Poprzedni temat «» Następny temat
Kuchnia
Autor Wiadomość
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2017-11-18, 17:41   Kuchnia



[Profil]
 
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2018-01-06, 21:18   
   Multikonta: Lidia Foney


Strumień wody tryskał na metalowe dno zlewu, jakby ze złością, jakby próbował coś wykrzyczeć. Alba stała przy tym strumieniu i jakby w transie, zupełnie nieobecna myła naczynia. Wokół jej dłoni mocno się pieniło, ale gdyby się tylko przyjrzeć bliżej, można było zauważyć, że jest pewien szał w jej ruchach. Jakby była zła, albo coś ją bardzo niepokoiło. Przez te kilka minut szorowania talerzy i kubków zdążyła zamoczyć swoją bluzkę w okolicy brzucha i najbliższe otoczenie zlewu. To było trochę do niej niepodobne. Dość energicznie zmywała brud, nie dbając za bardzo o to, co działo się wokół niej. Pozostawała myślami gdzieś daleko stąd.
Może to przez te ostatnie wydarzenia? Jej przyjaciele cierpieli. Martwiła się co Colleen i Aarona, niepokoiła o Sally, Aleca, a do tego wszystkiego jeszcze te anonimowe wiadomości od kogoś, kto sugeruje, że wie coś na temat jej rodziców. Skupiała się mocno na potrzebach bliskich, wiedząc, że jest im potrzebna. Nawet nie chodziło o jej zdolności zmiany emocji, chociaż faktycznie byłoby to pomocne czasami. Po prostu czuła, że musi trwać przy tych, którzy są dla niej ważni. Zwłaszcza teraz. Była ich aniołem, stróżem spokojnych snów. Przytulała, ocierała łzy i uspokajała długą, często niełatwą rozmową.
Dzisiaj jednak to sama była kłębkiem nerwów. Chyba coś się w niej zebrało. Nagromadzone w ostatnich tygodniach przeżycia, przed którymi nie umiała uchronić swojej głowy. Odczuwała olbrzymie ilości obcych lęków, złości i tęsknoty. A do tego jeszcze dochodziły jej własne. Nie do końca mogła sobie z tym poradzić, chociaż umiała ukryć swoje wewnętrzne osłabienie.
Tylko czasami, kiedy nikt nie patrzył pozwalała sobie na pewne wybuchy negatywnych emocji. Zupełnie jak teraz, kiedy niemal trzaskała tymi naczyniami, zachlapując całą kuchnię i od czasu do czasu pozwalając sobie na dość komiczny warkot. To był jeden z tych momentów, kiedy bardzo żałowała, że nie potrafi uspokoić samej siebie. Albo na kilka chwil po prostu przestać czuć i zupełnie odpłynąć. Jak te resztki znikające w rurach i przepadające bez śladu.
Alba miała zdecydowanie kiepski dzień i przez moment nie była gotowa na wszystko.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-02-17, 00:58   
  

   1 Rok na Giftedach!


/między Sally, a wypadem z Willem i Collen
Ostatnimi czasy nie miał szansy tak naprawdę dobrze odpocząć, więc może wydawało się być to totalnie beznadziejne, ale swoje pierwsze godziny w Bractwie od czasu swoje powrotu spędził po prostu odsypiając wszystkie bezsenne noce. Chyba jego organizm nie był zbyt przyzwyczajony do tak dużej dawki snu, bo w końcu w środku nocy znów obudził go dźwięk drżących szyb. Był już do tego przyzwyczajony. Nawet nad tym nie panował. Koszmary męczyły go prawie każdej nocy, a zwykle upiornym apogeum była seria głośnych wybuchów. Przynajmniej w taki sposób mógł oszczędzić tego swoim współlokatorom. Miał lekki sen. Zostało mu jeszcze po wojsku, gdy był w stanie praktycznie w każdym momencie stanąć na równe nogi i być w gotowości. Na dźwięk drżących przedmiotów budził się machinalnie, zanim jeszcze zdążyła to zrobić nocna mara. Było już późno, ale on nie miał zamiaru siedzieć w pokoju. Lubił nocą błądzić po obozowisku. Po prostu palił, nasłuchiwał czy może w ciemnościach nie czają się niepożądani goście. Zwykle nie potrafił spać na długo po tym jak się obudził. Musiał uspokoić myśli. Chociaż nie było tego po nim widać jak każdy nosił swój krzyż, chował to za maską bezczelnego prostaka, ale jego demony wciąż go prześladowały, on po prostu wybrał znoszenie tego w ciszy. W końcu kto znając go mógłby powiedzieć, że coś jest z nim nie tak? Był bezczelny, beztroski, zawsze skory do uraczenia kogoś niewybrednym komentarzem. On bardzo lubił tą grę. Nawet czasami zdarzało mu się samemu w to uwierzyć.
Przez chwilę błąkał się między uliczkami, gdy zobaczył światło w kuchni. Właśnie dlatego skierował się w stronę drewnianego budynku. Po cichu wszedł do pomieszczenia, widząc w nim Albę. Dłuższy moment przyglądał się jak znęcała się nad tymi biednymi naczyniami. - Co ci zrobiły te biedne talerze? - zapytał, uśmiechając się do niej wesoło, niszcząc ciszę przerywaną trzaskami naczyń. Nie miał okazji się z nią przywitać, a nie widział jej bardzo dawno. Miał tylko nadzieję, że nie usłyszy od niej żadnego komentarza na temat jego nieobecności. Czuł, że jeszcze mu się oberwie od każdego po trochu, liczył że ona go oszczędzi.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-04-21, 13:51   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


//noc przed akcją

Było już nieco po północy i Fay doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że powinna być teraz w łóżku i wykorzystać jak najwięcej czasu na sen, żeby jutro na akcję być wypoczęta i trzeźwa na umyśle. Mimo to po kolejnym przewróceniu się z boku na bok, stwierdziła, że to nie ma sensu. Za dużo myślała i nie potrafiła się tak po prostu od tego odciąć. Bała się tego, co może wydarzyć się jutro, a potem co będzie, gdy wrócą do bractwa. A jak w ogóle nie wrócą? Co będzie z małą, którą zabrali do obozu? Nie chciała ryzykować, że zajmie się nią ktoś, kto będzie chciał ją zabrać na jakieś wydarzenie i skończy jak Lizzie. Czuła się za nią odpowiedzialna, po prostu.
Wstała z łóżka, żeby zrobić sobie coś do picia, ale ostatecznie wsunęła stopy w pierwsze lepsze buty, które pewnie pięknie komponowały się z dresowymi spodniami i koszulką na ramiączkach, w których spała, ale już trudno. Zarzuciła na plecy kurtkę i wyszła z domku.
Właściwie to nie miała żadnego konkretnego celu, po prostu chciała się przewietrzyć, mając nadzieję, że z czasem po prostu poczuje zmęczenie i wróci do domku, jednak zamiast tego, gdy przechodziła obok kuchni, przypomniała jej się sytuacja przed tygodnia czy dwóch, gdy w Firwood nawaliła lodówka i wszystkie ich zapasy musiały być przeniesione właśnie tutaj. Czy to możliwe, że jej lody uchowały się po takim czasie? Bez namysłu popchneła drzwi, żeby to sprawdzić, zajrzała do zamrażarki i... były. Taak, to chyba był dobry pomysł na uspokojenie się i przemyślenie wszystkiego, dlatego zaraz wzięła łyżeczkę z szuflady, usiadła na stole, otworzyła pudełko i wzięła do ust pierwszą porcję.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-04-21, 14:29   
  

   1 Rok na Giftedach!


Ronnie też nie mógł dzisiaj zmrużyć oka. Chciał trochę odpocząć, ale zamiast tego gapił się w sufit swojego obskurnego pokoju. Wydawało mu się, że na chwile przysnął, musiał tak być, skoro ze snu wyrwał go odgłos drżących szyb. Pośpiesznie opuścił swój dorobek, rzucając na do widzenia kilkoma soczystymi epitetami. Spacer po obozowisku zawsze na swój sposób go uspokajał. Odpalał kilka papierosów, przez chwilę błądził między alejkami, czasami wychodził poza granice bractwa i wracał z powrotem ilekroć czuł się gotowy znów spróbować zasnąć. Pewnie w normalnym świecie wysłaliby go na jakąś terapię, ale nie istniały chyba żadne specjalne leczenie dla zbzikowanych mutantów, potrafiących wysadzać rzeczy.
Sam nie wiedział czego oczekiwać po jutrzejszym dniu. Zdawało mu się, że nie czuje kompletnie nic, a jednak nie mógł spać, w jego głowie było tak wiele chaotycznych myśli, których nie potrafił określić. Najwyraźniej był emocjonalnie niepełnosprawny i sam nie wiedział o co mu chodzi. W każdym razie, przechodząc między alejkami zastanawiał się co będzie, gdy tu wrócą. Mógł sobie wyobrażać jak bardzo Colleen będzie na nich wściekła, chociaż z drugiej strony… Nie robił tego dla niej. Nie robił tego w jej imieniu, ani przeciwko niej. Robił to, bo podejmował własne decyzję i on za nie zapłaci. Nie akceptował żadnej władzy totalitarnej. Jeśli będzie chciała, żeby odszedł… To właśnie zrobi. Sam nie wiedział czy tego chciał, czy nie. Okażę się, gdy usłyszy wyrok. Chociaż chyba się tym martwił, bo zdawał sobie sprawę z tego, że jakiś czas temu przyprowadzili tu małego mutanta, o którym prawie nikt nie wiedział i… był odpowiedzialny za tego mutanta. Czy tego chciał czy nie. Szczerze powiedziawszy bardziej nie chciał. Lepiej mu było nie powiązywać swojego życia z życiem innych, a jednak myślał o tym. I nie czuł się dobrze z tym, że nie jest w stanie zapewnić mu bezpieczeństwa.
W pewnym momencie jego uwagę zwróciło światło palące się w kuchni. Chyba ktoś podobnie jak on nie mógł zasnąć. Na początku nie miał zamiaru sprawdzać kto to, ale ostatecznie przekroczył próg wspólnej kuchni. Chyba mimowolnie pragnął czyjegoś towarzystwa. Uśmiechnął się nonszalancko, opierając o futrynę drzwi. - Lody? - uniósł wysoko brew, patrząc na nią z lekkim rozbawieniem. - Zastanów się bardzo dobrze co do smaku, to może ostatni jaki będziesz miała przyjemność jeść. - zażartował ponuro, odbijając się od futryny i ruszając w głąb pomieszczenia. - Nie mogłem zmrużyć oka. Ty chyba też.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-04-21, 22:30   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Fay chyba jeszcze nigdy nie miała takich rozkmin nad kubełkiem lodów, naprawdę, ale zdała sobie sprawę, że tego właśnie chyba potrzebowała - przetrawić to wszystko na spokojnie, trzeźwo, a nie po jakimś zielsku, które podsunęła jej Tilda i po których jedynie miała jakieś dziwne schizy.
Przez ostatnie dni miała jakieś tam swoje senne koszmarki, jednak zawsze zasypiała bez problemu. A dzisiaj? Leżała godzinę, drugą, przekręcała się, szukała chłodnego miejsca na materacu, aż wreszcie musiała wyjść, bo dłużej nie mogła tego wytrzymać.
Raczej nie spodziewała się tu nikogo o tej porze. Zresztą, sama też nie zamierzała siedzieć w kuchni nie wiadomo ile, więc pewnie była to kwestia kilku minut, jak wyruszyłaby w drogę powrotną do domku i ponownie spróbowała zasnąć.
Plany trochę się zmieniły, gdy przy drzwiach usłyszała czyjś głos. Od razu przekręciła głowę w tamtą stronę, nawet nie wyjmując odwróconej łyżki z ust, przez co pewnie wyglądała, jak przyłapana na gorącym uczynku. W rzeczywistości mało ją obchodziło to, co ktoś myśli o nocnym podjadaniu - jej było to dzisiaj potrzebne i tyle.
- Niestety, były tylko śmietankowe. Ale wmawiam sobie, że to karmel i nawet działa - rzuciła, uśmiechając się kątem ust, ale raczej smutno, jakby wciąż nie wyrwała się z wcześniejszych myśli. I może nawet trochę tak było.
- Nie, cały czas myślę o tym, co będzie jutro. Nie wiem, co gorsze, nie wrócić w ogóle, czy stanąć oko w oko z wkurwioną Colleen - powiedziała pół żartem, pół serio, wygrzebując z kubełka kolejną porcję już prawie roztopionych lodów. Nie łudziła się, że ich sekretna wyprawa pozostanie sekretna na zawsze, i ich przywódczyni wcześniej czy później się o nich dowie. Fay naprawdę nie chciała się jej w żaden sposób sprzeciwiać, jednak od kilku dni miała nowy cel, który uświęcał jej wszystko inne. Jeśli jakimś cudem udałoby się jej zobaczyć siostrę... nawet późniejsze wyrzucenie z obozu nie bolałoby ją aż tak bardzo.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-04-22, 22:28   
  

   1 Rok na Giftedach!


Sam do końca nie wiedział co go tak męczyło dzisiejszej nocy. Właściwie to chyba nawet nie chciał tego wiedzieć, bo jeśli chodziło o własne wnętrze… Oh, tych drzwi nie chciał otwierać. Może chociaż bronił się rękami i nogami te miejsce w jakiś sposób stało się dla niego domem. Pełnym ludzi podobnie szurniętych jak on. Tyle, że od jakiegoś czasu obóz nagle stał się tak bardzo obcy jak wszystko co do tej pory znał. Chyba coś tam jednak się przejmował. Mimo wszystko. W każdym razie w jakiś sposób coś się dla niego liczyło skoro miał zamiar jednak jutro zrobić to co chciał zrobić narażając własne życie, które przecież jak bardzo gorąco wszystkich zapewniał - naprawdę sobie cenił. Tylko, że z czasem odchodził trochę od swoich świętych zasad i nie chciał sobie odpowiadać na pytania dlaczego. Może jak każdy po prostu potrzebował sobie znaleźć jakiś cel. Nawet jeśli nie do końca logiczny i godzący się z jego filozofią.
Uśmiechnął się krzywo. - Trochę mdłe jak na mój gust. - skomentował, podchodząc do jednej z szafek, w której jak dobrze pamiętał kiedyś zakopał piwo, gdzieś głęboko pod nielubianymi przez większość obozowiczów puszkami z żywnością. Zwykle nie pijał. Starał się tego unikać, bo przy jego zdolnościach nadużywanie alkoholu kończyło się zwykle źle, o czym już kiedyś wielokrotnie się przekonał. Ale to była specjalna okazja. Być może nigdy więcej już tutaj po to nie wróci. Przez chwilę więc grzebał w zapasach, aż w końcu odnalazł nieco zgniecioną puszkę. Że też tam się uchowała.
Wypuścił głośno powietrze. - Myślę, że nie mógłbym jej bardziej zawieść niż wtedy gdy stwierdziłem, że nie nadaje się do roli przywódczyni Bractwa. - mruknął. - Być może nadszedł ten dzień, ale skoro ona nie chce nic z tym zrobić… Coś zrobić trzeba. Kiedyś właśnie tym się zajmowaliśmy. - wzruszył w końcu ramionami, nawiązując do tych akcji sprzed lat, gdy uwolnili mutantów z ośrodka w Las Vegas. Teraz tłoczyli się tutaj jak przestraszone szczury, grzebiąc zmarłych i próbując jakoś przeżyć. - Swoją drogą po mnie bym się tego spodziewał, ale… nie po tobie. - rzucił jej krótkie spojrzenie. Nie znał jej, ale coś mu podpowiadało że nie jest pod tym względem taka jak on.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-04-23, 13:05   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


- Słodkie - poprawiła go niemal od razu, wzruszając lekko ramionami. Jak dla niej im więcej cukru coś zawierało, tym było lepsze, szczególnie w chwilach takich jak ta. W końcu czymś trzeba było sobie osłodzić to ich marne życie, prawda? Albo raczej jego końcówkę, jeśli coś pójdzie nie tak.
Ze swoich lodów Fay skierowała wzrok na Ronniego, przez chwilę obserwując jego poczynania przy jednej z szafek. Ciekawe, jak to każdy potrafił sobie coś skitrać na czarną godzinę. Gdyby nie fakt, że trafiła tu przypadkiem i że na jutro wolala mieć trzeźwy umysł, pewnie sama wybrałaby wino zakamuflowane w salonie ich domku. Jak tak teraz zaczęła o nim myśleć, zrobiło jej się szkoda, że może się zmarnować. Mogła pomyśleć o nim wcześniej. Albo lepiej, wypić je zamiast brać to zielsko od Tildy. No ale trudno, było już za późno.
- Po śmierci Yvonne myślałam, że potrzebuje czasu, żeby to wszystko sobie obmyślić i poukładać. Gorzej, że ten czas się kończy, a nic się nie zmienia - westchnęła pod nosem, odkładając lody na stolik obok siebie, dłonie lokując na którą chwilę na kolanach. I bardzo dobrze, że to zrobiła, bo bez tego nie zorientowałaby się, jak bardzo lewa dłoń jest zmarznięta od trzymania tego głupiego kubelka. Ech, nawet po tylu latach czasem zdarzało jej się zapomnieć, jak bardzo powinna uważać. Nie czuła kompletnie nic, co mogło źle się skończyć, gdy nie zdawała sobie sprawy z obrażeń. Na szczęście to były tylko lody, więc wystarczyło, że wsunęła dłoń między uda, żeby niego ją ogrzać - Tak, masz rację - rzuciła cicho, patrząc się gdzieś w głąb kuchni, lekko zmieszana. Cóż, ona nie miała aż tak szlachetnych pobudek. To znaczy... owszem, dobrze byłoby odbić mutantów, pojmanych podczas marszu, jednak jej zależało o wiele bardziej na czymś innym. Kimś innym.
- Sama bym się tego po sobie nie spodziewała - odparła, wzruszając lekko ramionami, zastanawiając się, czy mogłaby powiedzieć coś więcej. Z jednej strony czuła mocną potrzebę, żeby się wygadać, usłyszeć, że albo robi dobrze, albo wręcz jest to głupie i do załatwienia na dziesięć innych, bezpieczniejszych sposobów. Sama już nie wiedziała, o co zahacza ta sprawa i jej decyzje w związku z nią podjęte. Ile było w tym rozsądku, a ile szaleństwa - Ale po tym, jak dowiedziałam się, że moja siostra jednak żyje i należy do oddziału taktycznego dogs... - odezwała się w końcu, teraz z kolei spuszczając wzrok na swoje dłonie - Wiem, że szanse, żeby ją zobaczyć są nie wielkie, ale... nie wiem, czy będzie lepsza okazja niż ta - dodała cicho, kątem oka zerkając na Ronniego, jak zareaguje na jej słowa. Wiedziała, że jej udział w tej misji budzi pewien... konflikt? Ale z drugiej strony przecież nie będzie mieszać się w główną walkę... nie będzie takiej sytuacji, w której będzie musiała wybierać między pomocą siostrze, a osobom z bractwa.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-04-24, 22:14   
  

   1 Rok na Giftedach!


Starał się nie pić. Był jedną z tych osób, która po alkoholu traciła kompletnie nad sobą kontrolę, a Ronnie mógł sobie na to pozwolić. Pamiętał czas, gdy wszystko było mu jedno i nie przejmował się tym czy ktokolwiek mógłby ucierpieć. Najważniejsze było, że mógł sobie wtedy jakoś ulżyć. Z czasem jednak zdał sobie sprawy, że odnajduje w tym żadnej ulgi, po prostu zapomnienie, którego owszem potrzebował, ale… chyba bardzo zmienił się od tamtego czasu. Wielu rzeczy w swoim życiu żałował. Nie starał się być lepszy, nie starał się odkupić swoich win, po prostu przestał być… zły. Symboliczna puszka piwa kojarzyła mu się raczej z tymi dobrymi czasami. Gdy miał jakiś przyjaciół, gdy był normalny. Głupie słodko-gorzkie wspomnienie, a jednak wciąż to w sobie nosił. Skoro być może jutro miał być martwy, czemu nie miał sobie pozwolić dzisiaj na tą nutkę nostalgii?
Chrząknął cicho, zerkając na nią spod zmarszczonych brwi. - Jest za młoda. Za mało doświadczona, żeby brać na siebie taką odpowiedzialność. To nie powinno przechodzić z matki na córkę. - pokręcił głową. Od samego początku nie zgadzał się z tym co się stało po śmierci Yvonne. Nie mówił, że Colleen nie miała do Bractwa żadnych praw, po prostu… spośród wszystkich mutantów w ich obozie, to nie ona powinna zająć miejsce swojej matki. Idąc tą logiką to mógłby być każdy. Tylko, że to nie każdy powinien nimi dowodzić. Nie mógł zmusić się do wierności komuś w kogo nie wierzył.
- Całe życie się zaskakujemy. - skomentował, uśmiechając się pod nosem. Wziął małego łyka piwa. Nie była to najlepsza marka, a jednak smak wciąż był dobry. Zerknął na nią, mrużąc oczy. Chrząknął krótko. Czy gdyby istniała najmniejsza szansa na to, że jego siostra żyje przepuściłby okazję, żeby jeszcze raz ją zobaczyć? Pewnie nie. Zacisnął usta w wąską linię. Po części to rozumiał. Mimo tego, że rodzina go porzuciła, wciąż jakąś częścią tęsknił za nimi, a przynajmniej za wspomnieniami tego jacy byli zanim wyjechał do Afganistanu. Właśnie uświadomił sobie, że nie widział ich aż od czternastu lat. Nie na żywo, bo twarz jego ojca dość często surowo spoglądała na niego z ekranu telewizyjnego, wykrzykując antymutanckie hasła. - Rozumiem. - odpowiedział cicho, drapiąc się po policzku. - Ona.. Twoja siostra, wie że żyjesz? Wie, że jesteś w Bractwie. - zapytał.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-04-26, 16:11   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Fay nie wiedziała, że Ronnie nie powinien pić. Zresztą, przy jednym piwie nawet nie zamierzałaby zwrócić mu uwagi, bo co to było dla dorosłego, dobrze zbudowanego mężczyzny? Gdyby wyciągnął tu wyżejprocentowy alkohol, mogłaby patrzeć się na niego nieco krzywo, ale w tym wypadku nawet nie przyszło jej do głowy, żeby cokolwiek mówić.
- Możliwe, ale... przecież była blisko Yvonne, ma też dookoła siebie ludzi, z których rad może korzystać. Nie wiem, czy tu chodzi o samo doświadczenie - dodała tylko, wzruszając lekko ramionami. Trudno było powiedzieć Fay cokolwiek na ten temat, bo ani jakoś bardzo nie przyjaźniła się z Colleen, ani nie była dużo starsza od niej, ani nie bardziej doświadczona, szczególnie w roli przywódczyni. Za to znała ludzi i potrafiła ich słuchać, a biorąc poprawkę na ich słowa i korzystając z własnych obserwacji, wyrabiała sobie własne zdanie. I niestety, o ile jej stanowisko do tej pory było neutralne, tak po ostatnim zebraniu była mocno zawiedziona.
- Na to wygląda - westchnęła tylko, bo jakoś nie była dumna z tego, co robiła. Owszem, świetnie byłoby pomóc mutantom schwytanym podczas marszu, ale nie chciała, żeby przez ich akcję coś popsuło się w obozie. Wyrzuty sumienia można chyba śmiało dorzucić do listy rzeczy, które nie dawały jej spać.
- Nie mam pojęcia... może - powiedziała, zsuwając się ze stołu i zgarniając z niego kubek, na którego dnie zostało jeszcze odrobinę roztopionych lodów, których już nie chciała jeść. Wyrzuciła je do kosza, a z łyżeczką podeszła do zlewu obok Ronniego.
- Miałam trzynaście lat, kiedy ją zabrali. Rodzice powiedzieli mi, że jest chora, a potem, że umarła, a ja... nie lubili, gdy poruszałam ten temat. Nie widziałam jej od tamtego czasu - odparła, nawet nie poświęcając uwagi łyżeczce, którą własnie myła, tylko na nowo zaczynała wszystko analizować, starając się połączyć fakty w jakąś spójną całość - Nic nie wiedziałam - przygryzła wargę, odkładając łyżeczkę do wyschnięcia. Skoro rodzice cały czas powtarzali jej jedno kłamstwo, w końcu w nie uwierzyła. Dopiero dużo później zaczęła myśleć o tym, że jej siostra mogła być mutantem. Wyjaśniałoby to, czemu nigdy potem jej nie zobaczyła i skąd jej matka o wszystkim wiedziała - pracowała w Ośrodku Terapii Genetycznej. I najwidoczniej jej siostra miała się tam na tyle dobrze, że zasłużyła na przeniesienie.
Fay pewnie o niczym by się nie dowiedziała, gdyby kilka dni temu nie postanowiła zajrzeć do rodziców. Przełamała się i zrobiła to po raz pierwszy od czterech lat, odkąd uciekła. Będąc w Seattle na marszu tak blisko jej dawnego domu, zatęskniła, a oni? Rozmawiali sobie przy obiedzie, zupełnie jakby ich siostra była ich jedyną córką, a Fay nigdy nie istniała.
Wytarła lekko mokre dłonie o spodnie, odwracając się przodem do Ronniego i opierając biodrem o blat.
- Tylko... proszę, zachowaj to dla siebie, dobrze? Nie chcę, żeby reszta coś sobie pomyślała... Obiecuję, że nie będzie miało to żadnego wpływu na to, co zrobię jutro. Nawet nie mam pewności, że ona tam będzie - powiedziała, kręcąc lekko głową. Nie miała zamiaru w żaden sposób sabotować ich akcji, chciała, żeby było to jasne.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-04-29, 00:18   
  

   1 Rok na Giftedach!


Wzruszył lekko ramionami. - Jak kilku innych ludzi. - odpowiedział jej. Może to była kwestia charakteru. Kwestia tego, że już po prostu taki był - nie potrafił zaakceptować jakichkolwiek autorytetów i czego by nie zrobiła ich przywódczyni, on i tak miał problem z przyporządkowaniem jej się. Może po prostu wyniósł pewne pojęcie hierarchii z wojska. Lub też po niemiłym doświadczeniu z amerykańską armią, wolał sam wybierać tych, za którymi będzie podążał. Colleen nie pasowała do jego schematu. W jego pojęciu jej brak doświadczenia odbijał się na tym, że być może znała z pierwszej ręki wszystkie szczegóły techniczne, dotyczące zarządzania Bractwem. Jednak… To nie było wszystkie. Nie byli zgrają niegrzecznych dzieciaków, którzy odbywali tutaj kolonie. Nie potrzebowali kogoś kto będzie nimi rządził twardą ręką, już z pewnością nie powinna to być dziewczyna w wieku dwudziestu trzech lat. Nie wzbudzała respektu. Potrzebowali przewodnictwa. Kogoś kto będzie ich łączył. Wyznaczał jakiś cel. Nawet Ronnie w pewnym sensie pozwolił sobie poczuć, że ma w życiu jakąś misję czy też znalazł miejsce, które w pewien sposób byłoby jego domem. Tymczasem teraz… Teraz obóz nie był dla niego tym czym był przed śmiercią Marie. W tym momencie miał wrażenie, że nie podąża już w żadną stronę i chyba brakło mu sił, żeby podjąć jakąkolwiek decyzję. Opanował go marazm. Raz po raz przebijany jakimiś ludzkimi odruchami, próbami wydostania się z tego dziwnego stanu. Już miał po prostu tego wszystkiego dość. I znudziło mu się czekanie na sygnał.
Pokiwał głową, patrząc co robi. - Więc jest mutantką. - Nikt nigdy nie doszedł do tego, dlaczego niektórzy mają gen X, inni nie. On był jedynym mutantem ze swojego rodzeństwa. Jego rodzice również byli normalni. Z góry założył, że być może jej siostra zaginęła kiedyś, być może zabita z rąk dogs. To było jego pierwsze skojarzenie. Najokrutniejsze jednak wydawały mu się sytuację takie jak ta. Gdy rodzice wypierali się dziecka, bo było inne. Lepsze. Nie czuł się jednak uprawniony do komentowania tego. Bądź, co bądź mogła sobie nie życzyć, by akurat on wyrażał swoje współczucie. Czuł się jednak zobowiązany do powiedzenia na głos tego co mimowolnie przyszło mu do głowy. Polubił ją. Nie znał jej, ale w jakiś dziwny sposób zjednała sobie jego sympatię. Nie w taki bezosobowy sposób, gdy poznawał kogoś i był w stanie ocenić czy będzie miał cierpliwość spędzić z tą osobą więcej niż piętnaście minut. Nie chciałby, żeby stała się jej jakaś krzywda. Może źle ją oceniał, ale wydawała mu się po prostu dobra. - Zdajesz sobie sprawę, że dwanaście lat potrafi kompletnie zmienić człowieka? - zapytał, marszcząc brwi. - Gdybym mógł zobaczyć swoją siostrę… - chrząknął krótko i zaśmiał się głupio, bo ta myśl wypowiedziana na głos zabrzmiała strasznie zabawnie. Podobnie jak wracanie do tych wspomnień. Mówienie o nich. - Pewnie też chciałbym to zrobić. - dokończył, wykrzywiając usta w ponuro wesołym uśmiechu. - Nie żebym kiedykolwiek był bardzo blisko z moim bratem. Wkurzał mnie. Ale wciąż był moim bratem. Mimo wszystko. Mu za to wystarczyło kilka lat, żeby zapomnieć, że ja jestem jego bratem. Dwanaście lat mogło kompletnie zmienić twoją siostrę, Fay.
Wziął głęboki oddech. - Jasne. Nie ma sprawy. Nikomu nie powiem. - spojrzał jej w oczy. - I tak nikt mnie nie słucha, podobno zwykle pieprzę głupoty. - błysnął zębami, biorąc łyka piwa. Nikt nie brał na poważnie jego czczego pieprzenia. Może dlatego, że wydawał się być obojętny względem wszystkich i wszystkiego, a na dodatek zawsze skłonnym do uraczenia kogoś głupią odzywką. Właściwie jedyną rzeczą jaką robił dobrze i której nikt nie kwestionował, było po prostu kopanie tyłków.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-04-29, 22:36   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


- Możliwe - odparła tylko, bo całkiem prawdopodobne, że miał rację. Przy odpowiednim doradztwie każdy mógł zająć stanowisko i nie liczyć na nic innego, jak tylko na podsuwane przez innych pomysły i decyzję. Fakt, może nie o to w tym wszystkim chodziło. Ale cóż, zmiany ustrojowe obozu nie były chyba najlepszym tematem na północ w dzień przed ważną akcją. Mieli wystarczająco zmartwień na głowie, po co dorzucać sobie jeszcze rozważania na temat władzy obozu, gdy może się zdarzyć, że nie wszyscy do niego wrócą.
A jeśli nawet... Fay jedynie nie chciała, żeby był to Leon, albo właśnie Ronnie. Tego pierwszego znała już od kilku lat i chcąc nie chcąc stał się jej bliski mimo jego momentami trudnego charakteru. A Henderson? Jeszcze tydzień temu nie pomyślałaby, że może połączyć ich tak wiele. Właściwie to teraz trochę ją bawił ją fakt, że brała go za jakiegoś szemranego typa, od którego lepiej trzymać się z daleka. I cóż, może w niektórych sytuacjach nadal taki był, jednak Jay udało się poznać go jeszcze od tej innej strony, najpierw na ich wspólnej misji, a potem, gdy miał pod opieką małą, którą wtedy sprowadzili do obozu.
- Uwierz mi, wiem. Przez ostatnie dni nie robię nic innego, niż tylko wałkuję ten temat - pokręciła głową - To nie jest tylko dwanaście lat. To dwanaście lat w ośrodku terapii, a potem być może spędzone na treningach dla dogs. Nie zdziwiłabym się, gdyby miała mnie za terrorystkę, którą trzeba wyeliminować, albo co gorsza - wyleczyć - dodała, krzywiąc się lekko. Z dwojga złego wolałaby już zginąć, niż dać sobie wstrzyknąć kolejną dawkę mutazyny - Ja tylko chcę wiedzieć, co o u niej. Jak teraz wygląda, jaka jest i... czy to rzeczywiście prawda. Że żyje - zakończyła prawie szeptem, czując narastającą gulę w gardle. Chciała udawać, że nic jej nie jest, jednak biorąc pod uwagę fakt, że posypało jej się praktycznie całe życie... i nie, nie ma w tym żadnej przesady czy wyolbrzymiania. To przecież po stracie siostry uaktywnił się jej gen x, musiała się ukrywać, potem przyjmować mutazynę, a potem już tylko uciekać i znowu się ukrywać, gdy nawet z tą swoją pozornie bezużyteczną mocą, potrafiła zrobić zamieszanie. A teraz, skoro Sophie żyje... wszystko to nie miało najmniejszego sensu.
- Gdzie teraz jest? Twoje rodzeństwo? - spytała, obejmując się ramionami i podnosząc wzrok do jego oczu. Biorąc pod uwagę popieprzone życie mutantów, spodziewała się raczej nie za wesołych odpowiedzi. Chociaż może... szczerze życzyła mu bycia wyjątkiem.
- Dzięki - odparła, na jego słowa, a przy kolejnych nawet zdobywając się na lekki uśmiech. Skoro on niby pieprzył głupoty... wolała nie myśleć jak wysoko pod względem intelektualnym mogły być punktowane jej niektóre odzywki. Na przykład gdy na ich misji groziła mu śmiercią, w razie gdyby miał umrzeć i ją tam zostawić. Tak, to było wyjątkowo błyskotliwe.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-04-30, 22:35   
  

   1 Rok na Giftedach!


Jakiekolwiek przywiązywanie się do ludzi było jego przekleństwem. Już odebrał tą lekcję. Tylko, że to był jego największy problem. Traktował ludzi jak pył na swoich znoszonych butach, a jednak wciąż przejmował się ich losem. Naprawdę chciał, by mu na niczym nie zależało. To było bardzo proste wyjście. Łatwiejsze. Powinien mieć to już we krwi, tyle że czasami nie dało się tego wszystkiego tak po prostu odciąć. Cztery lata w Bractwie jednak odcisnęły na nim pewnego rodzaju piętno. Nie potrafił przejść obok wielu rzeczy obojętnie. nie potrafił tak po prostu się wyłączyć i zająć własnymi sprawami. Nie musiał przecież żyć w takim sposób, móc uciec gdzieś daleko, nie narażać się. Zacząć nowe życie w miejscu, gdzie mutanci nie byli zwierzyną łowną. Być może nie potrafił zostawić wszystkich za sobą, a być może właśnie takie życie stało się już częścią niego. Jednak chociaż nie bał się tego wszystkiego strachem charakterystycznym dla kogoś kto obawiał się o własne życie, czuł nie pokój na myśl o konsekwencjach, o tym że być może jutro ich dość skromny oddział brutalnie załamie się pod naporem wroga i wszyscy trafią tam gdzie najbardziej nie chciałby by się się znaleźli. Przejmował się nawet tą małą istotką, która była przecież pod ich opieką. Minęło zaledwie kilka dni, odkąd trafiła do Bractwa, a jednak nie chciał by dziecku coś się stało. Co będzie gdy jego i Fay zabraknie? Żadne z nich nie było jego rodzicami, a jednak jedynymi, którzy w jakikolwiek przejmowali się jego istnieniem. Powinno być gdzieś daleko od tego całego syfu, które ich otaczał, a dwoje jego tymczasowych opiekunów szło na prawie że pewną w śmierć w imię… w imię sam nie do końca wiedział czego. W jego wypadku, w imię pewnego rodzaju buntu. Nie miał ochoty więcej uginać się pod naporem rządu. Chciał, żeby on też cierpiał. Chciał, żeby oni też ponosili porażki. Chociaż nie utożsamiał się już z żadną grupą, nie życzył żadnemu mutantowi by stał się obiektem badań dogs, a kiedyś… Właśnie tym było Bractwo. Bezpiecznym miejscem. Zbiorem ludzi, którzy poniekąd chcieli coś zmienić.
Uśmiechnął się krzywo. Szkoda, że sam tego tak bardzo nie analizował te kilka lat temu. Wtedy wykazał się tak wielką naiwnością, idąc prosto do rodziny o pomoc. Myślał, że wciąż ich coś łączy. Błąd. On był mutantem. W oczach jego rodziny przestał być jej częścią. Być może oszczędziłby sobie w ten sposób wielu nieprzyjemności, a przede wszystkim życia swojej siostry. - Nie wiem jak to jest w dogs. Ale wiem, że czasami łatwo jest wmówić komuś, że walczy dla większych idei, chociaż jest tylko mięsem armatnim. - powiedział po chwili. Nie wiedział czy osiągnął ten efekt, ale chodziło mu po prostu o to, że nawet jeśli dogs zmieniło jej siostrę… To dlatego, że czasami tak po prostu było. Najpierw chcieli, żebyś w to uwierzył, a potem żebyś za coś oddał życie. Mogło być tak samo jeśli chodzi o siostrę Fay. Mógł być dla niej jakiś ratunek.
Chrząknął krótko. - Moja siostra nie żyje. - odparł dość zdawkowo, odwracając wzrok, chociaż Fay na niego patrzyła. - A mój brat poszedł w ślady naszego ojca i podobno próbuje sił w polityce. Tak przynajmniej słyszałem w wiadomościach. Wyjątkowo irytujący typ. Szczera nienawiść do mutantów, niczym inkwizycja z Manhattanu. - wzruszył ramionami, nie dając sobie rady z powstrzymaniem gorzkiego uśmiechu. Kto by pomyślał, że stojący przed nią typ w przetartych dżinsach, kiedyś wychowywał się w apartamencie na Park Avenue, chodzi do szkół, na które nie było nawet stać większości zjadaczy chleba, a nawet kiedyś miał przed sobą dość świetlaną przyszłość. Jego młodszy brat Chris poszedł w ślady ojca i zadowolił go w sposób w jaki nigdy nie potrafił zrobić to jego pierworodny. To była dość głośna sprawa sprzed lat. Bestialskie morderstwo mutanta na własnej siostrze. Przez kilka miesięcy jego zdjęcie dość często pojawiało się w wiadomościach. Syn prokuratora stanu Nowy Jork zamordował własną siostrę. Cały kraj współczuł rodzinie Hendersonów. Tylko, że Ronnie był niewinny, a głowy prawdziwych morderców nigdy nie zawisły.
Kiedyś zawisną.
- Nie ma za co. Ujęło mnie to jak przejęłaś się moim postrzałem. - uśmiechnął się zaczepnie i w końcu pierwszy raz szczerze dzisiejszego wieczoru.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Fay Murphy



Who gets the bird, the hunter or the dog?

kontrola nad zwierzętami

75%

informatorka w Bractwie





name:

Fay Karen Murphy

alias:
Olivia Ward

age:
26 lat

height / weight:
173/55

Wysłany: 2018-05-01, 23:50   
  

   Władczyni Pingwinów

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Fay nawet nie walczyła z tym, jak szybko ludzie z bractwa stali się dla niej ważni, a sam obóz stał się dla niej domem, którego od dawna nie miała. Za każdym razem gdy wspominała swoje początki w tym miejscu... cóż, nie mogła powstrzymać rozbawienia. Pamiętała bardzo dobrze, jak utrudniała Leonowi sprowadzenie się tutaj, jak mocno wzbraniała się przed dołączeniem do grupy, o której tak źle wypowiadano się w mediach. Po przyjeździe na miejsce była bardzo nieufna, jednak na swoje nieszczęście również ranna, więc chcąc nie chcąc musiała spędzić tu dzień czy dwa, zanim wyruszyłaby w dalszą trasę. Dni jednak zmieniły się w tygodnie, tygodnie w miesiące... poznała ludzi, poznała prawdę o tym, po co obóz powstał i zechciała być jego częścią. Chciała brać udział w tym, co się tutaj działo. Działać, żeby mutantom było lepiej, nawet, jeśli zakres jej możliwości nie był duży.
Ostatnio trochę o tym zapomniała. Wciąż robiła to samo, co zwykle, głównie zbierała informacje, jednak nie mogła oprzeć się wrażeniu, że z biegiem czasu stawały się one coraz mniej znaczące. Jak w przypadku marszu polegały głównie na wyliczaniu strat, niż przygotowaniach do ataku. Czuła lekką ekscytację na myśl, że miało się to zmienić, jednak nie zabrakło także miejsca na strach, że wszystko i wszystkich może jutro szlag trafić. A Penny? Któreś z nich będzie musiało jej wytłumaczyć, że przez kolejny dzień czy dwa ona i Ronnie nie będą mogli się nią zająć i zrobi to ktoś inny. Tej rozmowy także nieco się obawiała. Mała nie była głupia, a ona nie chciała dawać obietnic, których być może nie uda jej się spełnić.
Słowa Ronniego nieco ją zaskoczyły i... można powiedzieć, że też trochę dobiły. Bo niestety miał rację, to jej umknęły podobne wnioski. Chyba po prostu wolała myśleć, że nawet u dogs w jakiś sposób... nie wiem, dbają o tych, którzy działają po ich stronie? Dobrze ich traktują? A słowa Ronniego zabrzmiały, jakby chodziło jedynie o wykorzystanie mutanta, ustawienie do w pierwszym szeregu w bitwie, w której być może nawet nie chciał brać udziału. A co do ratunku, to najpierw musiałaby jakoś dotrzeć do Sophie, co też nie będzie łatwe. Dopiero wtedy będzie mogła myśleć, o przekonaniu ją do swoich racji.
- Super... jeszcze jakieś optymistyczne spostrzeżenia? - zacisnęła usta i skrzyżowała ramiona na wysokości klatki piersiowej czując, że teraz jej też przydałoby się piwo, zamiast jakichś głupich lodów. Albo wino. Whisky. Cokolwiek. Jutro na kilka godzin jej myśli zostaną zajęte akcją, jednak gdy potem te wszystkie rozważania wrócą, bez alkoholu się chyba nie obejdzie. Zresztą, czy jutro wygrają, czy przegrają... jeśli przeżyje, w przeciągu następnych kilku godzin nie miała zamiaru być trzeźwa.
- Przykro mi - powiedziała cicho, raczej z automatu, bo przecież podobne słowa nie miały nigdy większego sensu. Tak się mówiło i tyle. To jej wystarczyło, żeby nie drążyć temu i przestać rozdrapywać być może już zagojone rany. Już nie ważne było, czy była mutantem, czy nie, oraz w jaki sposób zginęła - ton głosu Ronniego i unikanie jej spojrzenia odebrała jako sygnał, że tu jej ciekawość powinna się skończyć.
- Nienawiść do mutantów... pewnie ma spore poparcie, co? - rzuciła, uśmiechając się bez cienia wesołości. Ale co zrobić, podobnych historii były dziesiątki. Gdzie pojawiał się mutant, tam towarzyszyło mu niezrozumienie i odrzucenie. Rzadko oglądała wiadomości, nie orientowała się za bardzo w polityce, jednak teraz, gdy już wiedziała o bracie Ronniego, będzie pamiętała, żeby zwrócić na niego uwagę, gdy nadarzy się okazja. O sprawie starszego Hendersona chyba nie słyszała. Albo słyszała, tylko jeszcze wtedy te informacje nie wydawały jej się istotne, ze względu na to, że nie znała go osobiście. Jak większość faktów przekazywanych przez media, wpuściła je jednym uchem, a wypuściła drugim, bo zwyczajnie nic nie zmieniały w jej życiu. Ot, kolejna tragedia, którą telewizja miała zamiar wałkować jakiś czas, by ostatecznie znaleźć sobie bardziej aktualny temat.
- Możliwe, że miałam swój interes w tym, żeby utrzymać cię przy życiu, także no... nie schlebiaj sobie - odparła, także pół żartem, pół serio, jednak po chwili dodała coś jeszcze, bardziej na poważnie, zerkając w jego stronę - I zrób wszystko, żebym jutro nie musiała się przejmować żadnymi postrzałami - przygryzła lekko wargę. Tak, to było takie przekazanie między wierszami, żeby na siebie uważał.
_________________


I wish I could see this world again through those eyes...

[Profil]
  [0-]
 
ronnie henderson



Some people survive chaos and that is how they grow. And some people thrive in chaos, because chaos is all they know

przyśpieszenie molekularne

84%

Rebel





name:

Ronnie Henderson

alias:
Vibe

age:
33

height / weight:
198/106

Wysłany: 2018-05-04, 00:26   
  

   1 Rok na Giftedach!


Ciężko mu było określić swoje zdanie dotyczące mutantów działających w szeregach dogs. Z jednej strony w jego oczach była to po prostu zdrada własnego gatunku. To dogs było winne prześladowaniom, a złą sławą owiane były miejsca, w których przeprowadzali doświadczenia na mutantach. Nie był rycerzykiem w srebrnej zbroi. Nie był aż taki hipokrytą, by oceniać czyjąś moralność, mając tak wiele na swoim sumieniu, a jednak nawet on potrafił określić co było złe, co było dobre. To nie obrazy sprzed czternastu lat nie dawały mu zmrużyć oka w nocy, to wyhodowane kilka lat temu sumienie, nie pozwalało mu zapomnieć o tym jak wiele był w stanie kiedyś zrobić żeby po prostu przetrwać. Mimo to nie miał zbyt wiele współczucia dla tych, którzy stali po drugiej stronie barykady. Każdy podejmował własne decyzję, a on doskonale zdawał sobie sprawę z tego kto był jego wrogiem. Przynajmniej tak mu się wydawało. Czasami różne rzeczy jednak doprowadzały do tego, że ludzie podejmują takie wybory, a nie inne. Wiedział, że dogs było gotowe posunąć się bardzo daleko, żeby dostać to czego chciało. Nie mógł jednak o tym myśleć. Jeśli ktoś stał na przeciwko niego był jego wrogiem. Pewnych rzeczy dla własnego dobra nie powinno się zapominać. Sam jednak był żywym dowodem, że propaganda potrafiła omamić do tego stopnia, że swojego czasu faktycznie wierzył w to, że warto umierać za wszystkie ideały promowane amerykańską flagą. Teraz wiedział, że to bujda na sankach. - Rzucam z nimi jak z rękawa, co? - uśmiechnął się słabo. Był jak chodzący pogromca dobrego nastroju, ale no cóż… nie lubił się okłamywać. Życie było po prostu chujowe. - Mówię tylko, że skoro jest w dogs i może być tam dość długo, może tam być z własnej woli. Po prostu.. Jak już ją spotkasz, nie ufaj jej za bardzo, co? - zmarszczył brwi, bo zdał sobie sprawę z tego, że nie miał żadnego prawa mówić jej co powinna robić lub jak też traktować własną siostrę. On przejechał się na tym, że zaufał swoim bliskim. Nie życzył tego Fay. Parsknął krótko. - Nie powinienem się w to wpieprzać. - stwierdził w ramach przeprosin, bo jednak słowo “przepraszam” dość rzadko opuszczało jego usta.
Słusznie zauważyła, że nie chciał o tym rozmawiać. Tematu tego nie podejmował od wielu lat i naprawdę nie chciał rozdrapywać rany, która się nie zabliźniła i prawdopodobnie zawsze będzie już niezagojonym, ropiejącym okaleczeniem. - Taa.. mi też. - stwierdził, przytykając butelkę do ust.
- Wciąż rosnące z tego co zaobserwowałem. - stwierdził gorzko, odstawiając piwo na blat. Wielokrotnie widywał brata u boku ojca w telewizji, wiedział co się dzieje. A podobno jego rodzina nic go nie obchodziła. - Mój ojciec prowadzi w Nowym Jorku kampanię przeciwko mutantom. Jest prokuratorem więc promuję dość brutalną sprawiedliwość. Moim zdaniem dość świetnie się przy tym bawi. Podobnie jak ten jego przygłup. - dodał, nerwowo pocierając dłońmi o twarz. Był zmęczony, ale czuł że dzisiaj może już nie zasnąć. Chociaż Fay nie zadawała mu trudnych pytań jakiekolwiek wspomnienie o ojcu czy bracie uderzało w jego słaby punkt. Momentalnie czuł jak jego serce zaczyna szybciej pompować krew.
- Interes w utrzymaniu mnie przy życiu? - uniósł lekko brwi. - Z natury nie jestem zbyt skromny. Lubię sobie schlebiać. - odpowiedział, wzruszając ramionami, a po chwili w reakcji na jej słowa, jego kąciki ust lekko drgnęły, nadając jego uśmiechowi lekko łobuzerski wymiar. Pomyśleć, że ten człowiek osiągnął mistrzostwo w zadręczaniu samego siebie. Być może wciąż miał w sobie jakiś urok. Wątpliwy, ale miał. - Potraktuję to jako wyzwanie. - odparł jej, zerkając na nią z góry. Głupie pomysły przychodziły mu teraz do głowy.
_________________
TELL ME, FATHER, WHICH TO ASK FORGIVENESS FOR:
WHAT I AM, OR WHAT I'M NOT?
[Profil]
  [0-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 6