Poprzedni temat «» Następny temat
#3
Autor Wiadomość
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-12-14, 23:45   #3
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Wrócił ze spotkania z Delgado całkiem spokojnie. Czym miałby się martwić? Wszystko, co było niepewne, miał już za sobą. Mógł po prostu wrócić do domu, do Wallace, która go potrzebowała i... do swojej córki. Cholera, jak bardzo chciał się już znaleźć w tamtym pokoju...
Rzecz w tym, że kiedy znalazł się na miejscu, ich nie było. Po prostu zniknęły. Żadnej karteczki, notki, nic, nikt nic nie wiedział. Wallace nie odbierała telefonu, oczywiście. Nie mogła tego po prostu zrobić. Miał świadomość, że najpewniej była po prostu zła, że miała go dość, że nie rozumiała, że naprawdę musiał wyjść na te parę godzin... ale nie mógł być pewien i to było najgorsze. Nie mógł powstrzymać tej paranoicznej części siebie, tej samej która utrzymała go przy życiu tyle lat, przed snuciem kolejnych, coraz gorszych scenariuszy. Nawet jeśli wyszła stamtąd tylko po to żeby go wkurzyć... jaką mógł mieć pewność, że nic się nie stało po drodze, że jej plan zadziałał, że DOGS nie zgarnęło jej zanim dotarła do bezpiecznego miejsca. I najgorsze... Jaką mógł mieć pewność, że właśnie nie leży gdzieś, kompletnie zaćpana, może nawet umierająca?
Miał program śledzący na jej telefonie. Byłby idiotą, gdyby nie zainstalował go po tym, co się stało z Mercy, ale to się stało dużo, dużo wcześniej, jeszcze w marcu, po tamtym motelu. Nie musiała wiedzieć o jego istnieniu. Hopper nie musiał z niego korzystać. Wystarczało, żeby on po prostu tam był, na wszelki wypadek, gdyby coś się właśnie działo... i chyba właśnie się działo.
Pojechała do jego ojca. Nie miał pojęcia, jak to odebrać, powinno go to uspokoić... ale po prostu musiał się upewnić, że wszystko jest w porządku. I nie mógł poczekać do rana. Wpakował się do samochodu, właściwie tak jak stał, w garniturze pozbawionym krawata, ubraniu w którym wyglądał całkiem elegancko kilka godzin temu. Jakąś godzinę później wylądował przed domem swojego ojca, pukając do drzwi w środku nocy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
David Hopper



...

Pisarz





name:

David Elliott Hopper

alias:
Dave

age:
57

height / weight:
179/85

Wysłany: 2018-12-15, 00:16   
   Multikonta: Brian, Liam, Nicholas, Seba
  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 Lata Giftedów!


Dzień był pełny wrażeń. Takiego obrotu sytuacji David się co prawda nie spodziewał. Nie tylko przybycie Matilde było zaskakujące, ale jej prośba i ujrzenie swojej wnuczki. Obie przygarnął i dał im pokój, jako że dziewczyna go o to prosiła. Nie miał serca jej odmówić, zwłaszcza że była już częścią jego rodziny. A dokładniej mówiąc, jego syna. Wielką zaś radością była wieść iż już został dziadkiem, ale z drugiej, martwił o sytuację związku syna i Matildy.
Przez cała resztę dnia nie zadawał pytań. Nie poruszał tematu. Ale zadbał o to, by cokolwiek zjadła i wypiła. Zezwolił jej nawet samodzielnie skorzystać z kuchni, by mogła też przygotować posiłki dla swojej córeczki. Jeżeli była potrzebna pomoc przy dziecku, udzielał jej na tyle ile mógł.
Ten dzień dobiegał końca. David przebrany w piżamę i szlafrok, gasił światła w pomieszczeniach i zmierzał do swojego pokoju, kiedy nagle usłyszał pukanie do drzwi. Zatrzymał wózek i obejrzał się, marszcząc brwi. Kto o tej porze zamierza składać im wizytę? Cofnął wózek i zakręcił tak, by dojechać do drzwi wejściowych. W razie czego, przy stojaku na parasole miał schowany pogrzebacz. Na wszelki wypadek, posiadać coś do obrony mieć powinien. Jako że drzwi były zamknięte nie tylko na zamek przez klucz i przekręcającą gałkę, to jeszcze miały łańcuch.
- Kto tam?
Zapytał. Nie otwierał, póki nie otrzymał odpowiedzi. A kiedy ta padła i okazało się, że to William, westchnął ale z ulgą. Że to nikt obcy ani z jakiejś rządowej organizacji. Okręcił zamek i przekręcił klucz. Otworzył na tyle, by w szparze zobaczyć że to faktycznie William. A gdy miał pewność, zamknął, odpiął łańcuch i otworzył drzwi, odjeżdżając nieco z wózkiem, aby zrobić mu przejście.
- Wiesz która jest godzina?
Na wstępnie zwrócił mu uwagę i to dość poważnie, że przychodzi w nocy zamiast z samego rana. David zauważył też, jak ubrany był jego syn. Matilde wspominała, że był w pracy. A więc, przyjechał tutaj prosto z pracy? Wiedział, że tutaj ją znajdzie?
Co zaś tyczy się psa, zareagował na pukanie, zrywając się ze swojego legowiska w salonie, zjawiając w przedpokoju, zaszczekawszy dwa razy. Przy czym David musiał go uciszyć.
_________________
Golden Retriever - Alec
[Profil]
  [A-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-12-15, 09:17   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Czekanie zdawało się niewiarygodnie dłużyć, kiedy Hopper już usłyszał szczekanie psa. Może wszyscy już spali. Może powinien zapukać jeszcze raz, może powinien jeszcze raz zadzwonić na telefon Matilde… ale nie mógł stąd po prostu odejść. Musiał się upewnić że faktycznie tu była, że nawet jeśli nie chciała mieć z nim nic wspólnego, obydwie były bezpieczne. Po prostu musiał widzieć, że c wszystko było w porządku. Jak teraz miałby położyć się do łóżka i po prostu zasnąć? Poczekać do rana? Co jeżeli rano dowiedziałby się, że ledwie kilka godzin wcześniej faktycznie coś się stało?
Kiedy usłyszał pytanie swojego ojca, odpowiedział na nie. Był ostrożny. To dobrze. W tych czasach… Może David o tym nie wiedział, ale DOGS nie było jego jedynym zmartwieniem. Ludzie Delgado, z tymi ich absurdalnymi zapędami do budzenia u innych genu X, nie mówiąc już o tym, że mógł się stać zwyczajną przypadkową ofiarą, po raz kolejny. A jedyne, co Will mógł zrobić żeby temu zapobiec, to upewnić się, że będzie wystarczająco ważny, żeby nikt nie myślał o jakichkolwiek przypadkach w kwestii jego rodziny.
Wszedł do środka, jego wzrok podążył za ręką Davida zamykającą z powrotem te wszystkie zamki. Może to był po prostu odruch. Może wolał się upewnić. Nieistotne. Ważniejsze było to, że tata nie wydawał się być szczególnie zszokowany tym, że go widział. Cholera, William Hopper znowu wzbił się na wyżyny swojego geniuszu. Oczywiście, że nie był zszokowany, oczywiście, że coś wiedział. Wallace musiała przynajmniej zostawić tutaj swój telefon, w jakiś sposób musiał się tutaj dostać. Rzecz w tym, że nawet jeśli ich tutaj nie było… Will był o wiele, wiele bliżej znalezienia ich.
- Tak, kojarzę - odpowiedział tylko. Ale gdyby to nie było takie ważne, nie przychodziłby. Mógłby poczekać kilka godzin, zanim zapukałby do tych drzwi. Tym razem nie mógł. Jeśli cokolwiek by się stało, jeśli choć w drobnym stopniu to zaczynało się powtarzać, to co już się stało albo to co miało się stać, tamta wizja… Musiał wiedzieć. Póki był w stanie coś z tym wszystkim zrobić. - Są tutaj? - dopytał. Nie musiał mówić, o kogo mu chodziło. Nawet jeśli Wallace nie chciała, żeby David komukolwiek mówił… Will miał prawo wiedzieć. Tu nie chodziło tylko o nią, ale też ich córkę.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-12-15, 11:13   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Nie spała. Po tym co się wydarzyło wtedy na tamtej ulicy... nie była nawet w stanie zmrużyć oczu. Te obrazy, ten duszący zapach, ten ból z tyłu głowy, te zrozpaczone krzyki… to wszystko do niej wracało. Wracało i po raz kolejny ją pochłaniało, po raz kolejny przenosiło ją do tego miejsca. Matilde nie wiedziała, czy kiedykolwiek jeszcze będzie w stanie normalnie funkcjonować. Czy kiedykolwiek będzie w stanie zapomnieć o tym co zrobiła. Musiała, prawda? Zrobiła to ze względu na dobro swojego dziecka, ale… ale wcale nie wyszło dobrze, prawda? Jocelyn urodziła się stanowczo za szybko. A to… to było dla niej niebezpieczne. I to ona – Wallace ją na to naraziła.
Dlatego nie mogła spuścić z niej wzroku. Leżała na łóżku, uważnie ją obserwując i upewniając się, że dziewczynka wciąż oddycha. Nikomu o tym nie mówiła, nie miała nawet okazji, ale tak bardzo się bała, że ona po prostu przestanie. Śmierć łóżeczkowa. Małe dzieci tak po prostu umierały. W Stanach było to jedno dziecko na tysiąc innych. Co jeśli Josie miała być tym dzieckiem? To ją przerażało. Ale to był tylko kolejny wierzchołek na szczycie góry lodowej jej chujowego samopoczucia. Rozmowa z ojcem nie powinna wyprowadzić jej aż tak bardzo z równowagi. Ale wciąż wracała do tego co jej powiedział. Jakim ona była cholernym nieporozumieniem. Może rzeczywiście byłoby lepiej, gdyby nigdy się nie urodziła. Może byłoby łatwiej.
A potem usłyszała to nagłe pukanie do drzwi. Nie wstawała z łóżka, nie czuła się zobowiązana, by otwierać. W końcu to nie był jej dom. Ale chyba… chyba od początku wiedziała kim był ten intruz. Wallace poczuła jak tworzy jej się gula w gardle. Zrobiło jej się tak cholernie głupio. Miała ochotę wręcz zapaść się pod ziemię. Oczywiście, że wiedział gdzie była. Był Hopperem. Był pierdolonym najgenialniejszym człowiekiem na ziemi. A mimo to… tak po prostu postanowiła się nie ruszać, nie wydawać z siebie żadnego dźwięku. Zupełnie jakby to miało ją przed czymś uchronić. Była na niego tak cholernie zła… Opuścił ją. Potrzebowała go, a on tak po prostu ją zostawił. Teraz jednak nie była do końca przekonana, że to co zrobiła było w jakimkolwiek stopniu dobrym posunięciem. Nie spodziewała się jednak jednej rzeczy. Nie spodziewała się, że szczekanie psa, że głosy ludzkie obudzą małą Josie. Dziewczynka tak po prostu zaczęła płakać, zdradzając swoje miejsce pobytu. Wallace… westchnęła cicho, podnosząc się do siadu i biorąc małą na ręce. Chciała ją jakoś uspokoić. Ale to też szło jej chujowo. Potrzebowała Hoppera. Tak bardzo go potrzebowała.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
David Hopper



...

Pisarz





name:

David Elliott Hopper

alias:
Dave

age:
57

height / weight:
179/85

Wysłany: 2018-12-15, 23:37   
   Multikonta: Brian, Liam, Nicholas, Seba
  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 Lata Giftedów!


Pojawienie się syna u drzwi jego domu nie było wielkim zaskoczeniem. Można się domyślić, że jeżeli faktycznie William nie miał pojęcia że jego ukochana Matilde zabrała córkę i "uciekła" do jego ojca, to zapewne podjąłby się poszukiwań, zaczynając od miejsca zamieszkania swojego ojca. Bądź mając je jako któreś z kolei w planie do sprawdzenia. Brak pozostawienia wiadomości przez Wallace też nie było w porządku. David wiedział jedynie tyle, co mu powiedziała Matilde. Nie była wstanie mu powiedzieć więcej, a on nie zamierzał tego dnia już jej męczyć. Potrzebowała odpocząć.
Ostrożności nigdy za wiele. Nawet będąc kaleką i w dodatku mieszkając samemu, musiał samodzielnie zapewnić sobie bezpieczeństwo. Dlatego nim otworzył drzwi, musiał upewnić się że to faktycznie jego syn. Bo nie wiadomo kto mógłby czasem się pod niego podszyć. Niektóre Hoppery tak już mają.
William wiedział która godzina, a mimo to przyszedł. Jego kolejne pytanie potwierdziło przypuszczenia.
- Tak są.
Nie zamierzał kłamać. Nie synowi, który ma tutaj córkę.
- Ale teraz śpią.
Dodał od razu. Jakby chciał powstrzymać syna przed przeszukiwaniem jego domu w celu znalezienia swoich dziewczyn. A że dom jest parterowy, to szybko je odnajdzie.
- William...
Zaczął, zaraz po uciszeniu psa i przegonienia go do salonu, chcąc z nim porozmawiać o tej całej sytuacji i coś zapytać, lecz w tym samym momencie usłyszał płacz dziecka. Może nie był to zbyt wyraźny dźwięk, ale w miarę słyszalny. I tutaj David westchnął. Kochany pies obudził małe słodko śpiące dziecko. Tym razem chyba nie powstrzyma Williama przed udaniem się do pokoju Matilde.
- Idź do nich.
W takiej sytuacji chyba będzie lepiej by chłopak poszedł do nich. Na spokojnie niech porozmawia ze swoją partnerką i wyjaśnią pewne nieporozumienia. Najwyżej później sam z nim porozmawia.
_________________
Golden Retriever - Alec
[Profil]
  [A-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-12-16, 09:11   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Poczuł, jakby jakaś część ciężaru z niego spadła, kiedy jego ojciec potwierdził, że tutaj były. Ciągle musiał je zobaczyć, ciągle musiał się upewnić, że wszystko było w porządku… ale dotarły tutaj. Całe i zdrowe, nie miało ich DOGS, wszystko złe co mogło się stać, nie stało się.
Nie miał pojęcia, co zamierza. Jeśli faktycznie spały, nie powinien ich budzić, na pewno nie Josie… z resztą, jeśli Wallace była w stanie zasnąć, nie powinien jej przeszkadzać. Cholera, powinien przy niej być. Potrzebowała go. Na pewno był w stanie zrobić to wszystko lepiej, wysłać kogoś za siebie na to spotkanie. Straciliby zaufanie Delgado, ale na pewno istniało jakieś inne, lepsze rozwiązanie. Był genialny, powinien coś wymyśleć. Był w stanie rozegrać to wszystko lepiej.
I może nawet porozmawiałby o tym wszystkim z ojcem, chociaż rozmowy o prywatnych sprawach zwykle były ostatnią rzeczą, którą miał zamiar zrobić. Po prostu, chciał to wszystko jakoś wyprostować, równocześnie zapewnić im bezpieczeństwo i móc być z nimi w dowolnym momencie… ale wiedział że nie był w stanie, nie kiedy byli mutantami i zapewnienie bezpieczeństwa nie mogło być trudniejsze. Nie miał zamiaru po prostu tutaj stać, kiedy usłyszał płacz Josie. Cokolwiek planował David - to nie zadziała. Ale kiedy ten zwyczajnie powiedział mu, żeby do nich szedł, Will skinął mu głową, zanim poszedł za źródłem hałasu.
Cicho wszedł do pokoju, zamykając za sobą drzwi. Może powinien coś powiedzieć, wyjaśnić, przeprosić… nie wiedział nawet jak zacząć. Po prostu chciał być tutaj z nimi, zmęczonymi, ale w jednym kawałku, bezpiecznymi. Wziął od Wallace płaczącą Josie, pochodził chwilę po pokoju kołysząc dziewczynkę. Nigdy nie myślał o sobie jako o kimś z doświadczeniem z dziećmi, ale chyba je miał. Głównie przez dzieciaka Fishera, Remus był nieco ponad pół roku starszy od Josie, kiedy Hopper pierwszy raz na nich wpadł. Rzecz w tym, że przy takich małych dzieciach to była kolosalna różnica. Josie była taka maleńka… Kiedy już odrobinę się uspokoiła, usiadł na łóżku obok Wallace. Chyba powinien coś powiedzieć. Stanowczo powinien coś powiedzieć. Czemu zawsze był w tym taki kiepski?
- Jesteś cała? - spytał cicho. Chyba po prostu, mimo wszystko, potrzebował usłyszeć to od niej.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-12-16, 12:38   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Nie spodziewała się, że będzie aż tak zestresowana na myśl o spotkaniu z Willem. Wiedziała, że zaraz się tu pojawi. Głosy rozmów ucichły, ustępując miejsca dźwiękom zbliżających się kroków, które omal nie spowodowało, że serce Wallace wyskoczyło z klatki piersiowej. Dodatkowo Josie… Matilde nie była w stanie nawet w najmniejszym stopniu jej uspokoić. Czuła się w tym wszystkim taka bezradna, taka beznadziejna. Co z niej właściwie była za matka skoro nie potrafiła nic zrobić z własną córką? Wtedy jednak drzwi się otworzyły, a spojrzenie Wallace na krótką chwilę skrzyżowało się z ciemnymi oczami Hoppera. Nie odezwała się ani jednym słowem, ponownie zatapiając się w tej całej złości jaką do niego czuła. Ponownie nie potrafiła zrozumieć dlaczego tak po prostu je zostawił. Dlaczego chociaż raz nie mógł postawić ich na pierwszym miejscu. Nie oponowała jednak, gdy odebrał jej Josie. Po prostu mu ją oddała, ukrywając twarz w dłoniach.
Nie wiedziała ile właściwie minęło czasu. Wsłuchiwała się w dźwięk kroków Willa, w jego cichy, przyjemny głos który stopniowo uspokajał dziewczynkę. Radził sobie z nią tak dobrze… Przez krótki moment złapała się nawet na tym dziwnym ukłuciu w klatce piersiowej. On i mała… to było wszystko co miała. Wszystko czego chciała. I kiedy byli razem, we trójkę, momentalnie robiło jej się lepiej. Wtedy jednak materac łóżka ugiął się pod ciężarem Willa, a Matilde wyprostowała się, przenosząc wzrok na twarz Josie. – Myślałam, że kiedy ona się urodzi… – zaczęła, a jej głos zaczął się łamać. Nie płakała, ale było naprawdę blisko. Wallace zgięciem wskazującego palca pogłaskała dziewczynkę po policzku.
– …że wszystko się zmieni – dokończyła cicho. Jocelyn była idealna. Wallace jeszcze nigdy nie widziała czegoś równie perfekcyjnego. Dlaczego on nie mógł też tego dostrzec? Te różowe policzki, te pulchniutkie palce i mikroskopijne paznokcie… Kącik ust Matilde lekko drgnął, ale tylko na chwilę. Potem wzniosła głowę, wbijając zaszklone oczy w twarz Hoppera i pokręciła bezradnie głową. – Ale my nigdy nie będziemy na pierwszym miejscu. Zawsze jest coś ważniejszego – Jocelyn miała tylko dwa dni. To, że w ogóle to wszystko przeżyła było jakimś pieprzonym cudem, a on… tak łatwo wyszedł z tamtego pokoju. Wallace poczuła jak po jej policzku płyną łzy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-12-17, 01:01   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Nic nie odpowiedziała na jego pytanie. Nie musiała, oczywiście… po prostu chciałby to usłyszeć. Uciszyć ten namolny głos z tyłu jego głowy, uporczywie powtarzający, że coś musiało pójść nie tak. Zawiódł ją. Potrzebowała go, a jego nie było, to zawsze miało straszliwe konsekwencje, za każdym razem, kiedy popełniał jakiś błąd. Gdzieś musiał tkwić haczyk, nie mógł po prostu trzymać na rękach całej i zdrowej Josie, nie mógł mieć obok siebie żywej Wallace.
I chyba go znalazł, kiedy usłyszał słowa Matilde. Równocześnie poczuł, jak przygniata go jakiś straszliwy ciężar i jak po prostu traci siły do tego wszystkiego. Był zmęczony, właściwie od kilku miesięcy był cholernie zmęczony. Ułożenie tego wszystkiego do kupy nie było proste… ale najwidoczniej to było za mało. To ciągle było za mało, huh? Rzecz w tym, że William Hopper nie potrafił już zrobić więcej. Może nie był dość dobry, może gdzieś w tym kim był był jakiś cholerny błąd… ale nie potrafił już zrobić więcej.
- Myślisz, że chcę wychodzić z domu, zostawiać moje nowonarodzone dziecko, kobietę mojego życia, żeby spotkać się z facetem, którego ludzie próbowali mnie zamordować? - spytał gorzko. Świetnie pamiętał tamte lata, podczas których się ukrywał, gdzie południe oznaczało pewną śmierć, a północ nie była o wiele lepsza. Ile razy niemal zginął, ile razy myślał, że to już koniec, cudem dawał radę uciec, żeby lizać rany na jakimś zadupiu, ukrywać się jak szczur. Tak, Gardner za to odpowiadał… ale nie dałby rady bez Delgado. Nie na taką skalę.
Był w stanie przełknąć współpracę z tym człowiekiem. Był w stanie prowadzić durne pogawędki o niczym, uśmiechać się i rzucać żartami między kolejnymi propozycjami biznesowymi, pod jednym warunkiem: Josie nigdy nie będzie musiała tego robić. Jeżeli to miało zapewnić im bezpieczeństwo, sprawić że ta maleńka istota w jego ramionach nie będzie musiała żyć w taki sposób, że Wallace będzie miała swoje szczęśliwe zakończenie - był w stanie zrobić wszystko.
- Jak inaczej mam upewnić się, że będziecie bezpieczne? Sprawić, że DOGS was nie dostanie, że nikt nie odważy się was tknąć? Doprowadzić do sytuacji, gdzie jakikolwiek lekarz zechce mnie zoperować, żebym nie musiał się martwić, że jeśli popełnię jakikolwiek błąd, umrę w piętnaście minut? Daj mi cokolwiek, co wyciągnie nas z tego żywych. Bo ja, nie mam żadnego, pierdolonego pomysłu! - nie zapanował nad głosem. Josie znowu zaczęła płakać.
Cholera. Nie powinien był do tego dopuścić, pozwalać sobie na ten mały wybuch. To do niczego nie prowadziło, tylko doprowadził małą do płaczu. Znowu wstał, zaczął chodzić po pokoju kołysząc córkę, nawet nie patrząc w stronę Wallace. Miał dość, był na siebie zły i przede wszystkim - czuł się cholernie bezradny. Po prostu nie był w stanie sprostać temu wszystkiemu, co powinien zrobić.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-12-17, 14:56   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Nieważne jak bardzo, by się starała – nie potrafiła tego zrozumieć. Nie teraz. Nie w tym momencie. Cholernie go potrzebowała. Chciała mieć go obok siebie, bo tylko wtedy czuła się dobrze. Tylko wtedy miała wrażenie, że jest czegoś warta. Że komuś faktycznie na niej zależy. I nie umiała tak po prostu zapomnieć o tym jak się poczuła, gdy obserwowała zamykające się drzwi ich pokoju. Nie umiała zapomnieć o tym, co poczuła, gdy wychodził. Chciała, by został. To było jedyne czego tak naprawdę chciała. Jedyne czego potrzebowała.
– Myślę, że twoje życie byłoby łatwiejsze bez nas – odpowiedziała po prostu i chyba jeszcze nigdy nie czuła się tak paskudnie jak w tym momencie. Naprawdę, naprawdę chciała umrzeć. A ten cholerny głos z tyłu głowy, który powtarzał jej w kółko jak bardzo mu przeszkadzały, nie chciał się zamknąć. Nawet na sekundę. Ale co jeśli miał rację? Will mógł osiągnąć naprawdę wielkie rzeczy. Mógł być kimś, a one… one jedynie go ograniczały, doprowadzając do takiej sytuacji, gdzie leciał na złamanie karku. Gdyby nie one, nie miałby żadnych zobowiązań. Nie musiałby się nikomu tłumaczyć, ani tym bardziej nikogo przepraszać. Byłby panem swojego życia. Wallace zaniosła się płaczem i przez długą chwilę nie potrafiła się uspokoić.
– Tak bardzo się boję… – jej głos tak po prostu się załamywał, ale nie potrafiła nic na to poradzić. Nie miała nawet siły, by to zatrzymać – …że nas znienawidzisz – że znienawidzi swoje życie. Nie potrafiła przestać myśleć o tym, co powiedział jej ojciec. W zasadzie nienawidziła go chyba tylko dlatego, że miał rację. Co jeśli Will kiedyś też tak pomyśli? Co jeśli będzie miał ich dość? Matilde pokręciła głową, kiedy zaczął swój kolejny wywód. Nie wiedziała co na to odpowiedzieć, ale może… może jednak miał rację.
– To naprawdę nie mogło poczekać kilku dni? – spytała po prostu, ponownie chowając głowę w dłoniach. Josie znowu zaczęła płakać, a ona po raz kolejny i tak nie potrafiłaby sobie z nią poradzić. I podobnie jak Hopper – nie miała już siły. Do wszystkiego. Wiedziała, że wszystko co złe się działo między nimi to była tylko i wyłącznie jej wina. Tego jak słaba była. Tego jak nie potrafiła sobie poradzić z ostatnimi wydarzeniami. I przerażająca była też myśl, jak bardzo w tym momencie kochała tego człowieka. Nie sądziła nawet, że była zdolna do takich uczuć. Ale odkąd urodziła się Jocelyn… nie chciała być bez niego. Może to nie miało żadnego sensu, ale było w stu procentach prawdziwe.
– Po prostu rzućmy to wszystko i wyjedźmy razem do Meksyku – odezwała się w końcu, powoli przekręcając głowę przez ramię i wlepiając mokre oczy w Willa. Wiedziała, że to było niemożliwe. Wiedziała, że ten pomysł nie miał racji wypalić. Ale tylko tego chciała. Być z dala od tego wszystkiego. Od Bractwa. Od wojny. Od umierania. – Ja, ty i Josie.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-12-20, 21:53   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Po raz kolejny, był kompletnie zszokowany. Nie spodziewał się, że Wallace powie coś takiego. Przez chwilę nawet nie miał pojęcia jak na to odpowiedzieć. Jakim cudem Matilde mogła w ogóle wpaść na taki pomysł?
- Obydwoje wiemy, że gdyby nie wy, byłbym od miesięcy martwy - odpowiedział jej. I nie, nie miał na myśli po prostu leczenia. Jakoś na początku lutego… stracił siłę do tego wszystkiego. Nie wierzył, że ma jakiekolwiek szanse zatrzymać swoją mutację - jak mógł wpaść na taki pomysł, skoro praktycznie każda mutazyna by go zabiła? Miał do wyboru czekać, aż nadciśnienie śródczaszkowe w końcu go wykończy, boleśnie i powoli, sprawiając że z każdym tygodniem będzie się coraz bardziej staczał… albo załatwić to samemu, kiedy jeszcze był sobą. W zasadzie, kiedy już upewnił się że Mercy i Claire są bezpieczne, był zdecydowany. Rzecz w tym, że wtedy pojawiła się Wallace, tak niesamowicie wkurwiająca. Miał wrażenie, że za każdym razem, kiedy spuszczał ją z oczu, ta podejmowała kolejną próbę włożenia widelca do kontaktu. I z jakiegoś pieprzonego powodu, nie chciała mu pozwolić umrzeć.
Gdyby nie Josie, nie próbowałby przez ostatnie miesiące dokonać niemożliwego, stworzyć sytuację w której cała ich trójka będzie w stanie przeżyć i, może nawet, mieć szanse na to przereklamowane, obrzydliwie cukierkowe szczęście. Jeżeli uda mu się przetrwać więcej niż te kilka lat, które zapewniła mu Mercy… to była tylko ich zasługa. Więc jakim cudem miałoby mu być lepiej bez nich?
Nie wiedział, co miał zrobić, kiedy Wallace zaczęła tak nagle płakać. Nie był w tym dobry. Nie miał pojęcia, co mógłby zrobić, żeby było choć trochę lepiej, ale nie mógł po prostu na to patrzeć.
- Skoro nie znienawidziłem cię do tej pory, jakie są szanse? - spróbował zażartować, ale czuł się jak skończony idiota i miał wrażenie, że absolutnie nijak nie pomaga. A ona… ona nawet nie była w stanie skończyć tego zdania. - Wallace… Kocham was. Jak miałbym was znienawidzić? - wydobyło się nagle z jego ust. On nie mówił takich rzeczy, nie w takich sytuacjach. Dopiero kiedy myślał, że umierała, że już go nie słyszy powiedział jej o tym, a teraz… Teraz to po prostu samo się stało. I naprawdę nie był sobie w stanie wyobrazić, co musiałoby się stać, żeby ją znienawidził. Były całym jego światem. Ba, to on mógł się bardziej o to martwić, ale kiedy w końcu jej o wszystkim opowiedział… została mimo wszystko. Co mogłoby to zepsuć?
Naprawdę źle się z tym wszystkim czuł. Nie powinien jej zostawiać samej, nawet na te kilka godzin, nie powinien podnosić głosu przy świeżo uspokojonej Josie. Powinien jakoś lepiej się nimi zająć… ale po prostu nie wiedział jak. Nie wiedział, co mógłby jeszcze zrobić. Był w tym po prostu chujowy. Mógł po prostu kołysać małą i próbować ją uspokoić, kiedy Wallace schowała twarz w dłoniach. Znowu płakała? Dlaczego nie mógł po prostu znać sposobu, żeby to naprawić.
- Przepraszam, po prostu… - Nie mogli stracić tej okazji. Nie jeśli mieli wyjść zwycięsko z tej wojny, a Hopper tego potrzebował, żeby doporowadzić do tej cholernej operacji i mieć pewność, że Matilde i Josie będą bezpieczne. - Nie sądzę, że mogłem to rozegrać jakoś inaczej. Przepraszam.
Bo, przede wszystkim, nigdy nie powinien dopuszczać do takiej sytuacji. W którymś miejscu musiał popełnić błąd, który właśnie odbijał się na najważniejszych dla niego osobach. I naprawdę nie chciał niszczyć jej marzeń, pozwolić jej przez chwilę pofantazjować o tym, jak mogłoby być… ale to nie zaprowadziłoby jej w dobre miejsce. Ktoś musiał ją ściągnąć na ziemię.
- Mattie… Jak? - spytał po prostu. - Nie mogę lecieć samolotem. Nie przejedziemy przez cały kraj w samym środku wojny. Granica jest obstawiona. Nawet jeśli przemkniemy się przez amerykańską stronę, jak myślisz, co zrobią Meksykanie, kiedy trafią na poszukiwanego listem gończym przestępcę? To samo tyczy się Kanady. Naszą najlepszą szansą jest sprawienie, żeby to miejsce było bezpieczne. - A do tego, musiał upewnić się, że wygrają tę wojnę i to jak najszybciej. Że Bractwo pod jej koniec będzie jedną z największych sił. Nie mógł przestać pracować, jeśli mieli mieć jakiekolwiek szanse.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-12-21, 00:26   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Może to wiedziała. Może to co mówił rzeczywiście było prawdziwe. Ale z jakiegoś powodu nie potrafiła tak po prostu porzucić tej okropnej myśli, że były dla niego ciężarem. Że jego życie mogłoby wyglądać zupełnie inaczej. Że chodziłby sobie na te głupie spotkania i nie musiał się stresować co znowu odwali Wallace. Nie rozumiała dlaczego była taka jaka była. Nie umiała tego zmienić. I niesamowicie ją to dobijało. Matilde wzięła głęboki oddech, by się jakoś uspokoić. Ale to nie pomagało. Właściwie to jedynie sprawiało jeszcze większy ból w klatce piersiowej.
– Ja po prostu… – wyrzuciła z siebie tym samym łamliwym tonem głosu. Kiedy właściwie zrobiła się z niej taka… rozemocjonowana osoba? To nie było do niej podobne. Ale Matilde była zbyt zmęczona, by się tym przejmować. Naprawdę, naprawdę nie miała sił i właściwie jedyne czego chciała to leżeć na tym cholernym łóżku i zapomnieć o całym świecie. I by ten świat… też o niej zapomniał. Było jej tak bardzo głupio za te wszystkie słowa. Właściwie nie była już do końca przekonana, czy rzeczywiście wierzyła w to co mówiła. W końcu ich relacja taka była, prawda? Nie musieli nic mówić. Po prostu wiedzieli. I ona wiedziała. A z jakiegoś powodu wyrzucała z siebie kolejne słowa…
– Naprawdę nie wiem co jest ze mną nie tak… ale nie chcę... byś też… – urwała, nie spuszczając z niego wzroku. Chyba właśnie znalazła się w tym konkretnym miejscu swojego życia. Wyżej już nie mogła zajść, prawda? To był pieprzony szczyt. Will ze zdrową Josie na rękach… czy właściwie mogłoby być lepiej? Matilde nie umiałaby sobie tego wyobrazić. I ta myśl… to ją przerażało. Co jeśli nagle spadnie z tego szczytu? Nie przeżyłaby tego upadku. Nie chciałaby przeżyć tego upadku. A z drugiej strony przecież zdawała sobie sprawę, że w życiu nigdy nie było tak długo dobrze. Ten upadek wydawał się być nieunikniony… – to zobaczył – dokończyła prawie szeptem, czując jak po jej rozgrzanych policzkach płyną kolejne łzy. Jego słowa… właściwie to była chyba równie zaskoczona co Will. Kompletnie się tego po nim nie spodziewała. Jedyny raz, kiedy to słyszała była… cóż… prawie martwa, a teraz… teraz znowu to powiedział, a Wallace coś ukłuło w sercu. I znowu było jej tak cholernie głupio, znowu czuła ten okropny wstyd, znowu miała ochotę zapaść się pod ziemię. Nawet nie zauważyła, kiedy znowu zanosiła się płaczem. Jak mogła w ogóle mówić takie rzeczy?
– Tak bardzo… tak bardzo… przepraszam… że uciekłam – wydukała z siebie, drżąc na całym ciele. Nie powinna tego robić i teraz była tego nawet bardziej niż pewna. Byli rodziną, a rodziny – a przynajmniej te, które się kochały – nie uciekały od siebie. Martwił się, na pewno się martwił skoro tutaj przyjechał. Dlaczego do cholery ciągle popełniała te same błędy? Dlaczego wiecznie uciekła? Dlaczego nawet nie zostawiła po sobie znaku życia? Wallace znowu poczuła jak przygniata ją jakiś straszny ciężar. Wciąż miała do Hoppera niesamowity żal, że ją zostawił, ale w tym momencie… to było niczym w porównaniu do tego co czuła w stosunku do samej siebie. Will po prostu… on taki był. Dbał o nie. Dbał o wszystkich dookoła, poświęcając pewne rzeczy. A ona… ona nie umiała w tym wszystkim dostrzec, że robił to tylko dla nich. Chciała go zapytać jak mu poszło, czy wszystko się udało, ale nie mogła. Głos po prostu uwiązł jej w gardle, a twarz wciąż pozostała wtopiona w dłonie. I dopiero po jakimś czasie była znowu w stanie na niego spojrzeć. Wiedziała przecież. Zdawała sobie sprawę z tego, że to nie było możliwe. A mimo wszystko zderzenie się z rzeczywistością, zderzenie się z prawdą… zabolało. Wallace skinęła głową.
– Masz rację – powiedziała cichym, ale kryjącym w sobie głęboki smutek, głosem. Musiała mu w tym zaufać. Chciał dla nich dobrze i był jedyną osobą jaką miała. I z tego powodu nie była dłużej w stanie tego zachować dla siebie tego co się ostatnio wydarzyło. Z jej popękanych, przekrwionych ust po prostu wydobyło się załamane: – to ja zabiłam Cassie – natomiast głowa Wallace powróciła do naturalnej pozycji. Brunetka wbiła swój wzrok w ścianę naprzeciwko, a jej ramiona i podbródek… znowu zaczęły się trząść. Jak niby miała po tym wszystkim ze sobą żyć? Wallace zamknęła powieki, dodając cicho: – zastrzeliłam ją.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-12-26, 16:43   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Nie mógł patrzeć na Wallace kiedy była w takim stanie, musiał jakoś to wszystko naprawić… ale nie miał pojęcia jak i chyba właśnie to było najgorsze. Nie mógł nawet sięgnąć do niej dłonią, przynajmniej póki nie chwycił inaczej Josie. Założył Matilde włosy za ucho, pogłaskał ją po policzku zewnętrzną stroną dłoni, przejechał kciukiem bliżej jej oka, ścierając ślady zostawione na jej twarzy przez łzy. Jakby to miało wystarczyć, żeby zupełnie zniknęły, a dziewczyna już nie płakała.
- Widzę to, Mattie - odpowiedział jej cicho. Przecież był pierdolonym najgenialniejszym człowiekiem na ziemi. Jak miałby przegapić coś takiego? - Zobaczyłem to już na samym początku - jesteś niewiarygodnie popierdolona… ale ja też jestem. I to jest w porządku. Nie, więcej niż w porządku... - sprostował. To nie było po prostu wystarczająco dobre. - To jest dokładnie takie, jak powinno być. Może jedyna taka rzecz. - W końcu jakie mieli szanse kiedykolwiek jeszcze z czymkolwiek tak trafić? Z resztą, ten świat był ogółem dość chujowy, obydwoje odczuli to na własnej skórze. Tutaj z zasady nic się nie chciało układać tak, jak powinno. - I ja chcę ciebie dokładnie taką jak jesteś, niewiarygodnie popierdoloną, irytującą, cieżką do wytrzymania… Dla mnie jesteś idealna - dodał, jeszcze ciszej, na ostatnie zdanie przerzucając się na hiszpański. Czuł jakąś dziwną gulę w gardle, kiedy jej to mówił… ale przecież to wszystko była prawda. I jeśli potrzebowała to usłyszeć, mógł jej to mówić w kółko i w kółko, aż w końcu będzie miała go dość i wyrzuci go za drzwi albo - co gorsza - zmienią się w jedną z tych szczebiocących par, które raz za razem powtarzają, jaki to dziubuś jest cudowny. Dla niej? Przeżyłby nawet to.
Wallace znowu zaczęła płakać, kiedy tylko powiedział jej jak bardzo ją… co do niej czuje, a Hopper nie miał już najmniejszego pojęcia. co robił nie tak. Miał wrażenie, że wszystkie jego próby naprawienia sytuacji sprawiają, że wszystko idzie coraz gorzej. Potrzebowała go, a on nie wiedział co jeszcze może dla niej zrobić. Cholera. Położył delikatnie małą gdzieś w głębi łóżka zanim przyciągnął Wallace do siebie, zamknął ją w swoich ramionach.
- Już dobrze.. Po prostu następnym razem daj mi znać co się z wami dzieje, okay? - powiedział cicho, głaszcząc ją po głowie. Od czasu tamtej wizji… po prostu nie był w stanie pozbyć się wrażenia, że jeśli tylko spuści je z oczu, stanie się coś naprawdę, naprawdę okropnego… Chyba zawsze się tego bał, jeszcze nawet przed motelem, po tym co się stało dziesięć lat temu, ale oglądanie tego wszystkiego na własne oczy z nimi w roli głównej, śmierć Wallace, twarz ich dziecka… Nie mógł do tego dopuścić. Po prostu nie mógł, musiał być pewny, że Josie nigdy nie będzie musiała się martwić DOGS, że obydwie będą bezpieczne. I każdy moment, kiedy nie mógł być stuprocentowo pewny, że wszystko było w porządku... doprowadzał go do szaleństwa.
Nie chciał rujnować jej marzeń, zabierać jej całej nadziei… ale nie mógł pozwolić, żeby oddalała się od ich rzeczywistości. Nie przeżyłaby zderzenia z nią. A kiedy powiedziała mu, co stało się wtedy, podczas tego wybuchu… Zaczął to wszystko rozumieć. Cholera, powinien się domyślić wcześniej. Równocześnie, nagle zapragnął jej powiedzieć, co stało się w tamtej wizji, czemu ona tak naprawdę zginęła… ale nie, to nie był dobry moment. Nie chciał tego zrównywać, jej prawdziwych przeżyć i zwyczajnej wizji, która nie niosła za sobą żadnych konsekwencji, nie chciał żeby zaczynała się na nim skupiać, kiedy sama potrzebowała pomocy. Może kiedy indziej.
- Hej… - powiedział łagodnie. Po raz kolejny ją objął. Był w stanie wyobrazić sobie co musiała przeżywać, lepiej niż kiedykolwiek, kiedy jego samego dręczyły wspomnienia z tamtej wizji… Potrzebowała go. Pocałował ją w głowę. - Musiałaś to zrobić, nie miałaś innego wyjścia. To nie twoja wina, okay? - Prawda, Hopper? Skoro ktoś nie miał na coś wpływu, nie mógł za to odpowiadać.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-12-28, 18:23   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Matilde miała wrażenie jakby rozpadała się na miliony drobnych kawałeczków. Zupełnie jakby rysa z którą była w stanie żyć przez ostatnich kilka lat, teraz postanowiła uniemożliwić jej dalsze funkcjonowanie. Chyba jeszcze nigdy wcześniej Wallace nie była tak krucha, tak odsłonięta, tak… tak słaba. Siedząc na tym łóżku mogła wręcz sobie wyobrazić jak unoszące się w powietrzu drobinki kurzu to tak naprawdę fragmenty jej rozpadającego się ciała. Fragmenty Matilde Wallace. I w całej tej anihilacji on wciąż tutaj był. Tak po prostu gładził ją po włosach, dotykał jej policzka, ścierał łzy z oczu. I z jakiegoś powodu to tak po prostu działało. Z jakiegoś powodu powstrzymywało ją to przed ostateczną eksplozją. Z jakiegoś powodu te drobne kawałeczki znowu zaczęły się ze sobą łączyć i sklejać. Wallace przekrzywiła lekko głowę w jego stronę, by uważnie spojrzeć mu w oczy. Chciała zobaczyć w sposobie w jaki na nią patrzył, że to co mówił rzeczywiście było prawdziwe. Chciała mieć pewność, że naprawdę tak uważał. I to tak cholernie do nich nie pasowało… Te słowa, ton jego głosu, to jak bardzo intymne to wszystko było. W jej gardle również wyrosła prawdopodobnie ta sama gula. Matilde skinęła lekko głową, nie bardzo wiedząc co o tym wszystkim sądzić. Nie umiała oprzeć się wrażeniu, że Will kiedyś pożałuje swojej decyzji. Że to co teraz uważał za idealne z biegiem czasu zacznie mu niesamowicie przeszkadzać.
– Masz naprawdę kiepski gust – wymamrotała w końcu, próbując wysilić się na jakikolwiek uśmiech, ale nie wyszło jej to najlepiej. Na jej twarzy momentalnie pojawił się grymas pełen bólu. Nie umiała jakoś odpuścić tego tematu. Nie po tym co usłyszała od swojego ojca. – Mógłbyś być kimś naprawdę wielkim – wyszeptała na jednym wdechu, nawet nie zauważając kiedy zmieniła język. Ale to nie miało znaczenia. Znaczenie miało to, że miała rację. Gdyby tylko chciał mógłby osiągnąć naprawdę wielkie rzeczy. A teraz… teraz na każdym kroku musiał się martwić o nią i o Josie, na każdym kroku musiał się pilnować, uważać i dawać się pożerać wyrzutom sumienia… Nie dodała do tego nic więcej… po prostu wtuliła policzek w jego klatkę piersiową. Lubiła jego silne ramiona, zapach jego ciała, a najbardziej… najbardziej lubiła czuć przebijające się przez ubranie bicie jego serca. Był wszystkim co miała i teraz bardziej niż kiedykolwiek uświadomiła sobie, że nie przeżyłaby, gdyby coś mu się stało. Chyba nie było rzeczy, której nie zrobiłaby dla tego człowieka. I zdecydowanie nie zamierzała powtarzać tego zachowania. Nieważne jak bardzo była na niego zła, czy ile żalu chowała w sercu… to nie było w porządku. Kochał je, do jasnej cholery.
– Zostań z nami na kilka dni – poprosiła, wciąż wypowiadając słowa po hiszpańsku. To było totalnie bez sensu, nie było tutaj nikogo kto mógłby ich podsłuchać… Nikogo przed kim musieliby uważać. A jednak miała wrażenie, że tego typu słowa nie przeszłyby przez jej gardło, gdyby mówiła w ich naturalnym języku. Ba, miała wrażenie, że żadne słowa nie przeszłyby przez jej gardło, gdyby posługiwała się angielskim…
I tkwiła w tym objęciu z jednej strony czując się tak cholernie bezpieczna, a z drugiej… to co zrobiła kilka dni temu – pożerało ją od środka. Zupełnie jakby nieważne ile razy Hopper próbował ją skleić, jej przeznaczeniem i tak była kompletna destrukcja. Słysząc jego słowa, Wallace potrząsnęła głową. Nie zasługiwała na to wszystko co dostała. Nie zasługiwała na niego, nie zasługiwała na Josie, nie zasługiwała na to by ją w tym momencie obejmował. Była jednak zbyt dużą egoistką, by przerwać ten dotyk. Potrzebowała Willa. Tak bardzo go potrzebowała.
– Nic nie rozumiesz – wykrztusiła z siebie, znowu zanosząc się płaczem. Miała wrażenie, że to co powie… że to go rozczaruje. A jednocześnie nie była w stanie przed nim tego ukrywać. Był jedyną osobą, której chciała o tym powiedzieć. Jedyną, której mogła o tym powiedzieć. – Sęk w tym… Ja… Mogłam ją uratować, Will… mogłam ją… wyleczyć… ona… błagała mnie o życie, a ja…ją zastrzeliłam. Matilde mimowolnie wyswobodziła się z uścisku Hoppera, kręcąc przy tym bezradnie głową. Nawet nie wiedziała, kiedy jej wzrok został skierowany na śpiącą Jocelyn... Zrobiła to dla niej, ale czy się nie pomyliła? W końcu… Josie i tak urodziła się za szybko. I tak została wystawiona na ogromne niebezpieczeństwo. Przez nią. Wallace zamknęła oczy. Miała wrażenie, że każda część ciała tak bardzo ją parzyła… To było niczym piekło. Bycie we własnej skórze z myślą, że odebrało się komuś życie… Dolna warga Matilde zadrżała, a z jej ust wydobyło się ciche: – jest idealna – i przeniosła powoli wzrok z twarzy malutkiej na twarz Williama.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-12-30, 00:01   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Nie miał pojęcia czy to co robił w ogóle działało.Błądził we mgle, próbował zrobić cokolwiek... a ona ciągle zdawała się być tak nieobecna. Spojrzenie… To chyba był dobry znak. Will nie miał pojęcia, ale przynajmniej szukała z nim jakiegoś kontaktu. To musiał być progres, prawda? Docierały do niej jego słowa.
- Mówię ci to od początku - zażartował. Ale hej, ona sama nie miała czym się chwalić, skoro gustowała w umierających dupkach, którzy cały czas żyli przeszłością, wystarczająco niepokorną, żeby nie potrafić funkcjonować w normalnych relacjach. Na szczęście dla Willa. Cóż, chyba kolejna kwestia w której byli równie fatalni.
Kolejne jej słowa naprawdę go zdziwiły. Myślał o tym, naprawdę dużo… ale przestał w marcu. Przez lata systematycznie nawiedzała go świadomość ile szans zmarnował, że tak naprawdę sam był twórcą swojej największej porażki. Nigdy nie mówił o tym Wallace. Ona nigdy nie poruszała tego tematu. Przez ostatnie kilka miesięcy nawet nie wracał do tej myśli i kiedy ona ją do niego przyprowadziła… Nie był pewny czy w ogóle żałuje tych jedenastu lat. Większość z nich była cholernie ciężka, zrobił niewiarygodnie dużo złych rzeczy… ale to wszystko zaprowadziło go w to miejsce. Starszego, nieco innego, skrzywionego i połamanego zbyt wiele razy, ale w tym miejscu, w tych okolicznościach. Nie byłby w stanie powiedzieć z czystym sumieniem, że zrobiłby wszystko, żeby nie popełnić tych błędów jedenaście lat temu i to była cholernie dziwna myśl. W pewien sposób szokująca, równocześnie bardzo prywatna, chociaż Hopper nie był w stanie wyjaśnić czemu właściwie.
- Jedenaście lat temu, gdyby to wszystko się nie wydarzyło, w kraju w którym nie wrzucą mnie do więzienia przez genetykę - odpowiedział to co sam sobie powtarzał za każdym razem kiedy roztrząsał swój zmarnowany potencjał. Nie ważne czy chciałby go odzyskać, czy nie - było już dla niego o wiele, wiele za późno. Wszystkie drzwi się ostatecznie zamknęły lata zanim poznał Wallace. Od zawsze wiedział, że to on sam był architektem swojej destrukcji, a to wszystko co go spotkało, to były co najwyżej cegiełki z których ją budował. Próbował zrzucać na innych winę, cholernie ich nienawidził… ale zawsze wiedział. Przecież on nawet planował się sam zabić. Rzecz w tym, że pewna bardzo mądra (i niezwykle irytująca) osoba postanowiła siłą (i szantażem) wyrwać mu z rąk resztki kontroli nad jego życiem, póki jeszcze cokolwiek z niego zostało. I cóż, wyglądało na to, że całkiem mu to służyło i możliwe, całkiem możliwe… że William Hopper nie musiał mieć kontroli nad wszystkim. Oparł podbródek o głowę wtulonej w niego Wallace, powoli pogłaskał ją po włosach. Może ona teraz tego potrzebowała. Żeby ktoś poukładał wszystko za nią.
- Okay - odpowiedział jej od razu. Cokolwiek na niego czekało… mogło poczekać chwilę dłużej. Och, litości, Bractwo miało tę swoją śmieszną radę, a skoro sprawa Marcosa była już załatwiona, poradzą sobie, kiedy weźmie parę dni wolnego. Urodziła mu się córka! Powinien siedzieć ze swoją rodziną, nie licząc tego jednego spotkania od początku nie miał zamiaru zajmować się pracą. Po prostu da im znać, że zatrzymają się gdzieindziej na parę nocy. Nie musieli tam wracać, zwłaszcza kiedy Wallace była w takim stanie. Potrzebowała chwili przerwy, każdy by potrzebował po czymś takim.
- Rozumiem, kochanie - odpowiedział jej cicho, cały czas po hiszpańsku. W takich okolicznościach… musiała się obwiniać, że to ona przeżyła, że mogła zrobić coś jeszcze. Zabicie kogoś bliskiego - nawet jeśli tylko po to, żeby skrócić jego cierpienie - nie było proste. Hopper przez te lata zostawił za sobą szlak z trupów, nie tylko wrogów… ale to było nic w porównaniu do tego co zrobił Wallace, nawet jeśli tylko w wizji. Czemu to tak łatwo do niego wracało, teraz, kiedy ją obejmował? Nie zasypiaj, powtarzał, chociaż to przecież on wbił jej strzykawkę w żyłę, nacisnął tłok… Nie mógł o tym myśleć. Nie teraz, potrzebowała go, potrzebowała, żeby ją przekonał, że wszystko było w porządku. Nie zrobi tego odganiając się od wspomnień z pierdolonej wizji, czegoś co się nigdy nie wydarzyło.
Objął dłońmi twarz Wallace. Musiał wymyślić coś, co ją uspokoi, ściągnie z niej to poczucie winy.
- Popatrz na nią - zaczął. - Nie miałaś wyboru, Wallace. Gdybyś próbowała ją wyleczyć, kto wie czy ona by przeżyła… A wy, wycieńczone przez moc, nie przetrwałybyście o miesiąc przedwczesnego porodu… - a tego ja bym nie przetrwał. - Zrobiłaś wszystko, jak powinnaś. Uratowałaś Josie i dałaś wszystko co mogłaś Cassandrze, dzięki tobie nie musiała konać w bólu. Zrobiłaś bardzo trudną rzecz, przysługę której nie można wymagać nawet po najbliższym przyjacielu. Zabicie kogoś nie jest proste, zwłaszcza jeśli nie robisz tego w walce, kiedy celujesz w kogoś kogo znasz. Nigdy nie powinno być - powtarzał to sobie przez te wszystkie lata, jak pieprzoną mantrę… Więc dlaczego coraz częściej ten wybór był zupełnie oczywisty? Cóż, zajmie się swoją absolutną degeneracją, kiedy pierdolone walenie się świata choć przez chwilę nie będzie mu przeszkadzać w filozoficznych rozważaniach. - I czasami, mimo wszystko, to jest najlepsza możliwa opcja. To jest trudne, ale możesz z tym żyć, okay? Powiedz mi, że rozumiesz - kontynuował spokojnym tonem. I nie, nie zamierzał dawać jej spokoju, aż nie powie mu, że ten jego cały wywód do niej dotarł.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-12-30, 21:10   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Na przeraźliwie bladej, zmęczonej twarzy Wallace pojawił się lekki, praktycznie niewidoczny cień, który jedynie dla wytrawnego oka mógł kojarzyć się z czymś uśmiecho-podobnym. W normalnych okolicznościach pewnie, by mu odpyskowała. W normalnych okolicznościach pewnie, by się obruszyła i odpowiedziała mu niesamowicie ciętym komentarzem, tym samym wpadając z Hopperem w niekończący się wir uszczypliwości i cynizmu. W normalnych okolicznościach pewnie, by wywróciła oczami, dając mu do zrozumienia jak wielkie ma szczęście, że zechciała się z nim zadawać. Ale to w niczym nie przypominało normalnych okoliczności… prawda?
Matilde świdrowała spojrzeniem wyraz na twarzy Willa, zupełnie jakby nie chciała przegapić ani jednej zmarszczki, ani jednej myśli, przedzierającej się przez jego głowę. To kompletnie nie miało sensu, bo chyba nikt nie był bardziej skrytą osobą od Williama Hoppera, ale z jakiegoś powodu wciąż tkwiła w przekonaniu, że jeśli tylko odwróci wzrok to straci coś niesamowicie cennego. Jakąś kluczową informację, której potrzebowała do dalszego funkcjonowania.
– Wojna kiedyś się skończy – mruknęła cicho. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego jak optymistycznie to zabrzmiało, ale… w pewnym sensie była przekonana, że prędzej czy później władza znudzi się widokiem umierających, błagających o życie ludzi. Wbrew pozorom ta wojna wcale nie przynosiła zysków, nie na dłuższą metę. Ginęli zarówno mutanci, jak i zwykli obywatele… Odsetek aktywowania genu X pewnie jeszcze nigdy nie był taki wysoki…
I kiedy ten terror i horror wreszcie dobiegną końca, kiedy wreszcie wszystko wróci do stanu sprzed 2014 roku... Will będzie miał całe życie przed sobą. Całe życie, by zostać kimś naprawdę wielkim. Kimś z kogo byłby dumny. Bo nie wydawało jej się, by teraz był dumny. Z tego co osiągnął. Nawet jeśli ona była z niego tak cholernie dumna. Bo była. Nie tylko zrobił wszystko co w jego mocy, by przeżyć. Nie tylko zarządzał cholernie niebezpieczną grupą terrorystyczną, która właściwie nigdy nie miała się lepiej. Nie… On po prostu walczył. Cały czas. A ona… ona po prostu pękała z dumy. Nawet jeśli nigdy mu o tym nie powiedziała. Lubiła człowieka jakim był. Lubiła człowieka, jakim się stał przez tych kilka ostatnich miesięcy.
– Ja po prostu nie chcę, byś kiedykolwiek tego wszystkiego żałował – dodała, niby obojętnie wzruszając ramionami, ale… to wcale nie było obojętne wzruszenie ramionami. Bo ona nigdy, by tego nie zrobiła. Poznanie Willa… nieważne jak chujowo się zapowiadało… to była najlepsza rzecz w całym jej marnym życiu. Jeszcze na początku marca była bardziej duchem o bijącym sercu niż człowiekiem. I nie, ten stan rzeczy wcale nie był spowodowany tą okropną traumą jaka ją spotkała dwa lata temu. Przecież ona tak całe życie… jeszcze jak była dzieckiem. Oddychała, jej serce biło, funkcjonowała jak każdy normalny człowiek, ale nie było w tym w ogóle życia. Nie było w tym żadnej radości. Nigdy nie była wystarczająca, nigdy nie była dla kogoś na tyle ważna, nigdy nikt jej tak naprawdę nie kochał. A wtedy pojawił się on. On, który za pomocą kilku złośliwych słów, dotyku, samej obecności… niezamierzenie przywrócił ją do życia. Wyleczył te wszystkie rany, sprawił, że poczuła się jakby może jednak była coś warta. I pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy jak wiele dla niej znaczy. I że bez niego nie byłaby w stanie dłużej… A teraz przecież też to robił. Był przy niej, znowu ją naprawiał, dawał jej wszystkiego czego pragnęła, a ona powoli zapominała o tym co czuła gdy wychodził z pokoju parę godzin temu. Nie czuła się już dłużej samotna… Słysząc wydobywające się z jego ust okay, mimowolnie objęła go rękoma w pasie. I pomimo tego okropnego samopoczucia, strachu, w jakimś stopniu poczuła się lepiej. Miała wrażenie, jakby rzeczywiście ją rozumiał. Bo jak mógłby nie rozumieć? Wallace wbiła swój wzrok w jego ciemne tęczówki i tak po prostu zamilkła, pozwalając mu wypowiadać te wszystkie słowa. Słuchała go niczym zaczarowana. To wszystko przecież miało sens, prawda? Chciała żeby miało.
- Boję się tego… co jeszcze będę musiała zrobić - odpowiedziała cicho, wciąż kontynuując po hiszpańsku. Nieważne jak złym i tragicznym była człowiekiem, prawda? Nigdy nie robiła aż tak złych rzeczy. Co jeśli kiedyś znowu stanie przed podobnym wyborem? Tylko o wiele, wiele gorszym? Co jeśli kiedyś będzie musiała wybrać między nim a Jocelyn? Na samą myśl po policzkach Wallace znowu spłynęły łzy. - To wszystko dla niej. I dla ciebie. Dla nas - wyszeptała, kilkakrotnie mrugając powiekami. Ale to naprawdę wszystko tylko dla nich… dla ich małej rodziny. I wiedziała, że popełniłaby tą zbrodnię jeszcze raz. Tylko po to, aby to wciąż trwało. Chyba nie było rzeczy, której nie zrobiłaby dla tego co miała przed swoimi oczami. Wallace lekko skinęła głową, przełykając cicho ślinę. - Rozumiem...Tylko potrzebuję więcej... czasu - odpowiedziała w końcu wciąż łamiącym się, ale o wiele bardziej butnym, o wiele bardziej pasującym do niej tonem głosu. Wallace nachyliła się do Willa, aby przycisnąć policzek do boku jego twarzy. I miała zamiar po prostu tak trwać, cmokając lekko jego skórę, ale.. ten dotyk ją zaniepokoił. Jej brwi lekko się zmarszczyły. Matilde położyła dłonie na jego nadgarstkach, by uwolnić się z tego objęcia, a następnie przyłożyła dłoń do jego ciepłego czoła, lekko poprawiając jego włosy.
- Dobrze się czujesz? - spytała tak po prostu, nie tracąc z nim kontaktu wzrokowego. - Jesteś rozpalony.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 6