Z powrotem przyzwyczajał się do takiego życia. Zapomniał już, jak to było nie ruszać się nigdzie bez okularów przeciwsłonecznych, spać w dzień i zajmować się wszystkim co istotne w samym środku nocy - to było niewiarygodne, jak znowu zaczął zwracać uwagę na tę ciszę i spokój. Ale tym razem było inaczej niż niemal rok temu. Kolejne porcje metadonu, stanowczo zbyt duże i zbyt częste, odmierzały czas. Praktycznie nie sypiał już dłużej niż kilka godzin, za każdym razem budził go ból. Serce stanowczo wybijało swój rytm, stanowczo zbyt wolny, ale już nie przez to, ile ćwiczył. Jego organizm próbował ratować to, co zostało z jego mózgu na każdy możliwy sposób.
Ale przede wszystkim... Tym razem nie zmierzał w pustkę. Musiał po prostu wytrzymać dość długo, doczekać operacji, miał dla kogo o to walczyć. To nie zmieniało faktu, że cholernie ciężko było trzymać się nadziei, kiedy nie mógł ustać z bólu. Tabletki pomagały. Moc Wallace całkiem nieźle się sprawdzała, tym razem już nawet nie próbował jej przed tym powstrzymywać. Nie byłby w stanie i może nie powinien nawet próbować. Widział jak się rozsypywała, a tak przynajmniej miała poczucie, że coś robi. Robiła, cholernie dużo. Utrzymywała go przy życiu.
Ale z tego wszystkiego najbardziej bolało to, że nie był w stanie zajmować się Josie. Nie mógł mieć pewności, że coś się nagle nie stanie, a on nie runie na ziemię, z małą na rękach. Z resztą, każdy jej płacz... Will tego nie znosił, ale każdy głośniejszy dźwięk sprawiał, że jego czaszka po raz kolejny eksplodowała bólem.
Hopper znał tylko jeden sposób, na uspokojenie swoich myśli, który nie zakładał upijania się do nieprzytomności. W każdej wolnej chwili pracował, tak cholernie tego potrzebował, żeby nie zastanawiać się nad wszystkimi co jeśli. Był niewiarygodnie zmęczony, ale został mu tylko jeden tydzień. Musiał być w stanie przetrwać, musiał o tym nie myśleć. Trafił do archiwum, znał drogę między szafkami a serwerownią na pamięć. Dwa w prawo, trzy od góry, na półce wypchana teczka, poprzecierana i powyginana przez dziesięć miesięcy otwierania i zamykania. Może tym razem, na papierze, zobaczy coś nowego.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2019-02-21, 19:59
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
|04.01
Odkąd powróciła z grudniowego wypadu do getta, praktycznie nic nie było już takie jak wcześniej. Nie chodziło nawet o zmiany, jakie zaszły w Bractwie ze względu na tę makabryczną chorobę i powroty do zdrowia. Nie chodziło o współpracę z Rebelią, o której dużo się plotkowało, ani o inne podobne sprawy, nawet jeśli teoretycznie były przecież istotne.
Tym razem musiała powiedzieć, że chodziło o nią samą. Po prostu o nią, o nic więcej. Nieważne, jak mocno starała się odgonić od siebie ponure, destrukcyjne myśli, ile wymuszonych uśmiechów posyłała w stronę mijanych ludzi czy ile rozmów z nimi odbywała... Nie była w stanie powrócić do tamtego iście promyczkowego stylu bycia. Owszem, jednocześnie nadal szczerze usiłowała wierzyć w to, że to kiedyś powróci i że ten stan ulegnie zmianie, ale nie w tym momencie, bo w tym momencie czuła się... Cóż, po prostu bezużyteczna.
Dochodząc do siebie po wydarzeniach związanych z felernym ogniskiem, zagoiła większość ran. Siniaki, otarcia, zadrapania i opuchlizna były już tylko wspomnieniem, tak samo jak bolące żebra czy połamane palce, które po paru tygodniach mogła wyjąć z gipsu, zamieniając go na lżejsze ortezy. Psychicznie także teoretycznie w znacznym stopniu wróciła do siebie, przynajmniej pozornie.
Pod tym wszystkim kryło się jednak znacznie więcej. Pamiętając to wszystko, nadal nie mogła spać, a każda chwila drzemki kończyła się gwałtownym wybudzeniem z kolejnej części powracającego koszmaru. W normalnych okolicznościach zapewne zajęłaby się pracą, zapełniając nią każdy, nawet najmniejszy skrawek czasu wolnego. Siedziałaby w szpitaliku, zajmowałaby się pacjentami czy lekami, ale... Nie teraz. Nie, gdy niekontrolowanie drżąca, osłabiona, wręcz bezużytecznie nieprzydatna dłoń sprawiała, że chrzaniła wszystko, za co się zabierała.
Nawet za coś tak prozaicznego jak przeniesienie sterty teczek z dokumentami medycznymi, jakie nie były już przydatne w szpitaliku, ale wciąż mogły spełnić jakąś swoją funkcję w bliższej lub dalszej przyszłości. I choć teoretycznie z powodzeniem udało jej się donieść je do archiwum, wepchnięcie na właściwe miejsce przysporzyło jej potwornie wiele problemów, wymagając totalnego skupienia i... Cóż, poradzenia sobie z głośnym łoskotem upadających akt, które w pewnym momencie po prostu zwaliły się na ziemię.
Hopper był przekonany, że był w archiwum zupełnie sam. Tylko on i ta cholerna teczka, namacalny dowód tego, jak dał radę wszystko spieprzyć i jak od miesięcy nie był w stanie tego naprawić. Ludzie na niego liczyli - o ile jeszcze żyli - a on nie potrafił nic z tym zrobić. Może nawet gdyby dowiedział się dokąd trafili, nie potrafiłby tego naprawić. Minęło tyle czasu, wybuchła wojna... mogli być na drugim końcu kraju, a w tym momencie to było jak zupełnie inna rzeczywistość. Poza tym... Nie z każdego miejsca byłby w stanie ich wyciągnąć, a już z pewnością nie teraz, nie kiedy nijak się nie nadawał do wyjścia w teren. Ale przecież... nie mógł tego zostawić. Był im to winny, nie mówiąc już o końcówce listopada i tym, jak Matilde przeżyła tylko dzięki Fowlerowi. Jeśli Hopper się nie mylił, to z nim w ciąży była Colleen - i zasługiwał, żeby chociaż wiedzieć co się stało. Może to nie było wiele... ale najwidoczniej Will nie był w stanie zrobić nawet tyle.
Nie był w stanie nawet utrzymać się na nogach, kiedy huk uderzył w jego zmysły Fala bólu zalała mu obraz, musiał przytrzymać się szafki, chyba teczka wypadła mu z rąk... To chyba było najgorsze, to samonapędzające się koło bólu. Skoczył mu puls, denerwował się, więc robiło się tylko gorzej. Jeśli czegoś z tym nie zrobi, dostanie migreny. Ciśnienie w jego czaszce jeszcze bardziej się podniesie i umrze. Żadnej presji. Wdech. Chleb powszedni Williama Hoppera, idioty, który ciągle musiał ryzykować i który powinien zginąć przez to, a nie przez to, że nie umie uspokoić pulsu. Wydech. Oddech był ważny, pomagał panować nad ciałem. Kolejny wdech. Chyba nieco mniej kręciło mu się już w głowie, choć nie zaryzykowałby puszczenia się szafki. Och, daj spokój Hopper, to nie było takie głośne. Weź się w garść. Powinien sprawdzić, co usłyszał. Może po prostu coś spadło, a może po prostu ktoś postanowił dostać ataku serca w archiwum Bractwa. Ludzie mieli dziwne pomysły.
W końcu oderwał się od szafki - zawsze krok lepiej. Musiał zebrać swoją teczkę, potem pójdzie to sprawdzić. Proste zadania, wystarczająco, żeby oderwać swoje myśli od pulsującego bólu wewnątrz czaszki.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2019-02-24, 21:56
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
Zazwyczaj nie była specjalnie humorzastą osobą, a przynajmniej usiłowała tego nie okazywać. Przybierając najlepszą minę, na jaką było ją stać w danym momencie, mimowolnie dopasowywała do tego swoje zachowanie. Ponoć dostatecznie długie utrzymywanie sztucznego uśmiechu na twarzy sprawiało, że człowiek instynktownie zaczynał czuć się lepiej i weselej... I chyba coś w tym było. Przynajmniej zazwyczaj, bo teraz nie miała na to specjalnie dużej siły.
Wręcz przeciwnie, upuszczając z hukiem stertę teczek, w pierwszej chwili po prostu zamarła. Stojąc dokładnie w tym samym miejscu, co przed sekundą, nie zmieniając nawet ułożenia rąk czy pozycji, po prostu gapiła się na ten cały burdel... Na fruwające, pomieszane kartki, na pogięte okładki i koty z kurzu, które już zdążyły przybrudzić upadający papier. Być może była po prostu w szoku, jednak nie analizowała swojego zachowania. Zwyczajnie stała nad papierzyskami, gapiąc się na nie, jakby widziała je po raz pierwszy w życiu. A potem?
Sama nie wiedziała, co w nią wstąpiło, co ją opętało. W jednej sekundzie zachowywała pozorny spokój, by w kolejnej jeszcze bardziej rozpieprzyć wszystko to, co leżało na ziemi. Nie obchodziło jej, czy ktoś wejdzie do pomieszczenia. Teoretycznie była tu sama i nie zwracała uwagi na jakiekolwiek inne fakty. Kopiąc i tym samym podrywając kartki w górę, wbijała paznokcie we wnętrza dłoni, będąc taka... Taka... Zła. Zła i zdruzgotana, całkowicie rozbita psychicznie...
To akurat nie było to, czego się spodziewał idąc sprawdzić hałas, wypełnić swoje proste zadanie.
Bo cóż, Sally - chyba najłagodniejsza i najspokojniejsza osoba, którą znał - kopiąca rozpieprzone po podłodze archiwum teczki nie była najczęstszym widokiem w tej okolicy. Choć w zasadzie... nie powinien być tak zszokowany. Wiedział, że u Sally nie było ostatnio najlepiej - o ile jakieś pół roku można nazwać ostatnio - i mocno kwestionowała rzeczy, których nie powinna kwestionować, nie ona. Poza tym, biorąc pod uwagę jak wyglądała jej sytuacja po powrocie z getta… Musiała się wyżyć i byłby pieprzonym hipokrytą, gdyby tego nie rozumiał. Co prawda otarcia na jego dłoniach już dawno zdążyły się zagoić, ale cóż… nawet jemu zdarzało się dać ponieść, a przecież większość ludzi nie podzielało jego poglądów dotyczących nie ulegania gwałtownym emocjom.
Dopiero kiedy dziewczyna kopnęła w teczkę, która uderzyła o szafkę, Hopper skrzywił się. Co prawda, jeśli spodziewał się hałasów, był w stanie nieco bardziej przygotować się na kolejne igły bólu wbijające się w sam środek jego czaszki, ale to przypomniało mu, że nie może tak stać w nieskończoność. Jeśli Sally potrzebowała się jeszcze wyżyć, niech zrobi z tą energią coś pozytywnego.
- Czym sobie zasłużyły? - spytał żartobliwie, lekko opierając się o jedną z szafek. Nie chciał, żeby Sally poczuła się, jakby ją na czymś przyłapał - choć właściwie właśnie to zrobił - więc najlepiej było się zachowywać, jakby to nie było nic wielkiego. Z resztą, w tym momencie nie był pewien, czy w ogóle miał siłę podchodzić do jakichkolwiek problemów śmiertelnie poważnie, bez żadnego dystansu.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2019-03-02, 17:56
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
Prawdę mówiąc, sądziła, że była tu całkowicie sama, dlatego nagłe pytanie, jakie doleciało do jej uszu, wprawiło ją w lekką konsternację. Nadal trzymając jedną stopę na teczce, zmarszczyła brwi, poszukując dobrego słowa... A gdy go nie znalazła, odpowiedziała w najprostszy możliwy sposób.
- Są głupie. - Burknęła niczym obrażone dziecko, po raz kolejny uderzając czubkiem buta w plik kartek, który śmiał wysunąć się z upuszczonej teczki. Oczywiście, być może powinna chociaż spróbować udać, że nic się nie stało, ale czy miała na to siłę... Cóż, raczej nie. Tak naprawdę już od dłuższego czasu stopniowo ulatywała z niej energia do tego pozytywnego podchodzenia do świata i teraz... Teraz najwyraźniej jechała już wyłącznie na samych oparach. Tak przynajmniej się czuła.
Dopiero po chwili odwracając spojrzenie od burdelu, jaki zrobiła, by przenieść je na Hoppera. Teoretycznie rozmawiali, nawet jeśli niespecjalnie miała ku temu ochotę. Prawdę mówiąc, nie chodziło o samego Williama, choć z pewnością nie pomagała jej wiedza, że... Cóż, spektakularnie wystawiła jego byłą dziewczynę, pozostawiając ją na śmierć, mimo że w pewnym sensie się zaprzyjaźniły. W dużej mierze chodziło o to, że nie była specjalnie w nastroju do socjalizacji. Czy z kimś, kogo lubiła, czy też nie.
Nie mogła jednak nie zwrócić uwagi na to, jak wyglądał, momentalnie instynktownie marszcząc usta w wyrazie współczucia. Nawet w najgorszej chwili po tym nieszczęsnym ognisku, jak sądziła, nie wyglądała aż tak fatalnie. Owszem, z pewnością dało się powiedzieć, że trzy ćwierci od śmierci do niej pasowało, ale Hopper... Hopper wyglądał tak, jakby podpisał kontrakt na zastępstwo Kostuchy. Nie dało się też nie zauważyć, że najwyraźniej irytowały go wszystkie głośniejsze dźwięki. Dosłownie w połowie wykonywanego ruchu, zawiesiła więc stopę nad teczką, czerwieniąc się przepraszająco i odchrząkując cicho.
- Nie pomagam, nie? - Spytała, automatycznie ściszając głos. Być może nawet odrobinę za mocno, ale lepiej ciszej niż głośniej, prawda? - Jak bardzo jest źle? - Być może nie powinna tak tego formułować, ale chciała wiedzieć, a bawienie się w podchody jakoś nie pasowało do jej obecnego nastroju.
Podrapał się kciukiem po brwi, słysząc jej odpowiedź. Średnio było z czym się to sprzeczać, ciężko żeby papiery należały do jakichś mistrzów intelektu. Bardziej martwiło go to, że Sally Maya nawet nie próbowała udawać, że wszystko było w porządku.
- Cóż, jest to pewien problem - przyznał jej rację. - Myślę, że jeżeli zorganizujemy teraz jakieś zajęcia wyrównawcze, to w ciągu paru miesięcy powinny wyrównać poziom intelektualny - dodał mając nadzieję, że jego marny, absurdalny humor coś zdziała. Najpewniej pełne politowania spojrzenie, ale hej, to zawsze coś. Może przynajmniej nawiąże rozmowę.
Plus był taki, że przynajmniej nieco przystopowała z tym kopaniem, chociaż ciągle było tutaj daleko do jakiegokolwiek znośnego poziomu. Cholera, w zasadzie mógłby wziąć kolejną tabletkę metadonu, przy takich dawkach i sposobie, w który je brał, powinno zadziałać szybciej… ale nie chciał tego robić przy Mayi. Ostatnie, czego potrzebował, to żeby wpadła na genialny pomysł, że ma problem z lekami. Potrzebował ich, ale nie dlatego, że był pierdolonym ćpunem, tylko dlatego, że na czymkolwiek słabszym zwariowałby albo przypadkiem się zaćpał. Cóż, skoro plan zakładał jego przeżycie, to rozwiązanie nie wchodziło w grę. Z resztą, już na metadonie było wystarczająco chujowo, nie potrzebował, żeby ktoś próbował jeszcze bardziej pogorszyć jego życie.
I w pewien sposób to właśnie robiła z tą swoją całą zmartwioną miną i przerażonym spojrzeniem. Tak, umierał. Nic się nie zmieniło od tych dziesięciu miesięcy, nie byłby takim dupkiem, żeby nie wspomnieć o tym nawet słowem. Mogła z nim rozmawiać jak z normalnym człowiekiem, jak robiła to jeszcze parę tygodni wcześniej (czy nawet zanim na niego spojrzała!), ale nie, lepiej było się zachowywać, jakby był jakimś kaleką albo zaraz miał paść na ziemię i umrzeć. Nawet nie udawała, po prostu cała się zaczerwieniła i zaczęła mówić półgłosem. Oczywiście, przecież była przy chorym.
- Mogło być gorzej - odrzucił starając się jakoś ukryć swoje rozdrażnienie. Właściwie, do tej pory nigdy jeszcze nie było gorzej… ale Sally nie musiała o tym wiedzieć.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2019-03-04, 00:26
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
- Myślę, że współczesny system edukacji nie jest w stanie podołać takiemu wyzwaniu. - Odpowiedziała, siląc się przy tym na cień uśmiechu. Naprawdę blady, wręcz wyłącznie uprzejmy uśmiech. Oczywiście, w innej sytuacji naprawdę by ją to rozbawiło - trzeba było przyznać, że po prostu lubiła ten niepoprawny, odrobinę nielogiczny humor - jednak w tej chwili niespecjalnie działało. - Są wręcz patologicznie głupie. Poza tym, nie mają tu warunków.
Archiwum... Cóż, praktycznie jak każde, nie wyglądało najprzyjemniej. Było nieco ciemnawe w kątach, wyjątkowo rozjaśnione pośrodku przejść, wręcz nienaturalnie ciche - no, przynajmniej dopóki tego nie popsuła - oficjalne, a nawet chłodne. O dziwo, ani trochę jej to teraz nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, najchętniej zaszyłaby się tu na dłużej, byleby tylko nie musieć znosić kolejnych interakcji z ludźmi.
Była przecież pewna, że Hopper miał wkrótce opuścić to miejsce. W swoim obecnym stanie znacznie bardziej pasował do wygodnej, miękkiej kanapy, ciepłego koca i przytłumionego światła jakiejś miło wyglądającej lampy z babcinym kloszem. Być może był głową Bractwa, ale powinien o siebie zadbać. Zdecydowanie, natomiast przebywanie w takiej części budynku zdecydowanie tym nie było.
- Jesteś... - Mierząc go uważnym spojrzeniem, spróbowała odnaleźć dostatecznie dobre określenie. - Zaskakująco pozytywny w tym braku bycia pozytywnym, wiesz? - Być może brzmiało to odrobinę zagmatwanie, jednak w jej głowie wcale takie nie było. Przeciwnie, rysowało się w dosyć przejrzysty sposób. Zupełnie tak, jakby nagle zaczęła myśleć w całkowicie innych kategoriach. Jakby zaczęła zauważać nieco więcej.
- Przecież widzę, że nie jesteś zadowolony. Nie musisz się z tym kryć... - Być może chodziło o jej obecny stan psychiczny, być może o coś zupełnie innego, ale niewątpliwie odczuwała jego poirytowanie, nawet jeśli próbował tak nie brzmieć. Prawdę mówiąc, jeśli miała być ze sobą całkowicie szczera, wolałaby już, by na nią furknął, niżeli robił to, co robił. Czuła wyrzuty sumienia, miała wyrzuty sumienia i nie chciała, by usiłował być dla niej w jakikolwiek sposób miły. Nie po tym wszystkim...
- Przepraszam... - Wymamrotała, spuszczając wzrok na czubki swoich butów. - Za wszystko. Za to teraz, za getto i całą resztę... Po prostu przepraszam.
- To całkiem niezła uwaga - przyznał. - Wiesz, to jest powód dla którego musimy wygrać tę zasraną wojnę. Zasługują na lepszy start w życiu - dodał jeszcze. Nie miał pojęcia jakim cudem tak szybko zaczął pierdolić takie głupoty. Już nawet nie próbował poprawić humoru Maisie, ta myśl zwyczajnie zaczęła żyć własnym życiem razem z armią narodowo-wyzwoleńczą kartonowych teczek. Może nie zauważył, ale już miał wylew i do reszty postradał zmysły. Tak, to miał całkiem sporo sensu.
Był tym wszystkim po prostu cholernie zmęczony. Bractwo, którego trzeba było pilnować, żeby Ci ludzie przez przypadek sami się nie zabili, Wallace, która ledwo się trzymała, maleńka Josie, a oprócz tego ten nieustanny ból głowy i stanowczo za mało snu. Zwyczajnie nie był w stanie spać dłużej niż kilka godzin, ból go budził. Nie powinien tyle leżeć, poza tym po takim czasie leki już za słabo działały. Starał się trzymać myśli, że zostało mu już tylko osiem dni. Był w stanie jeszcze tyle przetrzymać - musiał być.
Nie miał pojęcia jak miał w ogóle interpretować słowa Sally, nawet nie próbował się nad tym zastanawiać. Nigdy nie był w tym szczególnie dobry, a teraz już w szczególności.
- Zaufam ci na słowo - odpowiedział jej tylko.
Za to nic nie odpowiedział na jej kolejne słowa, tylko wzniósł oczu ku niebiosom - a raczej ku sufitowi, chociaż to nie brzmiało równie poetycko i dramatycznie. Nie miał najmniejszego zamiaru o tym rozmawiać, nawet w jakikolwiek sposób zbliżać się do tematu, więc tego nie robił, proste. Sally go do tego nie zmusi, nie ważne czego będzie próbować - i dziewczyna powinna doskonale o tym wiedzieć. Cholera, nagle zrozumiał, czemu tyle lat wolał trzymać się sam.
Jednego się w tym momencie nie spodziewał - przeprosin. Czemu ktoś taki jak ona, o tak dobrych intencjach, miałby brać na siebie winę, za wszystko, co złego ją spotykało? Nie zasługiwała na to, co sobie sama robiła. Za co w ogóle miałaby go przepraszać? Że narobiła hałasu, kiedy nie wiedziała, że tutaj był i że mu to przeszkadzało? Nawet nie potrafił sobie wyobrazić jakichś starych krzywd, które miałaby mu wyrządzić. Przecież to on wyjechał bez słowa te lata temu.
- Silee, nie masz za co mnie przepraszać. - Czy naprawdę musiał to wyjaśniać?
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2019-03-09, 02:51
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
Nieznacznie marszcząc brwi i mrużąc przy tym oczy, przeniosła spojrzenie w inny punkt... Cóż, wciąż podłogi, nie zaś Hoppera. To nie tak, że nie chciała na niego patrzeć. Po prostu... Wyjątkowo nie czuła takiej potrzeby. Sama nie do końca wiedziała, czym było to spowodowane, ale w pewnym sensie burzył jej potrzebę samotności, bycia sam na sam z tymi... Cholernymi, parszywymi, paskudnymi papierzyskami, którym po raz kolejny posłała naprawdę sfrustrowane spojrzenie.
- Powojenne odszkodowania mogą naprawdę dużo zmienić w ich... Nieżyciu. - Przytaknęła, zastanawiając się jednocześnie, jak absurdalnie to brzmiało.
Nie, nie nadawanie teczkom tych wszystkich iście człowieczych cech. Nie rozmawianie o nich, jakby były co najmniej bandą małych, niepoprawnych dzieci. Po prostu... Mówienie o wojnie w taki sposób. Zupełnie tak, jakby miała już zaraz minąć. Choć wcale tego nie chciała, Maysilee powoli przestawała już w to wierzyć. Koniec, który niegdyś zdawał jej się bliski i prawdopodobny, teraz jak gdyby coraz bardziej się oddalał. Na samą myśl o tym ściskało ją w żołądku...
A przecież i tak czuła już, jakby miała zamiast niego jeden wielki, mocno poplątany supeł. Ten sam, który ostatnio tak często podchodził jej do gardła, czasem wręcz nie chcąc go opuścić. Czuła się naprawdę nieswojo - zupełnie tak, jak gdyby ktoś wrzucił ją w cudze ciało, w cudze życie - nie za bardzo potrafiąc sobie z tym poradzić, ale... Przecież nie zamierzała prosić o jakiekolwiek wsparcie, czyż nie? Nie to, że go nie potrzebowała. Zwyczajnie wszyscy mieli swoje własne problemy, niektórzy nawet zbyt wiele, by należało zawracać im głowę. Życie było dostatecznie poplątane i bez tego.
- Nie było mnie, gdy byłam potrzebna. - Odparła, siląc się na wzruszenie ramionami, które teoretycznie powinno było złagodzić wydźwięk tych słów, ale i tak szczerze wątpiła w skuteczność tego ruchu. - Nie raz i nie dwa. Plus getto, ognisko i to wszystko... - Po raz kolejny wzruszyła ramionami, uśmiechając się leciutko. - To brzmi jak coś, za co można, trzeba przepraszać.
- Nie sądzę, że je dostaną, w końcu aż tak nie ucierpiały. - Dokumenty miały całkiem nieźle w trakcie tej wojny. Nikt ich nie próbował zamordować. Nikt nie prał im mózgów. Nikt nie zmieniał ich w bronie. Po prostu musiały się ukrywać, żeby nie zostać wykorzystane przez kogoś niepowołanego, a przecież... - Wiesz, zniszczy się masa... rzeczy.
Nie tylko rzeczy. To był ten problem. A on miał być jednym z architektów tej destrukcji. W tamtym momencie miał wrażenie, że go to zupełnie przerasta, ale przecież to był jedyny sposób. Nie mogli się po prostu schować. Może to była zwykła arogancja, może uważał się za centrum wszechświata... kto miałby przyjść na jego miejsce? Był tym pierdolonym najgenialniejszym człowiekiem na świecie. Jeśli on tego nie zrobi, to kto? Rezygnując, zostawiał ich na pastwę losu. Sam będzie odpowiadał za wszystko to, co się stało.
Nie, nie czuł, jakby ta wojna zaraz miała się skończyć. Nigdy nie miał takiego wrażenia. Po prostu... od niedawna potrzebował nadziei, każdej jaką mógł dostać. Ta, że te zasrane teczki w końcu otrzymają odpowiednią edukację była lepsza niż nic. Lepsza niż myśl o tym, ile osób do tego czasu zginie.
- Byłaś potrzebna gdzie indziej. Nie możesz być wszędzie na raz - zauważył. Pewnie nawet gdyby mogła, znalazłaby sobie powód, żeby o coś się obwiniać. - Nie zrobiłaś nic złego w getcie. To wszystko spotkało cię tylko dlatego, że chciałaś pomagać innym ludziom. To nie jest coś, za co powinno się przepraszać. Nie bądź dla siebie taka ostra.
Ale przecież zawsze taka była, prawda? I to mu podsunęło pewną myśl. Ona nie była dobra, ale była skuteczna, a przecież to się ostatecznie liczyło. A on taki był. Wykorzystywał ludzi, jeśli to miało mu przynieść korzyści. Nie powinien tego robić... ale czy miał inny wybór.
- Chciałbym cię o coś poprosić.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2019-03-10, 00:43
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
Rzucając kolejne spojrzenie na powstały bałagan, pokręciła przecząco głową. Nie, naprawdę nie sądziła, by dało się tak po prostu powiedzieć, że nie utraciły zbyt wiele. Były przecież poniszczone, nosiły ślady jej butów, miały pozaginane, przybrudzone rogi i nie były już tak śnieżnobiałe jak wcześniej. Zresztą... Sama drukarka już od dłuższego czasu pozostawiała paskudne ślady tuszu, a część długopisów, którymi wypełniano rubryki, rozlewała się zupełnie niczym tanie pióra z kiepskiej jakości nabojami. Ucierpiały, zdecydowanie ucierpiały, wszystko tutaj cierpiało - mniej lub bardziej, ale wciąż coraz brutalniej.
- Przestały być poukładane. Straciły swoją poprawną kolejność, cała estetyka została zaburzona. - Wymamrotała w formie dosyć odległego sprzeciwu, jeszcze przez chwilę pozostając myślami w całkiem innym miejscu. - Są... Zniszczone, a nikt przecież nie wydrukuje ich po raz drugi. Wypełnianie tego wszystkiego zajęłoby zbyt dużo czasu. - Jeszcze jakiś czas wcześniej prawdopodobnie nie wypowiedziałaby w takim tonie.
Wciąż zauważała, że czyjeś zawiłe, ozdobne pismo miało piękne, okrągłe brzuszki w literach i naprawdę urocze zawijasy... Że któryś długopis - ten, który najwyraźniej nie przewinął się, niestety, przez ręce Maysilee - miał wkład o niespotykanym, głębokim odcieniu butelkowej zieleni... Rozmazany tusz w niektórych miejscach stworzył obrazki przypominające te, jakie kiedyś mróz malował na szybach domów... Ale w tej chwili naprawdę niewiele to zmieniało, ponieważ i teczki, i dokumenty wciąż były poniszczone. Nikt normalny w tym świecie, w tych okolicznościach nie oceniał ładności zniszczeń. One po prostu były. Tworzyły skazę w poukładanym archiwum, gdzie wszystko miało swoje miejsce, ład i porządek.
- Niewiele wynikło z tamtej... Pomocy. - Nawet nie zamierzała ukrywać tego, co znaczyły dla niej te wydarzenia. Zarówno tamten wieczór, jak i następne kolejne dni... Być może nawet dochodzenie do siebie w Bractwie odcisnęło na niej swego rodzaju piętno. Nie dało się go tak łatwo zmyć, zwłaszcza w momencie, w którym czuło się, że działania, które do niego doprowadziły, były niedostateczne.
Upicie się było jej nieprzemyślanym krokiem. Pójście na ognisko również stanowiło głupią decyzję, która nie była nawet powiązana z głównym celem pojawienia się w getcie - wsparciem. Wręcz przeciwnie, była wyłącznie nierozsądnym widzimisię, które skończyło się... Źle. A teraz pokutowała za to nie tylko ona, ale także wiele osób dookoła. To była niedojrzałość. Jak inaczej dało się to nazwać?
Chciała jakoś to poprawić, zmienić, ale... Na ile tak naprawdę była w stanie?
- Cokolwiek. - Wzdychając ciężko, spojrzała na Hoppera, znowu mu się przyglądając. - Zdecydowanie powinieneś odpocząć. W świetle dziennym, bo posiedzenie w archiwum nie jest odpoczynkiem.
Nigdy nie uważał się za szczególnego optymistę. Zawsze szukał najgorszego możliwego rozwiązania - musiał je znać, żeby go nie zabiło. Popełnił jeden taki błąd w swoim życiu i nie miał zamiaru go powtarzać, nie, kiedy już znał konsekwencje. To nie była jakaś idiotyczna gra, ludzie ginęli, mieli zupełnie zniszczone życia… a on to właśnie ignorował. Jak mógł w ogóle uważać, że ktoś nie miał spieprzonego życia, bo mógł mieć jeszcze gorzej? Ostatnie cztery lata już wszystkich wykończyły, a ten rok miał być jeszcze gorszy. Jak miał liczyć, że ktokolwiek będzie po tym wszystkim zdolny do normalnego życia? To miało zniszczyć cały ten kraj, w mniejszym, większym stopniu, ale już nic nie miało być takie jak kiedyś.
- Tak - przyznał jej rację. - A mimo tego nie skończyły najgorzej - dodał ponuro. Zmasakrowane czy nie, ktoś je ułoży. Z powrotem wciśnie je do tych teczek i będzie je traktował jak kiedyś. - Może jest już po prostu za późno.
Na tle zmasakrowanego krajobrazu nie wyglądały najgorzej. Gdyby to wszystko ruszyło cztery lata wcześniej… ale nie ruszyło. Nie było już powrotu, nie dało się cofnąć tych lat. Może jakoś da radę sprawić, żeby Josie dorastała bez tego wszystkiego… To oni byli straconym pokoleniem. Jeśli cokolwiek miało wrócić do normalności, ile to zajmie? Dwadzieścia lat w ogóle wystarczy? Czy miała jeszcze w ogóle istnieć jakaś normalność? Zawsze przecież zakładał, że nie było już dla niego powrotu. Może stracił go niemal dwanaście lat temu, po śmierci Elviry, kiedy zabił pierwszego człowieka - nie istotne. Nie był w stanie funkcjonować jak zwyczajny człowiek, nie szukać wszędzie nowego zagrożenia. A przecież nie stracił ręki, oka, dziecka, całej rodziny… Był jak te pieprzone dokumenty, przekonane jak chujowo mają w życiu. Nic w porównaniu do tego, co miało nadejść. Wszyscy byli skończeni.
Nawet Sally, wiecznie pozytywna i radosna optymistka, była złamana. Nie był w tym dobry, był kompletnie chujowy w podnoszeniu ludzi na duchu. To ona się na tym znała, ale najwidoczniej sama teraz potrzebowała pomocy. Szkoda, że nie mogła dostać takiej, na jaką zasługiwała.
- Wiesz, nie każdemu wszystko może wychodzić perfekcyjnie - zażartował zarozumiałym głosem. Skoro on już był idealny pod każdym względem, to niestety, Sally musiała czasami popełnić jakiś błąd i nie dać rady zrobić wszystkiego. Liczyło się to, co chciała zrobić, a przecież miała dobre intencje. To nie była jej wina, że świat był chujowy.
Zgodziła się, przynajmniej na samym początku. Teraz była pora na tę trudniejszą część. Cholera, nie przemyślał tego. Jak on sam miał to wszystko ująć w słowa? Powinien był to przemyśleć, może potem do niej przyjść.
- Mam się dobrze - odpowiedział automatycznie, myślami skupiając się na czymś zupełnie innym. - Wiem, że ciężko was nazwać jakimikolwiek przyjaciółkami… Chodzi o to, że mam powody przypuszczać, że Mattie… - Przecież nigdy jej tak nie nazywał, nie przy innych ludziach. Nagle dziwnie się z tym poczuł, chociaż to określenie pasowało do tego, co chciał o niej mówić. Mimo wszystko, natychmiast się poprawił: - ...że Wallace spróbuje się zabić, jeśli coś mi się stanie. Wiem, że proszę o kurewsko dużo... - Cholera, przecież nie chciał, żeby żeby Sally się potem o wszystko obwiniała. Po co on jej o tym mówił? - ...jest niewiarygodnie uparta, ciężko jej przemówić do rozsądku. Po prostu… Gdyby coś się stało, mogłabyś mieć na nią oko, na samym początku? Żeby nie zrobiła czegoś tylko dlatego, że jest jej ciężko. Jeśli potem… - Kurwa mać, nawet nie wiedział gdzie z tym zmierzał. Nie powinien w ogóle poruszać tego tematu, tylko wszystko skomponował. Zostało tylko osiem dni. Tylko tyle musiał przeżyć. Nie musiał jej o to prosić.
_________________ Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2019-03-11, 16:57
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
- Jeszcze nie skończyły najgorzej. - Podkreśliła z nieznacznym przekąsem, moment później wzruszając ramionami i - nawet ku własnemu zdziwieniu - uśmiechając się do Hoppera. Co prawda, nadal był to zaledwie cień uśmiechu, ale z pewnością już go nie wymuszała. Przynajmniej nie w tej chwili i przy słowach, jakie padły z jej ust.
- W innych okolicznościach pewnie spróbowałabym ukryć zniszczenia, wpychając wszystko na miejsce i udając, że wcale nie popsułam tygodni własnego i cudzego dziobania długopisem po papierze. Pobieżnie naprawiłabym problem, żeby nie ryzykować dalszego niszczenia zawartości, skoro prawdopodobnie nikomu i tak się nigdy więcej nie przyda. Mogłaby tu sobie siedzieć w spokoju, skitrana gdzieś na jednej z kilkudziesięciu półek. - To mówiąc, po raz kolejny leciutko uniosła kąciki ust.
Cóż, nigdy nie mówiła, że była wyjątkowo poprawna, jeśli chodziło o te wszystkie wewnętrzne przepisy i procedury. Pisane czy też nie. Wręcz przeciwnie, zdecydowanie bardziej wolała działać, niż bawić się w papierkową robotę. W żadnym wypadku nie mogłaby być archiwistką i tylko zwykłe zrządzenie losu doprowadziło do tego, że znalazła się w tym miejscu.
- Prawdopodobnie nawet zaangażowałabym w to tego przypadkowego świadka, czyniąc z tego naszą wspólną zbrodnię przeciwko ładowi i porządkowi. - Wbrew pozorom, nieważne, jak irracjonalnie i głupio to brzmiało... Na jej oko, tkwił w tym jakiś głębszy sens. Istniał tylko jeden, jedyny, malusieńki problem. - Gdyby tylko nie był on głową Bractwa... - Ups? Prawdopodobnie nawet nie powinna wspominać o tym wszystkim, jednak widząc poważną minę Williama i samej czując się zdecydowanie zbyt fatalnie, podjęła przynajmniej jakąś niewielką próbę zmiany atmosfery.
Tak naprawdę żałowała jednak tego wszystkiego. Począwszy od własnej nieporadności w przypadku tych nieszczęsnych papierzysk, poprzez te głębsze, bardziej istotne rzeczy... Jak fakt, iż choć w jakimś sensie pomogli wszystkim, których dane znajdowały się na kartkach, na świecie wciąż pozostawało zbyt wiele osób, jakie nadal potrzebowały wsparcia... Coraz mniej na nie licząc i coraz bardziej dziczejąc, co wyraźnie dostrzegła podczas tamtego chorego rytuału. Nie wierząc już w jakikolwiek ratunek czy pomoc - a do jej prób częstokroć podchodząc z naprawdę głębokim sceptycyzmem i podejrzliwością - sami usiłowali przetrwać, robiąc coraz to gorsze rzeczy. Pogrążając się i tracąc resztki niewinności, resztki tej ludzkiej dobroci.
To wszystko było tak cholernie chore. I, co gorsza, dotykało praktycznie wszystkich. Po raz kolejny odczuła to, gdy do jej uszu dotarły te słowa. Powodując u Maysilee gęsią skórkę, nagłą bladość i... Niepewność. Choć były szczere, prawdziwe, o zgrozo, prawdopodobne, raczej nie chciała ich słyszeć. Owszem, teoretycznie na wszystko się zgodziła, ale naprawdę nie sądziła, że usłyszy coś takiego. Podlanie kwiatków, zaopiekowanie się dzieckiem przez kilka godzin, wyprowadzenie nieistniejącego psa, ale nie... Coś tak... Pośmiertnego.
W pierwszej chwili nie wiedziała nawet, jak powinna zareagować. W kolejnej zaś zbliżyła się do Hoppera, bez słowa ściskając. Na tyle niezręcznie, na ile tylko mogła to zrobić w swoim obecnym stanie psychicznym i fizycznym, przytulając go jedną dłonią i nie planując chwilowo się od niego odkleić. Przynajmniej nie w momencie, w którym zadarła głowę, żeby spojrzeć na niego z przyganą.
- Ktoś, kto ma się dobrze, nie przewiduje takich rzeczy. Nawet jeśli jest tobą. - Cóż, brzmiała jak jakiś wybitny znawca przypadku? Do jasnej ciasnej, najwyraźniej zamierzała nim być. - Wiesz, że zrobiłabym to nawet bez proszenia, ale w porządku, obiecuję. - Skinęła głową, odsuwając się o krok. - Aczkolwiek tylko, jeśli zobaczę cię na zewnątrz. Dłużej niż pięć minut. Na słońcu. Obok roślinek. Szczególnie warzyw. Jak kurczaka. Masz o siebie zadbać, być chrupiący i złocisty, okej? Nie jak... - Wyciągnęła rękę, stukając go palcem w wierzch dłoni. - Mokry papier.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum