Poprzedni temat «» Następny temat
Biuro
Autor Wiadomość
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2018-06-07, 20:43   Biuro


[Profil]
 
 
Ricky Roseberry



Gdy przerasta nas życie, chowamy się w jego cieniu.

bariera ochronna - fizyczna

86%

wolna mścicielka





name:

Ricky Roseberry

alias:
Sofia

age:
24

height / weight:
156/50

Wysłany: 2018-06-18, 12:07   
   Multikonta: Brak
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


/ 2 kwiecien


Może i byłam w tyle z informacjami, ale będąc w bractwie po raz pierwszy od aresztowania Sami rzuciło mi się kilka rzeczy w oko. To że Aaron wyleciał z całą ekipą lub to że nigdzie nie było Matilde. Na początku byłam zła wściekła zirytowana, że nie dała mi znać, ale teraz było to jasne. Nie lubiłam słuchać plotek, ale chcąc nie chcąc doszły też do mnie. Faktycznie nie byłam dzisiaj od rana w humorze, a to co usłyszałam o Tildzie jeszcze bardziej mnie wkurzyło. Pamiętam naszą rozmowę jak była strasznie rozkojarzona, a teraz to. I to jeszcze nasz tymczasowy przywódca miał dopuścić się takiej zbrodni? Jakoś mi się wierzyć nie chciało, ale działałam impulsem nie zważając na konsekwencję. Weszłam do Niego do biura, a ten siedział przy biurku i coś bazgrolił na kartkach. Zamknęłam za sobą drzwi z trzaskiem żeby nikt nie przeszkodził i zrobiłam kilka kroków w stronę mężczyzny. W tym czasie moja tarcza uformowała się wokół niego i poleciał do tyłu tak że został przyszpilony do ściany i nie mógł się poruszać. Jak na bardzo mądrego nie przemyślał że tak błahe sprawy jak plotki mogą mu zagrozić atakiem na niego.
- Hopper gdzie jest Tilda?! - wrzasnęłam na Niego podchodząc coraz bliżej. - Była moją przyjaciółką co jej zrobiłeś? - powiedziałam przez zęby, a tarcza zaczęła się na nim zaciskać tak mocno że mógł poczuć nieprzyjemny ból i drętwienie kończyn. Nie byłam przekonana żeby ją zabił, ale nie mogłam tego wykluczyć. Byłam wściekła. Na niego jak i na samą siebie, że do takiego czegoś dopuściłam. Poprawiłam krzesło na którym siedział i usadowiłam się na nim prosto przed facetem. Na mojej twarzy mógł zauważyć wiele emocji, od złości i zirytowania do współczucia i zamartwiania się.
_________________

Ricky Roseberry


[Profil]
  [A-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-06-19, 23:20   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Nadmiar pracy nie był taki zły. Zajmował myśli, sprawiał, że Hopper nie miał czasu raz za razem przetwarzać wydarzenia z dziesiątego marca i szukać sposobu, żeby temu zapobiec. Po raz kolejny był zbyt emocjonalny, po raz kolejny zginęli przez to ludzie. Podobno inteligentni ludzie uczyli się na swoich błędach.
Will by w trakcie pracy, kiedy usłyszał hałas. Odruchowo i nieco kierowany ostatnimi wydarzeniami dotyczącymi Bractwa sięgnął do kabury i odbezpieczył broń. Nie zdążył obrócić się czy wycelować, kiedy został przyszpilony do ściany. W pewien sposób, poczuł się przez to nieco lepiej - przynajmniej jego paranoja była czymś usprawiedliwiona. Nieistotne. W tamtym momencie musiał skupić się tym jak wyjść z tego cało. Cóż, może nie potrafił walczyć za pomocą siły umysłu, ale za to potrafił dosłownie myśleć szybciej od jakiegokolwiek człowieka.
Zaatakował go mutant. Kto? Roseberry, Ricky - sądząc po mocy, ale też drobnych różnicach w twarzach bliźniaczek. Jeden na jeden, sytuacja nie była zła. Trzymał odbezpieczony pistolet, ale nie mógł nim wycelować. To nie był szczególny problem, wystarczyło tylko odwrócić na chwilę uwagę Roseberry i lekko unieść lufę - ułatwiła mu zadanie, kiedy w ślimaczym tempie zaczęła siadać na krześle. Z tego co Hopper pamiętał, dziewczyna dobrze panowała nad mocą, ale nikt nie był perfekcyjny. Wystarczyło tylko wyciągnąć coś prywatnego, o siostrze albo dziewczynie - bo była lesbijką, prawda? Kiedy byłaby delikatnie rozproszona, mógłby unieść nadgarstek - może nie pod takim kątem, żeby od razu trafić ją w głowę albo w serce, ale byłby w stanie trafić ją nieco pod mostkiem, szybko by się wykrwawiła... W razie czego zostawał brzuch, taka rana powinna ją wyeliminować z gry i uniemożliwić używanie mocy wystarczająco długo, żeby mógł wycelować i trafić w głowę...
Stop. Nie powinien jej zabijać, za to, że była na poziomie intelektualnym gąbki z agresją na poziomie nosorożca. Popchnęła go na ścianę i usiadła na krześle - tylko tyle. I kiedy do Hoppera zaczęły głoska po głosce docierać słowa dziewczyny, parsknął śmiechem i pozwolił sobie wrócić do normalnego sposobu myślenia.
- Masz świetny refleks, Roseberry - stwierdził. Hopper znał plotki, wiedział że o tamtej kłótni słyszała połowa Bractwa. Rzecz w tym, że minął od niej niemal miesiąc, a gdyby faktyczne zabił wtedy Wallace, już dawno nic by nawet nie zostało z jej ciała. - Zdradzę ci sekret. Istnieje takie urządzenie, niesamowity wynalazek ludzkości. Nazywa się telefon komórkowy. Kiedy chcesz się dowiedzieć, czy u kogoś wszystko w porządku, wstukujesz numer i wciskasz zieloną słuchawkę. Wiem, też uważam, że to niewiarygodne - powiedział cynicznie. - A teraz, puść mnie - dodał, posyłając jej nieprzyjemny uśmiech, po którym łatwo można było wyczytać, że Hopper miał zamiar to zapamiętać, a Roseberry już była w dupie.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Ricky Roseberry



Gdy przerasta nas życie, chowamy się w jego cieniu.

bariera ochronna - fizyczna

86%

wolna mścicielka





name:

Ricky Roseberry

alias:
Sofia

age:
24

height / weight:
156/50

Wysłany: 2018-06-21, 12:17   
   Multikonta: Brak
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Wiedziałam że mogę zostać wywalona z bractwa lub co gorsza zostanę zabita. Miałam to gdzieś w tym momencie. Rozwiązywałam problem po problemie. Po kolei wszystko to co zaprząta moją głowę. Teraz pora na Tilde. Jego ton wcale mi nie pomagało się uspokoić. Uśmiechnęłam się do saiebie, ale nadal utrzymywałam moją moc. Widziałam broń którą trzymał i moje serce szybciej zabiło. Adrenalina, niepewność, odrobina strachu. Tak to wszystko mi towarzyszyło. Spojrzałam na niego.
- Jest takie coś zgadza się, ale ostatnim razem gdy z nią rozmawiałam była w rozsypce, a później jakbyś nie zauważył nie było mnie w bractwie, które nie ruszyło nawet najmniejszym palcem żeby ratować moją siostrę, która narażała siebie żeby wam pomóc i zdobyć leki. - wysyczałam przez zęby zakładając nogę na nogę. Byłam zła i to widziałby każdy kto w tym momencie by na mnie zerknął. Byłam tu, pomagałam im, narażałam nie tylko siebie ale też moich bliskich, a oni jak się odpłacali? No właśnie niczym, nawet nie zareagowali gdy Rocky nie wróciła. To ja musiałam się tym zająć.
Westchnęłam i podeszłam po chwili do mężczyzny. Odsłoniłam z tarczy jego rękę i zabrałam mu broń kładąc na biurku. W tym momencie wypuściłam go z mojej mocy i uformowałam ją przy sobie gdyby chciał się zemścić. Patrzyłam na każdy jego ruch.
- Chcę wiedzieć skąd się wzięły te plotki i co jej zrobiłeś. - powiedziałam głosem nieznoszącym sprzeciwu i założyłam ręce na klatce piersiowej. - Podobno nami rządzisz i masz łeb jak internet. Zawiodłam się na Tobie myślałam że więcej ogarniesz, a nie zrzucasz wszystko na innych. Masz szczęście że to łowcy przyprowadzają nowych i zaginionych. - ciągnęłam dalej mój monolog nie pozwalając mu na razie na odpowiedź. Nadal byłam zła, ale przynajmniej wiedziałam, że teraz nic mi nie zrobi. Stałam. Czekałam na jego odpowiedź, na próbę tłumaczenia się. Irytował mnie. Colleen tolerowałam oddałabym życie za nią gdyby trzeba było, ale on? Irytował mnie samym sposobem bycia. Wywyższał się i uważał że jest lepszy, a to nie była prawda. Każdy był równy każdy potrafił coś niezwykłego i każdy mógł posunąć się do zbrodni by kogoś uratować lub kryć swoją dupę.
_________________

Ricky Roseberry


[Profil]
  [A-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-06-27, 16:47   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


- Przykro mi z powodu twojej siostry, ale na ten moment nie jesteśmy w stanie ratować nikogo, twojej siostry czy Colleen Marie - przyznał. Na ten moment ledwo wiązali koniec z końcem, nie było mowy o jakimkolwiek dodatkowym ryzyku. I nie, nie zaskoczyło go to, że Matilde była wtedy w rozsypce. Ona zwykle była w rozsypce. - A Wallace? Odeszła z Bractwa niemal miesiąc temu. Jeżeli coś od niej chcesz, powinnaś zadzwonić, a nie atakować Bogu ducha winnych ludzi. Swoją drogą, kiepski plan - ciskać ludźmi w budynku gdzie każdy ma ofensywną moc lub nabitą broń? Gdybym nie był zmęczony, prawdopodobnie odruchowo bym cię postrzelił - stwierdził dość sucho. Tak, Roseberry go irytowała samym atakiem i tym swoim całym przesłuchaniem, ale nie miał najmniejszego zamiaru dać się ponieść emocjom. Z resztą, Ricky nie należała do wąskiego grona osób, które potrafiły sprawić, że był naprawdę wściekły. To miejsce było zarezerwowane dla jego sióstr i Wallace.
Ciężko stwierdzić, czy to odebranie broni bardziej go zirytowało, czy rozbawiło. Na dobrą sprawę, gdyby chciał ją zabić, wystarczyłby mu moment, w którym zmniejszyła nacisk mocy. Ba, kiedy tak podeszła, dała mu czysty strzał, który przeszyłby jej jelita, żołądek, wątrobę i płuco, przy dobrych wiatrach może nawet i od razu serce.
- Nie mam w zwyczaju atakować swoich - skomentował tylko spokojnym tonem. Nie robił tego, w przeciwieństwie do niej. - To pistolet. Powinnaś go zabezpieczyć, mają brzydki zwyczaj samoistnie wystrzeliwać - dodał jeszcze. Tylko tyle mu brakowało, żeby sama się postrzeliła z jego broni.
Jedynym plusem sytuacji było to, że Roseberry w końcu go puściła. Will nie miał zamiaru ruszać się z tego miejsca czy sięgać po broń. Fakt, czuł się bezbronny bez niej w kaburze, ale miał świadomość jak irracjonalne to było uczucie, a ostatnie czego potrzebował, to żeby Ricky wpadła na genialny pomysł, że właśnie postanowił ją zaatakować.
- Nic jej nie zrobiłem - a przynajmniej nic, poza pohamowaniem jej samobójczych zapędów. - Jeżeli coś od niej chcesz, to po prostu do niej zadzwoń - stwierdził, chociaż szczerze powiedziawszy, nie sądził żeby faktycznie były tak blisko, jak twierdziła Roseberry. Wallace była... trudna. A oprócz tego, sam fakt że dziewczyny najprawdopodobniej nie miały kontaktu ze sobą od jakiegoś miesiąca, sporo mówił. - I cóż, jeśli masz kogoś chętnego na stanowisko dowódcy tego pierdolnika, kogo reszta zaakceptuje, to bardzo chętnie go tutaj zostawię, a sam wyjadę do Kalifornii. - W końcu to nie był najgorszy plan. Przynajmniej umarłby w jakimś sympatycznym miejscu.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Ricky Roseberry



Gdy przerasta nas życie, chowamy się w jego cieniu.

bariera ochronna - fizyczna

86%

wolna mścicielka





name:

Ricky Roseberry

alias:
Sofia

age:
24

height / weight:
156/50

Wysłany: 2018-07-02, 22:22   
   Multikonta: Brak
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


- Nie byliście w stanie, ale ja byłam i zaangażowałam w to tylko trzy osoby. Rozumiesz TRZY JEBANE OSOBY i Rocky żyje. Dzięki mnie, a nie dzięki wam. Hopper do jasnej cholery wiem że umiesz liczyć i te trzy osoby by Cię nie zbawiły skoro nawet ostatnio przyprowadziłam kolejnego! - wrzasnęłam na niego i odeszłam do ściany by się o nią oprzeć. Zdjęłam z siebie tarcze i patrzyłam na mężczyznę który zaczął swój wywód. Wzięłam głęboki wdech i opadłam na podłogę.
- Trzeba było to zrobić przynajmniej uwolniłabym się od tych wszystkich kłopotów. - powiedziałam już ciszej zrezygnowana i zasłoniłam swoją twarz dłońmi. Miałam dość. Po prostu serdecznie dość. Teraz, gdy Sami ma moc, Rocky doła, Tildy nie ma, Aaron spierdolił, tak samo Andy nie miałam już tutaj prawie nikogo żeby mógł mnie wesprzeć. Popadałam w coraz większego doła, ale dla innych musiałam udawać silną. To mnie wykańczało. Wykańczało doszczętnie, brak treningów dawał mi o sobie znać a adrenalina i nerwy wybuchały w najmniej odpowiednim momencie. Właśnie takim jak teraz. Stawałam się bombom zegarową która wybuchała wtedy kiedy tego nie chciała. Nawet najmniejszy element mógł sprawić że nie kontrolowałam siebie.
- Wybacz Hopper, ale brak treningu daje mi we znaki dodatkowo wszyscy znajomi spierdolili, a przy sobie mam mutanta z praktycznie zerowym skillem którego jest trudno ogarnąć. Myślę że mogę porównać tą sytuację do twojego jak to nazwałeś pierdolniku. - powiedziałam załamując ręce i opierając je o podwinięte pod brodę kolana, a głowę odchyliłam do tyłu tak by oprzeć się o ścianę. Oczywiście kilka razy najpierw w nią przywaliłam i dopiero po 4 uderzeniu poczułam taki ból bym otrzeźwiała.
- Nie bój się jestem bezbronna fizycznie i psychicznie. Schowaj pistolet. - zaśmiałam się i zamknęłam oczy czekając na kolejne kazanie od lidera. W mojej głowie przelatywało tysiące myśli, a co kolejna to gorsza i bardziej prowokująca do płaczu i poddania się. Zaczęłam liczyć od stu do zera, a później zaczęłam liczyć swoje oddechy. Tak dla uspokojenia.
_________________

Ricky Roseberry


[Profil]
  [A-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-07-11, 13:14   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Hopper właściwie nie zareagował na ten cały wybuch Roseberry. Udało jej się zadbać o bezpieczeństwo własnej rodziny? Świetnie. Zorganizowała akcję zupełnie sama? Jeszcze lepiej. W tamtym momencie, czy Hopper tego chciał, czy nie, nie był w stanie się tym zająć. Miał na swojej głowie pięćdziesięciu ludzi, którzy musieli coś jeść, gdzieś spać, a oprócz tego mieli potencjalnie zabójcze moce i byli poszukiwani przez rząd. Och, i oczywiście nie należało zapominać o tej dwudziestce złapanej przez DOGS, wliczając w nich ich przywódczynię, Colleen Marie. Odpowiadał za nich, to przez niego tam trafili, to przez to, że nie było go na miejscu Bractwo dopuściło do tego ataku. Problem w tym, że liczby były bezwzględne. Miał pięćdziesięciu, ciągle żywych i wolnych mutantów i musiał upewnić się, że ten stan się nie zmieni. To nie mogło być ważniejsze od tamtej dwudziestki. Nie mógł poświęcić tych ludzi, żeby uratować uwięzionych.
Will ledwo powstrzymał się przed wywróceniem oczami, kiedy usłyszał ten jakże dramatyczny komentarz Roseberry. Miała dość życia i chciała się zabić? Proszę, wystarczy że wyjdzie na ulicę i pobawi się nieco mocami, ktoś ją wyręczy. Nie miała pojęcia o czym mówiła. Możliwe że nigdy nawet nie walczyła o własne życie czując śmierć na własnym karku. A te jej problemy? Szczerze mówiąc, nie wydawały się Hopperowi szczególnie tragiczne. Właściwie, to nawet mógłby się wymienić. Już lata temu przyzwyczaił się do samotności i zaakceptował, że może polegać tylko na sobie. Miał swojego niekontrolującego własnych mocy mutanta, który na szczęście chwilowo przeniósł się do Kanady. Nawet taka irytująca moc domagająca się treningu nie wydawała mu się aż tak zła. Cóż, przynajmniej żyła, tak? Nikt przez nią nie zginął… Przynajmniej do tej pory. Nie potrafiła nad sobą panować to była tylko kwestia czasu.
- Łapię – odpowiedział na ten jej cały jej monolog. Ludzie tak robili, kiedy ktoś, kogo nie obchodzili, zaczynał im się zwierzać i walić głową w ich ścianę, tak? – Jeśli masz jakiś problem, idź do sanitariuszy albo Rocky po jakieś ziółka. Jeśli masz dość to się zastrzel, to nie moja decyzja. Wiem, że zachowujesz się nieprzewidywalnie i nieodpowiedzialnie, nie mogę wysyłać kogoś takiego w teren. Tracisz rangę łowcy, znajdź sobie jakąś inną robotę – powiedział, zanim wrócił do swojego biurka. Miał swoją pracę, nie miał czasu stać nad Roseberry i jęczeć jakie to ona ma ciężkie życie. Tylko lekko się uśmiechnął, słysząc jej słowa. – Nie chcę cię martwić, ale nie jesteś najbardziej przerażającym wyzwaniem na mojej drodze. Jeśli to wszystko, możesz iść. Mam pracę.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Ricky Roseberry



Gdy przerasta nas życie, chowamy się w jego cieniu.

bariera ochronna - fizyczna

86%

wolna mścicielka





name:

Ricky Roseberry

alias:
Sofia

age:
24

height / weight:
156/50

Wysłany: 2018-08-16, 21:41   
   Multikonta: Brak
  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Nie miałam ochoty się z nim kłócić czy rozmawiać o jakimkolwiek innym temacie. Przyjęłam to na spokojnie. Okej zdegradowana. Czemu nie przecież i tak będę robiła co swoje. Prawda? Może bardziej skupię się na treningach i to pomoże mi ogarnąć swoje emocje. Możliwe, ale to się jeszcze zobaczy. Zerknęłam na Niego spode łba i wstałam na nogi Uniosłam ramiona w geście poddania się i obojętności.
- Jak tam sobie chcesz panie i władco. - powiedziałam z ironią i podeszłam do biurka gdzie leżały jego papierki po których wcześniej mazał.
- A jeśli to jest ta twoja praca to ups.. - w tym momencie zwaliłam je na podłogę. - schrzaniona jak wszystko czego dotknąłeś. - powiedziałam tonem nie wskazującym na żadne uczucia i skierowałam się do wyjścia trzaskając drzwiami na pożegnanie. Dopiero wtedy pomyślałam co zrobiłam i jak najszybciej pobiegłam do pokoju,

/zt
_________________

Ricky Roseberry


[Profil]
  [A-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-09-18, 18:58   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


15 maja

Przez ostatnie cztery dni, jedyne co Matilde tak naprawdę robiła, to odgrywanie w swojej głowie milion różnych scenariuszy pod tytułem co może pójść nie tak. I tak, zdawała sobie sprawę, jak żałośnie to brzmiało. Ale w tej jednej sprawie, w tej jednej sytuacji… była zdesperowana. Była w kropce. Na każdą myśl o tym, w jej gardle pojawiała się gigantyczna gula, a wypowiedzenie jakiegokolwiek słowa… graniczyło z cudem. Zresztą… już kilka razy zabierała się do poinformowania Hoppera, ale ostatecznie kończyło się tym samym. I najprawdopodobniej, kiedy tak gwałtownie przechodziła z potrzebującej niezwykle dużo czułości do milczącej, chcącej jak najwięcej przestrzeni osobistej postawy, nieumyślnie przysparzała mężczyźnie nowych zmartwień. Ale ta cała sytuacja… to była dla niej nowość. I im dłużej o tym myślała, tym gorzej się z tym wszystkim czuła. Ale Cass miała rację. Musiała mu powiedzieć. On też musiał się dowiedzieć, on też musiał mieć czas, by to wszystko przetrawić. Przecież… przecież ostatecznie nie będzie aż tak źle. Był dupkiem, ale nie był dupkiem… Prawda? Nie było sensu tego przekładać. I kiedy tylko podniosła się z łóżka, zdała sobie sprawę, że to musi się wydarzyć dzisiaj.
Praktycznie przez kilka godzin kręciła się pod gabinetem Hoppera, by ostatecznie stchórzyć i nawet nie wejść do środka. Rany. To nie było nic trudnego. Zazwyczaj robiła to kilka razy dziennie. Chwytała za klamkę i wchodziła, by usłyszeć głos tego marudy i wyjść po kilku minutach. Ale dzisiaj… dzisiaj to wszystko było zdecydowanie zbyt przytłaczające. I dopiero, kiedy zbliżała się pora obiadowa, czyli moment, w którym zawsze nawiedzała Hoppera w gabinecie, by wyciągnąć go na jedzenie, wpadła na pomysł genialny w całej swojej prostocie. Zaciskając rękę na klamce, po prostu bez żadnej zapowiedzi wparowała do środka, czując jak z każdym kolejnym krokiem jej nogi zamieniają się w watę, a serce wyskakuje z klatki piersiowej. Och, ogarnij się, Wallace – skarciła się w myślach. To było teraz albo nigdy i przysięgam, że nie zniosłaby kolejnego dnia zadręczania się w myślach. Dlatego też nie zrobiła tego co miała zawsze w zwyczaju. Nie oparła się plecami o drzwi, nie zaplotła dłoni na wysokości klatki piersiowej, ani tym bardziej nie uraczyła go jakimś sarkastycznym komentarzem. Nie, dzisiaj było całkowicie inaczej. Dzisiaj nie zamierzała się zatrzymywać. Po prostu kroczyła przed siebie, pokonując odległość od drzwi do biurka, przy którym pracował Hopper, a potem… a potem po prostu to zrobiła. Trzęsącą dłonią położyła na dokumentach, które kończył przeglądać, to małe ustrojstwo z widocznymi dwiema kreseczkami… Matilde przełknęła cicho ślinę, nie spuszczając wzroku z jego twarzy, a jej serce na moment się zatrzymało.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-09-18, 20:04   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Właściwie kiedy tylko przeszła przez drzwi, już wiedział, że coś było nie tak. Może chodziło o dźwięk jej kroków, tempo w którym stawiała stopy. Może to była kwestia otwierania drzwi, zbyt gwałtownego i zbyt nerwowego. Nieistotne, po prostu wiedział. Hopper podniósł na nią wzrok, patrzył jak przemierza pokój, jak podchodzi do jego biurka, żeby w końcu wyciągnąć drobny przedmiot i położyć go drżącymi dłońmi na stosie papierów.
Ciężko powiedzieć, że się tego nie spodziewał. Na początku, kiedy źle się czuła, faktycznie myślał, że to kwestia heroiny. W swojej głowie nieustannie przeklinał jej dumę i głupotę, to że nie chciała jego metadonu, każdego dnia martwiąc się o nią coraz bardziej... aż w jego głowie nie pojawiła się inne, niesamowicie dziwne, a równocześnie proste i logiczne rozwiązanie.
Nie chciał poruszać tego tematu. Prawdopodobnie przesadzał. Zabezpieczali się, a skoro Matilde nie widziała w tych wymiotach nic dziwnego, powinien to uznać za zwykłe odstawienie heroiny w trudniejszy sposób. W końcu znała się na tym dużo lepiej niż on, musiała wiedzieć co się dzieje. Hopper nie musiał się przekonywać do tej wersji zbyt długo, niewiele później gdy udało mu się wyciągnąć z Wallace informacje o skutkach ubocznych jej mocy, mógł uznać nudności za kolejną anomalię. I tak, to miało sens... ale tylko przez chwilę. W końcu, kogo ona leczyła przed Mercy? Nie widział żeby używała na nim mocy, z resztą, tak długo jak ukrywał przed nią migreny, nie powinna mieć powodów, żeby to robić. Może i znalazł powód, dla którego teraz źle się czuła, ale na początku miesiąca?
A to jej całe zachowanie... Zaczęło się nieco ponad dobę po tym, jak opowiedział jej o wszystkim. To nie mógł być przypadek, prawda? Will nie miał najmniejszego pojęcia co robić, więc, ponownie - nie poruszał tematu. Nawet by nie wiedział jak zacząć...
Ale teraz, kiedy w końcu dostał potwierdzenie swoich przypuszczeń, wszystko zaczynało mieć coraz więcej sensu, a równocześnie... To było tak surrealistyczne, Nie pasowało do niego, do niej, do nich. Nigdy nie widział się w takiej sytuacji.
- Co chcesz zrobić? - spytał zwyczajnym, pozbawionym zbędnych emocji tonem, tak typowym dla niego, kiedy w jego głowie było zbyt dużo myśli na raz. Chyba nie miał prawa wpływać na jej decyzję, ale musiał wiedzieć czy miała zamiar usunąć ciążę, Po prostu musiał.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-09-18, 20:39   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Wśród miliona odgrywanych w głowie scenariuszy, tego jednego kompletnie nie przewidziała. Wpatrywała się w twarz Hoppera, spoglądała, jak mężczyzna spuszcza wzrok na test ciążowy, patrzyła jak wbija w nią spojrzenie, ale… ale w tym wszystkim nie zobaczyła kompletnie niczego. Zero zdziwienia, zero rozczarowania, zero wściekłości, zero zmartwienia… Po prostu nic. Pustkę. Jakby nie czuł, jakby go to w ogóle nie obchodziło... Kompletnie wytrącona z równowagi Wallace, zamrugała kilkakrotnie oczami. Chciała zrozumieć, chciała coś dostrzec, chciała wiedzieć, że był tak samo przerażony jak ona. Ale… ale nic takiego tutaj nie było. Zamiast tego pojawiło się to cholernie dziwne pytanie, które wcześniej nawet nie przyszło jej do głowy. Wallace poczuła jak jej serce znowu nienaturalnie przyspiesza. Co chciała zrobić? Za kogo on ją w ogóle uważał? I dlaczego do cholery pozostawiał tą decyzję tylko jej? Przecież byli razem. Prawda? Przez twarz Wallace musiał teraz przejść prawdziwy huragan emocji. Od przerażenia, przez zdezorientowanie, ból, zagubienie, do wściekłości.
– Co ja zamierzam zrobić? – odezwała się w końcu lodowatym tonem głosu. Zamierzał ją z tym wszystkim zostawić samą? Brunetka zacisnęła usta w cienką linijkę. Nie mogła w to wszystko uwierzyć. Po prostu… to nie miało tak wyglądać. Kurwa. Matilde potrząsnęła głową.
– Nie wiem, okej? Jestem przerażona! Nie chciałam tego, nie planowałam tego, a to tak nagle się stało… I kurwa, brałam heroinę najprawdopodobniej mając już to i… – ale nie była w stanie dokończyć tego zdania, bo niemal od razu jej oczy zaczęły niebezpiecznie błyszczeć. Mogła zniszczyć dosłownie wszystko… na dobrą sprawę nawet nie wiedziała, czy już czegoś nie zepsuła. To nie dawało jej spokoju. – A teraz ty… ty zachowujesz się jak jakiś pierdolony robot i nawet nie potrafię rozgryźć, co o tym wszystkim myślisz i… Czy ty naprawdę kompletnie nic nie czujesz, Will? – po prostu chciała zobaczyć w nim coś, co by ją w jakimś stopniu uspokoiło. Szukała w nim jakiegoś spokoju, oparcia, a jedyne co widziała to jedna wielka pustka i… Matilde przetarła swoją dłonią twarz. Po prostu w tym momencie naprawdę potrzebowała, by powiedział cokolwiek, co nie było jakimś cholernym obowiązkiem. Potrzebowała, by powiedział cokolwiek, bo powoli traciła w niego wiarę. Wallace wytarła wierzchem dłoni mokre oczy.
– Nie wiem co chcesz, żebym zrobiła, ale… ale ja nie mogę… nie mogę się tego pozbyć – wyrzuciła z siebie w końcu. Już dawno nie czuła takiego strachu, jak w tym momencie.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-09-18, 21:44   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Nie chciał jej denerwować, nie chciał wywoływać tego, cokolwiek właściwie przetaczało się przez jej twarz, nie chciał żeby poczuła się z tym porzucona. Po prostu chciał wiedzieć, czy przyszła tutaj, bo nie była w stanie sama sobie załatwić aborcji, czy dlatego, że chciała mu powiedzieć. Miał prawo wiedzieć, prawda? W końcu to było też... jego dziecko... A raczej zbiór komórek z kodem DNA złożonym z połowy jego chromosomów i połowy jej. Nie powinien o tym myśleć w inny sposób, przynajmniej dopóki nie będzie wiedział, co chciała zrobić Wallace. W końcu nie miał prawa jej do niczego zmuszać, to byłoby całkiem logiczne z jej strony, gdyby zdecydowała się usunąć ciążę. W końcu żyli w tym kraju, jako zbiegowie, oprócz tego to właśnie najpewniej to wpływało na skutki uboczne jej mocy, nie mówiąc już o czymś tak oczywistym jak jej nałóg czy brak profesjonalnej opieki medycznej.
Chciał ją jakoś uspokoić, ale nie miał najmniejszego pojęcia co robić, a oprócz tego, jego myśli cały czas uciekały do tego jednego pytania...
- Wiem, Wallace - odpowiedział jej. Czy to, że martwiła się o heroinę, znaczyło, że miała zamiar donosić ciążę? - I nic już z tym nie możemy zrobić.
On też był kompletnie przerażony tą wizją. Nie nadawali się do tego, żyli w złym kraju, on był poszukiwany przez pierdoloną mafię... ale nie był w stanie zająć swoich myśli panikowaniem. Po prostu raz za razem, wśród tego całego mętliku w swojej głowie wracał do tej jednej kwestii. Musiał to wiedzieć, potem będzie mógł zajmować się czymkolwiek innym, A Matilde, jak na złość, nie chciała mu odpowiedzieć. Mówiła o tym wszystkim, próbowała coś z niego wyciągnąć... a on naprawdę nie miał pojęcia. Nawet nie próbował stwierdzić, co czuł, a czego nie czuł, to było zbyt skomplikowane.
- Ja po prostu... - zaczął, ale nawet nie wiedział dokąd właściwie zmierzał. Miał w głowie zbyt duży mętlik, żeby się zorientować. - Chciałbym wiedzieć, czy chcesz usunąć ciążę - powiedział, samemu się po sobie tego nie spodziewając. Nie miał pojęcia czemu te słowa w ogóle opuściły jego usta, dziwnie szczere i prywatne. Po prostu cholernie chciał dostać odpowiedź. Miał prawo, tak?
I kiedy Matilde w końcu wydukała odpowiedź... ulżyło mu. Chyba nie powinno, chyba powinien być bardziej przerażony... Ale naprawdę było mu lepiej. Może to była po prostu kwestia tego, że w końcu wiedział na czym stali. Tak, pewnie chodziło właśnie o to. Skoro już miał pojęcie w jaką stronę to pójdzie, mógł stworzyć jakiś plan.
- Okay - odpowiedział jej po prostu... z cieniem uśmiechu na ustach? Nie miał pojęcia, to było zbyt zagmatwane.
_________________
Po 12.01 Hopper jest ogolony na łyso i ma opatrunek z tyłu głowy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-09-18, 22:25   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Nie znosiła tego, że był taki spokojny. Nie znosiła tego, że tylko ona panikowała i się tym wszystkim przejmowała. Jak mógł mówić takie rzeczy? Jak mógł tak po prostu ją pocieszać? Powinien być zły. Powinien jej dać do zrozumienia, jak bardzo mogła wszystko zepsuć. Przecież branie heroiny w tym stanie… mogła praktycznie w każdej chwili stracić tę ciążę. Matilde potrząsnęła głową. Jeśli coś się wydarzy przez jej słabą psychikę i powrót do nałogu, to chyba nigdy sobie tego nie wybaczy.
– A co jeśli to dopiero zaszkodzi? Co jeśli to zadziała z opóźnieniem? – wyrzuciła z siebie na jednym wdechu, jakby koniecznie chciała go przekonać, że powinien się na nią wściekać i dołączyć do klubu obwinianie Wallace za całe zło świata. Po prostu… to wszystko było takie dziwne i niepojęte. A ona była tak cholernie zagubiona. A z drugiej strony, kiedy tak o tym wszystkim myślała… Ostatnimi czasy dostawała tyle znaków. Najpierw ten bezdomny, który gadał takie głupoty… Zasiał w niej ziarnko niepewności, sprawił, że zaczęła myśleć nad takim scenariuszem. Sprawił, że doszła do wniosku, że być może to nie byłaby taka najgorsza sytuacja… Potem Lisa, pokazująca jej tą straszną wizję. Na dobrą sprawę wróciła do nałogu tylko dlatego, że zdała sobie sprawę z tego, że nigdy tego wszystkiego nie dozna. A teraz… a teraz to się działo naprawdę, a ona po prostu nie mogła zmarnować tej szansy. Jakkolwiek samolubnie to brzmiało. I kiedy usłyszała te słowa z ust Willa, Matilde znowu wszystko podeszło do gardła. A więc to o to wszystko chodziło? Nie pokazywał emocji i udawał, że nic nie czuje tylko dlatego, że nie chciał sobie robić jakichś bezsensownych... nadziei? Matilde skinęła więc głową i wydukała tą wyczekiwaną przez niego odpowiedź. Ale cholera. To nie było wystarczające. To w ogóle nie było wystarczające.
– A ty… – zaczęła, odchrząkując. – …chcesz, bym usunęła… ciążę? – miała cztery dni, by to przetrawić, a jakimś cudem wydawała się zdecydowanie bardziej zagubiona od Hoppera. I tak, dostrzegła jak jego kąciki unoszą się ku górze, ale w tym momencie totalnie nie potrafiła tego zinterpretować. I kiedy tak wpatrywała się w jego twarz i wszystko zaczęło ją palić, chyba dorosła do tego, by powiedzieć mu prawdę o tym całym moście. Ale najpierw wolała zadać jeszcze jedno pytanie.
– Myślisz, że sobie z tym wszystkim poradzimy?
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
William Hopper



Soldier keep on marching on, head down till the work is done.

Geniusz

stały poziom opanowania mocy

Mózg i lider Bractwa





name:

William Hopper

alias:
Axon, Daniel Blake,

age:
27 lat

height / weight:
184/80

Wysłany: 2018-09-19, 19:43   
   Multikonta: Shivali, Donny
  

   Wygrał, bo tym razem nie ogarniał #walentynki2018

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


To wszystko było tak cholernie surrealistyczne... Wallace panikowała, on miał ten cały mętlik w głowie, próbował ją jakoś pocieszyć, co oczywiście musiało mu iść chujowo... Była w ciąży. Z nim. To nie powinna być aż tak gigantyczna różnica, prawda? Ale z jakiegoś powodu Hopper miał wrażenie, że wszystko nagle stanęło na głowie.
- I co z tym zrobisz? - spytał, rozkładając ręce. - Istnieje jakakolwiek konkretna rzecz, którą możemy zrobić, żeby temu teraz zapobiec? - kontynuował, chociaż odpowiedź zdawała się być dość oczywista. I nie było sensu się denerwować, jeśli nie można było nic zrobić, tak? Miał nadzieję, że to miało sens. Starał się wymyślić wystarczająco sensowne argumenty, żeby jakoś ją uspokoić, ale w zasadzie improwizował. Cholera, nigdy nie musiał uspokajać swojej ciężarnej dziewczyny, że heroina nie zaszkodzi dziecku, miał prawo nie mieć najmniejszego pojęcia jak w zasadzie powinno się to robić.
A kiedy zadała mu to pytanie... Miał taki cholerny mętlik w głowie. Jak miałby cokolwiek w ogóle odpowiedzieć? Chyba nie chciał. Chyba na pewno nie chciał. Ale nie potrafił sobie wyobrazić, żeby mieli być rodzicami. To była jeszcze większa abstrakcja niż ta cała sytuacja. To nie tak, że nie potrafił sobie wyobrazić zajmowania się dzieckiem, Fisher nie raz zrzucał na niego niańczenie Remusa... Ale zajmowanie się swoim dzieckiem?
- Uhm... - odpowiedział tylko, zagubiony drapiąc się po głowie. W sumie to nie chciał, ale nie miał najmniejszego pomysłu jak ubrać to w słowa.
Z jakiegoś powodu, po jej kolejnym pytaniu, kąciku jego ust podniosły się jeszcze wyżej. Nie mógł powstrzymać uśmiechu i nawet nie miał pojęcia dlaczego. To nie miało najmniejszego sensu, nie miał powodu, żeby się uśmiechać.
- Absolutnie nie. Będziemy kurewsko chujowi - odpowiedział jej tonem, który nawet można by uznać za radosny. Huh, musiał ją tym pocieszyć. Może po prostu był w tym stanie, gdzie perspektywy są tak tragiczne, że człowiek zaczyna mieć dobry humor. A może ta wizja wcale nie była tak tragiczna. I może nawet to, jak koszmarni byli, nie miało znaczenia. - Mam na myśli... Mattie, spójrz na nas. Będziemy tak bardzo pojebaną... - urwał, nagle całkowicie zmieniając swój nastrój. Rodziną, to o to słowo chodziło. To było tylko słowo, nie miał przecież żadnego powodu, żeby go nie mówić. W pewien sposób, chyba Wallace już była jego rodziną... ale wypowiedzenie tego na głos znaczyło tak cholernie dużo...
Ostatnio zmieniony przez William Hopper 2018-09-20, 17:48, w całości zmieniany 1 raz  
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-09-19, 20:40   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


– Och, skąd mam niby to wiedzieć? – jęknęła. Nie pamiętała, by kiedykolwiek czuła się aż tak bezradna i bezużyteczna jak w tym momencie. I jakby Hopper zdążył zapomnieć, to dla niej również to była całkowicie nowa sytuacja. Bo nigdy wcześniej ani nie była w ciąży, ani nie musiała się zamartwiać, że heroina, którą brała może zaszkodzić komuś jeszcze. Dlatego słysząc te jego słowa, po prostu wydęła usta w podkówkę i wyrzuciła z siebie pełne wyrzutu: – to ty tutaj jesteś najgenialniejszym człowiekiem na ziemi.
Powinien znać odpowiedzi na każde pytanie. Powinien znać jakiś sposób. Ale może… może mimo wszystko miał chociaż trochę racji? Oczywiście, nie przyznałaby tego na głos, ale być może… być może naprawdę nie było sensu się zadręczać? Być może naprawdę musieli przeczekać i zobaczyć co z tego wyniknie? Ale z drugiej strony, jak niby miała być spokojna i cierpliwa, kiedy tutaj chodziło o taką sprawę? Rany, dlaczego to wszystko było takie trudne?
– Hmmm? – wzniosła wysoko brew, kiedy usłyszała ten jego inteligentny pomruk. O nie, nie mógł jej tak zostawić w tej niepewności. Ona też musiała to wiedzieć. Bo chyba nie zniosłaby, gdyby okazało się, że tkwił w czymś, czego tak naprawdę nie chciał. Nie była tego typu osobą. I nie miała zamiaru go angażować, jeśli… jeśli nie chciał się angażować. Dlatego swoim nachalnym spojrzeniem wręcz wierciła mu dziurę w brzuchu. Jeśli nie potrafił znaleźć słów… mógł po prostu pokręcić głową, cokolwiek. Ale naprawdę potrzebowała odpowiedzi.
Ale potem zobaczyła uśmiech na jego twarzy i cholera jasna. Nie potrafiła się powstrzymać. Nie potrafiła tego nie odwzajemnić. Na te jego niesamowicie szczere słowa po prostu parsknęła krótkim śmiechem. Nie wiedziała jakim cudem to, co właśnie powiedział potrafiło ją aż tak uspokoić. To nie miało sensu. A jednak mimo to… jakiś niewidzialny kamień spadł z jej serca. Przynajmniej do momentu, w którym Will nie kontynuował swojej wypowiedzi. Uśmiech momentalnie zszedł z ust brunetki, a jej wzrok powędrował na dół. To niewypowiedziane słowo… Nawet nie potrafiła stwierdzić co właściwie poczuła w tamtym momencie, ale dla niej… to była naprawdę duża sprawa. W przeciwieństwie do Hoppera, ona nigdy nie miała rodziny. Nigdy nie miała kogoś, kto byłby dla niej. Kogoś, kto byłby przy niej. Kogoś, kto by się o nią zamartwiał, kogoś kto by się nią opiekował. Właściwie zawsze była skazana tylko na siebie. Zawsze była sama. Aż nie pojawił się on... Matilde powróciła wzrokiem do twarzy Willa.
– Ale będziemy – wyrzuciła, kładąc nacisk na wiadome słowo. Pojebani, skrzywieni, zniszczeni przez los, z problemami... To nie miało znaczenia. Nie, póki właściwie byli ze sobą. Nie, póki byli dla siebie. Nie, póki im na sobie zależało. Wszystko inne traciło na wartości. Wallace zacisnęła usta w cienką linijkę. – Widziałam to, Will… ta wizja na moście ja…. Ja to widziałam. I… i będziemy.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,04 sekundy. Zapytań do SQL: 6