zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-09-22, 19:54
Z każdym kolejnym ostrożnym krokiem zapuszczaliście się coraz głębiej w korytarz, w coraz większą ciemność przeszywaną tylko latarkami Briana i Vincenta. Chociaż grupa szła blisko siebie, wypatrując jakichkolwiek zagrożeń czy odpowiedzi, Shivali udało nawiązać się połączenie tylko z Brianem. Czy to oznaczało jakieś problemy z mocami? Tylko jej, czy wszystkich znajdujących się tutaj mutantów? I czy dziewczyna zdecyduje się komuś o tym powiedzieć.
Tymczasem, Brian i Vincet, którzy nieco przystanęli świecąc sobie po ścianach, mogli teraz dokładnie przyjrzeć się się napisom. Kreski wyryte na ścianie, jakby ktoś coś liczył, może dni. Krótkie notatki - poszliśmy na południe, B., mutant & proud czy zupełnie niewinne Kto ma ochotę na pizzę? Ale przede wszystkim, na ścianach roiło się od dat i imion. 13.09.2028 Joss, Maria 4/11, Jenny & Jake 02.2021, 17.03.2025 S, H, K & I, Emily 13.07.2031...
Kiedy w końcu ciszę przeszyło szczekanie psa, Fay skorzystała ze swojej mocy i wyczuła... smród. Ciężko było jej określić coś dokładniejszego - zbyt krótko przebywała w ciele psa, a zdaje się, że jej moc nie działała dokładnie tak jak powinna. Tymczasem, Vincet wyciągnął swoje wektory, popychając... coś. Cała wasza czwórka mogła usłyszeć skrzypienie liny, a już kilka sekund później, zobaczył wyłaniającą się w snopie światła... stopę. Metr nad ziemią. Zdołaliście zobaczyć jeszcze kawałek nogi, zanim rozhuśtany wisielec znowu zniknął w ciemności, żeby po kilku sekundach znowu zobaczyć kawałek jego nogi. Dopiero teraz, kiedy powietrze nieco się wymieszało, byliście w stanie poczuć smród bijący od ciała.
Nic dziwnego, że pies się spłoszył czując coś takiego... też miała zamiar jak najszybciej wyjść z ciała zwierzęcia i uwolnić się od tego przykrego zapachu.
Tak się też stało, chociaż nie z jej własnej woli. Nie wiedzieć czemu połączenie samo się zerwało, jakby jej moc nie chciała z nią współpracować. Nie miała jednak czasu, żeby się dłużej nad tym zastanowić, gdy coś na chwilę wyłoniło się z ciemności i Fay ponownie musiała złapać psa za obroże i mocniej owinąć sobie smycz wokół dłoni, żeby go utrzymać.
Dopiero po chwili połączyła fakty, to co widziała i co słyszała i... cóż, jedyne na co miała ochotę, to jak najszybciej oddalić się z tego miejsca. Bo przecież nie było wiadomo, czy ten ktoś zakończył swój żywot sam, czy moze widział tu ku przestrodze? Zaloniła wolną dłonią nos i usta i podniosła się z kucek, jednocześnie cofajac kilka kroków.
- To... to jedyna droga? - spytała, kierując swoje słowa głównie do kolesia z latarką, bo przecież to on mógł najlepiej wybadać teren. Miał światło.
_________________
I wish I could see this world again through those eyes...
Członek Oddziału Taktycznego Niebieskiego Szwadronu
name:
Brian Anthony Kersey
age:
35 lat
height / weight:
182/96
Wysłany: 2018-09-23, 13:28
Multikonta: Liam, Nicholas, David, Seba
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
Napisy ujrzane na ścianach były dość dziwne. W pierwszej chwili, widząc wyryte daty i imiona, Brian odniósł wrażenie że ktoś mógł tutaj zakończyć swój żywot. Ale im dary roku ponad 2018 rosły w górę, tak miał dziwne wrażenie, że osoby to piszące wybiegły za bardzo w przyszłość.
"Dziwne... To tak, jakbyśmy trafili do przyszłości trwającej w wojnie..." - pomyślał, zatrzymując się przy dacie na 2031 roku. Jednak jego telefon pokazywał aktualny dzień, w jakim jeszcze jakąś chwilę temu był w prawdziwym Seattle. Kolejne mogły sugerować kontakt między osobami, które próbowały zachować ciszę w schronieniu, lub nie mogły mówić. Jaki to jednak miało sens?
Nie było jednak czasu na zastanawianie się, kiedy ciszę przerwał szczekający pies. Oświetlając latarką miejsce, gdzie ktoś mógłby być, nie dostrzegał jeszcze nikogo. W jego przypadku było o tyle wspaniale, że problemów z mocami nie miał. Bo ich nie posiadał.
Tak czy inaczej, coś w końcu się przed nimi poruszyło. Brian nie ruszył się z miejsca, ale nie ukrywał zaskoczenia, ujrzenia tutaj wyłaniającej się do światła nogi. Coś musiało ruszyć "wiszącą" postać. A nie miał pojęcia, że któraś z tutejszych osób użyła swojej mocy.
- Na to wygląda.
Odpowiedział Brian dziewczynie, która zapytała o drogę. Innej nie było widać a ona zdawała się chcieć wycofać.
Kersey przełożył latarkę do prawej dłoni, nadal oświetlając wyłaniającą się nogę do światłą, zaś lewą sięgnął pod płaszcz i wyjął swój pistolet, odbezpieczając. Wycelował przed siebie i również powolnym krokiem ruszył. Nie miał pojęcia kto lub co jest przed nim, więc lepiej być w gotowości. Zachowywał czujność i ostrożność, zbliżając się do wiszącego ciała. By zapewne móc zobaczyć, kogo powieszono. Lub czy ta osoba, sama się powiesiła. Wątpił, by to była jedynie tylko jedna noga na linie..
Wolność, kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem
Ramiona wektorowe
74%
brak
name:
Vincent Edams
alias:
Obiekt 36
age:
21
height / weight:
173/70
Wysłany: 2018-09-27, 09:32
Multikonta: Alex Parker
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
2 Lata Giftedów!
Grosza daj Giftedowi!
#darczyńca
Vincent popchnął coś, co okazało się...wisielcem. Odetchnął z ulgą, chyba jako jedyny z grupy. Nie bał się martwych, nie należało się ich obawiać. Problemem byli żywi. Podczas jego pobytu w AlterGen widywał wisielców, którzy woleli sobie odebrać życie, niż dalej tkwić w tym więzieniu, więc widok ten nie wywołał u niego zbytniego szoku.
Bardziej zainteresowały go daty. Daty z przyszłości. Czy to była jakaś wizja tego, co czeka ten świat ? W podróż w czasie raczej powątpiewał. Nie żeby nie wierzył w zjawiska nadnaturalne, w końcu z pleców wystawały mu niewidzialne łapska.
Ruszył przed siebie niewzruszony, mijając skradającego się Briana. Wziął głęboki oddech, wstrzymał powietrze i bez słowa minął ciało, o ile to nagle nie ożyło i nie postanowiło go zjeść. To jak ten ktoś zginął., nie miało wielkiego znaczenia, przynajmniej dla niego. Priorytetem było przetrwanie.
Zerknął przez ramię na towarzyszy i w milczeniu kiwnął głową, że idzie dalej. Będąc w stałej gotowości szedł, rozglądał się i nasłuchiwał.
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-10-02, 12:54
Wystarczyła tylko chwila uwagi, by zorientować się, że powieszony mężczyzna wcale nie był jakimś przypadkowym mężczyzną. Każde z was musiało go w jakiś sposób kojarzyć. Jeśli nie poprzez osobiste porachunki to przynajmniej z gazet. Ale teraz… teraz Marcos Delgado – symbol rebelii tak spokojnie zwisał z sufitu, nie mając już nic więcej do powiedzenia. Za jego rozkołysanymi zwłokami byliście jedynie w stanie dostrzec napisane wielkimi literami, przekreślone imiona członków rebelii: Ronnie, Aaron, Charlotte, Colton, Jamie, Alba, Vanessa, Viggo... Co to właściwie miało znaczyć? Czy mogło to znaczyć to na co wyglądało? Całe to miejsce zdawało się budzić coraz większy niepokój. Zwłaszcza u Shivali, która zdawała się być z was wszystkich najbardziej wystraszona i przerażona. Dziewczyna wciąż usiłowała nawiązać więzi z innymi, ale jej moc wciąż nie działała jak powinna. Była jedynie w stanie wyczuć, że Brian, który do tej pory wyglądał tak groźnie z tym swoim pistoletem, był również niezwykle zagubiony. Kersey, który przyglądał się zwłokom znanego biznesmena mógł dostrzec liczne siniaki, zadrapania i brak jakiegokolwiek stołka, co świadczyło, że zmarły z całą pewnością nie zakończył swojego żywota.
Tymczasem Vincent zdawał się nie zważać na nic i po prostu dalej iść przed siebie. Jednak to co miał odkryć to co zobaczył to nie był po prostu zwyczajny korytarz, nie. Można powiedzieć, że droga była wręcz usłana kolejnymi trupami…
Z kolei jakiekolwiek próby ruszenia się Fay do przodu spotykały się ze stawianiem oporu przez Bono. Pies silnie zaparł się łapami, nie chcąc pozwolić dziewczynie ruszyć się nawet o centymetr. Czy możliwe, że mógł coś przeczuwał? I czy było to powiązane z tak nagle rozbrzmiewającym donośnym płaczem dziecka…?
Członek Oddziału Taktycznego Niebieskiego Szwadronu
name:
Brian Anthony Kersey
age:
35 lat
height / weight:
182/96
Wysłany: 2018-10-02, 13:33
Multikonta: Liam, Nicholas, David, Seba
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
Wiszący okazał się być mężczyzną. Oświetlając jego twarz, Brian mimowolnie się lekko uśmiechnął. Znał go. Może nie osobiście, ale gdzieś w prasie czy dokumentach przewijało się jego zdjęcie. Opuścił broń, choć nadal oświetlał latarką. Zauważył liczne rany jak i siniaki na jego ciele odkrytym przez materiał ubrania. Od razu mógł stwierdzić, że ktoś się go pozbył. Zamordował.
Idąc dalej i dostrzegając kolejne skreślone imiona na ścianie, utwierdzały w przekonaniu, że to kolejne ofiary. Niestety żadne w nich nie było mu znane. Szedł przed siebie, uważając też pod nogami, by o coś nie zahaczyć, nie potknąć.
Zatrzymał się w momencie, kiedy niemal zrównał z towarzyszem mu nieznanym (Vincentem), dostrzegając masę ciał. To był dopiero szok. I wtedy mógł wyczuć w sobie coś niepokojącego, czego w sumie nie rozumiał. Zwykle takie sytuacje go nie ruszają. Na wojnie przecież jest tak samo. Coś tutaj nie grało. Obejrzał się za siebie, świecąc latarką na dziewczyny, by sprawdzić jak one się trzymają, a konkretnie na psa. Zwierzęta widzą i czują więcej. Ten z kolei zaparł się i nie chciał iść dalej. Wtem Brian zaświecił ponowie na ciała.
- To raczej nie wygląda wesoło.
Rzekł niby do reszty, bądź bardziej do siebie. Co tu się u licha dzieje? Czy bezpiecznym będzie przejść przez taką dalszą część korytarza? Kersey rozejrzał się ponownie, aż nagle i jego słuch zanotował czyjś płacz. Brian skierował światło swojej latarki w miejsce, skąd mógł dochodzić płacz. Z latarką telefonową towarzysza pewnie daliby większe światło, o ile ten zrobi to samo. Gdyby nie mieli wyjścia i trzeba było iść przed siebie dalej, Brian nadal z ostrożnością i bronią w dłoni skierował w stronę dźwięku.
Wolność, kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem
Ramiona wektorowe
74%
brak
name:
Vincent Edams
alias:
Obiekt 36
age:
21
height / weight:
173/70
Wysłany: 2018-10-02, 13:41
Multikonta: Alex Parker
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
2 Lata Giftedów!
Grosza daj Giftedowi!
#darczyńca
Pod sufitem wisiał Marcos Delgado - założyciel i mózg Rebelii. Na ścianie zapisane były imiona mutantów, których poznał. Teraz już był w 100% pewien, że to jakiś rodzaj wizji. Pytanie tylko jak się z niej wydostać?
Gdy Brian się z nim zrównał, spojrzał na niego kątem oka. Nie znał typa, więc nie zamierzał mu ufać.
Pies za to się zapierał i nie chciał iść dalej, co mu dawało bardziej do myślenia. Przeniósł wzrok z Bono na Fay, po czym odwrócił głowę z powrotem.
Płacz dziecka. Nienawidził tego dźwięku. Skrzywił się nieznacznie i ruszył dalej. Wektory wciąż były aktywne, ale póki co nie musiał ich za bardzo używać. Oby tak zostało do końca i na końcu tego korytarza był koniec tej durnej wizji.
Szedł dalej, świecąc sobie telefonem, w poszukiwaniu czegokolwiek lub kogokolwiek. Choćby tego gówniaka, który płakał.
Marcos Delgado. Oczywiście, że go znała, w końcu przewodniczył Rebelii, z którą trzymała się tak blisko i w której głównym miejscu spotkań praktycznie mieszkała. Dlatego tak bardzo zszokował ją jego widok, bo skoro sam założyciel organizacji nie żył, o co... co z resztą jej członków?
Nie przyjrzała się dobrze mężczyźnie, czepiając się właśnie tej drugiej myśli, bardziej ją interesującej. Gdzie byli inni? Alba, Viggo... no i przede wszystkim Ronnie...
Fay wstała z kucek, rozglądając się intensywniej po ciemnym korytarzu i jego ścianach, wypatrując każdej możliwej poszlaki, która odpowiedziałaby jej na pytanie, co się tu działo. I dokładnie w tym samym momencie jej wzrok padł na oświetloną na moment za Marcosem ścianę i o ile wcześniej czuła pewien niepokój, tak teraz, widząc tak dobrze znane imię... strach narósł momentalnie i przez kilka sekund nie była w stanie zrobić nic poza pustym wpatrywaniem się w te kilka konkretnych liter. Ronnie...
Inni ruszyli dalej, ale ona nie mogła. Kątem oka widziała te wszystkie ciała leżące w głębi korytarza i... tak bardzo nie chciała, żeby jedno z nich należało do niego, żeby to przekreślone słowo nie oznaczało tego, o czym od razu pomyślała. Że spotkał go los podobny do Delgado. Cokolwiek by to nie było, jakaś chora rzeczywistość czy kolejny koszmar, chciała, żeby tu był, żeby wszystko było z nim w porządku.
Nie minęła chwila gdy dotarła do niej druga najgorsza rzecz, którą była sobie w stanie wyobrazić. Płacz dziecka. Rozchodzący sie echem nie pozwalał jej oszacować, czy należał do kogoś bardzo małego, czy trochę starszego, do chłopczyka czy dziewczynki... to było nieważne, bo Fay już pomyślała o konkretnej osobie.
- Penny... - szepnęła przerażona, ruszając się z miejsca i rzucając się prawie biegiem ku miejscu, z którego jak myślała, dochodził płacz. Bono się nie przejmowała, wiedziała, że pies się nie zgubi, w tym momencie jedyne, co się liczyło, to dotarcie do Małej, sprawdzenie, co się dzieje, ochronienie jej... W końcu obiecała.
_________________
I wish I could see this world again through those eyes...
Wiszące ciała nie były czymś, co Shivali lubiła oglądać, zwłaszcza kiedy nie miała pojęcia co się dzieje, a wszędzie naokoło było ciemno. Podobnie z resztą z ciałami leżącymi pod ścianami czy całymi listami skreślonych imion. Powiedzieć, że Shivali czuła się nieswojo to nic nie powiedzieć... Jakim cudem się tutaj znalazła? I gdzie w ogóle się znalazła? Przecież to nie mogło być prawdziwe Seattle, była tam kilka minut wcześniej...
I wtedy nagle, usłyszała płacz dziecka. W pierwszym odruchu chciała ruszyć w tamą stronę, w końcu ktoś potrzebował pomocy, na dodatek bezbronne dziecko, a przecież Shivali... Wiedziała jak to się może skończyć dla mutantów. Zbyt dobrze to pamiętała. Rzecz w tym, że tutaj przecież musiało być niebezpiecznie, nie mogła tam tak po prostu pobiec... Aż nagle tamta kobieta nie wystrzeliła jak strzała.
- Hej! - hinduska zawołała za nią, zanim ruszyła biegiem. W końcu nie mogła jej pozwolić biec tam samej, tak?
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-10-04, 18:07
Widok, jaki dosłownie atakował was ze wszystkich stron, z pewnością nie należał do najłatwiejszych, ale przecież na co dzień nic takie nie było. Nie musieliście nawet trafiać do tego paskudnego, okropnego... Świata... Rzeczywistości... Miejsca? Nieistotne, jak można było nazwać okoliczności, w które was wrzucono. Najważniejsze, iż choć z chwili na chwilę natrafialiście na kolejne makabryczne niespodzianki, nie byliście słabi, mogliście to wytrzymać...
Czy aby na pewno?
Przeraźliwy płacz dziecka nie milkł, a wręcz rozbrzmiewał coraz głośniej i bardziej desperacko. Było w nim słychać strach, panikę, zagubienie i bezradność - ten rodzaj bezradności, jaki nie zdarzał się zbyt często. Nie musieliście dostrzegać tego, co w tej chwili działo się z płaczącą osóbką. Już sam dźwięk pozwalał wam stwierdzić, że chodziło o coś wyjątkowo złego. Nie trzeba było być specjalnie wrażliwym, aby poczuć, jak dziecięcy stan emocjonalny zaczyna udzielać się praktycznie każdemu z was. W mniejszym lub większym stopniu, ale bez cienia wątpliwości.
Nic więc dziwnego, że Fay - obecnie tak bardzo związana przecież z małą dziewczynką, którą obiecała chronić za wszelką cenę - jako pierwsza poddała się panice. Towarzyszący jej pies, co prawda, nadal nie chciał ruszyć się z miejsca, jednak to najwyraźniej przestało mieć dla niej znaczenie. Biegnąc w kierunku, z którego najpewniej dobiegał dźwięk, znalazła się w całkowicie nowym pomieszczeniu. Na jej nieszczęście - w jeszcze bardziej ciemnym, zimnym korytarzu pełnym gruzu i porastającego go mchu, na końcu którego mogła jednak dostrzec światło. Światełko w tunelu? Płacz dochodził tu jakby intensywniej, głośniej, więc mogła być pewna, że zmierzała w dobrym kierunku.
To właśnie wtedy dogoniła ją Shivali, której doznania słuchowe były praktycznie identyczne. Wąski korytarz zdecydowanie miał doprowadzić je do płaczącego. Szkoda tylko, iż na jego końcu nie znajdowało się nic, prócz jasności... Zamiast schodów, w których miejscu ziała pustka, nie znalazł się tam nawet kawałek liny, po której kobiety mogłyby zejść w dół - tam, skąd odgłosy dobiegały najbardziej słyszalnie. Wyłącznie gruz, mech i przytłumione promienie świetlne. Być może dałoby się ześlizgnąć niżej, korzystając ze struktury ściany, która teraz przypominała trochę zejście ze ścianki wspinaczkowej, jednakże... Czy nie było to zbyt duże ryzyko? Chodziło przecież o przynajmniej sześć, może siedem metrów w dół...
Tymczasem pozostawiony przez Fay pies nadal nie ruszał się z miejsca, obserwując jednak już nie punkt, w którym zniknęła jego właścicielka, a Briana. Ten zaś, jeśli liczył na możliwość bliższego przyjrzenia się ciałom, nie miał już zbytniego szczęścia. Wszelkie twarze, jakie objęło światło latarki, były całkowicie zmasakrowane. Zupełnie tak, jakby ktoś zwalił na nie masę ciężkich kamieni. Nie było tu zatem nic więcej, co mogłoby go zatrzymać... Skierowanie się za kobietami brzmiało jak najlepsza możliwa opcja zarówno dla niego, jak i dla Vincenta...
Którego moc być może była aktywna, jednak nie mogła zadziałać na tyle błyskawicznie, by ochronić go przed całkowicie niespodziewanym atakiem ze strony... Psa. Tak, tego samego, który jeszcze chwilę wcześniej nie wyglądał przecież aż tak groźnie. Teraz jednak z dzikim skowytem rzucił się na Vince'a, łapiąc go za przód koszulki i usiłując pociągnąć w kierunku, w którym odbiegły obie kobiety.
Członek Oddziału Taktycznego Niebieskiego Szwadronu
name:
Brian Anthony Kersey
age:
35 lat
height / weight:
182/96
Wysłany: 2018-10-04, 21:03
Multikonta: Liam, Nicholas, David, Seba
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
Dla Briana mogła to być nawet pułapka z tym płaczem dziecka. To miejsce było tak przytłaczające, że sam wisielec na niego tak nie zadziałał jak ujrzenie zmasakrowanych twarzy ofiar tego miejsca. To był widok trudny do opisania, jak i drażliwy dla oczu. Mimo iż jako wojskowy wiele widział, to tego zdecydowanie by do swoich doświadczeń nie dopisał.
Nagle też minęła go jedna z dziewczyn, która ruszyła zaraz za płaczem dziecka.
- Hej!
Zawołał za nią ostrzegawczo. Czy ona była głupia? Nie pomyślała, że może coś tutaj nie grać? Zaraz za nią pobiegła następna. Jaka była pewność, że faktycznie tam ktoś płakał? To było tak rzeczywiste, że sam nie rozumiał. Spojrzał na towarzysza, a po chwili na pozostawionego psa. Chyba Bono mu było. Powinni iść dalej. Zrobił parę kroków, kiedy nagle dostrzegł rzucającego się psa na mężczyznę, ciągnącego go w kierunku dziewczyn? Bowiem biegły za dźwiękiem płaczu.
- Bono.
Zwrócił się do psa, o ile dobre zapamiętał jego imię, jak dziewczyna go nazywała. Tylko czy go posłucha? Pies jednak chciał ich skierować w pewną stronę, patrząc po tym jak ciągnął nieznajomego.
- Chyba musimy iść tam gdzie dziewczyny.
Stwierdził i nie czekając aż sobie Vincent poradzi z psem, sam pobiegł do dziewczyn, zastając je albo i nie.
Wolność, kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem
Ramiona wektorowe
74%
brak
name:
Vincent Edams
alias:
Obiekt 36
age:
21
height / weight:
173/70
Wysłany: 2018-10-08, 09:28
Multikonta: Alex Parker
Podróżnik w czasie
1 Rok na Giftedach!
2 Lata Giftedów!
Grosza daj Giftedowi!
#darczyńca
Niepokojący płacz dziecka wydawał się nieco tracić na sile. Towarzyszki pobiegły przodem, co Edams uznał za większy debilizm. Przecież to mogła być pułapka. I z pewnością była. Nie ruszał się z miejsca, aż...
Spodziewał się wszystkiego. Nagłego ataku z sufitu, spod nóg, z każdej strony, ale nie tego, że ten głupi kundel rzuci się...na niego.
- Co do...! - warknął, gdy zwierzę zaczęło go szarpać. Mało brakowało, by chłopak spacyfikował psa, lecz dotarło do niego, że on go...ciągnie. W każdym razie próbuje gdzieś zaciągnąć.
- No już, puszczaj, idziemy ! - warknął łapiąc kundla za kark i odrywając od siebie.
Zakładając, że Bono postanowił nie odgryzać mu nogi, rzucili się pędem do przodu.
Zobaczył w końcu, że biegną w stronę jakiegoś punktu światła. Pytanie tylko, czy to nie był zły pomysł ?
Zatrzymał się tuż za Fay, oddychając szybko.
- Pogięło was ? - wydyszał - Nie oddalajcie się, to mogła być pułapka
Spojrzał w dół. Czy to była jedyna droga.
- Nie dacie rady tędy zejść - zawyrokował. - Pójdę przodem, zobaczę czy tędy da się stąd wyjść.
Ściana wyglądała na stabilną, nie była też zupełnie pionowa. Z pomocą wektorów, nie powinien mieć problemów ze zejściem. Wziął głęboki oddech, cofnął się o dwa kroki i wykonując skok, wczepił się zarówno swoimi dłońmi, jak i wektorami w ścianę.
Droga prowadziła wyłącznie w dół. I tam się udał.
Czy pomyślała o tym, że to może być pułapka, że płacz dziecka służył temu, by ich do siebie zwabić? Nie, ani przez sekundę. Po prostu... przed chwilą zobaczyła imię Ronniego, co mocno wtrąciło ją z równowagi, a skoro on tu był, to może Penny też. Czy to miało jakikolwiek sens - nie wiedziała, ale nawet jeśli to nie była ona, to i tak nie mogli przejść obok czegoś takiego obojętnie.
Druga z dziewczyn z ich małej grupki myślała chyba podobni jak Fay, bo gdy tylko dotarła na miejsce, ta pojawiła się zaraz obok. Problem polegał na tym, że żadne z nich nie miało jak sprawdzić tego, co działo się przed nimi, na dole, w ciemnej, zapadniętej klatce schodowej, przy której najbardziej stabilnie wyglądający brzegu Fay upadła na kolana, starając się coś jednak dojrzeć.
- Halo? Jest tam kto? - spytała trochę głośniej, jednocześnie starając się nie robić hałasu na cały budynek, żeby nie ściągnąć nanich kłopotów. Chciała właśnie, żeby jej głos był słyszalny właśnie maksymalnie te kilka metrów w dół.
- Masz latarkę? - spytała Vincenta, który przybiera zaraz za nimi. To on cy to drugi z mężczyzn miał latarkę? Nieważne - Poświećcie tu - rzuciła do nich, już nie kierując pytania do konkretnej osoby.Musieli sprawdzić co dzieje się na dole, czy w ogóle da radę zejść na dół. Ona nie potrafiła tego stwierdzić, ale Vincent... hmm, jego mocą rzeczywiście mogło być to dla niego łatwiejsze, więc nie spieram się i kiwneła głową, gdy zaoferował się zejść na dół.
_________________
I wish I could see this world again through those eyes...
- Przecież nie mogła tu pobiec sama - wyjaśniła lekko zsapana Shivali. Cokolwiek tutaj się właściwie działo, mieli tylko siebie i dziewczyna nie mogła dopuścić, żeby komukolwiek z ich czwórki coś się stało. - Tak na marginesie, jestem Shivali - przedstawiła się z tym swoim dziwacznym, hindusko-szwedzkim akcentem. W końcu przecież nawet nie mieli pojęcia jak się nazywają, a skoro już tworzyli z przymusu jakąś drużynę, to chyba powinni wiedzieć jak się do siebie zwracać. Byli jedynymi ludźmi, na których mogli polegać.
Jeśli Fay nie dostała latarki, Shiv podała jej swoją komórkę z zablokowanym fleshem. Oszczędzanie baterii oszczędzaniem baterii, ale wolała widzieć co się dzieje niż mieć osiemdziesiąt procent.
- Czekaj - powiedziała, kiedy tylko Vincent zaproponował że zejdzie na dół. Dotknęła jego ramienia i na spokojnie, bez pośpiechu nawiązała więź. Musiała być pewna, że to zadziała. - Teraz będziemy mogli się ze sobą skontaktować - wyjaśniła. Miała świadomość jak wiele ryzykowała ujawniając że jest mutantką, ale przecież nie mogła pozwolić, żeby się rozdzielili bez żadnego połączenia. Miała tylko nadzieję, że to nie obróci się przeciwko niej, i że ci ludzie nie byli z GC.
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-10-09, 14:33
Pies, który jeszcze niedawno zapierał się wszystkimi czterema łapami nie chcąc opuścić tego pomieszczenia, teraz razem z Vincentem i Brianem ruszył niczym strzała w kierunku swojej pani. W całym tym wydarzeniu zdawało się, że zwierzę rozumiało znacznie więcej od zgromadzonych tutaj osób. Bono podszedł do skraju dziury, spuszczając swój łebek w dół, po czym po krótkiej chwili wydobył z siebie ciche skomlenie. Płacz dziecka nawet na moment nie ustąpił i teraz wszyscy byli całkowicie pewni, że wystarczyło zejść tych kilka metrów, by dotrzeć do jego źródła…
Vincent zdawał się wpaść na pomysł genialny w swojej prostocie. Był obdarzony, miał odpowiednie narzędzie, by właściwie zostać bohaterem grupy. Nie było tu żadnych sprzeciwów ze strony jego nowych sojuszników. Więc czy coś właściwie stało mu na przeszkodzie? Mężczyzna zaczął schodzić w dół przy pomocy światła latarki Briana. Jeden metr. No, może ponad jeden metr. Tyle udało się zejść Vincentowi, nim poczuł jak coś sypie się mu na głowę, zaburzając jego równowagę i koncentrację. Jeśli odważył się odchylić głowę i spojrzeć w górę, zobaczył, że gruz i fragmenty podłogi (pod wpływem ciężaru reszty grupy) zaczęły na niego opadać. Wiedział, że jeśli się nie pospieszy – nie skończy się to wesoło. A jeszcze bardziej zaczynał go przerażać fakt, że jego wektory… jakby… zanikały. Cały ten stres i strach Vincenta udzielał się połączonej z nim Shivali. Dziewczyna odczuwała jego panikę, która zaczynała ją osaczać, otumaniać, oszałamiać…
Mniej więcej w tym samym czasie Brian zdołał usłyszeć z dołu echo zbliżających się ciężkich kroków. Czy to możliwe, że wcześniejszy krzyk Fay zwabił do nich intruza? Mogli się schować. Zdążyliby. Ale we dwójkę. No, może we trójkę, jeśli zaciągnęliby Shivali siłą. Vincenta jednak nie mieli szans uratować. Nie przed przybyciem tajemniczej osoby, było stanowczo za mało czasu. Co mieli jednak zamiar zrobić? Jaką podejmą decyzję? Na pewno nie sprzyjało im w tym wszystkim donośne ujadanie Bono...
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum