Poprzedni temat «» Następny temat
#1
Autor Wiadomość
Marcos Delgado



What doesn't kill you makes you stronger

Sugestie schizofreniczne

87%

biznesmen//szef mafii





name:

Marcos Delgado

alias:
Jack Daniels // Jack Dawson // Papa

age:
48

height / weight:
183/75

Wysłany: 2018-08-19, 14:36   #1
   Multikonta: Sam, Vera, Echo


//29 kwietnia, okolice 9.30 rano.

Do spotkania z Jamiem miałem jeszcze pół godziny. Postanowiłem, że nie będę wchodził na część barową, póki nie spotkam chłopaka - bo kto wie? Może to nie zwykłe dzieciaki teraz się tam kręcą, ale jacyś ćpuni czy inny margines społeczny? Nawet mimo posiadania mocy, nie mogłem ryzykować. Nie, gdy miałem jeszcze tyle rzeczy do ogarnięcia... Nie, gdy obiecałem zdobyć albumy dla Beth...
Wejście na klatkę od tyłu nie sprawiło mi problemów - w końcu dalej miałem swoje klucze do kamienicy. Szedłem więc dość pewnie, po schodach, kierując się aż do strychu, gdy jednak moją uwagę zwróciło skrzypienie paneli na pierwszym piętrze, i tajemnicze szmery, które przecież nie powinny mieć miejsca. Philip... On mówił, że ktoś się kręcił po barze, nie po kamienicy. Czy to znaczy..?
Ruszyłem, powoli, zakradając się przez korytarz aż do miejsca, skąd dochodziły niepokojące mnie dźwięki. W dłoni dzierżyłem już przygotowany i odbezpieczony pistolet - tak na wszelki wypadek.
Jedne z drzwi były uchylone. Światło padało od przodu, przez większe okna. Bez problemu jednak dostrzegłem sylwetkę malującą się na tle szafy, z tą piękną zwiewną sukienką na sobie. Dostrzegłem te blond fale opadające na ramiona. Dostrzegłem tę figurę, tak znajomą a jednak w pewnym sensie obcą. Cała ta otoczka sprawiła, że poczułem się znów oszukany przez własny umysł - w końcu moja żona żyła! Dlaczego więc mój mózg i teraz nie chciał dać mi spokoju, zarzucając mnie wizjami z przeszłości?
Upuściłem pistolet, który spowodował głuchy huk. Wpatrywałem się w tę postać, niczym zahipnotyzowany. Moje oczy z pewnością się zaszkliły, mimo, że przecież z tyłu głowy wciąż miałem przeświadczenie, że to nie dzieje się naprawdę. Jednak ta wizja... To, co widziały moje oczy... To było takie kuszące, móc w to uwierzyć. Móc znów zobaczyć młodą ukochaną. Móc znów się oddać przeszłości, gdzie mieliśmy zdecydowanie mniej zmartwień...
- Mi Amor? - Wyszeptałem tylko, nim postać zdążyła się obrócić w moim kierunku...
_________________

She was the light of my life
And the light is precious in a world so dark...
[Profil]
  [A+]
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2018-08-19, 22:02   
   Multikonta: Lidia Foney


Dopiero po czasie odkrywamy, czy nasze decyzje są słuszne. Wiedzeni głębokimi pragnieniami rzucamy się za tym pojedynczym błyskiem, który krzyczy, że chce. Walczą ze sobą rozmaite głosy w głowie, pękają blokady i budują się nowe mury. Nigdy nie jesteśmy całkiem pewni. Tak jak teraz Alba Delgado nie była pewna, czy faktycznie powinni tutaj zamieszkać. Pierwsze tygodnie to męki. Każda drobnostka budziła wspomnienia. Ubrania, które już nie pachniały rodzicami, a jednak ona tam czuła ten zapach. Ulubione kubki, które przypominały o wspólnych śniadaniach. Ten rozciągający się moment przed zaśnięciem, gdy każdy dźwięk pobudzał wyobraźnię i kreował obrazki z dawnych lat. Aaron to wiedział. Od początku się o nią bał i nie był przekonany co do tego pomysłu. Mimo to zgodził się, został tu z nią, ale również był bardzo ostrożny. Miał rację, to miejsce znała masa ludzi. Typy gorsze i jeszcze gorsze przesiadywały tutaj. Rozsiadali się na wygodnych kanapach, spędzali czas pod zaufanym okiem papy, a kiedy nie patrzył prześlizgiwali się spojrzeniem po pięknej żonie i uroczej córce. W tak niebezpiecznych czasach to miejsce mogło być jedną wielką pułapką, ale.. póki co nic zupełnie się nie wydarzyło. Przez ten czas zdołali się spotkać z kilkoma znajomymi, odkurzyć bar i ogarnąć piętra. Kamienica traciła z dnia na dzień swą ponurość, a Alba coraz lepiej radziła sobie z budzącymi wspomnienia przedmiotami. Jakoś leciało, ale chyba żadne z nich nie mogło pozbyć się wrażenia, że prawdziwe problemy dopiero nadejdą.
Tamtego dnia przebierała się w sukienki mamy. Tak, potrzebowała czasu, by sięgnąć po te ubrania, by móc ujrzeć siebie w strojach Beth. Aaron gdzieś poleciał. Wolała robić takie rzeczy pod jego nieobecność, bo by się martwił o nią. Dobrze wiedziała, że takie działania nie były normalne. Tylko… nie mogła się powstrzymać. Dotykała materiałów, a tęsknota w niej rosła jeszcze mocniej. Już ich nie zobaczyć. To nie wróci. Oni nie wrócą. Tyle łez, tyle myśli i poszukiwań. Albo nie żyli, albo nie chcieli jej. Na samą myśl malutkie piąstki mocno się zacisnęły.
I dopiero skrzypienie podłogi, a potem ten przerażający huk i głos. Przerażona odwróciła się, zastanawiając, czy aby na pewno nie… oszalała. Z pewnością mogło tak być, bo przed nią stał Marcos Delgado. Jej ojciec.
- Papa – szepnęła niezdolna do najdrobniejszego ruchu.
Jeśli był tylko wizją w jej głowie, to zaraz zniknie. Jeśli zaś stał przed nią prawdziwy, to niech lepiej się zastanowi, nim cokolwiek powie. Ale… czy można czuć emocje halucynacji?
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Marcos Delgado



What doesn't kill you makes you stronger

Sugestie schizofreniczne

87%

biznesmen//szef mafii





name:

Marcos Delgado

alias:
Jack Daniels // Jack Dawson // Papa

age:
48

height / weight:
183/75

Wysłany: 2018-08-19, 23:31   
   Multikonta: Sam, Vera, Echo


Odwróciła się. Tak lekko, a jednak gwałtownie. Z wymalowanym zdziwieniem i strachem na twarzy. Mógłbym przysiąc, że właśnie je widziałem. Ale też w tym momencie, moja cudowna wizja jakby się rozmyła. Te blond fale były inne, Ciałko zdecydowanie drobniejsze. A rysy twarzy... Niby jak u Beth, a jednak widziałem w nich też własne odbicie.
- Alba. - Wydusiłem z siebie, równie zszokowany, jak jeszcze kilka chwil temu. Czy ona naprawdę mogła tu stać? Czy była cała i zdrowa? Czy to mój mózg grał sobie ze mną w głupie gierki?
Zrobiłem dwa kroki w przód, jakby sprawdzając, czy ta sylwetka zaraz nie rozproszy się w tym świetle. Wciąż tu jednak stała, podłoga wciąż skrzypiała pod jej stopami. Stała tu, cała i zdrowa, moja córeczka. Mój mały skarbeczek.
- Nic Ci nie jest. Ty... Ty żyjesz... - Wydukałem po chwili, zbliżając się do niej coraz bardziej, z otwartymi ramionami. Chciałem ją przytulić, upewnić się, że jej drobne ramiona są wciąż ciepłe, że kosmyki jej włosów mogą zaplątać się w moje palce, że jej oddech jest prawdziwy, a oczy mogą na mnie spojrzeć. Chciałem mieć pewność, że nie jest wytworem mojej chorej wyobraźni, która próbuje sobie zrekompensować ostatnie 3 lata. - Hijita - Wydusiłem jeszcze z siebie, nim moje oczy się zaszkliły, a ja stałem tuż przed nią, skazany na jej karcący wzrok. Ona mogła tego teraz nie rozumieć. Mogła nie wiedzieć. Mogła nie być świadoma tego, ile przed laty kosztowała mnie jej ochrona. Mogła mnie uznawać za potwora, gdy przecież nim nie byłem. Ja jednak... Musiałem mieć pewność. Musiałem wiedzieć, że to ona.
Więc jeśli mi tylko na to pozwoliła, zamknąłem ją w swoich objęciach, jakbym chciał ją schronić przed całym złem tego świata.
Już nigdy nie pozwolę Ci odejść, moje małe avocado...
_________________

She was the light of my life
And the light is precious in a world so dark...
[Profil]
  [A+]
 
Alba Delgado



Mieć kogoś, kto weźmie na siebie te wszystkie kawałki szaleństwa, jakie nosimy w sobie.

kontrolowanie emocji

65%

-





name:

Alba Delgado

alias:
Rubia

age:
22 lata

height / weight:
158/50

Wysłany: 2018-08-21, 20:35   
   Multikonta: Lidia Foney


Mocno wciągnęła powietrze. Nie panowała nad powietrzem, ale gdyby tak było, to zapewne w pomieszczeniu zrobiłoby się wietrznie i zimno. Tak jak w jej sercu. Jasne, bo tak po prostu sobie tutaj stał i patrzył, ciesząc się, że widzi swoje dziecko. Po kilku okrutnych latach nieobecności, kiedy badała każdy trop i nic. Błądziła po różnych dziwnych miejscach, bojąc się przekroczyć próg kamienicy. A teraz, gdy myślała, że zaczyna się wszystko układać, że wreszcie ma dom… On wracał. Nie wiedziała, co o tym myśleć. Ona wtedy uciekła. Jako prawie dziecko, słodka, niewinna i błądząca w deszczu przez długie noce. Trzęsła się schowana gdzieś w ciemnych uliczkach, nie rozumiejąc, co się wtedy wydarzyło. Bo przecież w w jednej chwili stali tam i chcieli zabić jej ojca, a w drugiej leżeli nieprzytomni. Wszyscy. A podłoga pubu na zawsze już zostanie naznaczona krwią. Co tam się stało? Gdzie on był, kiedy męczyła się, bojąc się do kogokolwiek zbliżyć? Nie miała niczego, musiała dorosnąć, zrozumieć swą moc… Gdyby nie Bractwo, to jej losy mogłoby wyglądać zupełnie inaczej. Ronnie był jej aniołem, a teraz ona mogła pomagać innym tak jak on pomógł kiedyś jej. I to wszystko stało się bez niego. Bez niego i matki.
Zamykał ją w swoich ramionach, jak ojciec tęskniący za córką. Gdy poczuła znajomy zapach, gdy skrył ją, taką malutką w swej piersi, poczuła dom. Rozszalały się zmysły, pragnęła go ścisnąć mocno i się rozpłakać jak ta pięcioletnia Alba, która nie umiała znaleźć ojca. Problem w tym, że przez lata ojciec nie mógł znaleźć córki, a jednak wciąż żył. Cały i zdrowy – z kompletną pamięcią. Los kazał im obojgu zawrócić w stronę domu. Bo jeśli istniało miejsce, w którym mogło się odnaleźć znów dwoje zagubionych w świecie ludzi, to był to właśnie ten dom.
Drżała jej dolna warga, a oczy zrobiły się nieco wilgotne, ale to nic, po prostu… to tata. Była starsza, silniejsza, ale w jakiś sposób zakończyło się jej życie tamtej nocy. Gdy widziała go ostatni raz. Niemniej odsunęła się, zrobiła krok w tył i popatrzyła na niego przenikliwie. Czy mógł wiedzieć? Jak się czuła, co przeżyła, jak bardzo tęskniła i że nauczyła się grzebać ludziom w głowach. Byli obcy. Ale przecież mogli udawać, że nie widzieli się długo jak dwójka krewnych, których los rozdzielił. Niczego o nim nie wiedziała.
Chyba nie chciała się przytulać.
- Gdzie byłeś? - spytała, biorąc głęboki wdech. - Przez te wszystkie lata byłam sama, a Ty się tutaj cały czas kręciłeś? Szukałam Cię. Gdzie jest mama? Nie, nie mogę… Nie wierzę – mówiła, cofając się, a głos jej się łamał. Był prawdziwy, ale ona była tak rozbita.
Czuła jego troskę, ale nie rozumiała własnych odczuć. To ona uciekła,nie radząc sobie z tym, ale w jakiś sposób winiła jego. Bo przecież nie pozwalał się znaleźć.
_________________
We can’t go together for this kind of life. Yes, I know, but I’m too mesmerized to stop.
[mru]
[Profil]
    [A+]
 
Marcos Delgado



What doesn't kill you makes you stronger

Sugestie schizofreniczne

87%

biznesmen//szef mafii





name:

Marcos Delgado

alias:
Jack Daniels // Jack Dawson // Papa

age:
48

height / weight:
183/75

Wysłany: 2018-08-25, 21:53   
   Multikonta: Sam, Vera, Echo


Krótka chwila. Zdecydowanie - zbyt krótka. Ale czego się spodziewałam? Ona była taka niewinna, taka nieświadoma. Trzymałem ją pod kloszem nawet mimo faktu, że mnie tu nie było. Czy... Czy ja po prostu nie potrafiłem jej zaufać?
Była moją pierworodną. Moim oczkiem w głowie. To dlatego zniknęliśmy. Dla jej własnego bezpieczeństwa. Ale ona tego wiedzieć nie mogła. Bo niby skąd?
Nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć. Wszędzie - wydawało się taką złą odpowiedzią, a przecież to była prawda. Wszędzie, byle jak najdalej stąd. Byle ci źli nie mogli już Cię znaleźć. Byle, żebyś była bezpieczna...
- Nie, nie, Albo... - Zacząłem, ostrożnie, delikatnym i wyrozumiałym głosem. - Jestem tu od niedawna. Odkąd dowiedziałem się, co się stało w Bractwie... Musiałem się upewnić, że jesteś cała, zdrowa, i... - Wydarło się z moich ust po chwili, gdy ugryzłem się w język. Przecież nie powinienem był wiedzieć, że tam była, prawda? Nie musiała wiedzieć, że Henderson się nią zajmował przeze mnie. Nie, to było zbędne.
- Mama... Jest bezpieczna. - Odpowiedziałem po chwili na jej pytanie, lustrując ją wzrokiem. Tak bardzo się zmieniła, choć przecież wciąż widziałem w niej jedynie moją małą córeczkę. Małą, bezbronną kruszynę, którą trzeba chronić przed złem tego świata.
- Nigdy nie byłaś sama. Nie pozwoliłbym na to. Zrozum, skarbie... To... To było mniejsze zło. Kiedy ja wyjechałem, Ciebie nie szukali. Miałaś być bezpieczna... To... Nie byłem w stanie przewidzieć, że to się tak skończy. - Dodałem po chwili, próbując się jakkolwiek bronić. Sam nie wiedziałem, co powinienem był dalej robić. Wszystko tak źle brzmiało...
- Proszę Cię. Uspokój się. Wszystko Ci wyjaśnię. Ale... To nie jest rozmowa na pięć minut, dobrze o tym wiesz, córeczko. - Wydusiłem z siebie wciąż utrzymując łagodny ton i próbując uspokoić ją nawet gestem. Och... Gdyby to tylko chciało działać. Czy powinienem był użyć na niej swojej mocy? Przecież sam dobrze wiedziałem, że jest mutantką. Może... Może powinienem był po prostu jej wszystko przedstawić, dokładnie tak, jak miało to miejsce?
Rodzicielskie wybory... Takie trudne...
_________________

She was the light of my life
And the light is precious in a world so dark...
[Profil]
  [A+]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,03 sekundy. Zapytań do SQL: 6