Poprzedni temat «» Następny temat
Alter Genetics
Autor Wiadomość
Vincent Edams



Wolność, kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem

Ramiona wektorowe

74%

brak





name:

Vincent Edams

alias:
Obiekt 36

age:
21

height / weight:
173/70

Wysłany: 2020-02-20, 21:37   
   Multikonta: Alex Parker
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 Lata Giftedów!

  

   Grosza daj Giftedowi! #darczyńca


Colleen musiała przed eventem wypić jakiś eliksir +50 do szczęścia, bo znów miała farta. Nie dość, że udało się położyć dwóch ochroniarzy ( po trzeciego, Vincent rozgniótł na ścianie) , to jeszcze mężczyzna, który zabił Chloe, miał przy sobie pilot do obroży. Cóż za fart ! Szkoda, że Harper tego szczęścia dziś nie miała.
Kobieta użyła pilota i obroże już nie był przeszkodą. Joe również mogła zanotować, że jest już wolna, przynajmniej od tego ustrojstwa. Annie ze łzami w oczach podbiegła do Colleen, pociągnęła nosem i złapała ją za rękę. Było jej żal biednej Harper.
- No chodźcie! - krzyknęła do innych mutantów. Początkowo nic się nie działo,ale w końcu, jeden po drugim zaczęli wychodzić. Wychudzeni, bladzi, ze strachem, ale też i nadzieją w oczach.
Edams dołączył do Marie i widząc martwą Chloe, zaklął szpetnie pod nosem. Nie odwracał wzroku od martwego ciała, nie takie rzeczy już widywał.
- Wrócimy po nią, jak oni już będą bezpieczni - powiedział cicho - Nie możemy pozwolić, by straciła życie na marne. - tu zwrócił się do mutantów - Jestem Trzydzieści Sześć, niektórzy mnie pamiętacie. Radzę nie zostawać w celi, bo i tak niedługo puścimy ten burdel z dymem. Wyprowadzimy was stąd, chodźcie
Wyszli razem z sektoru Y i wtedy zauważył naukowców przekradających się do wyjścia z garaży, W tym samym momencie usłyszał strzały w jednej z sal eksperymentalnych i wrzaski Dolores. Pałał chęcią zemsty, ale teraz nie ona była najważniejsza.
- A wy gdzie? - rzucił do panów, którzy struchleli i zamarli w miejscu. - Idź do sektora X i uwolnij resztę. Ja wyprowadzę dzieciaki na garaż i zajmę się tymi tutaj. - wskazał na wystraszone trio. Jeden ewidentnie popuścił w spodnie ze strachu, a drugi zaczął skamleć "litości, !"
Brad był, delikatnie mówiąc, co najmniej zdenerwowany. Wyżył się na...no może nie biednym, Jokerze, bo ten zdążył już mocno uszkodzić Edamsa,no i samego Greya. Chłopak leżał chwilowo niedysponowany, więc mieli od niego na chwilę obecną spokój. Marian trzymał Dolores na muszce, gdy ta świdrowała go spojrzeniem jednocześnie przerażonym i wściekłym. Pewnie, gdyby nie groźba otwarcia odbytu i fakt, że widziała spektakularne spotkanie Jokera z gablotą, byłaby nieco bardziej wyszczekana.
- Nie pieprz głupot, Ryan. Masz nie umierać, słyszysz? -fuknęła do naukowca - Czego od nas chcecie? Nie mam pilota do obroży, ani do cel, zostały w moim gabinecie. Zrobię co chcecie, tylko nas zostawcie! - oddychała płytko, walcząc z silnym atakiem histerii.
Wtedy Marian i Brad usłyszeli głos w krótkofalówce.
- Gdzie jesteście? Sektor Y zabezpieczony, zaraz zabezpieczymy sektor X. - odezwał się Vincent

Podsumowanie :
Zabici ochroniarze- 13!
Zabici naukowcy- 2
Dolores i Shugart- żyją (jeszcze). Shugart ranny

Obrażenia :
Chloe – w zasadzie to martwa
Marian - obrzygany i zmęczony
Dale - nieprzytomny, uśpiony
Vincent - postrzelone ramię, kula w piersi, pęknięte żebro.
Brad – rana postrzałowa-plecy, niewielka rana ucha, tymczasowa utrata słuchu, piszczenie w uszach
Joker - Ból brzucha, pęknięta skroń, pęknięte dwa żebra, wielki guz na głowie, zawroty głowy. Leży
Joe – brak (JESZCZE)


Odpisy do 22.02 do końca dnia.


Colleen - powodzenie poszukiwania
[Profil]
  [0+]
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

78%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
25

height / weight:
168/46

Wysłany: 2020-02-22, 14:06   
  

   2 Lata Giftedów!


Ochroniarze padli martwi, dwóch z moich rąk, jeden zabity przez Vincenta. Zgarnęłam swoje noże, nie przejmując się, że teraz to już jestem totalnie cała we krwi, bo bardziej mnie interesowali mutanci, których musieliśmy uratować. Rzuciłam się na poszukiwanie pilota do obroży i jasna cholera, jakie było moje zdziwienie, gdy znalazłam go już przy pierwszym przeszukiwanym ochroniarzu. Mimowolnie uśmiechnęłam się pod nosem, zadowolona, choć to zdecydowanie nie był czas na radość, bo wciąż mieliśmy cholernie dużo do zrobienia. Jedno naciśnięcie pilota wystarczyło, by obroże przestały przeszkadzać mutantom. Annie podbiegła do mnie i chwyciła mnie za dłoń, a ja uśmiechnęłam się do niej pokrzepiająco, uśmiechem, którym obdarzałam setki małych mutantów przed nią. Schowałam pilota do tej samej kieszeni, do której schowałam kartę otwierającą cele i raz jeszcze pospieszyłam mutantów, który powoli zaczęli wychodzić z cel… Przerażeni, obolali… Ale chcieli żyć, a ja chciałam im to życie umożliwić.
Wspólnie z Vincentem i mutantami ruszyliśmy przed siebie, gdy wtedy drogę zastąpili nam naukowcy. Gdzieś z Sali obok padły strzały, a ja czułam, jak rączka Annie zaciska się trochę mocniej na mojej. Trzydzieści Sześć, jak wcześniej przedstawił się nasz dzisiejszy lider, polecił mi udać się do innego sektora, a ja bez słowa kiwnęłam głową, przyjmując jego polecenie, na chwilę jeszcze zerkając na Annie.
- Idę uwolnić resztę, dobrze? Już jesteście bezpieczni, nie bój się. – powiedziałam i uśmiechnęłam się do niej łagodnie, zanim puściłam jej dłoń i rzuciłam się biegiem w stronę sektora X. Po drodze uważałam, żeby nie zgubić karty, ani pilota, które w tym momencie były cholernie ważne i zachowywałam też czujność, gdyby jakiś zbłąkany ochroniarz postanowił mnie jednak zaatakować.
Dopadłam do cel przy sektorze X, przykładając kartę do mechanizmu otwierającego cele, w których uwięziona była reszta mutantów i jednocześnie nacisnęłam guzik pilota, co by nie tracić czasu i od razu uwolnić mutantów z tych okropnych urządzeń, które mieli na szyi, które sama tak dobrze znałam…
- Chodźcie za mną, dobrze? Jesteśmy tu po to, żeby wam pomóc. Mutantów z sektoru Y już uwolniliśmy, Trzydzieści Sześć jest z nimi. – oznajmiłam, patrząc po twarzach mutantów, czekając aż się ruszą, a ja będę mogła ich poprowadzić do wyjścia. W uszach wciąż dudnił mi dźwięk wystrzału, a ja miałam cholerną nadzieję, że Bradley’owi nic się nie stało…
_________________
I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
Marian Cook



The only real stumbling block is fear of failure. In cooking you've got to have a what-the-hell attitude

Gastrofereza

73%

wolontariusz/Kucharz w Bractwie





name:

Marian Cook

alias:
Jason Grimoire

age:
21

height / weight:
1,85/72

Wysłany: 2020-02-22, 18:53   
   Multikonta: -
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Marian miał małe wyrzuty sumienia, że celuje w dwóch bezbronnych ludzi. Jednocześnie wiedział co zrobili. Widział jak się zachowywali i zachowują. Może jest przesadnie optymistyczny i irracjonalny, ale nie jest głupi. Tym dwóm nie należało się mieszkać wygodnie w domu starości, pijąc ziołową herbatkę i jedząc nieadekwatnie tłuste dania przemycane przez wnusiów i wnuczki współlokatorów. On oczywiście nic im nie zrobi, nawet mając Dolores na muszce jego ręka się trzęsła, lekko trzymając za spust. Patelnię trzymał silnie, w każdej chwili gotowy zdzielić Potężnym gongiem ktokolwiek się wychyli.
Paniusia przemówiła, nie wiedział czy to z powodu jej wysokiej pozycji czy ze wzgledu na osobliwy charakter, ale babka miała jajca jak planety. Większe przynajmniej niż wykrwawiający się doktorek.
- My? My chcemy tylko, aby ten świat stał się piękniejszy, wolny od ludzi takich jak wy.
Zawsze chciał wierzyć, że każdy wewnątrz jest dobry. Zawsze wierzył, że ludzie nie rodzą się źli- dlatego każde dziecko jest tak ważne. Ci tutaj sprawiali, że to co dobre stawało się bezemocjonalne, wyzute z człowieczeństwa. Patrząc na dwójkę przed sobą nie widział w nich ludzi. Myśleli tylko o sobie, o własnym bezpieczeństwie- co jest logiczne, ale jakże płytkie. A to wszystko tylko utwierdzało go, że to co robi jest słuszne. Nawet jeśli wiązało się z poświęceniami z obu stron.
Słysząc Vincenta zwrócił się do Brada, nie odwracając wzroku od ich celów.
- To co robimy? Można byłoby ich związać, znalazłbyś jakąś linę czy łańcuch?
Powiedział, mając nadzieję że jego towarzysz nie stwierdzi, że najlepszą pacyfikacją jest śmierć. Chociaż w tym momencie Marian przymknąłby na to oko, nie wiedząc zbytnio o woli zemsty ich dowódcy.
Na twarzy Mariana wciąż gościł delikatny uśmiech, nieadekwatny i ciepły, pulsująca na skroni żyła i pot jednak zdradzały jego wewnętrzną furię.
_________________
"Your world is right there, go, run.
Faster than a sight, faster than a sound,
Your burning soul, your open mind,
And just a little of your time-
That's all you need to reach the sun."
[Profil]
  [B+]
 
Joe Ross



Come out and play 'cause i need a friend

Przejmowanie obrażeń

69 %

niezrzeszony





name:

Joanne Ross-Fowler

alias:
Joe // Obiekt 077

age:
19 lat

height / weight:
178 / 55

Wysłany: 2020-02-23, 12:02   
   Multikonta: Sami / Carolcia


Nie ruszałam się. Starałam się leżeć nieruchomo, nie zwracać uwagi na dźwięki, światła i cienie rzucające się na korytarzu. Starałam się pozostać niezauważona i chyba nawet... Mi to wychodziło. To była chwila, gdy mimo wszelkich starań usłyszałam ten wystrzał, a po chwili krew polała się po jasnych kafelkach. To nie była tu żadna nowość, a ja... Zdążyłam już chyba poniekąd przywyknąć do tak dramatycznych scen. Patrzyłam, jak cieknąca, szkarłatna kałuża powiększa swoją powierzchnię i jakoś... Ciężej mi się oddychało. Zaczął mnie ogarniać dziwny stres - co, jeśli to jednak koniec? O co z tym wszystkim chodzi? Czy to naprawdę kolejne tanie zagranie ze strony Dolores na wyłapanie zdrajców, czy jednak ktoś odnalazł to piekło i przybył wymierzyć własną sprawiedliwość?
Wciąż się nie ruszałam. Patrzyłam na nich i w kolejnej chwili - ciężar z mojego karku całkowicie odpuścił, z lekkim echem odbijając się od podłogi pode mną. Czy... Czy naprawdę przyszli nas uwolnić? Czy... Czy to serio mógł być trzydzieści sześć, czy jednak tani uzurpator rzucony przez blondynkę dla naszej własnej zguby?
Nie mogłam ryzykować. To były kolejne chwile, gdy ta nieznajoma wyszła z korytarza - przynajmniej tyle mogłam wywnioskować po oddalających się krokach i ginącym cieniu - a za nią chyba... Chyba ruszyli inni?
Kurwa.
Wyszłam spod łóżka dopiero, gdy odgłos kroków był na tyle odległy, że mogło to świadczyć o pustkach na korytarzu przed celami. Otrzepałam swoje ubranie, i ostrożnie opuściłam swoją celę, rozglądając się na każdą ze stron. Powoli ruszyłam korytarzem wzdłuż wyjścia, upewniając się, że nikt mnie nie widzi. Wyjrzałam poza drzwi prowadzące do cel, by dostrzec wszędzie krew i truchła strażników.
Czyli... Nie kłamała?
Nie byłam bohaterką. Myślałam teraz tylko o sobie, gubiąc się w tym chaosie. Bałam się biec wzdłuż korytarza, więc starałam się trzymać bliżej ścian. Podbiegłam do krawędzi jednej z sal eksperymentalnych, jeszcze nie wiedząc, jakie piekło się tam rozgrywa.
Czy w tej chwili byłam w stanie kogoś dostrzec? A może to jednak moja sylwetka mignęła w oczach innych, odbijając się w szybach powyższej sali? A może... Może jednak miało mi się powieść, i krótkimi seriami biegu zdołam dotrzeć do drzwi, przez które dotąd były wynoszone trupy?
Przecież... Tam musiało być wyjście, prawda?
_________________

Oh, I hope some day I'll make it out of here.
Even if it takes all night or a hundred years.
Need a place to hide, but I can't find one near.
Wanna feel alive, outside I can fight my fear...
[Profil]
  [B+]
 
Michael Shugart



Wolność to niewola

Joker

71%

przydupas





name:

Michael Shugart

alias:
Joker/ obiekt 054

age:
19

height / weight:
182/75

Wysłany: 2020-02-23, 18:33   
   Multikonta: Mary Pond, Jane Hills


Joker jak padł nieprzytomny przy ścianie, tak teraz leżał. Miał kilka ran. Postrzał w udo, pęknięcie skroni, nieco pocharatana od szkła prawa ręka... Pewnie nie wykrwawi się w 5 minut, ale w godzinę czy dwie już da radę. Do tego dochodziły inne obrażenia jak złamane żebra, guz, sporo siniaków i otarć. Trudno też powiedzieć czy po tym ostatnim zderzeniu ze ścianą nie ma wewnętrznych obrażeń. No ale żył.
W przypadku Shugarta mogło się to bardzo szybko zmienić. Może i kula ominęła ważne organy, ale wciąż była to poważna, mocno krwawiąca rana. Nadal uważał, że umrze, ale Dolores zdołała go swoim krzykiem zmotywować na tyle, by podjąć jeszcze jedną próbę. Przyjrzał się temu mężczyźnie, który w tej chwili do niej celował z pistoletu. Ręka mu drżała. Podobnie jak i oni, nie był żołnierzem. Pamiętał też, że chcieli pojmać dr Crow żywcem. Wniosek był prosty: nie strzeli.
Zacisnął mocniej rękę na swojej strzykawce z mutazyną. Czekał aż tamten drugi wyjdzie albo podejdzie na tyle, by być w jego zasięgu. Jeśli wyszedł, zaatakował ze strzykawką tego celującego w Dolores. Jeśli podszedł, zaatakował jego. Wydawał się groźniejszy. Cel był jeden, prosty i szybki w wykonaniu: wbić strzykawkę.
[Profil]
  [0+]
 
Bradley Grey



Awesome

manipulacja Magią Chaosu

88%

szuka zemsty





name:

Bradley Grey,

alias:
Adam Bishop / Warlock Lord

age:
27

height / weight:
183 / 80

Wysłany: 2020-02-23, 18:59   
  

   1 Rok na Giftedach!

  

   Grosza daj Giftedowi! #darczyńca


No cóż, cierpliwość nie była jego mocną stroną, dlatego w przypływie złości użycie mocy było łatwe na tyle, że bez większego problemu cisnął wroga w ścianę, który chyba jeszcze żył, ale stracił przytomność. Ostatecznie dobrze, że nie zginął, bo nie chciał zawalić tej misji. A nikt nie musiał wiedzieć, że uniósł się po tym postrzale. Zresztą tylko w pierwszym odruchu chciał go zabić.
- Marian, pilnuj Jokera. Jak się obudzi i zaatakuje, zastrzel go - powiedział do kolegi, który obecnie trzymał na muszce Dolores. Brad nadal miał w ręku broń i choć był ranny, to potrafił znieść ból postrzału. Wytrzymał o wiele więcej podczas tortur w GC.
Wstał i powoli podszedł do dwójki ludzi. Kobieta działała mu na nerwy, a ten cały Ryan i tak zaraz będzie martwy. Równie dobrze mógł mu oszczędzić dalszego cierpienia. Wymierzył bronią prosto w głowę starszego mężczyzny i wpakował mu kulkę w czoło. Rozległ się huk i mężczyzna padł bez życia. Potem podszedł do kobiety i uderzył ją w głowę swoją bronią, by straciła przytomność i przestała gadać. Jednocześnie zabrał jej wszelką broń, która miała przy sobie ona i jej partner zbrodni.
- Mamy Jokera i Dolores - powiedział do Vincenta, po czym podał ich dokładną lokalizację. - Idziesz tu? Mogę pomóc przy sektorze X.
Właściwie teraz czekał na dalsze instrukcje, a sam zaczął szukać w pomieszczeniu liny, którą będą mogli związać wrogów. Plecy go bolały, ale nie zamierzał siedzieć i płakać. W pewnym momencie pewnie straci na tyle krwi, że stanie się osłabiony, ale póki mógł to działał.
_________________

I'll start a riot
until you hear me
[mru]
[Profil]
  [A-]
 
Vincent Edams



Wolność, kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem

Ramiona wektorowe

74%

brak





name:

Vincent Edams

alias:
Obiekt 36

age:
21

height / weight:
173/70

Wysłany: 2020-02-23, 20:35   
   Multikonta: Alex Parker
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 Lata Giftedów!

  

   Grosza daj Giftedowi! #darczyńca


Vincent wyprowadził dzieci na garaż, nakazując im tam czekać. Wcześniej pozbawił życia trzech, struchlałych badaczy. Nie znęcał się nad nimi - krótki strzał w głowę i było po wszystkim. Usłyszał komunikat Brada
- Idę. Czekajcie nas nas.
Wracając na korytarz, ujrzał przemykającą Joe. Ich spojrzenia się skrzyżowały. Pamiętał ją dobrze - Obiekt Siedemdziesiąt Siedem. Ona też zapewne go pamiętała- wiele jej blizn, było z jego powodu. Trzydzieści Sześć zmienił się nieznacznie - urosły mu włosy, jego spojrzenie było bardziej...ludzkie. No i miał na sobie normalne ubrania, widywała go wyłącznie w fartuchu.
Widząc Joe, bez słowa wskazał jej podbródkiem wyjście na garaże.
- Niedługo do was dołączę. Jeszcze zostali mutanci w sektorze X. - przeładował broń i ruszył w kierunku Colleen.
Tymczasem Marie miała mały problem. Co prawda wszyscy mutanci wyszli do niej, ale tylko część była gotowa iść za nią.
- Pierdolę to - warknął wysoki, groźnie wyglądający, ogolony na krótko, tak jak wszyscy chłopcy w AlterGen. - Głupia baba nie będzie mną rządzić .Idziesz ? - zapytał stojącego obok drugiego, piegowatego wyrostka. Ten pokiwał głową i ruszyli biegiem w kierunku przeciwnym. Reszta jednak patrzyła na Colleen wyczekująco, traktując ją od razu jako przywódcę.
Czterdzieści Dwa i Czterdzieści Cztery byli butni....i głupi. Nie mieli pojęcia, jak się stąd wydostać, a jednak chcieli działać na własną rękę...i to ich zgubiło. O ile przedostatni z ochroniarzy spanikował i uciekając do składzika prawie pogubił kapcie, tak ostatni z nich był bardzo zdeterminowany.
-NA ZIEMIĘ, BO WAS ZASTRZELĘ! - ryknął -WRACAĆ DO CEL!
Nie usłuchali, w tych emocjach nie pomyśleli nawet by użyć swoich mocy. Ochroniarz się nie zawahał i strzelił dwukrotnie. Nie chybił ani razu.
To wszystko, stało się na oczach Colleen nim zdążyła zareagować. Dwóch pobratymców zginęło na jej oczach a mężczyzna już mierzył w kobietę. Mierzył...broń wypadła mu z ręki, robił się coraz bardziej siny. Przed szereg wyszła dziewczynka, blondynka, na oko trzynastoletnia, wyciągając dłoń w kierunku duszącego się mężczyzny. Najwidoczniej ona miała więcej rozumu niż koledzy i natychmiast zareagowała. Niczym filigranowy złotowłosy Darth Vader dusiła przeciwnika, aż ten padł martwy.
- Szlag by to - wydyszał Vincent, który pojawił się chwilę po tym. Nie widział zajścia, ale mieli dwóch mniej mutantów do uratowania i to wcale go nie radowało. Trzy trupy. Za dużo.
Wśród mutantów zapanowało poruszenie. Znali Trzydzieści Sześć, wiedzieli już, że to nie żaden spisek, że naprawdę wrócił, by ich uwolnić.
- Jesteś cała? - zwrócił się do Marie i wyciągnął pendrive z kieszeni. - Przy sektorze Y jest archiwum. Dasz radę zgrać akta przetrzymywanych tu mutantów ?Na pendrivie jest program deszyfrujący, złamie zabezpieczenia. Potem dołącz do uwolnionych, masz podejście do dzieciaków
Zwrócił się do mutantów.
- Chodźcie za mną, nasi z sektora Y już czekają w garażach. Dołączę do was, jak rozprawie się z tą starą zdzirą - informacja ta wywołała falę szeptów i mściwych uśmiechów na ustach. Ruszyli za nim,

Tymczasem Marian i Brad, o ile do tej pory mieli sytuacje względnie opanowaną, ta przestawała taką być. Dolores skrzywiła się i na słowa Mariana splunęła w jego kierunku. Grey wymierzył i strzelił w kierunku Shugarta, ale w tym samym czasie Ryan wykonał ostatni desperacji krok i ugodził mutanta strzykawką z mutazyną. Dolores wrzeszczała jak opętana, bo krew i płyn mózgowy kochanka obryzgały jej twarz. Marian poczuł jeszcze silniejsze mdłości i kolana nieco mu zmiękły. Nie był to apetyczny widok.
Bradley poczuł potworną słabość. Ciało odmawiało posłuszeństwa, a gdy tylko próbował użyć mocy...nie udało mu się to. Zakręciło mu się w głowie tak mocno, że śniadanie podeszło mu do gardła. Eksperymentalna mutazyna zaczęła działać niemal natychmiast
Crow wyglądała jakby dostała jednocześnie obłędu i ataku szału. Strach odbierał jej zdrowy rozsądek.
- RYAAAAAAN! - zawyła - KURWA, SZLAG BY WAS, PIERDOLONE POTWORY, POŻAŁUJECIE TEGO! - patrzyła po jednym, to po drugim, ciskając w nich gromami - JOKER! DO KURWY NĘDZY JOKER, WSTAWAJ! ZABIJ ICH!
Michael powoli się budził. Słyszał wrzaski Dolores jak przez mgłę. Gdy rozchylił powieki, zobaczył swojego opiekuna, a jednocześnie kata....martwego. Bardziej martwy być nie mógł.

W tym ogólnym chaosie wkroczył do pomieszczenia Vincent, a głos Dolores ugrzązł jej w gardle. W moment się zamknęła, oddychając piskliwie, jakby ktoś ją podduszał.
Chłopak spojrzał po pomieszczeniu. Niezły burdel. Brad ranny, Joker ranny, Marian wystraszony i obrzygany, Shugart martwy, Dolores zaraz się posika. Sam Vincent krwawił mocno, kamizelka nie wytrzymała strzału z przyłożenia.
- Harper nie żyje - zaczął od przykrej wiadomości - Brad, dasz radę wstać? Marian, w szafce będzie na bank mutazyna. Zaaplikuj ją Jokerowi, związanie go nic nie da, jak będzie mógł skopiować moją moc.
Przeniósł spojrzenie na Crow. Czuł jak bardzo jej nienawidzi, jak bardzo pragnie tej zemsty.
- Ciekawa zamiana ról, co ? - zwrócił się do kobiety, po czym przeniósł spojrzenie na towarzyszy - Zajmę się nią osobiście. Mutanci czekają w garażu. Brad wie jak odbezpieczyć wyjście. Dołączę do was - wrócił spojrzeniem na Dolores, która była już blada jak papier.
- Trzydzieści Sześć....bądź rozsądny... - wydyszała z trudem łapiąc oddech.
- Zamknij się, wiedźmo. - warknął tak zimno, że moment a zamarzłyby szyby piętro wyżej. - Joker. Shugart nie żyje - zwrócił się do już obudzonego mutanta - Wstawaj i nie rób niczego głupiego. Kiedy stąd wyjdziemy, uwolnimy cię i zrobisz co chcesz

Podsumowanie :
Zabici ochroniarze- 14!
Zabici naukowcy- 5
Dolores i Shugart- Shugart nie żyje, Dolores jeszcze tak

Obrażenia :
Chloe – still martwa
Marian - obrzygany i zmęczony
Dale - nieprzytomny, uśpiony
Vincent - postrzelone ramię, kula w piersi, pęknięte żebro, rana na głowie.
Brad – rana postrzałowa-plecy, niewielka rana ucha, tymczasowa utrata słuchu, piszczenie w uszach. Działanie mutazyny - brak mocy, zawroty głowy, mdłości.
Joker - Ból brzucha, pęknięta skroń, pęknięte dwa żebra, wielki guz na głowie, zawroty głowy. Leży
Joe – brak
Colleen - brak (dostaje w nagrodę talon na balon)


Odpisy do 25.02 do końca dnia.

Rzuty na powodzenie akcji
[Profil]
  [0+]
 
Chloe Harper



We fight or we die! Thats the plan!

Feniks

22%

Lider Łowców





name:

Chloe Harper

alias:
Fawkes

age:
24 lata

height / weight:
176/53

Wysłany: 2020-02-23, 22:17   
  

   2 Lata Giftedów!


A ciało biednej Harper leżało sobie smętnie, samo, porzucone gdzieś w sektorze Y. Aż smutno się robiło na ten widok. Twarz brunetki wyglądała jakby ta spała sobie smacznie, w głębokim spokojnym śnie. Naprawdę można by było tak pomyśleć, albo że straciła przytomność i zaraz wstanie, gdyby nie wyrwana dziura z boku głowy i niemal czarna, gęsta plama krwi rozlewająca się wokół niej niczym złowieszcza i upiorna aureola. Nie żyła... po dodaniu tego faktu nie było wątpliwości. Serce nie biło, mózgu nie było, trup.

W sektorze Y zrobiło się cicho i pusto. Mutanci uciekli ze swoich cel, bohaterowie ruszyli do sektora X ratować resztę więźniów. Błogości, ciemności, cisza i spokój.
No prawie cisza...
W sektorze Y, bo tam w X to cały czas gadają i gadają...
Prawie cisza, bo jakby się ktoś na chwilę zamknął, to usłyszałby syczenie. WĘŻE?! Nie!
Jakby ktoś się chciał też rozejrzeć, dostrzegłby, że rozbryźnięta krew na ścianach i podłodze... bombelkuje i zaczyna parować, albo dymić? Nie wszystka oczywiście, krwi tutaj było pod dostatkiem, w naprawdę znacznych ilościach wszędzie. Wrzeć zaczęły jednak tylko niektóre smugi i plamki. Potem para... a może to jednak dym?... zaczęła unosić się z tej wielkiej kałuży krwi otaczającej martwą Harper. Syczenie się nasilało, pojawiły się pierwsze bombelki w tej tafli, a i lekko dymić zaczęło też samo ciało brunetki... albo to była krew którą była obryzgana? Nie sposób stwierdzić.
[Profil]
  [B-]
 
Bradley Grey



Awesome

manipulacja Magią Chaosu

88%

szuka zemsty





name:

Bradley Grey,

alias:
Adam Bishop / Warlock Lord

age:
27

height / weight:
183 / 80

Wysłany: 2020-02-23, 23:14   
  

   1 Rok na Giftedach!

  

   Grosza daj Giftedowi! #darczyńca


Nie ruszyła go krew rozbryzgująca się wraz z mózgiem po ścianie. Nie był to może najbardziej estetyczny czy przyjemny widok na świecie, ale zdecydowanie wolał ten scenariusz, niż miałoby dojść do odwrotnej sytuacji.
Niestety nie było tak kolorowo i nie zdążył zrobić wszystkiego co zamierzał. Bo dosłownie przed sekundą wystrzału, ten cały Ryan zdążył wbić w niego mutazynę. Wiedział po tym jak się w tej chwili czuł. Ogarnęła go potworna niemoc, poczuł zawrót głowy, a nogi zrobiły się bardziej miękkie i mniej stabilne. Dla pewności spróbował użyć swoich mocy, ale nic z tego, był teraz ich pozbawiony. Co wywołało u niego swojego rodzaju furię, skoro zabrali mu kwintesencje jego jestestwa. Co prawda często traktował swoją moc jak przekleństwo, ale w tym momencie jej potrzebował, bo inaczej czuł się bezbronny. Ale nadal miał w dłoniach broń, a drąca się kobieta nie ułatwiała mu opanowania emocji.
Z jego gardła wydobył się dziki ryk a'la rannego zwierza i skierował lufę pistoletu na kobietę, którą bardzo chciał ukarać, mimo że nie mógł.
Wtedy do pomieszczenia wszedł On, cały na biało... a nie, to nie ta historia. Niemniej Vincent za chwilę pojawił się na miejscu i widać było, że kobieta bardzo się go boi, co w sumie cieszyło Brada. Na wieść o śmierci Harper, zmarszczył czoło. To była jego jedyna reakcja, zważywszy na to, że ich relacja była dość dziwna i generalnie skoro była człowiekiem to nie zajmowała zbyt wiele jego myśli. Zresztą można było się spodziewać jej śmierci, skoro była człowiekiem w tak niebezpiecznym miejscu. Sama się w to wpakowała prawdopodobnie.
- Tak - odpowiedział Vincentowi i zrobił kilka kroków w stronę Jokera mierząc w niego z broni, ale zostawił podanie mutazyny Marianowi. Sam miał już jej dość, poza tym Vincent jego o to prosił. Brad czuł się lekko mówiąc kiepsko, więc nie chciał ryzykować.
Gdy tylko Marian zaaplikował mutazynę w już chyba obudzonego Jokera, Brad kazał mu wstać i iść przodem do wyjścia.
- Bez żadnych numerów, bo rozwalę ci łeb - warknął do niego. Nie miałby siły na jakąś dodatkową walkę, ale z drugiej strony Joker będzie w tej samej sytuacji, więc powinno obejść się bez awantur. Zwłaszcza, że Marian czuwał. Dostali rozkazy od Vincenta, żeby wyjść, więc to zrobili. On miał się zająć ropuchą, a Brad nie zamierzał mu przeszkadzać.
Popychając Jokera pistoletem, który opierał o jego plecy, ruszyli do wyjścia (chyba razem z Marianem, ale nie chcę się rządzić).
I ruszyli w kierunku schodów, ale gdy byli niedaleko, Brad dostrzegł ciało znajomej dziewczyny, które... parowało? Dymiło? Że co?
- Czy martwe ciała w tym miejscu mają jakieś magiczne właściwości dymiące? - zapytał dość głupio, bo nie rozumiał co się dzieje.
- Nie spuszczaj go z oczu - rzucił jeszcze do Mariana, który przecież też miał broń i choć może się po sobie tego nie spodziewał, to Brad wiedział, że będzie w stanie jej użyć w razie konieczności, jak Joker postanowi jednak zrobić coś głupiego.
Sam natomiast, dość wolno i ostrożnie podszedł do ciała, obserwując co się będzie działo, bo nie wyglądało to normalnie. Automatycznie celował w nie bronią, bo w końcu nie wiadomo czy nie mają do czynienia z jakimś nekromantą albo coś. A wiadomo, że teraz Brad był słabszy i dodatkowo bez mocy, więc musiał uważać bardziej niż zwykle.
_________________

I'll start a riot
until you hear me
[mru]
[Profil]
  [A-]
 
Colleen Marie



It is follow the leader, baby, that is how it is gonna be. If you ever really wanna get lost, then follow me.

telekineza

78%

Była szefowa Bractwa Mutantów





name:

Colleen Marie

alias:
Magnet Girl

age:
25

height / weight:
168/46

Wysłany: 2020-02-23, 23:22   
  

   2 Lata Giftedów!


Nie spodziewałam się, że wszyscy mutanci od razu chętnie podążą za mną i z wdzięcznością będą mnie po dłoniach całować, ale musiałam szczerze przyznać przed samą sobą, że trochę kończyła mi się cierpliwość, by wszystkich po kolei do siebie przekonywać. Kurwa, totalnie rozumiałam ich niepokój, brak zaufania, strach i ból… Rozumiałam wszystkie te uczucia, bo przecież też ich wszystkich doświadczyłam. Niestety, nie byłam jednak uosobieniem cierpliwości i choć dzieci starałam się uspokajać, wspierać i głaskać po pleckach, tak nad wielkimi, łysymi osiłkami nie zamierzałam się zatrzymywać zbyt długo. Westchnęłam ciężko, zirytowana, ze wzrokiem wlepionym w mutanta, który nie chciał pomocy od głupiej baby i razem ze swoim kolegą ruszył biegiem w przeciwnym kierunku. Chciałam ich zatrzymać i nawet zrobiłam krok do przodu, by to zrobić, ale… nie byłam wystarczająco szybka. Krzyk ochroniarza, a potem dwa strzały, a mutanci padli martwi na podłogę i zaraz po chwili znów mierzono do mnie z pistoletu. Już miałam zamiar wyrwać mężczyźnie tą cholerną broń z dłoni, wymierzyć w niego i go porządnie rozstrzelać, gdy jedna z dziewczynek mnie uprzedziła. Udusiła go mocą, a ja mimowolnie uśmiechnęłam się pod nosem, zadowolona, że ci mutanci potrafią się bronić, że chcą walczyć, chcą odzyskać choć trochę normalności w swoich życiach… To był dobry znak.
- Dziękuję. – powiedziałam, puszczając mutantce oko i wtedy dołączył do nas Vincent, na którego widok wszyscy zaczęli coś szeptać do siebie, a to mogło oznaczać jedynie, że zostawiam ich wszystkich w dobrych rękach. A zostawiam, bo Trzydzieści Sześć miał dla mnie kolejne polecenie, a ja kiwnęłam głową potakująco, i odpowiadając na jego pytanie, i zgadzając się na pójście do archiwum. Wzięłam więc pendrive’a i zacisnęłam go w dłoni, bez słowa odwracając się na pięcie, co by biegiem ruszyć w kierunku, skąd przybyłam, ale trochę bardziej w prawo, bo do archiwum.
Wpadłam do pomieszczenia i choć nigdy nie byłam zajebiście dobra w komputerach, to z takim prostym zadaniem powinnam sobie bez problemu poradzić. Podłączyłam pendrive’a i faktycznie, zdjął on wszystkie zabezpieczenia, a ja mogłam swobodnie korzystać z komputera. Kilka kliknięć myszką i stuknięć w klawiaturę, by po chwili wszystkie akta były przeniesione na pendrive, którego schowałam do kieszeni. I gdy tylko wyszłam z archiwum, po mojej prawej stronie zauważyłam Brada, który wyglądał całkiem źle, krwawił… a ja to musiałam od razu cała się biała na twarzy zrobić ze zmartwienia. Pistoletem popychał tego kolesia, co mi ukradł moc, a towarzyszył im ten jeszcze inny chłopak. I może ten widok nie byłby aż tak dziwny, gdyby nie fakt, że obok leżały zwłoki Chloe i… chyba się dymiły. Przez chwilę stałam tak, jakby mnie w podłogę wmurowano, ale zaraz potem się otrząsnęłam z szoku i podbiegłam do Bradley’a, który podszedł właśnie do zwłok dziewczyny.
- Brad, wszystko w porządku? – spytałam najpierw, bardziej interesując się jego losem niż faktem, że cholera jasna, zwłoki chyba nie powinny były tak wyglądać, co nie? Dotknęłam delikatnie jego ramienia, jakby chcąc się upewnić, że może i nie wygląda dobrze, ale wciąż tu jest, wciąż żyje, a gdy już byłam tego pewna, wzrok przeniosłam na martwą dziewczynę, która uratowała mi życie, a z którą działo się coś bardzo podejrzanego.
- Co… co się z nią dzieje? – chyba nie do końca oczekiwałam, że ktoś mi na to pytanie odpowie, ale za odpowiedź z pewnością byłabym bardzo wdzięczna.
_________________
I never thought the world would turn to stone.
[Profil]
   
 
Michael Shugart



Wolność to niewola

Joker

71%

przydupas





name:

Michael Shugart

alias:
Joker/ obiekt 054

age:
19

height / weight:
182/75

Wysłany: 2020-02-24, 18:05   
   Multikonta: Mary Pond, Jane Hills


Cóż, doktor Ryan Shugart nie miał szans przeżyć takiego trafienia. Przynajmniej umarł robiąc to co kochał: faszerując mutanta eksperymentalną mutazyną. Ostatnia zemsta szalonego naukowca.
Joker nadal leżał, ale powoli się budził. Widział wszystko jak przez mgłę, a w dodatku obraz troił mu się w oczach jakby mózg nie potrafił złożyć bodźców z dwojga oczu. Głos Dolores słyszał jakby spod wody i jeszcze odbijał się takim echem, że ledwo był w stanie rozróżnić słowa. Dotarł do niego rozkaz, ale nie mógł go wykonać. No i co z doktorem Shugartem? Czemu milczał?
Chłopak potrzebował długiej chwili zanim docierające do niego bodźce zaczęły mieć sens. Jeszcze zanim do tego doszło, poczuł ukłucie w ramię. W pierwszym odruchu chciał się zerwać, ale nagle wzmożony szum w głowie powstrzymał go w przedbiegach zmuszając do ułożenia głowy z powrotem na posadzce z grymasem bólu i mdłości na twarzy. Trudno powiedzieć czy było to spowodowane mutazyną czy jego stanem połączonym z zamiarem szybkiego podniesienia się. Pewnie oba. W ogóle ciekawe. To był pierwszy raz gdy został potraktowany mutazyną. Kto by pomyślał, że właśnie spędzając całe życie u boku zajmującego się mutantami naukowca zdoła tego uniknąć.
Usiadł powoli rozglądając się po pomieszczeniu. Wzrok utkwił w nieruchomym ciele naukowca. Słowa obiektu 36 i tego drugiego mężczyzny, którego nazwał Brad dotarły do Jokera już dużo wyraźniej. W dodatku trafiając w ten konkretny moment gdy zastanawiał się co ze sobą zrobić. Opiekun był martwy i nie był już w stanie wydawać mu poleceń, a to był jedyny sens jego egzystencji. Teraz nagle wyparował zawieszając obiekt 54. Vincent mógł wreszcie zobaczyć jak naprawdę wygląda u Jokera strach i dezorientacja. Wyraz twarzy nie zmienił się zbytnio. Zachowywał się dosłownie jak komputer, któremu dano zbyt potężny proces do przetworzenia. W końcu przerwali mu Brad wraz z rycerzem patelni podciągając go do pionu. Chłopak dostał ponowne polecenie. Zmierzył wzrokiem najpierw obiekt 36, a następnie mężczyznę z bronią jakby ich oceniając.
-Tak jest.- powiedział i ruszył w stronę wyjścia. Jeśli Dolores jeszcze nie popuściła, to teraz miała następny powód. Joker mówił tak tylko do jednej osoby. Nawet do pracowników AG innych niż Shugart nie zwracał się w taki sposób jeśli nie dostał takiego polecenia. Mutanci mogli tego jeszcze nie wiedzieć, ale Crow najpewniej domyśliła się jak zbędny jest pistolet przy plecach obiektu 54.
Joker poza tym, że kulał szedł równo i spokojnie. Po drodze spotkali innych mutantów. Ci uwolnieni pewnie na widok Shugartowego goryla wydali się najpierw zaniepokojeni, ale widząc, że jest na celowniku poczuli się pewniej. Sam obiekt 54 ich ignorował, o ile żaden nie podszedł zbyt blisko. Oprócz innych ludzi znaleźli też dymiące truchło.
-Nie mają.- odpowiedział Bradowi uznając jego pytanie za dosłowne -Wygląda jakby zamierzało wybuchnąć.- ostrzegł. Widząc, że mimo to jego nowy opiekun podchodzi do strefy zagrożenia, spróbował chwycić go za ramię. Polecenie słowne wystarczy by go zatrzymać, ale wciąż był gotów w razie czego wskoczyć przed Brada jakby się okazało, że miał rację.
[Profil]
  [0+]
 
Joe Ross



Come out and play 'cause i need a friend

Przejmowanie obrażeń

69 %

niezrzeszony





name:

Joanne Ross-Fowler

alias:
Joe // Obiekt 077

age:
19 lat

height / weight:
178 / 55

Wysłany: 2020-02-24, 21:49   
   Multikonta: Sami / Carolcia


Moja próba przemknięcia niepostrzeżenie spełzła - jak zwykle - na niczym. Mimo, że tak usilnie oczekiwałam tego momentu, gdy korytarz wyda się pusty, moja ślamazarność musiała się tu odbić. Zbyt długie przyklejanie się do ściany poskutkowało niczym innym, jak... Spotkaniem kogoś... Znajomego?
Twarz chłopaka rzeczywiście świtała mi gdzieś z tyłu głowy, ale jednocześnie... Wydawał się taki obcy. Jego spojrzenie było pełne determinacji, nie tylko żalu i nienawiści. Jego postawa zdawała się znacznie pewniejsza niż przed długimi miesiącami. Cała ta postura... Wprowadziła mnie w pewnego rodzaju dezorientację.
Powędrowałam wzrokiem w kierunku, który wskazał mi brodą, by po chwili - gdy tylko mnie minął - skupić swoje spojrzenie w odwrotną stronę. Czy drzwi były otwarte, czy jednak oszklone - mojej uwadze nie umknęła ani krzycząca Dolores, ani rozpaćkany drugi naukowiec na ścianie, co - jak straszne się to może nie wydawać - wywołało pewnego rodzaju uśmiech na mojej twarzy. Dziwna satysfakcja i przekonanie, że to wcale nie sprawdzian lojalności? Nabrałam więcej powietrza w płuca, pospiesznie przyglądając się pozostałej scenie - dwójce mutantów nad leżącym Jokerem. Czy i jego dobili? Nie zamierzałam czekać na tę odpowiedź.
Wypuściłam powietrze nosem, już biegiem kierując się do korytarza, który prowadził do garaży. Skoro miałam szansę - nie zamierzałam zostawać tu ani chwili dłużej. Jeśli natknęłam się tu na pozostałych mutantów uwolnionych z cel, próbowałam się między nich wmieszać, byle tylko nie wyróżniać się z tłumu.
Nie teraz. Nie nigdy więcej...
_________________

Oh, I hope some day I'll make it out of here.
Even if it takes all night or a hundred years.
Need a place to hide, but I can't find one near.
Wanna feel alive, outside I can fight my fear...
[Profil]
  [B+]
 
Marian Cook



The only real stumbling block is fear of failure. In cooking you've got to have a what-the-hell attitude

Gastrofereza

73%

wolontariusz/Kucharz w Bractwie





name:

Marian Cook

alias:
Jason Grimoire

age:
21

height / weight:
1,85/72

Wysłany: 2020-02-25, 17:09   
   Multikonta: -
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Marian przytrzymał wymiociny zbierające się w jego kiszkach i przełyku zanim zdążyły ujrzeć światło dzienne. Dla niego taki widok człowieka był conajmniej nieprzyjemny. Szczęśliwie był absolutnym mistrzem nie tylko w gotowaniu, ale i w powstrzymywaniu pawiów. Tyle lat żył ze swoją mocą i jej efektami, dziwnie byłoby gdyby niczego się nie nauczył.
Brad dostał od doktorka jakąś strzykawką, ale raczej nie trzeba było być geniuszem aby wiedzieć co się tam znajdowało. To obudziło lekko naszego kucharzynę, przywracając go do zmysłów i wracając myśli na poprawny tor.
- Holy Moly, Brad!
Wykrzyknął w swoim starym zwyczaju mając w chwilę potem nadzieję, że powiedział to tylko w swojej głowie. Jednakże nie ruszył się z pozycji, kobieta krzyczała mówiąc przy tym rzeczy które zagotowały w środku młodego Cooka.
- Hahaha... Mamy różne definicje "potwora", paniusiu.
Nawet wesoły Marian nie mógł znieść tej osoby. Pierwszy raz w życiu gardził kimś tak bardzo, na tyle aby przestać widzieć w niej człowieka a bezkształtną kupę szlamu, wypełnioną ego i nienawiścią. Oj, jak dobrze że Vincent przyszedł. Marian nie ręczyłby za siebie gdyby spróbowała coś zrobić Bradowi.
Wciąż w lekkim wstrząsie, Marian jednak szybko zareagował na rozkaz. Jakby wyrzucając z myśli, że ktoś umarł, udając że nie słyszy. Tego było mu w tej chwili trzeba- zadań. Krótkiego odciągnięcia myśli. Szybko poszedł i znalazł przeklęte błogosławieństwo, leczącą chorobę. W pierwszym momencie zawachał się, patrząc jak igła zbliżała się do ciała poturbowanego mutanta. Po chwili jednak zdecydowanym ruchem zaaplikował dawkę i wraz z Bradem wyszedł z pomieszczenia, dając znak głową że sobie poradzi.
No i stało się to, czego chyba ich drużyna się nie spodziewała ujrzeć nigdy przenigdy.
- Erm... Wygląda trochę jak gotowane Crème Brûilée?
Stwierdził trochę niesmacznie, no ale tak to trochę wyglądało, nie? Chociaż zastanowił się nad tym dłużej, coś mu nie pasowało. Nie wiedział tylko co. No, może poza tym, że widok tych zwłok z powodu porównania, które natychmiastowo zrodziło się w jego głowie nie przyprawił go o jakieś szczególne mdłości. Może to on jest tutaj tak naprawdę psychopatą, cokolwiek by przyrównał do jedzenia staje się to dla niego milion razy lepsze. Dosyć... Niepokojące.
- J- jasne!
Lekko zająknąwszy się na początku, odpowiedział z wymuszoną werwą i uśmiechem. Również przyglądał się ciału i temu zjawisku go otaczającemu. Nowa broń? Może toksyna? Jakieś specyficzne środki chemiczne leżały na ziemi? A może to coś jeszcze innego... Chwila, kim w ogóle była ta osoba?
_________________
"Your world is right there, go, run.
Faster than a sight, faster than a sound,
Your burning soul, your open mind,
And just a little of your time-
That's all you need to reach the sun."
[Profil]
  [B+]
 
Vincent Edams



Wolność, kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem

Ramiona wektorowe

74%

brak





name:

Vincent Edams

alias:
Obiekt 36

age:
21

height / weight:
173/70

Wysłany: 2020-02-25, 20:45   
   Multikonta: Alex Parker
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 Lata Giftedów!

  

   Grosza daj Giftedowi! #darczyńca


Edams zdziwił się uległością Jokera. Był pewien, że będzie chciał pomścić swojego opiekuna. A może Joker był bardziej świadomy, niż mu się wydawało ? A może...nie czuł już nic i było mu wszystko jedno ? Vincent został z Dolores sam na sam. Upiornie blady, zakrwawiony, z mordem w oczach. To co się działo niedługo potem, zostawmy niedopowiedziane, ale reszta z pewnością słyszała opętańcze wrzaski kobiety, świadczące o tym, że ktoś ją z pewnością torturuje. Dzieciaki zgromadzone w garażu nie kryły uciechy.
Tymczasem nad martwym ciałem Chloe zebrała się niezła grupka. Wszyscy byli zafrapowani niecodziennym zjawiskiem, bo umówmy się - nie było to coś normalnego. Harper w pewnym momencie zaczęła się...kopcić, by po chwili nastąpił gwałtowny zapłon! Pech chciał, że kobieta wciąż miała broń przy pasku i pod wpływem ogromnego żaru, naboje wystrzeliły, raniąc każdego z nich. Siła wybuchu ognia odrzuciła ich, poczuli gorąc na twarzach.
Brad miał najwięcej szczęścia. Kula świsnęła tuż obok, ledwie muskając skórę ramienia. Colleen i Joker(który odciągnął i zasłonił Brada) mieli go już trochę mniej - obojgu kula wbiła się w łydkę, na szczęście nie na wylot, więc wykrwawienie im nie groziło. Niestety biedny Marian nie miał dziś dobrej passy - kula trafiła prosto w ramię, przechodząc na wylot, przez co szybko zaczął tracić krew. Trzeba było go pilnie opatrzyć !
Tymczasem ciało biednej Chloe, która uniknie szpetnej blizny na pośladku, płonęło, aż się zwęgliło. Przykry widok....do momentu, w którym zwłoki poruszyły się a kobieta wzięła głośny, gwałtowny oddech! Witamy z powrotem na świecie Chloe, w stroju Ewy!
Joe i pozostali mutanci usłyszeli ten mały wybuch. Czyżby walki nadal trwały?
- Boję się - wydusiła Annie cichutko, drżącym głosikiem.
Vincent odwrócił głowę, przerywając to co robił. Coś się stało. Cóż...i tak nie miał czasu, by jej odpłacić za to siedem lat. Wcześniej przygotował sobie w głowie całą mówkę. O tym, jakim była potworem, jak skrzywdziła jego i innych, jak bardzo zasługuje na śmierć...ale teraz gdy patrzył w oczy oprawczyni, czuł, że żołądek ma dziwnie ściśnięty i nie jest w stanie przypomnieć sobie ani słowa. Po prostu chciał, by już zdechła.
- Wiesz Dolores?... - powiedział drżącym głosem - Poczytałem trochę o wiedźmach, wiesz? Zasługujesz na koniec godny wiedźmy.
Nie musiał jej przykuwać kajdankami - po tym co jej zrobił, nie była w stanie się podnieść. Podszedł do szafki, w której było sporo substancji... w tym benzyna ekstrakcyjna. Odkręcił korek i chlusnął obficie. Crow teraz już nie miała wyboru, jak się posikać. Przynajmniej nie było tego widać, bo i tak była mokra od łatwopalnej substancji.
- NIEEE! TRZYDZIEŚCI SZEŚĆ, BŁAGAM! VINCENT !!!
Jakby go nie nazwała, jakby nie błagała, nie miał zamiaru jej darować. Wyciągnął zapałki, odpalił jedną i rzucił. Wrzaski kobiety, teraz jeszcze głośniejsze wypełniły jego uszy. Był pewien, że jest ją słychać nawet na zewnątrz. Patrzył jak kobieta płonie żywcem i czuł tak kurewską satysfakcję, że nie umiałby nawet tego opisać słowami. W końcu odetchnął, obrócił się na pięcie i wyszedł.
łatwo było zauważyć zamieszanie, w kierunku, którego podążył.
-Co do... - wydyszał, patrząc na tą całą scene. Jeszcze nie zauważył, że Chloe oddycha i się rusza ! - Marian, żyjesz? Trzymaj się, zaraz cię opatrzymy ! - podniósł go z ziemi - Colleen masz akta ? Jak tak, to zwijamy się stąd. Tak jakby...sala eksperymentalna się pali. - cozłego to nie on!

Podsumowanie :
Zabici ochroniarze- 14!
Zabici naukowcy- 5
Dolores i Shugart- nie żyją

Obrażenia :
Chloe – żywa, w sadzy i naga
Marian - obrzygany i zmęczony, rana postrzałowa ramienia, krwawi!
Dale - nieprzytomny, uśpiony (zabierze go ktoś?)
Vincent - postrzelone ramię, kula w piersi, pęknięte żebro, rana na głowie.
Brad – rana postrzałowa-plecy, niewielka rana ucha, tymczasowa utrata słuchu, piszczenie w uszach. Działanie mutazyny - brak mocy, zawroty głowy, mdłości. Draśnięte ramię
Joker - Ból brzucha, pęknięta skroń, pęknięte dwa żebra, wielki guz na głowie, zawroty głowy. Kula w łydce
Joe – brak
Colleen - kula w łydce ( W KOŃCU)


Szansa na wybuch pistoletu pod Chloe

Odpisy do 27.02 do konca dnia
[Profil]
  [0+]
 
Bradley Grey



Awesome

manipulacja Magią Chaosu

88%

szuka zemsty





name:

Bradley Grey,

alias:
Adam Bishop / Warlock Lord

age:
27

height / weight:
183 / 80

Wysłany: 2020-02-25, 21:29   
  

   1 Rok na Giftedach!

  

   Grosza daj Giftedowi! #darczyńca


Szczerze? Był zaskoczony, że ten cały Joker poszedł po dobroci. Ba, nawet użył wojskowego zwrotu "tak jest", co jeszcze bardziej go zatkało. Ale protestować nie zamierzał i kiedy poszedł grzecznie do wyjścia, Brad pokuśtykał razem za nim. No bo trzeba przyznać, że czuł się paskudnie. Mutazyna działała na każdą komórkę jego ciała i nie było to miłe. Osłabienie, które czuł i mdłości powodowały, że nie mógł się skupić na swoich zadaniach tak jak powinien. Tym bardziej cieszył się, że ma obok Mariana, który ogarniał pomimo zmęczenia. Kolejnym zaskoczeniem był odpowiadający normalnie Joker, który najwyraźniej postanowił z nimi współpracować.
I kiedy zostawił na chwilę Mariana z Jokerem nieco z tyłu, a sam poszedł oglądać dymiące się zwłoki, nagle pojawiła się Colleen, a jej widok ucieszył mężczyznę i odetchnął z ulgą.
- Wszystko ok, ale nie mogę używać swoich mocy - mogło to jej dać jasną odpowiedź co się stało. Jedynie mutazyna miała takie działanie, a musiał wyglądać jak pół nieszczęścia. Z pleców nadal leciała mu krew, ale póki co trzymał się na nogach i myśli miał zajęte czym innym.
- Jesteś cała - powiedział z troską i ulgą, dotykając z czułością jej policzka. Gdzieś w środku martwił się o jej los podczas własnych przygód w tym miejscu. Ale okazało się, że całkiem niepotrzebnie, bo Colleen wyglądała całkiem zdrowo. Widać było, że krew na jej ciele nie należy do niej, a sama zachowywała się jakby jej nic nie było.
- Nie mam poję... - przeniósł wzrok na ciało, ale w tym momencie zaczęło strzelać. I pewnie skończyłby dużo gorzej, gdyby nie Joker, który go zasłonił. Brad był w szoku, bo jeszcze niedawno sam postrzelił go w plecy, a teraz ryzykował dla niego własnym życiem. W co ten chłopak grał?
Jego kula ledwo drasnęła w ramię, ale Colleen oberwała w łydkę. Zrobił krok w jej kierunku, zmartwiony.
- Wszystko ok? - zapytał jej, łapiąc ją automatycznie za ramię. Zobaczył wtedy, że kula wbiła się w łydkę, co pewnie trochę opóźni jej poruszanie się. Ale zamierzał jej pomóc mimo własnego osłabienia. Dopiero potem zobaczył, że Joker również oberwał.
- Dlaczego to zrobiłeś? - zapytał go mimowolnie, bo naprawdę nie rozumiał tego postępowania. Poczuł się trochę głupio, że jeszcze przed chwilą chciał go zabić.
A zaraz potem wpadł w ich grupę Vincent, którego słowa uświadomiły Brada, że Marian najbardziej oberwał. Już miał się do niego zwrócić, ale widział, że przywódca tej misji jest przy nim, więc nie chciał się wcinać. Nie potrafił leczyć i nawet nie miał swoich mocy, więc chyba lepiej zachować dystans. Przy okazji dowiedzieli się, że trzeba spadać, bo podpalił salę, pewnie z tą całą Dolores. Nie żałował jej, ale przez to sami musieli się dość szybko ewakuować.
Ale wtedy zobaczył Chloe. Która niby nie żyła, a teraz jednak była... żywa? A przede wszystkim, naga! Że co? Brad przez dłuższą chwilę patrzył i nie mógł zrozumieć co się stało, aż jedynym logicznym wytłumaczeniem było to, że dziewczyna jednak jest mutantem. Nie bardzo wiedział jak się zachować, ale ostatecznie nie wyglądała na kogoś wrogiego w tym momencie, zwłaszcza naga. Dlatego podszedł do niej i ściągnął swoją kurtkę, po czym podał jej, by mogła się nią okryć. I tak już wszyscy w tej grupie mieli okazję zobaczyć ją nago, co nie zmienia faktu, że nie mogło to być zbyt komfortowe zwłaszcza przy uciekaniu. Podał jej rękę, pomagając tym samym wstać.
- Uciekajmy stąd - rzucił do reszty, która w większości była w jakiś sposób ranna. Upewnił się, że z Chloe wszystko ok, po czym podszedł do Colleen, żeby pomóc jej iść z tą ranną nogą, jeśli będzie tego potrzebowała.
- Ty, idziesz przede mną. Nic nie kombinuj - rzucił jeszcze do Jokera, który zachowywał się nieprzewidywanie, więc musiał go mieć na oku i dla bezpieczeństwa trzymał go na muszce.
_________________

I'll start a riot
until you hear me
[mru]
[Profil]
  [A-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 6