Selene ocknęła się na kanapie w salonie. Materiałowy pokrowiec odrzucony był niedbale na podłogę, a ona miała na sobie nadal wczorajsze ubranie. Z niesmakiem skonstatowała, że musiała zasnąć oglądając pokaz slajdów ze zdjęciami z Namibii. Westchnęła i rozejrzała się po mieszkaniu. Wyglądało na puste, smutne i odpychające. Porządek, który w nim panował nie był jej porządkiem a efektem pracy sprzątaczki, którą zatrudniła tuż przed wyjazdem. Kobieta przeczesała palcami włosy i zerknęła na komórkę. Żadnych nieodebranych połączeń, za to pod jej postem na facebooku o powrocie do domu było już kilkanaście komentarzy w stylu: "Będziemy tęsknić!" czy "Wracaj szybko dada!". Serce ją zakuło, dając jej boleśnie znać o tym że ten obcy, pełny ciemnoskórych ludzi i egzotycznych zwierząt kraj, był dla niej bardziej jak dom niż Seattle. Obiecała jednak pozostawionym tam przyjaciołom, że rozliczy się ze swoją przeszłością w marekiana i wróci do nich, już na zawsze.
Tymczasem wstała i ruszyła do sypialni. Walizka nadal leżała na łóżku, nierozpakowana od wczoraj.
"Rozpakuję ją, tylko się odświeżę." Obiecała sobie, wyjęła z niej koszulkę khaki i pasujące do niej spodnie. Kątem oka zobaczyła chmury za oknem i przypomniała sobie, że na zewnątrz jest najwyżej dwadzieścia, zamiast czterdziestu stopni. Zmieniła spodnie na długie jeansy, które wyjęła z worka próżniowego w szafie i wyszła do łazienki. Już po chwili po mieszkaniu rozniósł się odgłos puszczonej z prysznica wody i jej pośpiewywanie jakiejś afrykańskiej piosenki, której słowa nic dla niej nie znaczyły ale melodia przyjemnie ogrzewała jej serce.
Wysłany: 2018-08-16, 20:41
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
//19 kwietnia
Nie wiem, dlaczego nie skierowałam się tutaj od razu, już wczoraj, gdy pożegnałam się z dotychczas wynajmowanym mieszkaniem. Nie wiem, dlaczego poszłam za Tildą, dzisiaj już nawet nie wiedziałam, dlaczego i skąd nam wpadł pomysł z tą heroiną. Nie wiedziałam już kompletnie nic, a im więcej czasu mijało, tym większy mętlik miałam w głowie. Tyle dobrze, że chociaż dziś ta przeklęta moc nie dawała mi się we znaki...
Noc na brudnej, zimnej ziemi z pewnością nie była niczym dobrym. Z całą pewnością wciąż miałam przyczepione do ubrań i zaplątane we włosy paprochy. Czułam się też obolała, co jeszcze bardziej wzmagało moje kuśtykanie na prawą nogę. W sumie... Czy ja dalej nie powinnam była chodzić o kulach? Nawet jeśli... To chyba było już za późno na takie rozmyślenia.
Całe szczęście, nawet mimo mojego paskudnego wyglądu, nie zostałam zatrzymana w lobby. Za dużo czasu w przeszłości tu spędziłam, by traktować mnie jak byle obdartusa, w którego... Niestety się zmieniałam. Co ja robiłam ze swoim życiem?
Nie widziałam innego wyjścia. Ricky nie chciała ze mną rozmawiać. Aaronowi nie chciałam się zrzucać na głowę. Do tego mieszkania miałam klucze. Wystarczyłoby tylko kilka dni. Kilka krótkich dni, żebym mogła się ogarnąć, znaleźć coś dla siebie, wymyślić rozwiązanie... No cokolwiek!
I tylko ten mały woreczek tak mi ciążył w kieszeni. Nie czułam jeszcze pociągu do hery. Nie. To po prostu... Sama świadomość że ją miałam...
Zbliżyłam się do drzwi i włożyłam klucz do zamka. Dopiero teraz coś mi nie pasowało. Drzwi... One były otwarte. Wcisnęłam klamkę, jednocześnie wchodząc do środka. Coś... Coś tu nie grało. Czyżby... Czy oni tu byli? Nie, to bez sensu. Nie zbliżałam się tu od długich tygodni. Oni... Oni nie mogli.
- Halo? - Krzyknęłam w głąb, zamykając za sobą drzwi i kierując się wgłąb mieszkania, skąd słyszałam szum lecącej wody...
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
Woda zmywała z niej przetrwały brud, zmęczenie jet lagiem i zapach Afryki. Pozwoliła jej oczyścić się z tego co zostawiła za sobą aby móc się przygotować na to co ją czekało. Nie rozmawiała z Samanthą od kilku miesięcy, ale tak naprawdę to nie ona była największym wyzwaniem. Obie kobiety zawsze jakoś znajdowały wspólny język. Nie, trudniejsze będzie dotarcie jakoś do Aarona. Jego nie widziała... Chyba już kilka lat. Ciekawe czy bardzo się zmienił? Czy ją w ogóle pamiętał? W końcu dla niego była tylko "tą ciotką z Seattle". A co jeśli... Stało mu się coś złego? Nie, gdyby tak było Sam na pewno dała by jej znać, nawet jeśli musiałaby wysłać informację pocztą.
Selene właśnie wychodziła z pod prysznica, kiedy usłyszała dźwięk otwieranych drzwi wejściowych, a zaraz potem ciche "Halo?". Poznałaby ten głos wszędzie, choć był dziwnie zachrypnięty i słaby. Czyżby Sam była chora?
- Jestem w łazience! - Krzyknęła, owijając się ręcznikiem. Nie siliła się na introdukcje, bo przecież Samantha właśnie weszła do jej mieszkania. Kogóż by innego mogła się tam spodziewać? - Zaraz wyjdę! - dodała jeszcze, wycierając się pospiesznie i owijając mniejszym ręcznikiem włosy. Ubrała przygotowane ciuchy, po czym rozpuściła wilgotne nadal włosy. Kiedy się ostatnio widziały, sięgały jej do ramion, teraz były krótkie i sterczały na wszystkie strony.
W końcu wyszła z łazienki i skierowała swoje kroki do salonu, gdzie spodziewała się zastać "siostrzenicę".
- Samantha? Wybacz, że nie dałam znać, ale wracałam lotem last minute i nawet nie miałam okazji się rozpako....wać. - Ostatnie słowo dokończyła już znacznie ciszej, tak jakby uszło z niej powietrze. Dziewczyna, a właściwie kobieta, która przed nią stała zupełnie nie przypominała Sam. Była chuda, brudna, pachniało od niej co najmniej nieprzyjemnie a to był tylko wierzchołek góry lodowej. Sam wyraźnie stała krzywo, tak jakby oszczędzała jedną nogę, miała podkrążone oczy... I tak naprawdę gdyby Selene nie usłyszała najpierw jej głosu, to pewnie w pierwszym odruchu chciałaby ją wyprosić z mieszkania.
Wysłany: 2018-08-16, 21:39
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Bałam się. Tak przeraźliwie się bałam, że oni tu byli. Że o wszystkim wiedzieli. Że już nigdzie nie zagrzeję swojego miejsca. Miałam wrażenie, że żołądek podchodzi mi do gardła w tych krótkich sekundach, nim usłyszałam znajomy głos. Momentalnie zeszło ze mnie całe powietrze, wszystkie te złe myśli. W tej samej chwili też puściłam rączkę od walizki, która już ledwo stała na swoich krzywych kółkach. I tak... Stałam. Po prostu stałam, gdy moje oczy zaczynały się szklić. Czyżbym... Jednak nie była w tym sama?
Rzeczywiście, ostatnie miesiące wycisnęły ze mnie całe życie. Dały mi w kość, przeżuły mnie i wypluły niczym cień człowieka, którym kiedyś byłam.
- Ciociu... - Wydusiłam z siebie tylko, zanim pokuśtykałam w jej kierunku niemal od razu się do niej przytulając. Całkowicie zignorowałam fakt, że kobieta wyszła spod prysznica i z pewnością ostatnią rzeczą, której pragnęła, było spoufalanie się z takim brudem jak ja. Po prostu... Potrzebowałam chociaż chwili bliskości i ciepła. Potrzebowałam tego bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Potrzebowałam tego bardziej, nawet niż w czasach, gdy chowaliśmy naszą matkę a potem ojca. Bo nigdy do tej pory nie zostawałam z tymi tragediami sama.
Wtuliłam się więc w nią, na tyle, na ile różnica w naszym wzroście pozwalała. Wtuliłam się i miałam wrażenie, że łzy same wypływają z moich oczu. Przy niej... Mogłam sobie na to pozwolić, prawda? Ona mnie nie oceniała. Nie tak jak inni. Przy niej mogłam zdjąć tą grubą skorupę twardziela i być sobą. Tylko i wyłącznie sobą.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo... Tęskniłam... I jak wiele... Się wydarzyło... - Wymamrotałam, starając się powstrzymać szloch i odnajdując chwilę na odpoczynek i odpuszczenie sobie tej defensywnej postawy. Potrzebowałam choć na chwilę zapomnieć, że ostatnie miesiące w ogóle miały miejsce.
W końcu jednak puściłam Selene i przetarłam nadgarstkiem własne powieki, jednocześnie prychając, jakbym właśnie zrobiła jakąś kompletną głupotę. - Ja.. Przepraszam. Myślałam że Cię nie ma, a mi właśnie... Ja... Eksmitowali mnie... - Dodałam ostatecznie, przez drżące wargi, starając się nie rozpłakać. Nigdy przecież nie chciałam się doprowadzić do tego stanu. Nigdy nie chciałam, by ktokolwiek bliski mnie taką widział. A jednak... Pozwoliłam na to. Było mi strasznie wstyd, ale już nawet nie miałam po co udawać, że cokolwiek jest jeszcze w porządku...
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
-Ciociu... - To słowo, tak słodkie i tak gorzkie zarazem w jej uszach. "Dziecko... Córciu..." Miała ochotę odpowiedzieć, jak już tyle razy wcześniej, przez te wszystkie lata. Zamiast tego otwarła ramiona, w które dziewczyna się wtuliła. To nic, że była od niej wyższa, to nic, że Selene lekko zachwiała się pod naporem jej ciała. Przygarnęła ją do siebie, i przytuliła mocno, ignorując zupełnie jej zapach czy stan jej ubrania. Mogła brać prysznic co pięć minut, jeśli to by pomogło Sam.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo... Tęskniłam... I jak wiele... Się wydarzyło... - "Boże, ona ma rację... Nie było mnie. Pogoniłam za własnymi marzeniami, uciekłam przed problemami i zostawiłam ich samych sobie. Zostawiłam ją!" Pomyślała ze zgrozą, a w gardle nieco jej zaschło. Tak bardzo chciała zapomnieć o tym wszystkim co ją tu spotkało, że zapomniała zupełnie, że to tutaj miała rodzinę. Prawdziwą, z krwi i kości.
- Przepraszam... Przepraszam, że mnie nie było Sami. - wymamrotała. Pozwoliła dziewczynie wysunąć się z jej uścisku, kiedy ta uznała to za stosowne.
- Ja.. Przepraszam. Myślałam że Cię nie ma, a mi właśnie... Ja... Eksmitowali mnie... - Selene energicznie pokręciła głową, roztrzepując na boki kropelki wody.
- No cośty! Po to właśnie dałam ci ten klucz, żebyś mogła go użyć kiedy będzie trzeba. Przecież to nie tak, że mam tu rośliny, które wymagały podlania. Nie masz zupełnie za co przepraszać. - Puściła jej oko, robiąc aluzję to faktu, że nigdy nie miała ręki do kwiatów i jedyne jakie stały w mieszkaniu były sztuczne. Tymczasem ruszyła do części kuchennej i zaczęła otwierać szafki i zaglądać do nich, a ich zawartość coraz bardziej ją rozczarowywała. No tak, ale czego mogła się spodziewać po ponad sześciomiesięcznej nieobecności?
- Dobra młoda, zrobimy tak. Pójdziesz się teraz umyć i przebrać, jestem pewna że w twoim pokoju zostały jakieś ciuchy. Ja w tym czasie skoczę na dół, kupię parę rzeczy i coś sobie upichcimy do jedzenia. A ja już obie będziemy najedzone i rozbudzone, to siądziemy sobie przy jakimś ckliwym romansidle i pogadamy. Brzmi jak plan? - Jej zorganizowana, poukładana natura wzięła górę i włączyła się do pracy na pełnych obrotach. Tak, Selene Parr lubiła mówić innym co mają robić, ale przy tym zawsze potrafiła to jakoś tak ująć, że nie brzmiało to jak polecenie, ale zwyczajna sugestia. I może tego właśnie potrzebowała teraz Samantha? Kogoś kto na jakiś czas przejmie stery, żeby mogła zrobić porządek ze swoim wyglądem.. No i swoim życiem.
Wysłany: 2018-08-16, 23:35
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Nie byłam niczego świadoma. Pewnie właśnie dlatego nie dochodziło do mnie, dlaczego i cioteczka może reagować tak emocjonalnie na mój stan - zapewne zarówno fizyczny jak i psychiczny. Owszem, rodzina rodziną. Ale przecież... Nie byliśmy dla niej kotwicą. Nie miała wobec nas żadnego obowiązku. Robiła to tylko z czystego serca, prawda? Kochała nas, tego nie mogłam jej odmówić. Ale to nie znaczyło, że miałaby rezygnować z własnych marzeń dla dzieci swojej siostry. Świat tak przecież nie działał...
- Przestań. Przecież... Jestem dorosła. a Ty też masz prawo do swojego życia, nie? - Odpowiedziałam na jej przeprosiny, które przecież wydawały mi się całkiem nie na miejscu, jednocześnie kolejny raz pociągając nosem i prychając. Cała ta sytuacja wydawała mi się wręcz absurdalna, gdy tak stałam przed nią, nieogarnięta i w takiej rozsypce jak przed laty, gdy jeszcze zmagałam się z huśtawką nastrojów przez dojrzewanie... Czy to się właśnie nazywa deja vu?
- No... Niby tak. Ale wiesz... Ja... - Sama nie wiedziałam, jak mam nawet kontynuować. Głupio mi było za sam fakt, że już nie miałam swojego kąta, swojego domu... Że po tylu latach musiałam wracać i prosić własną ciotkę o pomoc i schronienie. Było mi głupio, bo liczyłam, że po cichu przenocuje tu kilka dni. Niezauważenie. Po prostu... Ogarnę się i wyjdę. I nawet radość z posiadania kogoś bliskiego tuż tuż, tak przy samym boku, nie potrafiła przyćmić tego uczucia wstydu.
Wodziłam wzrokiem za kobietą, gdy zaczęła zaglądać do kolejnych szafek i przedstawiać mi swój plan. A ja w tym czasie dalej stałam jak ten kołek, na środku pokoju, chyba samej nie wiedząc co ze sobą zrobić. Sama nie wiedziałam, czy czułam się przytłoczona? Nieobecna? Tak... Tak chyba było. Obserwowałam to wszystko z boku, całkowicie oderwana. Najgorsze było to, że ostatnie dwa miesiące... Pieprzone dwa miesiące... Tak wiele zniszczyły...
Wciąż jednak czułam respekt do Selene. Chyba nawet większy, niż gdy byłam młodsza. Co ciekawe, ten jej ton chyba wręcz przywołał uśmiech na moich ustach. Ja... Tak bardzo potrzebowałam kogoś, kto będzie w stanie mnie ogarnąć, postawić na nogi i nawet się przy tym nie zająknie. Choć przez chwilę...
- Chyba nie mam żadnych argumentów, żeby się kłócić z Panią Kapitan. - Wysiliłam się nawet na lekki żart, mimo, że pojedyncze łzy wciąż spływały po moich policzkach. I tak w sumie... Jej propozycja serio była niczego sobie. Na szczęście też, miałam przy sobie tę walizkę a w niej jeszcze kilka czystych ubrań po okresie, gdy mieszkała u mnie Ricky, oznaczało to, że nie musiałam iść na drugi koniec mieszkania, do swojej starej... Sypialni.
Złapałam więc za rączkę tej torby i pokuśtykałam te kilka kroków do łazienki, zatrzymując się tuż przed nią.
- Ciociu...? - Zagaiłam, w tym samym momencie otwierając drzwi i odwracając się twarzą ku kobiecie. - Ja... Kocham Cię. Cieszę się, że wróciłaś. - Wydusiłam z siebie z uśmiechem, po czym zniknęłam za drzwiami łazienki. Jakoś... Czułam potrzebę jej to wyznać. Szczególnie teraz, gdy już niczego nie byłam pewna. Gdy każdego dnia bałam się o siebie, o swoje życie, o życie moich bliskich... Czy dobrze robiłam zatrzymując się tutaj? Czy to nie sprowadzi na nas niebezpieczeństwa?
Nie chciałam teraz o tym myśleć. Nie, gdy chłodna woda i zapach mydła roznosiły się po łazience, pozwalając mi się oderwać od tej brudnej rzeczywistości. Gdy kilka minut z szumem wody wystarczało, by zdjąć z Ciebie choć część złych emocji. Gdy zatracasz się w przeszłości i nie chcesz z niej wracać...
Wyszłam z łazienki z pewnością dużo świeższa, choć wciąż z widocznymi workami pod oczami, wciąż wyraźnie kuśtykając i z rzucającym się w oczy nienaturalnie zrośniętym palcem dokładnie w tej dłoni, w której niosłam swoje brudne rzeczy. Co jednak najgorsze - zamykając za sobą drzwi, nie zauważyłam, jak z moich starych spodni wypadł ten jeden mały woreczek, który tak mi ciążył przez ostatnie kilka godzin...
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
Selene narzuciła na siebie zgrabną jeansową bluzę i wyszła, trzaskając za sobą z rozmachem drzwiami.
Była spowrotem w mniej niż piętnaście minut - zalety posiadania sklepu tuż pod mieszkaniem. Co prawda wybór produktów pozostawiał sporo do życzenia, ale coś udało jej się z tego wybrać. Nie zdejmując bluzy zsunęła tylko buty i zaniosła siatki z zakupami do kuchni. Była tam sałata, kukurydza, przecier pomidorowy, paczka mięsa mielonego, jajka, olej, kilka saszetek z przyprawami i trzy różne sosy. Oprócz tego Selene kupiła cytryny i miętę, które odrazu obrała, wycisnęła i wrzuciła do dzbanka razem z zimną wodą, tworząc lemoniadę.
- I jak? Odrazu lepiej? - zapytała z uśmiechem Sam, która właśnie wyszła z łazienki.
- Omlet burrito sobie pani życzy? To łap za nóż i pokrój sałatę. - Znów, niby polecenie, ale jednak nie do końca. Selene po prostu stawiała sprawę jasno - chcesz jeść? To musisz pomóc w przygotowaniu. Zresztą, sama nie była wirtuozem patelni i kiedyś nie raz to Sam ratowała ich przed jedzeniem chińszczyzny na wynos.
Na usta cisnęła jej się masa pytań, ale wiedziała że to nie jest dobry moment żeby je zadać. Musiała dać Samancie czas do namysłu, pozwolić jej ułożyć sobie wszystko w głowie i powiedzieć ile uzna za słuszne i kiedy uzna za słuszne. Naciskanie na dziewczynę zawsze dawało odwrotny efekt, coś czego Janet jeszcze za życia nigdy nie potrafiła zrozumieć.
Kiedy zobaczyła woreczek który wypadł ze sterty ubrań "siostrzenicy", odeszła od kuchni i podniosła go. Chciała powiedzieć, że coś dziewczynie wypadło ale wtedy skojarzyła fakty i poznała substancję, której sporo widywała jako nastolatka i później w swojej pracy "dorywczej". Heroina. Ciężki narkotyk, przez który ludzie staczali się niżej niż to się wydawało możliwe. I teraz wszystko już rozumiała - wygląd Samanthy, to że wyrzucili ją z mieszkania, jej stan emocjonalny. Przygryzła mocno wargę i wróciła do gotowania, odstawiając woreczek na blat tuż obok soli i pieprzu, jak gdyby była to po prostu jakaś egzotyczna przyprawa. Nie odezwała się na ten temat ani słowem, choć czuła na sobie wzrok Sam i wróciła do gotowania.
- Oczywiście zostaniesz tu, przynajmniej dopóki nie znajdziesz sobie czegoś innego. Wiesz co tam u..
. Aarona? - Rozmowa miała poczekać, ale ją po prostu skręcało w środku. W końcu po to właśnie Sam wyprowadziła z Seattle do Olimpii - żeby znaleźć brata. To było kilka lat temu, ale przecież niemożliwe było żeby znalezienie go zajęło jej aż tyle czasu. Musiała coś wiedzieć.
Wysłany: 2018-08-19, 16:34
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
- Lepiej, to mało powiedziane. - Rzuciłam, przywołując na usta lekki, choć chyba wymuszony uśmiech. Bo nawet jeśli fizycznie czułam się dobrze, moja psychika dalej pozostawała wiele do życzenia. Ale... Przecież nie było sensu od razu się z tym wylewać, prawda?
Swoje stare ubrania chwilowo położyłam na jednym z krzeseł, z zamiarem późniejszego zgarnięcia ich do mojego starego pokoju. Ciekawa byłam, czy cioteczka cokolwiek w nim zmieniła, czy nie pozbyła się moich starych gratów? W sumie zawsze miałaby wtedy jedno pomieszczenie więcej dla siebie, no nie?
- Za tego omleta to się dam pokroić. - Dodałam po chwili, podchodząc do blatu i samej łapiąc za nóż i tę sałatę. Całe szczęście mały palec specjalnie się nie przydawał przy krojeniu, więc chyba nawet szło mi to w miarę sprawnie. Przynajmniej do chwili, aż nie zauważyłam, co też moja droga cioteczka podnosi z ziemi.
Przyrzekłabym, że w tej krótkiej chwili po prostu zamarłam. Ja... Nie wiedziałam co powiedzieć. Widziałam po minie Selene, że nie jest tym zachwycona i nawet nie chciałam myśleć o tym, co teraz chodzi po jej głowie. Wypuściłam nóż z dłoni, podpierając się o blat na własnych nadgarstkach i samej ściskając wargi w cienką linię. Nie miałam nawet odwagi podnieść wzroku, tylko tępo gapiłam się w te nie do końca skrojone liście.
- To... Nie tak jak myślisz. - Wydukałam tylko, jednoczenie próbując wyciągnąć dłoń do tego woreczka, by po chwili schować go w swojej kieszeni, o ile oczywiście kobieta mnie przed tym nie powstrzymała. Czułam wstyd, bo co innego mogłam? Jeden wyskok, przez który jedyna osoba, która do tej pory mnie akceptowała bezgranicznie, może zmienić całkowicie nastawienie. Jezu, Sam, jak możesz być tak głupia!
- Ja... Mogę iść. Nie chcę Ci sprawiać kłopotów... - Wyrzuciłam z siebie na jej słowa. Sama nie wiedziałam, co bardziej mnie bolało - fakt, że mogłam ją zawieść, czy jednak bycie bezdomną... Skrzyżowałam ręce na wysokości klatki piersiowej, dłonią dociskając ten przeklęty łokieć. Miałam ochotę wydrapać sobie własne żyły a z tego wszystkiego chyba zrobiło mi się niedobrze. Nie mogłam tego jednak po sobie zdradzić.
- Wpakował się w syf. - Odpowiedziałam, beznamiętnie, tuż po tym, jak wzięłam głębszy oddech. - I... Chyba nie chce już ze mną rozmawiać. - Dodałam po chwili, wciąż nie zmieniając tonu. Z całą pewnością, moja relacja z bratem to nie był temat, który można było odbębnić w pięć minut przy krojeniu warzyw...
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
- Nie tak jak myślę? - jej nóż z zacięciem uderzał w paprykę, krojąc ją na coraz mniejsze kawałki. W jej głosie słychać było napięcie, ale mówiła spokojnie. - Pozwól więc, że powiem ci co myślę. A potem spojrzysz mi w oczy i zaprzeczysz, jeśli nadal będziesz tak uważała. - Zrobiła na chwilę pauzę, przerzucając paprykę i lekko podsmażone mięso do omleta. Potem kontynuowała, cały czas stojąc odwrócona do Sam plecami.
- Myślę, że w ciągu ostatnich sześciu miesięcy w twoim życiu wiele złego. Nie wiem co to było, choć podejrzewam że twoja ranna noga to nie żadne potknięcie się. Myślę, że było to na tyle trudne, że chciałaś od tego uciec... Że musiałaś jakoś od tego uciec, a jesteś zbyt odważna na to by podkulić ogon i wynieść się tak jak ja. Zaczęłaś więc dużo pić, pewnie sporo też palisz, ale okazało się że to nie wystarczy. Może nieszczęśliwie się zakochałaś? A może to Aaron jest powodem twoich problemów. Myślę tęsknisz za matką, bo przecież zbliża się kolejna rocznica jej śmierci... Myślę, że ktoś ci to zaproponował a ty nie odmówiłaś. Myślę, że dopiero co z tym zaczęłaś, ale bardzo ci się to spodobało i nie zamierzasz kończyć. - Zrobiła pauzę, odbierając od siostrzenicy sałatę i siekając ją bardzo intensywnie. Potem dorzuciła to do omleta i kontynuowała.
- Myślę że niezależnie od tego co powiem, będziesz nadal brała to świństwo, przynajmniej dopóki nie ogarniesz swojego życia. I jak? Nadal twierdzisz, że to nie tak jak myślę?
Zamilkła, wykładając omlet na talerze i nie czekając na odpowiedź siostrzenicy zaniosła je do stołu.
- Tak czy inaczej, masz dwadzieścia siedem lat i nie musisz się tłumaczyć z wyborów życiowych starej ciotce. - Uśmiechnęła się lekko, po raz pierwszy odkąd zobaczyła woreczek i zabrała się za jedzenie.
Ona nie chciała naciskać, nie chciała mówić Samancie jak ma żyć. Nie mogła tylko pogodzić się z tym, że jej córka była ćpunką. Musiała poważnie porozmawiać z Marcosem. Gnojek był największą szychą w gangsterskim światku w tej części stanu, więc towar musiał pochodzić od niego. Selene domyślała się, że nie wydał go Sam osobiście, niemniej musiał mieć jakąś swoją czarną listę osób, którym jego dealerzy nie wydawali towaru i ona zamierzała żądać by na tą listę wciągnął Sam. Wyjęła z kieszeni komórkę i wystukała smsa to osoby, z którą naprawdę dawno się nie widziała. "Czas odwiedzić starych znajomych." Pomyślała, klikając przycisk "Wyślij".
Wysłany: 2018-08-20, 20:01
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Wciąż nie miałam wystarczająco odwagi, by podnieść wzrok. Czułam wstyd i napięcie, żołądek podchodził mi do gardła, serce waliło niczym oszalałe w pierś, a z każdą mijającą chwilą - na moich skroniach pojawiały się kolejne kropelki potu. Tak strasznie bałam się tej oceny, tak strasznie bałam się szufladkowania. Tak strasznie nie chciałam jej zawieść...
Wzdrygałam się z każdym kolejnym uderzeniem noża o deskę do krojenia. Każde jej słowo bolało, niczym kolejna szpilka wbijana w moje serce. To było głupie. Była tak bliska prawdy, a jednak nie potrafiła w nią trafić. Moje wargi zaczęły drżeć a oczy coraz bardziej się szkliły. Teraz... Teraz nawet złapanie głupiego oddechu wydawało się strasznie trudne.
- No patrz. Prawie trafiłaś. - Wydusiłam z siebie łamiącym się głosem, lekko się uśmiechając. Po chwili przetarłam nadgarstkiem swoje powieki, zaciągając nosem zbierającą się w nim wydzielinę.
- Ale prawie robi różnicę, wiesz? - Dodałam po chwili, odwracając się w jej kierunku. Starałam się złapać z nią kontakt wzrokowy, jednak nie chciałam odchodzić od tego blatu, o który w tym momencie się podpierałam. Miałam wrażenie, że jeśli to zrobię to padnę na kolana, robiąc z siebie jeszcze większą ofiarę, niż w rzeczywistości byłam.
- Trafiłaś z tym, że działo się wiele złego. I masz rację. Nie potknęłam się. Za to mnie postrzelili. Prawie zdechłam, w jakimś zapyziałym kącie w Olympii. I wiesz kto mnie uratował? Przyjaciele Aarona. Kurwa, Jebana strzelanina to nie jest miejsce, w którym chcesz spotkać swojego brata po latach, a jednak ja to zrobiłam! No, skończyłam po tym ze złamaną kością udową i chyba rzeczywiście z braku lepszych zajęć zaczęłam to zapijać. Niedaleko pada jabłko od jabłoni, no nie? - Wyrzuciłam z siebie, powoli zalewając się łzami. W sumie... Do tej pory nawet nie myślałam, że powiedzenie tego na głos może przynieść taką ulgę. Czy jednak teraz w ogóle miałam to w głowie, gdy wzrastała we mnie złość, smutek i żal? - I wow, zaskoczenie! Piłam i paliłam jeszcze przed studiami. Ciekawe, że wtedy tego nie zauważyłaś. Może wtedy bym się dzisiaj tak nie staczała, huh? - Zarzuciłam jej, lekko ironicznym tonem, wciąż nie ściągając z niej mojego wzroku. Byłam zła i nawet nie wiedziałam dlaczego. Przecież... Nigdy wcześniej nie odważyłabym się tak odezwać do Selene. Za bardzo ją szanowałam. A jednak... Jednak pękłam. Było to widać w moich oczach, było to widać w mojej mimice, było to widać po mojej postawie... I nie mogłam w żaden sposób nad tym zapanować.
- Jeśli za nieszczęśliwe zakochanie uznasz postrzał Twojej ukochanej i widzenie, jak się wykrwawia na śmierć na środku ulicy, to tak, masz rację, Jestem nieszczęśliwie zakochana. Jeśli uznasz za to fakt, że nawet moja miłość ze studiów ma mnie dość - tak, masz kolejny punkt. Aaron? Od 11 lat nie chce mnie znać. Pojedyncze rozmowy tego nie zmienią. - Kontynuowałam swoją tyradę, próbując odeprzeć kolejne zarzuty i nawet nie zauważając, że w pewien pokręcony sposób ciocia miała przecież rację... Byłam teraz tak zaślepiona tymi negatywnymi emocjami, byłam tak zaślepiona swoimi przeżyciami... A co najgorsze, nawet nie wiedziałam kiedy się zamknąć. Wytarłam swój nos o rękaw, a powieki kolejny raz przetarłam własną dłonią.
- Jej życia już nic nie wróci. A wiesz co ja zrobiłam? Skazałam innych na ten sam los. Dałam się podejść i podpisałam te jebane papiery. Jestem kupą bezwartościowego gówna, która nawet nie potrafiła się postawić, tylko za cenę własnego tyłka sprzedała całą ideę. Za kilka siniaków, złamań, poparzeń i ran. Ja... Haha, sprzedałam FPTP, rozumiesz? Za swoje marne życie. - Zaśmiałam się przez łzy, już chyba z bezsilności. Ja... Chyba potrzebowałam to wszystko z siebie wyrzucić. Tylko... Czy naprawdę musiałam to robić w ten sposób? Wyżywając się na ostatniej osobie, która się ode mnie nie odwróciła?
- I masz rację. Alkohol przestał mi wystarczać. Ale wiesz dlaczego? Bo kurwa po tym już nie potrzebuję alkoholu. Jestem kurwa jebanym mutantem i mogę się sama najebać, fajnie nie? Szkoda tylko, że nie mam nad tym żadnego kurwa panowania! - Wyrzuciłam z siebie, odsuwając się od blatu i prychając pod nosem.
Nie miałam jednak sił jej kłamać. Nie potrafiłam. Nie teraz. Wolałam więc kwestię ewentualnego dalszego brania całkowicie zignorować, jakby nigdy nie padła.
-Nic nie wiesz. I mam jebane 28 lat, w sumie 29 za miesiąc, dzięki wielkie. - Dodałam po chwili, z wciąż wyczuwalną ironią w głosie. Apetyt jednak całkowicie mi zniknął. Było mi niedobrze, byłam rozgoryczona i miałam ochotę płakać. Nie chciałam jednak robić tego otwarcie przed blondynką, to też skierowałam swoje kroki prosto do łazienki, po drodze mijając jednak półkę z kilkoma zdjęciami. Widząc w jednej z ramek swoją jeszcze młodzieńczą buźkę, tak uśmiechającą się do obiektywu... Nie wytrzymałam. Rzuciłam tym zdjęciem przed siebie, całkowicie rozbijając ramkę i klnąc pod nosem, pokuśtykałam do tej łazienki, trzaskając za sobą drzwiami. Dopiero, gdy podparłam się o umywalkę pozwoliłam sobie na ten płacz, który przez ostatnie kilka minut tak się cisnął do moich oczu...
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
Przez cały ten wybuch dziewczyny, Selene siedziała spokojnie.
- Trafiłaś z tym, że działo się wiele złego. (…) Niedaleko pada jabłko od jabłoni, no nie?- Nie przerywała jej, choć wiedziała że usprawiedliwianie własnych błędów genetyką czy rodzicami było trochę poniżej pasa. Chciała powiedzieć, że Sam przynajmniej pamięta własnych rodziców bo dla niej matka i ojciec byli mglistym i niewyraźnym wspomnieniem. Ugryzła się jednak w język.
-I wow, zaskoczenie! Piłam i paliłam jeszcze przed studiami. Ciekawe, że wtedy tego nie zauważyłaś. Może wtedy bym się dzisiaj tak nie staczała, huh?- – Selene pokręciła głową.
- Wtedy miałaś to pod kontrolą. – powiedziała cicho, ale nie mogła powiedzieć nic więcej, bo Sam jeszcze nie skończyła swojego wywodu.
Słuchała o dziewczynie Samanthy, o jej śmierci, o spotkaniu z Aaronem i o postrzale. Jakim cudem tyle rzeczy mogło wydarzyć się w zaledwie kilka miesięcy? Ona też sporo przeżyła w Afryce, ale nic z tego nie równało się nieszczęściom jakie spadły na tą młodą dziewczynę. W dodatku jeszcze Sam najwyraźniej musiała borykać się z poczuciem winy z powodu wydania przyjaciół. Sel nie była na bieżąco z tym co działo się w Ameryce, ale domyślała się że chodzi o promutancką organizację „From People To People” w której Sam działała już chyba kilka lat. Każda jej łza bolała Sel coraz mocniej, tak że chciała podbiec i ją przytulić. Niestety, to nie był już czas na przytulanie. Samantha wybuchła i nic nie mogło powstrzymać lawiny słów, które właśnie z siebie wyrzucała.
Dopiero jej stwierdzenie, że jest mutantem sprawiło, że Selene wstała gwałtownie przewracając krzesło.
- Co…? – wydusiła z siebie słabo. Najpierw Aaron, teraz ona? To mógł być przypadek… Mógł, prawda? Niestety, prawda biła ją w oczy jasno i wyraźnie – to ona zgotowała bliźniakom taki los. To jej przeklęte geny uczyniły z nich wynaturzenia i skazały na los odmieńców.
Kiedy Samantha w końcu wyszła z pokoju, strącając przy okazji swoje zdjęcie z szafki, Selene podeszła jak w transie do barku, nalała sobie pełną szklankę whiskey i wypiła alkohol duszkiem. To wszystko czego się dowiedziała przytłoczyło ją na kilka sekund. Bo jak poradzić sobie z czymś takim? Jak pocieszyć osobę, która straciła miłość swojego życia, której cały świat się rozsypał?
Powoli podeszła do kanapy i usiadła na niej. Co teraz? Musiała pomóc Sam, to nie ulegało wątpliwości, tylko jak? Przede wszystkim, kobiecie przydałaby się praca. Taka normalnie płatna, w zawodzie, żeby mogła zyskać niezależność finansową. Poza tym, sama powinna skorzystać z jakiejś terapii. Tylko, jak ma powiedzieć terapeucie o swojej mutacji? Selene zastanawiała się, czy Sam pamiętała jeszcze jak się szyje. Mogła przecież wciągnąć ją do spółki, bo sama musiała się z czegoś utrzymać.
Póki co, czekała aż jej córka wyjdzie z łazienki, bo nie zamierzała rozmawiać z nią przez drzwi.
Wysłany: 2018-08-20, 23:01
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Nie. Nigdy nie miałam tego pod kontrolą.
Nigdy nie miałam pod kontrolą agresji. Nie miałam pod kontrolą alkoholu. Nie miałam pod kontrolą papierosów. Nie wiem, na ile była w tym wina mojego popieprzonego życia, a na ile złego towarzystwa, w które niewątpliwie się pakowałam. Bo czy te wszystkie bójki i upijanie się z Fowlerem można było uznać za dobre towarzystwo? Włamywanie się do cudzych basenów, by zaliczyć kąpiel na waleta? A może te głupie żarty z podkładaniem psich kup w podpalonych, papierowych torbach z Darkiem można było uznać za dobry wpływ?
To, że w domu było ze mną wszystko w porządku i potrafiłam się skupić na pracy, nie znaczyło, że sobie radziłam. Ale tego dorośli nigdy nie widzieli, prawda? Albo nie chcieli widzieć, dopóki nie sprawialiśmy problemów wychowawczych...
Stałam w tej łazience, podparta o ten zlew, pozwalając łzom na swobodne spływanie po moich policzkach. Nawet nie próbowałam być cicho, musiałam z siebie wylać wszystkie te złe emocje. Co najgorsze - z każdym kolejnym szlochem zdawałam sobie sprawę z tego, co zrobiłam. Pomijając kwestię, że wygadałam się na temat mutacji - naskoczyłam na nią. Zaatakowałam, jakby to była jej wina. A przecież... Jej tu nie było. Ona nie mogła niczego zmienić. Nawet... Nawet nie miała takiego obowiązku.
Zrobiło mi się niedobrze. Czułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła, czułam ten dziwny ścisk, który mi już tak długo towarzyszył. Nie miałam siły z tym walczyć, więc po prostu zwymiotowałam, chyba resztki złości również topiąc w odmętach kanalizacji, tam gdzie mój ostatni posiłek. Czułam, jak cała drżę. Czułam się naprawdę źle. Ale przynajmniej... Już mnie nie nosiło... Przemyłam dokładnie twarz i dłonie zimną wodą, a usta przepłukałam płynem o mentolowym zapachu. Chwilowo to musiało starczyć, dopóki nie wygrzebię swojej szczoteczki do zębów...
Wyszłam z tej łazienki, zdecydowanie lżej zamykając za sobą drzwi i ciężko przełykając ślinę. Nie wiedziałam co robić. W końcu... Zachowałam się jak zwykła gówniara, gdy przecież byłam dorosłą kobietą. Rozejrzałam się po pokoju, w poszukiwaniu Selene, do której niemal natychmiast pokuśtykałam. Usiadłam koło niej i bez żadnego słowa, po prostu wpakowałam swoje nogi na kanapę, a sama położyłam głowę na jej udach - jak przed laty, gdy miałam cięższe chwile. Te wszystkie problem okresu nastoletniego wydawały się teraz tak błahe, ale rozwiązanie do dziś dawało choćby cień ulgi...
- Ja... Przepraszam. Nie wiem co się ze mną dzieje... Ja... - Wydusiłam z siebie w końcu, zgodnie z prawdą. - Nie chciałam... Nie chciałam tak na Ciebie... Naskoczyć.
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
Poczuła ulgę, kiedy usłyszała kroki Sam i zamykane drzwi łazienki. Przez chwilę przemknęło jej przez myśl, że dziewczyna w takim stanie emocjonalnym mogła zrobić coś bardzo… Pochopnego. Milczała, czekając na jakiś komentarz do całej zaistniałej sytuacji. Zamiast tego Samantha wpakowała jej się prawie na kolana, przypominając jej o tych kilku wieczorach spędzonych w ten sposób razem, kiedy nastoletnie hormony przerastały dziewczynę i potrzebowała rady lub pocieszenia.
- Przyjmuję przeprosiny. Naprawdę wiele na ciebie spadło, w bardzo krótkim czasie. Niejeden człowiek by się pod tym załamał, a ty jak na okoliczności, naprawdę nieźle sobie radzisz. I ja przepraszam za poprzednią obcesowość. Po prostu… Za dzieciaka widziałam ludzi, z których przez narkotyki zostawała pusta skorupa. I przestraszyłam się, że ten sam los czeka ciebie. – Selene zamilkła, przez chwilę głaszcząc miarowo włosy Sam. Jak ona za tym tęskniła! Za jej widokiem, zapachem, drobnymi manierami.
- Poradzimy sobie ze wszystkim Sammy. Obiecuję, że już więcej nie ucieknę. Ale ty musisz mi obiecać, że wyrzucisz ten woreczek. – Nie chciała na nią naciskać z niczym więcej. Na wszystko miał przyjść swój czas. Natomiast obecności narkotyków w swoim domu tolerować nie mogła. To dla niej był warunek pomocy Sam i przyjęcia jej pod swój dach.
W zamyśleniu spoglądała przez okna, za którymi na tle zachodzącego słońca widać było panoramę centrum Seattle. Gdzieś tam, w jakimś zaułku, znajdowało się drugie jej dziecko. Aaron, niepokorny duch, który zawsze miał swoją wizję na życie i nigdy nie było w niej miejsca dla rodzinnej sielanki. Aaron, który wdepnął w bagno jeszcze głębsze od Sam i który prawdopodobnie nawet nie chciał pomocy z jej strony. Serce ją bolało, na myśl, że jest dla własnego dziecka kimś prawie obcym. Nie takiej przyszłości chciała dla swoich dzieci, nie po to usunęła się z ich życia, żeby i tak skończyli jako gangsterzy, ćpuni… Mutanci. Wpływ Janet i Thomasa miał to zmienić. Bliźniaki miały otrzymać dobrą edukację, założyć rodziny, śmiać się i spotykać na grillu u swoich rodziców.
„Sama im to odebrałaś...” Odezwał się cichy głosik sumienia w jej głowie. Bo przecież, gdyby nie zabiła swojej siostry, możliwe że nic z tego w ogóle by się nie wydarzyło.
- Wybierzesz się ze mną na grób Janet? – zapytała nagle, bo uznała, że jeśli ma się rozliczyć z przeszłością, to nie było lepszego miejsca niż to, którego nie odwiedziła od prawie dekady. Od dnia w którym jej siostra spoczęła w ziemi. - Chciałam też odwiedzić wujka Berta. – dodała. Wiedziała, że Sam kojarzy człowieka, który był dla niej jedynym substytutem dziadka w życiu. Nawet jeśli nie mieli z nim zbyt dużego kontaktu, bo Janet zapraszała jego i Selene tylko na niektóre święta, to Bert był zawsze dla wszystkich ciepły i serdeczny. Selene często za nim tęskniła, bo to on pomógł jej pozbierać się do kupy po tym jak odebrano jej dzieci, tak jak teraz ona chciała pomóc Sam.
Wysłany: 2018-08-21, 16:17
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Przełknęłam głośniej ślinę, słysząc jej słowa. Pusta skorupa... Czy... Czy w sumie sama nie chciałam się w jedną zmienić? Chciałam w końcu przestać czuć, przestać się martwić, przestać czuć ból i przestać śnić koszmary. Chciałam chwili wytchnienia, ale nie mogłam jej o tym powiedzieć. Więc też tylko wpatrywałam się przed siebie, w te szyby, w których odbijało się światło słońca... Wpatrywałam się w nie, całkowicie oddając się tym krótkim chwilom i pieszczotom, na które pozwalamy jedynie naszym najbliższym. To było tylko głupie głaskanie, sunięcie palcami po włosach, a jednak... To dawało takie cudne ukojenie. To był znak, który mówił, że nie jestem w tym sama.
- Obiecuję. Ja... Wyrzucę go. - Wydusiłam z siebie, jednocześnie wygodniej układając swoją głowę na jej udach. Nie powiedziała, że muszę to zrobić od razu. A sama... Chyba nie chciałam wywoływać wilka z lasu i ryzykować kolejnym wybuchem. To... To były resztki, prawda? Głupi woreczek z resztką heroiny po pierwszym ćpaniu. Do tego bardzo marnej heroiny. A ja... Ja nie byłam uzależniona, nie po jednym razie. To tak nie działa. Nawet jeśli kusi, nawet, jeśli daje ukojenie. Nie można się uzależnić po jednym razie, do jasnej anielki!
Jednak z tego kociołu myśli wyrwały mnie kolejne słowa kobiety. Groby... Grób mojej matki...
W tej krótkiej chwili przejechałam po własnych włosach, przypominając sobie jej długie fale. W dniu jej śmierci przyrzekłam sobie, że już nigdy nie zapuszczę włosów. A jednak teraz mijał już czwarty miesiąc gdy ich nie ścinałam. Powoli zaczynały odrastać... Czy właśnie łamałam własne obietnice?
Zaczynałam czuć do siebie coraz większą odrazę. W tym wszystkim zapominałam o tym, co serio było kiedyś dla mnie ważne. Zatracałam się w obecnych problemach, zapominając o wszystkim - o danym słowie, o bliskich, o ich bezpieczeństwie...
- Pójdę, ale... Czy mogłabyś mi wcześniej ściąć włosy? - Zapytałam dość słabo, zjeżdżając po jednym z kosmyków aż do własnego karku. I teraz mnie to uderzyło.
Kurwa mać.
- Ciociu... Ja... Zapomniałam Ci jeszcze o czymś powiedzieć. - Wymamrotałam, nie podnosząc się ze swojego miejsca. Nie miałam na to ani siły, ani odwagi... - Gdy... Gdy ponad miesiąc temu zostałam aresztowana... Ja... Znaczy my... Oni nam coś zrobili. - zatrzymałam się na krótką pauzę, by wziąć głębszy wdech - Zatrzymali Aarona i jego przyjaciół, nie wiem za co dokładnie... Ale coś im wszczepili. I w polowych warunkach ktoś im to wyciągał... Aaron... On... On prawie umarł, prawie się wykrwawił. A ja... Ja nie miałam odwagi im wtedy powiedzieć, że mi też to zrobili... I... I... - Oczy mi zaszły łzami, gdy brałam kolejny oddech, i w końcu odważyłam się lekko obrócić głowę, by móc spojrzeć w oczy Selene. - Ciągle mam to w sobie, ciociu. W karku. Oni... Oni wiedzą o mnie wszystko. Wiedzą gdzie jestem. Wiedzą że jestem tutaj... - Pociągnęłam kolejny raz nosem, a językiem zwilżyłam swoje już suche wargi. Teraz w sumie... Nie wiedziałam już, czy to złe samopoczucie, ścisk w żołądku i swędząca skóra była wynikiem mojej mocy, wczorajszego ćpania, czy jednak nerwów. Czułam się jednak tym strasznie zmęczona...
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum