I can feel the flames on my skin, crimson red paint on my lips. If a man talks shit, then I owe him nothing. I don't regret it one bit, 'cause he had it coming.
opętanie
75%
członek oddziału terenowego
name:
Safiya Janine Atwell
alias:
Sophie | Jane
age:
28 lat
height / weight:
178 / 65
Wysłany: 2018-07-24, 13:39
Multikonta: Cassie
1 Rok na Giftedach!
#sprawdzę
Nie chciała tu być. Prawdę mówiąc, do samego końca usiłowała wyślizgnąć się jakoś spod przymusu pojawienia się na zebraniu - zarówno tego dyktowanego jej przez samo GC, jak i różnych innych. Niestety, jak na złość, nie dała rady znaleźć na tyle dobrego pretekstu, aby solidnie usprawiedliwić własną nieobecność. Wszystko było zbyt błahe, za bardzo niepoważne, dające się odroczyć... A w obecnej sytuacji nie mogła nie mieć perfekcyjnej wymówki, nie mogła pozwolić na to, by wszystko spektakularnie się schrzaniło, gdy i tak stanowczo zbyt wiele w jej życiu nie było już poukładane.
Dlatego, choć przybywając prawdopodobnie na ostatnią chwilę, wślizgnęła się do pomieszczenia przez drzwi zamykające się po Sandersie. Poprawiając brzeg ołówkowej spódnicy - pierwszej z brzegu, jaką złapała, ale raczej dostatecznie oficjalnej i eleganckiej - naciągnęła mocniej żakiet, jednocześnie kiwnięciem głowy witając się z resztą zebranych. Nie uśmiechnęła się, choć przecież brak uśmiechu dało się wytłumaczyć naprawdę nieciekawie wyglądającymi szwami na jej policzku. Przysiadła tylko na wolnym miejscu, oczekując na wyjaśnienie, czemu się tu zebrali.
Nie próbowała się składać, dyskretnie poruszać czy nie zwracać na siebie uwagi. Jasne, mogła by to zrobić, ale dlaczego by miała? Była na styk, ale nadal na czas, nie widziała więc powodu dla którego przepraszanie czy dyskretne wchodzenie miało by sens. Zwykle zresztą zwracała na siebie dość uwagi..
Pojawiła się więc na miejscu i zajęła odpowiednie krzesło.
Dzisiejszy dzień z pewnością okaże się jednym z trudniejszych w mojej karierze. GC już od dłuższego czasu zmagało się z wieloma problemami, jednak tym, który najbardziej mnie dotykał, była zdrada. Zdrada wobec Boga i ludzkości. Nie mogłam sobie pozwolić na to, by po Haywellu, kolejne przejawy niesubordynacji wychodziły na światło dzienne. Właśnie dlatego skontaktowałam się z jednym z zaufanych przeze mnie dowódców oddziału Helis, który miał za zadanie dokładnie zapoznać się z dokumentacją dotyczącą ludzi pod nim, podczas gdy sama próbowałam znaleźć jakiekolwiek informacje na temat moich współpracowników. Nawet, jeśli te poszukiwania nie były tak widowiskowe czy owocne – cokolwiek udało nam się wygrzebać. Co prawda... Nie było to dokładnie to, czego szukałam – ale zawsze coś, czyż nie?
Z każdą kolejną osobą, która mijała drzwi wejściowe do sali konferencyjnej witałam się jedynie skinieniem głowy, chyba, że to one zainicjowały rozmowę – tak, jak było to w przypadku Margaret.
- Oh, jak miło że pytasz. Tak. Lekarze w Seattle całkiem nieźle radzą sobie z wyprowadzaniem ludzi na prostą. - Rzuciłam z lekkim uśmiechem na ustach, co mogło wręcz zmylić kolejne osoby zbliżające się na zebranie. Moja mimika z całą pewnością nie oddawała powagi sytuacji, w której się znaleźliśmy. - Pozwolisz, że poczekamy na pozostałych. Już niewiele czasu brakuje.. - Dodałam po chwili, nie chcąc wielokrotnie tłumaczyć, co najbardziej mnie niepokoi. No i... Przecież nie chciałam niszczyć niespodzianki, czyż nie?
Może i źle robiłam, nie wtajemniczając w moje plany pani prezes, ale jednak wychodziłam z założenia, że im mniej osób o tym wie, tym lepiej dla nas. Miałam poza tym obawy, że mogłaby chcieć mnie powstrzymać, a ja miałam przeświadczenie o słuszności moich decyzji...
Wewnętrznie czułam pewnego rodzaju podniecenie na samą myśl o tym, co dziś się tu wydarzy. Dlatego też, gdy tylko sala zapełniła się a miejsca przy stołach zostały zajęte... Nie było sensu przeciągać tego, co nieuniknione. Wstałam ze swojego miejsca, sprawną ręką rozprostowując brzeg swojej marynarki, a odchrząkając, zapewne uciszyłam szepty roznoszące się po pomieszczeniu.
- Na początek, chciałabym was wszystkich powitać i podziękować za tak liczne przyjście. Jak zapewne doszło do was w wiadomościach ode mnie – nasze dzisiejsze spotkanie będzie dotyczyć kwestii, w której nie możemy zwlekać. - Powiedziałam pewnie, rozglądając się po wszystkich zgromadzonych. W moim głosie nie dało się wyczuć ani krzty zwątpienia czy strachu, podczas gdy na mojej twarzy jak na razie malowały się miłe, nieco służbowe emocje. Wystarczył jednak ułamek sekundy, by mój wyraz twarzy już bardziej przypominał bezwzględną modliszkę, za którą z całą pewnością większość osób mnie tu uważała.
- Haywell przysporzył nam wiele problemów, część jeszcze za czasów swojego panowania, część już po zdechnięciu. Jestem pewna, że niektórzy z was słyszeli o pogarszających się kwestiach finansowych, jednak to nie jest nasz największy problem, póki w naszych szeregach wciąż mamy osoby gotowe wspierać naszą działalność. - tutaj wymownie spojrzałam w kierunku panny Trailor i Louanne, jednocześnie też mając z tyłu głowy, że i moje zaplecze finansowe może się kiedyś skończyć. Nie miałam jednak komu pozostawić swojego dobytku, bo przecież moje związki z rodziną zdecydowanie nie należały do moich priorytetów. I nawet wspólne poglądy z moją kuzyneczką czy sukces, jaki odniósł Phil niczego tu nie zmieniały. - To, co martwi mnie najbardziej, to brak lojalności. Jesteśmy specyficzną organizacją i nie możemy sobie pozwolić na to, by kolejne skandale opuściły mury naszej siedziby. To mogło by być naszym ostatnim gwoździem do trumny, a jestem przekonana, że wszyscy już za dużo poświęciliśmy, by byle pachołek podejmujący złe decyzje miał decydować o naszym dalszym istnieniu. Dlatego też... Mam dzisiaj dla was specjalnego gościa, który przypomni wam, jaki mamy cel. - Dodałam na koniec, tylko przez ułamek sekundy zawieszając swój wzrok na Sandersie. Wiadomość, którą dostałam przed kilkoma dniami na swój telefon rzeczywiście mnie zmartwiła, jednak na ten moment nie odnalazłam wystarczających dowodów, by móc go o cokolwiek oskarżyć – tym bardziej, że przecież do tej pory był moim zaufanym współpracownikiem. Najgorsze jednak było to, że brak lojalności bezpośrednio łączył się ze spadkiem bezpieczeństwa – nie tylko mojego, ale i pozostałych członków organizacji. Mutanci się panoszyli co raz bardziej, śmiejąc się nam w twarz, gdy Rząd próbował nas kontrolować za wszelką cenę.
Nie miałam więc innego wyjścia. Gdy nic innego nie pomaga, potrzebna jest terapia szokowa. Jak bardzo okrutna by nie była...
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-07-26, 18:31
Czy to ptak? Czy samolot? Nie to dowódca Czarnych Helis !
Wysoki, dobrze zbudowany i ubrany w mundur mężczyzna otworzył energicznie drzwi, gdy tylko Vera skończyła swoje przemówienie. Doskonale wiedział po co tu jest, gdy tylko kobieta zwróciła się do niego w tej sprawie wiedział, iż to zebranie będzie jednym z tych, na które nie będzie żałował swojego cennego czasu. Wieści które fo niego doszły były naprawdę oburzające to też mężczyzna od razu rozpoczął odpowiednie działania, obecna sytuacja organizacji nie była za ciekawa a to, co przekazała mu Neumann mogło naprawdę zaszkodzić ich interesom. Wartym było nadmienienia iż ów mężczyźnie przyświecał wyższy cel, w końcu był wizjonerem nie byle jakim zwerbowanym pseudo żołnierzem. Mężczyzna przyjrzał się uważnie zebranym w sali osobom i szczerze mówiąc nie podobało mu się to, co zobaczył. Mężczyzna uśmiechnął się cwanie, przypominał w tym momencie trochę grzechotnika szykującego się do ataku.
- Dzięki uprzejmości pani Neumann doszły do mnie naprawdę niepokojące wieści. Jak już państwo wiedziecie nasza sytuacja nie jest ostatnio najlepsza. Rozumiem że to może przysporzyć co słabszym z nas pewne wątpliwości… - mężczyzna od razu przeszedł do sedna, powoli przechadzając się po pomieszczeniu- Pozwolę sobie przypomnieć iż celem tej organizacji jest wybicie mutantów, tego wszego plugastwa zatruwającego ten świat. Jest ich wielu i niczym karaluchy chowają się po kątach sądząc iż uda im się przetrwać. My jednak dobrze wiemy iż takie robactwo najlepiej niszczy się ogniem. Przynajmniej tak było do tej pory..- mężczyzna zrobił krótką przerwę po czym rozejrzał się po zgromadzonych. Czy oni również wierzyli w ten cel? Od rozmowy z Verą mężczyzna zaczynał w to powątpiewać. Pani Neumann poinformowała mnie o podejrzeniach, iż niektórzy z naszej organizacji knują przeciwko nam. Spółkują z tym robactwem sądząc iż pozostanie to niezauważone! Osobiście przeprowadziłem śledztwo i niestety te wieści się potwierdziły… Wprowadzić ! - ostatnie słowo wykrzyczał a do sali zaraz weszło dwóch umundurowanych mężczyzn prowadząc zakutego w kajdanki członka jednego z oddziałów i jakąś młodą, na oko dziewiętnastoletnią kobietę z widocznym brzuchem. Oboje nosili na ciele ślady po dość brutalnym przesłuchaniu. - Przedstawiam państwu Johna Smitcha,członka jednego z naszych oddziałów oraz – mężczyzna podszedł do kobiety i złapał ją za włosy zmuszając by ukazała twarz wszystkim tutaj zebranym - jego uroczą kochankę Kate, która jak się pewnie spodziewacie jest jedną z robaków zatruwających ten świat. – mężczyzna puścił włosy dziewczyny, wydawałoby się że zachowywał stoicki spokój, jego oczy jednak płonęły nienawiścią. Przyjrzał się zebranym, obserwując ich reakcję na ten cały skandal. -Takie zachowania godzą w godność Geniticaly Clean, wyśmiewają nasze ciężkie starania by zmienić ten świat a my nie możeby tego puścić płazem. Po tym całym zamieszaniem z Haywellem nie możemy pozwolić sobie na akceptację takiej niesubordynacji ! Panie Smitch, zechce się nam pan wytłumaczyć ? – mężczyzna zwrócił się do pojmanego, obserwując go uważnym wzrokiem. John musiał dostać nauczkę, a tym tu zebranym przyda się ostrzeżenie i swego rodzaju motywacja do działania gdyż miał wrażenie że ostatnio zdają się nic nie robić.
John Smitch patrzył z nadzieją to na Scarlett, to na Jane i Billa. Znał ich, kilka razy przyszło im współpracować i miał cichą nadzieję że w jakiś sposób mu pomogą, uspokoją dowódcę Helis, wyciągną go z tych tarapatów. Gdy usłyszał pytanie w jego kierunku mężczyzna westchnął ciężko. Wiedział iż nie zakończy się to dobrze ani dla niego, ani dla jego ukochanej…
- Ja, ja nie wiedziałem na początku… Zakochałem się… Kate.. Kate jest w ciąży… Proszę niech Pan ją wypuści.. Ja wiem że źle zrobiłem ale to moja wina.. Nie jej... -mężczyzna patrzył błaganie to na dowódcę, to na resztę zebranych, mając nadzieję iż ktoś pomoże biednej, ciężarnej Kate.
Dowódca Helis podszedł do niego i złapał go za podbródek.
- A więc tu chodzi o miłość tak? No proszę… Jeszcze nie jest za późno Johnie. Wszystko może się jeszcze dobrze skończyć.. - Mężczyzna wręczył Smitchowi pistolet, nie kazał go jednak rozkuwać, w końcu osoba przezorna jest zawsze ubezpieczona, czyż nie ?- Wystarczy że ją zabijesz. Pokaż że dobro organizacji i nasz szczytny cel jest dla ciebie ważniejsze niż jakaś tam, przereklamowana miłość. Uznajmy ze zapomnę wtedy o twoich przewinieniach.. to jak? -Spytał po czym zrobił kilka kroków w bok, obserwując zarówno Smitcha jak i tutaj zebranych.
Odwróciła wzrok w stronę wchodzącego. Znała go, w końcu pracowała dla Helis spory czas, a dopiero ostatnio dołączyła do zastępu zabiurkowców pracujących czysto i bezkrwawo. Chociaz Imogen była wysyłana raczej w miejsca gdzie akcja nie była bardzo brutalna i krwawa - zajmowała się zwiadem, szpiegowaniem, zbieraniem informacji. Tak, czasem sprawy robiły się.. cóż, brudne, ale rzadko. Przynajmniej starała się by tak było. Skrzywiła się widząc wprowadzaną właśnie parę, szczególnie jeśli szło o ciężarną kobietę. Nie ukrywała tego grymasu, nie miała czego przecież. Pobita ciężarna? Mało komu zapewne by się to spodobało.
Nie bardzo wiedziała o co dokładnie ma chodzić, ale w końcu doszli do tego miejsca, gdzie dowiedzieli się co się stało i dlaczego tak to wszystko wygląda. Publiczna egzekucja. I to w sumie dwóch osob, mężczyzna zapewne, jeśli zabije swoją kochankę szybko skończy także ze swoim życiem, oczywiście o ile będzie miał na to szansę. Westchnęła, spojrzała po reszcie, obserwując ich reakcje. Na obecnej pozycji nie była super znaczącą osobą, ale odpowiadała bezpośrednio pod Verą, nie pod kimkolwiek innym. Zmarszczyła nos w niezadowoleniu.
Podniosła się, nie zamierzała mówić siedząc, to niekulturalne. Miała na sobie typowy biurowy komplet - żakiet i spódnica w kolorze ciemnego granatu i biała koszula. Jakieś dyskretne niewiekie kolczyki, lekki makijaż. Na stopach zapewne buty na wysokim i dość stabilnym słupku, których obecnie nie było widać. I o ile normalnie - jako, że była szpiegiem i osoba nie działającą w Czarnych Helisach otwarcie - nie było po niej widać tego wojskowego drygu o tyle teraz czuć to było wyraźnie. Zapewne zrobiła to specjalnie, inni wojskowi wyłapują takie rzeczy w postawie bardzo szybko, nawet nieświadomie. Człowiek w mundurze Helis mógł jej nie kojarzyć, ale to powinno dac mu jakiś hint.
- xxx - zwróciła się do mężczyzny jego stopniem w organizacji i nazwiskiem, które zapewne znała (w stylu oficerze Smith czy cokolwiek tam było odpowiednie) - Co ma na celu taka publiczna.. egzekucja? - nie znalazła na to lepszego słowa. Oparła się na krześle, dłonie złożyła na podłokietnikach - Rozumiem, że zaraz po niej wejdzie tu ekipa z karcherem? - uniosła brew i zerknęła na szarą wykładzinę pokrywającą podlogę sali konferencyjnej.
- Mężczyzna.. jasne - spojrzała na oskarżonego czlonka CG - Ona? Oczywiście - przeniosła wzrok na nią - Ale dziecko? Czy patrzymy aż tak krótkowzrocznie? To trwa, oczywiście, ale długofalowo wychowanie w odpowiedniej doktrynie dziecka od samego początku, może być cennym.. zasobem. A może nie. Może zostanie szeregowym członkiem Helis i bedzie ślepo wykonywało rozkazy - rozlożyła lekko dłonie wnętrzem do góry, jakby chciała wzruszyć ramionami, ale wybrała taki gest, jako mniej nietaktowny.
- Ukarzmy tych, którzy są winni temu, w jakiej sytuacji się znaleźli. Dziecka, zwyczajnie, szkoda - nie rozglądała się, bo i nie o poklask jej chodziło obecnie. Rozbiegane spojrzenie też nie świadczyło by o niej najlepiej. Spojrzała na swoją kuzynkę, ale tutaj też nie szukała akceptacji, bardziej chcialaby wiedzieć co nią kierowało.. to nie było ani ładne ani przyjemne, czy nie można było jakoś.. subtelniej? Nie był to jednak czas na takie pytania.
finansistka i członek zarządu GC, współwłaścicielka Trailor Pharmacare Inc
name:
Margaret Trailor
age:
28 lat
height / weight:
168/55
Wysłany: 2018-07-28, 14:52
Multikonta: Fay
Z wielką chęcią wymieniłaby jeszcze parę uprzejmości z Verą, jednak gdy ostatnie osoby dotarły na salę zabrakło już na to czasu. Kobieta zaczęła mówić i Margaret skupiła się na tym, po co tu przyszła, a nie na zabawie w polepszanie relacji z ludźmi.
Słuchała uważnie Very, z początku się nie odzywając nawet, jeśli temat chwilowo zszedł na finanse, które były przecież jej działką. Przez chwilę była nawet zaciekawiona tym tajemniczym gościem, który miał się pojawić na zebraniu, ale gdy już to zrobił i nakreślił sytuację... cóż, pozostał jedynie niesmak.
Szczerze nie znosiła takich tanich zagrywek, chęci zastraszenia i wymuszenia na niej pewnych działań. Oczywiście wiedziała jak działa ta organizacja, że bardzo często miała swoje za uszami, ale o ile działania te wymierzone były w innych nie miała nic do tego. Na nią takie rzeczy zwyczajnie nie działały.
- To chyba oczywiste - odparła na pierwsze pytanie Ruiz, gdy ta cała szopka dowódcy Czarnych Helis się skończyła. Skądś kojarzyła tą kobietę, jakaś... sekretarka Very, tak? Ciekawe, że sama pani Neumann najpierw wspomina o informacjach opuszczających siedzibę GC i pachołkach na nieodpowiednim miejscu, po czym sama wprowadza osobę z ulicy na zebranie zarządu. Co z tego, że zaufana, co z tego, że sprawdzona. Swojemu ochroniarzowi też ufała, jednak mimo to pozostał za zamkniętymi drzwiami, bo pewne sprawy po prostu nie były przeznaczone dla jego uszu. Nie wspominając już o zabieraniu głosu.
- Może, może, może... może lepiej z kolei nie wybiegać aż tak do przodu, bo z takim podejściem, jakie zostało zaprezentowane tu przed nami, za te dwadzieścia lat może nie być organizacji, której członkiem mogłoby zostać to dziecko. Nikt już nie pamięta, ilu problemów przysporzyła kula wymierzona na marszu w młodą mutantkę? Nie chcę nawet myśleć o burzy, jaką może wywołać zabicie nienarodzonego dziecka - powiedziała, kręcąc lekko głową i prostując się na siedzeniu - Genetically Clean to nie przedszkole, tu się nie wychowuje, tylko rekrutuje i zatrudnia - dodała jeszcze tylko. Pomysł kobiety był... mocno nietrafiony. Idea w porządku, ale reszta... kompletnie nieopłacalna i zbyt rozległa w czasie. Zbyt wiele rzeczy mogło pójść nie tak, zaczynając od tego, że dziecko mogłoby zwyczajnie nie mieć predyspozycji do pewnych rzeczy, kończąc na tym, że nic nie jest w stanie zniwelować szansy na pojawienie się mutacji. Inwestować kilkanaście lat w osobę, która na każdym etapie może doznać traumy i aktywować gen x? Nie, jako finansitka podziękuje.
- Po części jednak trudno się nie zgodzić z asystentką pani Neumann. To, co jest tu przedstawiane zwyczajnie kłóci się z ideą GC, która, o ironio, miała być tutaj chyba przypomniana. Likwidowanie mutantów? W porządku. Jednak w tym konkretnym przypadku byłabym za odroczeniem wyroku o kilka miesięcy. Do porodu. Potem róbcie, co trzeba - zakończyła swoje, przesuwając wzrokiem po zebranych tu osobach. Miała świadomość, że połowa może się z nią nie zgodzić, niektórzy mogą być nawet oburzeni jej stanowiskiem w tej sprawie. Jednak Margaret... płaciła za kule wypuszczane w kierunku mutantów, nie ludzi. I o tym przede wszystkim powinni pamiętać.
Spojrzała na Margaret i skinęła jej glową, uśmiechając się nieznacznie.
- Zagdzam się. To wybieganie bardzo daleko naprzód, zapewne kompletnie bezsensowne - przyznała bez cienia problemu w tym temacie - Ale równocześnie nadal pozostanę przy wersji, że dziecka zabijać nie trzeba, w czym się zgadzamy - przeniosła wzrok na pana xxx. Nie zamierzała mówić, ze jej pomysły są jedynymi idealnymi, bo nie są.
Rozbawiło ją natomiast to jak Trailor zaakcentowała "asystentką pani Neumann". No była. Neistety. Miała jednak nadzieję, że już niedlugo, bo takie były zapewnienia.
Scarlett cierpliwie czekała na to co się wydarzy. Nie mogła tego przewidzieć, ale witała skinieniem głowy każdego nowo przybyłego członka ich organizacji. Wiedziała, że cokolwiek Vera dla nich nie przygotowała, to nie będzie zbyt przyjemne.
Słuchała w międzyczasie krótką wymianę zdań między Margaret a Verą. Dopiero kiedy spotkanie się zaczęło, dziewczyna wysiliła skupienie, żeby niczego nie pominąć. O problemach w organizacji wiedziała dość pobieżnie. W końcu była członkiem grupy uderzeniowej, nie zajmowała się tu finansami. Kiedy zaczęła mówić o braku lojalności, wszystko stało się jasne. Ktoś zdradził, przyłapali kogoś na gorącym uczynku i srogo za to odpowie. I dobrze.
Zaraz potem do środka wszedł dowódca Czarnych Helis. Scarlett obserwowała każdy jego ruch i wiedziała, że on również ma wszystkich na oku. Dziewczyna sama nie była świadoma zdrad, a z pewnością nie w najbliższym okręgu. Była zaskoczona, gdy wprowadzono Johna, którego znała. Był jedną osób, które nawet lubiła, tym bardziej była zaskoczona jego zdradą. Spojrzała na kobietę z brzuchem z wyraźnym obrzydzeniem. Jej nienawiść do mutantów była wręcz namacalna i gdyby mogła sama rozerwałaby kobietę na strzępy.
Zgadzała się z każdym słowem dowódcy, więc kiedy John spojrzał na nią z nadzieją, obrzuciła go chłodnym spojrzeniem. Czuła do niego równie wielką odrazę i nie zamierzała mu pomóc. Sam wpakował się w tarapaty, zasłużył na konsekwencje, które wkrótce nadejdą.
Na jego słowa "źle zrobiłem ale to moja wina, nie jej" Scarlett prychnęła pod nosem. Głupiec był gotowy umrzeć za mutanta. Niech tak będzie.
- Raz zdrajca to zawsze zdrajca - może mało poprawne gramatycznie zdanie, ale wszyscy na pewno wiedzieli o co chodzi. Scarlett nie wierzyła, że dowódca pozwoli mu przeżyć po zabiciu swojej ukochanej. Nie ma możliwości, żeby odzyskał tym utracone zaufanie.
Kiedy kobiety zaczęły argumentować, żeby nie zabijać matki z dzieckiem w łonie, Scarlett pokręciła głową. Nic dziwnego, że organizacja schodzi na psy, skoro ma w sobie tak wiele słabych jednostek.
- Tak jakby dziecko zdrajcy było potrzebne w naszych szeregach - spojrzała na Imogen jakby ta kompletnie oszalała. Nie uważała, żeby zabijanie bachora było bezsensowne. Nie miała takiej siły przebicia i jej zdanie nie było tak ważne jak chociażby Margaret, ale czekanie kilka miesięcy, żeby dziecko się urodziło, żeby zaraz zabić matkę? Ryzykować, że po latach dziecko dowie się o swojej przeszłości i zaplanuje zemstę na całej organizacji? Działając wewnątrz można narobić wiele szkód. Nie zgadzała się z ich zdaniem, ale nie odzywała się więcej, bo chyba wystarczająco dosadnie pokazała swoje stanowisko.
Oczywiście, że Louanna by chciała powstrzymać Verę, przed publiczną egzekucja. To nie było odpowiednie miejsce ani czas, a tym bardziej przed członkami zarządu. Takie rzeczy należało odpowiednio przygotować i wybrać miejsce. Henning była przeciwniczką publicznych egzekucji nie widziała w nich celu. Po za tym nie żyli w średniowieczu aby to się bawić. Więc obawy Very był jak najbardziej słuszne, jednak nie ma co się na tym rozwodzić. Stało się Vera zorganizowała spotkanie więc musiała brać w nim udziału.
Kobieta obserwowała wchodzących ludzi i cierpliwie czekała aż Vera rozpocznie to swoje przestawienia. Kiedy to w końcu nastąpiło uważnie wysłuchała słów swojej ,,przyjaciółki" czekając aż przejdzie do sedna sprawy. Ja na razie nie mówiła nic czego by nie wiedziała. Problemy finansowe, kontrola DOGS to wszystko nie wróżyło dobrze, ale jednak Lou wiedziała, że końcu znajdą sposób by sobie z tym poradzić. Na razie jak to powiedziała Vera musiały po sprzątać po swoim poprzedniku. Haywell oby smażył się piekle zasłużył sobie na taki los. Przez niego borykali się ogromnym bałaganem, z którym należało jak najszybciej się uporać. Stąd też Lou myślała, że Vera właśnie chciała to omawiać przy najmniej na to wskazywał jej początek wypowiedzi. Jednak później zaczęła mówić o braku lojalność, zdradzie i jakimś gościu. Co zainteresowała panią prezes... Chociaż z początku było lekko przy nudzona całym spotkaniem, to teraz była zaintrygowana. Co też Vera odkryła i kim był ten tajemniczy gość.
Jednak to co działo się później przeszło jej wszystkie wyobrażania. Pierwszym odruchu spojrzała na Verę z wyraźnym pytaniem: ,,Co to wszystko ma znaczyć?". Pomimo tego, nie przerywała tej szopki chociaż miała ochotę wyrzuć tego dowódce z towarzyszami za drzwi. Jak było mówione na początku to nie było odpowiednie miejsce na takie rzeczy. Jednak nic takiego nie zrobiła usiadła wyraźnie niezadowolona tym co tutaj się wyprawia. Nim zaczną dbać o czystość i przyszłość rasy ludzkiej powinni się skupić na tym co dzieję się w ich kręgu. Naprawdę doceniała zaangażowanie Neumann, ale nie pochwalała jej środków. Które zastosowała pomimo tego nie odezwała się pod czas tego całego przestawienia.
W środku była rozdarta... Pierwszym od ruchy oczywiście zależało by jej na zabicie mutantki. O jednego robaka mniej z którym musieli się mierzyć. Jednak nie obecnej sytuacji... Kobieta była brzemienna i jakby nie patrzeć nie mogła o tak skazać na śmierć jej dziecka. Nawet jeśli jego matka była obrzydliwą wersją człowieka - mutanta. Patrząc na to kobietę widziała swoją matkę, swoja siostrę ale również siebie. Sama spodziewała się dziecka. O czym jeszcze nikomu o tym nie powiedział prócz mężowi. Chciała to zachować jak najdłużej w tajemnicy. Powstrzymując się od dotknięcia swojego brzucha obserwowała to co tutaj się działo. Słuchała słów ludzi wypowiadających się. Szczerze ulżyło jej, że obie kobiety były przeciwne zabijaniu mutantki z dzieckiem łonie. W cale to nie była słabość to, że chciały uratować dziecko. Które nie powinno odpowiadać za winny swoich rodziców. Kiedy wypowiedziała się Scarlett dostrzegła strach w oczach mutantki. Louanna czuła, że ona się nie boi o siebie lecz o swoje dziecko. Chociaż sama przed sobą do tego się nie przyzna chciała jej pomóc w uratowaniu jej dziecka. Kiedy wyglądało na to, że nikt się nie wypowie.
- Magaret ma racje mamy likwidować mutanty, a nie bawić się przedszkole czy zabijać nie narodzone dzieci. Po za tym gdyby to wyszło po za mury organizacji mogło być ostatecznym gwoździem do trumny naszej. Zbyt wiele ludzi może na tym straci - powiedziała patrząc na każdego po kolej. Ponieważ każdy z nich mógł stracić wiele. Większość z nich całkowicie oddali się w idea GC. - Obecnie borykamy się z problem kontroli DOGS nad naszymi poczynaniami. Naprawdę chcemy ryzykować zabijać te plugastwo? Czy nie lepiej było ją wykorzystać? Możemy ją wykorzystać by uśpić czujność naszych wrogów. DOGS ma jedną mutantkę w ciąży pewnie ucieszyli by się możliwością porównania badań na drugiej. To co oni z nią zrobią nie będzie naszym problem - Louanna wiedziała, że jej siostra jest podawania badaniom na wpływanie mutacji na ciąże. Miała to gdzieś, bo puki ona jest tam nie stanowi zagrożenia. Bardziej od losu siostry interesowała ją przyszłość GC dając rządowi te mutantkę ,,prezencie" mogli by uśpić ich czujność tym, że grają ich gry. - Natomiast los zdrajcy jest mi obojętnie. Możemy go zabić przed innymi członkami Czarnych Helisach by wiedzieli, że nie akceptujemy takiego zachowania w swoich szeregach. Możecie nawet go wyrzuć z organizacji, bo nie ma dla niego miejsca w naszych szeregach. - nie potrafili by mu ponownie zaufać. Jak to powiedziała Scarlett: ,, raz zdrajca to zawsze zdrajca".
_________________
LOUANNE MARIE - HENNING
Anioły najczęściej schodzą na ziemię, wcielając się w role córki - Yvonne Naomi Henning.
I can feel the flames on my skin, crimson red paint on my lips. If a man talks shit, then I owe him nothing. I don't regret it one bit, 'cause he had it coming.
opętanie
75%
członek oddziału terenowego
name:
Safiya Janine Atwell
alias:
Sophie | Jane
age:
28 lat
height / weight:
178 / 65
Wysłany: 2018-07-31, 19:31
Multikonta: Cassie
1 Rok na Giftedach!
|przepraszam za jakość, ale chciałam odpisać, mimo choroby
Zebrania Genetically Clean miały to do siebie, że były jeszcze bardziej męczące niż sama codzienna praca dla tej organizacji. Nie tylko ze względu na poziom absurdu, jaki osiągały. Jane zwyczajnie nie lubiła dyskutować z tymi wszystkimi ludźmi, bowiem o ile stykanie się z jedną czy dwiema niezbyt lubianymi osobami na raz dało się jakoś przełknąć, o tyle konieczność rozmowy z całą salą takich ludzi… To było już zdecydowanie męczące. Nie potrzebowała nawet dodatkowych powodów do tego, by czuć się wyczerpana, a była tu przecież zaledwie od chwili.
Chwili, po której to, co miało być spotkaniem organizacyjnym zmieniło się w zwyczajny cyrk, jakiego w żadnym wypadku nie powstydziłby się nawet sam P.T. Barnum. Istne show… Którego nie chciała oglądać, nawet pomimo jakże świetnego miejsca w pierwszym rzędzie. To zwyczajnie przechodziło ludzkie pojęcie, przemieniając się w komediodramat pełen rozwlekłych wypowiedzi kolejnych osób.
Jane nie zamierzała wtrącać do tego swoich trzech groszy. Wręcz przeciwnie - z jak najmniej zainteresowaną miną, spoglądała tylko na wypowiadających się ludzi, dając innym mówić to, co sama mogłaby powiedzieć. Nie była za mordowaniem mutantów. W końcu, cóż, byłoby to cholerną hipokryzją. Jeszcze bardziej nie była jednak za narażaniem się na ujawnienie albo wdawaniem w dyskusje z kimś, kto mógł narobić jej problemów. Wiedziała, jak zachowywała się większość członków GC. Nie chciała mieć ich za wrogów. Jeszcze nie teraz. Dlatego siedziała cicho.
Stałam tak, z kamienną twarzą, dokładnie obserwując reakcje moich współpracowników. Ale nawet bez pokazywania mojego niezadowolenia z pewnością większość mogła się domyślić, że byłam bardzo niepocieszona. Już wcześniej gardziłam tymi... Wynaturzeniami. Tymi bestiami. Mutantami. A od czasu, gdy targnięto się na moje życie... Cóż. Wolałam być jeszcze bardziej ostrożna.
Prychnęłam słysząc błagania tego pionka, co to miłością tłumaczył swoje występki. Miłość... Hah! Cóż za puste słowa. Miłość tylko przyćmiewała Twój umysł, pozbawiała logicznego myślenia i stawała się Twoją słabością - dokładnie tak, jak teraz mogliśmy to widzieć na nasze własne oczy. Bardzo pragnęłam w bolesny i okrutny sposób dać lekcję naszemu drogiemu Smitchowi, ale z moich informacji wynikało, że nie był jedyny. Wszyscy więc musieli wiedzieć, jak kończy się zdrada. Jak kończy się obcowanie z tymi robakami.
- Czy ja naprawdę muszę przypominać, w jakim położeniu się znaleźliśmy? Nasi ludzie, NASI, spoufalają się z tą plagą! A ta plaga nie ma żadnych praw. To nie ludzie. Stracili swój przywilej do życia, gdy odwrócili się od Boga! Nikt nie może nas skazać czy wytknąć palcem za spełnienie obywatelskiego obowiązku. - Stwierdziłam spokojnie, choć z wyczuwalną nutką agresji w głosie. Z pewnością - w tej chwili nikt nie mógł tego traktować jak żart.
Słysząc jednak odpowiedź Louanne na to wszystko, prychnęłam z niedowierzaniem.
- Proszę o wybaczenie, moja droga pani prezes, ale czy to przypadkiem nie Ty zostałaś bohaterką, po zastrzeleniu bękarta tych bestii? Najlepiej powinnaś wiedzieć, że tu nie ma czasu na czekanie, bo już tak małe pasożyty stanowią dla nas niebezpieczeństwo. A pragnę wam przypomnieć, że wciąż nie jest dokładnie znany czynnik, który pozwala im się rodzić. Co, jeśli akurat ten dzieciak okaże się być jednym z tych wczesnych? - Dodałam po chwili, wciąż nie przywołując na swoją twarz żadnych emocji. Nie chciało mi się wierzyć, z jakimi hipokrytami przyszło mi tu pracować. Dziwiło mnie też, jak bardzo zmieniły się poglądy członków tej organizacji. Przecież od zawsze dążyliśmy do unicestwienia tych potworów! Co więc się teraz stało? Dlaczego w tak wielu osobach budziło się teraz współczucie dla tych stworów?
Najbardziej zawiedziona byłam z całą pewnością swoją kuzynką. Liczyłam, że ma więcej oleju w głowie. Że będzie bardziej podobna do mnie. Tymczasem... Kim była? Nagła obrończyni uciśnionych? Choćby ze względu na szacunek do mojej osoby, powinna była mnie wesprzeć. Do diaska! Miała być mi najbardziej zaufana, a wychodziło, że zdecydowanie bardziej na moje zaufanie zasługiwała moja droga, mała Reynolds... Czemu tylko jej brat nie mógł być taki, jak ona?
Być może to świadomość, że on również miał coś za uszami sprawiała, że poczuł się w tym momencie zagrożony. Czy to nie była podobna historia? Agent zdradza własne zasady dla mutantki? Inna. Bo ten głupek tutaj dał się złapać, a Billy nie chciał sobie na to pozwolić. Nie chciałby być na jego miejscu i nie mógł w tej chwili nie myśleć o tym… Jak postąpiłby on? Byłby w stanie to zrobić, by ratować własną skórę? Bez wątpienia był gotowy do wielu “poświęceń” by wyjść cało z opresji, ale wolał, żeby mu nie przydarzyła się taka historia.
To był żałosny widok. Być może nawet by mu współczuł, gdyby empatia nie była mu obcym uczuciem. Dał się złapać i naraził tym nie tylko siebie, ale też ją i dziecko. Zabawne, że nawet Bill miał tego rodzaju opory. Mimo wszystko dziecko było niewinne i miało ucierpieć przez grzechy ojca. Nie mógł jej po prostu wsadzić do pierwszego lepszego pociągu do nikąd? Musiał dać się złapać. Musiał dać się złapać akurat Verze Newman? Przecież wszyscy wiedzieli jaką przyjemność odczuwała ze swoich gierek, tortur. Chociażby… To przedstawienie… Jaki to miało sens? Wywołać szok, zastraszyć tych, którzy się łamali. Najpewniej. GC nie miało się ostatnio zbyt dobrze, a strach bywał potężną bronią.
Przysłuchiwał się wymianie zdań kobiet, pukając cicho w blat stołu. - Musimy działać pragmatycznie. Rozumiem, że mamy wynieść jakąś naukę z tej szopki, ale ten teatrzyk jest zbędny. Zabijcie tego nieudacznika, jest do niczego. - spojrzał z pogardą na mężczyznę. - Prawie robi mi się przykro jak na niego patrzę. - wzruszył ramionami, odwracając wzrok. - Zabijmy go. Zostawmy mutantkę przy życiu. Niech urodzi dziecko, a potem pani… - spojrzał na agenta, który ją tutaj przyprowadził. - zresztą to mało ważne, pokaże nam jak bardzo zależy jej na swoim potomku. W obecnej sytuacji potrzebujemy postępów. Niech ten mały romansik się nam opłaci. Niech ta mutantka zdobędzie nam trochę informacji, a utrzyma swoje dziecko przy życiu. - rozłożył ręce. Jego plan być może brzmiał dość niepoważnie, ale czy nie w taki sposób działa kiedyś, będąc z Cassandrą? Nie zabił jej. Cierpliwie wysłuchiwał wszystkich ważnych informacji, które później przynosił do Haywella. - Sposób w jaki działamy się nie sprawdza. Zostawiamy za sobą trupy, które milczą. Zjadamy małe rybki zamiast zapolować na te duże. Pomyślmy przyszłościowo. Możemy ich zabić. Ją i jego. Ale nie zrobi to żadnej różnicy. Kolejny martwy mutant. Jego należy ukarać, a ją wykorzystać.
_________________
The monsters were never under my bed. Because the monsters were inside my head. I fear no monsters, for no monsters I see. Because all this time the monster has been me.
zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie
wszystkie moce
milio
denerwuję ludzi i mutantów
name:
Mistrz Gry
Wysłany: 2018-08-06, 23:49
Ta cała wymiana zdań wydawała się być dla mężczyzny żałosna. Ot banda rozemocjonowanych kobiet, które najwidoczniej wszystkie jak na zawołanie miały okres w tym samym czasie i hormony sprawiły że nagle obudziły się w nich jakieś porąbane uczucia. On zaś popierał zdanie Very, w końcu na co im jakiś bachor, który również był mutantem? Haywell już wystarczająco namieszał im w szeregach i nie mogli pozwolić na kolejną taką sytuację, w końcu chcieli wyplewić tę zarazę, czyż nie ? Przyglądał się w spokoju to Smitchow, walczącemu z samym sobą to zebranym po pomieszczeniu. Jak widać opinie były tutaj bardzo podzielone gdyż kilka innych osób z zarządu popierało zarówno Verę jak i jego samego, oboje byli chyba najbardziej bezwzględnymi osobami w całej organizacji... Bardzo nierozsądnym jest zachodzić im za skórę. Słysząc słowa Reynolds posłał jej zadowolone spojrzenie, tak z pewnością takiej postawy oczekują ! Również jego zawiodła postawa kuzynki Very, w końcu czyż nie powinna brać przykładu ze swojej kuzynki tak cudownie reprezentującej ich organizację? Nie zamierzał się cackać z tutaj zebranymi, w końcu mogli tak dyskutować przez kolejne godziny.
- Pani Trailor, rozumiem że skoro chce Pani zachować małego mutanckiego bękarta rozumiem że weźmie go pani na utrzymanie i odpowiednio wychowa? Czy jednak nie? Mężczyzna podszedł do niej i wręczył jej do ręki nóż - Proszę, może Pani go sobie wyjąć.- powiedział z podłym uśmieszkiem po czym spojrzał na panią prezes. Louanne zawiodła go chyba najbardziej, w końcu to z niej mieli brać przykład a tu? Rozwodziła się nad jakimś płodem. Mężczyzna przyjrzał się jej uważnie.
- Pani prezes doskonale wie, że jestem w stanie po sobie posprzątać, ręczę że nikt nawet nie zauważy zniknięcia tego tutaj robaka. Zarówno ja, jak i Pani Neumann wyznajemy Pani ideałem i idziemy śladem który Pani wcześniej nam wyznaczyła. Nie możemy sobie pozwolić na TAKĄ niesubordynację, dobrze Pani o tym wie. To, co stanie się gdy takie tanie romansidła wynikną jest jeszcze gorsze.- odpowiedział na wpół spokojnym tonem po czym zignorował resztę zebranych. Podszedł do Smitcha uważnie mu się przyglądając.
- No to jak jesteś nam wierny?- po policzkach pojmanego mężczyzny widać było że walczy sam z sobą, że nie wie zupełnie co ma ze sobą zrobić. Po kilku minutach opadł jednak na kolana, wypuszczając pistolet z dłoni i mamrocząc coś pod nosem. Dowódca Helis podniósł pistolet z podłogi - Tak myślałem.- mruknął tylko po czym zaczął chodzić po sali, uważnie przyglądając się zebranym. Zatrzymał się dopiero przy Imogen.
- Bardzo zawiodła mnie pani postawa i śmiem wątpić że jest pani wierna naszym przekonaniom, może zechce nas pani o tym uświadomić? Proszę zrobić to, czego ten idiota Smitch nie był w stanie.- Powiedział uważnie się jej przyglądając i wręczając jej pistolet. Chwilę później rzucił porozumiewawcze spojrzenie do Pani Neumann, wiedział ze ona go nie zawiedzie.
Większość była przeciwna zabijaniu kobiety, nie dziwiło jej to. Nie dziwiła jej też jej reakcja, miała w końcu dziecko, jakoś.. zmienia się po tym myślenie. Kto by się spodziewał, huh? Widziała jednak, że jej kuzynka nie jest specjalnie zadowolona. Zawsze była za krwawymi rozwiązaniami, w opozycji do Imogen, która wolała kombinować raczej naokoło.. Choć czasem się nie dało. Nie uważała jednak, by to był ten moment, kiedy się nie dało.. To był właśnie ten idealny przykład, gdzie mogli zrobić całkiem sporo dobrego dla siebie, musieli to tylko dobrze rozegrać. A to zakładało pozostawienie ciężarnej przy życiu. Przynajmniej do czasu.
XXX rozpoczął swój spacer po pokoju, zadowolony z siebie, nastroszony jak paw, pchany słowami Very. Perorował do siebie, słuchając brzmienia własnego głosu, napawając się nim. Zabawny człowiek, stwierdziła w głowie. Niebezpieczny, zapewne, ale równie zabawny. Naprawdę tego nie widzieli, on ani Vera? Ona też się zawiodła. Wiedziała jak krwiożercza jest jej kuzynka, ale żeby nie widzieć potencjału, ogromu możliwości, które przed nimi roztoczono?
Obserwowała Smitcha, jego kobietę, przeniosła wzrok na xxx i osoby, do których podchodził. Myślała, kalkulowała, rozważała różne opcje. Czy było tu coś, co absolutnie powinna zrobić? Tak. Wyjść. Ale tego nie mogła.
W końcu trafiło na nią. Kiedy wręczono jej pistolet przyjęła go bez zawahania, już bez, najwyraźniej doszła ze sobą samą do jakiś wniosków.
Sprawdziła czy jest załadowany prawdziwymi nabojami czy ślepakami, podniosła się spokojnie i przeszła do Smitcha i jego kochanki, stanęła za nimi, podniosła wzrok na XXX i uśmiechnęła się, zadziwiająco ładnie jak na sytuację, w jakiej się właśnie znalazła. Nie wydawała się jednak rozbawiona.
- Gdyby (insert rank and name) czytał moje akta, wiedział by (insert rank), że akurat co do mojej wierności doktrynie tej organizacji nie powinien mieć (insert rank) najmniejszych wątpliwości - trzyletnia praca jako szpieg w Bractwie w Nowym Jorku, ciągłe przekazywanie informacji o członkach i samym miejscu, by zwiększyć szanse atakujących, wydanie lokacji, zbudowanie zaufania członków Bractwa, by po trzech latach ich zdradzić i doprowadzić do ataku. Miała tam przecież narzeczonego, z którym ten czas spędziła, budowała relację i oszukiwała, by wszystko się udało.
A jakieś dwa miesiące po ataku osobiście zabiła rodziców Chrisa, mając na celu także jego rodzeństwo - które jednak zabić miał drugi oddział i któremu się to nie udało (mam zgodę graczy).
Załóżmy jednak, że broń ma tłumik, nie chcemy bowiem nikogo tutaj ogłuszyć, to byłoby.. nieprzyjemne. Choć nieprzyjemne będzie też to, co się zaraz stanie.
Odbezpieczyła broń, uniosła ją i wycelowała w głowę Smitcha, który zapewne nadal był na kolanach i strzeliła. Nieprzyjemny dźwięk broni i jeszcze mniej przyjemny odgłos ciała upadającego na wykładzinę w kolorze szary melanż. Zabezpieczyła broń i z tłumionym przez tę sama wykładzinę stukotem butów na szerokim obcasie przeszła do Lou i Very, zakładając, ze te siedzą kolo siebie.
- Co do śmierci mężczyzny wszyscy właściwie się zgodziliśmy, ale decydowanie o życiu mutantki leży daleko poza moimi kompetencjami. Nadal jednak uważam, że zabicie jej byłoby stratą dobrych zasobów. Szpieg, prezent dla DOGS.. Potrzebujemy sprzymierzeńców, a nie zabijania wszystkich naokoło. Przynajmniej... nie teraz - odłożyła zabezpieczoną broń na blacie między kobietami i oddaliła się na swoje miejsce, gdzie z powrotem usiadła, jeśli nikt jej nie zatrzymał.
finansistka i członek zarządu GC, współwłaścicielka Trailor Pharmacare Inc
name:
Margaret Trailor
age:
28 lat
height / weight:
168/55
Wysłany: 2018-08-08, 21:27
Multikonta: Fay
- A co jeśli nie okaże się być jednym ze wczesnych? Nie dowiemy się tego, jeśli umrze teraz, a poza tym... od kiedy niby dzieci mutantów są problemem, o ile nie opowiadają się po ich stronie? Pragnę przypomnieć, że na sali jest taka osoba, co więcej, piastuje stanowisko prezesa tej organizacji. Skoro ona nie stanowi problemu, to czemu to dziecko ma? - spytała Very, bo nie wiedziała, jak inni, ale ona widziała tu pewien zgrzyt. Przez ostatnie tygodnie nie była zbytnio na bieżąco, zajęta swoimi obowiązkami wobec własnej firmy, ale skoro w GC zaczęli przejmować dowodzenie tacy ludzie, chcący unicestwiać wszystkich za wszelką cenę, a nie chcący zatrzymać się na chwilę i chociaż odrobinę pomyśleć to... cóż, to mógł być początek. Właściwie to zaraz przestanie się dziwić pojmanemu tutaj Johnowi Smitchowi, bo skoro pewne zasady nie były przestrzegane na górze, to jak niby można było wymagać ich poważania u niższych jednostek?
Parę osób na sali zdawało się mówić całkiem rozsądnie, jednak Marg obawiała się, że nie wiele to da i ostatecznie jak zwykle skończy się na bezsensownej przemocy, którą na dodatek będzie musiała oglądać. A nie chciała. Odcinała się myślami od tego, co działo się ze schwytanymi mutantami w tym budynku, co działo się z mutantami w bractwie. Płaciła, podejmowała decyzje, ale łatwiej było nie widzieć ich efektów. Wystarczała informacja, że były zadowalające. Dzięki temu lepiej sypiała.
Z Very Marg przeniosła spojrzenie na mężczyznę, który właśnie zbliżał się do niej z nożem. Odnotowała w pamięci, żeby przy okazji następnego zebrania jednak pozwolić ochroniarzowi wejść z nią do środka. Była zbyt ważna, żeby dopuszczać do sytuacji, żeby niezrównoważony psychicznie człowiek podchodził do niej z ostrym narzędziem. Wiedziała, jaka bywa Vera, ale żeby być aż tak niepoważną, żeby wpuszczać kogoś takiego na zebranie? Albo tak zdesperowaną.
- Naprawdę, nie trzeba być lekarzem żeby widzieć, że dla dziecka jest jeszcze za wcześnie na cesarskie cięcie - odparła mężczyźnie, biorąc od niego nóż jednak tylko po to, żeby położyć go na stole przed sobą - Kwestia pieniędzy i utrzymania tak Pana boli? W porządku. Zadbam o to, żeby mutantka została przeniesiona do kliniki pod okiem wyznaczonych przeze mnie ludzi i doczekała tam dnia porodu. Dziecko zostanie odebrane jej zaraz po porodzie i umieszczone w sprawdzonej pod kątem poparcia naszej sprawy rodzinie. Gdy tak się stanie, kobieta będzie wasza, a jej dalszy los będzie mi obojętny. To samo się tyczy dziecka, w przypadku gdy okaże się być mutantem - powiedziała chłodno, nie spuszczając wzroku z mężczyzny, jednak zwracając się także do całej reszty zebranej na sali - Czy taka opcja was zadowala? - odwróciła się do reszty, przenosząc spojrzenie od jednej osoby do drugiej. Będą głupcami mając coś przeciwko, bo ostatecznie wszyscy wygrywali, prawda? Oprócz mutantki, ale dla niej z założenia nie było dobrego wyjścia z tej sytuacji.
To by było na tyle z jej strony, bo po chwili mężczyzna postanowił pognębić nieco innych, dla odmiany zajmując się Asystentką.
Dalsze zdarzenia zdecydowanie przerosły jej oczekiwania. Może i była członkiem tej organizacji, może i ją finansowała, podejmowała decyzje, jednak zawsze była ponad wydarzenia, które miały tu miejsce. Chciała mieć kontrolę nad tym, co się tu dzieje, jednak płaciła chcąc pewnych efektów końcowych, niekoniecznie być świadkiem całego procesu.
Pierwszy raz ktoś w jej obecności został zabity i mimo, że na czas odwróciła wzrok i tak pobladła. Ale nie, nie ze strachu czy smutku. Ze złości. Miała swoje zasady i właśnie zostawały one łamane jedna po drugiej, nie dając jej nawet szansy na jakąkolwiek uprzednią reakcję.
I po to ją tutaj sprowadzili? Dla prób zastraszania i publicznych egzekucji? Przykre, że Vera upadła aż tak nisko.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum