Poprzedni temat «» Następny temat
Brama główna
Autor Wiadomość
Liam Ellsworth



Jestem sobą, jestem kimś...

Iluzja lęków

84%

Informatyk / haker





name:

Liam Adam Bruce Ellsworth

alias:
Dominic Lawson

age:
35 lat

height / weight:
193/88

Wysłany: 2020-03-18, 21:44   
   Multikonta: Brian, Nicholas, David, Seba
  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 Lata Giftedów!


Mutant za bardzo był skupiony na tym, aby skrzywdzić dziewczynę, z którą Liam pojawił się w tej kamienicy. Dzięki tej jego nieuwadze, udało mu się go dotknąć i ujrzeć obraz jego lęków. Nie czekając dłużej, ten obraz zrealizował w tle palącego się mieszkania. Utrzymując rzeczywistą iluzję, którą widział tylko Liam i napastnik, ten moment idealnie wykorzystała dziewczyna, brutalnie pozbawiając mutanta przytomności. Musiało boleć. Ale dzięki temu, mieli go z głowy. Liam zakończył iluzję i dopiero po rozejrzeniu się, dostrzegł jedno już spalone ciało w tym pomieszczeniu. To nie był zbyt przyjemny widok. I jedynie domyślał się, że to musiał być członek tej rodziny. Ojciec? Najwyraźniej.
Gdy ten problem był z głowy, i jeżeli nieznajoma ruszyła w stronę dziecka, Liam zrobił to samo, podpierając się ściany i kuśtykając. Kostka go tak cholernie bolała, że ledwo mógł poruszać stopą. Ale dotarł do kuchni, widząc małego chłopca przy ciele matki. Podszedł bliżej i w miarę możliwości kucnął, na zdrowe kolano chorej kostki, jako że wtedy na nią nie naciskał. Sprawdził puls kobiety przy szyi, by sprawdzić, czy jeszcze żyła. Rzucił także okiem na dziewczynę, która przybiegła tu za nim.
- Zabierz chłopca.
Polecił. On spróbuje zająć się matką dziecka, jeżeli była dla niej jeszcze nadzieja. Jeżeli zdążą nim pomoc przyjedzie i nie zawali się im nic na łeb. Żadna belka czy nie wiadomo co.
[Profil]
  [B+]
 
Robin Alexander



I can't hear you. Maybe it's music or - I don't know - maybe it's bullshit.

Szósty zmysł

65%

Zawodowy haker





name:

Robin Aleksander

alias:
Alex

age:
19

height / weight:
165/53

Wysłany: 2020-03-19, 13:08   

Na szczęście wszystko poszło zgodnie z planem, a napastnik wylądował nieprzytomny na podłodze. Miało to swój minus, dym z pożaru znowu ogarnął cały pokój. Zaczęłam kasłać, czując że wypluje zaraz płuca. Albo zwymiotuje. To chyba podobne uczucia. Jedno było pewne długo tu nie wytrzymam.
Uśmiechnęłam się zwycięsko do mojego wspólnika. Nawet pomyślałam, żeby zbić zwycięską piątkę, ale od razu przypomniałam sobie o dziecku. Podbiegłam do niego i kucnęłam uśmiechając się łagodnie. - Już wszystko w porządku. Pomożemy Ci dobrze? - Wzięłam go w ramiona i wstałam. Dopiero teraz zauważyłam nieprzytomną matkę obok i jak mój wspólnik kuśtyka. Oho. W tym stanie wątpię, że uda mu się jej pomóc. Ja byłam bez silna. To dorosła kobieta, wyższa i cięższa ode mnie. Jedyne co mogłabym zrobić to ciągnąć ją do wyjścia po podłodze. Co by raczej zrobiło jej krzywdę.
Potaknęłam na polecenie wspólnika. Dla mnie priorytetem było dziecko. Wiedziałam, że on mimo swojego stanu spróbuje pomóc kobiecie. Wybiegłam z małym na rękach jak najszybciej się dało. Odstawiłam go w bezpiecznej odległości od budynku. - Zostań tu chwilę dobrze? Pójdę pomóc twojej mamie. - Znalazłam jakąś babcie lub starszą osobę i poprosiłam o opiekę nad małym. Starsi ludzie chyba nie mogą być źli prawda? Wróciłam szybko do drzwi budynku i zatrzymałam się przed stojącymi tam gapiami. -Czy ktoś może pomóc? Tam jest kobieta, która potrzebuje pomocy! -
Miałam nadzieję, że ktoś pobiegnie ze mną na górę i pomoże wynieść kobietę. Jeśli nie sama spróbuje pomóc mojemu wspólnikowi.
[Profil]
  [A+]
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2020-04-02, 20:56   

Chłopczyk nie chciał współpracować, bojąc się nowych twarzy. Mimo dobrych intencji zmartwionej Robin, dziecko nie puszczało swojej mamy i musiałaby użyć większej siły, aby mu pomóc. Oczywiście oznaczało to głośny płacz dziecka, które nie znało ich intencji i chciało pozostać przy swojej matce, zupełnie nieświadome tego, z jakim zagrożeniem się to wiązało. Przez cały ten czas nie szukało samodzielnie ucieczki od płomieni, W końcu najbezpieczniejszym miejscem, jakie znało, były ramiona jego mamy, która w tej chwili leżała bezwładnie na podłodze.
Liam sprawdzając puls mógł wyczuć bardzo słabe tętno kobiety. Żyła, jednak każda kolejna minuta mogła okazać się jej ostatnią. Zdeterminowany mężczyzna mimo to zdecydował się uratować zarówno matkę, jak i dziecko, nie zamierzając zostawiać nikogo na pewną śmierć, skoro wciąż była nadzieja.
Robin na jego polecenie zabrała ze sobą chłopczyka, który ściskał swe piąstki na jej ubraniach i przytulał się do niej ze strachu. Wybiegnięcie z kilkupiętrowego budynku z dzieckiem nie należało do łatwych zadań, jednak udało się im bezpiecznie opuścić kamienicę i przekazać dziecko parze staruszków, którzy z przerażeniem obserwowali całe wydarzenie z ulicy. Nie wiedzieli, co było przyczyną pożaru ani ile osób wciąż przebywało w środku. Znali jednak bardzo dobrze rodzinę zamieszkującą tą kamienicę.
Chłopiec nie chciał puścić Robin, jednak napotkana para pomogła kobiecie przypilnować dziecko i dziewczyna mogła wrócić do Liama, który pozostał wewnątrz płonącego mieszkania - samego serca pożaru. Przez obrażenia na ciele, jego los od tego momentu także wisiał na włosku. Teraz walka toczyła się o życie jego oraz mutantki.
W czasie gdy Robin była na zewnątrz, Liam próbował pomóc nieprzytomnej kobiecie. Ból skręconej kostki wydawał się być coraz większy, gdy opierał swój ciężar na rannej nodze. Pojawiła się charakterystyczna opuchlizna. Jeśli próbował przewlec/przenieść ciało poszkodowanej, szybko zrozumiał, że mimo swojej dużej sprawności fizycznej, skręcona kostka praktycznie uniemożliwia mu działanie. Czarnego dymu było coraz więcej i widoczność spadała praktycznie do zera, jeśli pozostawało się w pozycji wyprostowanej. Ten ogień... wydawał się rozprzestrzeniać z podwójną siłą. Liam usłyszał nad swoją głową niepokojące trzaski. Przypominało to dźwięk pękających gałęzi w ognisku.
- Moje... dziecko... -
Niespodziewanie usłyszał głos. Poszkodowana jakimś cudem zaczynała odzyskiwać przytomność. Nie kontaktowała jednak na tyle, aby zrozumieć jakiekolwiek słowa. Jedyne, co zdążyła spostrzec, to brak swojego syna. Nie martwiła się o siebie ani o dom. Chciała jak najszybciej zlokalizować swoje dziecko. Zaczęła go szukać wzrokiem, z ogromnym trudem poruszając głową.
Kilka sekund później w ich kierunku zawaliła się wielka drewniana belka, a wraz z nią zaczął sypać się gruz z sufitu, który pokrył ciała ich obojga pyłem. Ten hałas był słyszalny nawet z zewnątrz budynku, a jeśli Robin przebywała już na klatce lub wewnątrz, mogła wręcz poczuć jak kamienica zadrżała pod jej stopami.
Liam leżał na podłodze. Jego ubrania były całe pokryte szarym pyłem oraz gruzem. Nie mógł się podnieść, gdyż jego prawe ramię zostało przygniecione przez ciężki obiekt. Być może był to kawałek sufitu, a może sama belka. Jeśli miał wystarczająco siły, mogło mu się udać to z siebie zrzucić. Matka dziecka miała mniej szczęścia. Belka spadła wprost na jej klatkę piersiową, łamiąc jej żebra. Krztusiła się krwią, patrząc na mężczyznę leżącego obok. Ona wiedziała, że nie opuści już tego miejsca. Ledwo odzyskała przytomność, a już stała się świadkiem cierpienia obcego mężczyzny, który chciał uratować jej rodzinę, bezinteresownie ryzykując własne życie. Jej oczy zaszkliły się, a po twarzy zaczęły spływać łzy. Czuła się temu wszystkiemu winna. Temu, co spotkało jej rodzinę oraz krzywdzie, jakiej doświadczył nieznajomy. Mimo to miała ostatnią prośbę. Chciała, aby jej największy skarb był bezpieczny. Dla niej nie liczyło się nic innego.
- Błagam... zajmijcie się... moim synem... Zajmij się... Tengfei... Ye...-
Jej powieki opadły, a ciało przestało reagować na jakiekolwiek bodźce. Odeszła, podzielając los swojego męża i zarazem ojca ich dziecka. W tym pożarze, tego tragicznego dnia, mały, niewinny chłopiec stracił obojga swoich rodziców i jego życie zmieniło się już na zawsze.
Świadkiem tych ostatnich słów mogła być Robin, która wraz z kilkoma przypadkowymi ludźmi weszli do budynku, aby pomóc ocalałym. Albo dotarła na miejsce już po tych słowach, zastając już tylko żywego Liama. Być może nadal był przygnieciony i niezdolny do podniesienia się, a może dał radę wydostać się o własnych siłach. Trzeba było go stąd jak najszybciej zabrać. Za oknem słychać było wycie syren wozów strażackich. Pomoc nadeszła zdecydowanie zbyt późno...
[Profil]
 
 
Liam Ellsworth



Jestem sobą, jestem kimś...

Iluzja lęków

84%

Informatyk / haker





name:

Liam Adam Bruce Ellsworth

alias:
Dominic Lawson

age:
35 lat

height / weight:
193/88

Wysłany: 2020-04-02, 21:42   
   Multikonta: Brian, Nicholas, David, Seba
  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 Lata Giftedów!


Sytuacja była dramatyczna. Na całe szczęście, nowa towarzyszka postanowiła spełnić jego prośbę i zabrała chłopca z płonącego mieszkania. Nawet jeżeli mały sprawiał problemy, chcąc zostać z matką. Liam go bardzo dobrze rozumiał. Będąc też dzieckiem, stracił obojga rodziców. Dlatego za wszelką cenę chciał im pomóc. Uratować jego matkę.
Zostając sam z kobietą, która jak się okazało jeszcze żyje, musiał się spieszyć. Próby podniesienia się na nogi były kłopotliwe przez skręconą kostkę. Bolało jak cholera, lecz starał się to ignorować. Problemem stawało się także powietrze i dym. Przez chustę zaczynał mieć problemy z oddychaniem. Nie raz zakaszlał, szukając wzrokowo wyjścia. Kobietę przerzucił na plecy. Nie mógł wziąć na ręce ani też przez ramię. Gdy miał ją na plecach i podniósł się na nogi, krzywiąc z bólu na kostkę, usłyszał jej słowa.
- Jest bezpieczny. Koleżanka go zabrała.
Uspokoił kobietę. Nie musiała bać się o syna. Liam tylko miał nadzieję, że dziewczyna szczęśliwie dała radę opuścić budynek. Nie czas jednak na rozmyślania o jej sytuacji, kiedy samemu ma się poważniejszy problem. Znów kaszlnął, ale zaraz ruszył z bólem przed siebie. Udało mu się opuścić kuchnię i skierować do salonu. Słyszał skwierczenie drewna od ognia. Aż w pewnym momencie stało się to, czego obawiał. Coś zaczęło pękać i nagle go uderzyło porządnie w ramię, powalając na ziemię. Syknął z bólu, próbując się poruszyć, co sprawiało mu spory problem. Belka przygniotła go w ramię. . Na dodatek spadła na niego część tynku sufitowego, czy nawet i betonu. Mimo dodatkowego bólu, zwalił z siebie belkę, po kilku trudnych próbach jedną ręką. Podniósł się do siadu, trzymając za ramię. Rozejrzał się i zauważył ciało kobiety porządnie przygniecione masywną belką. Na kolanach przysunął się bliżej chcąc zabrać przeszkodę aby jej ulżyć i zatamować krwawienie. Wtedy ona przemówiła. Powiedziała coś, czego w tej chwili nie chciał usłyszeć.
- Proszę wytrzymać... Proszę...
Nie zdążył nawet dokończyć. Gdy na nią spojrzał, jej powieki opadły, głowa przechyliła się na bok, krew spłynęła z kącika ust. A on szybko dotknął jej pulsu przy szyi zostawiając belkę w spokoju. Odeszła... Opadł na posadzkę w szoku i bezradności. Nie uratował jej. Nawet jego nie obchodziło co się teraz dzieje. Nie uratował jej. Matki tego chłopca...
Kaszlnął znów, tym razem porządnie niemal się dusząc. Czuł że sam zaraz odleci od wdychania dymu a chusta zaczynała być już coraz mniej użyteczna. I tak długo dzięki niej wytrzymał. Znów próbował się podnieść, upadając na pobliski mebel. Gdzieś znów coś zleciało. Było słychać tak wyraźnie, że Liam schował głowę a potem rozejrzał się. Wejście do kuchni się zawaliło. To musi być stara kamienica, że tak szybko się sypie.
Z tą opuchniętą kostką było coraz ciężej poruszać się. Padł na kolana półtora metra przed wyjściem z mieszkania, trzymając się prawego ramienia. Belka musiała mocno przywalić, że cudem chyba kości mu nie złamała. Wtedy usłyszał kroki i jak podniósł głowę ujrzał ludzi. Niezbyt wyraźnie, ale znów postanowił wstać. Przekonanym będąc, że da radę - nie dawał i widocznie potrzebował pomocy. Jeżeli jego spojrzenie z mutantką się spotkało i jeżeli zapytała o kobietę, spuścił wzrok i głowę, kręcąc że nie udało mu się... Kobieta zmarła, przygnieciona belką. Nie powiedział tego, ale już sama jego mimika i gest, powinny dać jasno do zrozumienia. Czasu było coraz mnie, gdyż znów kolejny element drewna się zawalił i to tuż niedaleko jego osoby. Liam odsunął się lekko na bok skuliwszy, jakby to miało go uchronić przez leżącymi kawałkami palącego się drewna. Znów zaniósł się kaszlem.
[Profil]
  [B+]
 
Robin Alexander



I can't hear you. Maybe it's music or - I don't know - maybe it's bullshit.

Szósty zmysł

65%

Zawodowy haker





name:

Robin Aleksander

alias:
Alex

age:
19

height / weight:
165/53

Wysłany: 2020-04-03, 00:33   

Dziecko nie za bardzo współpracowało. Take są dzieci. Chociaż nie rozumiałam jego przywiązana do matki. Silna więź z którymkolwiek rodziców była czymś czego nigdy nie pojmę. Ja od najmłodszych lat radziłam sobie sama. Pf wielkie mi co.
Po nie łatwym odstawieniu dziecka w bezpieczne miejsce, ruszyłam z powrotem do palącego się budynku. Na moje szczęście znaleźli się dobrzy ludzie, którzy zechcieli mi pomóc. Chociaż teraz pomyślałam czemu wcześniej się nie zainteresowali. Czy wszyscy ludzie to tchórze. Gdy tylko przekroczyliśmy próg kamienicy poczułam silny wstrząs. Czegoś takiego nigdy nie doświadczyłam. Jakby cały dom krzyczał "uwaga zaraz się zawalę". Nie wróżyło to nic dobrego. Wzięłam głęboki oddech świeżego powietrza i pognałam jak najszybciej mogłam i na ile stan budynku mi pozwalał, z powrotem na górę. Moja pamięć pozwoliła mi tam bezbłędnie trafić, o ile budynek w miarę jeszcze się trzymał i mogłam swobodnie przejść korytarzami.
Gdy tylko przekroczyłam próg mieszkania zobaczyłam mojego wspólnika. Wyglądał źle nawet bardzo. Rozejrzałam się za kobietą. Kuchnia była zawalona. O matko. Podbiegłam do mężczyzny i kucnęłam przy nim. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, wszystko było jasne. Tamta kobieta, została tam. W kuchni. Gdzieś pod gruzami. Starałam się nie myśleć o tym. Teraz było ważne, żeby nikt więcej tu nie umarł. -Hej! Tutaj! - krzyknęłam do ludzi, którzy wbiegli za mną a by pomóc. Co prawda mieliśmy uratować kobietę, ale cóż… Ważne że było jeszcze kogo ratować. Spróbowałam wślizgnąć się pod ramie za które się nie trzymał i pomóc mu wstać. Ze mną będzie bardziej bezpieczny, moja moc ostrzeże mnie gdy coś będzie się chciało na nas zwalić.
[Profil]
  [A+]
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2020-04-09, 19:48   

Czy można było jakoś temu zapobiec? Zmienić bieg wydarzeń i sprawić, by udało się uratować zarówno matkę, jak i dziecko? Czy gdyby nie kostka Liama, fizyczne ograniczenia, ból, który nie pozwalał mu działać lub gdyby polecił Robin się tym zająć zamiast samemu brać na barki ten ciężar, zakończenie tej historii wyglądałoby zupełnie inaczej? Tak niewiele brakowało. Tak niewyobrażalnie kruche było ludzkie życie...
Liam był załamany i ogarnęła go zupełna bezradność. Dziwnie znajome poczucie pustki, straty ściskającej gardło. Śmierć rodziców czyjegoś dziecka przywołała jego najgorsze wspomnienia, kiedy to sam w wieku dziesięciu lat dowiedział się o śmierci własnej matki oraz ojca. Zamordowani, odebrani na zawsze. Jeden dzień potrafił obrócić całe wcześniejsze życie w pył i Liam wiedział o tym najlepiej. Doświadczył tego na własnej skórze.
Chłopczyk, z którym mógł się wręcz utożsamić, był jeszcze mały, lecz kto wie, ile pozostało obrazów w jego głowie i czy na pewno nie będzie pamiętać tego strasznego wydarzenia? Dla jego rodzicielki chwilę temu wciąż była nadzieja. Była iskra szansy na to, że wyjdzie z tego cało i chociaż matka przeżyje. Liam mógł czuć, że zawiódł. Że gdzieś popełnił jakiś błąd...
Duszący dym sprowadził go na ziemię i pobudził jego wolę przetrwania. Mężczyzna próbował znaleźć wyjście, jednak czuł, że jego ciało było całe obolałe i posiniaczone. Upadek ze schodów, skręcona kostka i jeszcze ten gruz oraz belka. Musiał zrobić wszystko, aby to mieszkanie nie stało się także jego grobem. Chusta nie chroniła go całkowicie przed toksycznymi oparami. Czuł, jak zmierzając do wyjścia traci siły. Upadł półtora metra przed wyjściem z mieszkania, gdy nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Oczy łzawiły od parzącego dymu oraz wszechobecnego gorąca. Nie da rady, nie uda mu się stąd uciec na czas...
Wtedy niczym zbawienie pojawiła się Robin wraz ze wsparciem w postaci kilku przypadkowych przechodniów, którzy dopiero teraz ośmielili się działać. Za późno, aby uratować kobietę, ale nie za późno, aby uratować Liama. Na polecenie Robin, jeden z silnych mężczyzn pomógł jej chwycić poszkodowanego. Jasnowłosa wślizgnęła się pod jedno ramię, a przypadkowy cywil pomógł z drugą stroną.
- Czy ktoś tam jeszcze jest?! - zawołał trzeci mężczyzna, który chciał sprawdzić wszystkie pomieszczenia. Chciał przejść przez korytarz i sprawdzić najbliższe pomieszczenie, gdy po kilku krokach kolejny fragment sufitu się zawalił, omal nie przygniatając mu stopy. Od razu sobie darował samobójczego pakowania się wgłąb mieszkania.
Jednak Liam był jedynym, którego trzeba było ratować. Jedynym ocalałym. Nie tylko nie zdołał pomóc matce dziecka, ale też nie był w stanie sam się stąd wydostać, przez co narażał zarówno Robin, jak i tych przypadkowych cywili, którzy zdobyli się na odwagę i weszli w sam środek tego piekła.
Wśród tych ratowników był pewien tajemniczy nastoletni chłopak, który osobiście znał tę rodzinę. Zanim ruszył na ratunek, widział jak Robin ratowała dziecko azjatyckiego małżeństwa. Po matce i ojcu nie było jednak żadnego śladu. To oznaczało tylko jedno i nawet o to nie dopytywał poszkodowanego mężczyznę, jakby przełykając z trudem tę gorzką prawdę. Nikogo o to nie obwiniał. Nikogo poza tymi, którzy rozproszyli ogień.
Ten sam chłopak dostrzegł kątem oka leżącego na ziemi pluszaka, całego pokrytego pyłem, lecz płomienie jeszcze nie zdążyły go sięgnąć. Znajdował się tam, gdzie chwilę wcześniej upadł Liam, a którego już ewakuowano przez klatkę schodową. Często widział chłopca z tym pluszakiem i coś podpowiadało mu, żeby go zabrać, zanim jako ostatni opuści mieszkanie. Mały gest, jednak tylko tyle mógł zrobić...
Udało się bez większych problemów wyprowadzić Liama przez klatkę schodową. Kiedy wszyscy wyszli z budynku, jasne światło na moment oślepiło ich. Byli już bezpieczni. Żadnego dymu, żadnego ognia. Robin wraz z towarzyszącym jej mężczyzną mogli posadzić Ellswortha na najbliższej ławce lub na ziemi, zważywszy na zły stan jego kostki oraz ramienia. Czy była potrzebna karetka? Na to wyglądało... Kto wie czy nie miał żadnych obrażeń wewnętrznych.
Zrobiło się wokół nich spore poruszenie, jakby wszyscy naoczni świadkowie chcieli zobaczyć tych szaleńców, co wbiegli w ogień i cudem wyszli z tego cało. Podziw, oburzenie, niedowierzanie? Liam mógł poczuć na sobie wzrok co najmniej pięciu osób, jakby jego rany były jakąś sensacją. Robin także nie odpuszczano, gdyż teraz było doskonale widać, jak cała jej twarz była pokryta szarym pyłem. Dopiero co uciekli z pożaru, a teraz ich problemem był tłum gapiów...
- Kochanie, proszę, weź to. - Robin usłyszała nagle zza ramienia czyiś głos. To była ta urocza staruszka, której Robin tymczasowo dała uratowane dziecko pod opiekę. Obok niej stał jej mąż, bardzo poruszony całym wydarzeniem. W przeciwieństwie do innych ludzi, nie chciał spoglądać na Liama, jakby ten widok był dla niego zbyt drastyczny. Robin otrzymała od nich chustę, którą mogła wytrzeć swoją twarz.
- Niech Bóg ma Was w swojej opiece... - wyszeptała kobieta, pochylając pokornie głowę. Trudno stwierdzić, czy z myślą o ocalałych, czy zmarłych...
Za nogą męża staruszki chował się chłopiec, który spoglądał na swoich wybawców z ukrycia. Chciał podejść do Liama oraz Robin, jednak coś go powstrzymywało. Prawdopodobnie bał się tego tłumu wokół nich, jednak ten tłum można było łatwo przegonić. Wystarczyło kazać im się rozejść i nie robić sensacji.
Liam także nie pozostał z pustymi rękami. Poczuł jak ktoś stuka palcem jego ramienia, sugerując mu, aby się odwrócił. Dostrzegł nastolatka o azjatyckich rysach twarzy, który posłał mu cień uśmiechu, zanim wręczył mu do rąk małą pluszową pandę.
Pluszową... pandę...
Liam miał prawo być mocno zdezorientowany, jednak zaraz po tym geście mógł dostrzec, jak uratowany chłopczyk nieporadnie do niego podchodził, jakby nagle nabrał pewności siebie. Chciał potrzymać tego pluszaka? Gdy znalazł się wystarczająco blisko, chciał zbliżyć swoje rączki do włosów i twarzy Liama. Trochę tak, jakby chciał go przytulić, a przynajmniej móc dotknąć. W ogóle nie płakał, ale też się nie uśmiechał. Wydawał się być bardzo zdezorientowany, ale i ciekawy osób, które właśnie spotkał. Widząc pluszaka nabrał większego zaufania do mężczyzny. Może dlatego, że kojarzył go z domem? Chłopiec co jakiś czas spoglądał także na Robin.
- Co teraz z nim będzie? - zapytał staruszek, spoglądając na tę rozczulającą scenę.
- Jego rodzice to byli imigranci. Państwo Rong. To byli... naprawdę mili ludzie. Dalsza rodzina mieszka w Japonii... Chłopiec pewnie trafi do sierocińca. - odparł nastolatek mieszkający po sąsiedzku, spoglądając w stronę, skąd słychać było nadjeżdżającą straż pożarną oraz karetkę pogotowia. W jego głosie słychać było smutek i poczucie bezsilności, jednak takie były fakty. Pewnie na miejsce niedługo przyjedzie także policja, aby wyjaśnić przyczyny pożaru i zająć się chłopcem.
[Profil]
 
 
Liam Ellsworth



Jestem sobą, jestem kimś...

Iluzja lęków

84%

Informatyk / haker





name:

Liam Adam Bruce Ellsworth

alias:
Dominic Lawson

age:
35 lat

height / weight:
193/88

Wysłany: 2020-04-09, 23:51   
   Multikonta: Brian, Nicholas, David, Seba
  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 Lata Giftedów!


Cała uwaga była skupiona tylko na ratowaniu tutejszej rodziny. Dla ojca było za późno. Matka zmarła na oczach Liama. Chłopiec jedynie zdołał przeżyć, dzięki szybkiej interwencji nowej koleżanki. Znalazł się poza swoim miejscem zamieszkania, do którego już raczej nie wróci. Sytuacja wewnątrz była wręcz tragiczna. Dymu było coraz więcej. Utrudniało to nawet widoczność Liamowi, jak i sprawiało łzawienie w oczach. Nie mógł niczego się wesprzeć ani dotknąć. Niemal wszystko mogło być gorące czy pochłonięte przez ogień. Dusił się. Chusta na twarzy nie pomagała już tak dobrze jak wcześniej. Tak samo jak obolałe ramię i zwichnięta kostka. Stracił siły, do tego też dochodził brak tlenu. W pomieszczeniu było nawet gorąco. Co prowadziło do pocenia się w ubraniu. Oczekiwana pomoc przybyła. Słyszał ich głosy i jak tylko uniósł głowę mrużąc powieki, dostrzegł niemal znajomą sylwetkę. To musiała być ta sama dziewczyna co wcześniej. Pozwolił sobie pomóc i wsparł się o nią ramieniem. Drugiemu mężczyźnie pozwalając wziąć się z drugiej strony. Choć chwytanie za obolałą rękę, sprawiło mu ból, to jednak nie był on widoczny na jego twarzy w tych warunkach. Zapytany o kogoś jeszcze, obejrzał się za siebie w miejsce, gdzie powinna leżeć nieżyjąca już matka chłopca.
- Kobieta...
Wydusił z siebie Liam, kaszlnąwszy po chwili. W tym zapewne momencie znów coś runęło. Nadziei dla niej nie było już żadnej. Liam myślał chociaż, że gdyby udało się choć wydostać jej ciało, dałby choć zrobić jej godny pochówek. Tak samo tego mężczyzny, będącego ojcem chłopca. Tradycja rodowa Azji. Znał zasady. Lecz ciała te niestety spłoną pewnie z tym domem, jeżeli nie samym mieszkaniem.
Nie protestując, pozwolił się wyprowadzić na zewnątrz. Nikt w tym momencie nie myślał o tym, by ratować napastników. Ci dwaj co tam przebywali, zostali przez nich "zlikwidowani". Liam miał nadzieję, że ogień porządnie pochłonie ich obu.
Czując świeże powietrze, wykaszlał się porządnie usadowiony na ławce, gdzie mógł w końcu oddychać świeżym powietrzem. Był cały w pyle, ubrudzony od ogniowego dymu. Trzymał się teraz obolałego prawego ramienia. Prawą nogę miał wyprostowaną, co przynosiło nieco ulgę jego stopie, że nie naciskał na nią. Nie prezentował sobą najlepszego widoku. Jeszcze Ci gapie.. Zebrany tłum, który nikomu nie pomógł. Potrafił tylko patrzeć. Podniósł jednak głowę, spojrzawszy na kobietę która podeszła do jego wspólniczki biorącej udział w tym zdarzeniu. Starsza Pani, podarowała jej chusteczkę do wytarcia twarzy. Wzrokiem zjechał niżej, zauważając tego chłopca. Serce mu ścisnęło i odwrócił wzrok przed siebie, czując się dziwnie winnym i odpowiedzialnym za to że nie uratował jego mamy. Co ma mu powiedzieć? Sam nie wiedział.
Nagle poczuł dotknięcie na ramieniu. Obejrzał się, dostrzegając nastolatka. Spojrzał na to, co mu podał. Maskotka pandy. Brudna co prawda, ale zdawała się być jakby ocalała z tego pożaru. Nawet Liam nie zarejestrował obecności tam chłopaka. Odebrał podarek i przyglądał się maskotce przez chwilę słuchając też, co mu powiedziano. Wtem mały chłopiec podszedł do niego. Wyciągnął swoje małe rączki. Liam faktycznie myślał, że ten chce swoją zabawkę. Ale nie o to mu pewnie chodziło. Liam widział to w jego oczach. Usłyszał też sygnały służb specjalnych, będących w oddali. Pewnie pogotowie, straż pożarna i kto wie czy nie policja. Tych ostatnich wolałby uniknąć.
Maskotkę położył na swoich kolanach, po czym niepewnie ale i też powoli położył swoją dłoń na główce chłopca. O ile on sam na to mu pozwolił. Taki niewinny, nieświadomy chyba tragedii jaka go spotkała. Co będzie jak zacznie wołać mamę? Przecież widział go paręnaście minut temu przy niej.
- Przygarnę go...
Odpowiedział. Chyba sam nie wiedział co gada. Musiało mu przysmażyć porządnie mózg. Alex go pewnie zabije za to. Choć i tak coś trudno było u nich z dogadaniem się w ostatnim czasie. Może nie będzie tak źle?
Liam spojrzał na towarzyszkę akcji. Na gapiów nie zwracał na razie uwagi, póki nie zdejmował chusty z twarzy.
- Najchętniej bym się stąd zabrał...
Rzekł bardziej chyba do siebie niż do niej. Zaraz też przeniósł spojrzenie w stronę ulicy, z której mogły dobiegać syreny. Jak daleko są? Trudno ocenić. Mogą przybyć w każdej chwili. Liam podał chłopcu maskotkę a następnie zrobił coś, czego i tak pożałował. Podpierając się o oparcie ławki zdrową ręką, postanowił wstać na nogi. O ile na lewą stanął, tak naciskając na prawą, znów usiadł. Bolało cholernie, że aż się skrzywił w grymasie. W myślach przeklął porządnie. Miał teraz pewność, że nie da rady iść nigdzie. Zdany teraz będzie albo na wydanie policji, albo ktoś okaże się na tyle dobry, że pomoże mu się zabrać z tego miejsca.
Co będzie, to będzie. W duchu modlił się, by nie zostać rozpoznanym. Mimo iż minął rok, jego sprawa powinna ucichnąć. Nie powinni go szukać, kiedy na głowie mają inne problemy. Nie rzucał się w oczy nikomu przez ten rok.
[Profil]
  [B+]
 
Robin Alexander



I can't hear you. Maybe it's music or - I don't know - maybe it's bullshit.

Szósty zmysł

65%

Zawodowy haker





name:

Robin Aleksander

alias:
Alex

age:
19

height / weight:
165/53

Wysłany: 2020-04-21, 11:10   

Ktoś się spytał czy, ktoś jeszcze tu jest. No fajnie, że teraz się tym przejmuje. Jak już po ptakach. Miałam ochotę powiedzieć żywego nikogo już nie ma. Ale ugryzłam się w język. Żart nie na miejscu. Przypomniałam sobie. Był. Powinien być. Ten zły mutant. Wyrzuciłam myśl o nim. Jeśli tu zginie, lub już zginął to na swoje własne życzenie. Karma is a bitch.
Na szczęście udało się wyprowadzić mojego wspólnika bez żadnych dodatkowych przygód. Zawalony budynek i śmierć dwóch osób wystarczyło losowi i nie wystawił nas więcej na próbę.
Gdy przekroczyłam próg tego nieszczęsnego mieszkania, odetchnęłam z ulgą świeżym powietrzem, ale poczułam też ciężar tej całej sytuacji. Właśnie zginęła dwójka ludzi. Właśnie dziecko zostało sierotą. Nigdy już nie zobaczy swoich rodziców, którzy być może byli dobrymi rodzicami i go kochali. Być może mogło wyrosnąć na szczęśliwego człowieka, a teraz nigdy nie zobaczy dumy i radości swoich rodzicieli. O ile będzie ich pamiętał. Z zamyślenia wyrwała mnie starsza kobieta podająca mi chustkę. Przez chwilę nie wiedziałam po co. Czy to ma być jakaś pamiątka? Nagroda? Póki nie wyciągnęłam ręki. Była dosłownie cała w czarnej sadzy. Podziękowałam uśmiechem i przetarłam twarz. Od razu kawałek materiału zrobił się niemalże cały brudny. Wytarłam też ręce najlepiej jak umiałam i oddałam chustkę. - Dziękuje - powiedziałam z wdzięcznością. Dotknęłam włosów. Końcówki przypalone. Spojrzałam na kostkę, w którą dotknął mnie ten zły. Ciężko ocenić jej stan gdy cała jest czarna, ale spodnie nad nią były wypalone, co źle wróżyło, a sama kończyna piekła. O! To będzie pamiątka mojego heroicznego czynu.
Usłyszałam pytanie co z dzieckiem. Chciałam powiedzieć "ej na mnie nie patrzcie! Mam 19 lat nawet alkoholu nie mogę legalnie pić!" Jednak nie zdążyłam, bo mój współtowarzysz zadeklarował pomoc. Trzeba przyznać był bohaterem. Nie dość, że od razu rzucił się do płonącego budynku to jeszcze chce adoptować dziecko! A to duża odpowiedzialność! Tak mi się zdaje. Nie oponowałam z tym, szczególnie że mały chyba od razu polubił mojego współtowarzysza.
Odwzajemniłam spojrzenie na wieść, że chcę się stąd zabrać. Chyba nie podobała mu się cała ta atencja, która dawali nam gapie lub dźwięk syren w oddali. Mi nie podobali się te gapie. To była taka hipokryzja. Sami prawie nic nie zrobili, a nas wynosili na piedestał. Jednak działali trochę na naszą korzyść. W tłum łatwiej się wmieszać i uciec niepostrzeżonym. No chyba, że jesteś cały czarny i podpalany. To trochę utrudnia wmieszanie się w tłum. Przypomniałam sobie, że wspólnik zrobił coś dziwnego z tym złym mutantem. Czyżby sam miał moce? Może policja go szukała? Tym bardziej jego czyn był heroiczny. Na szczęście tylko ja byłam świadkiem użycia jego domniemanej mocy. Jednak uszanowałam jego wolę, zasłużył na spełnienie życzenia.
Pobiegłam szybko na drugą stronę ulicy po torbę, którą zrzuciłam wbiegając do budynku. I o ile nikt jej nie ukradł zadzwoniłam po zaprzyjaźnionego taksówkarza. To była moja dzielnica wiec znałam tu wielu ludzi, a temu akurat dawałam dobre napiwki żeby nie zadawał zbyt dużo pytań. Jeśli ktoś ukradł mi torbę (shame on you!) złapałam najbliższą taksówkę, musiał jakiś taksówkarz podjechać się pogapić nie? Poprosiłam o pomoc przy kuśtykającym wspólniku jednego z gapiów, a sama wzięłam na ręce małego chłopca. No raczej ze skręconą kostką czy co mu tam było nie dał by obecnie sam rady z dzieckiem. Miałam nadzieję, że dziecko się nie będzie wyrywać, jednak i tak starałam się go uspokoić - Cześć jestem Robin. Pojedziemy teraz zjeść obiad i się umyć dobra? Zobacz jaka jestem brudna, nie ładnie jest być takim czarnym prawda? A powiedz mi jaki ty lubisz kolor? Bo ja na przykład lubię zielony jak trawa, drzewa i żabki. - próbowałam zagadać małego. Jeśli nie był chętny do rozmowy gadałam takie bzdury cały czas, uspokajającym tonem głosu, póki nie dołączyliśmy do towarzysza w taksówce. -Jeźdź na razie przed siebie. - powiedziałam do taksówkarza, żeby jak najszybciej oddalić się od tego miejsca. Skoro już razem w to weszliśmy razem to skończymy. - Jestem Robin. - powiedziałam do mężczyzny nie wyciągając ręki. Prawdopodobnie trzymałam dziecko na kolanach, chyba że mały zadecydował inaczej. - Jedziemy do szpitala, czy wolisz jakieś inne miejsce? - pozwoliłam mu zadecydować. Nie będę przecież zmuszać dorosłego faceta, żeby szedł do lekarza!
Teraz gdy cała adrenalina ze mnie zeszła czułam jak moje mięśnie są zmęczone. Lewa łopatka zaczęła mnie kłuć. Oj jutro będą zakwasy.
[Profil]
  [A+]
 
Liam Ellsworth



Jestem sobą, jestem kimś...

Iluzja lęków

84%

Informatyk / haker





name:

Liam Adam Bruce Ellsworth

alias:
Dominic Lawson

age:
35 lat

height / weight:
193/88

Wysłany: 2020-04-24, 16:13   
   Multikonta: Brian, Nicholas, David, Seba
  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 Lata Giftedów!


Oboje nie wyglądali za dobrze. Dziewczyna miała inne swoje zmartwienia jak włosy czy przypalone spodnie i kostki. Liam z kolei włosami się nie przejmował, ale odczuwał problem chodzenia przez skręconą swoją kostkę i jeszcze utrudnienia w poruszaniu ramieniem. Belka mocno mu przywaliła. W końcu to nie było nic lekkiego jak spada z sufitu.
Gapie byli problemem, ale nie tak bardzo trudnym co zbliżające się pojazdy służb ratowniczych. Na pewno Liam nie chciał mieć styczności z policją. A wobec chłopca, czuł dziwne wyrzuty sumienia. Dlatego zgodził się go zaadoptować prosto z ulicy. Chłopak dzięki temu uniknie domu dziecka. Liam wie jakie tam jest życie. Najgorzej, jeżeli u chłopaka aktywował się lub dopiero aktywuje mutacja. Tak było z Liamem, że kiedy stracił rodziców, gen X się w nim przebudził, aktywował. U małego może być tak samo, ale też nie musi.
Kiedy wspomniał, że najchętniej by się wyrwał z tego miejsca a po chwili zrezygnował z prób wstania, bo nie mógł chodzić, działanie nowej koleżanki go trochę zaskoczyły. Lecz spojrzenie ich spotkało się i chyba dał jej dobry przekaz dlaczego. Szybko połapała fakty, albo tylko mu się zdawało, co tym samym dała radę załatwić dla nich taksówkę. Nie zastanawiając się, skorzystał z pomocy mężczyzny, który pomógł mu już wyjść z tego budynku. Sam był już ubrudzony, więc nie robiło mu to różnicy. Ellsworth jeszcze tylko upewnił się, czy dziewczyna zabrała chłopca ze sobą. I tak, uczyniła to mówiąc nawet do niego.Liam wtedy zastanawiał się, ile chłopak zrozumie z jej słów. Czy uczony był angielskiego, czy samego chińskiego?
Wsiadł do taksówki, towarzyszka obok z chłopcem na kolanach i pojazd ruszył z miejsca. Liam wtedy oparł głowę o oparcie tylnego siedzenia jakby z ulgą, ale problem był z wyprostowaniem nogi. Masował ramię które go nadal bolało, krzywiąc się lekko. Minęli zapewne służby na sygnałach które zmierzały na miejsce pożaru.
Chłopiec na razie spokojnie siedział na kolanach Robin, trzymając mocno swoją maskotkę pandy, lecz wpatrywał się w Liama. Niby spokojnie siedział, ale wewnątrz był niespokojny. Jakby strach go na razie nie opuszczał. Bo nie wiedział jeszcze co z jego rodzicami.
Wtedy też Liam dowiedział się jak ma na imię dziewczyna, która rzuciła się zaraz za nim do płonącego budynku.
- Inne miejsce. Takie, gdzie ktoś będzie mógł mnie potem zabrać.
Tak zaś myślał, by skontaktować się później z Thomasem, jak sam ochłonie po tym wszystkim. Może Robin znała takie miejsce. Na razie też nie zdradzał jej swojego imienia. Być może dlatego, że nie chciał jej teraz kłamać, a również by taksówkarz nie wiedział kogo przewozi. I mimo tej spokojnej drogi, chłopiec się odezwał po chińsku:
- Māmā...
I wtulił się do Robin, jakby już za mamą tęsknił. Liam to słysząc, spojrzał na młodego, ale nic nie odpowiedział. Odwrócił głowę w stronę szyby. Co on ma mu powiedzieć?
[Profil]
  [B+]
 
Robin Alexander



I can't hear you. Maybe it's music or - I don't know - maybe it's bullshit.

Szósty zmysł

65%

Zawodowy haker





name:

Robin Aleksander

alias:
Alex

age:
19

height / weight:
165/53

Wysłany: 2020-05-04, 22:43   

Na szczęści chłopiec współpracował. Był zaskakująco spokojny jak na tą sytuację. Wywróciłam oczami na lokalizację miejsca gdzie mój współtowarzysz chciał jechać. Mniej konkretnym nie mógł być. - Mam was zostawić na przystanku autobusowym czy na dworcu kolejowym? - odpowiedziałam sarkastycznie. Podałam taksówkarzowi adres altany blisko mojego domu. Była na uboczu i nie przyciągała dużo ludzi. Nie powinniśmy zwracać, aż tak dużo uwagi. Mały chłopiec powiedział coś w swoim języku i wtulił się w moją pierś. Był taki ciepły i uroczy. I taki biedy niczego nie świadomy. Dalej nie wiedziałam czy mnie rozumie, ale zanuciłam mu pod nosem pierwszą piosenkę, która mi wpadła do głowy. To chyba uspokaja dzieci prawda? Po to są kołysanki. Co prawda moja piosenka kołysanką nie była, ale co za różnica skoro nie wiedział o czym śpiewam. Zresztą mój współtowarzysz nie był rozmowny. Odwrócił się do szyby i zamyślił. Ja starałam się nie dopuszczać do siebie jeszcze dzisiejszych wspomnień i jechałam skupiając się na nuceniu i głaskaniu chłopca.

/zt. x2
[Profil]
  [A+]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,06 sekundy. Zapytań do SQL: 6