Całość tego spotkania bardziej przypominała szopkę i Scarlett była zniesmaczona, więc siedziała z kwaśną miną, nie odzywając się więcej. Słuchała reszty z wyraźnym poirytowaniem, bo nie zgadzała się z ich planami. Uważała, że to ryzykowne zostawiać mutantkę przy życiu. Dziecko również nie było im potrzebne, a oni tracili w tym momencie czas debatując nad tym.
Zbyt wiele mogło pójść nie tak w ich założeniu. Wykorzystanie mutantki nie było potrzebne w odczuciu dziewczyny, ale z drugiej strony była zwykłym szeregowym wojownikiem i jej zdanie nie było zbyt ważne. Miała wykonywać rozkazy a nie nad nimi debatować.
Kiedy Dowódca zabrał głos i zaczął przechadzać się po sali odnosząc do poszczególnych osób, Scottie nie spuszczała z niego wzroku. Miał rację. Szanowała go i popierała jego poglądy, a co za tym idzie wszystko co mówił. Mutanci to plaga, którą trzeba tępić.
Obserwowała również jak Imogen dostaje broń i wymierza sprawiedliwość. Ciało Smitcha padło bez życia, a Scarlett patrzyła na tę scenkę niewzruszona. Zbyt dużo trupów widziała, żeby taka akcja mogła ją przerazić.
Była ciekawa jak potoczy się reszta tego spotkania. Czy dowódca dopnie swego i mutantka poniesie śmierć? Czy wpływ kobiet był na tyle silny, że jednak zostanie oszczędzona?
Prychnęła cicho na propozycję Margaret. Naprawdę zamierza marnować środki dla kogoś takiego? Uważała, że to zbytek łaski i marnotrawstwo, ale ostatecznie i tak zadecyduje większość.
Scarlett nie chciała się już udzielać, choć jej mina mówiła sama za siebie: taka opcja jej nie zadowalała. Wolała zobaczyć dwa trupy na podłodze, a właściwie dwa i pół. Patrzyła na mutantkę z wyraźną nienawiścią w oczach, nawet nie próbowała tego ukrywać. Gdyby od niej zależał jej los i nie poniosłaby przy tym żadnych rażących konsekwencji, już by nie żyła.
James zaraz po wejściu do sali wraz z obiektem (bo człowiekiem toto ciężko nazwać), który miał ochraniać zajął miejsce przy ścianie za plecami Very.
Nie bywał z nią na wszystkich zebraniach, z resztą nie czuł nawet takiej potrzeby - dla niego wszystko było proste. Dostawał rozkaz, porywał, mordował, torturował i takie tam inne przyjemności. Nienawidził słuchać gadania tych wszystkich Panienek, które potrafiły w gruncie rzeczy tylko dużo gadać.
Stał więc tak i słuchał tego wszystkiego, co mają do powiedzenia z dłońmi splecionymi za plecami, ze wzrokiem wbitym w ścianę.
Trzeba przyznać, że, gdy zaczęli mówić o spoufalaniu się członków GC z mutantami zaczął się przez chwilę zastanawiać, czy nie mowa tutaj o nim, ale... Nie. Był zbyt ostrożny, nie mogli tego wiedzieć. Być może Vera czegoś się domyślała, a jeśli się dowiedziała... Nie zdziwiłby się, gdyby to był as w jej rękawie, karta przeciwko niemu, by musiał tańczyć jak mu zagra. Czy nie była właśnie taką osobą? Szantażystką, manipulantką, która zrobi wszystko, by osiągnąć swój cel?
Reynolds uśmiechnął się delikatnie pod nosem słysząc, jak zaczęli dyskutować na temat pozostawieniu mutantki przy życiu. Och, doskonale wiedział jak to się skończy. Jeśli jego szefowa postanowiła ją zabić - tak właśnie się stanie, a oni mogli tylko pogadać. Był tego niemalże pewien.
Chwilę później padł już strzał, a mężczyzna nawet nie drgnął, nie ruszył się, ba - nawet nie spojrzał na ciało Pana Smitcha. Zamiast tego przeniósł wzrok na swoją siostrę. Była równie niewzruszona jak i on. Była tak samo zniszczona jak on.
Ciekawe jakby zareagowała, gdyby dowiedziała się co odwala jej braciszek.
Ta nienawiść w jej oczach, gdy patrzyła na tą mutantkę... Z pewnością przyszłość Pana Reynoldsa nie malowała się w zbyt wesołych barwach.
_________________
"You hate me now? Just you wait... Just you wait."
Czy na prawdę będą przez całe spotkanie rozmawiać czy zabić mutantkę z dzieckiem czy poczekać do porodu. Chociaż pomysł wykorzystania jej i pozwolenia zawalczyć o życie dziecka był ciekawy. To jednak wymagał przygotowania. Już kiedyś podkładali przynętę by złapać większe ryby. Tym razem to też mogło by się udać. Jednak wymagało to przygotowania i przemyślenia nie przy kobiecie. By ich ostatecznie nie zdradzała. Nim jednak Louanna wypowiedziała się na pomysł Sandersa musiała odpowiedzieć Verze.
- Masz rację zastrzeliłam tego bękarta, ale chyba muszę ci przypomnieć dwie rzeczy. Po pierwsze była ona jedną z nich, a po drugie ile to potem problemów przysporzyło - powiedziała do kobiety bo chociaż w gazecie została nazwana bohaterką narodową. To znajdowali się tacy, którzy byli ślepi na to, że to dziecko było mutantem. Później odezwała się Trailor wcale nie zaskoczyły Louanny słowa kobiety. Nie ukrywała tego, że jej matka jak i siostra były mutantami. Nie widziała ku temu powodów. - Nie jest tajemnicą tą, że moja matka i siostrą są mutantkami. Nie wiemy na jakiej zasadzie objawia się ta zaraza, więc nie mamy pewność czy dziecko ją odziedziczy po matce. Może wdać się ojca być człowiekiem - może być normalne jak oni. Czy na prawdę chcą mieć na rękach krew nie narodzonego człowieka? Czy są aż tak bardzo zaślepieni nienawiścią i walką o ludzkość, że nie zawahają się zabić mutantkę z dzieckiem łonie? Cóż na to pytanie każdy musiał sobie odpowiedzieć sam. Jednak to Louanna była prezesem i to do niej należy ostatnie słowo.
Pomysł Billa mogli omówić później tej chwili trzeba było podjąć decyzję. Zwłaszcza postawa dowódcy pokazywała, że pragnie śmierć zarówno swojego podwładnego jak i też jego partnerki oraz nienarodzonego dziecka. Louanna obserwowała jak mężczyzna chodzi po sali i pozwala sobie na coraz więcej. Nie powiem postawa i zachowanie mężczyzny nie podobało się Hennig, bo według niej najwyraźniej zapomniał gdzie się znajduje i kim są ludzie na tej sali. Postanowiła ponownie zabrać głos gdy asystentka zabiła Smitcha oraz po słowach Trailor.
- Oczywiście, że zadawała. O ile nie zamierzasz wycofać się ze swojej propozycji? To sądzę, że wszystko zostało wypowiedziane w tej sprawie na dzisiaj. Chyba, że ktoś zamierza coś jeszcze dodać - na początku spojrzała na Margaert, ponieważ to do niej kierowała te słowa, a później spojrzała na każdego po kolej. Jeśli nie usłyszała nikt nie miał nic dodania. Spojrzała na dowódcę, który przyprowadził te dwójkę tutaj. - Proszę zaprowadzić mutantkę do celi skąd ją odbiorą ludzie pani Trailor. Radzę panu by po drodze nic jej nie spotkało - powiedziała do dowódcy i jej głosie wcale nie było prośby. To spotkanie przeciągnęło się stanowczo za długo i należało je zakończyć.
_________________
LOUANNE MARIE - HENNING
Anioły najczęściej schodzą na ziemię, wcielając się w role córki - Yvonne Naomi Henning.
Cała ta sytuacja była po prostu absurdalna. I nie, wcale nie chodziło o podejście moje czy dowódcy – tutaj w ogóle nie powinno było dochodzić do takich spekulacji i rozmów! Dopiero teraz widziałam, jak bardzo rozbiegły się cele i postulaty GC, dopiero teraz widziałam, jak bardzo zmieniła się nasza kadra. Dopiero teraz widziałam, że ci wszyscy ludzie z pewnością zapomnieli, po co w ogóle ta organizacja istniała!
Gotowałam się wewnątrz słysząc kolejne genialne pomysły. Utrzymywanie mutantki aż do porodu? Co, może jeszcze w prywatnej drogiej klinice? Współpracowanie z nią? Że co słucham? W takie gierki mógł się bawić Rząd, nie my. Nie JA.
Margaret nawet nie zdawała sobie sprawy, jak mnie gryzł fakt, kto taki jest teraz u władzy. Z chęcią przecież osobiście bym wydłubała oczy Henning, gdyby nie ta cudowna medialna przyjaźń między nami. Za czasów Haywella to był jeszcze całkiem znośny układ, jednak tym bardziej teraz, gdy bylam bezpośrednio jej podwładną... Bolało mnie to. Do kurwy nędzy, sama miałam męża mutanta i nawet nie zawahałam się go zabić! Louanne tolerowałam tylko dlatego, że była człowiekiem. Nie mogłam tego jednak powiedzieć przy ogóle. To po prostu nie wypadało.
Przechwyciłam jednak wzrok dowódcy i uważnie obserwowałam swoją kuzynkę, gdyby jednak wymiękła. Sama już nie wiedziałam, czego się po niej spodziewać. Jednak ten słodki dźwięk wystrzału, widok krwi chlapiącej na ściany i wsiąkającej w wykładzinę... Oh, to była mimo wszystko radość dla mojej duszy. Krótka chwila, w której mojej źrenice się zwężyły, a na ustach zagościł uśmiech na ułamek sekundy. To było za mało, by mnie dostatecznie zadowolić, jednak wystarczająco, by odzyskać wiarę w Imogen. Przynajmniej do czasu, aż się nie odezwała.
- Ja naprawdę nie wierzę w wasze słowa. Czy tutaj wszyscy postradali zmysły? Sanders? Ruiz? Trailor? Naprawdę nie widzicie, że to niepotrzebne ryzyko i marnotrawstwo pieniędzy na to... Na to wynaturzenie? - Zapytałam wyraźnie zniesmaczona i zawiedziona kierunkiem, w którym właśnie zmierzało GC. Nie po to tyle lat walczyłam, zabijałam i wspierałam finansowo tych ludzi, by dzisiaj stali się przychylni mutantom przez byle bękarta! Przerzucając swój wzrok po reszcie sali zrozumienie odnalazłam jedynie w oczach Reynoldsów. Tylko oni sobie nic nie robili z tego wydarzenia. Tylko oni zdawali się rozumieć naszą misję, co było szczególnie przykre, ze względu na fakt że byli zwykłymi szaraczkami i nawet nie mieli zbyt wiele do powiedzenia.
- Niby jakie nieprzyjemności, Louanne? Zostałaś bohaterką. Te pojedyncze złe słowa wywodziły się z tych samych ust, co każde złe słowo o nas, wybawicielach ludzkości. To marne FPTP, bractwo, wolni mutanci. Żaden zdrowo myślący człowiek nie powiedział o Tobie nic złego. A może... Może stajesz się jedną z nich, nasza droga pani prezes? - Zarzuciłam jej z podejrzliwością w głosie. Nie podobała mi się jej postawa. Ktoś tak słaby nie powinien był nam przewodzić. A przecież dobrze wiedziałam, że nie jestem jedyną, która tak uważa.
Przygryzłam własną wargę, widząc przed sobą pistolet. Z pewnością są jeszcze w nim naboje. Gdyby tak... Tak...
- Tak. Chcę coś jeszcze dodać. - Wyrzuciłam z siebie, chłodno, spokojnie, nie przywołując na twarzy żadnych emocji. Przyglądałam się jedynie tej broni, tuż przede mną, niczym zahipnotyzowana, by po chwili rozejrzeć się po zebranych. Czułam wobec większości odrazę, że pozwolili sobie na tę słabość i litość. Że wykazywali ludzkie odczucia względem tych potworów, które jutro mogą ponownie nas zaatakować, zniszczyć życia i dobre imię ludzkości. Przecież już na całym świecie dopuszczali się kolejnych zamachów, czyż nie? A my tutaj chcieliśmy ją ratować do dnia, gdy urodzi kolejnego robaka? O nie... Na to nie mogłam pozwolić.
To był ułamek sekundy, gdy w mojej zdrowej dłoni znalazł się pistolet. Krótkie przycelowanie, kolejny strzał. Mutantka dostała idealnie między żebra, tak, jak przed laty uczył mnie tatuś. Jak chcą, niech ją ratują Jak chcą, niech pozwalają jej żyć. Jak chcą, niech robią z nią wszystko. Mogą z niej nawet zrobić kolejnego prezesa. Jeśli tak miała wyglądać ta organizacja, ja nie chciałam być na jej czele. W tym samym też momencie, odłożyłam pistolet z powrotem na blat, odsuwając się od stołu i kierując się do wyjścia.
- Twój ojciec byłby Tobą zawiedziony, Henning. - Rzuciłam cicho, gdy tylko mijałam panią prezes. Nie chciałam, by inni to słyszeli, chciałam jednak, by nasza przewodnicząca zastanowiła się nad własnym zachowaniem. Przecież nie takie były postulaty naszej organizacji. Od początku chodziło o eliminację mutantów. Wszystkich. Bez wyjątku.
- Reyolds! - Warknęłam, by ten dryblas przypadkiem nie został gdzieś w tyle, gdy otwierałam drzwi, a stukot moich butów zaczął nieść się po korytarzu, na którym na całe szczęście nie było już ani grama wykładziny...
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-08-17, 19:18
Dowódca Czarnych Helis nie wierzył w to, co słyszą jego własne uszy w pierwszej chwili miał ochotę rozstrzelać wszystkich tu zebranych, mając wrażenie że podszyła się pod nich banda jakiś mutantów. Widać było po jego minie że naprawdę nie jest zadowolony z obrotu spraw a z każdym kolejnym zdaniem wypowiedzianym przez członków zarządu jego oczy coraz bardziej płonęły złością. Zarząd organizacji, mającej na celu wyplenić to tałatajstwo nagle rozwodził się nad życiem jednej głupiej mutantki i jej nienarodzonego bękarta. Czy naprawdę dożył tego dnia że ci, którzy mieli oczyścić ten świat z tej plugawej plagi nagle nad tą plagą się rozczulali?
- Nie obchodzą mnie Pani akta ten tu był przykładnym żołnierzem helis i co? Zdradził, nie pierdol mi więc tutaj o twojej rzekomej lojalności- tu rozejrzał się po sali zebranych ludzi, wiedział ze musi coś zrobić żeby całą ich praca nie poszła na marne. - Miejcie świadomość że prześwietlę was wszystkich i zabiję każdego kto współpracuje z tymi szumowinami!- zwrócił się do wszystkich zebranych, patrząc na nim wzrokiem szaleńca, bo i czy to co się tu działo nie było szalone? Ci którzy mieli nie znać łaski dla tej zarazy nagle litowali się nad nimi?
Padł strzał a mężczyzna uśmiechnął się lubieżnie czując zapach prochu i krwi, och jak on uwielbiał zapach śmierci o poranku ! Miał nadzieję że ta podła mutantka zmarła, oh jakim rozczarowaniem dla niego był fakt że Imogen zabiła mężczyznę zamiast kobiety. Rzucił jej pogardliwe spojrzenie, tak jakby w jego oczach ona sama była warta tyle co ta mutantka i jej bachor, mogła być pewna że mężczyzna będzie ją obserwował, że stale będzie pod ostrzałem czujnych spojrzeń jego ludzi,
Jednak to co powiedziała prezes organizacji... To nie mieściło mu się w głowie, zacisnął mocno pięści po czym podszedł w jej kierunku.
- Czy Ty się słyszysz Pani prezes? Mam nadzieję ze to są żarty bo to co zaczyna dziać się w Genetically Clean przypomina pierdolony cyrk!- mężczyzna uderzył mocno pięścią o blat stołu - Jesteśmy tutaj po to żeby zniszczyć tą pieprzoną zarazę a Wy ?! Rozwodzicie się nad jedną z nich?! Może jeszcze Pani prezes uda się do tego pierdolonego bractwa i zaoferuje im wsparcie?! - Widać było że mężczyzna ma dość tej całej sytuacji, że postawa jego współpracowników bardzo go zawodzi tak samo jak panią Neumann która w tym momencie złapała pistolet i pociągnęła za spust.
- Powinniście się wstydzić, jak tak dalej pójdzie wszyscy zginiecie zarżnięci przez te szlamy gdzieś w jakiejść plugawej uliczce- powiedział po czym wyszedł, zostawiając dwa truchła na ziemi i zabierając ze sobą swych podwładnych. Wiedział że będzie musiał dokładnie przyjrzeć się temu, co robią członkowie organizacji, to wszystko zaczynało śmierdzieć mu zdradą.
Radykałowie. Tak, czasem potrzebni, ale nie teraz. Zabicie dziecka, cieżarnej kobiety to nigdy nie jest dobry PR. Nigdy. Wiedziała o tym i starała się własnie tak to rozegrać, zeby ewentualna wina nie była ich winą. Zrobić coś z dzieckiem, odchować czy nie, oddać do rodziny popierającej GC.. nieważne, Nie zabijać, bo to niedobra sprawa dla tego, jak są odbierani. A potrzebne im było poparcie, bo to zawsze łatwo stracić. Szczególnie w takich sytuacjach, Pomijajac już to, że po prostu zwyczajnie żal jej było kobiety z dzieckiem.. Sama pamiętała jak się czuła. Aż za dobrze.
A teraz mieli tu festiwal krwi i rozczarowania. Świetnie. Drgnęła, gdy Vera wymierzyła i strzeliła w mutantkę, ale nie ruszyłą się. Nie była głupia, nie miała w planach iść na dno.. Skrzywiła się wyraźnie, obejrzała na Lou czekajac na jakiś sygnał od niej co do tego co dalej. W końcu to przed nią finalnie odpowiadała. Ruszyc się? Nie ruszyć? Dać znać, że potrzeba kogoś do pomocy, medyków? Nie zamierzała dzialać zanim Lou tego nie zleci.
Niech ją sprawdza kto chce. Ona była czysta. Z drugiej strony wiedziała tez, że jeśli się chce.. to każdemu można coś podlożyć. I to wcale jej się nie podobało. Obserwowała bez słowa szanownego pana xxx, nie dając po sobie poznać tego, co miala w głowie. Niech ją obserwuje. Droga wolna.
finansistka i członek zarządu GC, współwłaścicielka Trailor Pharmacare Inc
name:
Margaret Trailor
age:
28 lat
height / weight:
168/55
Wysłany: 2018-08-20, 01:24
Multikonta: Fay
Kiwnęła głową na słowa Louanne szczęśliwa, że dopięła swego. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo zaraz potem głos z powrotem zabrała Vera, oburzając się na ich decyzje i mówiąc o marnotrawstwie pieniędzy. Cóż... Margaret tego tak nie widziała. Z własnymi pieniędzmi miała prawo robić to, co jej się żywnie podobało, a czy to będzie kupno piątego samochodu, trzydziestej pary butów od Louboutin'a czy Blahnika, czy może opłacenie kilku miesięcy szpitala ciężarnej kobiecie - to już jej sprawa i jej kaprys.
Błędne też było myślenie, że sprawa jest już przesądzona, że Henning powiedziała ostatnie słowo i było po wszystkim. Zrozumiała to w momencie, gdy w dłoni Very zobaczyła broń, a sekundę później usłyszała odgłos wystrzału.
Polityk, który nie znał się na polityce. Prezes, którego decyzja najwyraźniej nic nie znaczyła. Podrzędny dowódca, który rozstawiał wszystkich po kątach. Więc tak teraz funkcjonowało Genetically Clean? Jak dla Margaret całe to przedstawienie nie zrobiło na większości żadnego wrażenia, a jedynie pokazało, że to organizacja tej firmy miała pewien problem. Bo to, co się tu właśnie wydarzyło? Krzyczą o skuteczności, o wyplenieniu zarazy, jaką są mutanci i... na tym się właściwie kończy. Fakty są takie, że na czele organizacji przez dłuższy czas stał mutant, mieli problem po jakże bohaterskim czynie Louanne, a lokalizację Bractwa kto odkrył? DOGS. Które zresztą zaczynało dyktować im warunki.
Same sukcesy.
A zamiast zająć się poważnymi problemami, ich czas był marnowany na takie coś.
Margaret wstała, bo wychodziło na to, że zebranie dobiegło końca i nie pozostawało nic innego jak pożegnać pozostałych zebranych w sali, sztywno pożyczyć im miłego dnia i opuścić pomieszczenie. Dopiero tam odezwała się do swojego ochroniarza.
- W środku postrzelono ciężarną kobietę. Jeśli żyje, zadzwoń po kogo trzeba - mają utrzymać ją w tym stanie. Informuj mnie na bieżąco - rzuciła zwięźle i obserwowała przez chwilę, jak mężczyzna znika za drzwiami, przez które przed chwilą wyszła. Cokolwiek sobie Vera nie myślała, Margaret miała zamiar zostać przy pierwotnej decyzji, tej zatwierdzonej przez Louanne nawet, jeśli w chwili obecnej jej autorytet można było zagarniać szufelką z podłogi.
Sama Trailor dłużej nie zwlekając udała się do czarnego samochodu, który podjechał pod wejście w momencie, gdy kobieta wyszła z budynku i odjechała, najpewniej w kierunku budynku własnej firmy.
Podobała jej się postawa Very. Upór i nieprzewidywalność robiły swoje, a przy tym nie bała się mówić to co myśli, nawet jeśli słowa padały prosto do Louanne. Co prawda Scarlett lubiła panią Prezes, ale w obecnej sytuacji się z nią nie zgadzała. Nie widziała pożytku z ciężarnej mutantki. Nie byli organizacją charytatywną, żeby utrzymywać przy życiu tych pokrzywdzonych. Los dziecka faktycznie nie był zbyt ciekawy, ale dla Scarlett było to zwyczajnie za duże ryzyko. Strata środków i czasu dla kogoś, kto może się okazać jednym z nich.
Nie miała pojęcia co się stało z tą organizacją, ale jeszcze jakiś czas temu zabiliby ich bez wahania. Mieli bronić ludzi, a nie mutantów. Jej potomek mógł być jawnym zagrożeniem w przyszłości, więc po co podejmować to ryzyko? Dla niewiadomej? Mało logiczne podejście.
W pewnym momencie Scottie sama chciała wziąć ten przeklęty pistolet i wycelować w ciężarną, ale Vera postanowiła czynić honory i postrzeliła ją między żebra. Nie zabiła, ale jeśli ją tak zostawią, najpewniej umrze. Dziewczyna wychyliła się do przodu i nie mogąc się powstrzymać zwyczajnie klasnęła w ręce z zachwytu. Odprowadziła kobietę wzrokiem,a jedne co jej się nie spodobało w tej scence to ton w jaki powiedziała nazwisko Reynolds. Do niej się tak nie zwracała, ale wiadomo kogo miała na myśli - Jamesa.
Dosadne słowa Scarlett skwitowała uśmiechem, bo zgadzała się z nimi. Eleganckie panie nie musiały babrać się w krwi. Widziała obrzydzenie na twarzy Margaret. Jej zachowanie było skandaliczne i nie pasowało do tej organizacji. Pokręciła głową, gdy wezwała pomoc. Niedobrze się działo, skoro nawet ci na górze odwracali się od ludzi i zaczynali przychylniej patrzeć na mutanty.
Dziewczyna wyszła z pomieszczenia nieśpiesznym krokiem, by móc jak najdłużej nacieszyć się widokiem umierającej mutantki. Nie została zobaczyć, czy ją uratują. Wolała sobie wyobrażać, że jednak nie.
Zdecydowanie nie powinna była przychodzić na spotkanie ani w ogóle dopuść by się ono odbyło. Nie dość, że Vera bawiła się jakieś gierki i próbowała... Właściwie sama do końca sama Louanna wiedziała co też zamierza kobieta osiągnąć. Zastraszyć? Pokazać swoją siłę i to jak łatwo wytropiła tego zdrajce i jego ,,dziewczynę". Jednak w tym wszystkim zapomniała o jednej rzeczy. Przyrzekali chronić życie każdego człowieka. Nawet takie w łonie, bo może jeszcze dla niektórych w tym Neumann to maleństwo nie było dzieckiem. Ponieważ nie mogło się bronić, jedynie przebywało w łonie wynaturzenia. To nie była jego winna. Powinni pamiętać, że GC zostało powołane do obrony ludzkość i zapewnić jej przyszłość. Jak to chcą osiągnąć jak zabiją dzieci w łonie? Jak to właśnie oni są przyszłością. Może postawa Louanny zawodziła Neumann, dowódce i innych popierających pomysł Very.
Chyba na całym świecie nie ma równie denerwującej osoby jak jej ,,przyjaciółka". Z każdym kolejnym dniem współpracy Vera coraz bardziej działa jej na nerwy. Najgorsze w tym wszystkim było to, że mianowała ją na wiceprezesa. By mieć ją jeszcze bliżej siebie. Przyjaciół trzymaj blisko, ale wrogów jeszcze bliżej. Niestety powoli zaczynała tego żałować. Śmiało można powiedzieć było, że dobrze Vera wyszła z sali. Jeśli postała by chociaż sekundę dłużej Lou wzięła by ten pistolet i zastrzeliła by kobietę. Nie cierpiała tego jak ktoś się jej przeciwstawiał jeszcze tak jawny sposób, przed całym zarządem. Jednak w tym wszystkim nie to było najgorsze. To, że z Neumann miały różne wizję i poglądy Henning wiedziała już dawno. Najbardziej zabolały/wkurzył ją ostatnie słowa kobiety skierowane do niej. Niczego Lou nie pragnęła bardziej niż tego by ojciec był z niej dumny.
Widząc wychodzącą Verę liczyła do dziesięciu starając się nie pokazać publicznego tego, że była zdenerwowała i słowa wiceprezesa ją zabolały.
- Dość tego chyba się zapomniałeś... Rozumiem, że nie popierasz naszych decyzji jak Neumann przeciwieństwie do niej powinieneś ważysz swoje słowa i pamiętać do kogo się zwracasz. - powiedziała do dowódcy, ponieważ swoimi słowami przekroczył granice. Był tylko dowódcą, a ludzie na tej sali należeli do zarządu. Bez różnicy jakie miał o nich zdanie powinien bardziej uważać na słowa. - Proszę wróć do swoich obowiązków. Pamiętać o tym, że od dzisiaj będę pana bacznie obserwować jedno potknięcie, zapomnienie się i swojej roli, a spotkają pana za to konsekwencje - dodała na koniec do mężczyzny. Niech prześwietla ludzi z GC to jego praca. Jednak Henning nie zamierzała zezwalać na kierowanie gróźb w stronę zarządu oraz wypowiadania się takim tonem.
Widząc, że większość wychodzi za nimi uznając to zebranie za zakończone. Również słysząc jak Margaret każe sprawdzić co z mutantką.
- Niech ktoś mu pomoże zająć się nią - powiedziała do pozostałych osób, którzy jeszcze zostali na sali. Chociaż miała skończoną medycynę sama nie zamierzała teraz skakać nad tą mutantką i za wszelką cenę ratować jej życie. Nie ufała sobie na tyle by mieć pewność, że nie skrzywdzi jej jeszcze bardziej. W końcu Louanie jedynie chodziło o życie dziecka. Według niej matka jego mogła zginąć na tysiąc różnych sposobów.
Nie pozostało jej tu nic do zrobienia, a nie zamierzała patrzeć jak ratują życie mutantki. Po za tym jedyne czego teraz pragnęła to wróć do domu. Do swojego męża i zapomnieć o tym co miało tutaj miejsce.
//zt
_________________
LOUANNE MARIE - HENNING
Anioły najczęściej schodzą na ziemię, wcielając się w role córki - Yvonne Naomi Henning.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum