Poprzedni temat «» Następny temat
Kościół
Autor Wiadomość
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2017-11-17, 18:09   Kościół



[Profil]
 
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2018-01-11, 23:40   
   Multikonta: Lidia Foney


Alba miała konkretny plan. Totalnie głupi, ale konkretny. Zawinęła pościel, chwyciła wcześniej spakowaną torbę i wyszła z domku. Dobrze wiedziała, dokąd idzie i tylko raz obejrzała się za siebie. Puste ściany ją męczyły, potrzebowała odmiany, chociaż może wybór padł na kompletnie szalone miejsce. Wszystko, co dzisiaj robiła i robić zamierzała było kompletnie dla niej nietypowe. Chyba chciała przeżyć jakieś małe, osobiste katharsis i ubzdurała sobie, że właśnie w ten sposób się oczyści. Bycie magazynkiem pełnym emocji wcale nie było takie łatwo, jak to sobie cały świat wyobrażał. Ostatnie wydarzenia szczególnie dały jej w kość. Musiała się tego wszystkie pozbyć.
Dlatego szła, taszcząc ze sobą ten dobytek i ignorując mroźne igiełki wbijające się w jej policzki. Pokonywała schodek za schodkiem aż wreszcie dotarła. Wygrzebała z kieszeni duży, stary klucz i otworzyła wrota świątyni. Coś niebezpiecznie zaskrzypiało. Opuszczone, zapomniane komnaty zwierzeń i uniesień cierpiących dusz. Teraz mało kto tu zaglądał, mało kto miał w głowie swoje osobiste bóstwo, kiedy wokoło działo się tak wiele okrucieństwa. Zresztą mutanci byli tworami diabła, prawda? Tak przynajmniej opowiadano w mediach. Przełknęła głośno ślinę i z hukiem zatrzasnęła ciężkie drzwi.
Wbrew wszelkim boskim prawom weszła głębiej, dochodząc do ołtarza. W Bractwie nazywali ją aniołem, ale to najwyraźniej niczego nie zmieniało. Przecież mogła się bawić najsilniejszym darem umysłu. Tymczasem to on bawił się nią. Zrzuciła wszystko na podłogę. Gdzieś między rzędem jednych i drugich ławek ułożyła sobie posłanie. Z torby wyjęła kilka umęczonych, grubych świec i poustawiała je na szczytach tych drewnianych ław. Podpaliła. Ciemność została zagłuszona światłem. Wzięła głęboki, jakiś taki smutny wdech. Ułożyła się na swoim legowisku i zawinęła cała w kocyk. Leżała tak, patrząc w sufit. Tak mała kapliczka, ale piękne sklepienie. Anioły, gwiazdy, światło. Raj. Za chwilę podniosła się gwałtownie i sięgnęła do torby. Wyjęła z niej paczkę tych ohydnych fajek. W zasadzie to nigdy nie paliła. Dzisiaj sobie coś ubzdurała, że musi. Zaszumiały zapałki, a za chwilę już podjęła próbę zaciągnięcia się. Ale ohyda. Nieważne. Ponownie zbliżyła papierosa do ust, a charakterystyczny zapach splugawił wnętrze świątyni. Gdzieś zniknął na chwilę anielski obraz Alby.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-01-12, 00:28   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


| po wszystkim

Zdawać by się mogło, że ktoś taki jak ja ma beztroski żywot i właściwie niczym nie musi się przejmować, kiedy nie wychodzi do złego świata po zapasy. Cóż, miałem dosyć wiele na głowie. Nie zawierały się w tym jedynie sprawy Bractwa, aczkolwiek ostatnimi czasy robiło się ich znacznie więcej niż powinno.
Na początku moim problemem był brak możliwości rozwoju, co niby miało się zmienić teraz, ale tak… W sumie się pogorszyło. Nie dogadywałem się najlepiej z Colleen. Właściwie, starałem się być sobą, aczkolwiek wciąż wracałem myślami do tego momentu na basenie, kiedy egoistycznie myślała o sobie, mając w głębokim poważaniu to, co ja czuję, co właśnie zrobiłem, mówiąc jej o tych złych ludziach z mojej przeszłości. Jej problemy okazały się ważniejsze. Nie chciałem jej, cholera, osądzać, ale im dłużej o tym myślałem, tym bardziej byłem podirytowany jej zachowaniem. Zamiast zebrać dupę i rządzić mocną ręką, oddawała się rozpaczom i masowemu zrywaniu ze mną. Nie podobało mi się to, a już szczególnie tabletki, które łykała nałogowo.
Nie podobało mi się też to, że na to całe spotkanie z F.P.T.P. miała iść z nami Alba. Nie wiem, co Ronniemu się ostatnio roiło pod kopułą, ale czasami miałem wrażenie, że czyta mi w myślach i robi wszystko, byleby jeszcze bardziej mnie rozdrażnić. Cóż, tylko że to Alba mogła mieszać ludziom w głowach – czy tam sercach – a on tylko niszczył! Bum! Jezu, nie znosiłem go coraz bardziej, ale, cholera, potrzebowałem. Co jak co, ale z tym chujkiem dobrze mi się współpracowało w terenie.
Ronnie to Ronnie… Postanowiłem pogadać z Albą, by wykręciła się od tego wszystkiego i nie szła w teren. To nie dla niej. Nie kontrolowała jeszcze dobrze swojej mocy, miała problemy, była taka… Drobna, no, była! I delikatna. Kompletnie antyobraz dobrego rekruta na łowcę.
Gorzej, bo ile bym się nie spacerował w tą i w tamtą, to żadnym cudem nie mogłem na nią natrafić w jej domku. Było tam kompletnie ciemno, nikt się nie odzywał, nawet już po zmroku, nocą. Musiałem przyznać, że się nawet zacząłem o nią bać, przez co odwiedziłam kilka innych miejscówek Bractwa, gdzie mogłaby przebywać. Nie, nie pytałem nikogo o nią, bo to by jeszcze wskazało na troskę… Ja tylko chciałem się dowiedzieć, gdzie jest, więc szlajałem się po kampusie, póki nie wyczułem ognia w kościele.
Nie, ten nie płonął. Nic z tych rzeczy. Nie czułem nawet dymu, ale tę namiastkę energii… Jakby gdzieś przede mną był mały, biały króliczek uśmiechający się do mnie i machający mi łapką. Cześć, Aaron, rzucił i pełen radości odkicał sobie gdzieś dalej.
Z ciekawości bardziej niż możliwości znalezienia tam Alby, postanowiłem wejść do środka. I choć to było nieprawdopodobne, znalazłem tam właśnie ją, otuloną kocykiem w blasku świec i z papierosem w dłoni. Obraz ten był tak abstrakcyjny, że jeśli odbierała moje emocje, to przez chwilę musiała odczuwać kompletną pustkę. To… totalny kosmos.
- Alba… Co ty… Co ty tu robisz?! – zapytałem, z każdym kolejnym słowem z dezorientacji przechodząc w stan wzburzenia. Nie wiedziałem, co tu się odpierdalało, ale nie podobało mi się to podwójnie.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2018-01-12, 00:51   
   Multikonta: Lidia Foney


Chłód kościoła przemijał, kiedy wpatrywała się w blask świec. A może to przez tego papierosa? Kilka buchów temu zastanawiała się jeszcze, z czego zrobić popielniczkę, ale teraz to już po prostu nie miało znaczenia. Resztki lądowały na świętej posadzce. Włosy Alby wypełniały się tym okrutnym smrodem, a ona obracała trochę główką, zastanawiając się, co właściwie wyprawia i w czym ma jej to pomóc.
Kiedy stanął przed nią, wcale nie poczuła się przyłapana, a przecież powinna, prawda? Powinien ją okrzyczeć i stąd zabrać do ciepłego łóżeczka. Tymczasem najwyraźniej był w szoku. No tak, takiego oblicza Delgado chyba jeszcze nie widział. Uśmiechnęła się do niego zupełnie niewinnie, ale jednak tak przez dym. Szkoda, że nie umiała robić tych śmiesznych kółek. Była wciąż na etapie krztuszenia się dymem.
- Palę, Aaron – powiedziała zupełnie beztrosko, choć gdzieś na dnie pałętał się smutek taki malutki. - Modlę się i odpoczywam. Chcesz dołączyć? - Poklepała miejsce obok siebie i położyła się. Jakoś tak wiedziała, że on nie naskarży na nią. A może nawet będzie idealnym towarzyszem? - Mam tu prawdziwe anioły nad sobą.
To trochę dziwne, ale czuła się nieco upojona. Może to klimat świątyni? Albo pierwszy raz od dawna robiła coś brzydkiego. A to dopiero początek. Zawstydzona własnymi myślami spuściła nieco wzrok, ale zaraz później tak kontrolnie na niego zerknęła. Trochę nieśmiało. Właśnie ktoś przyłapał ją na byciu… Właśnie. Kim? Bo na pewno nie Albą.
Zgasiła peta i odpaliła następnego. Bardzo nierozsądne, ale chyba chciała się trochę splugawić, a później obudzić się rano w przejmującym chłodzie, w stanie całkiem emocjonalnie neutralnym. Zbyt wiele w niej siedziało. Była tak bardzo smutna i samotna.
- Co ciebie upaja? - zapytała, pozwalając, by jej głos rozniósł się po pomieszczeniu z echem. Przecież nie był mistrzem misternego braterskiego pijaństwa. Właściwie to w ogóle się nie znali. Nie od tej takiej banalnej, swojskiej strony, kiedy znaczenie ma kolor skarpetek i ulubiony smak dżemu. To nigdy nie było potrzebne w tej relacji #chłopakmojejprzyjaciółki.
W torebce czaiło się jeszcze wino i pakiet rzeczy bardzo niezdrowych, ale przecież noc dopiero się zaczynała.
- I co właściwie tutaj robisz? - zapytała trochę zagubiona, bo oto nagle uświadomiła sobie, że jest noc, a to jest kościół. Tutaj nigdy nikt nie zagląda tak po prostu. Posłała ognikom podejrzane spojrzenie. Chyba nie były aż tak zdradzieckie.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-01-12, 01:24   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Wspominałem, że mi się to nie podobało? Wspominam raz jeszcze: NIE PODOBA MI SI? TO.
Obraz Alby palącej w kościele i ogólnie będącej samą w tym miejscu w nocy… NOPE! To nie to, nie pasowało do niej. Widziałem ją raczej otoczoną ludźmi, nie zaś samą w niemalże prawdziwym, przerażającym mroku. I tak cud, że ogarnęła świece, dzięki którym całość nie wyglądała jeszcze bardziej koszmarnie niż faktycznie było.
O tym, pożal się Boże, protekcjonalnym tonie nie zamierzałem wspominać.
- Modlisz się i odpoczywasz? – zapytałem podirytowany może bardziej niż wściekły. Szukałem jej tyle czasu, a ona była sobie tu, koczowała i robiła świństwa, potrzebowała najpewniej towarzystwa, bo to, co tu się działo, nie należało do niczego normalnego… O ile po prostu nie była wariatką, co było wielce prawdopodobne, bo tak naprawdę jej nie znałem. – Odbiło Ci? – Zaryzykowałem. Nie wiem, co ukrywała w tej swojej torbie albo pod warstwami koca, ale jeśli miała gdzieś tam siekierę czy jakąś inną maczetę, to zawsze mogłem jakoś coś tam sobie poradzić, szczególnie że dostarczała mi świeżego ognia.
Oczywiście wcześniej podszedłem bliżej niej, a kiedy teraz praktycznie stałem nad nią niczym posąg, schyliłem się po prostu i zabrałem jej tego fajka. Nie wiem, co jej się z kolei roiło w jej głowie, ale jeśli Ronnie roznosił jakiegoś wirusa, to byłem gotów go ubić i spalić z dala od obozu, byleby nie rozsiewał tego diabelstwa dalej. Papierosa cisnąłem z pogardą na podłogę i zadeptałem butem.
- Nie bierz tego gówna do ust. Upaliłaś się? Co to za fajki? – zapytałem, kucając przed nią i obserwując badawczo jej twarz. Zastanawiało mnie, czy się upiła – o dziwo, to ten lepszy scenariusz, czy w tych fajkach były jakieś takie wspomagacze. Nie było chyba niczego gorszego od dragów. Ja nie powinienem ich brać, a co dopiero… Alba! Nadal nie mieściło mi się w głowie, że ona tu siedzi i jest względem mnie taka inna.
- Co to w ogóle za pytanie? Wyczułem ogień w kościele, przyszedłem sprawdzić, a tu ty! Oddaj tę paczkę – odparłem do niej. Praktycznie jej rozkazałem, więc mogło ją to wzburzyć. Nie dbałem o to. W walce jeden na jeden, miałem tu zdecydowaną przewagę nawet bez umiejętności związanych z władaniem ogniem. – Powiedz lepiej, co TY TUTAJ ROBISZ. Stało się coś? Ktoś ci kazał?
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2018-01-12, 01:47   
   Multikonta: Lidia Foney


Zagryzła mocno wargę i przysięgam, że gdyby tylko nie leżała, to tupnęłaby nóżką, kiedy tylko zabrał jej fajkę. I jeszcze biedaczkę zadeptał. No nie, to chyba koniec przyjaźni. Popatrzyła na niego tak jakoś wrogo, o ile to w ogóle było możliwe, kiedy tak leżała zawinięta mocno w kocyk.
- Problem w tym, że chyba właśnie odbiło – odpowiedziała wciąż tym dość beztroskim tonem, choć było to takie trochę gorzkie. Dobrze wiedziała, jak się zachowuje i że to zupełnie nie jest do niej podobne, ale nie potrafiła tego powstrzymać. Nie dzisiaj. Może właśnie tak wołała o pomoc? Że też akurat na niego musiało trafić. Naprawdę nie mógł się przyłączyć do tej świętobliwej biesiady? Oferowała fajki, wino, przekąski, kocyk. Oferowała siebie. Najwyraźniej nikt jej tak po prostu nie chciał. Nigdy wcześniej i teraz także. Coś błysło w kąciku oczka.
- Nic mi nie jest, Aaron – mruknęła, chowając swoją twarz w poduszce, otulając ją włosami. - Przyszłam po prostu zrobić coś głupiego – wyjaśniła rzeczowo i jakże szczerze. Miała nadzieje, że docenił jej głębokie wyznanie. Nie była pewna, czy w ogóle powinna mu o tym opowiadać. - A to są tylko zwykłe, ohydne fajki, którymi teraz śmierdzę, prawda? - Przesunęła główkę i odkryła jedno swoje oko przed jego spojrzeniem. Chyba miał jej powiedzieć, że wcale aż tak strasznie nie śmierdzi. Jednak tym zapachem czuła się mocno nasączona i już żałowała. Ale to wszystko jego wina!
- Nie oddam – mruknęła niczym rozkapryszona nastolatka. Chociaż tak naprawdę to wcale ich nie miała. Leżały sobie gdzieś tam i czekały, aby znów po nie sięgnąć.
Czuła się tak źle, kiedy na nią krzyczał. Bo odbierała to trochę jako takie krzyczenie. I, choć jeszcze nie otworzyła butelki, faktycznie trochę była taka nieświadoma rzeczywistości. Jednak Aaron sprawiał, że akurat jego była w tym momencie cholernie świadoma. Zastanawiała się, dlaczego jej szukał, dlaczego tak się przejmował jej chwilowym niebytem.
Podniosła się na łokciu i przekręciła głowę w górę, aby móc na niego popatrzeć. Potargane włosy odsłoniły nieco jej rumianą buzię. Chyba nie do końca umiała wciąż być taką upartą Albą-Wariatką.
- Nikt mi nie kazał. Po prostu jestem sobie smutna. I nie krzycz na mnie – odparła cicho, mając nadzieję, że on jednak uszanuje jej egzystencjalną rozpacz i pozwoli jej być choć tą jedną przeklętą noc pobyć trochę szaloną. Może wtedy faktycznie zaczęłaby czuć więcej Alby i mniej całej reszty świata.
Znów schowała głowę w poduszce, jakby w obawie przed jego spojrzeniem.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-01-13, 00:54   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


O rany! I co ja niby miałem zrobić w takiej sytuacji? Nie miałem pojęcia, co się działo z Albą, ale cokolwiek to było, nieco mnie przerastało. W ogóle ostatnimi czasy natrafiłam na same dziwne zachowania kobiet, jak gdyby uparły się, by poprzeć stereotypowość kobiecych charakterów i pobyć trochę niezrównoważonymi wariatkami.
Westchnąłem ciężko, patrząc, co też wyrabia ta mała blondyneczka. Chowała twarz w poduszce, jak gdyby była dziewczynką i tym samym, raczej niechcący, przypomniała mi o Albie, tej takiej prawdziwej, niewinnej i dziewczęcej, delikatnej i o dobrym serduchu. Zrobiło mi się nieco żal, że tak na nią wrzeszczałem jeszcze chwilę temu, ale, no, zasłużyła sobie na to. Sięganie po fajka, bo chciała coś zrobić głupiego, i palenie go dalej, mimo że za każdym buchem krztusiła się jak palacz-emeryt? Nierozważne, owszem – głupie i niezdrowe.
Stojąc naprzeciw walce nałogom, jaką uparcie staczałem niemalże każdego dnia, nie zamierzałem być mięciutkim kiciusiem w ocenie tego nikotynowego smrodku.
- Śmierdzisz okropnie. Nie bierz tego więcej do ust – niby stwierdziłem, aczkolwiek przedzierała się przez te słowa wyraźna prośba. Mogła potwierdzać przez poduszkę, mogła też po prostu przyjąć to do siebie bez potwierdzania, byleby przyjęła to do siebie, i, cholera, nie musiała być przy tym taka urocza. Wyglądała zza poduszki niczym niesforne kocię, które przybyło na tę planetę, by szerzyć emocjonalny cukier.
Poczułem się jakoś inaczej. Zrobiło mi się cieplej na sercu, ale też nie tak stuprocentowo, bo nadal miałem przed sobą Albę z problemami, które pociągały ją ku temu wszystkiemu, co tu się odjaniepawlało. Odruchowo pogłaskałem ją po włosach. Nie wiem, czy to było coś związanego z kocimi wizjami, czy może pojawiło się jako usilna potrzeba zawstydzenia jej jeszcze bardziej. Ach, chowaj się, chowaj bardziej w poduszkę i burzę potarganych włosów.
- Będę krzyczał, kiedy będę chciał! – odparłem podniesionym głosem dla rozładowania atmosfery. Brzmiało to, cóż, komicznie, bo nie brzmiałem poważnie, ale bardziej tak księżniczkowo. Właściwie, brzmiałem jak Alba przed chwilą, tylko trochę głośniej.
- Suń się lepiej i powiedz, co takiego czyni cię smutną. Trzeba temu skopać dupę, co? – stwierdziłem, prostując się i gestem ręki ją pospieszając, by zrobiła tam, w tym swoim gniazdku, miejsce dla mnie. Może idealnym typkiem do tego typu akcji nie byłem, ale, pal licho, może coś tu zaradzę. Z pewnością nie mógłbym zostawić tu Alby samej, by dalej rozkoszowała się swoim smutkiem, czyniąc głupoty i jeszcze może spopielając niechcący siebie i kościół.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2018-01-13, 01:25   
   Multikonta: Lidia Foney


Kiedy wbrew jej pragnieniom niepochlebnie wyraził się na temat jej papierosowej woni, miała ochotę rzucić jakiś kąśliwy komentarz. Może coś w stylu „ale przynajmniej nie śmierdzę spalenizną, jak Ty, Jeleniu!”. Albo chociaż jakieś takie „moich ust i tak nikt nie potrzebuje, więc mogą sobie śmierdzieć do upadłego”. O tak, to ostatnie było wyjątkowo stosowne, ale jakoś tak nie dane mu było zapoznać się z jej myślami. Tej nocy wędrowały one po różnorodnych skrajnościach, do których wolała się nie przyznawać publicznie. Dla jego zdrowia, bo w końcu wyglądało na to, że chciał jednak wypędzić z niej chociaż część smutków. Miała wrażenie, że to jest bardzo wyjątkowe i miłe. Naprawdę o nią dbał i był tutaj, chociaż mógł sobie po prostu iść i pozwolić jej marznąć w samotności.
Zakopana w tych miłych, miśkowych skrawkach koca trwała z przymkniętymi oczami. Myślami była trochę z nim, trochę w jego duszy, ale najważniejsze wciąż stawało się zakończenie tego wewnętrznego tragizmu. Bo Alba się topiła w emocjach całego świata. One nie dawały jej oddychać i odbierały wszelkie nadzieje na spokój. Od kilku dni wciąż próbowała się przez nie przedrzeć, aby tak po prostu podać samej sobie rękę i wrócić z tej przeklętej otchłani. Nie umiała sobie z tym poradzić.
Poczuła doskonale troskliwą dłoń Aarona, ale nawet nie drgnęła. Uczucie było niezwykle miłe i faktycznie zawstydzające, ale przecież tego nie wiedział, bo się trochę chowała. Kiedy ją głaskał, czuła się zupełnie mała i chyba troszkę ważna. Przypomniała sobie, jak sama głaskała Sally, kiedy ta bała się potwornego oblicza z własnych wizji. To rzeczywiście miało moc – wypędzało niepokój.
- Nie jestem pewna, czy się zmieścisz – mruknęła, przesuwając machinalnie swoje ciało tak, aby zrobić mu jak najwięcej miejsca. Wciąż leżała. - Popatrz w górę – szepnęła, układając się zupełnie na plecach i wpatrując w sufit. Stare drewniane ściany nad ich głowami pokryte były bladymi już malowidłami. Dalekie były one od finezyjnych obrazów w wielkich katedrach. Jednak dla Alby staly się w tym momencie wyjątkowo ważne. - Wokół tej rozświetlonej gwiazdy fruwają anioły i zagubione dusze. Światło odpędza ich mroki. Broni ich – mówiła najwyraźniej bardzo zafascynowana. - Podarowuje im siebie. Ale trochę przygasa, jego moc słabnie. Tak się właśnie czuję.
Sama, choć świadoma kochających ludzi wokół niej. Wypełniona miłością, a jednak samotna i tej miłości pozbawiona. Nie była żadnym bogiem, choć z każdym kolejnym dniem świadomość siły jej mocy rosła. Emocje były niedocenianą potęgą i, kiedy w obliczu największych kłótni tego świata wydawało się, że są nieistotne, miażdżyły swoją wielką mocą.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-01-13, 02:25   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Choć zazwyczaj raczej nie robiłem niczego sam z siebie dla innych, o ile nie miałem jakiegoś mniej lub bardziej ukrytego celu, to teraz odpowiadało mi to, że chcę pomóc Albie. Sama mi pomogła w sferze emocjonalnej, dlatego też pragnąłem odwdzięczyć się jej za to, szczególnie iż kontrolować czyjeś emocje czy też po prostu rozumieć albo zagadać było łatwiej niż opanować własne demony. Nie wiem, czy w tej chwili brzmiałem sensownie, ale istotne, że w mojej głowie te myśli były jakoś lepiej poukładane i bardziej zrozumiałem. Wiedziałem, czego chcę i jak zwykle zamierzałem to osiągnąć.
- Jakoś to będzie – stwierdziłem, krótko odpowiadając na jej obawy związane z miejscem dla mnie. W sumie nie były bezpodstawne, bo zajmowałem znacznie więcej miejsca niż ona. W porównaniu ze mną, Alba wychodziła na jakiegoś skrzata albo hobbita. Tyle tylko, że nie miała brzydkich uszu czy stóp. Choć jej stóp w sumie nie miałem okazji oglądać…
Ułożyłem się zaraz jakoś mniej więcej wygodnie tuż obok Alby, by zaraz ponieść swój wzrok we wskazanym przez nią kierunku. Faktycznie, delikatne światło świec rozświetlało budynek na tyle, że dostrzegalne były nieznacznie malunki opisane przez dziewczynę. Nie to było jednak najważniejsze, tylko to, co powiedziała potem. Tak się czuła, tak jak przygasająca gwiazda… Dziwne.
Dziwne, albo i nie, bo znałem to uczucie. Sam tak miałem chociażby ostatnio za każdym razem, kiedy śniłem o swoim przyjacielu i mojej dziewczynie, a także o ich spektakularnym wybuchu, który nie zebrał mnie – ku ich nadziei zapewne – ze sobą. Tak czułem się również po tym, jak Colleen zostawiła mnie w basenie, zaś sam szukałem jej potem i nie mogłem znaleźć. Dokładnie wtedy, kiedy znów docierało do mnie, że jednak nie miałem kogoś obok siebie i tym samym nie miałem powodu, by nie czuć się samotnym, bo jednak znowu byłem sam. Życie było popaprane i totalnie nie fair.
Rozumiałem Albę, chociaż sam nie rozświetlałem nikogo i nie broniłem go przed mrokiem. No, ewentualnie takim dosłownym. Władanie nad ogniem mogło mi co nieco pomóc w realizacji tej wizji i w utożsamianiu się z nią. Tylko… czy powinienem to robić, skoro to światło w historii Alby przygasało, przypominając nam jak bardzo nie byliśmy wszechmocni, tylko krusi?
- Muszę cię zmartwić – stwierdziłem, patrząc z ciekawością na malunek na suficie kościoła. Nie sądziłem, że jakaś kobieta kiedykolwiek zaciągnie mnie do tego miejsca. Nie byłem raczej osobą wierzącą, choć zdarzało mi się wspominać Boga i takie tam.
Ukradłem trochę ognia ze świecy i pomknąłem nim w górę, pod sam strop, by jeszcze bardziej rozświetlił znajdujące się tam obrazy. Płomień uformował się w gwiazdę, w jej dokładny kształt, nie tylko uniemożliwiając nam patrzenie na siebie, ale również rozświetlając znajdujące się ta anioły, dusze i przede wszystkim nas.
Podniosłem się nieco, by oprzeć na ręce i spojrzeć na Albę w nieco wygodniejszej pozycji. Musiałem jej oczywiście wytłumaczyć, na czym miało polegać ten zawód, który zaraz odczuje, czyż nie?
- Umiem rozświetlać takie gasnące gwiazdy niemalże pstryknięciem palca, Albo. Póki jestem, nie pozwolę ci zgasnąć – stwierdziłem po prostu, jak gdyby to było takie proste. Mrok mojej własnej duszy usunął się w cień i ustąpił chwilowo miejsca ciepłu, które pragnąłem przekazać swojej… przyjaciółce? całym sobą. – Chcesz się przytulić? Warto korzystać, póki tulaski są darmowe – zauważyłem z uśmiechem. Waliło tu tytoniem, ale nie zamierzałem jej już tego wypominać. Chyba.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2018-01-14, 00:43   
   Multikonta: Lidia Foney


W chaosie świata wokół pozostawali sobie obcy. Nie znali zbyt dobrze swojej przeszłości, ani liczby piegów na nosach. Jednak łączyło ich jakieś takie magiczne porozumienie. Alba czuła, że jest faktycznie dostrzegana. To takie trochę absurdalne, ale za każdym razem, kiedy się spotykali, któreś miało jakiś problem. Nie do końca wiedziała, dlaczego tak się dzieje, ale może właśnie jego teraz potrzebowała. Innego, nie do końca z nią oswojonego spojrzenia, które być może wypatrzy istotę tego niezbyt sprecyzowanego problemu.
Była wyjątkowo daleko, kiedy ułożył się przy niej. Fruwała po niebie razem z aniołami, opuszczając trochę ten ziemski świat. Próbowała tej nocy zniszczyć dziwne blokady w swojej głowie, choć w zasadzie nie była nawet pewna, czy one faktycznie istnieją. Przecież jeszcze chwilę temu miała kompletną fazę na głupoty i była pewna, że do rana jej nie minie. Wyobraźnia podsuwała jej nietrzeźwy obraz końca własnej nieskończoności. Teraz już wiedziała, że wcale tak nie będzie. Aaron postanowił sobie ją znaleźć i…. Właśnie, wciąż nie wiedziała, dlaczego jej tak wytrwale poszukiwał. Niemnie jednak znalazł i rozpoczął misję zwaną „pilnowaniem Alby”. W zasadzie była mu za to wdzięczna, choć jeszcze nie znalazła finału tej anielskiej dyskusji.
Leżeli na, mimo wszystko, dość chłodnym posłaniu i czuła, że przez tę chwilę nic nie miało prawa zhańbić jej myśli. W tym dziwnym otoczeniu zaczynała się naprawdę oczyszczać. Gdyby ktoś ich teraz obserwował, pewnie uznałby, że oto dwójka wariatów bezcześci prawa świątyni i na pewno coś kombinuje. Jednak Alba nie miała w tym momencie żadnych takich motywacji. Takich i innych również. Dobrze jej było tutaj w obliczu płomyków Aarona, które właśnie przemykały w górę.
Światło ognia rozbłysło, zmuszając ją do zamknięcia oczu. Wszystko zniknęło, choć czuła to ciepło na policzkach. Lekki i orzeźwiające. Ucichły tymczasem szepty nadziei pomruki złości i bezgłośne resztki strachów.
Nie musiała przyglądać się malunkom, by wiedzieć, że ogień je wpędził z mroku nocy. Dobrze wiedziała, że to potrafił. Fizycznie i mentalnie. Jednak poczuła dziwny lęk, kiedy złożył jej obietnicę opieki nad gasnącą gwiazdą. Trochę jej dłonie zadrżały. Sama nie wiedziała dlaczego. Bo co to właściwie znaczyło? Chciał nieść pocieszenie. Otworzyła oczy, kiedy skończył mówić. Była zupełnie spokojna, trochę wciąż jakby nie do końca obecna. Nie dotarła do niej nawet ta przytulankowa propozycja, bo wciąż w jej myślach pobrzmiewały jego słowa.
- Rozświetl mnie.
I tylko tyle. Jak wyzwanie, jak błaganie, jak prośba.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-01-16, 00:18   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Nie wiem w którym momencie, ale w końcu to się stało. Uświadomiłem sobie, że to luźne podejście, zaoferowanie przytulaska i żarty na temat darmówek, to tylko gra, ucieczka od tego, co się ze mną działo gdzieś tam w środku. Dziwny uczuć mną opanował, kiedy ta myśl pojawiła się w mojej głowie. Dziwne, a zarazem tak bardzo bliskie… Alba, co się działo?
Na dodatek ten mój uśmiech wcale nie znikał z mojej twarzy, być może ulegając jedynie nieznacznej transformacji, być może lekko przygasając, kiedy oniemiały przypatrywałem się Albie. Miała zamknięte oczy i chłonęła całą sobą ciepło zaserwowane przeze mnie, bijące od kuli ognia niczym uczucia miłości, które… Które co? Aaron! KTÓRE CO?! Które pojawiły się w tobie i wyrywały się w jej kierunku? To chciałeś stwierdzić i uświadomić sobie, że nie możesz, nie wolno i prędzej powinieneś przepaść nim cokolwiek zrobisz za dużo w tym kierunku?
Zamarłem. I zmiękłem. Zaraz. Natychmiast. Jak gdyby to, co pojawiło się w mojej głowie, wcale nie istniało albo było mało istotnym koszmarkiem. Alba wpatrywała się we mnie, a ja wpatrywałem się w Albę. Zakładałbym, że się zaraz speszy, zaczerwieni i zaraz schowa twarz w poduszce, ale ona patrzyła na mnie, ja patrzyłem na nią i niemalże niezdolny do samego oddychania, obserwowałem ruch jej warg. Wypowiedziały dwa słowa. Dwa niewinnie brzmiące słowa. Tylko słowa. Cóż, wywołały we mnie takie emocje, że sam wybuch stacji benzynowej nie przebijał tego, co czułem teraz ja. Przy czym, warto napomknąć, ani mi się śniło działać w tej chwili racjonalnie.
Wypowiedziane przez nią słowa rozświetl mnie były jedynymi słowami istniejącymi w tej chwili w mojej głowie. Mózg nie przetwarzał niczego innego, prócz tego, przyspieszonego bicia serca i usilnej potrzeby, która ciągnęła mnie ku Albie. Nie opierałem się, ale też nie spieszyłem. Po prostu finezyjnie, o ile takim określeniem można było określić takiego wielkoluda jak ja, pochyliłem się w jej kierunku.
Nie wiem, czy czekała właśnie na to. Nie wiem, co myślała i, ups, nie myślałem o tym. Myślałem jedynie o słowach, o tym pocałunku i o tym, że jej oddech był niczym puch dla moich warg. Ach, i miałem wrażenie, że dostanę zawału, kiedy w końcu ro się stało i dotknąłem jej warg. Nie poczułem ulgi. W jedną sekundę wszystko jeszcze bardziej się wzmocniło. Czułem się jak na dragach. Nie jak szaleniec, nie rzucałem się na nią. Raczej. Moja dłoń delikatnie znalazła sobie miejsce na jej talii…
Po prostu odpłynąłem, o ile pocałunek ten zostanie odwzajemniony. [ :x ]
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2018-01-16, 01:23   
   Multikonta: Lidia Foney


Kiedy czujesz to od lat. Kiedy zaglądasz do ich dusz i po prostu wiesz. Pojmujesz piękno ich emocji, pozostajesz porażona ich urokiem. Zauroczona siłą, która nie zna niemożności działania. Dla której nie istnieje przeszkoda. To jak spoglądanie na niezwykły obraz, niedościgniony pędzel. Jego magia jest przejmująca, pochłania serce, ale gdzieś tam wiesz, że to ktoś. Nie ty. Że to nigdy nie jesteś ty. I tak każdego dnia podziwiasz obrazy ludzkich dusz, odkrywające przed tobą niezmąconą potęgę miłości. Tylko te usta twoje tak suche, tak tęskniące. Nieoswojone i nieświadome.
Właściwie to niczego się nie spodziewała. O niczym nie fantazjowała. Po prostu z chwilą, kiedy wypowiadała tamte słowa, pozostawała w tym dziwnym stanie. Trochę poświrowana, nie do końca obecna w tej kościelnej sytuacji. Właśnie. Ta sytuacja. Bo kiedy tak patrzyła, a uśmiech Aarona nie znikał, coś nią szarpnęło. Gdzieś głęboko. Zbyt mocno. Usłyszała jego serce promieniujące jakąś potężną mocą, która mogła niszczyć świat, która mogła opanować ją. Przestraszyła się najpierw, odczuwając gdzieś w środku, że trzeba natychmiast uciec. Jednak te emocje miały swój czar. Otumaniały jej zmęczoną duszę. Usypiały te wszystkie porządne myśli. Gasiły reguły i szeptały jej tak rozkosznie, choć wiedziała, że to złe.
Kiedy jednak się zbliżył, uczucia zawirowały zupełnie i już nie wiedziała, czy to jego czy może jej własne. Łapki jej zadrżały kompletnie, a to tylko namiastka tego, jak bardzo rozpędziło się jej serce. Więc to był ten ogień? Czy tak rozświetlają się gwiazdy? Podpowiedz.
I kiedy wydawało jej się, że jako empatka przeżyła już każdy możliwy rodzaj emocji, wszystko runęło wraz z dotykiem tych zakazanych ust. Wargi zastygły, dusza zwariowała zupełnie, a ciało zatrzęsło się, nie rozumiejąc jeszcze, co się właśnie wydarzyło. Aaron ją pocałował. Osaczył, zamknął w sobie. Przejął, nim zdążyła przejrzeć jego duszę. Przyciągnął serce do serca. Opatulił dłonią, jak nigdy nikt wcześniej. Jakby nie rozumiał, ale obiecywał. A może właśnie wiedział?
Odszukała jego dłoń i zacisnęła na niej swoje palce, jakby chciała sprawdzić, czy ona faktycznie tam jest, czy to nie było tylko jakieś boskie złudzenie. Delikatnie, niemal zupełnie lekko ich usta się otarły. Alba drżała. Ze strachu, z szoku, z poruszenia. Ale kiedy jej wargi się nieznacznie rozchyliły, próbując odkryć sekret tych drugich, odsunęła nieco główkę, żeby na niego popatrzeć. Było ciepło, gorąco, parzyło. Patrzyła na niego z oczami trochę przestraszonymi i jednocześnie zupełnie anielskimi. Nieznacznie rozchylone usta próbowały się znów zbliżyć, pragnęły więcej, ale przecież tak nie powinno być, prawda? Aaron, co się stało? Niespokojny oddech, szalejące serce i niewypowiedziane pragnienia. A jednak strach. Tylko co jeśli nie chciała się tak zupełnie bać?
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-01-17, 16:11   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


Za bardzo nie ogarniałem, co się właśnie wydarzyło. Wiedziałem jednak, że było bardzo przyjemne i niesamowite, i ogólnie… tak bardzo dobre, że najchętniej zostałbym w tej jednej chwili na zawsze, gdyby była taka możliwość. To tak bardzo kontrastowało z tym, co się działo wokół. Wszędzie strach, ból i walka, działo się naprawdę wiele, a to było takie niewinne, dobre i szczere. Tak prawdziwie. Jak nigdy. I napawało mnie spokojem, którego ostatnimi czasy bardzo mi brakowało. Niczym balsam na poparzone rany.
Uśmiechnąłem się do niej lekko. Wydawała się być przestraszona, ale nadal wyglądała pięknie. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo mi się podobała. Miała twarz anioła – zdecydowanie. I te delikatne wargi…
Patrzyłem tak na nią, ona na mnie. Trwaliśmy w oczekiwaniu i czułem, że musiałem coś powiedzieć, nim nasze myśli zejdą na nieodpowiednie tory. Za nic nie chciałem, by to się stało. Byłoby niczym wyrwanie z pięknego, pożądanego snu, a ja nie chciałem się z niego budzić. Wolałbym już przespać i stracić cały dzień niż to zrobić, dlatego w końcu zebrałem się w sobie i wyrzuciłem z siebie to, co pierwsze przyszło mi do głowy…
A nie, jednak postawiłem na drugą, bardziej zabawną myśl. Bardzo tandetną.
- Bolało jak spadłaś z nieba? – zapytałem, odwracając swoją dłoń na jej brzuchu, by chwycić za jej dłoń i tak uroczo je ze sobą splątać. Tego właśnie było mi trzeba. Poczucia, że ten anioł wciąż był tu ze mną. Porwałem do tańca kolejne płomyki, bo ta wcześniejsza kula zgasła, nie podtrzymywana przez cokolwiek, i postanowiłem zrobić coś na podobieństwo gwiazd na niebie. Jaśniały sobie za mną – na moment się odwróciłem, by zbadać wzrokiem otoczenie – przed oczami Alby. Niebo dla anioła.
- To było… niesamowite. Mogę jeszcze? – zapytałem z nadzieją. Musiałem wyglądać niczym mały chłopiec, który prosi mamę o dodatkową porcję lodów. Tylko, no, byłem nieco takim większym chłopcem, z dziarami i groźną posturą, ale nadal słodziachnym. Chyba.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2018-01-18, 00:15   
   Multikonta: Lidia Foney


Jej trochę niepewny, cichy śmiech i zupełnie purpurowe poliki. To widział właśnie Aaron, kiedy sypnął błyskotliwym tekstem o spadaniu z nieba. To było tak tandetne i typowe, że aż nie potrafiła zachować powagi. Jednak w jego ustach zaczynało brzmieć jej wyjątkowo. Ale tylko przez chwilę! Zerkała na niego taka przejęta, rozpromieniona i wciąż zszokowana. Splecione dłonie, poczucie obecności i iskrzące się oczy, które ani na moment nie przestawały na nią spoglądać. To jedna z tych pięknych bajek, w których życie wywraca się nagle do góry nogami i świat robi się pięknie, ale dobitnie skomplikowany? To był jeszcze ten moment, w którym pozostawała lekko otumaniona i nieświadoma, w jakiej tak naprawdę znaleźli się sytuacji.
- Wylądowałam w ogniu – odpowiedziała, w zasadzie zgodnie z prawdą. - Parzyło. Parzy – wyjaśniła, tak mocno nawiązując, tak bardzo się odsłaniając, ale on wcale nie musiał tego słyszeć, aby wiedzieć.
Parzyło jednak na dwa sposoby, o czym się przekonała, kiedy padły kolejne słowa. Sklepienie rozbłysło płomykami, które próbowały udawać gwiazdki. I, choć każda z emocji, jakie dzisiaj rozbłysły w niej za jego sprawą, pozostawała czysta i prawdziwa, to jednak nie umiała się rozpływać, wiedząc dobrze, że…
- Colleen – Podniosła się gwałtownie i usiadła. Ciało zaczęło się trząść, a oczy wyraźnie zwilgotniały. Jego słowa, choć tak kusiły, by pozostać w tej pięknej nostalgii i odpowiedzieć, zostały zupełnie zignorowane. Chciała, bardzo chciała jeszcze, ale niemal namacalnie odczuła w tym momencie potwórny ból. Kto, jak nie Alba Delgado, przyjaciółka Colleen i empatka, będzie wiedzieć, jak ogromny cios właśnie zadali Marie? Zdradziła własną przyjaciółkę, poddając się urokowi Aarona. Odkryła w sobie pragnienia i uczucia, które nie miały prawa się w niej narodzić, a co dopiero wyjść poza deptane myśli. - Jestem najgorsza – mruknęła już niemal płacząc. Przecież jeszcze niedawno pocieszała ją, potwierdzając, że on ją kocha i że wszystko się ułoży. Colleen powierzała jej siebie, obdarzała zaufaniem i wyjawiała tajemnice swojej duszy, a Alba właśnie pokazała, jak bardzo gdzieś ma tę miłość.
Istotnie to, co właśnie zrobiła, było potwornym ciosem w serce tak bliskiej jej osoby. I chociaż kierowały nią emocje i nieopisanie piękne uczucie, którego nawet dobrze nie potrafiła nazwać, jej zachowanie po prostu było złe i to nie podlegało żadnej dyskusji.
Serce Alby rwało się do Aarona, ale przecież nie wolno jej było. Zacisnęła powieki, pozwalając, by jej policzki zwilgotniały. Wiedziała, dobrze wiedziała, że zepsuła cały urok tej chwili, ale nie potrafiła udawać, że jej przyjaciółka nie istniała.
Bała się, ale jednak nie żałowała.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Aaron Bartowski



Pal mi się, ogieńku! Pal mi się wesoło! Wy, złote iskierki, polatujcie wkoło!

pirokineza

89%

zakochany kundel





name:

Aaron Bartowski

alias:
Inferno

age:
29

height / weight:
185 / 90

Wysłany: 2018-01-19, 00:15   
   Multikonta: Agent Łukasza, Averill Bronson
  

   1 Rok na Giftedach!


A może jednak nie potrafiłem utrzymać gwiazdy w jej pięknej, rozpromienionej krasie? Może właśnie takie było jej przeznaczenie, by powoli gasnąć? Co, jeśli tak naprawdę nie mogłem zbawiać chociażby tej drobnej cząstki świata? W przeciągu chwili dosłownie, uświadomiłem sobie, że kocham, jestem kochany i że nawet nie podejrzewam jej o zdrady, bo po prostu nie potrafiłem, oraz fakt, że nie mogłem tego czuć, podobnie z dotykaniem tych warg i patrzeniem w ten sposób na jej gasnącą twarz. Już nie promieniała. Sprowadzała mnie do parteru, na którego podłodze leżeliśmy. Los właśnie kopał nas bezbronnych.
Colleen… Poczułem chyba fizyczne ukłucie w piersi, cholernie bolało przynajmniej, i dołączał do niej zalewający me ciało strach. Colleen nie zasługiwała na to, co się właśnie działo. Nie zasługiwała na… Boże! Co ja zrobiłem? Najwyraźniej, o zgrozo!, to nie ona była nieodpowiednia dla mnie, tylko ja dla niej. Zrobiłem właśnie coś, czego sam się obawiałem, że zrobi mi to ktoś względem mnie. Choćby Colleen. Bałem się, że mnie zdradzi, wbije przysłowiowy nóż w plecy, kiedy to ja…
Spoważniałem. Starałem się nie okazywać wewnętrznego rozbicia, ale hulał we mnie właśnie niezły wiatr, zdzierający wszystko z powierzchni… serca? O ile nadal miałem serce. Może miałem, bo mimo wszystko nie zapominałem o Albie, która wcale nie radziła sobie z tym najlepiej. Może czuła się jeszcze gorzej. Była bardziej zaawansowaną emaptką i to w dodatku na poziomie pomutacyjnym.
Sam usiadłem zaraz za nią i przytuliłem do siebie. Cóż, nie czułem ulgi. Jedynie większe wyrzuty sumienia, że zrobiłem to… coś. Nie wiem, co mną opętało, ale nie wiem… Nieistotne, jak bardzo mi to odpowiadało, nie powinienem był stawiać Alby w tak trudnej sytuacji.
Niczym ostatni tchórz, ukryłem twarz za nią, za jej plecami, gdzieś w anielskich włosach. Nie lśniły, gwiazdy nad nami zgasły, upadając, to intensywne uczucie… Ech. I jeszcze ten jej łamiący się głos, który przeszywał mnie bardziej niż podsuwane mi przez wyobraźnię obrazy torturowanej uczuciami Alby.
- Wcale nie jesteś. Wybacz. To moja wina – stwierdziłem, przeprosiłem, pragnąłem zauważyć. Cokolwiek, byleby nie obwiniała się o to, by nie czuła wyrzutów, byleby nie płakała. Albo, najdroższa… Albo, kochanie… Nie rozumiałem za bardzo, jak to się stało, że czułem to, co czułem, ale nie potrafiłem powiedzieć jej, że to tylko niewinny pocałunek, o którym Colleen nie musi wiedzieć czy coś. To nie był niewinny pocałunek, ja zaś nie chciałem jej zostawiać już nigdy samej…
Z drugiej jednak strony, kochałem Colleen i nie chciałem jej załamywać jeszcze bardziej. Miała większe zmartwienia niż moje rozterki uczuciowe. Potrzebowała wsparcia, nie zaś kolejnych dramatów. W takim bądź razie, powinienem zostawić tu Albę i iść… NIE, TO NIE WCHODZIŁO W GR?.
Jeszcze mocniej objąłem Albę swoimi ramionami, jakby na znak, że nie zamierzałem nigdzie jej wypuszczać, pozwalać odejść. Jakoś to załatwię, ogarnę, aby musiałem trochę pomyśleć... Tylko, co na to Alba? Na nic moje myślenie, jeśli ona nie czuła tego, co czułem ja. Czy czuła to, co ja? Ten ogień, o którym mówiła, pochodził z jej własnego ciała czy odbierała go ode mnie?
- Albo... – zacząłem, ale zamilkłem. Nie wiedziałem, jak zadać to pytanie, by nie zabrzmiało dziwnie i nie na miejscu. Chyba jakiekolwiek słowa były tu nie na miejscu, ale... wiadomo. Musiałem wiedzieć.
_________________
I won't admit it but I'm not too well. I'd burn this city but you can't burn this hell.
[mru]
[Profil]
  [AB-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,06 sekundy. Zapytań do SQL: 5