Wolność, kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem
Ramiona wektorowe
74%
brak
name:
Vincent Edams
alias:
Obiekt 36
age:
21
height / weight:
173/70
Wysłany: 2019-05-09, 14:26
Multikonta: Alex Parker
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
2 Lata Giftedów!
Grosza daj Giftedowi!
#darczyńca
Jej ślepe zaufanie we własne możliwości i młodzieńcza buta, doprowadziły do tego, że wpadła w sidła wroga. To tylko utwierdzało Vincenta w fakcie, że dziewczyna była jeszcze niedojrzała i nie nadawała się do Rebelii. Wiedział jednak jedno - nie zostawi jej tutaj.
Kiedy więc usłyszał, że nie wszczepiono jej nadajnika, odetchnął cicho z ulgą. Wiedział dokąd się teraz uda i już wiedział, że Nicholasowi się to nie spodoba.
- Dobrze. - szepnął - Słuchaj teraz uważnie. Nie rób nic głupiego, nie używaj mocy, bez względu na wszystko. - mówił do niej cichutko - Zasłonię ci twarz, nie mogą cię rozpoznać. Dolores powiadomiła o mojej ucieczce DOGS, więc musimy być ostrożni.
Rozejrzał się znowu, po czym nasunął na jej twarz kaptur (tak samo na swoją), odwrócił się do niej plecami i przy pomocy wektorów, usadził sobie siostrę na plecach, tak by mógł ją na barana przetransportować.
W milczeniu opuścili uliczkę,
Wolność, kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem
Ramiona wektorowe
74%
brak
name:
Vincent Edams
alias:
Obiekt 36
age:
21
height / weight:
173/70
Wysłany: 2020-02-18, 14:19
Multikonta: Alex Parker
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
2 Lata Giftedów!
Grosza daj Giftedowi!
#darczyńca
06.05
Było późno. Ulice opustoszały, co Vincentowi odpowiadało, bonie musiał się specjalnie starać by chować twarz. Odziany w czapkę z daszkiem, z podniesionym kołnierzem kurtki, przemierzał kolejną przecznicę, szukając śladów czegoś "niecodziennego". Nawet najmniejsze odstępstwo od normy, mogło oznaczać obecność mutanta, a była to okazja, do zwerbowania go do Rebelii.
Lubił nocne patrole. Była to jego mała namiastka wolności, zapowiedź tego, jak będzie wyglądać jego życie, gdy wygrają. Będzie mógł chodzić gdzie chce i kiedy będzie chciał. Zapewne uśmiechnąłby się do swoich myśli, ale ten szczególny grymas twarzy, wciąż przychodził mu bardzo trudno. Jedynie w obecności Imari się nieco otwierał.
Rozejrzał się dyskretnie, po czym otworzył puszkę Pepsi i upił spory łyk. Miał szczególną słabość do słodkich napoi i fastfoodów. Może dlatego, że wylądował w AG mając trzynaście lat i tam żywili go wyjątkowo zdrowo. A młodość ma przecież swoje prawa! Tak więc, od czasu do czasu, pozwalał sobie na małe, żywieniowe grzeszki.
Zerknął na ekran smarftona. Trzeba powoli wracać do baru, Parę godzin kimania i znowu robota na zapleczu. Nie, żeby narzekał, było to jakieś źródło gotówki, której bardzo potrzebował, wnioskując po podartych spodniach. Zawrócił w kierunku Laguna Negra.
Coś niecodziennego? Vincent, szukając oznak obecności ukrywających się po ulicach Seattle mutantów, z pewnością nie mógł się spodziewać tego – strzałki pojawiającej się znikąd i wbijającej się z brutalnym ukłuciem w jego szyję. Po drobnych oględzinach mógł stwierdzić, iż była ona niewielka, zakończona czerwonymi lotkami. To chyba niedobrze? Czy jednak nie miał się czego obawiać?
Zapewne odruchowo zrobił to w tej samej chwili, w której odsuwałem wargi od swojej dmuchawki. Ciekaw byłem trochę, czy gdybym nie używał szczęścia, wciąż trafiłbym z taką precyzją do celu. Chyba powinienem w ramach treningów wracać nawet do tak prymitywnych rzeczy… Ale, cóż, nie byłem tu dla sportu. Ściągnąłem dmuchawkę, w Japonii znaną jako fukidake, a w lasach deszczowych… A, zapomniałem w sumie, w jaki sposób ją tam określali. Istotne, że niejednokrotnie uratowała mi ona życie. Ściągnąłem ją i złapałem pewnie w dłoń. Mogła mi posłużyć również jako broń, gdyż była sporym – bo miała jakoś z metr sześćdziesiąt – kawałem bambusowego kijaszka. Oj, niezliczona liczba osób dostała nim po dupie. Chyba preferowałem ją bardziej od jakiegokolwiek ostrza.
Wyszedłem z mroku. Ten opuszczał mnie dosyć topornie, gdyż cały ubrany byłem na czarno. Nawet twarz miałem zamaskowaną w sposób dosyć charakterystyczny dla… ninja, heh. Kroki miałem pewne, zdecydowane. Bez słowa stanąłem kilka metrów od chłopaka. Nie przyjmowałem żadnej pozy gotowości, moją gotowością była ma moc, szczególnie w obliczu niewidzialnej mocy Vincenta Edamsa. Oj, kusiło wybrać tę lotkę z mutazyną. Byłoby łatwiej, ale mniej satysfakcjonująco.
- Niezdrowe jedzenie spowalnia nie tylko twe ciało, ale twój umysł i ducha twego również – odparłem dosyć sprawnie po japońsku. Pewnie gdybym nie przemawiał właśnie do Młodego o jego nawykach żywieniowych, zapewne mogłoby powiać grozą… Czy może jednak powiało? Vincent znał język japoński?
- Powinieneś teraz tkwić… – zacząłem już po angielsku, ściągając z głowy wolną ręką zamaskowanie. Nie pozwalałem sobie na przerwę w mojej przemowie. Kontynuowałem. – …w najbardziej zapuszczonym kontenerze i wykrwawiać się w drodze do Chin, ale jesteś tu i pijesz słodką Coca-Colę, bo mam do ciebie słabość, Młody. Nauczka. Jedna nauczka i ani jednej więcej szansy, rozumiesz? – zapytałem. I tak, oczekiwałem odpowiedzi.
Nie uświadczył w wyrazie mej twarzy znanego sobie Phila. Zazwyczaj głupkowaty, rozbawiony i skaczący z nogi na nogę Phil… Nawet nie byłem w tej chwili Agentem Lucasa. Lucky? Nie. John Smith? Oh, no. Czułem się w takich chwilach bardziej jak psychopata. Tak, psychopata. Może taki Ed Gein? Może powinienem był wziąć katanę znad kominka?
Wolność, kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem
Ramiona wektorowe
74%
brak
name:
Vincent Edams
alias:
Obiekt 36
age:
21
height / weight:
173/70
Wysłany: 2020-02-20, 09:48
Multikonta: Alex Parker
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
2 Lata Giftedów!
Grosza daj Giftedowi!
#darczyńca
Cichy świst i nagle poczuł dziwne ukłucie na szyi. Sięgnął do źródła i z żołądkiem ściśniętym z napięcia zanotował, że jest to...strzałka. Od razu nawiedziły go najgorsze myśli - to na bank strzałka z mutazyną, albo usypiająca, znaleźli go, znów go zamkną i tym razem tak skutecznie, że już nigdy nie ujrzy światła słonecznego...
Z sercem bijącym w rytm deathmetalu, wyrwał strzałkę z szyi i aktywował moc. Wektory są. Czyli usypiająca? Musiał szybko znaleźć schronienie, inaczej...
I wtedy pojawił się on. Cały na biało czarno.Póki co z zamaskowaną twarzą, ale ten irytujący głosik rozpoznał od razu.
Naprawdę, niech Phil nie czuje się urażony. Po prostu Edams był zazdrosny o Imari. Nawet jeżeli była między nimi tylko przyjaźń, był zazdrosny o każdego, z kim musiał się dzielić. Był dość terytorialnym zwierzątkiem.
Nie zrozumiał ani słowa po japońsku, ale zapewne w ustach amerykanina, brzmiało to co najmniej dziwnie. No, ale grunt, że nie był to niemiecki, wtedy na bank by uznał, że Phil zamierza go zagazować.
Potem jednak Neumann przemówił już po angielsku, a VIncent poczuł, że go aż rozsadza wściekłość,
- Pogięło Cię?! - syknął, bo nie chciał robić za dużo hałasu. W końcu nie chciał zwracać na siebie uwagi. -Co ci strzeliło do łba z tą strzałką ?!
Phil nie wiedział, jak irracjonalny lęk to w nim obudziło. Perspektywa powrotu do laboratorium go niemal sparaliżowała.
Tak. 10 maja AlterGen przestanie istnieć. A wraz z nim, jego strach
Vincent odetchnął głęboko. Co za dureń.
- O co ci chodzi, co ? - warknął - Wciąż błaznujesz, nie bierzesz mnie na poważnie, potem wysyłasz dziwne smsy, nie udzielając mi żadnej odpowiedzi a teraz się bawisz w jakiegoś kurna ninja i odgrażasz - oj zezłościł chomika.
Nie,żeby to było bardzo trudne. A wektory ustawił na tryb tarczy, tak na wszelki wypadek
Jedną z istotnych umiejętności w negocjacjach było słuchanie, a jako że negocjacje miałem okazję prowadzić niejednokrotnie, to nawet w trybie typowego, wariackiego, nieokiełznanego Phila potrafiłem wykrzesać z siebie na tyle cierpliwości i uwagi, by móc wysłuchać swojego rozmówcy. Tak i teraz, pomimo wzburzenia, wściekłości i też niechęci do tego całego przedsięwzięcia, stałem i słuchałem słów wypluwanych przez Vincenta Edamsa. Nie zmieniałem przy tym pozy, ani ważyłem się drgnąć i, cóż, musiałem przyznać, że nie spodziewałem się tego, że ktoś taki jak on może mieć mi tyle do zarzucenia. Niedomówienia owszem były, ale nie sądziłem, że moje lekkie usposobienie tak bardzo uraziło tego dzieciaka. Nieco inaczej w tej chwili na niego spojrzałem. Nie był najpewniej świadom tego, kim tak naprawdę również byłem. Uchybienie Nicholasa.
- Chodzi mi o to, Vincencie, że kiedy coś każę, należy to wykonać bez zbędnych pytań. Dlaczego? Bo należysz do mnie. Poprzez przynależenie do rebelii – odparłem na początek bez wyrazu. – Widzę, że nikt cię nie poinformował o mafii, która rządzi tym miastem, tym stanem. Ba, sięga nawet dalej poza jego obręb – stwierdziłem z dumą, ze stuknięciem opierając kij o asfalt. Musiałem wyglądać jak porąbana wersja Gandalfa Szarego. Phil Czarny? Heh.
- Finansujemy rebelię. Bar, w którym mieszkasz, pracujesz czy co tam sobie robisz… On należy do nas, a ja tym wszystkim rządzę, ja i Papa, więc albo się dostosujesz, albo będę musiał ci przetrzepać kości, abyś mógł jeszcze raz sobie wszystko na spokojnie przemyśleć – odparłem i zmarszczyłem odruchowo brwi. – Masz jeszcze jakieś pytania?
Wolność, kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem
Ramiona wektorowe
74%
brak
name:
Vincent Edams
alias:
Obiekt 36
age:
21
height / weight:
173/70
Wysłany: 2020-02-24, 08:21
Multikonta: Alex Parker
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
2 Lata Giftedów!
Grosza daj Giftedowi!
#darczyńca
Cóż....lata temu Vincent też był pogodnym dzieciakiem, aż nie trafił do AlterGenetics. A raczej jego rodzice się go nie wyrzekli i niemal go tam nie wypchnęli. Teraz był większym dzieciakiem bez poczucia humoru. Nie lubił nie być brany na poważnie. I bardzo nie lubił takich sytuacji jak ta. Pewnie cała sytuacja by się rozeszła po kościach, gdyby nie padła fraza należysz do mnie" która działała na Edamsa jak płachta na była. Skąd biedny Philu mógł wiedzieć, że to była ulubiona fraza pewnej pani Crow, którą mutant pragnął wgnieść w ziemię.
- Byłem czyjąś " własnością" , obiektem eksperymentów i workiem treningowym przez bite siedem lat. Prędzej szczeznę ( przeczytał to określenie w ostatniej lekturze, fajne, co?) niż będę czyjąkolwiek własnością, zwłaszcza Twoją - wycedził zimno - Zrób tak jeszcze raz, a wsadzę ci tą Twoją strzałkę w oko.
Oj tak. Był zdenerwowany. Nie lubił sytuacji, nad którymi nie miał kontroli. Taki Dorian Grey, tylko bez seksu.
- Nie, nie wiedziałem o mafii i nic to dla mnie nie zmienia. Papa nigdy mnie nawet nie zaszczycił rozmową a ty ciągle robisz ze mnie durnia. Nick opiekował się mną od początku, pomagał, trenował ze mną, z nim walczyłem dla Rebelii. Chcesz szacunku ? Musisz na niego zasłużyć - zmrużył oczy - Więc moje pytanie brzmi - wyłączysz tą absurdalną moc, odłożysz ten kij i będziesz w końcu ze mną walczyć na poważnie ?
O tak. On był gotowy mu spuścić łomot!
Parsknąłem pod nosem, bo już nie potrafiłem się powstrzymać. Jego przeżycia jednym, ale trzeba było naprawdę coś znaczyć i przedstawiać sobą wybitne wyniki w mojej organizacji, by móc chociażby przebywać w jednym pomieszczeniu z Papą… O ile, oczywiście, Papa nie chciał biedaka wykorzystać do własnych, brudnych celu, by wpierw namieszać w głowie, zaś na koniec wyrzucić do rynsztoka. Przy czym, warto nadmienić, taki delikwent dawno już nie pamiętał osoby, a tym bardziej twarzy Papy. Jakby nie patrzeć, była to jedna z najważniejszych głów w Ameryce… A jakiś tam Vincent Edams, który mógł wiele osiągnąć dzięki przyjaźni ze mną, cóż, po prostu to zaprzepaszczał, bo chciał na start zbyt wiele… I jeszcze Nick się mną opiekował, Nick to dobry, bo nie mówił, że jestem włanością.
- Mógłbym rzucić w tej chwili całe mnóstwo kpiących stwierdzeń, ale rzeknę jedynie tyle, że nie każdy w mafii widział chociażby Papę na oczy, a co dopiero jakieś randomy spoza mafii. Ba!, nie każdy ma również okazję poznać mnie, więc przemyśl to sobie, Vincencie. Jutro, na spokojnie, a tymczasem… – zacząłem, po czym zrobiłem przerwę w wypowiedzi. Odłożyłem moje fukidake na asfalt obok mnie, po czym wygrzebałem z kieszeni dwa niewielkie przedmioty, które okazały się być strzykawkami.
- Skoro tak bardzo cię ciągnie do uczciwej walki, to może razem wyłączmy swoje absurdalne moce? Co ty na to? – zapytałem, wyciągając w jego kierunku obie strzykawki położone na mojej dłoni. Z mutazyną. Skoro jechać bez profitów, to na ostro. Bo czemu by nie? Szaleńcza propozycja, ale najbardziej uczciwa, czysta, bez jakichkolwiek podstępów… Teoretycznie, bo gdybym chciał, mógłbym oszukać. Takie uroki posiadania szczęścia… Ale nie chciałem i gotów byłem przyjąć na siebie nawet tymczasową niemoc, pomimo ostatnich przeżyć, jakie miałem okazję poczuć na własnej skórze, faszerowany mutazyną, zniewolony, torturowany i głodzony.
- Prawdziwy wojownik weźmie na klatę wszystko. Szczególnie w imię swojego honoru i zachowania respektu – dodałem dla zachęty, gdyby jednak Vincenta strach owionął.
Wolność, kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem
Ramiona wektorowe
74%
brak
name:
Vincent Edams
alias:
Obiekt 36
age:
21
height / weight:
173/70
Wysłany: 2020-02-29, 19:26
Multikonta: Alex Parker
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
2 Lata Giftedów!
Grosza daj Giftedowi!
#darczyńca
Oj no, skąd miał wiedzieć jak to wszystko wygląda? Jedyne wyobrażenie jakie miał, to to z "Ojca Chrzestnego" czy innych filmów gangsterskich. Nick też nigdy w sumie nie wspominał, kto tak naprawdę rządził. Edams uznał go za swojego lidera, opiekuna, blablabla.
Zmrużył oczy, Phil wyraźnie z niego drwił. Tak samo nie podobała mu się propozycja zażycia mutazyny. Neumann nie znał jego historii, więc nie wiedział jaki lęk w nim ta substancja budziła. Z drugiej strony Edams ani myślał podkupić ogon! Co to, to nie. Dopiero wtedy wyjdzie na tchórza!
Wiedział, że to bardzo lekkomyślne, że Nick by wywrócił oczyma, ale i tak nie miał zamiaru się wycofać.
- Dobra - burknął odbierając strzykawkę.
Igła wbiła się w ciało, mutazyna zaczęła krążyć w krwiobiegu. W sumie... Nie było źle. Znacznie lepiej się czuł, niż po tej eksperymentalnej z AlterGen.
I oto był. Bez wektorów, uzbrojony jedynie w swoje umiejętności walki. A te akurat miał całkiem, całkiem, nieskromnie.
- Twoja kolej - rzucił wyzywająco
Być albo nie być? – takie pytania zadawali antyczni filozofowie, a ja, cóż, zastanawiałem się, czy moje decyzje były nadmiernie głupie czy tak mądre, że mój umysł nawet nie potrafił ich przetrawić, zrozumieć. Ale przecież nie mogło być źle, prawda? To szczęście kierowało mą dłonią w tej chwili… Choć, musiałem przyznać, owionął mnie strach, znaczna obawa, kiedy tak sobie myślałem, że na dobrą sprawę, to ten plan wpadł mi do głowy, kiedy tego szczęścia to jakoś nie miałem na swoich barkach.
Mimo wszystko jednak zachowywałem spokój, stojąc tak z wyciągniętą dłonią. Duma nie pozwalała mi cofnąć ręki ani zaprotestować, kiedy Vincent wstrzykiwał sobie mutazynę do krwi. Czystą, z wysokiej półki mutazynę. Złapałem za drugą, odpieczętowałem igłę i wbiłem ją sobie w rękę, po czym powoli wprowadziłem ją do własnej krwi. Owionął mnie strach, obawa, ale zbiłem ją czym prędzej, a przynajmniej bardzo pragnąłem to zrobić. Wróciła do mnie myśl… ta myśl z piwnicy, że może być po mnie, ale byłem tu tylko ja, był Vincent oraz nasze pięści. O, i nie zapominajmy o moim fukidake. Damy radę i – co najważniejsze – nie byliśmy śmiertelnymi wrogami, tylko skłóconymi szczeniakami, pragnącymi uwagi, czyż nie?
- Pragniesz ustalić jakieś hasło bezpieczeństwa? – zapytałem, strzelając knykciami. – I ustalamy jakieś zasady? – dodałem, by dzieciak potem nie płakał, kiedy zaboli mocniej. Wiadomo, chciałem być fair, ostatecznie jednak myślę, że miałem znowu wyjść na niepoważnego śmieszka. Taki już mój los.
Stanąłem pewnie na dwóch nogach i przygotowałem się, oczekując od Vincenta pierwszego ciosu.
Wolność, kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem
Ramiona wektorowe
74%
brak
name:
Vincent Edams
alias:
Obiekt 36
age:
21
height / weight:
173/70
Wysłany: 2020-03-06, 12:18
Multikonta: Alex Parker
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
2 Lata Giftedów!
Grosza daj Giftedowi!
#darczyńca
Nie ma co - dorosły pojedynek dorosłych ludzi. Wpierw sobie grożą, potem wstrzykują tajemnicze substancje, a na koniec ustalają hasło bezpieczeństwa. Imari nigdy się o tym nie dowie, ale jakby się dowiedziała, to by im obu dała w łeb.
- Co ? - zapytał z nieco głupią miną. Ostatnie czego się spodziewał, to jakieś hasła? - Nie będziemy...a zresztą! -sarknął poirytowany, bo już miał ochotę go bić, a ten opóźnia !
Chcesz hasło ? Dobra !
- TROMTADRACJA - oznajmił z poważnym wyrazem twarzy.
Ten błazen w życiu tego nie wymówi, haha ! Znaczy, bez "haha" Vincent nie śmiał się nigdy. Nawet w myślach.
- Ok, czas start - oznajmił i nim Philu zdążył zareagować, dostał strzała w dziób. Mocno. Mocniej niż można by się po chłopczyku spodziewać. Nick od dawna go uczył, by nie polegał wyłącznie na mocy, więc nie przestawał trenować fizycznie.
Nieco się zatoczył. Odruchowo chciał użyć mocy...ale nie mógł! Siła przyzwyczajenia !
Cóż, właśnie na tak skrajnie głupie akcje postanowiłem już dawno temu spisać testament. Szkoda by było, gdyby rząd albo Papa Delgado zgarnął wszystko, co posiadałem, więc tak, spisałem ten testament, czyniąc Imarkę swym głównym spadkobiercą, więc miała dostać posiadłość Lucasa, Lucasa pod opiekę, wszystkie moje samochody i część innego dobytku, znajdującego się w skrytkach bankowym, pod jednym z drzew w lesie przy Olympii oraz te z głównego magazynu mafii; później moje córki – zapisałem im po równej części moich bankowych oszczędności, również z tych kont na Kajmanach; i… właśnie. Powinienem nieco zmodyfikować testament, zapisując co nieco Matyldzie oraz Elaine, które przecież również odgrywały dużą rolę w moim życiu jako moje drogie kuzynki. Chwała, że jeśli dziś umrę jakąś skrajną drogą przypadku, to nie będę musiał słuchać ich obelg i oburzenia.
Ale dobra! Był zbyt piękny wieczór, by umierać, czyż nie? Ot, potyczka. Znacznie bardziej bezpieczniejsza niż ta w średniowieczu, co to się rycerze hardo na koniach pojedynkowali albo na prawdziwe, ostre miecze.
Mieliśmy hasło bezpieczeństwa… Tromtadrację, więc mogliśmy się bić! Szczególnie, że Vincent uruchomił wyimaginowany stoper w swojej głowie. Przyczaiłem się, ale to mi nie pomogło w obronie przed pierwszym ciosem. Musiałem przyznać, że nie spodziewałem się u niego takiej koordynacji ruchowej, a przede wszystkim nie krzepy.
Otrząsnąłem się nieco i przywaliłem tym razem ja jemu z pięknego prawego sierpowego. Rocky Balboa powinien być ze mnie dumny, bo i nóg przy tym używałem niczym rasowy bokser, choć bliżej mi było raczej do jakiegoś kungu czy innego karate. Ach, jak się weszło pomiędzy wrony, zaczęło się – nawet nie wiadomo kiedy – krakać tak, jak one.
- Dawaj, Vincent. Jedziemy z tym koksem! – rzuciłem, ponownie się na niego zamachując.
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2020-03-08, 00:26
Cudowny dzień na małą potyczkę, a jakże!
Z całą pewnością nie tylko Vincent z Philem mogli dziś się kierować tą dewizą. W końcu... Po Seattle biegało wielu popaprańców, szukających zwady na każdym kroku. Czy właśnie to sprawiło, że niektórzy stali się też bardziej wyczuleni na takie działania?
Czego mężczyźni mogli nie zauważyć, w oknie jednej z kamienic czaiła się staruszka z papilotami na głowie. Mimo noszenia na co dzień bryli o mocy większej, niż IQ osób, które na własne życzenie wstrzykują sobie mutazynę na otwartym terenie wroga, bez problemu dostrzegła tę chęć mordobicia w oczach nieznajomych. To była chwila, gdy wykręciła numer na swoim stacjonarnym telefonie, prosząc o interwencję dobrego Rządu...
Tak się zdarzyło, że zaledwie dwie ulice dalej patrolował silny duet szwadronowców. Doświadczeni żołnierze, biorący udział w najtrudniejszych misjach od samego początku istnienia organizacji. Jeden raz dostali urlop - 4go kwietnia. No i widać, jak się to skończyło, prawda?
Mężczyzna i kobieta, w pełnym umundurowaniu wyciągnęli swoje bronie ku uciesze staruszki z okienka, zbliżając się do naszych głównych bohaterów.
- Spokój obywatele! - Rozbrzmiał głos trepa, gdy stanął w bezpiecznej odległości od bijących się ciołków, wycelowując w nich swoją broń. Podobnież uczyniła jego atrakcyjna, acz dobrze zbudowana towarzyszka, której twarz nawet nie drgnęła na to spotkanie. - Zachować spokój i ręce do góry! Wyciągnąć przepustki! - Dorzucił po chwili tonem nie znoszącym sprzeciwu.
Czyżby... Szczęście przestało Wam dopisywać?
Wolność, kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem
Ramiona wektorowe
74%
brak
name:
Vincent Edams
alias:
Obiekt 36
age:
21
height / weight:
173/70
Wysłany: 2020-03-08, 10:29
Multikonta: Alex Parker
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
2 Lata Giftedów!
Grosza daj Giftedowi!
#darczyńca
Jak waląc Phila po ryju, odczuł miłą satysfakcję, tak gdy ten oddał... poczuł się jeszcze lepiej ! Neumann, wbrew jej obawom, bił się po męsku. A Vincent...jakby temu nie zaprzeczał i nie odsuwał tego od siebie, tak rozumiał... że kochał walczyć. Uwielbiał ten zastrzyk adrenaliny, to coś, co sprawiało, że czuł się ŻYWY.
Problem w tym, że nie każdy uważał to za tak kapitalną sprawę. Usłyszeli głosy szwadronowców a Edams zaklął w duchu bardzo szpetnie.
No kurwa pięknie. Przed nimi oddział DOGS, oni bez mocy, bez przepustek, Vincent nie był pewien czy nie jest poszukiwany. Tak. Obaj byli debilami.
Chłopak uniósł dłonie powoli i skrzyżował spojrzenia z Neumannem. Jego brew drgnęła znacząco. Oczekiwał teraz współpracy. Przymknął na moment powieki, wziął głęboki oddech i...
- Panie Władzo! - jęknął rozpaczliwie, ale z wyraźnie wyczuwalną ulgą w głosie. I o ile na codzień ton miał raczej młodzieńczy, tak teraz brzmiał, jakby nie miał nawet szesnastki. Niewinna buźka, była w tym momencie atutem.
- Ten człowiek mnie napadł!- wskazał drżącą dłonią- Ukradł portfel i przepustkę, próbowałem go powstrzymać! Pomóżcie!
Dzięki Caroline! Rozmowy z Tobą, zachęciły go do lektury książek o psychologii, jak i mowie ciała. Wcześniej w życiu by z siebie nie wykrzesał tak zniewieściałego wołania o pomoc
No dawaj Phil. Może wyjdziemy z tego żywi!
Piękny wieczorek, my tacy wojowniczy. Sexy! Ach, w sumie fajnie było odetchnąć sobie świeżym powietrzem, nabyć nowe przyjaźnie, a przy okazji skończyć z rozkwaszoną twarzą, czyż nie? Wiem, jak to brzmiało, ale ja naprawdę cieszyłem się z powodu możliwości wyżycia się. Nie dość, że Vincentowi ewidentnie to odpowiadało, to mi w końcu również się spodobało i już nie miałem tak zjebanego humoru. Stres ostatnio robił ze mnie potwora i, warto napomknąć, nie przepadałem za prostowaniem ludzi, a przy tym uczeniem ich szacunku. Wolałem, kiedy tego typu znajomości same elegancko się klarowały.
Więc w ramach przyszłej przyjaźni, miałem przywalić Vincentowi w splot słoneczny, by nie miał mnie za miękką cipę, ale moja ręka zatrzymała się na dźwięk głosów… No kurwa! Powoli wyprostowałem się, stojąc tak sobie obok tego naszego małego smyka, Vincenta. Z początku nie wierzyłem własnym uszom i oczom również, co on też do cholery odstawia, ale na szczęście przyswajałem tę farsę i z żalem postanowiłem odstawić na bok tekst o byciu senatorem. Przy okazji musiałbym im wciskać kit, że biegam po mieście przebrany za ninję-amatora, co zapewne byłoby niezłą komedią… więc szkoda, ale za to mogłem zrobić coś innego. Hihi. Phil lubił się dobrze bawić i przejmować inicjatywę.
Westchnąłem ciężko i sprawnym ruchem wyciągnąłem jedną z gwiazdek, skrytą o tak sobie, a co! Ninja, kuffa! Zgarnąłem Młodego za szyję prawą ręką, lewą zaś przystawiłem ostrą gwiazdkę do jego szyi.
- BROŃ NA GLEBĘ, PSY! INACZEJ POTNĘ DZIECIAKOWI TWARZ! – warknąłem, a przy tym z podłym błyskiem w oku ścisnąłem mocniej tę jego szyję, by miał okazję się przerazić, a przy tym również przerazić nasze drogie służby porządkowe. A zaraz potem stwierdziłem, że, kurde, śliczna ta Suka była, w sensie pani szwadronowa. Ale, Phil, to nie czas na romanse!
- I ŻADNYCH. FAŁSZYWYCH. RUCHÓW. – zagroziłem.
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2020-03-09, 19:20
Szwadronowcy przez chwilę stali nieugięci, z wyciągniętymi brońmi w Waszym kierunku. Mogło się wydawać, że byli tu zbyt krótko, by zorientować się, co się tak naprawdę tu działo. Mogliście mieć wręcz wrażenie, że serio udało Wam się ich kupić tym przedstawieniem, gdy mężczyzna zaczął się już schylać w celu odłożenia swojego pistoletu, jednak... Kobieta chyba nie do końca w to wszystko uwierzyła.
- Łżysz! - Rzuciła dość oschle, a jej dłoń tylko przez krótką chwilę się zachwiała. Mogliście dostrzec zniecierpliwienie w jej twarzy i spięcie na ścięgnach. Phil - chyba nawet jeszcze bardziej Cię to jarało...
Jej towarzysz dość szybko ponownie przybrał postawę do oddania strzału, jednak było widać, że martwi się o biednego Edamsa. To był człowiek ludu i wierzył w obronę za wszelką cenę. Pomagać, nie szkodzić.
Jego partnerka za to zdecydowanie nie miała cierpliwości.
- ŁAPY DO GÓRY! - Warknęła, strzelając prosto pod Wasze stopy. Mogliście jeszcze widzieć, jak odrobina dymu unosi się z miejsca, od którego odbił się pocisk...
A gdybyście podnieśli swój wzrok na drugie piętro, nie umknęłaby Waszej uwadze niezwykle wlepiona w szybę staruszka...
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum