Chciała uwolnić się od tego mieszkania, bo jak wiadomo wilgoć nie służy zdrowiu. Potrzebowała świeżego, a przed wszystkim czystego powietrza. Po za tym lepiej było gdyby ktoś przy niej był. Miała się do kogo odezwać, nawet jeśli czasem głupi głos. Odczuwała objawy choroby, jednak przecież nie będzie leżeć i użalać się nad swoim losem. Kiedy jest szansa lepiej się poczuć na zewnątrz co walce nie było takie dalekie od prawdy. Patrząc na warunki w mieszkaniu.
Słysząc krzyki, by zostawiono tych biedaków w spokoju szczerze powiedziawszy ulżyło Lasair, że nie tylko jej jej obojętny los tych biedaków. Chociaż czuła się zmęczona i jakby pozbawiona sił. Nie przeszkadzało jej w tym by spróbować zobaczyć co się dzieję bliżej ogniska. Próbując cokolwiek wypatrzeć mrugała co chwilę strasznie przeszkadzało jej światło ogniska. Nie mogła dostrzec co tam się dzieję. Jednak krzyku... bólu kobiety oraz dwie ciemne plamy na tle ogniska. Wiele jej mówiło... Przecież aż tak okropnej rzeczy nie mogła sobie wyobrazić. Zrobiła kilka kroków, by się dostać bliżej. Spróbować pomóc tym ludziom, którzy mieli robić za ofiary. Zwłaszcza, że coraz więcej głosów wstawało ich obroni. Jeśli dobrze słyszała to jakiś mundurowy, przestawicie DOGS również się pojawił. Przedzierała się powoli, bo nie miał tyle sił ile jej się zdawało, że ma. Kiedy sądziła, że widzi mężczyznę, który zabił rodziców. Zatrzymała się wystraszona, ale po chwili jakby się rozpłynął powietrzy. Przeklęta choroba, przeklęte zwidy oraz jej umysł, który platał jej figle. Chwili kiedy morderca rodziców zniknął tak szybko jak się pojawił. Usłyszała znajomy sobie głos... należący do jej współlokatorki. Który był dziwny, jakby niezrozumiały, trzeba było się domyślać co mówi. Wróciła do próby przedostania się bliżej. Nie mogła tej chwili myśleć o sobie i swoich rodzicach im już nie pomoże. Jednak tamtych związanych może. Zwłaszcza, że nie była sama.
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-12-19, 11:53
Ceremonia trwała. I nikt nie miał zamiaru jej przerywać - nawet, mimo głosów sprzeciwu.
Uzdrowiciel trwał w swoim świecie, doprowadzając biedną kobietę do skraju życia. Jej siły opadały, oddech stawał się płytki a skóra bladła z każdą uciekającą kroplą krwi. Krzyk stawał się coraz cichszy, aż niemal i jego zabrakło, gdy ostrze w dłoniach mistrza ceremonii przekręcało się w brzuchu ofiary.
- Podziękujmy dziś Darcy! Darcy odkupiła swe ludzkie winy, dając nam swoje ciało i krew na nasze oczyszczenie! Na nasze uzdrowienie! Chwała Ci Darcy za ten wspaniały gest! - Brzmiały słowa mężczyzny, niosąc się po całym skwerze. A co było w tym przerażającego - z tłumu zaczęły unosić się wrzaski podziękowań i chwały - jakoby Ci ludzie serio w to wszystko uwierzyli. Jakby... Sami chcieli się w ten rytuał włączyć.
Nie było trudno dostrzec, kto dał się temu przedstawieniu oczarować - wszyscy najbardziej chorzy, płaczący krwawymi łzami, w zabrudzonych ubraniach od szkarłatnej cieczy, z cierpieniem wymalowanym na twarzy. Wielu z nich nie miało już nawet siły wstać czy ruszyć ręką - oni czekali na cokolwiek, co da im ukojenie. A ciało biednej Goldhope miało być tym lekarstwem...
Nie zmieniał tego nawet słaby ton głosu Tobiego, który wciąż parł do przodu, a zatrzymany przez osiłków zamaskowanego mężczyzny - poniesiony emocjami próbował wyprowadzić cios prosto w twarz jednego z nich. I trudno powiedzieć, co tu miało największe znaczenie - fakt, że uznali go za biednego chorego, czy może jednak szaleńca? Oprych nie spodziewał się, że pięść Jensena może go sięgnąć, a jednak - tak się stało. Nie było w tym dużo siły, krew nie polała się kolejny raz w ciągu tego dnia. Ale było to wystarczająco, by przeciwnik się odsunął na kilka kroków, z krótkim krzykiem niedowierzania:
- On mnie uderzył, ten chujek mnie uderzył!
Zebrani zaczęli się oglądać w kierunku zamieszania. Zostawić ich? Trybiki ogłupione chorobą mimo wszystko zaczęły pracować. Może właśnie to pozwoliło im się wyrwać spod wpływu uzdrowiciela? Powoli krzyki poparcia zaczęły cichnąć, aż niemal całkowicie zniknęły, gdy prawie wszystkie oczy z ołtarza przerzuciły się na chudego mężczyznę i jego... Pijane koleżanki.
Ponoć gdy coś wygląda na głupie, ale działa, wcale nie jest głupie.
Maysilee popędzana siłą alkoholu przeciskała się między kolejnymi zebranymi, zdzierając sobie kolana i skórę dłoni przy kolejnych upadkach. Jak dobrze, że spirytus działał na nią teraz mocno znieczulająco - dopiero jutro odczuje ten paskudny ból od każdej najmniejszej ranki. Nie była jednak w stanie przewidzieć, że gdy tylko jej palec powędruje ku górze a po chwili zmieni się w radosne machanie w kierunku swojego przyjaciela - wpadnie na nią jej kompanka od szklanki - Maria - przerywając to krótkie przedstawienie. Kobiety runęły przed siebie, zatrzymując się na jednym z chorych mężczyzn, który sam również jęknął z bólu. Pewne jednak było, że kolejne oczy odwracają się od ogniska, a Uzdrowiciel zaczynał tracić swoją wiarę. Gdyby był tu tylko ktokolwiek potrafiący widzieć pod przedmiotami - dostrzegłby grymas malujący się pod błyszczącą maską...
Halucynacje nie opuszczały jednak biednej Lasair - szła za swoją współlokatorką, być może z chęcią pomocy, jednak twarz zabójcy jej rodziców pojawiała się w kolejnych miejscach. Każda mijana osoba była do niego teraz tak podobna, lecz to złudzenie bledło i mijało z każdą sekundą. Aż do czasu, gdy ta znienawidzona twarz obrała sobie nowe miejsce, na którym chciała zostać na dłużej - na masce dzisiejszego Mistrza... Czy Roarkedaughter odważy się z tym faktem cokolwiek zrobić?
Prawdopodobnie Uzdrowiciel byłby teraz na mocno straconej pozycji - gołym okiem można było dostrzec, że ponad trzy czwarte zgromadzonych już się na nim nie skupiają. Już nie słuchają jego kazań. Już... Nie są nim oczarowani. Ale wtedy całą sytuację postanowiła uratować Melanie, która jako członek niebieskich szwadronów, weszła odważnie w tłum - pomiędzy chorych i zniewolonych w getcie mutantów...
Mężczyzna wyjął swoje ostrze z brzucha umierającej kobiety, by po chwili wznieść je ku niebu i donośnie wykrzyknąć:
- Los dziś łaskawy jest dla nas! Oto Pan przyprowadza przed swój ołtarz nie tylko dzielne owieczki ale i sprawcę waszego cierpienia! Ona! Kundel! To przez nią tu jesteście! To przez nią cierpicie! Spójrzcie tylko, jak jej mundur świeci czystością! Jak w jej oczach nie ma krwi! Oni są zdrowi a nam pozwalają umierać! Kundel! Kundel! Kundel! - trwała jego wypowiedź, odbijając się echem w głowach zgromadzonych. Nie przewidział jednak, że większość zebranych jest zbyt słaba, by móc cokolwiek zrobić. Murray widziała jednak mijane osoby - widziała ból na ich twarzach, czuła, jak ktoś próbuje złapać ją za nogę, patrząc na nią spod zakrwawionych powiek. Słyszała jęki chorych i to wszystko... Bolało. Mimo wszystko bolało...
Mężczyźni, którzy do tej pory zajmowali się Tobym, po prostu go odepchnęli - w jego stanie powinno to być wystarczające, by nie sprawiał problemów, choć przez krótką chwilę - dzięki czemu sami mogli ruszyć w kierunku kobiety spod znaku prawa. Nie mieli przy sobie broni - mieli za to swoje moce. I z całą pewnością - zamierzali z nich korzystać...
Oczy jednego z nich zaszły czernią, gdy dłonie drugiego przybrały dziwną, matową fakturę a z jego gardła wydarł się ogłuszający krzyk. Na razie obaj jednak tylko stali - dokładnie blokując brunetce dostęp do ich mistrza...
- Łżesz! Zdrowi?! Ledwie przed trzema dniami na własnych plecach niosłam towarzysza umierającego na tą zarazę! NIE JA NAMAWIAM DO MORDERSTWA I KANIBALIZMU! - Starała się nie zwracać uwagi na chorych, nie rozkleić się teraz. W policji widziała sporo, lecz obraz nędzy wokół... koszmar. Coś w niej pękało, a chciała tylko pomóc bogu ducha winnym ludziom. Mimo wszystko nie była tylko kundlem do pomiatania, a byłą policjantką. Wierzyła w prawo, w moralność.
Zabij zabij zabij zabij
Skupiła się na dwóch mężczyznach przed sobą. Mogła ledwie zgadywać, co potrafią, tak samo oni zgadywali, co potrafi ona. Zawarczała w odpowiedzi na ryk, spinając mięśnie. Chciała dorwać tego Uzdrowiciela, a dwóm osiłkom powyrywać kończyny. Chciała, by cierpieli. Przełożyła pałkę do lewej ręki, by prawą dłoń mieć wolną.
Zabij zabij zabij
Póki panowała nad sobą, chciała błyskawicznie wyciągnąć pistolet z pluskwami obezwładniającymi i strzelić w dwójkę. Najpierw czarnookiego, będącego obecnie większym zagrożeniem. Ryczący raczej walczył w zwarciu, więc mogła się z nim zmierzyć na równi, ale jeśli zdąży, to też dostanie swoją pluskwę.
A potem droga wolna do popaprańca. Do celu jej polowania.
//Moc: Polowanie (bierne) - w trakcie walki lub ścigania konkretnego celu niekontrolowanie jej czas reakcji i szybkość ulegają poprawie do poziomu najlepszych ludzi.
Nie miał pojęcia co nim kierowało. Wiedział jednak jedno - nie zamierzał pozwalać na to co się tutaj działo. Być może to były tylko halucynacje. Po wizycie w DOGS o wiele bardziej mu się pogorszyło, więc chyba nieszczególnie zdziwiłby go fakt, gdyby to wszystko było wytworem jego wyobraźni. Ale z jakiego powodu nie mógł tego zostawić.
Kiedy wymierzał ten cios, kierował się instynktem. W zasadzi, nie miał żadnych szans na powodzenie. Ale po raz kolejny, adrenalina chyba zrobiła swoje. Tak po prostu przyłożył temu osiłkowi w twarz, a ludzie... zdawali się opamiętać? Walker nie wiedział jak odczytać to wszystko, ale chyba nie był aż takim optymistą, by być skłonny uwierzyć, że to wszystko ucichło. Słyszał gdzieś za sobą zamieszanie, ale nie był w stanie tego sprawdzić. Chyba po prostu uznał, że przynajmniej jakaś garstka zdecydowała się go wspomóc. To dobrze, miał jeszcze wiele do zrobienia, nie?
Ledwo się trzymał na nogach. Kiedy ten facet go odepchnął... Thomas był naprawdę bliski przewrócenia się na ziemię i zostanie zdeptanym przez tłum. Ostatecznie udało mu się wesprzeć na innym chorym i nie spotkać się z ziemią. Potem... Słyszał coś o kundlach. Byli tu DOGS? Chyba po raz pierwszy cieszył się z ich obecności. Może uda im się zapanować nad tym syfem. On jednak nie zamierzał czekać. Tamta dziewczyna umierała. Czuł to. Musiał jej jakoś pomóc. Więc po prostu znowu zaczął przeć do przodu, mając nadzieję, że rząd nie pomyśli o nim jak o zwolenniku tego całego syfu. Plan był jasny - znaleźć się tam na tej prowizorycznej scenie i spróbować uratować dziewczynę. Zatamować rany, powstrzymać krwawienie, cokolwiek.
_________________
<ul><img src="https://i.pinimg.com/originals/0b/7d/20/0b7d2042cc5444a709f952def6046603.gif" style="border-top:5px solid #2e4045;border-bottom:5px solid #2e4045;padding-bottom:-20px;width:190px;"><div style="color: black ; width:190px;letter-spacing: 2px; text-shadow:2px 0px 2px #2e4045;font-family:times;font-size:11px;text-align:center;margin-top: -12px;">Why is everything so heavy?
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2018-12-21, 22:00
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
Brnąc przez tłum i napierając na kolejnych ludzi, byleby tylko przepchnąć się do przodu, usłyszała za sobą coś, co zabrzmiało niczym okrzyk jej towarzyszki, jednak była zdecydowanie zbyt skupiona na wykonywanym zadaniu - i zachowywaniu wątpliwej jakości pionu! - iż nijak jej to nie powstrzymało. Wybełkotała wyłącznie coś, co zabrzmiało niczym:
- Utsze itśdź! - Dosyć mocno i wyraźnie akcentując tym samym swoją wewnętrzną potrzebę podążania w kierunku, w którym, jak sądziła, miała odnaleźć kogoś, kto był jej naprawdę bliski. Zamiast tego jednak... Cóż, raz po raz napotykała wyłącznie kolejnych chorych mutantów, naprzemiennie zderzając się także z twardą glebą.
Nie to, żeby w czymkolwiek jej to przeszkadzało. Utrudniało? Owszem, nie miała jednak zamiaru rezygnować z - jak sądziła - rozsądnego posunięcia. Tyle czasu czekała na to, żeby się spotkać. Nieistotne, w jakich okolicznościach, po prostu musiała teraz do tego doprowadzić. Nie mogła tak po prostu zrezygnować z takiej szansy, nie w taki sposób.
W tym momencie nie obchodziły jej makabryczne przemowy prowadzącego rytuał, ani także to, iż tłum zaczął zwracać na nią swoją uwagę. Nie, jeśli wciąż nie odnosiła pożądanego skutku, w żadnym stopniu nie zwracając na siebie uwagi osoby, od której najbardziej jej potrzebowała. Wręcz przeciwnie - zamiast na nią spojrzeć, chłopak zaczął pchać się jeszcze bardziej w tłum i w kierunku kobiety, na którą Maysilee instynktownie przeniosła spojrzenie...
Zamierając z harlo, kurkde na ustach, gdy dotarło do niej, że znała tę zakrwawioną, zamęczoną dziewczynę... Nim jednak zareagowała w jakiś inny, bardziej gwałtowny sposób, poczuła nacisk na swoje plecy i... Cóż, całkowicie straciła równowagę, gdy Maria postanowiła zrobić sobie z niej poduszkę. Łapiąc przy okazji płaszcz jakiegoś biednego mutanta, poleciała razem z nim na glebę. Z bolesnym jękiem, przeturlała się w bok, usiłując złapać oddech po tym, jak Ortega całkowicie wydusiła go z jej płuc. Nie było to jednak proste, gdy usiłowało się powstrzymać chęć kolejnego zwymiotowania.
Nic więc dziwnego, iż nie skupiała rozproszonej uwagi na tym wszystkim, co działo się dookoła. Liczyło się wyłącznie to, co miało miejsce jak najbliżej niej...
I poleciała! Nawet nie wiedziała co się stało. Jej mózg zarejestrował jedynie bieg a tuż po tym upadek na koleżankę. Niczym na poduszkę. Mniej żwawo zareagowała na spotkanie pierwszego stopnia z glebą i zanim się ruszyła, minęła co najmniej minuta. Maria spojrzała za koleżanką i parsknęła krótkim śmiechem. Mina Maysilee była taka zabawna. Taka zabawna, że Ortega po chwili znowu się roześmiała.
Przewróciła się na plecy i zasłoniła usta, bo nie ładnie się tak śmiać z cudzego wypadku. Próbowała się opanować i nawet odwróciła głowę w drugą stronę, ale tam w tłumie też ją coś rozbawiło i Maria nie mogła już przestać. Śmiała się przez chwilę, póki o czymś sobie nie przypomniała.
- Ej! Do - Czkawka przeszkodziła jej wypowiedzieć słowo, ale Maria nie rezygnowała. Skupiła się, żeby była bardziej zrozumiała - Do domu! - Krzyknęła, nie wiadomo do kogo, ale pewnie do Maysilee. Wyciągnęła rękę i machnęła nią w bliżej niesprecyzowanym kierunku, pokazując go palcem wskazującym. Znowu się roześmiała ale zaraz też skrzywiła, bo jakiś smród uderzył ją w nos. Maria zasłoniła go i zaczęła się zbierać z ziemi.
- Hej - Bąknęła do koleżanki i wyciągnęła do niej rękę, żeby jej pomogła, bo obecnie przyciąganie ziemskie było cięższe do pokonania.
Sytuacja z każdą chwilą coraz bardziej się komplikowała a Uzdrowicielowi z całą pewnością to się nie podobało. Wszystko wymykało się spod jego kontroli, ale na szczęście - ta ostatnia garstka osób wciąż była w niego wpatrzona, wciąż czekając w pierwszym rzędzie na swoje lekarstwo. Mężczyzna tylko kucnął przy jednym z chorych, który z całą pewnością już oślepł w wyniku choroby, wypowiadając w jego kierunku donośne:
- Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy! - po czym przewrócił wózek z ranną i konającą dziewczyną. Ona nie wydała już jednak pisku. Nie wydała z siebie żadnego dźwięku. A na jej twarzy nie było już widać cierpienia, gdy zamaskowany Pan ceremonii nachylił się nad jej brzuchem wraz z chorą ofiarą, której nakazał spicie krwi z niewiasty. 3 inne osoby posunęły się do tego samego czynu, gdy dzisiejszy kapłan w końcu się wyprostował.
Co jednak było dziwne dla samego Thomasa - widział on przecież, jak wózek zostaje popchnięty. A jednak... Z jakiegoś powodu na jego miejscu teraz stała ta sama dziewczyna - ale bez widocznego cierpienia na twarzy. Tylko kręciła swoją głową, szepcząc coś pod nosem - jakby chciała, żeby chłopak się cofnął. Żeby zrezygnował ze swojego planu. Jakby... Doskonale go widziała.
Sam Jensen jednak, nawet mimo złego samopoczucia, mimo słabości... Zdołał dotrzeć, niemal na przód. Dzieliły go dwa ostatnie rzędy od ołtarza i mężczyzny, który tak dzielnie głosił swoje tezy. Czy warto więc ryzykować własnym życiem dla... Obcych?
Maysilee i Maria nie miały tego problemu. Obie wylądowały boleśnie na ziemi a panna Ortega odnalazła w tym już nawet powód do radości. A może w ten sposób odbijała sobie traumatyczne przeżycia z dzisiejszego dnia? Zaczęła coś krzyczeć o powrotach do domu, przez które kolejne kilka osób spojrzało w ich kierunku - tym jednak razem z dezaprobatą. Nikt nie chciał być w DOMu. Czyżby to był moment, w którym brunetka dorobiła się wrogów?
- Jeszcze powiedz, że kundli wspierasz!
- Może z nimi działasz?!
- To Ty im kablujesz?!
Z tłumu zaczęły padać kolejne pytania, padło też kilka obelg, Ale czy zapijaczony umysł Ortegi był w stanie to przefiltrować i przyswoić? Tym bardziej, gdy tuż obok niej nasza ukochana Sally po raz kolejny dzisiejszego dnia pozbywała się treści żołądkowych - tym razem z żółcią, pozostawiającą nieprzyjemny smak na podniebieniu i w gardle. Ale hej! Chociaż mogła się trochę lepiej poczuć - no, gdy odejmiemy te targające nią konwulsje, uniemożliwiające jej wstanie przez najbliższą chwilę...
Wiele par oczu skupiło się teraz też na tej trójce, która właśnie szykowała się do walki. Mężczyzna o dziwnych dłoniach dokładnie śledził każdy ruch Melanie - widział, jak pałka zmienia swoje miejsce, jak w jej dłoń wędruje pistolet i widział, jak wycelowuje nim w stronę jego towarzysza.Nie był jednak wystarczająco szybki, by temu przeszkodzić.
Strzał był więc czysty, idealnie w sam środek klatki piersiowej. Co ciekawe - pocisk trafił przeciwnika kobiety w momencie, gdy jego moc zaczynała działać, obejmując dziwnym cieniem cały okoliczny teren - zupełnie, jakby sama panna Murray ślepła z każdym ułamkiem sekundy. Gdy jednak kolejne fale elektrowstrząsów pozbawiały czarnookiego możliwości ruchu - iluzja zaczęła zanikać, a sam ogień ogniska przez krótką chwilę zdawał się oślepiać.
Było to jednak wystarczająco dużo czasu, by drugi z przeciwników podbiegł do przedstawiciela kundli, próbując wymierzyć cios w splot słoneczny użytkowniczki drapieżności. Czy ta zdoła się obronić?
Sam Uzdrowiciel natomiast stanął przy dwóch pozostałych owieczkach na wózkach. Nic jednak nie robił - poza trzymaniem swoich dłoni na oparciach każdego z nich... Czy... Czy nie był zbyt blisko tego ogniska?
Kiedy ta dziewczyna umarła… nie rozumiał dokładnie tego co się wydarzyło, ale to go totalnie przygniotło. Na tę krótką chwilę przed oczami Thomasa pojawiły się mroczki, a on totalnie stracił poczucie rzeczywistości. I dopiero jakieś krzyki, niepokojące odgłosy wyrwały go z tego letargu. Ale… było już za późno. Widział jak bezcześcili jej ciało, widział jak ją pożerali… zrobiło mu się niedobrze. Nie był do końca przekonany, czy to była kwestia jego słabego żołądka, czy kolejne objawy wywołane elektrowstrząsami.
– Miałem ci pomóc – wycharczał, przyglądając się zdrowej i paradoksalnie o wiele bardziej żywej wersji tej martwej dziewczyny. Ostrzegała go, chciała by zwiał, ale czy potrafił? Tam wciąż były dwie osoby, które potrzebowały jego pomocy. Mógł coś zrobić. Mógł zrobić różnicę… Był przecież tak blisko. Wystarczyło przepchać się jeszcze przez dwa rzędy i rzucić się na tego idiotę, uwolnić pozostałe osoby… cokolwiek! Wtedy jednak usłyszał kolejne niepokojące dźwięki. Walker wyjrzał przez ramię, dostrzegając w tłumię Maisie. Znowu zrobiło mu się niedobrze i … miał to cholernie irytujące deja vu. Zupełnie jakby podobna sytuacja miała kiedyś miejsce… I teraz był pewien bardziej niż kiedykolwiek, że musiał coś zrobić. Chciał, by uciekała, ale… musiał jej w tym pomóc. Zacisnął usta w linijkę i ruszył do przodu, chcąc pokonać pozostałe dwa rzędy. Nie wiedział czy mu się uda zrobić cokolwiek, ale przynajmniej zwróci na siebie uwagę.
– Puśćcie ich! POZABIJAM WAS WSZYSTKICH – był jak szaleniec, ale nie dbał o to. I tak po prostu sięgnął po jakiś kawałek cegły, by przywalić tym cholerstwem najbliższej, przeszkadzającej mu osobie. I miał cholerną nadzieję, że duch tej dziewczyny mu w tym wszystkim pomoże… Potrzebował teraz pleców. Zwłaszcza teraz, kiedy obraz zaczął mu się zlewać, a przed oczami pojawiały się migawki portowych magazynów…
_________________
<ul><img src="https://i.pinimg.com/originals/0b/7d/20/0b7d2042cc5444a709f952def6046603.gif" style="border-top:5px solid #2e4045;border-bottom:5px solid #2e4045;padding-bottom:-20px;width:190px;"><div style="color: black ; width:190px;letter-spacing: 2px; text-shadow:2px 0px 2px #2e4045;font-family:times;font-size:11px;text-align:center;margin-top: -12px;">Why is everything so heavy?
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2018-12-29, 22:30
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
- Esteźmy f DOMu, Marija! - Odpowiedziała bełkotliwie, wypowiadając te słowa tak jednoznacznie przypominającym, żeby nie powiedzieć naukowym tonem głosu, na jaki tylko było ją teraz stać. I choć sama w żaden sposób tego nie wyczuwała, brzmiała teraz zupełnie niczym jeden z tych narąbanych jak messerschmitt filozofów spod monopolowego. Gdyby tylko była w stanie z łatwością podnieść się na - teraz, niestety, totalnie miękkie i jak gdyby sflaczałe - nogi, prawdopodobnie mogłaby wygłosić naprawdę twórczą mowę. Być może nawet nie gorszą od tej, jaką wcześniej obdarzył ich wielki uzdrowiciel, który przecież przyciągnął tym uwagę tłumu. Naprawdę wierzyła we własne możliwości, nie wykorzystując ich jednak do momentu, w którym faktycznie nie pojawiła się ta potrzeba…
Rzygając jak kot, pochylała się ku ziemi, prawie muskając ją czubkiem nosa, gdy do jej uszu dotarły obelgi ze strony ludzi w tłumie. I choć z początku nie do końca je ogarnęła, wystarczył moment, by pojęła, iż były skierowane ku biednej, bezbronnej Marii. Tej samej, która - jak dopiero dostrzegła - wyciągała ku niej rękę, prosząc o pomoc w zmianie pozycji z rozkraczonego żółwia bujającego się na skorupce do czegoś znacznie bardziej… No, normalnego.
Próbując namierzyć tych, którzy wrzasnąć najgłośniej, napotkała także te znajome spojrzenie… Na chwilę zamierając, a potem… Potem mimowolnie usiłując podnieść się i po raz kolejny krzyknąć za oddalającym się mężczyzną. Podświadomie wiedziała, że chciał zrobić coś głupiego. Podświadomie wyczuwała, iż nie miał wycofać się w bezpieczne miejsce, nie musiała nawet czekać na jego okrzyki, które i tak rozległy się już zaledwie chwilę później. O ironio, dając Maysilee powód do tego, aby spróbowała podźwignąć się na kolana, zasłaniając sobą towarzyszkę i… Cóż, najwyraźniej zamierzając sprawić, iż głupie czyny Tobiasa przejdą bez echa.
- Udzie! Dży yście caukoficie oszrzajeli?! Eciesz nje fiecie, kim on fogóle est! Czy est obry, czy est zuy! To jakiź szczarlatan zpot dśifnej latarniji, ury pojafił siem tu tag s pszypadku i mófi wam, sze macie sabijadź wuasnych udzi! - Wyrzucając z siebie, jak sądziła, naprawdę grzmiącym głosem, wycelowała palcem prosto w mężczyznę przy ognisku. - To som utanci! Snauam jom! Ona radowała fam szycie! Ras po ras pszychociła tu, szeby was leczydź, a fy jom, kufa, sjedliśdzie, bo ten pszychlazd pofiedziau fam, sze to pomosze! Jakom madzie pefnoźdźć, sze mófi prafde i sze byu ory?! A mosze to podstemp?! I oni chcom, szebyździe siem pozabijali?! - Cóż, miała jeszcze więcej do powiedzenia… O wieeeeele więcej, jednak dokładnie w tym momencie całkowicie brakło jej tchu. Musiała odetchnąć, podpierając się o kawałek jakiegoś zniszczonego znaku drogowego i nadal usiłując dojrzeć coś pośród tłumu.
Coś, a właściwie kogoś. Przecież nie mogła ponownie go zostawić. Nie chciała dać mu odejść, pozwolić na to, by jeszcze raz go skrzywdzono. W jej oczach był teraz tym, kim pragnęła go widzieć. Był jej Tobym - zachowywał się zupełnie jak on, nawet jeśli mordercze wrzaski i groźby nigdy wcześniej nie wychodziły przy niej z jego ust. Mimo to, patrząc na wcześniejsze gesty i na ten moment, w którym napotkała jego spojrzenie… Dostrzegała przeszłość. Tamten żałośnie krótki, a jednak zarazem przedłużający się w pamięci Maysilee, moment, w którym nakazał jej uciekać. Wtedy także zrobił podobną scenę, również w Bostonie sprawił, iż całe zainteresowanie skupiło się wyłącznie na nim. Problem w tym, że nie poskutkowało to niczym dobrym. Nie mogła pozwolić, by historia zatoczyła kolejny makabryczny krąg.
I bała się… Najzwyczajniej w świecie obawiała się tego, co mogło mieć miejsce, jeśli pozwoli mu skutecznie odwrócić uwagę tłumu. Podświadomie wiedziała, że tego chciał, przecież znali się jak nikt inny, ale… To było naprawdę głupie zagranie - durne i niebezpieczne. Nie potrzebowała dumnego heroizmu, doświadczyła go nawet aż nazbyt wiele. Potrzebowała Toby’ego, który w tej chwili ponownie zniknął jej z oczu, a ona… Nie mogła wyruszyć na poszukiwania. Musiała zostać w tym miejscu, nadal usiłując osłonić Marię, na którą tak bardzo uwzięli się ci ludzie.
Jedna z zasad policyjnych mówiła, by nie biec samemu jak baran na uzbrojonego przeciwnika. W tej pięknej sytuacji, to Melanie była uzbrojona, a mężczyzna sam. Ba, żeby było lepiej, to kundelka miała na sobie jeszcze kamizelkę kuloodporną, która dodatkowo wytłumiała uderzenia w pierś, a w drugiej ręce nadal znajdowała się pałka. Atakujący mutant albo miał bardzo wysokie mniemanie o sobie, albo był zwyczajnie głupi.
Nie skupiała się jednak na planowaniu wykładu, a na tym, by nie oberwać. Chciała wykonać zgrabny unik w swoje prawo, z obrotem o dziewięćdziesiąt stopni, by nadal mieć przeciwnika przed sobą. Wtedy strzał drugą pluskwą, pewnie niemal z przyłożenia, jeśli się uda. Jeśli.
Uderz rozszarp zabij
Gdzieś krzyczeli, chaos chyba robił się coraz większy, a wsparcie pewnie dopiero wiązało buty do wyjścia. Jak zawsze, gdy mutanty mogły się nawzajem powybijać i dać argument do przeniesienia do laboratorium. Jednak czasem w takich chwilach pojawiały się również kreatywne pomysły.
- Zjedzcie uzdrowiciela, skoro zdrowy i ma moc! - Wrzasnęła szybko z całej siły.
Lasair miała ochotę wszystko przeklinać począwszy od choroby, a skończywszy na tym, że w ogóle dzisiaj wychodziła. Gdyby została tym przeklętym domu minęło by ją to wszystko. Nie była świadkiem morderstwa oraz znieczulicy u ludzi. Chyba najbardziej bolało ją to drugie, że tak wielu ludzi stało i patrzyło się. Ulżyło jej kiedy części jakby zrozumiała co tutaj się dzieję. Niestety nie miała zbyt wiele powodu do radości, bo ciągle widziała JEGO TWARZ... Twarz, która ją prześladuje od dziecka. Nie człowieka tylko mordercy. Kiedy udało się jej zbliżyć na tyle by nie musiała zdzierać sobie bardzie gardła. Spojrzała na mężczyznę, który trzymał dwóch związanych ludzi. Widziała jak martwe ciało kobiety i ludzi przy niej. Nie patrzyła na to miejsce za długo bo zbierało się jej na wymioty z obrzydzenia. Jak oni mogli... Jeśli chcieli kogoś zabijać, a nawet jego jeść. Skoro musieli to powinni zacząć od tego, który ich tutaj zgromadził.
- Morderca, żaden uzdrowiciel. Tylko morderca!!- krzyknęła patrząc na prowadzącego te szopkę, który dodatkowo wyglądał jak morderca jej rodziców. Och gdyby tylko udało się jej zbliżyć do niego i wbić mu ten jego sztylet. - Głupcy... Każde z was mogło by na jej miejscu. DOGS ma rację, skoro chce nieść zbawienie niech sam się ofiaruje - powiedziała do ludzi, próbując by to oni się rzucili na niego, a przynajmniej kilku by zdołała się do niego zbliżyć i zabić. Tak jak on jej rodziców i te nieszczęsna kobietę. Zwłaszcza, że sam miał się za Boga, co świadczą jego słowa. To niech zginie za odkupienie swoich wiernych.
- Co? Ni esteś... esteśmy. Na dwosze! - Machnęła znowu ręką, pokazując koleżance gdzie są. No na dworze! Na polu! Na zewnątrz, o! Do domu miały daleko.
- E... - czknęła, zbierając się z ziemi - Daeko. Hej. - Chciała wskazać kierunek, ale rozejrzała się z kwaśną miną, bo nie pamiętała w którą stronę do domu. Chwilowe rozbawienie zniknęło bardzo szybko, gdy Maria uzmysłowiła sobie, że nie ma do domu. Tak naprawdę, to nie ma domu. I zrobiło jej się smutno, co pokazała przez wygięcie ust w dół. Na szczęście, albo i też nie, oskarżenia innych, odwróciły jej uwagę od zagubionego miejsca na tym świecie.
- Co kuwa? Ja? Cho no jak ci jebne... - Wysapała, siadając na ziemi. Zachwiało nią odrobinę, ale Maria już ze złością patrzyła na najbliższe osoby, które ją wyzywały od zdrajców. Aż uderzyła w ziemię, zginając nogi w kolanach i szykując się do wstania. Kto pierwszy? Komu w mordę miała strzelić?
Odchyliła się, zaskoczona pojawieniem koleżanki tuż przed nią. Co ona wyrabia? Maria zamrugała, nie rozumiejąc co Maysilee krzyczy. Dotknęła głowy, która zaczynała już boleć od tych wrzasków. Bo przecież nie od alkoholu. Powoli się podnosiła, gdy jej koleżanka i inni próbowali namówić resztę do zjedzenia dziwaka.
- ...steście poebani! - Wyrzuciła z siebie, trzymając się koleżanki, żeby tylko nie upaść ponownie. A jak już, to nie sama, bo takie leżenie w pojedynkę to nudne było.
- Przepieprzone kanibale! - Warknęła, patrząc w stronę tych wszystkich, którzy gromadzili się najbliżej ofiary i swojego proroka. A jeśli ktokolwiek z oskarżycieli chciałby ją dotknąć, już miała dla nich w zanadrzu osobisty płomień.
- Odbiór. Oddział siódmy zbliża się d... - Komunikat nawet nie zdążył się zakończyć, gdy zniekształcona pięść przeciwnika Melanie uderzyła z olbrzymią siłą w bark kobiety - dokładnie ten, na którym miała ona przymocowaną krótkofalówkę. Narzędzie to zostało zmiażdżone na kawałeczki, a sama brunetka dość boleśnie mogła odczuć siłę uderzenia - nawet mimo własnej mutacji i noszonej kamizelki. Jak widać - sama również nie doceniła przeciwnika, u którego silną cechą zdecydowanie były właśnie te dłonie...
Dokończyła jednak swój ruch, obracając się nieco i dalej kierując twarzą w kierunku przeciwnika. Nie udało jej się jednak wycelować swoją bronią, która szybko została jej odebrana i odrzucona, gdzieś w tłum, za mężczyzną. Jak widać, bliski dystans mógł tu również szkodzić... Jej krzyk również był ignorowany przez większość - tylko nie przez jej partnera w zwarciu:
- Daj mi chwilę a schrupię Ciebie. - Powiedział, niemal obleśnym tonem, przywołując na swoje usta paskudny uśmiech, by po chwili również nie odpuścić sobie szarży. Swoje dłonie splótł razem i próbował wykonać cios od góry, mający na celu przygwożdżenie Murray do ziemi, gdzie będzie mógł bez oporów celować w nią kolejne ciosy. Jego dziki wrzask poniósł się po okolicy, gdy skracał dystans między sobą, a swoją przeciwniczką...
Z całą pewnością słowa Maysilee spotkałyby się z lepszym odbiorem, gdyby ta była jakkolwiek trzeźwa. Teraz wszyscy patrzyli na nią z politowaniem albo jak na szaleńca, który nie wie co czyni. Mogła wydrzeć całe swoje struny głosowe, jednak dalej nikt nie brał jej na poważnie. A przynajmniej - nie na tyle, by jej uwierzyć. Mogła jednak poczuć kilka szturchnięć z tłumu, nakazujących uciszyć jej ten bełkot. Padło też kilka komentarzy, jakoby to ona chciała tłum oszukać, i jakby to ona właśnie współpracowała z Rządem, ktoś już nawet próbował wymierzyć w jej nieszczęsny brzuch cios, jednak szybko wycofał się z tego pomysłu, patrząc na ziemię, z której kobieta ledwo wstała. Widać chciał uniknąć wymiocin we własnych ranach. Zamiast tego jednak, znów odepchnął kobietę, tak, że sama nie mogła się utrzymać na nogach, by znów wylądować na zimnym asfalcie i obserwować, jak sytuacja jeszcze bardziej wymyka się spod kontroli...
Czego jednak nikt nie mógł się spodziewać - słowa Ortegi wcale nie zostały potraktowane za majaczenie alkoholika. Wręcz przeciwnie - ktoś nazbyt serio odebrał jej prowokacje, nie bacząc na własny zły stan. Kobiety, które teraz były uwiązane swoim losem niczym spirytusem, który piły przed kilkoma minutami, mogły zauważyć rosłego mężczyznę idącego w ich kierunku. Z jego nosa ciekła krew, jego oczy były zaróżowione, dłonie zdawały się być spuchnięte a ciężki oddech mógł sugerować, że i płuca niedługo wypluje. Towarzyszyło mu dwóch, nieco mniejszych pomagierów - jeden, ledwo stojący na nogach, a drugi... Całkiem zdrowy. A przynajmniej na takiego wyglądał.
Nim szajka się jednak zbliżyła, Elvira dała upust swojej złości, uderzając pięścią o ziemię - dokładnie w tym miejscu, gdzie jej koleżanka przed chwilą zostawiła swoje śniadanie. Fuj.
Najbardziej rosły z mężczyzn nie czekał, aż Sally wspomoże swoją koleżankę we wstaniu. Sam ją z radością wyręczył - podnosząc Marię za fraki, ku górze, tak, by mieć jej drobną buźkę naprzeciw swojej.
- Coś Ty szmato powiedziała? - Wycharczał, plując krwią na twarz kobiety, która ledwie palcami stóp mogła czuć jeszcze ziemię. Co najgorsze - jeśli dzisiaj wyjdzie z tego cało, z całą pewnością zacznie odczuwać w ciągu kilku najbliższych dni dokładnie te same symptomy, z którymi wszyscy tu dziś próbowali walczyć...
Czy Maria zdoła się obronić? A może nagły skok adrenaliny na tyle ocuci Griffith, że to ona uratuje swoją przyjaciółkę z opałów? Możemy tylko wierzyć, że nie wkopią się jeszcze bardziej, przez swoje pijackie mądrości...
Z tym samym niezadowoleniem spotkała się reakcja Lasair wśród tłumu. I nią zaczęto w końcu popychać, gdy z jej ust padło magiczne "DOGS ma rację". Otumanione chorobą i przemową Uzdrowiciela umysły nie potrafiły pojąć, że jej chodziło tylko o słowa Melanie, a nie całokształt Rządu. Jej obolałe ciało czuło każdy dotyk, odpowiadając bólem, gdy ta paskudna twarz wciąż nie chciała opuścić tego obcego ciała... Jednak cóż z tego, gdy droga do ołtarza wydawała się teraz tak bardzo odległa?
Sam Toby znalazł w sobie jednak siłę, by przeć dalej. Po drodze nawet schylił się po cegłę, która tak bardzo ciążyła mu w dłoni. Zamieszanie wywołane walką jak i nagłym zrywem kobiet sprawiło, że te ostatnie metry wcale nie były tak męczące, jak na początku mogło się wydawać - większość osób odnalazło więcej radości w obserwowaniu tych bójek, które już się toczyły, niż jakiegoś wariata idącego prosto w kierunku płomieni. A Jensen... Wykorzystywał okazję - pchany gniewem, złością i... Chęcią zemsty?
Zamaskowany mężczyzna dokładnie obserwował każdy ruch bruneta. Puścił do tej pory trzymane rączki od wózków i w momencie, gdy Tobias próbował się zamachnąć tym kawałkiem wypalonego kamienia - złapał chłopaka za ramiona i odepchnął - w taki sposób, że jego ręka trzymająca to niebezpieczne narzędzie, uderzyła w brzuch jedną z ofiar dzisiejszej egzekucji.
Harry Promise, który miał tak podobną moc do naszego obecnego bohatera poczuł nie tylko paskudny ból w żołądku, ale i palące cierpienie na swojej skórze - gdy impet uderzenia odepchnął jego wózek w tył, kierując go prosto w ten iskrzący żar. Wrzask mężczyzny przeszywał się przez całą ulicę, przez cały skwer, na krótką chwilę odwracając uwagę niemal całego tłumu, kierującego wzrok na właśnie przygotowywany.... Kolejny posiłek?
Walker wylądował natomiast na ziemi - osłabiony, upuszczając cegłę i widząc, jak iskierki powoli zaczynają przejmować jego kurtkę, gdy jego przeciwnik chwycił ostatni wózek, z ostatnią z kobiet. I było widać, że nie zawaha się zrobić z nią tego samego...
W oddali słychać było natomiast dźwięk syren, który mógł oznaczać tylko jedno - Szwadrony już się zbliżały...
Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...
kontrola pogody
55%
sanitariuszka | informator
name:
Maysilee Griffith
alias:
Sally Griffin | June Hawkins
age:
24 lata
height / weight:
165/47
Wysłany: 2019-01-06, 19:01
Multikonta: Levi, Jane
1 Rok na Giftedach!
Gdyby nie skupiała się tak bardzo na tym, by włożyć praktycznie całą energię w swoją pijacką przemowę, zapewne zorientowałaby się, w jak paskudną sytuację coraz bardziej się angażowały. Maria miała rację... Maria naprawdę miała rację - przebywały na dworze... Pełnym chorych, zarażonych osób, z powietrzem przesiąkniętym odorem śmierci i dymem... W towarzystwie zapalczywych, totalnie nieznajomych osób, które poddawały się wyłącznie żądzom własnych umysłów, nie zaś logicznym próbom przekonywania...
Gdyby nie była aż tak bardzo pijana, by nie myśleć logicznie, zapewne zorientowałaby się, że ta paskudna sytuacja z minuty na minutę coraz bardziej się pogarszała. Maria nie miała racji... Maria naprawdę nie miała racji - nie powinny pojawiać się na dworze. Pełnym jęków, odgłosów boleści i jakby podgłaśniającymi się dźwiękami syren D.O.G.S... Już niedługo w towarzystwie bezwzględnych, totalnie nastawionych na zażegnanie problemu osób, które pracowały dla Rządu, chcąc wprowadzić tu ten swój pokrętny rodzaj spokoju, nie zaś tak naprawdę zadbać o mutantów...
A gdyby nie ten bardzo głęboki, pierwotny lęk skłaniający ją do tego, by wiała, gdzie pieprz rośnie, zapewne zrozumiałaby, jak bardzo powtarzała się jej własna historia...
Teraz także była w towarzystwie ludzi, na których jej zależało. W towarzystwie przyjaciół, nawet jeśli były to bardzo świeże, dopiero co nawiązane przyjaźnie. Odepchnięta przez tłum, po raz kolejny opadając na ziemię, doznawała coraz to głębszych flashbacków... Zastanawiając się przez moment, czy naprawdę widziała Tobiasa pośród tego tłumu. Czy nie był tylko duchem przeszłości? Urojeniem albo zwiastunem tego, co miało nadejść? Być może sama zwizualizowała go sobie, aby jeszcze bardziej pogrążyć się w panice, która ją ogarniała?
W końcu adrenalina praktycznie nigdy nie działała na nią tak jak powinna... W tym wypadku wcale nie skłaniała Maysilee do ponownego stanięcia przeciwko rozjuszonemu tłumowi. Wręcz przeciwnie, być może podciągnęłaby się na kolana i wstała jakoś na chybotliwych nogach, przytrzymując się czegoś i po raz kolejny stając przed atakowaną Ortegą, ale... Ale dźwięk syren kompletnie ją sparaliżował. Gdy nie chodziło o słowa, nie była wojownikiem. Wręcz przeciwnie - historia pokazała, iż była tylko najzwyklejszym w świecie tchórzem, który zbyt łatwo dawał się ponieść lękowi - teraz powiązanemu z wspomnieniami z pamiętnej obławy w Bostonie.
Czy to właśnie dlatego widziała Tobiasa? Przez to, iż podświadomie wiedziała, że jeśli coś w niej pęknie, nie będzie w stanie dłużej chronić Marii? Że w przerażeniu pozwoli na to, by jej moc ponownie zaczęła ją kontrolować - nie odwrotnie? I że w panice zacznie cofać się po ziemi, byle dalej od źródła ognia i odgłosów zbliżających się oddziałów D.O.G.S.? Szurając poranionymi nadgarstkami po podłożu, obijając się o nogi jakichś mutantów i pragnąc tylko jednego... Uciec. Po prostu uciec. Ani przez chwilę nie myśląc o tym, co właśnie robiła. Nie była trzeźwa. Była pijana i spanikowana... I chyba brakowało jej tchu...
To co próbował zrobić było istnym samobójstwem. I pomimo tej wiedzy nie zatrzymywał się nawet na sekundę. Po prostu ledwo trzymając się na nogach, parł przed siebie, przepychając się przez ostatnie rzędy i wkraczając na scenę. I prawdopodobnie jeśli zastanowiłby się nad tym jeszcze kilka razy, to wciąż zrobiłby to samo. Musiał jakoś zatrzymać tego cholernego szamana. Zamachnął się więc na niego, ale wtedy… jego szczęście wyparowało. To się działo zdecydowanie zbyt szybko, by mógł cokolwiek z tym zrobić. W pewnym momencie po prostu wpadł na jednego z uwięzionych, wymierzając mu – przeznaczony dla uzdrowiciela – cios…
Spanikowany Thomas kątem oka obserwował, jak Harry wpada w płomienie i nie było nic co mógłby zrobić dla Promise’a. Przecież tylko chciał go uratować, a wyszło na to, że był tym, który sprowadził na niego taki los. Walker w tym momencie nie miał już siły. Nieważne jak bardzo, by chciał się podnieść z ziemi – nie był w stanie tego zrobić. Był na to stanowczo za słaby, za chory.
– Zostaw…! – wydobyło się z jego ust, ale w tym momencie zdawał sobie sprawę, że jest na straconej pozycji. Zwłaszcza kiedy poczuł tak cholernie nieprzyjemne ciepło. Thomas starał się jak najszybciej ściągnąć swoją palącą się kurtkę. Nie zamierzał tutaj zginąć. Nie w taki sposób. Wystarczyło tylko poczekać aż DOGS się tym wszystkim zajmie. I… przeczekać możliwego wściekłego ducha.
_________________
<ul><img src="https://i.pinimg.com/originals/0b/7d/20/0b7d2042cc5444a709f952def6046603.gif" style="border-top:5px solid #2e4045;border-bottom:5px solid #2e4045;padding-bottom:-20px;width:190px;"><div style="color: black ; width:190px;letter-spacing: 2px; text-shadow:2px 0px 2px #2e4045;font-family:times;font-size:11px;text-align:center;margin-top: -12px;">Why is everything so heavy?
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum