Poprzedni temat «» Następny temat
Alter Genetics
Autor Wiadomość
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

78%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
25

height / weight:
168/46

Wysłany: 2020-02-25, 22:04   
  

   2 Lata Giftedów!


Z Sali obok, w której z pewnością został nasz przywódca, wydobywały się przeraźliwe krzyki. Domyślałam się, że to krzyki tej kobiety, która tu dowodziła i musiałam przyznać, że jej cierpienie całkiem mnie cieszy, jednak w tym momencie miałam trochę inne priorytety i nie zamierzałam się wtrącać w sprawy między tą babką, a Vincentem.
Brad wyglądał źle. Miał ranę ucha i zaschniętą krew w tej okolicy, był cały blady, widziałam też ranę postrzałową w plecach i zastanawiałam się, czy nadal tkwiła w niej kula. Mimo wszystko odetchnęłam z ulgą, widząc go, bo przynajmniej był w jednym kawałku, a jego rany nie były na tyle poważne, by sprawiały mu jakiekolwiek problemy, a przynajmniej tak mi się wydawało. Ja natomiast od razu stałam się jakaś taka spokojniejsza w jego towarzystwie i nawet przymknęłam na chwilę oczy, gdy Bradley musnął dłonią mój policzek. Spięłam się jednak, gdy okazało się, że mężczyzna nie może korzystać ze swojej mocy, co musiało oznaczać, że został potraktowany mutazyną. No ale skoro twierdził, że wszystko ok, to chyba faktycznie tak było, prawda?
- Tak, wszystko w porządku, nic mi nie jest. – potwierdziłam, uśmiechając się do niego, ale ta nasza chwila czułości i bliskości nie mogła trwać wiecznie, bo przecież obok nas tliły się zwłoki dziewczyny, która uratowała moje życie. I wtedy, tak zupełnie nagle i niespodziewanie zapłonęła, a potem – niemal jednocześnie – nastąpił wybuch.
Siła uderzenia odrzuciła mnie do tyłu, czułam żar bijący od ognia na całym ciele, było cholernie gorąco, a potem usłyszałam wystrzały i wtedy…
- Kurwa! – zawyłam z bólu, gdy jedna z kul trafiła mnie prosto w łydkę, i kurwa mać, serio? Zabiłam dzisiaj tylu ochroniarzy, walczyłam dzielnie, robiłam wszystko… tylko po to, by zostać zranioną przez przypadkowo wybuchający pistolet leżący przy płonących zwłokach? Z oczu mimowolnie popłynęły mi łzy bólu, choć przecież przydarzały mi się gorsze rzeczy… Brad od razu złapał mnie za ramię, a ja tylko energicznie pokiwałam głową na jego pytanie, kucając, dłoń kładąc na ranie i skupiając się na tym, by mocą wyjąć kulę, która wbiła się w moją nogę. Gdy mi się to udało, jednym, gwałtownym ruchem, przerwałam rękaw swojej bluzy, by owinąć go wokół rany i zatamować krwawienie, a gdy to zrobiłam, wyprostowałam się, oddychając ciężko. I wtedy zauważyłam dwie rzeczy. Po pierwsze, ten cały Joker też oberwał, i ten koleś z patelnią też, ale teraz nie zamierzałam zajmować się opatrywaniem ich, w czym i tak wcale nie byłam jakoś najlepsza, no ewentualnie pomogę im później. Po drugie… ta dziewczyna, co umarła, no to ona tak w sumie to żyła. Leżała na ziemi, w tym samym miejscu co przed chwilą, ale była zupełnie naga, oczy miała otwarte i oddychała, no i wcale się już nie dymiła i nie płonęła. No kurwa, mnie to zupełnie zamurowało, bo nigdy w życiu się z niczym podobnym nie spotkałam, a w życiu już i tak całkiem sporo widziałam. Stałam więc i po prostu się gapiłam, jak Brad okrywa dziewczynę kurtką i pomaga jej wstać, i tak naprawdę to ocknęłam się dopiero wtedy, gdy podszedł do mnie, by pomóc mi iść. Wtedy też dotarła do mnie obecność Vincenta i pytanie, które mi zadał, a na które ja znowu odparłam jedynie kiwnięciem głowy, będąc jakoś zaskakująco milczącą. Ale no faktycznie, penrive miałam przy sobie i upewniłam się jeszcze, czy aby na pewno go nie zgubiłam, ale no wciąż miałam go w kieszeni.
No i co ciekawe, dziewczyna wcale się nie paliła, była żywa i na nogach, ale za to paliła się sala eksperymentalna, a ja absolutnie nie miałam zamiaru zginąć w pożarze, więc tak szybko jak mogłam, z pomocą Bradley’a i w towarzystwie reszty grupy i mutantów, których uratowaliśmy, ruszyłam w stronę wyjścia, no.
_________________
I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
Chloe Harper



We fight or we die! Thats the plan!

Feniks

22%

Lider Łowców





name:

Chloe Harper

alias:
Fawkes

age:
24 lata

height / weight:
176/53

Wysłany: 2020-02-25, 22:07   
  

   2 Lata Giftedów!


Lekko szare dymki, zmieniały barwę na ciemne, było ich więcej, krew się wygotowywała sycząc okrutnie. Ciało jednak nie drgnęło. Nie drgnęło też, gdy nastąpił gwałtowny samozapłon, posyłając wszystkich w koło na posadzkę siłą swojej fali uderzeniowej. Buchnęło jak z piekła. Ogień, który objął ciało Harper był jasny, niemal biały, strzelał pod sufit i był tak gorący, że sam jego widok bolał. No i wystrzały. Nagle, rozległa się cała seria wystrzałów, a z ognie śmignęły pociski. Eksplodował magazynek gnata, który miała przy sobie brunetka.
Ogień jednak zniknął niemal tak szybko jak się pojawił. Zostawił po sobie tylko zwęglone szczątki babskiej wersji Bruca Lee.
Popiołek jednak zaraz drgnął... tu, to tam...
Aż nagle z tego popiołku usiadła nagle Harper z krótkim, przeszywającym wrzaskiem i złapała się za głowę.
-Kurwa!! Ale napierdala! - Krzyknęła i dopiero wtedy otworzyła oczy.
Co to za pobojowisko... dlaczego wszyscy wyglądając jakby wracali z ostro zakrapianej... keczupem... imprezy... dlaczego wszyscy się na nią gapią... co się stało.... i dlaczego tak nakurwia ją baniak?
Wszystko wróciło ze zwiększoną falą bólu migrenowego. Skuliła się i zadrżała.
-Umarłam tak...? - Jęknęła przez zaciśnięte zęby. Nie pamiętała jak... za szybko musiała zdechnąć. Rzuciła się, żeby zasłonić Colleen... tak?
Dotarło do niej też, że skoro znowu żyje... odrodziła się... była brudna od popiołu i sadzy i... kompletnie naga...
-Dzięki... - mruknęła z wdzięcznością przyjmując kurtkę od Brada. Gdyby nie ból głowy, czułaby się znakomicie. Nie było śladu po krwi, ranie od noża... rozjebanej czaszki od kuli.
Chloe wstała owijając się kurtką jak ręcznikiem po kąpieli... nie zarzuciła jej na ramiona... musiała jakoś gołą dupę zakryć....
Tylko coś było nie tak... chyba... spod popiołu przedzierała się burza włosów tak rudych, że każdy lis by pozazdrościł... upadając była brunetką...
-Już po akcji? - Zapytała. Mieli się wynosić...?
-I co kurwa robi tu ten jebany terminator? - Zawołała, gdy zorientowała się, że Joker jest z nimi...
-O losie... - Jęknęła... byli ranni, podziurawieni i poharatani fest... była naga i nie znała się na leczeniu. Mogła tylko grzecznie ze wszystkimi się ewakuować.
[Profil]
  [B-]
 
Michael Shugart



Wolność to niewola

Joker

71%

przydupas





name:

Michael Shugart

alias:
Joker/ obiekt 054

age:
19

height / weight:
182/75

Wysłany: 2020-02-26, 00:11   
   Multikonta: Mary Pond, Jane Hills


Brad podszedł do martwej kobiety-karate, mimo że syczące i bulgoczące zwłoki nie zapowiadały niczego dobrego. Prognoza Jokera się sprawdziła. Na szczęście zdołał odciągnąć go i przyjąć na siebie część obrażeń. Oberwał w nogę więc siłą rzeczy syknął z bólu, ale był z siebie zadowolony. Spełnił swoje zadanie. Gdy nowy opiekun spytał go po co to zrobił, obiekt 54 się zafrasował. Jakoś mocno na mimice się to nie odbiło. Przekrzywił lekko głowę zastanawiając się co powiedzieć. Nigdy nie musiał nikomu tłumaczyć sensu jego istnienia.
-Żyję by słuchać i ochraniać opiekuna.- odpowiedział w końcu mechanicznie. Nie wiedział jak inaczej na to odpowiedzieć. Dla niego było to w pewien sposób oczywiste. Shugart nie żyje, znalazł inne źródło rozkazów. A nawet dwa, tak dla bezpieczeństwa.
Krzyki Dolores czy słowa Chloe zignorował jakby ich nie było. Obserwował jednak z pewnym zainteresowaniem jak ta druga powstaje z popiołów. Szkoda trochę, że w tak niedużym stopniu panuje nad swoją mocą. Gdyby widział ją w aurze kobiety, mógłby skopiować. Przydatna zdolność. No ale trudno.
Przyszedł w końcu obiekt 36 i zarządził ewakuację. Spytał też jedną z mutantek czy skopiowała wszystkie akta.
-Nie wszystkie dokumenty są na dysku. Doktor Shugart przyniósł swoje badania w postaci papierowej. Nie wszystkie zeskanował. - jak łatwo się domyślić, wśród nich były też jego własne akta, ale o tym nie wspomniał. Nie czuł jakiejś wielkiej potrzeby żeby je przejrzeć. Po prostu uznał, że Vincent może chcieć o tym wiedzieć -Są w jego biurku w pomieszczeniu socjalnym. Tym najbliżej schodów. Jest tam też apteczka, możnaby z niej skorzystać.- dodał uznając to za niemniej ważne.
Jeśli niezależnie od tej informacji zarządzono odwrót, obiekt 54 ruszył posłusznie do garażu. Zgodnie z poleceniem idąc przed Bradem. Jeśli jemu kazano przynieść akta, poszedł po nie. Apteczkę też zabrał, bo on krwawił, jego opiekunowie krwawili i te kilka osób, o które wydawali się troszczyć też krwawiło.
[Profil]
  [0+]
 
Vincent Edams



Wolność, kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem

Ramiona wektorowe

74%

brak





name:

Vincent Edams

alias:
Obiekt 36

age:
21

height / weight:
173/70

Wysłany: 2020-02-28, 11:10   
   Multikonta: Alex Parker
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 Lata Giftedów!

  

   Grosza daj Giftedowi! #darczyńca


-CO...DO...
Edams szybko musiał przyswoić informację, że to rude lokowate coś, to Chloe, która żyje, jest mutantem i odradza się jak feniks z popiołów, tylko za każdym razem inna. I do tego naga i Trzydzieści Sześć nie dostał wylewu tylko dlatego, że Brad zaoferował jej swoją kurtkę i zakrył newralgiczne miejsca.
Boże, jaka siara. Widzieć kobietę PIERWSZY RAZ całkiem nago, w TAKIEJ sytuacji. Chyba zejdzie z zażenowania. O ile nie umrze z wykrwawienia, co wcale takie niemożliwe nie było.
Po otrząśnięciu się z szoku, Vincent wysłuchał tego, co ma do powiedzenia Joker. Nie ufał mu do końca, bo jednak młody go nieźle podziurawił, ale wyglądało na to, że po śmierci swojego opiekuna (czy raczej psychopaty) musiał szybko znaleźć nowego przywódcę.
Po krótkim namyśle, Chloe została wysłana po akta Jokera i apteczkę, bo ta była teraz wręcz niezbędna. Kobieta żwawo pognała do pokoju socjalnego skąd nie tylko zakosiła dokumenty, artykuły medyczne, ale też...Jokerowe ubrania, by nie latać z gołą dupą. Odziana w czerń, wciąż ubrudzona sadzą, wyglądała jak sługa samego szatana. Marian, mimo odniesionych ran, zachował pełen optymizm. Z uśmiechem stwierdził, że cudownie, że wszyscy przeżyli i z pomocą Vincenta pruł do przodu.
W międzyczasie ekipa ratunkowa zbadała ostatnią salę eksperymentalną, w poszukiwaniu ostatnich więźniów (bez rezultatu), po drodze zgarnęli Dale'a ( bo NIKT o nim nie zapomniał !) i w końcu udało im się wyjść na garaże.
- Zbieramy się! Brad, odblokuj drzwi- wydyszał, bo już zaczynało mu się kręcić w głowie.
Niedługo później, z podziemnego garażu AlterGen, wyszła bardzo osobliwa procesja. Na przodzie ponad tuzin mutantów - bladych, odzianych w białe fartuchy, część ogolonych na zero. jedni podtrzymywali tych, którzy nie byli w stanie sami iść, inni bacznie obserwowali teren. Tylko Annie, jako, że była najświeższa i AG nie zdążyło ją pozbawić normalności, podskakiwała wesoło, tańcząc i śpiewając "Jesteśmy wolniiii, wolniii!"
Za nimi mała grupka wybawicieli. Zakrwawieni, zmęczeni, utykający, okryci sadzą, do wyboru, do koloru.
I wtedy na końcu idzie Brad , cały na biało czarno. I rzuca granatem.
Jak pierdutło! Vincent aż się zachwiał i poczuł gorący powiew na plecach. Marian z wrażenia znów puścił pawia, nawet Jokerowi włosy na karku stanęły dęba. Wybuch wysadził podporę budynku, którego część runęła z ogłuszającym hukiem. Ogień był już wszędzie.
- Musiałeś ! - bardziej stwierdził Vinxent, niż spytał, bo czego się spodziewać po Człowieku Demolce? Westchnął.
I tak szli. Kulawy, pokrawiony, pokraczny Suicide Squad a za nimi ściana ognia.
- Spierdalajmy do lasu, zaraz się tu zaroi od służb. - syknął

--------------------

Tak też zrobili. Oddalili się nawet dalej, niż trzeba. Szybko opatrzyli najpilniejsze rany, by nie zakończyć tej epickiej akcji wykrwawieniem się na leśnej ściółce. Konkretniejszą pomoc medyczną otrzymają już w bezpiecznym miejscu. Mutanci z AlterGenetics zbili się w zwartą grupkę, jakby się bali, że zaraz zaatakuje ich niedźwiedź albo coś podobnego. Vincent wstał, z niemałym trudem i podszedł do pobratymców. Nienawidził przemawiać i wydawać polecenia. Nick byłby tutaj lepszy.
- Członkowie Bractwa zabiorą was w bezpieczne miejsce. Odwdzięczcie się im za ratunek i schronienie, nie sprawiając kłopotów. Jeszcze dziś Bractwo dostanie wasze akta, wraz z waszymi personaliami. Póki co używajcie swoich Numerów. Jak dojdziecie do siebie, członek Rebelii się z wami skontaktuję. Rebelia rekrutuje mutantów, którzy jak my dzisiaj, nie bali się odpowiedzieć przemocą na przemoc. Dołączając do nas, nie raz będziecie walczyć i brudzić sobie ręce. Macie czas do namysłu, to będzie wasza decyzja.
Ta, to chyba tyle. Mistrzem oratorskim to on nie był. Wrócił do swojego Suicide Squadu.
- Ty nie jedziesz do Bractwa, muszę cię mieć na oku- zwrócił się do Jokera - Nie wiem jak wam dziękować. I ja i oni mamy wobec was dług wdzięczności. - zwrócił się do towarzyszy- Mogę chyba tylko zapewnić, że zawsze będę na wasze wezwanie. - tu usiadł na ziemi, bo jak już adrenalina opadła, to poczuł, jak z nim licho.

Podsumowanie :
Zabici ochroniarze- 15!
Zabici naukowcy- 5
Dolores i Shugart- nie żyją
SUCCESS !

Obrażenia :
Chloe – żywa, w sadzy i naga
Marian - obrzygany i zmęczony, rana postrzałowa ramienia, krwawi!
Dale - nieprzytomny, uśpiony
Vincent - postrzelone ramię, kula w piersi, pęknięte żebro, rana na głowie.
Brad – rana postrzałowa-plecy, niewielka rana ucha, tymczasowa utrata słuchu, piszczenie w uszach. Działanie mutazyny - brak mocy, zawroty głowy, mdłości.
Joker - Ból brzucha, pęknięta skroń, pęknięte dwa żebra, wielki guz na głowie, zawroty głowy. Kula w łydce
Joe – brak
Colleen - kula w łydce ( W KOŃCU)
[Profil]
  [0+]
 
Michael Shugart



Wolność to niewola

Joker

71%

przydupas





name:

Michael Shugart

alias:
Joker/ obiekt 054

age:
19

height / weight:
182/75

Wysłany: 2020-02-28, 19:31   
   Multikonta: Mary Pond, Jane Hills


Joker razem z pozostałymi opuścił przybytek. Czekając na zewnątrz na mutantkę wysłaną po dokumenty zdjął swój pasek i użył jako opaski uciskowej. Dwie rany postrzałowe na tej samej kończynie i to jeszcze jedna na wylot. Milusio. Trochę zejdzie zanim będzie mógł normalnie chodzić, ale chyba nic ważnego nie zostało uszkodzone. Gdy przyszła już apteczka mogli się oddalić. Brad wrzucił jeszcze do środka granat żeby zburzyć budynek. Następnie oddalili się do lasu żeby nie pozostawać na widoku czy w zasięgu eksplozji. Zapewne obecne w salach eksperymentalnych substancje dopełniły dzieła zniszczenia.
Gdy byli już w pewnym oddaleniu mogli zająć się ranami. Obiekt 54 po upewnieniu się, że Brad i Vincent mają opatrzone rany, zajął się również swoimi. Apteczka była spora, więc powinno starczyć dla całego zespołu. Opatrywał sobie sam. Byłby w stanie nawet wyjąć sobie kulę z łydki, ale rozumiał, że nie było na to teraz czasu. Teraz, na spokojnie łatwo było zauważyć, że miał na nadgarstku lewej ręki po zewnętrznej stronie wytatuowany numer “RS12”. Był wyraźny, ale podczas walki mógł umknąć albo nie zostać dokładnie przeczytanym. W końcu było tam niezłe zamieszanie.
Vincent podziękował wszystkim za udział kończąc wydarzenie i poinformował, że uwolnieni mutanci pójdą do jakiegoś bractwa. Joker był zajęty patrzeniem w różowiejące niebo. Niebo, które widział dosłownie pierwszy raz w życiu. Jednak gdy Edams zwrócił się bezpośrednio do niego, zniżył wzrok na nowego opiekuna. Chciał zabrać go ze sobą żeby mieć go na oku.
-Tak jest.- dał znać, że zrozumiał polecenie i nie ma żadnych pytań.

Zt
[Profil]
  [0+]
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

78%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
25

height / weight:
168/46

Wysłany: 2020-02-28, 21:56   
  

   2 Lata Giftedów!


Powoli przyzwyczajałam się do myśli, że ta laska, co uratowała mi życie, to w rzeczywistości nie była mutantką z mocą jakiegoś super opanowania sztuk walki, czy coś, a mutantką, która jak umierała, to się kurwa mać odradzała w płomieniach jak jebany feniks. No, trzeba było przyznać, że była to całkiem widowiskowa opcja, ale jednocześnie dość przerażająca i z pewnością zaskakująca. Teraz jednak nie był odpowiedni czas na roztrząsanie mocy dziewczyny, bo ta właśnie pobiegła do pomieszczenia socjalnego po apteczkę i resztę plików mutantów.
Jedna z sal eksperymentalnych płonęła, a my sprawdziliśmy drugą, tak na wszelki wypadek, ale była pusta. Po drodze zgarnęliśmy Dale’a, który wciąż był nieprzytomny i o którego martwiłam się cholernie, ale no… miałam też inne zmartwienia w tym momencie.
Uratowani mutanci szli przed nami, a Bradley rzucił granatem, przez co większość budynku po prostu się zawaliła, na szczęście wszyscy ci, którzy mieli zostać uratowani, byli już na zewnątrz, w bezpiecznym miejscu, w lesie.
Świtało. Pani powstałam z martwych i wszystko jest już ok miała na sobie ubrania, a ja zerkałam na nią kątem oka, chcąc jej podziękować za to, że uratowała mi życie, ale no… cóż, kurwa, nie byłam wcale najlepsza w podziękowaniach i byciu miłą, więc milczałam. Dale leżał pod drzewem, a ja sprawdziłam, czy wszystko z nim okej, zanim podeszłam do Bradley’a, który no zdecydowanie potrzebował być opatrzony.
- Hej, pokaż tę ranę. – poprosiłam go i skoro już nie miał kurtki, bo ją oddał tej, co powstaje z popiołów, to ja podniosłam jego koszulkę, unosząc dłoń na raną – Może zaboleć. – ostrzegłam, zanim mocą wyjęłam z niego kulę, a następnie go opatrzyłam, bo przecież mieliśmy apteczkę, to mogłam to ogarnąć. Sobie też założyłam opatrunek na łydkę, trochę lepszy, niż rękaw bluzy.
Vincent zaczął mówić o Bractwie, a ja poczułam jakieś głupie uczucie w sercu. Ja… chyba trochę chciałam tam wrócić. Niepewnie patrzyłam po uratowanych mutantach, którzy szykowali się do odjazdu, i po Bradley’u, którego nie chciałam opuszczać nawet na krok. Mieliśmy jechać do tej całej Rebelii i Dale chyba też miał z nami jechać… No właśnie, a jeżeli chodzi o Dale’a, to gdy tak opatrywałam Brada, uśmiechałam się do niego i w ogóle, to wcale nie zauważyłam, że Fowler po prostu zniknął. Nie rozumiałam tego… Nie rozumiałam go, w ogóle, kompletnie, ale nie zamierzałam go gonić. Zapadł się pod ziemię, jakby nigdy go nie było.
- Zaraz wrócę. – powiedziałam jeszcze do Bradley’a i do Vincenta, który już szykował transport dla wszystkich. Podeszłam jeszcze do Annie i ukucnęłam przy niej, uśmiechając się łagodnie.
- Ja teraz jadę gdzieś indziej niż ty, ale odwiedzę cię, obiecuję. Będziesz bezpieczna. – przytuliłam dziewczynkę, wiedząc, że będzie mi brakować tego, jak opiekowałam się dzieciakami, jak je wspierałam… Ale chciałam zemsty, chciałam walczyć, a Bractwo już nie było moje i nie mogłam zmienić ich założeń. Odwróciłam się więc od małej mutantki i stanęłam u boku Brada, tak po prostu splatając nasze palce ze sobą i czekając, aż stąd odjedziemy.
_________________
I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
Chloe Harper



We fight or we die! Thats the plan!

Feniks

22%

Lider Łowców





name:

Chloe Harper

alias:
Fawkes

age:
24 lata

height / weight:
176/53

Wysłany: 2020-02-28, 22:24   
  

   2 Lata Giftedów!


Miała iść po akta i apteczkę? Nie ma sprawy. W sumie była teraz chyba najbardziej mobilna... no i zdrowa... bo tak patrząc po nich...
Do tego jak się czymś zajęła, to łeb tak nie napieprzał.
Zgarnęła akta i apteczkę i ubranie! Ha, ale fart! Trochę za duże, ale przynajmniej miała czym zakryć goły tyłek... i tak już widzieli jej cycki... starczy teatru. Poza tym w czarnym jej do twarzy... gdyby jeszcze nie była cała ujebana w popiele...

Zgarnęła co mogła i dogoniła ewakuujących się towarzyszy i odbitych mutantów. Brad walnął na do widzenia granatem i rozjebał co się dało. Oni uciekli w las.
Gdy byli bezpiecznie daleko i zajęli się opatrywaniem ran, ona usiadła pod drzewem, podciągnęła kolana do siebie i objęła głowę ramionami. Dlaczego tak boli...? Nigdy takich migren nie miała. Odrodziła się po śmierci... zginęła tam... znowu... po tym, jak DOGS poderżnął jej gardło i się odrodziła, prawie przez rok nie mówiła. Dopiero dołączenie do Bractwa ją odblokowało. Teraz bolała ją głowa jakby mózg jej eksplodował. Dostała kulkę w łeb...? O losie...

Słuchała przemowy Vincenta. Oni wracali do Rebelii, a ona z Mistrzem Patelni i ocalonymi dzieciakami wracali do Bractwa... ciekawe jak ona im tam kurwa wszystko wyjaśni... eh...
Jakoś to będzie... tylko niech ta głowa choć trochę przestanie łupać!
[Profil]
  [B-]
 
Marian Cook



The only real stumbling block is fear of failure. In cooking you've got to have a what-the-hell attitude

Gastrofereza

73%

wolontariusz/Kucharz w Bractwie





name:

Marian Cook

alias:
Jason Grimoire

age:
21

height / weight:
1,85/72

Wysłany: 2020-02-29, 20:30   
   Multikonta: -
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Marian zadowolony, że jakoś wyszli bez szwanku chciał obecnie tylko jednego- chwilę odpocząć. Przebrać się, umyć, na spokojnie coś ugotować, może pożartować z dzieciakami. One na pewno potrzebowały teraz pomocy, chociażby psychicznej. Mając nadzieję, że nie rozwinęły u siebie zbytniego sadyzmu, z lekko zmęczonym już uśmiechem powitał gromadkę gdy Vincent powiedział co dalej.
- Kto lubi placki?
Zapytał się wesoło ukazując swoją piękną Patelnię. Było to oczywiście pytanie retoryczne, jak i ukazanie że dzieciaki mogą się do niego zwracać kiedy chcą. Koniec końców uwielbiał młodych.
Ale od Chloe trzymał się tak daleko jak mógł. Zbereźna służka szatana, znaczy dobrze że żyje, ale ta kobieta jest niebezpieczna. W obecnej chwili głównie moralnie.

z/t
_________________
"Your world is right there, go, run.
Faster than a sight, faster than a sound,
Your burning soul, your open mind,
And just a little of your time-
That's all you need to reach the sun."
[Profil]
  [B+]
 
Bradley Grey



Awesome

manipulacja Magią Chaosu

88%

szuka zemsty





name:

Bradley Grey,

alias:
Adam Bishop / Warlock Lord

age:
27

height / weight:
183 / 80

Wysłany: 2020-02-29, 23:35   
  

   1 Rok na Giftedach!

  

   Grosza daj Giftedowi! #darczyńca


Na polecenie Vincenta odblokował drzwi i wszyscy mogli wyjść i ewakuować się z tego przeklętego miejsca. Każdy był w mniejszym lub większym stopniu ranny lub wykończony. Może oprócz Chloe, która odżyła, ale sam fakt jej śmierci i zmartwychwstania był niezwykły.
Nie mieli czasu się nad tym zastanawiać, bo priorytetem było opuszczenie tego miejsca, żeby uniknąć jakiejś dodatkowej grupy ochroniarzy.
Bradley wydedukował sobie, że tyle ciał co zostawili zostawią podejrzenia. Będą wiedzieli, że stali za tym mutanci, no bo kto inny. Dlatego mężczyzna postanowił użyć granatu, który wziął tak na wszelki wypadek. I jednak miał okazać się przydatny. W końcu wybuch równie dobrze mógł być spowodowany wyciekiem gazu albo czegokolwiek innego. Ciała się spalą więc ich identyfikacja co do przyczyny zgonu będzie niemożliwa. Rzucił więc granat, a sam jak najszybciej pobiegł do bezpiecznej strefy, gdzie sam nie ucierpi. Zwłaszcza, że teraz naprawdę źle się czuł, bo nie dość, że był postrzelony, to jeszcze mutazyna w jego ciele skutecznie go osłabiała.

Potem już opatrywali swoje rany, by dotrzeć do docelowego miejsca i się nie wykrwawić. I zaczęła się przemowa, którą Brad słuchał jednym uchem, bo kiedy się rozluźnił i adrenalina zeszła, poczuł się jeszcze gorzej.
Colleen wyraziła zmartwienie jego stanem, ale on tylko pokręcił głową i podziękował jej, bo sam już wcześniej zajął się tą kulą. Chociaż pozwolił jej by otarła jego krew z pleców i założyła prowizoryczny opatrunek.
Kiedy transport przyjechał, razem z Colleen wsiadł do ciężarówki dostawczej i pojechali do Rebelii, gdzie miało się okazać co dalej.

z/t
_________________

I'll start a riot
until you hear me
[mru]
[Profil]
  [A-]
 
Joe Ross



Come out and play 'cause i need a friend

Przejmowanie obrażeń

69 %

niezrzeszony





name:

Joanne Ross-Fowler

alias:
Joe // Obiekt 077

age:
19 lat

height / weight:
178 / 55

Wysłany: 2020-03-01, 14:44   
   Multikonta: Sami / Carolcia


Większość czasu próbowałam wtopić się pomiędzy innych uwolnionych mutantów. W większości to były małe dzieciaki, więc to wtapianie bardzo średnio mi wychodziło, ale... Nie chciałam się wychylać. Wciąż miałam wątpliwości co do całego tego przedsięwzięcia, wciąż miałam wrażenie, że to wszystko to jakaś głupia pułapka, przez którą zaraz pożegnam się ze swoim życiem. Nie mogłam jednak ukryć faktu, jak sama nieco odżyłam słysząc gdzieś za ścianami głośne, agonalne krzyki pewnej blondynki, która do tej pory potrafiła podobnym tonem wyłącznie na nas kląć...
Czyżby jednak... To nie była gra?
Jeden z kącików moich ust uniósł się delikatnie, gdy poczułam dziwną satysfakcję w swojej piersi. A po tym... Wszystko już przebiegło bardzo szybko. Wybuchy, ewakuacja, marsz przez ten lasek... Gdzieś w tym całym chaosie chyba się zagubiłam - nie odwróciłam się w kierunku laboratoriów, by po raz ostatni spojrzeć na ten przeklęty budynek przed rzuceniem granatu, bo niebo, kory drzew i trawa pod moimi stopami zdecydowanie bardziej mnie teraz interesowała. Oddychałam pełną piersią, jakby to mógł być mój ostatni raz na tak wolnej przestrzeni, a gdy padła ta przemowa... Po prostu zbladłam.
Czym było to całe bractwo? O co w tym wszystkim chodziło? Nie wiedzieć czemu, zestresowałam się tą myślą, że mogą nas znowu wywieźć w jakieś nieznane, na co niemal natychmiast zaczęłam kręcić głową, zaciskając swoje wargi w cienką kreskę. W tym towarzystwie o dziwo najbardziej znanymi mi twarzami był 36 i Joker i jakoś... W tych okolicznościach nie wyobrażałam sobie zostać wyłącznie z obcymi. Poza tym... Jeśli to miała być pułapka, to pozostanie przy gorylu Shugarta wydawało się najrozsądniejszym rozwiązaniem.
Kręciłam się więc bliżej brunetów, starając się pozostać mimo wszystko gdzieś na lekkim uboczu, jak najmniej rzucając się w oczy. Może.. Może to się jeszcze uda?

[z/t]
_________________

Oh, I hope some day I'll make it out of here.
Even if it takes all night or a hundred years.
Need a place to hide, but I can't find one near.
Wanna feel alive, outside I can fight my fear...
[Profil]
  [B+]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,06 sekundy. Zapytań do SQL: 6