Poprzedni temat «» Następny temat
Skwer przed stacją metra
Autor Wiadomość
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

  Wysłany: 2018-12-11, 18:59   Skwer przed stacją metra


[Profil]
 
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2018-12-11, 19:15   

4 grudnia przywitał mutantów na terenie dzielnicy niezwykłym chłodem i rosnącymi nerwami. O czym mówił tajemniczy wpis we Free Voice of Seattle? Jakiego lekarstwa Rząd nie chciał przed społeczeństwem ujawnić? Czy na tę paskudną chorobę naprawdę można było znaleźć rozwiązanie właśnie tutaj - w tym przebrzydłym getcie, gdzie nawet o podstawowe potrzeby było ciężko?

Mieszkańcy zbierali się pod stacją już od godziny 20, szepcząc między sobą, siadając na ziemi i wymieniając się spostrzeżeniami. Po wielu osobach można było dostrzec, że choroba ich nie oszczędza - nabrzmiałe ciała, krew cieknąca po twarzach, blednące oczy... Niektórzy zostali tu przyniesieni przez swoich bliskich - z nadzieją, że uzdrowiciel i im pomoże. I wszyscy czekali. Czekali na godzinę sądu...

Około godziny 21.30, gdy zmrok już całkowicie ogarnął ulice a słabe światło z latarni nie dochodziło już do krawędzi skweru, można było zauważyć poruszenie wśród kilku, zamaskowanych postaci. Pod jednym z drzew zaczęli oni układać drewniane płyty i belki - prawdopodobnie pozostałości po wyniesionych z jednego z mieszkań mebli. Ich ruchy były szybkie, zdecydowane i niezwykle skuteczne - bo w zaledwie kilka minut dało się dostrzec coś na wzór ołtarza. Nikt im nie przeszkadzał, nikt nie pytał, co tu się dzieje. Wszyscy to obserwowali, niczym zaczarowani. A ciszę przerywały jedynie jęki najbardziej chorych mutantów...

________________________

Zasady:
- Do rozgrywki może dołączyć dowolny mieszkaniec DOMu, bądź pracownik D.O.G.S.
- W poście dołączającym niezbędne jest określenie dokładnego ekwipunku postaci - MG ma prawo ingerować w tenże, jeśli uzna to za słuszne.
- Niezbędne jest odgrywanie obecnego stanu psychiczno-fizycznego postaci.
- podczas rozgrywki będzie używany system kostkowy jak i system statystyk.
- podczas rozgrywki postać może zostać zraniona lub zabita.
- Kolejny odpis MG pojawi się do 13.12.18, godziny 24.00
[Profil]
 
 
Maysilee Griffith



Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...

kontrola pogody

55%

sanitariuszka | informator





name:

Maysilee Griffith

alias:
Sally Griffin | June Hawkins

age:
24 lata

height / weight:
165/47

Wysłany: 2018-12-12, 20:22   
   Multikonta: Levi, Jane
  

   1 Rok na Giftedach!


|4 grudnia [bezpośrednio po klatce schodowej]

Przez swoją praktycznie tygodniową absencję w getcie, tak naprawdę nie orientowała się już nawet w tym, co miało tu miejsce. Podczas rzekomej kwarantanny, jaką objęto Dzielnicę Ochrony Mutantów, dosłownie na palcach można było policzyć wszelkie przecieki. No, przynajmniej te, które dotarły do Maysilee, a ona... Ona była naprawdę nimi zainteresowana, warto dodać. Informacje po prostu stąd nie wychodziły. Nawet jeśli niewątpliwie chciałoby się, by było inaczej.
I jeżeli myślała, że zdawała sobie sprawę z tego, jak miała się ogólna sytuacja w getcie... Była w potwornym, naprawdę potwornym w błędzie. Podążając za towarzyszką, która zdecydowanie znacznie bardziej znała się na tym miejscu, prawie w ogóle się do niej nie odzywała. Ogarnął ją zbyt duży szok. Jeszcze nigdy nie widziała bowiem tak bardzo opustoszałych, mrocznych ulic. Jeszcze nigdy nie czuła się tak, jakby przechodziła przez dosłowne miasto duchów.
Początkowe - teraz już wiedziała, że alkoholowe - zainteresowanie tajemniczym ogniskiem powoli zaczęło ustępować obawom, iż nie miało chodzić o nic związanego z pieczonymi kiełbaskami, piankami na patyku, ziemniakami z popiołu czy harcerskimi piosenkami... Im bliżej skupisk ludzi się znajdowały, tym stawało się to bardziej pewne, a Griffith... Griffith nie wiedziała, co powinna zrobić. Nawet po butelce czystego spirytusu, przestawała być tak pewna siebie. Ci wszyscy chorzy, poranieni ludzie...
Mimowolnie ścisnęła ramię Marii, której praktycznie od samego początku się trzymała, by iść w miarę prosto. Drugą ręką uniosła natomiast plastikową butelkę z alkoholem. Nie, nie tamtą, jaką rozpoczęły na klatce schodowej. Dodatkową - i ostatnią - wciąż praktycznie pełną. Podniosła ją do ust, pociągając solidny łyk na odwagę i dyskretnie wręczając ją koleżance. Cóż, może jeśli dostatecznie mocno się spiją, to wszystko jakoś się rozmyje...

Ukryj: 
Maysilee posiada przy sobie:
  • kieszenie:stary model telefonu komórkowego (na kartę), portfel z resztką pieniędzy, pęk kluczy od domu i innych miejsc, nieduży scyzoryk wielofunkcyjny, gaz pieprzowy (50 ml), paczkę chusteczek higienicznych, trzy foliowe reklamówki, różową pomadkę ochronną, zapałki, słuchawki do telefonu, wielokrotnie zwijany bandaż elastyczny, ogrzewacze do rąk,

  • na sobie/w rękach: zegarek z Kubusiem Puchatkiem (na nadgarstku), gruby szalik, plastikową butelkę z czystym spirytusem (0,7 litra) + zwyczajowe ubrania (w stylu raczej typowym dla getta),

  • w nerce pod płaszczem: pięć pustych strzykawek, słoiczek z mutazyną (15 ml), sześć odgórnie przygotowanych porcji morfiny (do bezpośredniego użytku), tabletki przeciwbólowe (2 blistry po 10 tabletek paracetamolu),

  • w plecaczku: tusz do rzęs, dwa długopisy (czarny, niebieski), notesik, kolorowe karteczki samoprzylepne, trzy agrafki, torba wielokrotnego użytku, plastikowa butelka wody (0,7 litra), szklana butelka soku pomarańczowego (0,3 litra), pudełko tamponów, naderwany list ze skarbówki, nożyk do kopert, szczotka do włosów, zestaw pięciu plastrów różnych rozmiarów, ładowarka do telefonu, batonik muesli.


Stan psychiczno-fizyczny: Jest baaaardzo pijana i baaaardzo smutno-rozgoryczona. Trzeba mówić więcej? Poza tym, nic jej nie dolega.
_________________
« Lovers in the night, poets trying to write... »
We don't know how to rhyme but...
damn we try.
©crackintime
[Profil]
  [0+]
 
Toby Jensen



The ghosts of the past speak to all who will listen.

rozmawianie z trupami

27%

były obiekt badawczy DOGS





name:

Trevor Jones

alias:
Thomas Walker | Toby Jensen

age:
24 lata

height / weight:
185/60

Wysłany: 2018-12-12, 21:20   
   Multikonta: Matilde Wallace
  

   1 Rok na Giftedach!


Thomas nie był obecny w Dzielnicy Ochrony Mutantów przez ostatnie… kilka dni? Właściwie nie do końca pamiętał kiedy dokładnie go zabrano. Nie pamiętał też co dokładnie mu tam robiono. Przez większość czasu był po prostu nieprzytomny. Teraz po różnych dziwnych badaniach i zabiegach, znowu znalazł się w tym miejscu. Właściwie miał po prostu zamiar pójść do swojego mieszkania i nie wychodzić z niego przez najbliższych kilka dni, ale na terenie getta panowała taka… dziwna atmosfera.
Nie wiedział czy słyszał to od osób żywych, czy od umarłych. Ale coś po prostu kazało mu iść w kierunku opuszczonej stacji metra. Nie zastanawiał się za bardzo nad tym wszystkim. Po prostu z zaciekawieniem udał się w to miejsce, powoli wtapiając się w tłum. Miał co do tego naprawdę złe przeczucie, ale nie był w stanie stąd odejść. Nieważne jak paskudnie się czuł i że ledwo stał o własnych siłach.
__________
Toby nie ma przy sobie absolutnie niczego.
[Profil] [WWW]
  [A-]
 
Maria Ortega



-

żywa pochodnia

49%

-





name:

Maria Ortega

alias:
Elvira

age:
27

height / weight:
170/59

Wysłany: 2018-12-12, 22:46   
  

   1 Rok na Giftedach!


Zbyt upita spirytusem, nawet nie broniła się przed dotykiem Maysilee. Jeśli koleżanka chciała się na niej wieszać, albo opierać, Maria pozwoliła na to bez mrugnięcia okiem.
Zainteresowana ogniskiem przed stacją metra, myślała tylko o tym, że chce sprawdzić co jest grane. Ale nawet pod wpływem alkoholu, nie kierowała się jak najbliżej największego tłumu. Wręcz zatrzymała się, gdy została ściśnięta za ramię. Spojrzała na sanitariuszke, ale zamiast się odezwać, tylko złapała za butelkę.
Już nie kaszląc jak kot, pomyślała o czymś lepszym do picia i rozejrzała się po tłumie. Ktoś na pewno zdecydował się przynieść coś dobrego. Maria była gotowa na jakąś wymianę, jeśli tylko nadarzyłaby się okazja. To nic, że puste kieszenie mogła wywrócić na lewą stronę.
Zachwiała się na krawężniku, schodząc z chodnika na ulicę. Na szczęście pion dalej trzymała i butelki z dłoni nie wypuściła. Kolejny raz oddała alkohol koleżance i nachyliła się w jej stronę.
- Trzymaj się mnie. - Powiedziała, bo już zapomniała, że Maysilee cały czas to czyni. Nie chciala zgubić koleżanki, nawet jesli jeszcze rano nie myślała, że wieczorem będzie nawiązywać jakieś bliższe relacje. Nie chciała też, żeby kolejna osoba zniknęła nagle bez śladu. Zapięła kurtkę pod samą szyję i schowała ręce do kieszeni.


Ekwipunek - łańcuszek z wisiorkiem
[Profil]
  [A+]
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2018-12-13, 20:40   

Przy skwerze powoli zbierał się coraz większy tłum, pozostałą część ulic pozostawiając pustą. Również i wy tu zawitaliście - gdzieś pomiędzy ludźmi, próbując znaleźć swoje miejsce i zrozumieć, co się dzieje. A jeśli tylko kierowaliście swój wzrok w kierunku centrum tego wszystkiego - bez problemu mogliście dostrzec, jak ołtarz już stał, w pełnej okazałości a tuż za nim zaczęto rozpalać ognisko. Płomień, od maleńkiego, w ciągu kilku krótkich chwil stał się olbrzymi, buchając na kilka metrów w górę i zapewniając ciepło osobom na kilka metrów od niego. Wyglądało to wręcz... Niebezpiecznie. Jakby wszystko zaraz miało wymknąć się spod kontroli.
Wtedy też ze stacji metra wyłoniły się trzy postaci. Uzdrowiciela jako jedyny miał na sobie błyszczącą w tym piekielnym świetle maskę. Był mężczyzną wysokim i postawnym, a jego dłonie już były pokryte krwią. Towarzyszyły mu jeszcze dwie osoby - również w maskach. Członkowie jego sekty, którzy wcześniej gromadzili się przy powstającym ołtarzu, teraz sami zniknęli za schodami metra.
Przywódca tej szajki stanął, rozkładając swe ramiona przed tłumem. Zaczął przemawiać - w ten dziwny, niemal hipnotyzujący sposób. Zdawało się, jakby każde jego słowa nawoływało prawdę. Powoływał się na boga a samego siebie przedstawiał jako jego namiestnika - tego oświeconego, który zna lekarstwo.
Jako dowód pokazywał siebie i swoich podwładnych - wszyscy zdrowi, bez objawów, w pełni sił.
Czy mógł mieć rację?
Jego przemowę przerwały żałosne krzyki wydobywające się ze stacji. Wystarczyło kilka minut, by dowiedzieć się, do kogo te wrzaski należały.
Trzy osoby. Każda z nich przywiązana do pionowego wózka transportowego, spętana, z zawiązanymi ustami. Każda ubrana w zwiewne, białe suknie - mimo, iż szło rozpoznać wśród nich jednego mężczyznę. I w oczach każdej z tych osób rysowało się czyste przerażenie, gdy Uzdrowiciel zakończył swoją przemowę...
- Więc niech rytuał się rozpocznie...
[Profil]
 
 
Lasair Roarkedaughter



Walka o równość i jedność ma swoją cenę

kopiowanie umiejętność zwierząt

77%

x





name:

Lasair Roarkedaughter

alias:
Cham

age:
25

height / weight:
173 / 55

Wysłany: 2018-12-13, 20:47   
   Multikonta: Esther/Rocky/Lou
  

   #FPTP

  

   Podróżnik w czasie

  

   2 Lata Giftedów!


// za pewne z domu/jeśli jeszcze można

Lasair nienawidziła lokum jakie jej przyznano, ponieważ nie można było go nazwać domem. Było zniszczone, brudne i śmierdziało... Mieszkała w różnych warunkach ale nigdy aż tak kiepskich nawet ulicy wydawała się bardziej przytulna od tego czym ją ulokowano. Miała współlokatorkę, której na złość nie było w domu. Więc sama też nie zamierzała siedzieć w tej norze. Słyszała o jakimś ognisku, wydarzeniu, na które podobno warto się wybrać. Więc chwyciła swoją kurtkę oraz ubrała adidasy. Zamierzała wyjść i zażyć świeżego powietrza, aby nie siedzieć sama w domu.
Początkowo błąkała się bez celu nie wiedząc czy rzeczywiście chce iść na to ognisko. Dopiero widząc kilku ludzi idących w stronę stacji. Postanowiła pójść stanąć gdzieś dalej, by nie rzucać się w oczy. Nie przepadała za dużą liczbą ludzi, ale też lubiła ich obserwować. Dlatego znalazła jakieś niezbyt oddalone miejsce, gdzie tłum nie był duży, ale czuć było ciepło z ogniska.
Obserwowała całe te przestawienie ze znudzeniem. Powoli żałując, że w ogóle się tutaj pojawiła. Całkowicie uznała, że to był kiepski moment. Kiedy zobaczyła jak wyprowadzają ludzi związanych. Spojrzała po osobach najbliżej siebie. Jak oni na to reagują. Czy ktoś próbuje pomóc tym biedaką? Przecież nie będzie sama się wychylać po za szereg.

Ekwipunek:
Na sobie miała tylko znoszoną kurtkę skórzaną ocieplaną, bransoletka z muszelek, stare wytarte rurki oraz jakiś sweter do tego czapkę typu smerfetkę... Po za tym miała w kieszeni kurtki: kluczyki, portfel z zdjęciami rodziców oraz kilku przyjaciół, pieniędzy w nim nie było bo nie były jej potrzebne. Nie miała na sobie nic prócz tych kilku rzeczy.
[Profil]
    [A+]
 
Maysilee Griffith



Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...

kontrola pogody

55%

sanitariuszka | informator





name:

Maysilee Griffith

alias:
Sally Griffin | June Hawkins

age:
24 lata

height / weight:
165/47

Wysłany: 2018-12-13, 21:39   
   Multikonta: Levi, Jane
  

   1 Rok na Giftedach!


W swoim życiu... Cóż, praktycznie nie piła. Ani piwa, ani wódki, ani wina, ani tym bardziej czystego, naprawdę mocnego spirytusu, który niesamowicie mocno uderzał jej teraz do głowy. Być może okazjonalne picie alkoholu było pewnego rodzaju błędem - zważywszy na to, iż nie miała przy tym pojęcia o swojej słabej odporności na procenty, a dowiedzenie się tego w takich okolicznościach było dosyć kiepską sprawą - aczkolwiek zdecydowanie najgorszą decyzją było rozpoczęcie popijania. W plebiscycie na najgłupszą decyzję tego roku, mogło to konkurować wyłącznie z wybraniem się na ognisko.
Skąd miała wiedzieć, że nie chodziło o pieczenie jabłek i podśpiewywanie znanych, chwytliwych kawałków?!
Okej, być może powinna była się tego domyślić. Gdyby tylko była chociaż trochę bardziej trzeźwa, niechybnie zrozumiałaby, iż cokolwiek mającego związek z ogniem i dziejącego się w getcie, cóż, nie miało być dobre czy też radosne. Ci ludzie zwyczajnie nie mieli powodu, by integrować się w taki sposób. Brakowało im jedzenia, picia i ciepłych ubrań, a tajemnicza choroba coraz bardziej się rozprzestrzeniała. Co prawda, ognisko mogło zastąpić im ogrzewanie, ale... Kto rozsądny zaryzykowałby zarażenie się czymś, na co prawdopodobnie nie było lekarstwa?
No... Najwyraźniej zarówno ona, jak i towarzysząca jej Maria, której to ramię kurczowo ściskała, podążając za nią przez makabrycznie wyglądający tłum. Być może wyobraźnia Maysilee miała w tym swój udział, jednak ci wszyscy mijani ludzie wyglądali dla niej tak... Nierealistycznie. Zupełnie, jakby znalazła się w jakimś narkotycznym śnie - cierpiący biedacy dookoła niej, ich powykrzywiane twarze, niezrozumiałe jęki i okrzyki, gra świateł, a do tego wszystkiego... Ogień. Rozszalały, wznoszący się wysoko w niebo, strzelający czerwono-pomarańczowymi iskrami. Na jego tle zaś ten mężczyzna. O zgrozo, w swoim zachowaniu, znacznie bardziej upiorny niż chorzy mutanci.
- Osesądsoćmy... - Wymamrotała w kierunku towarzyszki, nadal trzymając się jak najbliżej niej i mając na myśli ni mniej, ni więcej, jak tylko propozycję ewakuowania się z tego miejsca. Słowa tego człowieka brzmiały niczym fanatyczny bełkot - nawet dla jej pijanego umysłu - zaś moment wprowadzenia uwięzionych ludzi... Najpewniejszej istoty tego rytuału... Nie musiała myśleć logicznie, by zrozumieć, o co najpewniej chodziło. Przecież słyszała plotki... Krew na dłoniach prowadzącego rytuał nie wzięła się tam znikąd.
Obracając się tak, by nie puścić Marii, ale też nie narazić jej na nieprzyjemne doznania, instynktownie pochyliła się ku ziemi. Miała wrażenie, że na samą myśl o tym, co mogło nadejść, zaraz zwróci nie tylko śniadanie, a cały swój żołądek.
Oby to nie było to, o czym pomyślała. Oby to nie było to, o czym pomyślała. Oby to nie było... Nie chciała być świadkiem morderstwa, spalenia czy czegokolwiek, co jeszcze planowali. I było jej naprawdę, naprawdę niedobrze.
_________________
« Lovers in the night, poets trying to write... »
We don't know how to rhyme but...
damn we try.
©crackintime
[Profil]
  [0+]
 
Toby Jensen



The ghosts of the past speak to all who will listen.

rozmawianie z trupami

27%

były obiekt badawczy DOGS





name:

Trevor Jones

alias:
Thomas Walker | Toby Jensen

age:
24 lata

height / weight:
185/60

Wysłany: 2018-12-14, 22:17   
   Multikonta: Matilde Wallace
  

   1 Rok na Giftedach!


Thomas nawet nie musiał być zdrowy, by wiedzieć, że to wszystko było bardzo nie w porządku. Nie podobała mu się ta atmosfera. Nie podobali mu się ci ludzie. Ale czy właściwie mógł cokolwiek zrobić? Przez chwilę rozważał odejście i wrócenie do swojego mieszkania. To byłoby całkiem mądre rozwiązanie. Dlaczego jednak tego nie zrobił? Być może to ta choroba tak bardzo rzuciła mu się na mózg. Być może ta gorączka go zamroczyła. Ale po prostu w pewnym sensie zaczął dostrzegać w tym wszystkim jakąś… magię? Ciekawiło go to jak to się rozwinie.
Czuł się z tym źle. Powinien coś zrobić, odezwać się. Ale był tylko ledwo żywym, umierającym duchem. Nie miał kompletnie żadnych szans. Dopiero kiedy usłyszał te okropne krzyki i dostrzegł te wózki z uwięzionymi ludźmi… przez chwilę miał nadzieję, że to jedynie jakieś majaki. To by miało sens, prawda? Był chory, takie rzeczy się mogły wydarzyć. Ale coś mu podpowiadało, że to wcale nie były majaki. Coś mu podpowiadało, że ci ludzi byli prawdziwi. Thomas sam nawet nie wiedział kiedy z jego ust wydobyły się donośne:
– Zostaw ich – nie powinien się w to mieszać. Ale nie mógł się na to patrzeć. Nie mógł nie zareagować. Nawet jeśli to miało gówno dać. Thomas zaczął się przepychać bliżej gościa.
_________________
<ul><img src="https://i.pinimg.com/originals/0b/7d/20/0b7d2042cc5444a709f952def6046603.gif" style="border-top:5px solid #2e4045;border-bottom:5px solid #2e4045;padding-bottom:-20px;width:190px;"><div style="color: black ; width:190px;letter-spacing: 2px; text-shadow:2px 0px 2px #2e4045;font-family:times;font-size:11px;text-align:center;margin-top: -12px;">Why is everything so heavy?

<div style="text-align:justify;width:194px;color:#2f4f4f;font-size:9px;line-height:90%; margin-top: -20px; font-family: arial;">

I'm holding on

Holding on

To so much more than I can carry

©endlesslove
</ul>
[Profil] [WWW]
  [A-]
 
Maria Ortega



-

żywa pochodnia

49%

-





name:

Maria Ortega

alias:
Elvira

age:
27

height / weight:
170/59

Wysłany: 2018-12-15, 12:07   
  

   1 Rok na Giftedach!


Na chwilę zapomniała o nienawiści, jaką darzyła to miejsce. Alkohol, krążący w jej żyłach, wywołał ciekawość zapowiadanym ogniskiem. Na trzeźwo byłaby zdziwiona, że strażnicy DOGS jeszcze nie rozgonili tego zebrania. Po ostatnim spotkaniu z jednym z nich, była przekonana, że odpowiednio zabezpieczyli się, żeby niczym nie zarazić od mutantów.
- Ta - Mruknęła zmęczonym głosem, w odpowiedzi do Maysilee. Zrozumiała? Zrozumiała! Ale zatrzymała się, zamiast wracać skąd przyszły. Musiała zobaczyć co się stanie. Mętnym wzrokiem zobaczyła .Uzdrowiciela w masce i resztę osób. Było jej gorąco, coraz bardziej gorąco. Zrobiła krok do tyłu, winę zrzucając na buchające ognisko.
Roześmiała się cicho, gdy dziwak zaczął opowiadać o bogu, swoim namiestnictwie i odporności. Może też powinna, jako ta zdrowa? Ale gdy pojawiły się przerażone ofiary, przestało ją to bawić. Jeszcze nie wierzyła, że mężczyzna chce zrobić, to co przyszło jej do głowy. Skrzywiła się, gdy uderzył ją zapach wymiocin. Jęknęła z odrazą i sama poczuła nudności.
Odwróciła głowę, żeby nabrać w płuca powietrza i poklepała Maysilee po plecach. Jeśli zaszłaby taka potrzeba, pomogłaby jej się wyprostować. Ale na razie spojrzała w stronę męskiej sylwetki, przeciskającej się przez tłum. Nie rozpoznawała kto to był, ale pomyślała, że jakiś wariat.
[Profil]
  [A+]
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2018-12-15, 23:31   

Siedzenie w zatęchłych mieszkaniach, gdy głowa pękała od bólu, mięśnie rozpierało cierpienie, a lekki umysł zdawał się nie przyswajać tak wielu ważnych informacji, z całą pewnością było trudne. Lasair zapewne również odczuwała te objawy, zważając na wciąż postępującą u niej chorobę.
Może właśnie dlatego wieść o ognisku wydała jej się tak kusząca?
Cóż za szkoda, że dochodząc do tego miejsca odczuła nagł spadek sił, który uniemożliwiał jej samotny powrót w swoje bezpieczne cztery kąty...
Była zmuszona, by pozostać w tym tłumie i dalej obserwować rytuał, do którego właśnie miało dojść...

W podobnej sytuacji była Maria oraz Maysilee, które otępione procentami z opóźnieniem przyswajały to, co tu się działo. Nim doszło do nich, w jak paskudnym miejscu się znalazły... Było już za późno. Napierający tłum chorych i zdrowych, przestraszonych i zaślepionych parł wciąż do przodu, skracając dystans, jaki dzielił je od ołtarza.

I z właśnie tego tłumu postanowił się wychylić ten blady i z całą pewnością nielogicznie myślący mężczyzna. Jego słowa początkowo były zignorowane - ot, kilku zebranych obróciło się w kierunku tego nieznacznego zamieszania, wymieniając między sobą spojrzenia, jakoby ten brunet miał być szalony. Sam uzdrowiciel natomiast nawet nie uraczył go spojrzeniem, odnajdując ciekawsze zajęcia wśród swoich przyszłych ofiar. On... Nie przerywał swojego przedstawienia. Światła dopiero co buchły ognistym żarem, gdy niewielkie, zdobione ostrze zabłyszczało płomiennym blikiem.
Tłum zamarł, całkowicie otumaniony niezwykłą precyzją ruchów ich objawionego. Może włąśnie przez to, dopiero teraz Tobias stał się bardziej widoczny?
Zamaskowany mężczyzna nic sobie z tego nie robił, kontynuując swe wywody, obiecując zdrowie, szczęście i siłę - dla każdego, który dziś pożywi się ciałem męczenników, niczym ciałem Chrystusa. Podszedł do jednej z kobiet, a swój nóż przyłożył do jej twarzy - na której wykonał gładkie, długie cięcie. Jej pisk poniósł się po ulicy, a większość osób zdawała się być na niego całkowicie znieczulona. Całkowicie zaczarowana kolejnymi poczynaniami ich wybawcy, który właśnie nieznacznie uniósł swoją maskę, by zlizać z jej policzka wciąż cieknącą, ciepłą krew. A po chwili... Po chwili po prostu wbił te ostrze w jej brzuch, poruszając nim tak długo, aż paliczki kobiety zaciśnięte na metalowej obręczy wózka całkowicie nie zelżyły uścisku, dając znać o jej uciekających siłach...

Przy Jensenie w tym czasie pojawiło się dwóch towarzyszy dzisiejszego mistrza ceremonii, całkowicie blokując mu drogę ku ołtarzowi.
- Dla każdego wystarczy. - Stwierdzili dość sucho, jakby odebrali czyli Tobyego całkowicie na opak. A może wierzyli, że właśnie to go zniechęci do dalszej drogi?
[Profil]
 
 
Toby Jensen



The ghosts of the past speak to all who will listen.

rozmawianie z trupami

27%

były obiekt badawczy DOGS





name:

Trevor Jones

alias:
Thomas Walker | Toby Jensen

age:
24 lata

height / weight:
185/60

Wysłany: 2018-12-16, 19:50   
   Multikonta: Matilde Wallace
  

   1 Rok na Giftedach!


Być może rzeczywiście był szalony. Być może gorączka rzuciła mu się na mózg i nie pozwoliła logicznie myśleć. Miał jednak to gdzieś. A przynajmniej w tym momencie. Po prostu przeciskał się przez tłumy ludzi, co chwilę wykrzykując słowa, by przestali. Nie rozumiał tego wszystkiego. Chciał, ale nie potrafił. I nie dbał o to, że ledwo stał na nogach i odbijał się od zgromadzonych jak jakaś pieprzona piłka. On po prostu musiał powstrzymać tego szamana. Tu już nie było nawet innego wyjścia. Trudno, jeśli go zabiją, to przynajmniej nie będzie musiał na to patrzeć. Bo ta kobieta, która tak przeraźliwie krzyczała… Thomas poczuł wręcz nieprzyjemny zapach śmierci. Jego moc… jego moc znowu dawała mu się we znaki.
– WYPUŚCIE JĄ… ICH – wrzasnął, a kiedy dwóch osiłków zaczęło coś do niego gadać, on po prostu nie wytrzymał. Jeśli nie udało mu się przecisnąć miedzy nimi, to po prostu zacisnął pięść i przywalił jednemu z nich. Miał tego gdzieś.
- PRZEDSTAWIENIE SIĘ SKOŃCZYŁO
– krzyczał dalej, czując metaliczny posmak krwi na języku. Choroba znowu dawała mu się we znaki, ale ignorował to. Po prostu tak rozpaczliwie chciał im pomóc. Chciał zrobić różnicę. Musiał się po prostu tam jakoś przedostać. Nie wiedział jeszcze co zrobi, ale coś wymyśli.
[Profil] [WWW]
  [A-]
 
Melanie Murray



Ja się tylko broniłam

Drapieżność

74%

Kundel D.O.G.S





name:

Melanie Murray

age:
27 years

height / weight:
166cm/63kg

Wysłany: 2018-12-16, 19:52   

Szła sobie spokojnie na patrolu, opatulona jak tylko może przed chłodem. Pewnie jeszcze długo zajmie jej przyzwyczajenie się do zimy w północnych stanach. Cieszyła się przynajmniej, że kończy już powoli zmianę i będzie mogła zmykać na ciepłą kolację. Nic się nie działo, nawet nie miała na co przymknąć oczu, tylko jedynie chorych omijała.
No ale nic nie jest idealne, więc wchodząc na skwer dostrzegła gromadę tak liczną, jakby chcieli zaraz obalić ogrodzenie DOMu. I przy okazji spalić całą okolicę sądząc po ognisku. To trzeba mieć farta.
Szybko potruchtała w miejsce, skąd miała lepszy widok, po czym sięgnęła do mikrofalówki.
- Tu funkcjonariusz Murray, na skwerze przy stacji metra jest duże zgromadzenie, wielu chorych. Rozpalono ogromne ognisko, złożono jakiś... ołtarz. Wygląda to na próbę samosądu czy czegoś, widzę trzy związane osoby, jedna chyba poważnie ranna. Proszę o wsparcie.
Nie czekając na odpowiedź ruszyła do centrum wydarzeń, ale od boku - tak by mieć jak najmniej osób wokół siebie. Nie zamierzała się przepychać, to jej mają zejść z drogi. Z ulgą usłyszała, że już ktoś się awanturował, przytuliłaby go teraz.
- SŁUŻBA BEZPIECZEŃSTWA DOM'U! KONIEC ZGROMADZENIA, TAK JAK WASZ KOLEGA MÓWI! ROZEJŚĆ SIĘ! ZA KWADRANS CISZA NOCNA I NIE CHCĘ TU NIKOGO WIDZIEĆ. - Niby się jeszcze nadmiernie nie przepychała, ale... no widziała coraz lepiej, co się działo przy ołtarzu i musiała tam jak najszybciej dotrzeć. Tyle było z spokojnego wieczoru, będą ją do rana mielić. Zresztą na sam widok straciła dobry humor, bo przypomniała sobie policyjne opowieści z wydziału zabójstw. Wyciągnęła pałkę, by lepiej się przepychać (oczywiście bez włączonego prądu), na strzelanie ze swojej pozycji nie miała szans. - WY TAM PRZY OGNISKU RĘCE ZA GŁOWĘ! JUŻ! RESZTA DO DOMÓW!
Czuła jak krew zaczyna jej szybciej krążyć, a cichy głosik z tyłu głowy mówił zabij zabij zabij. Miała ochotę to zrobić za popsuty koniec dnia, więc tylko wypełnianie papierologii ją powstrzymywało.

Ekwipunek:
- Pistolet obezwładniający z dwoma zapasowymi magazynkami
- Paralizator w kształcie pałki teleskopowej
- Czytnik chipów
- Krótkofalówka z podłączeniem do słuchawki nausznej
- Kamizelka kuloodporna
- Pistolet zapasowy z ostrą amunicją (przy udzie, zapięty)
- Gaz pieprzowy
- Kajdanki
- Mundur
- Papierośnica z paroma papierosami
[Profil]
  [B+]
 
Maysilee Griffith



Cause for a moment a band of thieves in ripped up jeans got to rule the world...

kontrola pogody

55%

sanitariuszka | informator





name:

Maysilee Griffith

alias:
Sally Griffin | June Hawkins

age:
24 lata

height / weight:
165/47

Wysłany: 2018-12-16, 20:55   
   Multikonta: Levi, Jane
  

   1 Rok na Giftedach!


Być może torsje, jakie targały jej wątłym ciałem, nie były aż takie złe... Dzięki temu nie widziała tego, co robił mężczyzna w masce, nie musząc przyglądać się temu całemu makabrycznemu cyrkowi. Zbyt dobrze go jednak słyszała, nawet po pijaku, będąc świadomą tego, co oznaczały te głośne, mlaskające dźwięki przekręcanego noża i rozcinanego mięsa, jakie towarzyszyły jego poczynaniom. To zaś sprawiało, iż wyłącznie jeszcze mocniej chciało jej się wymiotować.
Przynajmniej do czasu, gdy nie usłyszała tego głosu. O ironio, mimo powodu jej aktualnego stanu i ciągłej rozpaczy po martwym mężczyźnie, w tej chwili wcale nie kojarzącego jej się z Thomasem. Niczym tamtego dnia w uliczce, kiedy pomyliła go z Tobiasem, teraz także to zrobiła i... I zupełnie tak, jakby wstąpiły w nią nowe siły. Korzystając z pomocy Marii, wyprostowała się, usiłując namierzyć mężczyznę w gęstym tłumie. A kiedy to zrobiła... Niewiele się już liczyło.
W swojej własnej głowie była teraz niezwyciężona. Niczym rwana jakąś niesamowitą siłą, torowała sobie drogę przez tłum, przepychając się przy pomocy łokci i kolan. Nogi dosłownie same niosły ją w kierunku gigantycznego ogniska i tego potwornie znajomego tonu głosu, a serce... Serce biło jej jak szalone. Tak bardzo chciała wreszcie kogoś odnaleźć. Tak niesamowicie mocno czekała na moment, w którym będzie mogła uściskać kogokolwiek z tych, których utraciła. A teraz, teraz miała ku temu okazję i nie mogła tego tak po prostu utracić. Nie z rąk jakichś cholernych psycholi, którzy zdawali się być równie źli i popaprani, jak przedstawiciele D.O.G.S. Wszyscy byli siebie warci.
Słysząc kolejny, jeszcze bardziej donośny głos, którego dźwięk odbijał się echem od ścian okolicznych budynków, instynktownie wiedziała, iż już wkrótce mogło dojść do czegoś - o zgrozo - jeszcze gorszego od samego rytualnego mordu. Jeśli pojawiliby się tu przedstawiciele rządu, zwyczajnie mieliby solidnie przechlapane, a ona nie chciała brać udziału w jakiejkolwiek fizycznej walce. Maysilee walczyła wyłącznie słowem, nawet jeśli tego wieczoru od tego pacyfizmu bolały ją już zgięcia rąk i nóg.
Cóż, prawdę mówiąc... Bolało ją też kilka innych części ciała, gdyż jej heroiczne wyobrażenia dosyć szybko spotkały się z pojęciem grawitacji, zaś ciało - najwyraźniej nie chcąc być gorsze - także zaliczyło bliższe spotkania pierwszego stopnia... Z glebą... Wielokrotnie... Twardy grunt raz po raz całował jej kolana, gdy usiłowała przedrzeć się pomiędzy chorymi ludźmi, łapiąc dłońmi ich płaszcze i kurtki, byleby tylko ponownie się nie wyglebać.
Teoretycznie naprawdę niewiele metrów dzieliło ją od centrum zbiegowiska, jednakże każdy kolejny był miniaturowym wyzwaniem dla jej mocno pijanego organizmu. Bełkocząc lakoniczne przeprosiny, przepychała się jednak do przodu, by ostatecznie usiłować stanąć prosto w takim miejscu, w którym byłaby dostatecznie dobrze widoczna. Wtedy natomiast teatralnie uniosła rękę w górę, zwijając cztery palce w pięść, a piąty - wskazujący - kierując ku ciemnemu niebu.
- PUSZCZCZE IKH FSZPOKOU! SZOFY NAEPSZEHO WYPRRFACIE?! - Zagrzmiała, jak jej się wydawało, jasno i donośnie, mierząc spojrzeniem tego, kto prowadził ten absurdalny rytuał, tylko po to, by zaraz przenieść wzrok na - jak jej się wydawało - swojego dziecięcego przyjaciela. W tym samym momencie na jej zaczerwienionej, ubrudzonej piachem twarzy pojawił się przeuroczy uśmiech, a ona sama opuściła swoją pięść grozy, aby serdecznie pomachać w jego kierunku. - SZCZKAŁAM CIĘ! - Zakomunikowała, upuszczając praktycznie pustą butelkę, którą jakimś cudem nadal trzymała w dłoni.
_________________
« Lovers in the night, poets trying to write... »
We don't know how to rhyme but...
damn we try.
©crackintime
[Profil]
  [0+]
 
Maria Ortega



-

żywa pochodnia

49%

-





name:

Maria Ortega

alias:
Elvira

age:
27

height / weight:
170/59

Wysłany: 2018-12-16, 21:25   
  

   1 Rok na Giftedach!


Jak zahipnotyzowana patrzyła na obłąkanego mistrza ceremoni i na nóż. W jej szeroko otwartych oczach, nóż zapłonął ogniem, ale Maria nie była pewna, czy dobrze widzi. Zamknęła oczy i szybko otworzyła, nie chcąc przegapić nic z tego widowiska. Pisk przewiercił się przez jej czaszkę, wywołując skrzywienie i zgarbienie. Żołądek niebezpiecznie się podniósł i Maria czknęła, krzywiąc się jeszcze bardziej. Odbiło jej się kwaśno i Ortega zasłoniła usta dłonią, nie chcąc zwymiotować. Krzyk ofiary chorego rytuału, zlewał jej się z pomrukami tłumu, krzykiem wariata, jakimś nawoływaniem. Wszystko się mieszało i przestawało być wyraźne.
Maria zachwiała się, gdy Maysilee z jej pomocą wracała do pionu, ale ciągle patrzyła przed siebie. Na tłum, a zaraz później na plecy koleżanki. Zdziwiona odwróciła się w bok, gdzie sanitariuszka jeszcze przed chwilą stała. Zamiast niej zobaczyła jakiegoś chorego, naznaczonego krwią i odsunęła się natychmiast, prawie przewracając o innego.
- No oty upia?! - Zawołała za Maysilee i byle odsunąć się od chorego typa, ruszyła za koleżanką. Było jej niedobrze, ale nie chciała zostać sama pomiędzy upiornymi postaciami. Dopiero co znalazła przyjaciółkę!
- Sziewczyno! - Zawołała jeszcze raz i mimo naszczerszych chęci, nie potrafiła tak łatwo jej dogonić. Rzucając przekleństwa na prawo i na lewo, lawirowała między chorymi, starając się nikogo nie dotknąć, na nikogo nie wpaść i nie przewrócić się jak Maysilee.
Pędząc, spóźniła się na jej grzmiący pokaz, ale zdążyła dotrzeć tuż po ostatnich słowach sanitariuszki. Zaskoczona, że pościg dopiegł końca, nie zdążyła się zatrzymać i wpadła prosto na Maysilee.
[Profil]
  [A+]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,04 sekundy. Zapytań do SQL: 5