie robi co chce... Miała trochę kontaktów i większość z nich to byli mutanci... Jeśli chce ich zapraszać proszę bardzo... Ale jak to już było mówione jemu i jej się dostanie po tym.
_________________
Esther Goth
Ci, którzy boją się ciemności, nigdy nie widzieli, co światło może zrobić.
I tu był pies pogrzebany. Nie przepadałem za niepotrzebną przemocą. Nie czerpałem radości, żadnej namiastki przyjemności z torturowania kogoś i kiedy jako D.O.G.S. strzelałem do delikwenta, w mundurze czułem się jakoś poza tym… Szczególnie, że strzelałem by zatrzymać czy po prostu zabić w ramach obrony. Nie po to, by zadawać ból, by wyciągać informacje. Teraz sytuacja się zmieniła. Musiałem działać, by przetrwać, by odnaleźć jej morderców i zguby naszego departamentu.
- Po prostu odpowiedz. Jest jednym z nas. Chcemy go odzyskać – rzuciłem do niej nieco umęczony. Z pewnością to było widać po mnie, dlatego stanąłem tak, by Gabriel nie mógł się wpatrywać w wyraz mojej twarzy. Zrobię to, co będę musiał. Zrobię to. Wiedziałem to. Myślę, że kiedyś już stawałem przed podobnymi sytuacjami i pomimo niechęci nie oponowałem, tylko działałem. Dla dobra większości.
- Podgrzeję temperaturę twojego ciała. Zapewne miałaś kiedyś gorączkę. Zapewne wiesz, że ta w pewnym momencie przestanie być niewinną gorączką i po prostu zacznie cię odwadniać, męczyć, mącić ci w umyśle, podsuwać majaki, a następnie mniej przyjemne rzeczy – uszkodzenie tkanek czy mózgu… – odparłem poważnym tonem, już nie cackając się nad sobą ani nad nią. Powinna wiedzieć, być świadoma, że może uniknąć pewnych nieprzyjemności, a w tym prawdopodobnie również śmierci. Choć z tego wszystkiego, najgorsze było drażnienie poparzeń pierwszego stopnia.
Postąpiłem krok na przód i przyklęknąłem metr czy dwa od niej.
- My prędzej czy później go namierzymy. Odpuść. I nam powiedz, co wiesz – poleciłem. Jeśli oponowała, zacząłem zbierać informacje o temperaturze jej ciała. Łączyłem swoje emocje z drganiem cząsteczek. Tak się zaczynało. Wzniecałem większe emocje w sobie, wzniecając pożar wokół… Zazwyczaj. Chwilowo nie zamierzałem niczego podpalać. Po prostu podgrzać. Biedną dziewczynę. W chwili obecnej.
To jak? Mówisz czy nie mówisz? Jeśli nie, poczuj nadchodzącą gorączkę, przeszywające cię powoli dreszcze i pot.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
Miał racje tutaj był pies pogrzebany on nie przepadał za niepotrzebną przemocą, a ona również. Dodatkowo nie zamierzała zdradzić swojej rodziny. Nawet jeśli mieli ją tutaj zabić... Nie bała się śmierci. Czasem wręcz jej pragnęła, bo wszyscy kiedyś umrzemy. Niektórzy, cierpiąc, a inni spokojnie odejdą z tego świata. Nie było to tajemnica. A Esther traciła dość bliskich osób by robić wszystko by przeżyć, ale jednocześnie utracić kolejne osoby, które kochała. Słysząc jego słowo prychnęła...
- On nigdy nie był jednym z was... A wy zdradzacie swoich.... Na rzecz czego? - powiedziała do niego kierując swoje spojrzenie w jego oczy. Cóż nie powiedziała, że była jedną z nich, bo nie zamierzała się zdradzać. Do czasu aż to nie będzie koniecznie... Na razie traciła sporo krwi, bo ktoś ją spijał z niej oraz strzępiła języka na gadkę, która i tak do niczego nie prowadziła. Każdy z nich miał swoje racje, ideologię oraz motywacje i nie zmieni tego choćby nie wiadomo jak druga strona naciskała.
Słysząc co jej zamierza zrobić nic nie powiedziała wiedziała, jak to może się skończyć. Najprostrzej mówiąc hipertemią... Nie uśmiechało się jej tego, ale no cóż... Raz się żyję i nie zamierza podczas tego życia zdradzić tak jak oni. Zamierzała być wierna choćby nie wiem co. Jeśli zdradzi to nie tylko swoją rodzinę, ale też siebie. Utracić cząstkę siebie, którą jeszcze ją trzyma w całości. Słysząc jego słowa miała ochotę powiedzieć:,,Po prostu to zrób. Nie pierdziel". Jednak powstrzymała się przed tym. Może i mogła uniknąć pewnych nieprzyjemność, ale nic by na tym nie zyskała, a jedynie utraciła.
- Odpuściłbyś gdyby chodziło o twojego brata, siostrę, rodzinę. Zdradziłbyś bliskie osoby dla kogoś widzie misie... Ja nie odpuszczę, nawet jeśli miałabym umrzeć - powiedziała do nich. Patrząc to jednego to na drugiego nie pokazując strachu wręcz wyzywająco. Nie bała się śmierci... Bo ona zawsze jej towarzyszyła.
Wątpiła by dotarła do nich, a nawet nie zdziwiła się jak nastała ją fala ciepła. Zacisnęła pięść próbując to przetrzymać, choć wiedziała, że to za wiele nie da. Czuła jak jej ciało przechodzą dreszcze oraz zawroty głowy, a nawet jak zbiera się jej na wymioty. Zacisnęła mocniej powieki oraz też usta, by nie wydać z siebie żadnego dźwięki... Im bardziej temperatura jej ciała się podnosiła tym bardziej czuła się fatalnie. Miała wrażenie, że zaraz się ugotuje... Jednak nastąpił dreszcze, że zaczęła się cała trząść. Początkowo nie wiedziała co się dzieję, ale czuła... jakby gorąco wnika nią, ale jej nie parzy. Zbiera się w niej i czeka im bardziej pobierało energię cieplną tym bardziej odczuwała się lepiej... Nie musiała otwierać oczy by zrozumieć, iż pobiera to. Miała coraz więcej dreszczy, bo tego wszystkiego było za dużo. Nawet jej skóra zaczęła błyszczeć. Jej organizm poradził sobie z tym jedyny sobie znany sposób. Po chwili odpłynęła tracąc przytomność. Nie radziłabym jej teraz dotykać, bo za pewne byłą gorąca jak nagrzana żarówka... Która zaczęła powoli przygasać...
_________________
Esther Goth
Ci, którzy boją się ciemności, nigdy nie widzieli, co światło może zrobić.
W końcu Aaron wziął się do roboty. Gabriel teraz mógł sobie postać i ocenić jakie zdolności ma jego partner. Phi... i on tu mu ostatnio wytykał niedelikatność. Jednak może i Lacroix był psychopatą, ale drugi mężczyzna wywiązywał się do zadania.
Jeszcze Esther wyskoczyła z tym "płaczliwym" tematem rodziny.
Cóż... Gabriel miał brata o którym nie wiedziało D.O.G.S. W sumie też by wolał zdechnąć a nie powiedziałby gdzie on jest i jak się nazywa. No ale... nie był w takiej sytuacji jak Ruda i dobrze.
Z uśmiechem zadowolenie patrzył na poczynania Aarona. Czyli jak trzeba to można.
Zaraz Gab zauważył, że Esther odpłynęła.
- Masz jakiś pomysł? Chyba, że Ci pokaże te numery to pomożesz mi rozszyfrować, który może być do jej brata - wyznał.
Czekał na decyzję swojego partnera.
_________________
Dark Prince
<tbody>
</tbody>
Don't get too close. It's dark inside. It's where my demons hide
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum