Poprzedni temat «» Następny temat
chatka nad jeziorem
Autor Wiadomość
Scott D'Amico



"Jeżeli zbyt długo wpatrujesz się w ciemność, to ona zaczyna wpatrywać się w Ciebie"

Zamiana w cień.

78

Barman.





name:

Scott D'Amico

alias:
Blake Carter || Ghost

age:
31

height / weight:
185/90

Wysłany: 2019-10-31, 01:42   
   Multikonta: Dale/James


Hmm. W takim razie sprawiała takie wrażenie.
Nie do końca chodziło tutaj o takie kompletne pozbieranie się - wiadomo, że w tak krótkim czasie to niemożliwe. A o zwykłe dawanie sobie rady z codziennością, no bo hej - przecież nie zamknęła się w czterech ścianach, nie beczała całe dnie ukryta pod kołdrą.
Próbowała z tym walczyć, nie załamała się, nie poddała. Czy to właśnie nie jest odnajdywanie się w sytuacji?
Widział jak męczyła się w nocy, słyszał jej krzyki, przecież był osobą, która w takich sytuacjach mocno ją przytulała i powtarzała, że to tylko zły sen... Cierpiał widząc ją w tym stanie, ale też dobrze ją rozumiał. Przechodził przez to wszystko wiele lat temu - też nie mógł spać po nocach, widział twarze ludzi, którym odebrał wszystko, widział w snach ten feralny dzień, dzień w którym to on stracił tak wiele...
A jednak nauczył się z tym żyć.
W jego mniemaniu czas wcale nie leczył ran - po prostu przyzwyczajał do bólu i... Cholera, chciał jej pomóc zrozumieć, że pewnego dnia naprawdę będzie lepiej. Zamierzał się też o to postarać - by faktycznie tak było.
- Hej, myślałem, że, sam nie wiem... Jestem jakimś vipem, mam pierwszeństwo w Twoim grafiku, czy coś... - powiedział rozbawiony nie odrywając od niej wzroku. Doskonale wiedział, że się zgrywa, ale jeśli chodzi o samo porywanie jej... No, naprawdę mógłby robić to częściej.
A plamami wcale się nie przejmował. O wiele trudniej było sprać krew z ubrań, a z tym sobie już wiele razy radził, więc i teraz jakoś to będzie. No.
Wytrzymał jej spojrzenie i wysłuchał tego co ma do powiedzenia.
- Z czwartej strony, jeśli nauczysz się tego co chcę Ci pokazać nie będąc w pełni sił łatwiej Ci będzie to wykorzystać, gdy już będziesz całkowicie sprawna. - odparł puszczając jej oczko. Nie powiedział jednak tego z taką powagą jak ona, oczywiście nie zamierzał na nią naciskać. Na razie nie zamierzał jej zostawiać samej - przynajmniej przez najbliższe kilka dni, więc nic jej nie groziło.
Potem będą się martwić.
- No dobra... Domyślam się, że wygodnie Ci się na mnie leży, ale chyba powinniśmy rozpakować rzeczy, poza tym chyba zgłodniałem. - po tych słowach pocałował ją lekko w usta i poczekał, aż się z niego sturla, by pomóc jej wstać.
_________________
[Profil]
  [A+]
 
Caroline McCoy



Dark hair for catching the wind - not to veil the sight of a cold world.

Neurochirurg / członek sztabu badawczego D.O.G.S.





name:

Caroline McCoy

alias:
Julie Kane

age:
28

height / weight:
159/53

Wysłany: 2019-11-02, 01:23   
   Multikonta: Sam
  

   2 lata Giftedów!


- Hmmm... Na bycie VIPem trzeba sobie zasłużyć, i to niekoniecznie narażając moje życie na ran... Spotkaniu. - Stwierdziłam z udawanym namysłem, przykładając swój palec wskazujący do własnych warg. I kto by pomyślał? Rzeczywiście kijowo nam szło przekazywanie sobie nawzajem tego, co mieliśmy na myśli i wewnętrznie czuliśmy. Ale... I tak się rozumieliśmy bez słów, prawda?
Wtedy też zerknęłam na swój zegarek, chowający się pod rękawem jasnej bluzy, by po szybkiej analizie wskazówek na jego tarczy, z niezwykłą pewnością we własnym głosie, dodać:
- Masz jeszcze dokładnie 63 godziny, 47 minut, iii.... 10 sekund w moim grafiku. - Zaśmiałam się, opuszczając własną rękę i na krótką chwilę gubiąc to połączenie między naszymi oczami. To było głupie, ale... Chyba czasem po prostu potrzebowałam takiego zwykłego zgrywania się i chwili luzu - bez obawy, że ktoś zacznie osądzać moje zachowanie - tym bardziej teraz, gdy zachowywałam się jak byle gówniara, której udało się uciec z domu na wymarzony festiwal.
W sumie... Może kiedyś uda nam się odegrać wszystkie te stracone wspomnienia, i przeżyć drugą młodość?
- Z piątej strony jeśli mnie dobijesz teraz, to nie będę miała już kiedy popisać się nowymi zdolnościami! - Nie zamierzałam odpuszczać, bo przecież... Jules nie odpuszczała. Zawsze była uparta - niezależnie, czy chodziło o utrzymywanie bolesnych tajemnic daleko od światła dziennego, czy o głupie, nic nie znaczące sprzeczki. No i ta satysfakcja - z wymuszenia na kimś tych kilku, prostych słów, które sprawiały taką radość każdej dziewczynce i kobiecie.
"Tak, masz rację."
Czekałam, aż odpuści i wyrzuci z siebie te słowa, szykując już w zakamarkach własnej głowy kolejne argumenty potwierdzające moje racje. Bo przecież - co to, to nie. Facet nie mógł mnie pokonać w sprzeczce słownej, skoro już fizycznie miał nade mną przewagę, prawda? Chociaż w gadaniu musiałam być od niego lepsza!
Szybko jednak Scottowi udało się sprowadzić mnie na ziemię - gdy zamiast kontrargumentu, zwrócił mi uwagę na pewien... Znaczący szczegół.
- Huh? - Mruknęłam, wyraźnie zbita z tropu, nim całkowicie to do mnie doszło, by już po chwili zalać się rumieńcem. - Och, ja... Ja... Przepraszam! - Wyrzuciłam z siebie dość nerwowo, niemal natychmiast dłońmi podpierając się o jego klatkę, a po chwili - z niego wstając.
Byłam... Tak blisko. Nasze nogi niemal splecione - co już teraz widziałam po zielonych śladach na moich kolanach, mój brzuch leżący na jego, nasze twarze niemal stykające się ze sobą, z zagubionymi spojrzeniami we własnych tęczówkach...
Mogłabym przysiąc, że zrobiło mi się gorąco na tę myśl, z czego do tej pory nie zdawałam sobie sprawy. Znaczy... Jasne, całowaliśmy się, już od wielu dni D'Amico spał ze mną w jednym łóżku, ale nawet wtedy... Każde objęcie było jednak trochę inne, nasze ciała się tak nie stykały. To wszystko było wyłącznie gestem czułości, zmartwienia, podnoszenia na duchu, a teraz... Teraz miałam wrażenie, jakby było inaczej i nie mogłam tej myśli pozbyć się z własnej głowy.
Czemu tego chciałam, jednocześnie tak bardzo się bojąc?
Poprawiłam swoją bluzę, która lekko się podniosła podczas tego chwilowego "odpoczynku", by już po chwili nerwowo przełożyć kosmyk swoich włosów za własne ucho, a całą fryzurę - płaskimi dłońmi wygładzić. Wzięłam też w tym czasie kilka głębszych oddechów - tak, by uspokoić własne emocje, nim ponownie spojrzałam na mężczyznę, przywołując na usta dość niezręczny uśmiech.
- To... Ścigamy się do toreb! - Walnęłam jakże odkrywczo, z góry znając wynik tej konkurencji, nim próbowałam dość pokracznie dobić do drzwi domku, kuśtykając na tej przeklętej, chorej nodze...
_________________


I have lost my innocence...
[Profil]
  [A-]
 
Scott D'Amico



"Jeżeli zbyt długo wpatrujesz się w ciemność, to ona zaczyna wpatrywać się w Ciebie"

Zamiana w cień.

78

Barman.





name:

Scott D'Amico

alias:
Blake Carter || Ghost

age:
31

height / weight:
185/90

Wysłany: 2019-11-05, 01:13   
   Multikonta: Dale/James


Uśmiechnął się tylko pod nosem słysząc, jak poprawiła się przy ostatnim słowie. No cóż... Oboje chyba dobrze wiedzieli jak to nazwać, wiedzieli czym jest to wszystko, a jednak unikali tych słów. Zupełnie jak dzieci, jakby ciężko było im przyznać się do tego, że czują do siebie coś więcej.
W sumie jak tak na to spojrzeć z boku... To nawet trochę urocze.
- Mówisz? - spytał unosząc brwi i uśmiechając się lekko. Tym razem to on udał, że się zastanawia.
- Wykorzystajmy więc dobrze ten czas. - rzucił lekko, chociaż całkiem szczerze - zamierzał jak najlepiej wykorzystać te parę dni, które spędzą tylko we dwoje.
Mimo tego, iż dalej był przekonany, że nie umie w te rzeczy, to... Wszystko okazywało się troszkę prostsze niż myślał. Wystarczyło tak naprawdę być sobą, a reszta jakoś sama się układała.
- Z szóstej strony... Yh. Dobra, niech Ci będzie. Wygrałaś. - teatralnie wywrócił oczami, ale nie powstrzymał się od krótkiego śmiechu.
W którym momencie zaczął być pantoflarzem? Scott D'Amico tak po prostu odpuszczający dalszą dyskusję? Cholera, żeby go tylko teraz widzieli starzy znajomi...
Ale czy nie było tak zawsze? Jeszcze gdy byli o wiele młodsi... Julie zawsze była najmądrzejsza, jej słowo musiało być ostatnie, a on jej na to pozwalał - większość ich dziecięcych kłótni kończyła się jego przeprosinami i... No, chyba coś im zostało z tamtych lat.
Scott wstał zaraz po niej kompletnie ignorując te jej głupie przeprosiny i w miarę możliwości otrzepał ubrania. Huh... Pewnie ciężko będzie to sprać, ale chyba było warto.
To prawda - wcześniej nie byli tak blisko. Scott trzymał pewien dystans, nie chciał, by cokolwiek zadziało się zbyt szybko. Nie zamierzał na nią naciskać - nie po tym co przeszła. Wychodził z założenia, że to powinno wyjść... Samo, naturalnie.
I prawdopodobnie tak się kiedyś stanie - nie ważne jak długo trzeba będzie czekać.
Z rozmyślań wyrwał go jej głos.
Huh?
Mieli się ścigać jak jakieś gnojki...?
- A co mi tam.. - mruknął pod nosem i pobiegł za nią. Oczywiście dał jej trochę forów, ale to tylko dlatego, że nie była do końca sprawna!
Koniec końców wyszło tak, że na metę dotarli wspólnie.
Weszli do ich tymczasowego lokum, a Scott od razu ściągnął z siebie kurtkę, oraz koszulkę.
Zaczął szperać w torbie, by znaleźć jakąś na zmianę.
_________________
[Profil]
  [A+]
 
Caroline McCoy



Dark hair for catching the wind - not to veil the sight of a cold world.

Neurochirurg / członek sztabu badawczego D.O.G.S.





name:

Caroline McCoy

alias:
Julie Kane

age:
28

height / weight:
159/53

Wysłany: 2019-11-07, 02:09   
   Multikonta: Sam
  

   2 lata Giftedów!


Czy tak nie było łatwiej? Zamiast nazywać rzeczy po imieniu, jak przystało na dorosłych, chyba sami stanęliśmy trochę na poziomie tych dzieci, którymi byliśmy za naszego "ostatniego" spotkania przed laty. Przecież... W tamtym wieku też mało kto przyznawał się do związków, prawda? Przynajmniej... Jeśli chodziło o moją grupę wiekową. Scott już chyba mógł być w tym nieco odważniejszy, chociaż... Przy tamtej różnicy wieku chyba też nie chciałby się przyznawać, że cokolwiek poza znajomością łączy ją z gówniarą. No i... Wtedy serio nie byliśmy świadomi tego, jak bardzo nam na sobie zależy - pewnie uznając wszystko wyłącznie za przyjaźń. Bo... Jak inaczej można wtedy było patrzeć na swojego kompana z piaskownicy?
Nie miałam też wątpliwości, że ten czas na odludziu wyjdzie nam na dobre. Chyba... Potrzebowaliśmy wakacji. Potrzebowaliśmy odpoczynku od tej chorej rzeczywistości, w której przyszło nam żyć. A tu? Tu nie było żadnych śladów wojny. Nie widać było szwadronowców, nie słychać było latających helikopterów nad miastem, nikt nie celował do Ciebie bronią ani nie sprawdzał Twoich przepustek. Wizja wyjścia na zewnątrz dla podziwiania blasku księżyca w środku nocy wydawała się teraz tak kusząca - gdy od tak wielu miesięcy nie miałam szansy podziwiać jego poświaty. Czy właśnie dlatego na moich ustach zagościł całkowicie szczery, szeroki uśmiech?
Nie mogłam też ukryć satysfakcji, która wymalowała się na mojej twarzy po wygranej w tej krótkiej sprzeczce. Co jak co... Z tym miał rację. Julie zawsze musiała wygrać.
Nawet, jeśli Caroline chciała się przed tym bronić, pozostając gdzieś w cieniu.
Ale kogo chciałam oszukać? Już od dawna nie potrafiłam pozostać cicho. Przecież... W tych paskudnych warunkach, w tamtym garażu też nie potrafiłam utrzymać języka za zębami - prawdopodbnie przez ten stres i dyskomfort, który podświadomie budził we mnie dziecięce lęki. Ale... Pierwszy raz rozumiałam swoje reakcje. I pierwszy raz byłam z nich dumna - nawet, jeśli dziś miały mi o sobie przypominać, przez paskudne blizny rysujące się na mojej skórze..
Nie mogłam też ukryć, że nieźle się zziajałam podczas tego krótkiego "biegu" - o ile w ogóle można tak było nazwać moje żałosne kuśtykanie ku drzwiom domku. Mimo wszystko jednak... Tak, odnajdywałam w sobie tego małego dzieciaka, który czuł radość z tak prostych rzeczy.
Zaczesałam swoje włosy za ucho, podnosząc wzrok na mężczyznę, gdy niby dobiegliśmy tu wspólnie.
- Nie, żebym coś mówiła. - Stwierdziłam z oddechem, którym mógł się pochwalić niejeden astmatyk - Ale z całą pewnością byłam pół buta przed Tobą! - Dodałam po chwili, podpierając się własnym bokiem o futrynę, Scott jednak zdawał sobie z tego nic nie robić, po prostu mnie wyprzedzając, a po chwili - rozbierając się.
I to... To przecież nie tak, że jeszcze go nie widziałam z gołą klatą, ale... Ten tatuaż...
Sama nie wiedziałam, co o nim sądzę. Z jednej strony... Powinnam się chyba cieszyć, że od zawsze byłam dla niego ważna, ale z drugiej... Miałam wrażenie, że byłam ciężarem. A ta świadomość... Wcale nie była miła.
Zacisnęłam swoje wargi w cienką kreseczkę, ale nie zbliżyłam się do niego nawet na krok. Zamiast tego, wyrzuciłam z siebie krótkie pytanie.
- To bardzo bolało? - Nie odrywałam wzroku od tych kilku liter wypisanych na jego skórze. Sama nie miałam przecież ani milimetra ciała ubrudzonego tuszem, więc... Chyba byłam po prostu ciekawa - zarówno jego doznań fizycznych przy samym tatuowaniu, jak i tego brzemienia, które był zmuszony nosić na sobie przez tak wiele lat.
Dość szybko jednak odchrząknęłam, poprawiając rękawy przy własnej bluzie - która na szczęście uniknęła trawiastych plam na swojej powierzchni. - W ogóle, widziałam łódkę przy mostku. Myślisz, że możemy z niej skorzystać? Wypłynąć na jezioro? - Zapytałam dość niepewnie, bo przecież sama doświadczenia z takimi pojazdami nie miałam. No, bo chyba nie mogliśmy liczyć naszej butelkowej tratwy sprzed prawie 20 lat, która zapewniła nam szybką kąpiel w zimnej wodzie stawu, prawda?
_________________


I have lost my innocence...
[Profil]
  [A-]
 
Scott D'Amico



"Jeżeli zbyt długo wpatrujesz się w ciemność, to ona zaczyna wpatrywać się w Ciebie"

Zamiana w cień.

78

Barman.





name:

Scott D'Amico

alias:
Blake Carter || Ghost

age:
31

height / weight:
185/90

Wysłany: 2019-11-07, 02:33   
   Multikonta: Dale/James


Ależ oczywiście, że tak było łatwiej. Tylko czy powinni iść właśnie tą - łatwiejszą drogą? Scott z doświadczenia wiedział, że szlak, który wydaje się najprostszy prędzej czy później staje się wyboisty.
Trudno było jednak inaczej - ponieważ po prostu inaczej nie potrafili. Każde z nich miało w sobie coś co zmuszało ich do takiego zachowania. Nieciekawa przeszłość, najróżniejsze przeżycia, jeśli chodzi o wyrażanie uczuć zatrzymali się chyba na podobnym poziomie...
A to wszystko tylko gdzieś się zbierało, gdzieś głęboko w środku. Prawdopodobnie byli oboje jak tykające bomby zegarowe, ale... Ale teraz Scott o tym nie myślał.
Teraz - jak to ktoś ładnie ujął - odkrywał drugą młodość. Podobnie jak Caroline cieszył się z tych najdrobniejszych rzeczy, aż dziwne, że nie bolały go mięśnie twarzy od tego ciągłego uśmiechania się.
Jeśli chodzi o te parę dni odosobnienia od wszystkich poza sobą... Cholera, oczywiście, że im się to przyda.
Tylko tutaj tak naprawdę mogli spokojnie porozmawiać o tym wszystkim - i Scott zamierzał to zrobić. Nie teraz, nie za godzinę, nie za dwie, ale... Cóż, kiedyś musieli to zrobić. I tak jak mówiłem - chyba nie ma lepszego miejsca niż to.
Nad tym jeziorkiem wszystko wydawało się takie... Takie piękne - zupełnie jakby zwiedzali conajmniej Paryż, lub coś w tym rodzaju. Spokój, który był wyczuwalny nawet w powietrzu, cisza, a przede wszystkim brak ludzi. No i ona. Tylko dla niego. Nie mógł sobie wyobrazić piękniejszego sposobu na spędzenie czasu i przez krótką chwilę nawet pomyślał, że czuje się jak w jakimś cholernym raju.
- Taa? No dobrze. Załóżmy, że masz rację. - odparł będąc już plecami do niej wyraźnie rozbawiony. Cholera, teraz tak bardzo przypominała Julie, którą pamiętał z dziecięcych lat... Zupełnie, jakby cofnęli się w czasie.
Po paru chwilach szperania w torbie wreszcie znalazł jakiś czarny t-shirt. Odwrócił się do niej i już miał go na siebie założyć, ale wtedy Caroline zadała mu pytanie.
Pytanie na które tak naprawdę nie łatwo było mu odpowiedzieć.
Jakby ktoś do niego wypalił z broni, jakby ktoś ugodził go prosto w serce - te wszystkie lata, które spędził na poszukiwaniach jej, te wszystkie samotne noce podczas których zastanawiał się gdzie ona jest... To wszystko na parę chwil wróciło, jakby życie przeleciało mu przed oczami - a podobno dzieje się to tylko, gdy człowiek jest bliski śmierci.
Uśmiechnął się, ale na próżno szukać w tym uśmiechu choć cienia radości.
Podszedł do niej bliżej i złapał ją za dłoń, którą powoli ułożył na swoim sercu.
- Bardziej bolał powód dla którego go zrobiłem. Bardziej bolał brak Ciebie, te kilka kresek na skórze... To nic w porównaniu z samotnością. - spojrzał jej prosto w oczy, a wolną dłonią delikatnie przesunął po jej policzku.
Zbliżył się i złożył na jej ustach delikatny pocałunek.
- Zrobiłem go, żeby nigdy nie zapomnieć, żebym przypominał sobie o Tobie za każdym razem kiedy spojrzę w lustro. Ale... Teraz tu jesteś. I wszystko jest w porządku. - dodał po chwili zastanowienia. Potrząsnął głową jakby chciał wyrzucić z niej te wszystkie negatywne myśli. Zdziwił się, gdy po wyrzuceniu z siebie tego wszystkiego zrobił się jakby... Jakby lżejszy?
Jakby od dawna czekał, aż zapyta go o tatuaż, by móc jej odpowiedzieć właśnie z tymi słowami.
Odetchnął głębiej i puścił jej dłoń.
- A jeśli chodzi o sam tatuaż... Da się wytrzymać. Planujesz jakiś zrobić? - powiedział pół-żartem, pół-serio dla rozluźnienia atmosfery, po czym wreszcie się ubrał, co by jej nie rozpraszać.
Na dworzu wcale nie było już tak ciepło, więc cofnął się do torby i wyciągnął z niej kurtkę, którą wziął ze sobą na zmianę.
- Myślę, że nikt się na nas nie obrazi, jeśli ją sobie na trochę pożyczymy. - odpowiedział jej na pytanie, które padło wcześniej i przeniósł na nią wzrok czekając, aż sama przygotuje się do wyjścia.
_________________
[Profil]
  [A+]
 
Caroline McCoy



Dark hair for catching the wind - not to veil the sight of a cold world.

Neurochirurg / członek sztabu badawczego D.O.G.S.





name:

Caroline McCoy

alias:
Julie Kane

age:
28

height / weight:
159/53

Wysłany: 2019-11-07, 03:02   
   Multikonta: Sam
  

   2 lata Giftedów!


Czy przeszkadzał mi fakt, że ta mała panienka sprzed lat przejmowała nade mną czasem kontrolę?
Kurcze, chyba... Nie?
Chyba... Chyba sama sobie się zaczynałam taka podobać. Gdy nie była wiecznie przerażoną i nic nie potrafiącą zrobić kruszynką, o którą ktoś inny wiecznie musi dbać. Chyba po tych miesiącach w niewoli chciałam w sobie znaleźć siłę - a tej Jules miała od groma. Znosiła gorsze rzeczy przez 12 lat, niż Caroline przez 4 miesiące. Była silniejsza - a ja chciałam tę cechę przejąć.
Nawet, jeśli miało to zająć wiele czasu.
- No oczywiście że mam rację. - Odparłam niemal z dumą, prostując swoje plecy, gdy na moich ustach rysował się uśmiech a w oczach pojawił się dziwny blask. To... Naprawdę było miłe uczucie.
Moje ego szybko jednak zmalało - bo z każdym jego krokiem wydawało mi się, że sama robię się coraz mniejsza. Nie wiem, co takiego było w jego słowach i postawie, co sprawiało, że czułam się teraz tak onieśmielona... Czy to ta jego obsesja, która z całą pewnością do zdrowych nie należała, a teraz... Wydawała się taka "właściwa"?
Czułam, jak robi mi się gorąco. Czułam dreszcz, który przeszedł wzdłuż mojego kręgosłupa, gdy tak zbliżył moją dłoń do swojego serca. Zupełnie, jakby ten prostu gest miał przekazać wszystko, co się w nim kotłowało przez lata. Nie zdołałam dostrzec jego wspomnień, ale... Wszystkie te emocje - strach, cierpienie, ból, radość... To wszystko we mnie uderzyło, niemal odbierając mi dech w piersiach.
Czy to czas się zatrzymał? Czy ja nie potrafiłam tego wszystkiego pojąć? Mogłabym teraz umrzeć - wpadając w jego ramionach w tej krótkiej chwili zapomnienia, dopóki życie na nowo nie zostało tchnięte w moje usta - wraz z jego delikatnym pocałunkiem. Czy właśnie to przywróciło mnie do rzeczywistości?
- Ja... Wciąż nie mogę uwierzyć, że tak długo... Tak długo... Że w ogóle chciałeś... - Nawet nie wiedziałam, jak ubrać moje myśli w słowa. Nie wiedziałam, co powiedzieć, ani co myśleć - choć przecież przez głowę prześlizgały mi się liczne pytania. Ja... Wiedziałam, że unikałam relacji, ale nie chciałam wierzyć, że i on to robił.
Czy może jednak?
- To... Czy Ty... Byłeś sam te wszystkie lata? - Zapytałam dość tępo, chyba nawet nie mogąc przecisnąć przez własne usta takich słów jak "partnerka" czy "dziewczyna". Całe szczęście, nim mój umysł zawędrował zbyt daleko, jego żartobliwy ton trochę sprowadził mnie na tę twardą ziemię.
- A powinnam? - Zapytałam, gdy jeden z kącików moich ust się podniósł. Czy chciałam się wytatuować? Czy chciałam się naznaczyć na resztę życia? A może... Może to wcale nie był taki zły pomysł? Może mogłabym ukryć te blizny pod małymi dziełami sztuki?
To wydawało się teraz takie kuszące...
- To... Zróbmy to! Tak dawno nie robiłam nic... Bez planu. Oh, myślisz, że są tu ryby? - Zapytałam, zerkając wgłąb pomieszczenia, gdzie w oczy rzuciły mi się wędki. Nie miałam żadnych wątpliwości, że to miejsce musiało być genialną miejscówką w sezonie, gdzie pewnie odbyła się niejedna impreza przy samodzielnie złowionych zdobyczach. Może... I my dalibyśmy radę coś takiego osiągnąć?
_________________


I have lost my innocence...
[Profil]
  [A-]
 
Scott D'Amico



"Jeżeli zbyt długo wpatrujesz się w ciemność, to ona zaczyna wpatrywać się w Ciebie"

Zamiana w cień.

78

Barman.





name:

Scott D'Amico

alias:
Blake Carter || Ghost

age:
31

height / weight:
185/90

Wysłany: 2019-11-07, 03:19   
   Multikonta: Dale/James


To prawda. Ta mała panienka miała w sobie od groma siły. Scott z biegiem lat zrozumiał przez co tak naprawdę przechodziła i naprawdę był pełen podziwu, że dała sobie z tym wszystkim radę. Nie każdy by to potrafił i nawet jeśli są to cholernie przykre doświadczenia - to właśnie takie dają nam najwięcej sił. To dzięki nim potrafimy brnąć dalej i ciężej nas złamać... A ona była twarda - nie widział tego wcześniej w Caroline, ale teraz... Teraz to się zmieniało i działo się to na jego oczach.
- Tylko się nie przyzwyczajaj. - wywrócił teatralnie oczami i zaśmiał się widząc, jak cholernie jest z siebie dumna.
W zasadzie... Miło było ją widzieć właśnie taką. Radosną, walczącą o swoje, podobała mu się, gdy była taka pewna siebie - nawet jeśli przeważnie nie trwało to długo.
I chyba takiej właśnie kobiety potrzebował, by stanąć na nogi.
Nie... Potrzebował właśnie jej.
Te ich wesołe rozmowy jednak nie mogły trwać wiecznie - nie oszukujmy się, prędzej czy później zawsze schodziło na poważniejsze tematy. Było ich zbyt wiele, by nie wydostawały się na światło dzienne, zbyt wiele emocji w nich siedziało - zbyt wiele się wydarzyło.
A jednak to, że spytała o tatuaż nie zapoczątkowało kolejnych łez, kolejnej kłótni - kolejnego dramatu. Nie, wręcz przeciwnie.
Być może... Wreszcie uczyli się jak po prostu ze sobą rozmawiać?
Zastanowił się nad tym co powiedziała zaraz po tym krótkim pocałunku.
- Jak mógłbym zapomnieć? Szukałbym Cię do do końca swojego życia. Na szczęście już nie muszę. - odparł i uśmiechnął się. Jego tułaczka się zakończyła, od wielu dni nie patrzył na swoje odbicie w lustro z takim obrzydzeniem. Nie czuł się przegrany, wręcz przeciwnie. Wreszcie coś mu się w życiu udało, ba... Coś, co było dla niego najważniejsze. To zupełnie tak, jakby spełnił swoje marzenie.
- Nigdy... Nigdy z nikim nie byłem, nie dłużej niż na jedną, dwie noce. - odparł całkowicie szczerze odwracając wzrok. Nie chciał by wzięła go za jakiegoś dupka, który traktuje w taki sposób kobiety, z drugiej strony... Właśnie taki był - nie były mu potrzebne do niczego innego, to były zaledwie przelotne romanse. Zaspokajał chwilowe żądze, liczył się tylko seks - dopóki w jego życiu nie pojawiła się ona.

Scott podążył wzrokiem za jej spojrzeniem. Huh. Wędki. No proszę, chyba mieli szczęście!
Zdarzyło mu się w swoim życiu łowić ryby i z tego co pamiętał nie była to jakaś wielka filozofia, więc...
-... Myślę, że są. I myślę, że złowimy dzisiaj kilka ładnych okazów. - puścił jej oczko, po czym poszedł po wędki. Wziął obie pod pachę, wziął też małą walizeczkę, która zapewne zawierała haczyki, spławiki i tego typu rzeczy.
- Powinniśmy Ci skombinować taki rybacki kapelusik, czy coś w tym rodzaju... - ruszył w kierunku drzwi, by zanieść do niej zestaw małego wędkarza. Przechodząc obok dziewczyny delikatnie uszczypnął ją w bok. Ach, te końskie zaloty.
_________________
[Profil]
  [A+]
 
Caroline McCoy



Dark hair for catching the wind - not to veil the sight of a cold world.

Neurochirurg / członek sztabu badawczego D.O.G.S.





name:

Caroline McCoy

alias:
Julie Kane

age:
28

height / weight:
159/53

Wysłany: 2019-11-07, 03:37   
   Multikonta: Sam
  

   2 lata Giftedów!


Ponoć najgłośniej śmieją się ci, którzy najbardziej cierpią. Czy nie tak samo było z siłą? Przecież... Jakby to przeanalizować, to bez wyzwań i porażek nigdy byśmy się nie rozwijali. A że niektórzy mieli przed sobą większe kłody? Cóż... Chyba wiele nie można było na to poradzić.
Za dziecka bałam się mówić o tym, co mnie gryzło. Odwracałam kota ogonem. Wolałam skupić się na tych rzeczach, które pomagały mi odwrócić myśli. Wolałam się cieszyć z tych drobnostek, niż przeżywać na nowo każdy koszmar. To mnie wtedy definiowało.
I chyba chciałam do tego wrócić.
- Przepraszam... Że ja zapomniałam. - Wyrzuciłam z siebie z ciężkim westchnieniem. To wszystko mogło wyglądać zupełnie inaczej, gdybym tylko go pamiętała. Gdybym tylko skupiła się na tym chłopięcym głosie, który czasem wołał moje imię w snach. Gdybym tylko chciała do siebie dopuścić te wszystkie mroczne myśli, które uderzyły mnie nagle - tylko przez moje własne, zapomniane imię.
Czułam to przecież długo. Wiedziałam, że za dobrze nam się rozmawia, że jego spojrzenie jest zbyt znajome, a jego imię dobrze mi się kojarzy. A jednak... Nie dopuszczałam do siebie żadnej z tych myśli, wciąż żyjąc w tej "bezpiecznej" skorupce, którą mój umysł sam wytworzył.
Teraz jednak... Mogłam się cieszyć, że Jules wraca. Szczególnie teraz, gdy... Potrzebowałam jej bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej.
- Rozumiem. - Mruknęłam, z lekkim uśmiechem na ustach. To była ta chwila, kiedy... Kiedy lepiej było nie mówić, że taka świadomość boli. Przecież... On nie był mój. Nie miałam prawa czuć się zdradzona czy zazdrosna - nie za te wszystkie lata, gdy się "nie znaliśmy". Nie, gdy sama... Nie mogłam mu tego nawet zapewnić. - Mam tylko nadzieję, że mimo wszystko... Znajdywałeś choć chwilę szczęścia i spokoju. - Dodałam po chwili, już całkowicie szczerze. Jeśli... Jeśli to mu pomagało znaleźć spokój ducha, oczyścić własne myśli - kim byłam, by go osądzać?
Czy w ogóle miałam takie prawo po tym, co sama przeszłam?
Wzięłam głębszy wdech, puszczając go wgłąb domku. Sama nie wiem, czemu tak się cieszyłam na taką głupotę. Czy to kwestia tego, że pierwszy raz miałam łowić ryby? Pamiętam, że za dziecka bardzo chciałam spróbować, przecież konkursy dla rodzin były ogłaszane na każdym kroku. Ale... Tata nigdy nie chciał. Dla niego było nie do pomyślenia opuszczenie naszej przystani. Może dlatego tak się ekscytowałam na myśl zamoczenia własnych spodni i wpatrywania się w spokojną taflę jeziora, podczas śledzenia kolorowych zawieszek na wędkach?
- Oh, to trzymam za słowo! Ja nawet nie wiem jak trzymać to ustrojstwo. - Wyznałam dość szczerze, zawieszając wzrok na kolorowej rączce. Na jego komentarz dość szybko jednak pojawił się lekki grymas na mojej twarzy.
- Żebym ja Ci zaraz kaloszy nie skombinowała. - Rzuciłam dość oschle, marszcząc własny nos, a po chwili - wzdrygając się, gdy tylko poczułam szczypnięcie. - D'Amico, przyrzekam, że wylądujesz za łódką w najmniej oczekiwanym momencie! - Rzuciłam po chwili, odwracając się za nim, by razem popędzić w kierunku naszego nowego, drewnianego mercedesa, co miał nas wyprowadzić na środek nieznanych wód...
_________________


I have lost my innocence...
[Profil]
  [A-]
 
Scott D'Amico



"Jeżeli zbyt długo wpatrujesz się w ciemność, to ona zaczyna wpatrywać się w Ciebie"

Zamiana w cień.

78

Barman.





name:

Scott D'Amico

alias:
Blake Carter || Ghost

age:
31

height / weight:
185/90

Wysłany: 2019-11-09, 02:07   
   Multikonta: Dale/James


Podobno właśnie tak jest. Ci, którzy w głębi duszy są cholernie samotni na ogół wydają się osobami towarzyskimi, skorymi do rozmowy, żartów - mimo tego, że w środku głośno krzyczą.
Jeśli chodzi o siłę... Cóż, z pewnością jej miarą można nazwać ilość porażek, upadków, oraz oczywiście podniesień po tych upadkach.
A w tym chyba oboje mieli doświadczenie, hmm? W porażkach, przecież oboje tak wiele stracili, oboje tak wiele przeszli.
W tej chwili jednak przyszłość malowała się w troszkę jaśniejszych barwach - przynajmniej w tej małej główce Scotta. Czasem tak po prostu chciał wierzyć, że się ułoży. Pewnie, bywały dni, gdy te wszystkie problemy wręcz go przytłaczały, rozumiał przecież, że pewni ludzie nigdy o nim nie zapomną i mu nie odpuszczą, ale... Z Caroline u boku czuł, że jakoś da radę. No, a właściwie dadzą - bo odkąd zaczęło się to wszystko, co teraz jest między nimi przestał o sobie myśleć jak o pojedynczej jednostce.
- Najważniejsze, że już sobie przypomniałaś. - odparł dość spokojnie i mimowolnie uśmiechnął się delikatnie. Czuł jak jego serce rośnie, gdy tak o tym rozmawiali. Przecież... Przecież tak naprawdę to jakiś pieprzony cud - to, że się odnaleźli. Na świecie jest tyle miejsc, tyle ludzi, a mimo wszystko znów na siebie trafili. I niech ktoś teraz wytłumaczy Scottowi, że przeznaczenie nie istnieje.
Potrafił jej wybaczyć wszystko - to, że przez tyle lat o nim nie pamiętała, że nie dopuściła do siebie tych wspomnień, przecież... Przecież wiedział, że to nie jej wina.
W jego życiu był moment w którym obwiniał ją o to jak potoczył się jego los. Jednak... To już minęło. Zrozumiał, że sam sobie to wszystko zgotował i jak przystało na mężczyznę - po prostu brał to na klatę. Problem pojawił się oczywiście w momencie, gdy nie musiał już zadbać tylko o swoje bezpieczeństwo.
Na jej następną wypowiedź tylko wzruszył ramionami.
- Żadna z nich nie dała mi tego, co mam w tej chwili - z Tobą. - odparł zgodnie z prawdą i jednocześnie zamknął temat. Właściwie wszystko już zostało powiedziane i naprawdę zrobiło mu się o wiele lżej. Takie rozmowy czasem były potrzebne.

Poważne tematy nagle zniknęły, a oni chyba znów na te parę chwil stali się dziećmi. Zupełnie jakby nadrabiali te wszystkie lata, jakby od nowa stawali się najlepszymi przyjaciółmi. Choć... Czy choć na chwilę Jules przestała być jego przyjaciółką? Chyba mimo wszystko gdzieś tam w jego głowie zawsze nią była - bo przecież to do niej zwracał się w snach, lub, gdy leżał sam w ciemności w zimnej celi... To ona trzymała go przez te wszystkie lata, a chęć odnalezienia jej pozwoliła mu pozostać przy zmysłach. Nie zwariował - a przynajmniej nie tak do końca.
Z tym, że teraz poznawał nową Julie, tą pomieszaną z Caroline - ich osobowości się przeplatały tworząc cholernie ciekawą mieszankę.
Zaśmiał się tylko słysząc jej groźby i pokiwał głową z niedowierzaniem.
- Przyrzekam, że jeśli to zrobisz, to polecisz razem ze mną. - odparł tylko i poczekał, aż dziewczyna zajmie miejsce w łódce., a gdy to zrobiła pchnął łajbę na wodę i sam wskoczył do niej po chwili.
Zaczął wiosłować i tak sobie powoli płynęli w kierunku środka jeziora.
- Wątpię, żeby pływały tutaj jakieś wielkie ryby, ale może uda nam się coś złapać. Zobacz jakie mamy przynęty. - wskazał jej głową małą skrzyneczkę, którą ze sobą zabrali.
_________________
[Profil]
  [A+]
 
Caroline McCoy



Dark hair for catching the wind - not to veil the sight of a cold world.

Neurochirurg / członek sztabu badawczego D.O.G.S.





name:

Caroline McCoy

alias:
Julie Kane

age:
28

height / weight:
159/53

Wysłany: 2019-11-10, 00:54   
   Multikonta: Sam
  

   2 lata Giftedów!


Byłam w stanie uwierzyć, że będzie dobrze.
Musiało być.
Przecież... Życie nie mogło nas kopać w nieskończoność. Spodziewałam się wzlotów i upadków - a że tych drugich oboje mieliśmy już na swoim koncie więcej, to przecież była już pora, by ta sinusoida się odwróciła. Teraz... Teraz chyba osiągała swój szczyt - gdy byliśmy w tym małym, prywatnym raju.
Jeszcze nic się nie zrąbało, jeszcze na siebie nie naskoczyliśmy. Jeszcze nie sypały się łzy, a krzyki nie niosły się po lesie. Nie widać było blasku wrogich noży, nie słychać było lotu obcych kul.
Byliśmy sami - wśród kwitnących drzew i szumu zimnej wody.
Czyli... Było dobrze.
- Jeszcze nie wszystko, ale... Chyba jestem na dobrej drodze. Pamiętam o najważniejszej osobie, a to... To chyba wystarczy. - Odparłam na jego słowa, samej się uśmiechając. Bo.. Tak, był dla mnie najważniejszy.
Był moim bohaterem i zapomnieniem za dzieciństwa. Chyba tylko dzięki niemu wstawałam rano z łóżka po ciężkich wieczorach wśród ciemności własnego domu. To dzięki niemu nie myślałam o powrocie do tego piekła, które powinno być moją bezpieczną przystanią. Zdołałam jednak znaleźć inny schron - w naszych gówniarskich kryjówkach i długich godzinach spędzanych poza domem.
A teraz... Teraz robiliśmy dokładnie to samo - chowając się przed światem na końcu niczego.
I tak, jak normalnie musiałam mieć ostatnie słowo, tak teraz nie potrafiłam go znaleźć. Ten temat... Był chyba poza moją ligą. Nie wiedziałam, na ile on mówi szczerze, a na ile to pocieszająca gadka, bym to ja się źle nie czuła. W końcu... Nie miałam żadnego doświadczenia, ani w takich relacjach, ani - takich tematach.
Całe szczęście - chyba nie musiałam się tym martwić.
Ponowne uderzenie tego delikatnego chłodu, gdy tylko wyszliśmy na zewnątrz potrafiło zmyć wszelkie troski sprzed powiek. Ja... Sama nawet nie wiedziałam, kiedy oboje wylądowaliśmy w łódce a on znów zaczął się ze mną przekomarzać. Wciąż się lekko grymasiłam, choć przerażenie wynikające z tej byle jakiej stabilności na nierównej wodzie skutecznie rozmywało wszelkie moje uczucia rozdrażnienia.
- To mnie nie zaczepiaj! Szczególnie, nie tutaj... - Rzuciłam już zdecydowanie mniej pewnie, podpierając się dłońmi o brzegi naszej majestatycznej łodzi. I nie wiem, na ile intencjonalnie, a na ile przez przypadek - i od tych moich małych straszków D'Amico potrafił oderwać moje myśli.
Sięgnęłam jedną z dłoni po przytarganą przez niego walizeczkę. - To mamy... Takiego metalowego długiego cosia, cosia z ogonkiem i tęczowego cosia. Zaklepuję tego tęczowego! - Zaśmiałam się, wyciągając jedną z przynęt z jej miejsca, po chwili niemal nią machając przed twarzą bruneta.
Może tak naprawdę to jego chciałam złowić?
_________________


I have lost my innocence...
[Profil]
  [A-]
 
Scott D'Amico



"Jeżeli zbyt długo wpatrujesz się w ciemność, to ona zaczyna wpatrywać się w Ciebie"

Zamiana w cień.

78

Barman.





name:

Scott D'Amico

alias:
Blake Carter || Ghost

age:
31

height / weight:
185/90

Wysłany: 2019-11-21, 00:13   
   Multikonta: Dale/James


Cholera, oczywiście, że będzie.
Poradzą sobie, Scott potrafił kombinować jak mało kto, potrafił sobie radzić w życiu, potrafił również walczyć. Caroline natomiast była tą dobrą stroną, pełną ciepła, poza tym była cholernie mądra.
Dopełniali się i... I Scott wierzył w to, że poradzą sobie ze wszystkimi przeciwnościami losu.
Tak wiele mogło się wydarzyć, a jednak obecność tej drugiej osoby dawała nadzieję na lepsze jutro. I tego powinni się trzymać - mimo tego, że przeszłość nie chciała dać o sobie zapomnieć - powinni spojrzeć w przyszłość.
I dokładnie tak - brak dźwięku kul świszczących w powietrzu, brak krzyków, łez... Mogłoby tak pozostać.
Znaleźli się na wodzie, zupełnie sami. Ciszę poza ich rozmową przerywał tylko dźwięk uderzania wioseł o taflę wody.
Na moment na nią spojrzał i uśmiechnął się pod nosem. Ta cała historia, ich historia... Cholera, to było coś niesamowitego. Do tej pory Scott nie mógł w to wszystko uwierzyć, ale samo spojrzenie na nią sprawiało, że czuł się po prostu... Szczęśliwy. Czuł się najszczęśliwszysm człowiekiem na śiecie i to właśnie można było zobaczyć w jego oczach.
Roześmiał się, gdy pomachała mu tęczowym cosiem przed nosem.
- To akurat, moja droga, są spławiki. No, ale dobra. Możesz wziąć tęczowego.
Wychylił się tak, by móc zajrzeć do środka skrzynki.
Oprócz małej puszki kukurydzy i drobnego pojemnika z robakami, które pewnie już dawno pozdychały dojrzał sztuczne przynęty.
- Widzisz te kolorowe cosie przypominające ryby? To jest przynęta jeziorna - na średnie i większe gatunki pływające w takich miejscach jak tutaj. Powinny się nadać. - powiedział uśmiechając się do niej delikatnie.
Skąd znał się na łowieniu ryb? Kiedyś doszedł do wniosku, że jest to jeden ze sposobów na przetrwanie. Gdyby zabrakło mu jedzenia mógł przecież po prostu zmajstrować wędkę, wygrzebać kilka robaków z ziemi i coś złowić. W jego mniemaniu facet powinien potrafić takie rzeczy - zwłaszcza, jeśli jest się poszukiwanym bandytą, oraz mutantem, który powinien się ukrywać przed rządem.
Zacisnął mocniej palce na trzonkach wioseł i włożył trochę więcej siły w czynność, dzięki której płynęli, zamyślony obrzucił spojrzeniem linię brzegową.
- Nie myślałaś kiedyś... Żeby stąd uciec? Mam na myśli... Nie na weekend, nie na tydzień - tylko na zawsze? Wyjechać z kraju, poszukać szczęścia gdzieś idziej... Wiesz, jak najdalej stąd. - rzucił nie patrząc na nią. Czy mógł już sobie pozwolić na dodanie, że najlepiej by było, gdyby uciekła z nim?
Ta wizja była... Przyjemną wizją.
Z dala od zgiełku miasta, najlepiej na jakiejś wsi. Sami, być może mogliby wieść normalne życie.
Tylko, czy on sam potrafiłby wytrzymać bez adrenaliny, od której prawdopodobnie był uzależniony?
Nie był pewien, ale dla niej... ale dla niej na pewno mógł spróbować - o ile oczywiście kiedyś wezmą taką opcję pod uwagę.
_________________
[Profil]
  [A+]
 
Caroline McCoy



Dark hair for catching the wind - not to veil the sight of a cold world.

Neurochirurg / członek sztabu badawczego D.O.G.S.





name:

Caroline McCoy

alias:
Julie Kane

age:
28

height / weight:
159/53

Wysłany: 2019-11-21, 00:47   
   Multikonta: Sam
  

   2 lata Giftedów!


Szczęście.
Tak, można było czuć się szczęśliwym w takich momentach. W chwilach, gdy nie boisz się o własny los, gdy rzeczywistość Cię nie przytłacza. Gdy... Gdy możesz choć odrobinę wrócić do normalności sprzed wojny - zapominając o bożym świecie, żyjąc "tu" i "teraz". Po prostu... Ciesząc się chwilą.
Nie musiałam wiedzieć wszystkiego, mogłam czasem przypustaczyć czy zrobić z siebie idiotkę. Mogłam czasem potwierdzić stereotypy, choćby nie znając dokładnego nazewnictwa na rzeczy, z których na co dzień nie korzystam. Ale... To było w tym piękne. Tutaj mogłam powiedzieć "nie wiem" i nikt mnie za to nie osądzał.
No, może poza bezceremonialnym spojrzeniem tego bruneta, który teraz mógł przy mnie zabłysnąć.
- Czyli mówisz, że lepiej tego cosia zostawić, a zgarnąć tego jeziornego? - Zapytałam, przyglądając się tym wszystkim cudom-niedziwom, które kryły się w tej skrzyneczce. Moim oczom nie umknęły też te... Mniej humanitarne przynęty. - Oh, fuj... - Mruknęłam, gdy moje brwi ściągnęły się ku sobie w lekkim grymasie. Cóż... Tutaj z całą pewnością odezwała się Caroline - w końcu za młodości żaden robal nie był mi obcy. Ale dziś... Nie byłam pewna, czy z taką pewnością łapałabym za te obślizgłe ciałka i hiacyntowe pancerzyki. - Nie zmusisz mnie, żebym dotknęła tego trupa. - Stwierdziłam z wyjątkową pewnością w głosie, wyciągając wędkę w kierunku mężczyzny. W tej samej chwili przywołałam wyjątkowo uroczy uśmieszek na swoje usta - w końcu jakoś musiałam od niego wyprosić pomoc w założeniu tych wszystkich ustrojstw na żyłkę.
Nim jednak mnie w tym wyręczył... No cóż. Chyba nie zawsze potrafiliśmy tak po prostu odejść od tej smutnej rzeczywistości.
- Myślałam... - Wyznałam dość słabo, samej skupiając swój wzrok na mieniącej się wodzie pod nami. - Ale zawsze za bardzo się bałam. Nie miałabym zresztą gdzie uciec, Scott. - Wyznałam po chwili z ciężkim westchnieniem. W końcu... Nawet, jeśli z samym D'Amico nie miałam problemu, jeśli jemu pozwalałam się do siebie zbliżyć, to... Dalej miałam pewne obiekcje.
Mutanci wciąż budzili we mnie strach. Wciąż im nie ufałam. Wciąż... Wciąż wolałam, żeby nie chodzili luzem sprawiając zagrożenie.
Ale przecież mu tego nie powiem...
- Pracuję... Pracowałam dla D.O.G.S.. Nie ma dla mnie bezpiecznego miejsca. Europa... Z całą pewnością by mnie tam skazali. Rosja? Zamknęliby w kolejnym laboratorium. Ja... Ja chyba nie mam lepszego miejsca, niż Waszyngton. - Wyrzuciłam w końcu z siebie, dość smutno. Bo... To była smutna wizja. Wiedziałam, co mi tu grozi. Wiedziałam, co mi się tu stało. A jednak, z jakiegoś chorego powodu - to było moje miejsce.
Mimowolnie pogładziłam miejsce na swojej klatce piersiowej, gdzie pod bluzą wciąż ukrywała się ta paskudna blizna, jednocześnie przełykając głośniej ślinę.
- Wciąż jednak trzymam Cię za słowo, że na starość trafimy do takiego domku. Tylko dla nas. Zapominając o wszystkim i wszystkich. Nawet, jak to nie będzie jak najdalej. - Kąciki moich ust lekko się uniosły, choć wzrok wcale nie przekazywał radości. Ale... O tym jeszcze chyba mogłam pomarzyć, prawda?
_________________


I have lost my innocence...
[Profil]
  [A-]
 
Scott D'Amico



"Jeżeli zbyt długo wpatrujesz się w ciemność, to ona zaczyna wpatrywać się w Ciebie"

Zamiana w cień.

78

Barman.





name:

Scott D'Amico

alias:
Blake Carter || Ghost

age:
31

height / weight:
185/90

Wysłany: 2019-11-21, 01:18   
   Multikonta: Dale/James


Te momenty niestety zdarzały się zdecydowanie zbyt rzadko. Kto w ogóle zadecydował o tym, że tak ma wyglądać świat? Dlaczego przeważnie tych gorszych chwil, upadków, było o wiele więcej niż radości?
Jasne - każdy dążył do tego samego, do jak największej ilości uśmiechów, każdy próbował kolekcjonować same pozytywne spojrzenia, jak jednak dobrze oboje wiemy - rzadko komu to się udawało.
Trwali w tym jednak, próbowali nieustannie pokonać pecha, bo przecież go mieli. Pieprzonego pecha.
Z drugiej strony... Jak nazwać to, że udało im się odnaleźć? Po tylu latach na siebie trafili, tak strasznie się zmienili, mieli tyle historii do opowiedzenia sobie nawzajem. Mimo tego, że tak różni - to jednak tacy sami. Jak to określić? Szczęście w nieszczęściu.
Przy sobie nie musieli udawać kogoś innego - i dobrze. Scott miał już dość bycia kimś innym, a przecież tak właśnie wyglądała większość jego życia. Ten radosny chłopak, którego pamiętała dawno temu zniknął ustepując miejsca potworowi, który przez zbyt wiele lat kierował jego poczynaniami.
W pewnym momencie chyba nawet uwierzył w to, że nim jest - dopiero teraz, dopiero, gdy ona pojawiła się w jego życiu zrozumiał, że przecież może być inaczej.
Ze wszystkich sił starał się pogrzebać ducha. Dla niej.
- Nie, nie, ten coś, yh... Spławik. Spławik też będzie potrzebny. - mruknął wywracając oczami, ale po chwili parsknął śmiechem. To było cholernie urocze, zupełnie jakby na moment znów stała się tą małą dziewczynką, jego najlepszą przyjaciółką.
- Nie będziemy łowić na trupy. Po to mamy sztuczne przynęty, gamoniu.. - ostatnie słowo dodał pół-szeptem, czyli może jednak czuł trochę respektu! Nie mógł przecież wiedzieć, czy nagle Julie nie dojdzie do głosu i na przykład, bo ja wiem... Nie wyrzuci go z łódki?
Sięgnął po jej wędkę, ale odłożył ją na razie na bok.
Ciężkie tematy już takie były - wymagały dokończenia rozmowy, nie pozwalały o sobie zapomnieć.
Wysłuchał co dziewczyna ma do powiedzenia i gdzieś tak w połowie jej wypowiedzi przestał wiosłować. Odłożył wiosła na bok, i spojrzał w jej oczy.
- A jeśli powiem Ci, że... Możemy stać się kimś innym? Caroline McCoy, Julie Kane, Scott D'Amico i... Blake Carter. Oni mogliby zniknąć, odejść, nigdy nie wrócić. Jestem... Jestem w stanie sprawić, że stalibyśmy się kompletnie kimś innym. - powiedział i odwrócił od niej wzrok. Oczywiście wiedziała z czym to się wiąże, musiałby ponownie uruchomić swoje kontakty, zdobyć trochę gotówki - nie do końca w legalny sposób, ale czy cel nie uświęca środków?
Gdyby tylko... Gdyby tylko zdecydowali się na ten krok poruszył by niebo i ziemię, by im się udało.
- Ale to... Może kiedyś... - dodał po chwili już o wiele smutniejszym głosem, po czym złapał ją za dłoń i uniósł do swoich ust, by złożyć delikatny pocałunek na jej wierzchu.
- Dobra, chyba trochę zepsułem nastrój. Postarajmy się go naprawić. - powiedział i puścił jej oczko z delikatnym uśmiechem, chociaż smutek pozostał i było to widoczne gołym okiem.
Chciałby tego dla nich, oczywiście, że by tego chciał - najbardziej na świecie pragnął zabrać ją stąd. Chciał spędzić z nią resztę życia - wiedział to już teraz, tutaj nie czekało ich nic dobrego, ale hej... Przecież i tak czekał na nią tak wiele lat. Mógł poczekać jeszcze trochę.
Obiecał jej przecież, że na starość skończą w takim domku i zamierzał dotrzymać słowa.
Poza tym... Obiecał coś jeszcze - sam przed sobą.
Zamierzał uczynić ją tak szczęśliwą jak to tylko możliwe.
Sięgnął po wędkę Caroline i zaczął mocować na niej wszystkie instrumenty potrzebne do złowienia ryby.
_________________
[Profil]
  [A+]
 
Caroline McCoy



Dark hair for catching the wind - not to veil the sight of a cold world.

Neurochirurg / członek sztabu badawczego D.O.G.S.





name:

Caroline McCoy

alias:
Julie Kane

age:
28

height / weight:
159/53

Wysłany: 2019-11-21, 01:47   
   Multikonta: Sam
  

   2 lata Giftedów!


Może rzeczywiście, wbrew temu co sama o sobie myślałam - zbyt często patrzyłam na świat w ciemnych barwach?
Czy jednak można mnie winić? Wszystko czego doświadczyłam kształtowało mnie na osobę, którą się stałam. Na tą małą, wiecznie zagrożoną istotkę, która na każdym kroku musi oglądać się za własne ramię. Szczęście w tym codziennym życiu odchodziło na dalszy plan - ustępując priorytetowe miejsce bezpieczeństwu.
W sumie... Nie mogłam zaprzeczyć. Przy nim czułam się pewniej. Przy nim tak się nie bałam. Ale z tyłu mojej głowy wciąż pozostawała ta jedna, krótka myśl - on był jednym z nich.
Nawet, jeśli w takich chwilach pozwalał mi o tym zapomnieć.
- Co powiedziałeś? - Zmarszczyłam swoje brwi, doskonale zdając sobie sprawę z tego, co padło z jego ust. W tej samej chwili skrzyżowałam też swoje ręce na wysokości mojej klatki piersiowej, wyraźnie dając do zrozumienia, że czuję się urażona. - Zaraz sam zostaniesz przynętą! - Dodałam po chwili, odwracając swoją głowę na bok, w tym wyjątkowo pokazowym "foszku". Któż by jednak pomyślał, że wystarczy chwila, nim pęknę, samej śmiejąc się radośnie?
Opuściłam swoje dłonie na kolana. To... To wcale nie było takie proste, nie w tym kraju. To... To nie mogło być tak proste!
- Nie wiem Scott... - Mruknęłam, wyraźnie zbita z tropu. Miałam wrażenie, że staję się coraz mniejsza, że moja pewność całkowicie gdzieś ginie. - Chyba... Chyba bym tak nie mogła. To... To za duże ryzyko. A ja... Ja... Nie chcę Cię znów stracić, nie teraz. - Już raz przyjęłam inną tożsamość, całkowicie przekreślając to, kim byłam. Ja... Nie wyobrażałam sobie zrobić tego po raz kolejny, w dodatku - całkowicie świadomie. To wydawało się zbyt... Zbyt straszne.
Zresztą. Nie chciałam nawet wspominać o tym, jak łatwo mogliby nas zdemaskować na pierwszym lotnisku. Byle łapanka, byle badania krwi, a wtedy... Wtedy byłoby po nas.
Znając działania rządu, próbowaliby jego wrobić w próbę skrzywdzenia mnie, gdy ze mnie robiono by ofiarę. Wykorzystano by każdą bliznę, którą na sobie noszę przeciwko niemu. Zrobiono by z tego wydarzenie medialne, gdzie departament chwali się swoim wzorowym działaniem i ratowaniem obywateli spod ręki terrorystów. Albo co gorsza.... I mnie namieszano by w głowie, bym to ja zapomniała - po raz kolejny.
Wiedziałam, że jego gesty mają dodać mi otuchy. I niby... Niby się uśmiechnęłam, ale chyba sama do końca tego nie czułam. Nie, gdy przed oczami miałam wizję, jak szwadronowcy nas zgarniają sprzed bramek, prowadząc do naszego prywatnego piekła...
Co bym wtedy zrobiła?
Potrząsnęłam własną głową, nim w moim umyśle na nowo zaczęły pojawiać się wątpliwości i chęć wydania ducha. Nim na nowo zwątpiłam we własną lojalność...
- Nie... Nie zepsułeś. Wszystko okej. - Rzuciłam, chyba samej w to nie wierząc, przywołując na swoje wargi delikatny uśmiech. Przyglądałam się też jego dłoniom - gdy niemal z chirurgiczną precyzją umieszczał kolorowe elementy na cienkiej żyłce. - Często chodziłeś na ryby? - Zapytałam z czystej ciekawości, próbując zapamiętać jak najwięcej ruchów - tak na wypadek, gdyby i mi się to miało kiedyś przydać. - I co ja w ogóle z tym robię? - Zapytałam po chwili, zaczynając powoli rozumieć, że wcale nie wystarczy siedzieć w tej łodzi, trzymając tę wędkę za trzon, gdy wiaderko zacznie magicznie samo napełniać się rybami.
No... Szkoda.
_________________


I have lost my innocence...
[Profil]
  [A-]
 
Scott D'Amico



"Jeżeli zbyt długo wpatrujesz się w ciemność, to ona zaczyna wpatrywać się w Ciebie"

Zamiana w cień.

78

Barman.





name:

Scott D'Amico

alias:
Blake Carter || Ghost

age:
31

height / weight:
185/90

Wysłany: 2019-11-21, 02:06   
   Multikonta: Dale/James


Grunt, że te ciemne barwy już nie pojawiały się tak często jak kiedyś. Zupełnie, jakby w dniu w którym się poznali wręczyli sobie nawzajem jakieś kolorowe okulary, przez które wszystko wyglądało kompletnie inaczej.
Przecież potrafili w tej całej beznadziejności, w tym syfie odnaleźć dobre strony i cieszyli się takimi drobnostkami, cieszyli się swoim towarzystwem.
No i najlepiej niech po prostu tak zostanie. W sumie... Nie było sensu martwić się na zapas, skoro teraz było dobrze. Jak coś się zepsuje... Wtedy będą się zastanawiać co dalej. Scott na pewno coś wymyśli - był całkiem niezły w wydostawaniu się z pozornie beznadziejnych sytuacji. Oczywiście chodzi o takie w których ktoś by ich zaatakował, czy coś, a reszta... Cóż, po coś ją miał, nie?
- Nic takiego. - odparł szybko wzruszając ramionami i odwrócił od niej wzrok. No dobra, teraz to chyba serio cofali się o te kilka lat wstecz, zachowywali się jak kompletne gnojki, jak zakochani uczniowie szkoły podstawowej, ale... Ale odpowiadało mu to.
Mógł przez chwilę być właśnie takim dzieckiem, które nie przejmowało się niczym, a jedyne co go interesowało to jej uśmiech.
Uniósł do góry jedną brew, gdy strzeliła tego swojego foszka, po czym zaśmiał się wraz z nią.
- Nie jesteś najlepsza w obrażaniu się na mnie. Za bardzo mnie lubisz, żeby to robić. - rzucił z przekąsem cofając się w rozwoju jeszcze bardziej, o ile można bardziej. Teraz to już chyba jakieś przedszkole, czy coś w tym stylu.
Zdawał sobie doskonale sprawę z tego o czym mówi, wiedział o co prosi - bo przecież w tym wszystkim zawarta była niewypowiedziana prośba. Chciał, by kiedyś tak się stało, chciał ją stąd zabrać, a do tego oczywiście potrzebował jej zgody. Nie musiała jej jednak udzielać teraz. Rozumiał jej obawy, wiedział z czym to się wiąże i jak cholernie trudno byłoby im się stąd wydostać, ale... Wiedział też, że jest to możliwe.
Pełno było przecież takich ludzi, którzy z dnia na dzień znikali - niektórzy z pomocą rządu, inni przed nim uciekali. Wystarczyło po prostu znać odpowiednie osoby i mieć odpowiednią ilość pieniędzy.
Teraz jednak to nie było ważne. Na takie rozmowy mieli jeszcze czas, poza tym... Na razie nie byli zmuszeni do ucieczki, grunt nie palił im się pod stopami.
- Nie stracisz. Już nie. - powiedział spokojnym tonem, jakby chciał ją w ten sposób pokrzepić. On również nie wyobrażał sobie już życia bez niej, nie mógł jej stracić. Nigdy więcej.
Na szczęście oporządzanie wędki było zajęciem, które pozwalało odgonić wszelkie myśli, ponieważ wymagało odrobiny precyzji.
Skupił się więc na tym.
- Kiedyś może i tak... Wiesz, to dobre zajęcie, gdy chce się pobyć samemu ze swoimi myślami. Pozwala się wyciszyć i takie tam... - mruknął pod nosem. Po paru chwilach zakończył te wszystkie skomplikowane procedury i wręczył jej wędkę.
- Zaraz Ci wszystko powiem. - złapał się za drugą wędkę, by powtórzyć na niej te same skomplikowane czynności. Tym razem poszło mu o wiele szybciej, to chyba jak z jazdą na rowerze - wystarczy sobie przypomnieć co i jak i samo pójdzie.
Po krótce objaśnił jej w jaki sposób jest skonstruowana wędka oraz do czego służą jej poszczególne elementy, po czym podniósł się z deski służącej za jedną z 'ławek' na łódce.
- Wstawaj. Dasz sobie radę. Kładziesz palec na żyłce w tym miejscu, po czym bierzesz zamach i mniej więcej w jego połowie zabierasz palec. To nie takie trudne, jak się wydaje.
_________________
[Profil]
  [A+]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 5