Poprzedni temat «» Następny temat
Taras widokowy
Autor Wiadomość
Sarah Hopper



We fight every night for something; when the sun sets we're both the same: half in the shadows, half burned in flames.

wyostrzone zmysły

74%

(I think I made you up inside my head)





name:

Sarah Hopper

alias:
Amelia Blanc/Cisza

age:
25 lat

Wysłany: 2018-05-01, 00:41   
   Multikonta: zabijcie mnie, zanim się rozmnożę


Nigdy nie była bohaterką.
Nie jest nią też teraz, a szarpiące wnętrznościami wyrzuty sumienia tylko jej o tym przypominają, gdy oddech coraz bardziej przestraszonej nieznajomej zatrzymuje się na jej własnej dłoni, ciepły i dziwnie lepki. Czuje go na skórze nawet długie sekundy później, kiedy przed jej oczami ważą się losy jej najbliższej przyszłości, a zdezorientowana kobiecina wystukuje podyktowany przez nią numer na klawiaturze najnowszego modelu telefonu. Widzi, jak drżą jej palce i odruchowo wykręca własne, dopóki nie zaciska się na nich czyjaś inna ręka – większa, bardziej szorstka, która powinna być znajoma, ale z oczywistych powodów nie jest; stanowcze szarpnięcie wyrywa ją z chwilowego marazmu, który trwa nie więcej niż sekundę, jednak z jakiegoś powodu czas traci na znaczeniu, zmieniając fakturę i konsystencję. Nie wie, dlaczego pozwala się prowadzić Williamowi w głąb uliczki, ale to robi, słysząc w oddali odbijające się od ceglanych ścian echo przeszłości. – Tak. Becky – przytakuje, chociaż słowa jej brata nie mają najmniejszego sensu. Nie ma ich też jego obecność tuż obok, ani fakt, że niecałą minutę później przysiada czujnie na siedzeniu pasażera, zalewana tysiącem zupełnie nieistotnych myśli: że przegapiła moment, w którym nauczył się jeździć, strzelać z broni palnej i nie reagować mdłościami na widok rozerwanych nieludzko zwłok; nie ma pojęcia, czym są emocje, które kotłują się w jej klatce piersiowej, gdy próbuje przetworzyć to wszystko, co właśnie miało miejsce; nie wie też, gdzie właściwie zabiera ją Will, składające się na pytanie głoski gubią się gdzieś po drodze z krtani na język.
Kiedy wyjeżdżają z maleńkiego parkingu, bezwiednie zaciska palce na krawędziach fotela, jak wtedy, gdy miała siedem lat i tata po raz pierwszy zabrał ją na karuzelę w wesołym miasteczku; jej żołądek również zachowuje się podobnie, jak tamtego dnia, być może dlatego, że raz na jakiś czas zapomina o równym oddychaniu. Wie, że powinna się odezwać, ale nie ma pojęcia, co powiedzieć – wszystkie słowa, które jeszcze chwilę temu tłoczyły się w jej umyśle, gdzieś umknęły, przegnane przez napływającą zewsząd rzeczywistość. Żałuje, że nie potrafi wyłączyć emocji tak samo, jak czasami robi to ze zmysłami, bo zrobiłaby wiele, żeby nie czuć płonącej gdzieś za mostkiem obawy, póki co skutecznie przyćmiewającej inne rzeczy – ulgę, przerażenie, niezręczność, tlącą się nieśmiało, naiwną nadzieję; na co – nie jest pewna, wiedząc jedynie, że powinna odwrócić się i uciec jak najdalej, zanim ściągnie śmierć i nieszczęście na kolejną osobę, która na nie nie zasłużyła. Tym razem jednak pozwala zwyciężyć egoizmowi i uparcie milczy, nie nalegając, by William zatrzymał samochód; uciszanie wyrzutów sumienia jest czymś, co od jakiegoś czasu idzie jej niepokojąco dobrze.

| zt x2
[Profil]
 
 
Beth Delgado



When the rain fell And the flood came And the wind blew hard Like a hammer on these walls We didn't crack or break or fall We built this house on a rock

Kelnerka w SkyCity Restaurant





name:

Beth Delgado

alias:
Przypomnisz mi?

age:
46

height / weight:
169/65

Wysłany: 2018-08-06, 18:30   

24 Kwietnia

Wczorajszy dzień... Wczorajszy dzień kosztował mnie naprawdę dużo sił i nerwów. Nie dość że zaledwie dwa dni temu pochowałam moją matkę to jeszcze tamta kobieta w restauracji. Jestem pewna że widziałam ją po raz pierwszy ona jednak zdawała się mnie poznać, tylko skąd ona wiedziała kim jestem? I dlaczego spotkałam ją dopiero teraz? Cały czas po wypadku spędziłam właśnie w Seattle ba nie raz nawet wychodziłam do ludzi czy do sklepu... Ani razu jednak nie spotkałam kogoś, kto by mnie rozpoznał. Nie możliwe było bym przez te kilka miesięcy gdy leżałam w szpitalu zmieniła się tak, by nikt nie był w stanie mnie poznać przecież nie było to możliwe. A może, a może ona jest kluczem do tej całej zagadki? Może ona wie coś więcej na mój temat? Och, jaka ja byłam głupia że nie wzięłam do niej numeru telefonu!
Te wszystkie rozmyślania nie dawały mi spać, większą część nocy spędziłam na przeglądaniu rzeczy mojej matki, miałam cichą nadzieję że może znajdę jakiś album albo notatki, może jakieś jedno pojedyncze zdjęcie.. Nic jednak tam nie było, tak jakby faktycznie te dwadzieścia kilka lat w moim życiu nie istniało. Zasnęłam bardzo późno, znowu śniła mi się blond dziewczynka, znowu upierała się ze muszę spotkać się z jej tatą nie chciała jednak zdradzić mi jego imienia ani gdzie on jest. Szłyśmy tak, trzymając się za ręce i szukając jej "papy"... Jak zawsze obudziłam się na chwilę przed tym jak go znalazłyśmy...
Te wszystkie rzeczy sprawiły że przyszłam do tego miejsca. Nie wiem czemu taras widokowy w Capitol Hill kojarzył mi się zawsze z czymś przyjemnym, oczywiście po wypadku nie miałam pojęcia z czym, matka na ten temat milczała nie chcąc mi powiedzieć co się kiedyś wydarzyło w tym miejscu. Czułam jednak że było ono kiedyś dla mnie istotne i gdy tylko mogłam przychodziłam tutaj na kawę tak jak i dziś. Ubrałam się tak, jak wydaje mi się że zawsze lubiłam, obcisła czarna spódnica i błękitna koszula, może nie była najbardziej elegancką koszulą na świecie jednak od wypadku bardzo podobał mi się ten krój. Co prawda moja blizna po postrzale była w niej widoczna, nauczyłam się jednak ją akceptować, ba nawet czasem mi się podobała gdy zmęczona patrzyłam na nią, wydawała mi się wyglądać trochę jak kwiat.
Kupiłam kawę w pobliskiej kawiarni po czym usiadłam przy jednym ze stolików na uboczu tak, aby mieć widok na panoramę miasta. Wyjęłam z torebki paczkę papierosów po czym odpaliłam jednego z nich. Słońce przyjemnie muskało moją skórę to też przymknęłam lekko oczy by móc się nim delektować z uśmiechem na ustach.
_________________

I will find you.
In the farthest corners of my heart, I will find you.
[Profil]
  [A+]
 
Marcos Delgado



What doesn't kill you makes you stronger

Sugestie schizofreniczne

87%

biznesmen//szef mafii





name:

Marcos Delgado

alias:
Jack Daniels // Jack Dawson // Papa

age:
48

height / weight:
183/75

Wysłany: 2018-08-06, 18:59   
   Multikonta: Sam, Vera, Echo


//24 kwietnia

Ostatni miesiąc był dla mnie niezmiernie ciężki. Poszukiwania mojej kochanej córeczki wciąż nie przynosiły żadnego skutku, mimo zaangażowania w nie tak wielu zaufanych ludzi. Zupełnie, jakby wyparowała, albo nigdy nie istniała. Nie mogłem pogodzić się z wizją, że moje maleństwo, moja księżniczka, mogła tak źle skończyć... Och, Albeczko, czy zdołałaś uciec, nim padły pierwsze strzały? Czy raczej podzieliłaś los swojej biednej matki, odchodząc z tego świata? A może teraz przetrzymują Cię w tych zimnych celach, pompując w Twoje żyły to paskudztwo, którym sam handluję?
W takich chwilach nienawidziłem siebie. Byłem złym człowiekiem i chyba szczęście nie miało prawa mi już dopisywać. Zmagałem się z nasilającymi się skutkami ubocznymi mojej mocy, zatracając siebie, gubiąc zdrowe zmysły. Potrzebowałem... Potrzebowałem od tego odskoczni. Potrzebowałem chwili ukojenia, nim wrócę, by wydać kolejny rozkaz...
Już nie raz widziałem moją ukochaną na jawie. Już nie raz namawiała mnie do kolejnych kroków. Nigdy jeszcze nie siedziała tak daleko, kusząc mnie swoim widokiem. Ach... A może to miejsce tak na mnie wpływa? W końcu... To było piękne miejsce. To właśnie tu spędziłem jedne z najpiękniejszych dni w moim życiu.
W sumie to zabawne. Przez tyle lat pracowałem dla starego Jonesa, a jego córkę poznałem dopiero, jak sam miałem osiemnaście lat. Heh. Miałem być ponoć wtedy jej aniołem stróżem, przypilnować tego jednego wieczoru, z ukrycia, by nic jej nigdy nie groziło. A tak bardzo zawróciła mi wtedy w głowie. Nie mogłem się powstrzymać. Byłem... Byłem zakochany. Zakochany od pierwszego wejrzenia. W moim zbuntowanym sercu w zaledwie kilka chwil odnalazła swoje miejsce.
To też tu zgodziła się być ze mną, już na zawsze. Aż po grób. Dopóki śmierć, nie zabrała mi Cię o wiele za wcześnie...
Ruszyłem ku stolikom, niczym zahipnotyzowany. Kochanie... Czemu wyglądasz dokładnie tak samo, jak tamtego dnia? Czemu mi to robisz? Przecież zawsze ukazywałaś się taka, jak w moich najpiękniejszych wspomnieniach. Czy chcesz mnie teraz ukarać, za stracenie naszego dziecka? Chcesz mi uświadomić, jak wiele złego nam przyniosłem?
Czy naprawdę na to zasłużyłem?
Usiadłem, zajmując miejsce tuż koło Ciebie, jak robiłem to już nie raz widząc Cię w moich schizofrenicznych wizjach. Przecież już dobrze wiedziałem, że od dawna nie oddychasz. A jednak samo to, że mogłem na Ciebie popatrzeć, usłyszeć Twój piękny głos... To wszystko dawało mi takie ukojenie.
Jak bardzo się jednak zdziwiłem, gdy niechcący dotykając Twojej słoni, ona... Tam była? Tak żywa, ciepła, z gorącym kubkiem kawy tuż obok.
- B-Beth? - Zająknąłem się, patrząc na Twoje piękne lico. To byłaś Ty, ale jednak wyglądałaś trochę inaczej. Twoje włosy układały się w inne fale, wzrok wydawał się bardziej zmęczony, niż kiedykolwiek, a na twarzy z pewnością pojawiły się nowe, choć ledwo widoczne zmarszczki. Jednak nawet to nie odebrało Ci Twej pięknej urody, w której przed laty tak bardzo się zakochałem...
Tylko czy Ty byłaś w stanie dostrzec mój wzrok, tak zapatrzony w Twoją duszę, jak wtedy, w dniu tego wypadku?
_________________

She was the light of my life
And the light is precious in a world so dark...
[Profil]
  [A+]
 
Beth Delgado



When the rain fell And the flood came And the wind blew hard Like a hammer on these walls We didn't crack or break or fall We built this house on a rock

Kelnerka w SkyCity Restaurant





name:

Beth Delgado

alias:
Przypomnisz mi?

age:
46

height / weight:
169/65

Wysłany: 2018-08-06, 19:31   

Byłam tak pochłonięta piękną pogodą i dźwiękami miasta że nawet nie zauważyłam gdy ktoś się do mnie dosiadł, byłam zajęta myślami które znów powróciły do mojego umysłu. W mojej głowie analizowałam to, co już wiedziałam na swój temat tak samo jak to, co usłyszałam wczoraj od tamtej kobiety. Próbowałam jakoś rozgryźć tę zagadkę usilnie upatrując w kobiecie klucza do odblokowania tych drzwi, albo chociaż jakieś wskazówki by odnaleźć ten klucz i odzyskać utracone lata. Nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić jak to jest być żywym, lecz bez własnego życiu, nikt nie wie jak rozdzierająca pustka cię wypełnia i nie daje spokoju, w końcu niby jesteś ale nie wiesz jednak kim jesteś. Zabawne jak życie potrafi czasem płatać nam figle, nigdy nie pomyślałabym że ten klucz któregoś dnia sam do mnie przyjdzie..
Gdy tylko poczułam obcą dłoń dotykającą mojej dłoni szybko otworzyłam oczy i odsunęłam się od osoby która usiadła koło mnie. Nie lubiłam gdy ktoś obcy mnie dotykał, czułam iż nie jest to dłoń kobiety i nie wiem czemu wzdrygnęłam się na samą tą myśl. Coś w głębi odpychało mnie od nazbyt intymnych kontaktów z ludźmi, zwłaszcza gdy obca mi osoba mnie dotykała. Już chciałam mu zwrócić uwagę że powinien trzymać ręce przy sobie gdy usłyszałam głos. Nie, to nie był byle jaki głos. To był TEN głos. Nie wiedziałam do kogo on należy, wiedziałam jednak że skądś znam ten głos, tak jakby ktoś kiedyś nim do mnie przemawiał, tak jakbym już kiedyś gdzieś go usłyszała, wiedziałam też że mógł być dzień gdy lubiłam ten głos. A może najzwyczajniej w świecie zaczynało mi już odbijać? Może mój umysł zaczął już produkować zmyślone wspomnienia by jakoś uporać się ze stratą tych prawdziwych? Nie wiedziałam.
Obróciłam się lekko tak, by siedzieć do mężczyzny przodem. Nie lubiłam rozmawiać z kimś, kogo nie mogłam obserwować, co prawda mężczyzna mógł teraz zauważyć bliznę nad moją lewą piersią, miałam cichą nadzieję że nie będzie się na nią gapić, zawsze mnie to peszy. Zdziwiona zaciągnęłam się papierosem i przyjrzałam uważnie twarzy mężczyzny przede mną. Mimo iż on jeszcze nie doświadczył siwych włosów które ja ukrywałam farbą wyglądał jakby był w podobnym do mnie wieku, wyglądał też jakby doświadczył jakichś ciężkich przeczyć, zapytanie pewnie czemu? Nie jestem w stanie wam tego wytłumaczyć, ciężkie przeżycia widać jednak w oczach. Właśnie te oczy, te oczy patrzyły na mnie tak jakby zobaczyły ducha, przynajmniej mi się tak wydawało, łatwiej przychodziło mi czytanie emocji z mimiki niż oczu,a przecież to one są podobno zwierciadłami duszy. Ta twarz... Usilnie próbowałam przypomnieć sobie czy gdzieś ją już widziałam, nic jednak nie przychodziło mi do głowy. Wertowałam w głowie wszystkie fotografie która pokazała mi matka, ta twarz nie znajdowała się jednak na żadnej z nich. Niech cię szlag przeklęta amnezjo!
- Przepraszam, ale skąd wie Pan jak mam na imię?- zadałam mu najdziwniejsze pytanie, jakie mogła zadać osoba. W końcu normalni ludzie nie muszą pytać o to czy kogoś znają. Ja jednak nie byłam normalna, ja nie wiedziałam kogo znam a kogo nie. Patrzyłam na niego zdziwiona i trochę zmieszana, w końcu jeśli faktycznie go znam znów będę musiała tłumaczyć o tym co się wydarzyło..
_________________

I will find you.
In the farthest corners of my heart, I will find you.
[Profil]
  [A+]
 
Marcos Delgado



What doesn't kill you makes you stronger

Sugestie schizofreniczne

87%

biznesmen//szef mafii





name:

Marcos Delgado

alias:
Jack Daniels // Jack Dawson // Papa

age:
48

height / weight:
183/75

Wysłany: 2018-08-06, 20:21   
   Multikonta: Sam, Vera, Echo


Czy możliwym było, że moja choroba wciąż się pogłębia? Czy utrata mojego ostatniego skarbeczka mogła tak źle wpłynąć na mój umysł, by już całkowicie otumaniał wszystkie moje zmysły? Jak więc miałem już odróżniać rzeczywistość od jawy?
Wpatrywałem się w tę piękną twarz, lekko opadające na ramiona włosy, idealną linię obojczyków, aż dostrzegłem też... Też... To miejsce. To miejsce, z którego jej życie powoli uchodziło, gdzie nasza krew mieszała się w jedno. Straszne obrazy tamtej nocy zaczęły mnie nawiedzać, nakładając się na rzeczywistość. Znów widziałem powiększającą się szkarłatną plamę, czułem żelazny zapach, widziałem wybaczenie w jej oczach. Tylko... To było tylko w tym wspomnieniu. Ta kobieta, która siedziała przede mną nie miała tego błysku w oku. Jej oczy nie wyznawały mi miłości. Jej oczy nie potrafiły mi powiedzieć, kim była.
A przecież... Przecież nawet Beth z moich wizji zawsze tak na mnie patrzyła. Ten wzrok pełen zrozumienia i akceptacji, za który ją pokochałem.
Zmarszczyłem swoje brwi, jakby zapominając o oddechu, gdy myśli kotłowały się w mej głowie. Próbowałem to wszystko zrozumieć, próbowałem to zracjonalizować. Jak jednak można powrócić z drugiej strony?
- Mi Amor... - Wyszeptałem z siebie niemal łamiącym się głosem, próbując mimo wszystko złapać jej dłoń. Na moim palcu wciąż była złota obrączka. Ich zestaw dostaliśmy po moich rodzicach, to była wielopokoleniowa pamiątka, jeszcze z Hiszpanii. Elizabeth była w końcu miłością mojego życia, nawet po swojej śmierci. I choćby nie wiem ile kobiet prześlizgnęło się przez moje łóżko, żadna nie osiągnęła tego, co ta niepozorna blondynka. Tylko ona opanowała całkowicie moje serce.
Czułem się jednak przytłoczony jeszcze bardziej, gdy ta tak źle zareagowała. Jakbym był obcy. Jakby mnie nie znała. A przecież właśnie potwierdziła, że to ona jest moją ukochaną, czyż nie?
- Pan? - Zapytałem, wyraźnie zbity z tropu. Jaki znowu Pan? Znamy się od tylu lat, byliśmy tak blisko. Mamy... Mieliśmy najcudowniejszą córkę...
A teraz Pan?
- Beth, proszę, nie rób sobie żartów. Jak... Jakim cudem... Czemu Ty... Oh, Beth! - Jęknąłem żałośnie, łapiąc się jedną dłonią za głowę. Z tego wszystkiego, tych nerwów, czułem, jak boli mnie głowa. I wystarczyło tylko jedno spojrzenie w jej piękne oczy, by ona mogła dostrzec w moich tajemniczy blask. A wraz z tym blaskiem, w jej głowie mogło się pojawić jedno, krótkie zdanie.
Moja ukochana, moja żona...
_________________

She was the light of my life
And the light is precious in a world so dark...
[Profil]
  [A+]
 
Beth Delgado



When the rain fell And the flood came And the wind blew hard Like a hammer on these walls We didn't crack or break or fall We built this house on a rock

Kelnerka w SkyCity Restaurant





name:

Beth Delgado

alias:
Przypomnisz mi?

age:
46

height / weight:
169/65

Wysłany: 2018-08-06, 21:02   

W mojej głowie była tylko jedna, jedyna myśl - kim on jest? Nie miałam pojęcia skąd ten mężczyzna mógł mnie znać, a może to był tylko czyjś głupi żart? Może ktoś dowiedział się o tym że mam amnezję i chciał porobić sobie żarty? Naprawdę byłoby to poczucie humoru najniższych możliwych lotów. To jednak jak na mnie patrzył, widać było że on również nie jest w stanie pojąć tego, co się tutaj własnie działo. Cóż, przynajmniej nie tylko ja miałam z tym problem i szczerze mówiąc, trochę mnie to pocieszało. Te słowa wypowiedziane po hiszpańsku... Dla zwykłego przechodnia z pewnością byłby to zwykłe słowa w innym języku. Dla mnie jednak TE słowa, wypowiedziane TYM głosem były czymś innym, czymś co wydawało mi się znane ale jednak tak dalekie. Spojrzałam na mężczyznę z niemym pytaniem w oczach, o co tu chodziło? I dlaczego ten mężczyzna wydawał się być przytłoczony tą sytuacją równie mocno co ja? W pierwszej chwili odsunęłam swoją rękę gdy tylko próbował ją dotknąć. W tedy zauważyłam tę obrączkę, wydawała się być skądś znajoma, tak jakbym już gdzieś ją widziała... Zgasiłam papierosa po czym zaczęłam grzebać w torebce, po kilku chwilach wyjęłam z niej identyczną obrączkę, jednak odrobinę cieńszą, zapakowaną w niewielką torebkę z zip -lockiem. Bardzo nieśmiało, ujęłam dłoń mężczyzny po to by się jej przyjrzeć. One... One były identyczne! Ale jak było to możliwe?! Nie wyglądały na coś, co było produkowane masowo... Czułam się jakby ktoś uderzył mnie czymś ciężkim w głowę, moje ręce zaczęły drżeć. O co tu chodzi?
Następne słowa mężczyzny nie poprawiły sytuacji, i już miałam mu wygarnąć że to on musi się ze mnie nabijać gdy nagle pojawiła się ta myśl w mojej głowie. Moja ukochana, moja żona... Skąd wzięło się to w mojej głowie? Dlaczego brzmiało to jak myśl tego mężczyzny? W mojej głowie kołatało się tak wiele pytań i tylko on, ten przypadkowy mężczyzna był w stanie mi pomóc. Wzięłam głęboki oddech, starając się trochę uspokoić. Moje serce waliło jak oszalałe, musiałam jednak spróbować zachować zimną krew i szczerze mówiąc, nie najlepiej mi to wychodziło. Nerwowo napiłam się kawy, chcąc zyskać dla siebie trochę czasu, nie mogłam sobie tego poukładać w głowie.
- Ja nie żartuję proszę Pana. Nie mam pojęcia kim Pan jest, czemu Pan mnie zna a już tym bardziej dlaczego ma Pan taką samą obrączkę... Ja... - w tym momencie dotarły do mnie fakty. Zawiesiłam się, przyglądając się uważnie mężczyźnie, następnie jeszcze raz uważnie obejrzałam i jedną i drugą obrączkę... To, to wszystko i jeszcze ten hiszpański, czy... Czy ten mężczyzna naprawdę był kiedyś moim mężem? Czy on nadal chce mnie zabić? Czułam jak krew odpływa mi z twarzy, czułam jakby ktoś zmiażdżył moje serce w piersi. Czyżbym faktycznie spotkała klucz do straconego życia? Z całych sił próbowałam sobie przypomnieć tą twarz, wygrzebać z jakieś wspomnienia w których on się pojawił ale nic nie wracało. Tak, jakby moja pamięć robiła mi na złość, tak jakbym jeszcze nie przeszła wystarczająco wiele by zasłużyć na moje życie.
- Ja miałam wypadek... Jakieś dwa lata temu, mam amnezję... Czy... Czy to Pan.. Czy Ty...?- nie byłam w stanie dokończyć pytania gdyż nagle emocje uderzyły we mnie niczym taran. Zakryłam dłonie ustami, nadal przyglądając się mężczyźnie a z moich oczu same popłynęły łzy. Czyżby moje modlitwy w końcu zostały wysłuchane? Czy ktoś tam, na górze zdecydował się oddać to, co do mnie należy? Nie byłam w stanie tego pojąć to też siedziałam tak, zalewając się łzami i rozmazując nimi tusz do rzęs...
- Dlaczego chciałeś mnie zabić?- wyszeptałam ledwie słyszalnie przez swoje dłonie, nie mogąc się uspokoić.
_________________

I will find you.
In the farthest corners of my heart, I will find you.
[Profil]
  [A+]
 
Marcos Delgado



What doesn't kill you makes you stronger

Sugestie schizofreniczne

87%

biznesmen//szef mafii





name:

Marcos Delgado

alias:
Jack Daniels // Jack Dawson // Papa

age:
48

height / weight:
183/75

Wysłany: 2018-08-06, 23:35   
   Multikonta: Sam, Vera, Echo


Jej ciepła dłoń, dotyk jej palców delikatnie muskający moją skórę, gdy tak uważnie przyglądała się tym obrączkom... Tylko czemu nie miała swojej na własnym palcu?
Zaniepokoiło mnie to. Nie wiedziałem już, czy wariuję, czy zdarzenie sprzed lat było tylko zwykłym urojeniem, czy może rzeczywiście jakimś cudem moja ukochana to wszystko przeżyła?
Dopiero teraz też zaczęło do mnie dochodzić, co takiego tu się dzieje. Gy jej słowa tak bardzo raniły moją duszę a oczy wciąż nie mogły mnie rozpoznać, wstałem ze swojego miejsca, by po chwili klęknąć u stóp tej jedynej. Mojej ukochanej Beth. Jeśli serio mnie nie pamiętała, jeśli naprawdę... Naprawdę nie wiedziała kim jestem?
To było nasze miejsce. Miejsce szczęścia. To właśnie tu zostaliśmy parą, najpierw, jako para gówniarzy poszukująca szczęścia, a potem już na drodze do formalnego związku. Zamierzałem jej to przypomnieć, najlepiej jak potrafiłem. Wpatrywałem się w jej ciało, blond kosmyki i zaniepokojoną buzię, chcąc tylko jednego. By znowu była moja.
Potrząsnąłem niecierpliwie głową, jak gdybym chciał mieć pewność, że ona nie jest moim kolejnym urojeniem, Ale ona tu dalej była. Dalej tu siedziała, już z pustym kubkiem i bez papierosa w dłoni. Oh Beth... Nawet zapach spalonego tytoniu miał przyjemniejszą woń przy Tobie...
Nie mogłem znaleźć żadnych słów, gdy wyciągałem swoją dłoń po ten woreczek strunowy. Zestresowany, zwilżyłem językiem własne usta, by po chwili wydostać ten pierścionek i ujmując delikatnie jej dłoń, wsunąć jej go na palca, a po chwili złączyć nasze obie ręce - te, które przed laty obiecały sobie miłość, wierność i ostoję... Nawet, jeśli nie byliśmy w stanie spełnić każdej z tych obietnic.
- Ukochana... To... To nie był wypadek. Ja... To... - Nie wiedziałem, jak zebrać słowa. Jeśli nie pamiętała... Czy to nie lepiej dla niej? Czy byłbym w stanie ją odsunąć od mafii i zapewnić bezpieczeństwo? Och, kochanie, nie mógłbym Cię rugi raz stracić!
Skrupulatnie zbierałem łzy spływające po jej policzkach na opuszki moich kciuków. Widziałem, jak blednie, jak sama walczy z myślami. Widziałem wszystko to czego nigdy nie chciałem widzieć u tej kobiety - zwątpienia, zamiast wiary w to, co miało nadejść...
Nim jednak myśli ułożyły się w logiczny zbiór słów, padło to, czego nigdy nie chciałbym usłyszeć. Moje wargi zadrżały, palce zacisnęły się na jej dłoni, a oczy szkliły w nieprzyjemnym uczuciu które chciało ze mnie wycisnąć łzy. Nie mogłem jednak na to pozwolić, więc tylko wstałem, odsuwając się od kobiety i łapiąc otwartą dłonią za czoło.
- Chciałem Cię zabić? - Zapytałem, jednocześnie prychając z niedowierzania. Czułem, jak głowa coraz bardziej zaczyna mnie boleć a nerwy tylko narastają na sile. Byłem jednak mistrzem w ich ukrywaniu. No, przynajmniej przeważnie. W końcu nie zawsze odzyskuje się kogoś ważnego zza grobu.
- Rany boskie, Beth, skąd Ci to przyszło do głowy, przecież... Przecież ja... Ja Cię kocham! Gdybym mógł, te dwa lata temu sam oddałbym życie, byle tylko... - Wyrzuciłem z siebie lekko podniesionym tonem i w sumie... Zgłupiałem. Co się działo po naszym ostatnim pocałunku? Czemu ja nic nie pamiętam? Czy naprawdę... Czy naprawdę ja mógłbym zrobić jej krzywdę? Czy ja jej coś zrobiłem?!
Wpadłem w panikę, starając się nie pokazać tego na zewnątrz. Cholerna dziura w pamięci nie dawała mi teraz spokoju. Wziąłem głębszy oddech i pociągnąłem nosem, byle tylko nie pozwolić nawet jednej łzie uciec z moich powiek...
- Napadnięto nas, Beth... Była strzelanina. Zraniono Cię... - Powiedziałem w końcu, spokojnie, choć bardzo smutno wskazując wzrokiem na bliznę nad jej piersią. Po chwili przetarłem dłonią oczy i spojrzałem w niebo. - W życiu bym Cię nie zranił. Tak samo, jak nigdy nie chciałem, by zraniono Albę... - Dodałem po chwili, już spuszczając wzrok na podłoże i znowu prychając. Nie mogłem uwierzyć w absurd tej sytuacji. I mimo... Mimo że tak bardzo chciałem się znowu wtulić w jej ciało, powąchać jej woń i pogłaskać jej włosy... Nie mogłem. Bo to nie była moja Beth. Ona... Ona nigdy by nie uwierzyła w te kłamstwa i oszczerstwa. Ona... Ona mnie kochała, mimo wszystko i wiedziała, że odwzajemniam to uczucie całym sobą...
_________________

She was the light of my life
And the light is precious in a world so dark...
[Profil]
  [A+]
 
Beth Delgado



When the rain fell And the flood came And the wind blew hard Like a hammer on these walls We didn't crack or break or fall We built this house on a rock

Kelnerka w SkyCity Restaurant





name:

Beth Delgado

alias:
Przypomnisz mi?

age:
46

height / weight:
169/65

Wysłany: 2018-08-07, 01:18   

Przyglądałam się mu uważnie gdy uklęknął u moich stóp, nie wiedziałam co ten mężczyzna ma zamiar zrobić, byłam gotowa w każdej chwili zerwać się i uciec, w końcu cały czas nie wiedziałam kim jest, nie wiedziałam jakie ma zamiary, był dla mnie obcą osobą jednak w jakiś dziwny sposób znajomą. O co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego tak dziwnie zachowywał się na mój widok? Pozwoliłam mu ująć moją dłoń i wsunąć obrączkę na palec, wydawało się że jest to dla niego ważne, to zdenerwowanie w jego ruchach... Dziwne, miałam wrażenie że to już kiedyś się wydarzyło, trochę tak, jakbym doświadczała deja vu... Nie byłam jednak w stanie stwierdzić czy to mój mózg płata mi figle czy faktycznie coś takiego kiedyś już się wydarzyło. To miejsce, ten zestresowany mężczyzna klęczący przede mną to wszystko wydawało się być takie znajome ale i odległe, jakbym patrzyła na to przez bardzo gęstą mgłę... Nadal jednak nie byłam w stanie przypomnieć sobie imienia tego też mężczyzny, nie wiedziałam jak i gdzie go poznałam ani co mnie z nim łączyło, jednak jego reakcje... To jak na mnie patrzył... Nie miałam wątpliwości, że z pewnością to, co nas łączyło było naprawdę silne, tylko czy nadal gdzieś to we mnie jest? Czy nadal byliśmy mężem i żoną mimo iż ja nie wiedziałam nawet jak ma na imię?
Pozwoliłam mu zbierać łzy z moich policzków, bezwiednie wtulając się w jego dłonie. Potrzebowałam tego, potrzebowałam wsparcia, potrzebowałam kogoś kto powiedziałby mi że to wszystko się ułoży, że odzyskam pamięć i nie będę ranić tego tutaj mężczyzny tym, że nie pamiętam większości swojego życia. Potrzebowałam bliskich a od kilku dni byłam sama na tym świecie. Widziałam jak po moich słowach jego oczy dziwnie się zaszkliły, czułam palce zaciskające się na mojej dłoni... Musiałam jednak zadać mu to pytanie, musiałam to wiedzieć zanim zacznę się wypytywać go o jakieś szczegóły z mojego życia, w końcu był moim kluczem do odzyskania pamięci, świadkiem ponad dwudziestu lat mojego życia o których ja nie miałam zielonego pojęcia i które cały ten czas usilnie próbowałam odzyskać. Bałam się jednak że jeszcze raz może próbować mnie zabić, że będzie chciał mnie w jakiś sposób skrzywdzić...
Gdy mężczyzna wstał wyjęłam z torebki paczkę chusteczek po czym otarłam łzy z mojej twarzy, jak i resztki tuszu powoli zasychające pod moimi oczami. Próbowałam się uspokoić, wiedziałam po jego reakcji że tę rozmowę lepiej będzie przeprowadzić w spokoju, miałam w końcu szansę dowiedzieć się czemu to wszystko mi się przydarzyło, czemu ktoś chciał mnie zabić... Zarówno reakcja mężczyzny jak i jego słowa zbiły mnie z tropu, z każdym jego słowem coraz mniej rozumiałam i coraz bardziej czułam się zagubiona w obecnej sytuacji. Czyżby... Czyżby moja matka mnie okłamała? Czyżby to, co wiedziałam na jego temat, a nie było tego wiele, było jednym wielkim kłamstwem? I dlaczego ona w ogóle to zrobiła? Czułam się jakby ktoś właśnie zrzucił mnie z klifu, czy to co wiem naprawdę było prawdą a może kolejnym kłamstwem? Niestety, tego już się nie dowiem.
To imię, Alba wydało mi się dziwnie znajome, nie wiedziałam jednak kim mogła być osoba które je nosiła. Wiedziałam, że muszę wyjaśnić temu mężczyźnie to, co się wydarzyło bo inaczej stracę mój jedyny łącznik z przeszłością. Wzięłam dwa głębokie wdechy, po czym wyciągnęłam ku niemu dłoń w zapraszającym geście.
- Czy Pan.. Czy mógłbyś usiąść? Wybacz ale nie pamiętam jak masz na imię. - zaczęłam trochę nerwowo, cały czas próbując uspokoić samą siebie. Przyglądałam się jak zajmuje miejsce koło mnie i przesunęłam się tak, by widzieć dokładnie jego twarz i każdą, nawet najmniejszą reakcję. - Nie wydaje mi się żebyś kłamał, dlatego też chciałabym Ci to wytłumaczyć, jeśli chcesz..- spojrzałam na niego pytająco, a gdy tylko otrzymałam potwierdzenie wzięłam kolejny głęboki wdech, pierwszy raz miałam opowiedzieć o tym, co się wydarzyło komuś innemu niż mój terapeuta i szczerze mówiąc, trochę mnie to stresowało. - Obudziłam się dwudziestego piątego lipca dwa tysiące szesnastego roku w szpitalu w Montanie. Nie wiedziałam kim jestem ani jak się tam znalazłam. Lekarz powiedział mi że ktoś znalazł mnie przy jakieś drodze. Ktoś nie dość że mnie postrzelił to jeszcze prawdopodobnie wyrzucił mnie z jadącego samochodu, kula cudem ominęła serce ale uszkodziła mi kilka nerwów. - nie wiem czemu gdy mówiłam o postrzale przejechałam palcami po swojej bliźnie - W skutek upadku miałam złamaną rękę i uszkodzenie czaszki - to wywołało amnezję wsteczną. Ja... Ja nawet nie wiedziałam jak mam na imię, w kieszeni znaleźli wizytówkę do Jane Jones, jak się później okazało mojej matki. Ona przywiozła mnie do Seattle, zaopiekowała się mną. Odzyskiwanie wspomnień... Nie jest łatwe, przez te dwa lata udało mi się jedynie odzyskać tylko niewielką ich część, dokładniej do moich osiemnastych urodzin. Bardzo pomogły mi rodzinne albumy i opowieści matki, nigdy nie chciała jednak mówić o niczym innym niż moje dzieciństwo. Mój terapeuta powiedział jej że najlepiej stopniować mi informacje, nie wiem jednak ile jest w tym prawdy. Wiedziałam że mam inne nazwisko, nie wiedziałam jednak czemu...- przerwałam na chwilę, z trudem panując nad drżącym głosem, to wszystko nadal było dla mnie żywe, w końcu pochowałam matkę zaledwie kilka dni temu i nadal ciężko mi się o tym rozmawiało. Przepełniała mnie masa sprzecznych emocji - Dopiero 20 kwietnia, kilka dni temu, mama zdecydowała mi się powiedzieć czemu nie posiadam jej nazwiska. Jedyne co mi powiedziała to to że jesteś Hiszpanem, pobraliśmy się dość młodo i wszystko było w porządku dopóki nie zacząłeś jakichś... Interesów? Chyba tak. Powiedziała mi też że to przez Ciebie miałam ten wypadek i że okazałeś się być złym człowiekiem, dlatego nie próbowałeś mnie znaleźć...- naprawdę bardzo starałam się utrzymać spokojny ton głosu, włożyłam w to wszystkie swoje siły. - Ja.. Ja nie wiem co jest prawdą, nie pamiętam nic co działo się między moimi osiemnastymi urodzinami a dniem, kiedy obudziłam się w szpitalu. Chciałam dowiedzieć się więcej o Tobie ale... ale następnego dnia zmarła, pochowałam ją nie całe trzy dni temu....- Po moim policzku poleciało kilka łez, od razu jednak wzięłam głęboki oddech i spojrzałam w niebo, starając się uspokoić. Nie mogłam się teraz rozkleić, nie gdy byłam tak blisko dowiedzenia się prawdy, albo chociaż niewielkiej jej części. Po kilku chwilach przyjrzałam się w końcu mężczyźnie siedzącemu naprzeciwko mnie, wiedziałam że dla niego to również nie jest łatwa sytuacja. - Proszę, nie zrozum mnie źle ja naprawdę nie mam pojęcia co działo się przez ponad dwadzieścia lat mojego życia. Wydajesz mi się dziwnie znajomy, to nie zmienia jednak faktu że nie pamiętam Twojego imienia, nie pamiętam jak się poznaliśmy, nie wiem jak wyglądał nasz ślub czy nasze wspólne życie... Wiele razy próbowałam znaleźć w głowie jakieś wspomnienia z czasów po mojej osiemnastce jednak zamiast wspomnień mam jedną wielką pustkę... Ja po prostu nie pamiętam...- mój głos znów zaczął się łamać to też umilkłam dając zarówno sobie, jak i mężczyźnie chwilę na ochłonięcie po tym wszystkim. Ja potrzebowałam ochłonąć od wspomnień tych wszystkich dni, gdzie płakałam bezsilna w poduszkę nie wiedząc kim jestem. On dostał naprawdę dużą dawkę informacji, którą prawdopodobnie musiał przetrawić, widziałam jak zdziwienie i zdezorientowanie maluje się na jego twarzy, milczałam więc czekając aż i on pozbiera wszystkie swoje myśli do kupy.
Alba. To imię które mężczyzna wypowiedział jeszcze przed moją opowieścią wydawało się siedzieć w mojej głowie, tak jakby nie chciało bym o nim zapomniała, jakbym usłyszała coś, niezwykle ważnego a moja głowa za wszelką cenę nie chciała go zapomnieć. - Ki...Kim jest Alba? - zapytałam nie pewnie po dłuższej chwili.
_________________

I will find you.
In the farthest corners of my heart, I will find you.
[Profil]
  [A+]
 
Marcos Delgado



What doesn't kill you makes you stronger

Sugestie schizofreniczne

87%

biznesmen//szef mafii





name:

Marcos Delgado

alias:
Jack Daniels // Jack Dawson // Papa

age:
48

height / weight:
183/75

Wysłany: 2018-08-08, 00:53   
   Multikonta: Sam, Vera, Echo


Sam już nie wiedziałam, co byłoby gorsze. Kolejna paskudna wizja przeplatana urojeniami, halucynacjami i robieniem ze mnie debila na środku tego miejsca, czy jednak rzeczywisty brak pamięci ze strony jedynej prawdziwej miłości mojego życia?
Czy naprawdę prawie pozbawiłem jej życia? Czy to przeze mnie dzisiaj nie może skojarzyć nic, co nas kiedyś łączyło? Czy to naprawdę przeze mnie oboje teraz tak strasznie cierpimy? Przecież mógłbym przysiąc, że widziałem jak uchodzi z niej życie, jak oddaje swoje ostatnie tchnienie w naszym wspólnym pocałunku. A jednak... Dzisiaj, właśnie teraz, siedzi tu przede mną, ta samo piękna, z już wygojoną blizną i... Całkowicie obca...
Zacisnąłem swoje wargi, słysząc jej tłumaczenia. Ona, do jasnej cholery, nawet nie zna mojego imienia. Mimo wszystko jednak ruszyłem w jej kierunku, ponownie zajmując to wolne miejsce. Nogi miałem rozstawione szeroko, a łokcie oparte o kolana. Pozwalało mi to w chwilach słabości schować głowę między swoimi rękoma. Nie mogłem się przy niej rozklejać. Nie teraz. Teraz... Teraz ja musiałem być silny za nas oboje, nawet, jeśli jutro miałbym się obudzić bez niej u boku, ze świadomością, że tak naprawdę była tylko kolejnym wytworem mojej wyobraźni...
- Marcos... Marcos Delgado. A Ty jesteś moją żoną - Beth Delgado. - Rzuciłem, niby beznamiętnie, ale jednak... Sam fakt, że musiałem jej to uświadamiać bolał mnie niesamowicie. Moje wargi wciąż były zaciśnięte w cienką linię, nie pozwalającą na ich drżenie, gdy wydałem z siebie ciche sapnięcie. Ciężko było mi się pogodzić z otaczającą mnie rzeczywistością, gdy przecież ten świat nierealny często wydawał się dużo przyjemniejszy. W każdym moim marzeniu, w każdej wizji, moja ukochana... Była jak dawniej. A teraz żadne z nas nie potrafiło się rozpoznać...
Wsłuchiwałem się w jej słowa, wpatrywałem w jej gesty. Próbowałem dostrzec każdy szczegół, który mógł mnie utwierdzić w przekonaniu, ze to właśnie wybranka mojego serca. Że to nie głupi żart, że to nie pułapka. Że nie dałem się omamić i nie dam się wykorzystać. Musiałem... Musiałem mieć pewność.
Gdy mówiła o tamtym czerwcowym dniu, smutne wspomnienia nawiedziły mój wzrok, znowu rozmalowując krwistą plamę na jej piersi, na niebieskiej koszuli i na pojedynczych kosmykach jej włosów. Znowu czułem, jak ciurkiem krew spływa po mojej skroni. Musiałem przejechać otwartą dłonią po czole, by upewnić się, że tak się nie dzieje. Nie czułem jednak ciepła na palcach, a ta paskudna wizja w kilka chwil umknęła, jakby jej nigdy nie było, prezentując idealnie wyprasowany kołnierzyk jej bluzki.
- Beth... Jeśli... Jeśli albumy Ci pomagają... Ja wciąż wszystkie trzymam na strychu Laguna Negry. - Stwierdziłem ze spokojem, starając się spojrzeć jej w oczy. Znaczy... Miałem nadzieję, że wciąż tam są. Wiedziałem, że od kilkunastu dni ktoś się tam kręcił, jednak jeszcze nie miałem odwagi się tam wybrać i zmierzyć z przeszłością. Jednak teraz... Teraz, gdy wiedziałem, że nie jestem sam, że mam dla kogo odzyskać tę część codzienności... Może byłoby warto?
Nie byłem jednak w stanie dłużej patrzeć jej w oczy, gdy z taką lekkością mówiła o tym, że byłem zły. Niezła ta babka Jones. Zapomniała już, że to od jej mężulka to wszystko się zaczęło? Że dla niego pracowałem? Że to w jego mafii wspinałem się po kolejnych szczeblach kariery?
- Ja... Naprawdę nie wiem, jak to się stało. Byłaś martwa. Trzymałem Cię w moich ramionach, patrzyłem, jak się wykrwawiasz. Widziałem Twoje ostatnie tchnienie. Jeszcze w moich objęciach robiłaś się zimna... To... To jest naprawdę... Napr... Cud... - Zacząłem się łamać, plując sobie w brodę, że nie zabrałem jej wtedy do szpitala. Że nie pamiętałem reszty tej nocy. Całe to zdarzenie było dla mnie zbyt wielkim szokiem, przez który nawet nie byłem w stanie jej powiedzieć, co się dokładnie stało.
Jednak nawet mimo tego, że było mi ciężko, jeszcze gorzej znosiłem fakt, że ona była w takiej rozsypce. To strasznie bolało, tam wewnątrz. I nie mogłem pozwolić, by reszta jej życia wciąż przebiegała pod znakiem zapytania. Nie mogłem pozwolić, by już nigdy nie znała naszej historii.
- Strasznie mi przykro... - Nie wiedziałem, co mogłem dodać na wieść o śmierci jej matki. Mogłem jednak wyciągnąć swoją dłoń, i delikatnie muskając moimi palcami jej twarz, dać jej chociaż na chwilę ukojenie. Poczucie bezpieczeństwa. Zapewnienie, że będzie już tylko lepiej. Obietnicę, że nie będzie już sama. I obiecałem to nie tylko jej, ale i... Sobie.
- Mi Amor... Zróbmy to razem. Razem odzyskajmy Twoje wspomnienia. Powtórzmy wszystko, co nas połączyło. Zaczynając od dzisiaj. - Odparłem ze smutnym uśmiechem. I już chciałem wstać, już chciałem ją pociągnąć ku dalszej drodze, ale wtedy... Alba...
Spojrzałem na nią zszokowany. No tak... Jeśli straciła całą pamięć po osiemnastym roku życia... To znaczyło...
- Alba... Albeczka... - Zacząłem, nie bardzo wiedząc, jak jej to powiedzieć, jednocześnie przeszukując kieszenie mojej marynarki. Wyciągnąłem z jednej z nich małe, obdarte już zdjęcie, nieco przysmolone i porysowane. Położyłem je na stole, tuż przed oczami mej partnerki, jednocześnie samemu starając się go nie oglądać. - To... To jest Alba. Nasza... Córka... - W końcu udało mi się wydusić, jednocześnie biorąc głębszy wdech. Sam nie wiedziałem, czy powinienem jej mówić, co się stało, kim była, kim ja byłem... Czy zniosłaby wieść o kolejnej, potencjalnej śmierci?
_________________

She was the light of my life
And the light is precious in a world so dark...
[Profil]
  [A+]
 
Beth Delgado



When the rain fell And the flood came And the wind blew hard Like a hammer on these walls We didn't crack or break or fall We built this house on a rock

Kelnerka w SkyCity Restaurant





name:

Beth Delgado

alias:
Przypomnisz mi?

age:
46

height / weight:
169/65

Wysłany: 2018-08-08, 13:03   

Obserwowałam uważnie jak zaciska wargi, jak siada koło mnie i opiera swoje łokcie o kolana i szczerze mówiąc bałam się. Bałam się że to będzie dla niego za dużo, że po tej całej historii po prostu wstanie i odejdzie zostawiając mnie znów totalnie samą z tym wszystkim. Że zniknie razem z moim życiem o którym ja nie mam najmniejszego pojęcia a które tak bardzo chciałam odzyskać... Tylko czy byłabym w stanie znów być żoną dla tego mężczyzny? Czy mogłabym żyć z nim praktycznie nic o tym nie wiedząc? Niestety nie byłam w stanie odpowiedzieć na te pytania.
Marcos.
To imię wydawało mi się dziwne znajome, gdy je usłyszałam miałam wrażenie jakby ktoś wrzucił mi do głowy widok pięknego słonecznego dnia. Nie był to jednak byle jaki dzień, był to jeden z tak pięknych dni że trwa w naszych wspomnieniach przez lata.
- Marcos... Słońce... - powiedziałam cicho, pod nosem chcąc zapamiętać to skojarzenie, żebym nie musiała pytać się więcej o jego imię. Nie wiedziałam jednak że swego czasu tak się do niego zwracałam, mimo że moja głowa podsunęła mi to skojarzenie nie byłam w stanie go rozwinąć.
Ta nazwa... Laguna Negra... Chyba widziałam kilka razy to miejsce, przechodząc gdzieś ulicami tej dzielnicy, nie wiedziałam jednak co tam było, budynek wydaje się być opuszczony i zamknięty na cztery spusty ale skoro on wiedział i miał nasz rodzinny album... Cały czas nie mogłam uwierzyć w to że ten przypadkowo spotkany mężczyzna był moim mężem, że jakimś cudem los popchnął nas w to miejsce oddając mi kogoś kto do mnie należał i kto znał całą moją przeszłość.
Opowiadałam wszystko mężczyźnie najprościej jak mogłam. Nie widziałam sensu zagłębiać się w szczegóły, nie to było istotne. Miałam cichą nadzieję że jego reakcje jakoś mi pomogą, na kierują mnie na niektóre odpowiedzi. On jednak wydawał się niemal nie wzruszony, jakby był marmurowym posągiem który tylko odwrócił ode mnie wzrok gdy zaczęłam opowiadać mu co powiedziała mi moja matka... Przyglądałam mu się uważnie gdy tak wypowiadał te słowa, czyżby faktycznie w tamtej dziurze w Montanie wydarzył się jakiś cud? Możliwe, lekarze również dziwili się że w ogóle przeżyłam, sama jednak nie wiedziałam jak to się stało, nie wiem nawet jak doszło do tego wypadku czy strzelaniny... Nie wiem czy byłam gotowa na poznanie tego w tej właśnie chwili, dzisiejszy dzień i tak był pełen emocji.
Bałam się go dotykać, bałam się że zrobię coś nie tak, coś co sprawi że mój jedyny most do mojego wstanie i znów zostawi mnie samą. Czułam gdzieś wewnątrz że jest mi znajomy, jednak tak samo jak znajomy wydawał mi się obcy. Marcos wiedział niemal wszystko na mój temat, ja jednak nie pamiętałam nic o nim. Bardzo niepewnie i nieśmiało położyłam dłoń na jego ramieniu, widziałam jak się powoli łamie spod tej nie wzruszonej maski. Domyśliłam się że tamten wypadek był ciężki nie tylko dla mnie ale również i dla niego, mężczyzny który stracił swoją żonę.
-Musiało być Ci naprawdę ciężko przez ostatnie dwa lata... - powiedziałam tylko współczuciem. Nie umiałam go nie czuć w stosunku tego mężczyzny, nawet jeśli go nie pamiętałam ani nie pamiętałam tego dnia, to co powiedział brzmiało naprawdę okropnie. Nie chciałam nawet sobie wyobrażać co musiał wtedy czuć. Miałam wrażenie że on cały czas nie wierzy w to że faktycznie żyję, że naprawdę koło niego siedzę... A może byłam pewna że ja tak bym uważała gdyby to on był tym, który umierałby na moich rękach?
- Ja naprawdę żyję Marcosie, jeszcze nie pamiętam ale przynajmniej żyję...- dodałam tylko nie pewnym głosem, uważnie mu się przyglądając. Naprawdę chciałam pamiętać, pozbyć się wypełniającej mnie pustki, chciałam w końcu wiedzieć kim jestem gdyż to co udało mi się odzyskać to nawet nie połowa mojego życia... Tylko czemu nie zabrał mnie od razu do szpitala? Dodałam to pytanie do swojej listy.
Uśmiechnęłam się smutno na wzmiankę o mojej matce i dotyk jego palców na moim policzku. Ten dotyk był... dziwny. Nie przywykłam do tego by mnie dotykano i nie czułam się z tym komfortowo z drugiej jednak strony pragnęłam tego dotyku, tej niemej obietnicy między nami że jeszcze kiedyś będzie dobrze...Nie spodziewałam się takiego zachowania z jego strony, w końcu to moja matka powiedziała mi że był złym człowiekiem, jak i ona ukryła przed nim fakt tego, iż wcale nie zmarłam, że nadal byłam wśród żywych cała i prawie zdrowa, zmagająca się z amnezją... Czy miałam do niej żal? Po części owszem, może gdyby tego nie ukryła szybciej udałoby mi się odzyskać wspomnienia...
- Naprawdę? Naprawdę chcesz mi pomóc odzyskać wspomnienia? Ja... Dziękuję...- moje oczy znów się zaszkliły, czyżbym w końcu nie była z tym wszystkim sama? On nawet nie mógł wiedzieć ile ta deklaracja dla mnie znaczyła, po śmierci matki bałam się że nie dam rady odzyskać reszty wspomnień, że już do końca życia ponad dwadzieścia lat mojego życia pozostanie tajemnicą a tu? Znów miałam mieć kogoś kto przejdzie ze mną przez tą drogę, kogoś kto był świadkiem tego, co się ze mną działo. Wiedziałam też że mimo iż byliśmy kiedyś małżeństwem wcale nie musiał tego robić, mógł zacząć swoje życie od nowa..Czułam jakby część ciężaru który spoczywał na moich barkach nagle zniknął, rozpłynął się gdzieś w powietrzu by zostawić mnie z uczuciem ulgi. Posłałam mężczyźnie najpiękniejszy uśmiech jaki tylko umiałam, chciałam by wiedział ile to dla mnie znaczy, nie byłam jednak w stanie opisać tego zwykłymi, prostymi słowami...
Mój uśmiech znikł gdy zobaczyłam zdjęcie młodej kobiety. Niebieskooka blondynka... Czyżby... czyżby dziewczynka z moich snów i Alba... To były dwie, te same osoby? Nie miałam pewności, widziałam kilka podobieństw... Tak ciężko było porównać dziecko z dorosłą osobą... Spojrzałam na Marcosa z zaskoczeniem, czy ja naprawdę byłam już czyjąś matką? Czy moje ciche marzenia już raz się spełniły?
- Ja... My... Mamy córkę? Ale... Jak?- Nie byłam w stanie tego pojąć, jak mogłam nie pamiętać swojego własnego dziecka? Jakim prawem moja matka nic mi o niej nie powiedziała?! Przecież doskonale wiedziała jak to jest stracić własnie dziecko i teraz zgotowała ten los mi? Czemu? Wstałam z ławki i zaczęłam nerwowo chodzić to w jedną to w drugą stronę próbując to wszystko pojąć, ułożyć sobie jakoś w głowie, zrozumieć dlaczego... Z moich oczu znów zaczęły lecieć łzy, nie byłam w stanie ich powstrzymać, nie byłam w stanie zaakceptować zatajenia akurat tej, jednej informacji. - Dlaczego ona mi tego nie powiedziała? Ja rozumiem że może Cię nie lubiła ale żeby ukryła przede mną moją własną córkę? Co... Co takiego jej zrobiłam że teraz zabrała mi całą rodzinę? Z czym jeszcze mnie okłamała?- wyrzucałam z siebie pytania i coraz bardziej zalewałam się łzami. Byłam wściekła na matkę, wściekła na ten pieprzony wypadek i wściekła na siebie że nie umiałam odzyskać tej cholernej pamięci ! Dlaczego przychodziło mi to tak cholernie ciężko i dlaczego musiałam zapomnieć nawet o własnej córce? Drżałam, zalewając się łzami, w jednej chwili zakręciło mi się w głowie. Ciemność zalała mój umysł, zalała mnie fala spokoju a dźwięki docierały do mnie jakby zza mgły... Czyżbym straciła przytomność?
_________________

I will find you.
In the farthest corners of my heart, I will find you.
[Profil]
  [A+]
 
Marcos Delgado



What doesn't kill you makes you stronger

Sugestie schizofreniczne

87%

biznesmen//szef mafii





name:

Marcos Delgado

alias:
Jack Daniels // Jack Dawson // Papa

age:
48

height / weight:
183/75

Wysłany: 2018-08-10, 21:10   
   Multikonta: Sam, Vera, Echo


Mimo, że tak cicho to mówiła, mimo że te słowa kierowała bardziej do siebie, ja i tak to słyszałem. Słyszałem i niezmiernie się ucieszyłem, słysząc to krótkie słówko, które przecież niegdyś tak bardzo mnie definiowało. To była moja Beth, mimo wszystko. Tylko była zamknięta, gdzieś tam głęboko, w swoim wnętrzu. Pragnęła się wydostać a ja pragnąłem jej w tym pomóc.
Delikatny uśmiech zagościł na moich ustach. Przy zaszklonych oczach musiałem teraz wyglądać na typowego wrażliwca. W sumie... Ta blondyneczka rzeczywiście potrafiła ze mnie wyciągnąć to, co najlepsze. Przy niej zawsze byłem czuły, opiekuńczy i ciepły. Dla niej mogłem zrobić wszystko. Była moim skarbem. Tak samo, jak nasze maleństwo...
Jej dotyk... Ta delikatna dłoń muskająca moje ramię... Oh, Beth, jak mi tego brakowało! Dwa długie lata żyłem w przeświadczeniu, że już nigdy nie okażesz mi uczuć, swojej wrażliwości, swojej delikatności. Tak bardzo cieszyłem się z tego drobnego gestu. Tak bardzo, że przechwyciłem tę dłoń, tylko po to, by złożyć na niej krótki, ale bardzo emocjonujący pocałunek. By móc po chwili przytulić tę rączkę do mojego policzka, móc ją powąchać, móc się upewnić, że to na pewno nie moje urojenia. Ta skóra... Taka delikatna, dokładnie taka sama, jak przed laty...
- Wiem kochanie, wiem... Po prostu... Dalej nie mogę w to uwierzyć. - Odparłem, puszczając jej dłoń i zaciskając wargi w cienką linię. Wziąłem głębszy wdech i powolnie wypuściłem z siebie powietrze. Mimo wszystko, oboje godziliśmy się tutaj z rzeczywistością, która przecież nie istniała. W którą już chyba żadne z nas nie wierzyło...
- Naprawdę. Wszystko będzie dobrze. Obiecuję. - Odparłem z uśmiechem, ciepłym, jaki znała tylko ona i nasza maleńka córeczka. I moja obietnica z pewnością nie była bez pokrycia. To był mój nowy cel. Musiałem jej pomóc. Musiałem, żeby móc ją odzyskać. Odzyskać moją Beth.
Nie zdziwił mnie szok na twarzy kobiety, gdy ujrzała zdjęcie. Muszę jednak przyznać, że jak zapytała się mnie, jak mamy córkę... Cóż. Uniosłem jeden kącik moich ust. - No wiesz... Jak kobieta i mężczyzna bardzo się kochają.... - Nie zdążyłem jednak kontynuować, bo widać było jak kolejne emocje przelewają się przez moją żonę, jak coraz gorzej je znosi. Obserwowałem ją uważnie gdy wstała, i sam zrobiłem to samo po krótkiej chwili.
- Mi Amor, spokojnie... Sama mówiłaś, że musiałaś mieć dzielone kolejne wspomnienia. Może... Może chciała, byś po kolei odzyskała każde wspomnienie? - Odparłem na jej zwątpienie, przemilczając fakt, że prawdopodobnie chodziło o zniknięcie naszego maleństwa. W końcu jak matka mogłaby znieść wiadomość, że no w sumie masz dziecko, ale go nie masz, bo uciekła, bo jest mutantem. Chociaż czy stara babka Jones w ogóle była tego świadoma?
Widząc, jak blondynka zaczyna tracić zmysły, zbliżyłem się do niej próbując ją uspokoić. Nim jednak zdążyłem ją przytulić i schronić w swoich ramionach, ta zbladła drastycznie i osunęła się.
- Rany Boskie, BETH!!! - Krzyknąłem, rzucając się w jej kierunku, obejmując jej niemal bezwiedne w tej chwili ciało, nim zdążyła upaść całkowicie. Padłem przy niej na kolana i tuliłem ją do siebie, głaszcząc po policzkach i głowie, pilnując jej oddechu.
- Ukochana, Już, spokojnie, jestem przy Tobie, rany Boskie, Beth, obudź się... - Zacząłem powtarzać niczym mantrę i przeżywałem w tym momencie paskudne deja vu, jakby kobieta mojego życia znowu miała mnie opuścić. Co prawda teraz nie lała się krew, nikt nas nie gonił, ale sam fakt, że straciła świadomość, że była taka blada... Oh, Beth, proszę Cię, wróć!
_________________

She was the light of my life
And the light is precious in a world so dark...
[Profil]
  [A+]
 
Beth Delgado



When the rain fell And the flood came And the wind blew hard Like a hammer on these walls We didn't crack or break or fall We built this house on a rock

Kelnerka w SkyCity Restaurant





name:

Beth Delgado

alias:
Przypomnisz mi?

age:
46

height / weight:
169/65

Wysłany: 2018-08-11, 02:29   

Ten jego uśmiech... Naprawdę mi się podobał, nawet jeśli siedział teraz przede mną z zaszklonymi oczami, nie jedna osoba mogłaby stwierdzić że taka wrażliwość nie przystoi mężczyźnie, mi to się podobało i nie jak imponowało mi. Nie każdy jest w stanie okazywać to co czuje, nie raz potrzeba do tego naprawdę dużej odwagi. A ten tu mężczyzna wydawał się nie wstydzić swoich uczuć, przynajmniej tych wywołanych przez obecną sytuację. Nie zawsze spotyka się swoją żonę, którą ma się za zmarłą, całą i zdrową, i to zupełnym przypadkiem. Z resztą i tak wychodził na tego twardszego, gdyż ja już kilka razy podczas tej krótkiej rozmowy zalałam się łzami i byłam niemal pewna że jeszcze kilka razy to się dziś zdarzy.
Gdy tak ujął moją dłoń i złożył na niej pocałunek... Mogłabym przysiąc że w tym momencie zarumieniłam się na jedną, krótką chwilę, sama nie wiedziałam czemu. Czyżby faktycznie łączyło nas coś wyjątkowego a ten mężczyzna, znów zauroczył mnie swoją osobą choć trochę? Może. Gdy położył sobie moją dłoń na swoim policzku pogłaskałam go po nim delikatnie i nieśmiało, nadal miałam pewne opory co do bliskich kontaktów przy nim jednak zdawały się one znikać.
Kiedy powiedział że naprawdę pomoże mi odzyskać moje wspomnienia... I moje oczy się zaszkliły mimo że usta same ułożyły mi się w uśmiechu.
- Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy.- powiedziałam cicho a w moich oczach dało się dostrzec nadzieję na lepsze jutro, nadzieję która nie widniała w nich od czasu tamtego feralnego wypadku. Pierwszy raz od dawna naprawdę czułam że nie jestem z tym wszystkim sama, czułam się szczęśliwa na swój dziwny sposób, miałam ochotę dziękować wszystkim istniejącym bogom że oddali mi kogoś, kto doskonale wie kim jestem.. Nie trwało to jednak długo przez szokujące wieści jakie mi przekazał.
Wywróciłam oczami na jego próby wytłumaczenia mi jak robi się dzieci, on przynajmniej wiedział że byliśmy rodziną,że mamy córkę.. Pamiętał jej dzieciństwo i to jak wygląda a ja? Ja nie wiedziałam nawet że ją mam. - Marcos ty to pamiętasz, ja nie miałam pojęcia że w ogóle mam córkę, nawet nie wiem jak wyglądasz bez tej koszuli...- powiedziałam poirytowana sama na siebie. Czy naprawdę moja pamięć byłą taka kiepska że nie była w stanie przypomnieć sobie najważniejszego dnia w moim życiu? Czy naprawdę musiałam stracić wszystko, nawet dwie najważniejsze w moim życiu osoby? Dlaczego w ogóle mi się to przytrafiło?! Pieprzona amnezja...
Moje emocje zaczęły nade mną panować, nie byłam w stanie się uspokoić a oddech i serce przyspieszały. Nie panowałam już zupełnie nad swoimi łzami które właśnie niszczyły resztki mojego makijażu, usilnie próbowałam zrozumieć dlaczego moja matka zabrała mi najważniejsze wspomnienia, moją rodzinę...
-Wspomnienia tak ale nie najważniejsze fakty! - powiedziałam zrozpaczonym głosem, spoglądając na mężczyznę - Przez te dwa lata to było moje jedyne marzenie, przez dwa lata prosiłam wszystkich bogów żebym nie była sama płacząc codziennie w poduszkę z bezsilności i tej cholernej pustki! Dwa lata zastanawiałam się jak bardzo złym człowiekiem byłam że nie mam nikogo na tym świecie a ona.. Ona na to wszystko patrzyła i mimo to nie powiedziała mi o najważniejszej rzeczy w moim życiu... - w moim głosie słychać było bezsilność i ból, który wywoływały wspomnienia tych wszystkich nocy gdy błagałam boga żeby oddał mi życie... Nie zdążyłam jednak powiedzieć mu całej masy rzeczy które cisnęły mi się na usta.
Ciemność otuliła mnie niczym puchowa kołdra, sprawiając że poczułam dziwne ukojenie starganych dzisiejszego dnia nerwów. Żal i gniew które jeszcze kilka chwil temu mnie wypełniały odeszły gdzieś, w zakamarki mojego umysły zostawiając mnie samą. Miałam dziwne wrażenie że śnię, to co działo się w tym czasie w mojej głowie sprawiało że byłam niemal przekonana że jestem w swoim łóżku. Byłam na tarasie widokowym, miałam jednak wrażenie jakbym patrzyła na to, co się tam działo trochę jakby z lotu ptaka. Słońce właśnie zachodziło malując swoimi promieniami rzekę a obok barierki stała dwójka nastolatków. Na pierwszy rzut oka wydawali się nie widzieć niczego po za nimi samymi, byli tacy szczęśliwi.. I znajomi. Miałam wrażenie że patrzę na młodsze wersje mnie i tego mężczyzny... Mojego męża. Czy po za świadomością utraciłam również zmysły? A może moja pamięć podsyłała mi kojące obrazy by pomóc mi się uspokoić? Cóż, z pewnością jest to pytanie które mogę dopisać do swojej listy spraw do rozwiązania.
Nie mam pojęcia ile tak trwałam zanurzona w ciemności, może minutę a może pięć? Nie byłam w stanie tego stwierdzić. Na początku słowa mężczyzny zaczęły docierać do mnie jakby krzyczał do mnie z daleka, po kilku chwilach jednak byłam w stanie rozróżnić poszczególne słowa. Ukochana... Czy faktycznie był na tym świecie ktoś, kto mnie kochał? Ktoś komu na mnie zależało? Uczucie ciepła wypełniło moje serce. Powoli wracały do mnie wszystkie wydarzenia które miały miejsce przed tym, jak osunęłam się w ciemność. Byłam tu, taras widokowy w Capitoll Hill, spotkałam swojego męża - Marcosa który chciał pomóc mi odnaleźć moją pamięć... Mieliśmy córkę o której nie powiedziała mi matka. Nadal byłam zła na nią że mi nie powiedziała i na siebie że tego nie pamiętałam, odczuwałam jednak dziwny, wewnętrzny spokój tak, jakby wszystko miało się ułożyć... I silny ból głowy. Delikatnie zacisnęłam swoje palce, prawdopodobnie na udzie mężczyzny, chwilę później powoli otworzyłam oczy. Wpatrywałam się w zatroskaną twarz mojego męża, wyglądał na naprawdę wystraszonego zaistniałą sytuacją i czułam się źle z tego powodu, nie tak wyobrażałam sobie czasem nasze spotkanie.
- Ja.. Długo?- spytałam nieśmiało po czym zaczęłam się podnosić, gdy jednak zmieniłam pozycję znów zakręciło mi się w głowie to też przystanęłam na podniesieniu się do siadu. Każdy mój gest w stosunku co do mężczyzny był ostrożny i nieśmiały i tak było i tym razem gdy delikatnie oparłam swoją głowę o jego klatkę piersiową. Ten zapach... Nie wiedziałam skąd go znam, wiedziałam jednak że z pewnością go lubiłam. Wzięłam głęboki wdech, zapamiętując jego zapach po czym odezwałam się - Przepraszam, nie chciałam.
_________________

I will find you.
In the farthest corners of my heart, I will find you.
[Profil]
  [A+]
 
Marcos Delgado



What doesn't kill you makes you stronger

Sugestie schizofreniczne

87%

biznesmen//szef mafii





name:

Marcos Delgado

alias:
Jack Daniels // Jack Dawson // Papa

age:
48

height / weight:
183/75

Wysłany: 2018-08-14, 20:52   
   Multikonta: Sam, Vera, Echo


Mogłem jej mówić o nas. Mogłem jej mówić o Albie. Mógłbym tu siedzieć i opowiadać jej godzinami o naszym życiu - o wzlotach, o upadkach, o chwilach chwały i momentach słabości. Mogłem jej powiedzieć wszystko... Czy może raczej większość? Z pewnością nie musiała wiedzieć o wszystkich moich szemranych interesach. Nie musiała też wiedzieć o innych kobietach, które przewinęły się przez moje życie. Wystarczyło, żeby znała tylko tę wersję wydarzeń, która była jej bliska do tej pory. By była taka jak dawniej, przed tym paskudnym wypadkiem, zanim... Zanim uznałem ją za martwą.
- Mi Amor... Wszystko... Wszystko przyjdzie w swoim czasie. Każde wspomnienie, każda najmniejsza myśl, najbardziej odległe zakamarki Twojej pamięci. Obiecuję. Odnajdę wszystkie albumy, wszystkie pamiątki, przyrzekam na samego siebie. Znajdę to wszystko i razem odzyskamy Twoją pamięć. Jeśli nie zdołam tego zrobić... Nie będę mógł się nazywać Twoim mężem. - Odparłem spokojnie z wyczuwalną pewnością w głosie. To był mój cel. To była droga, którą teraz musiałem pokonać, by móc odzyskać choć namiastkę dawnego życia. Nie obchodziło mnie teraz ile to może kosztować. Nie obchodziło mnie też, ile czasu to zajmie. Przed moją śmiercią, nim zniknę z tego świata, Elizabeth odzyska wszystkie swoje wspomnienia. Odzyska je i pożegna mnie jako kochająca żona, roniąc łzy nad moim grobem. Nie miałem wątpliwości co do tego, że już nigdy nie pozwolę, by jej życiu coś zagrażało. To ja miałem odejść z tego świata jako pierwszy. Koniec kropka.
- Na pewno miała ku temu powód, kochanie, proszę... - Odpowiedziałem jej, samemu chyba do końca w to nie wierząc. Nie wiem, czym takim zawiniłem tej kobiecie, by krzywdziła własne dziecko, byle to nie wiedziało o naszej przeszłości. Czy chodziło o sam wypadek? A może o interesy przejęte po starym Jonesie? A może było w tym jeszcze inne dno?
Nie miałem czasu się tym jednak zastanawiać, gdy przecież już chwilę później trzymałem tę uroczą blondynkę w swoich objęciach, samemu panikując, łapiąc płytkie oddechy i tylko modląc się, by moja ukochana za chwilę nie rozpłynęła się w moich ramionach... Ile już razy walczyłem z tą wizją... A jednak teraz wydawało się być inaczej. Nie wyglądała jak w moich urojeniach. Była inna. Na pewno starsza, na pewno po przejściach. Zmęczona i bez tego błysku w oku. Więc... Nie mogła być tylko projekcją, prawda? Prawda?! Tu musiało być coś więcej, ona... Ona musiała być prawdziwa!
Gładziłem jej głowę, szepcząc do niej tak długo, aż nie poczułem tej jej drobnej dłoni na moim udzie a po chwili nie ujrzałem otwierających się oczu.
- Boże, Beth... - Jęknąłem tylko, przeczesując niecierpliwie jej włosy i składając krótkie pocałunki na jej głowie i czole. Była tu. Żyła. Oddychała. Przytomna... - Nie rób tego więcej... - Dodałem po chwili, przytulając ją mocniej do siebie, jakbym już teraz chciał ją ukryć przed całym złem tego świata. Była moja, tylko moja. Nikt nie mógł jej tknąć. Nikt nie mógł jej skrzywdzić. Ja... Nie mogłem jej stracić kolejny raz! - To była chwila... I... I... Boże, Beth, ani mi się waż wstawać! - Podniosłem swój głos, już mając przed oczami kolejne czarne scenariusze. Czy ona w ogóle była poważna? Znaczy... Rozumiem, mogła się jeszcze nie czuć przy mnie komfortowo. Dalej mogła mieć mętlik w głowie związany z naszym ponownym spotkaniem, tym bardziej, gdy mnie nie pamiętała. Ale na litość boską! Chyba własne zdrowie i bezpieczeństwo jest ważniejsze?!
- Nie przepraszaj, mi Amor... Nie przepraszaj... Nigdy nie masz za co. Odpocznij teraz chwilę, bardzo Cię proszę... - Odparłem, nie wypuszczając jej z mych rąk, a samemu siadając na ziemi. Nie obchodziły mnie teraz moje jasne spodnie. Nie obchodziło mnie też, jak absurdalnie musieliśmy wyglądać. Teraz dla mnie liczyła się tylko ona, tylko Beth. Beth Delgado. Moja żona...
_________________

She was the light of my life
And the light is precious in a world so dark...
[Profil]
  [A+]
 
Beth Delgado



When the rain fell And the flood came And the wind blew hard Like a hammer on these walls We didn't crack or break or fall We built this house on a rock

Kelnerka w SkyCity Restaurant





name:

Beth Delgado

alias:
Przypomnisz mi?

age:
46

height / weight:
169/65

Wysłany: 2018-08-14, 23:49   

Jego ciepłe słowa i zapewnienia docierały do mnie jakby przez mgłę. Wiedziałam że mówi mi coś ważnego, byłam jednak zbyt przejęta kłamstwami mojej matki by zwrócić na to uwagę. W moim sercu powstała kolejna rana którą na pewno będzie ciężko mi zszyć, nie wiedziałam dlaczego ukryto przede mną tą wiadomość, to wszystko było dla mnie naprawdę wielkim szokiem.
Kiedy ocknęłam się po tym wszystkim, kiedy zobaczyłam to zatroskane spojrzenie, kiedy poczułam dłonie przeczesujące moje włosy i pocałunki na czole poczułam się dziwnie. W moim przekonaniu był to pierwszy raz kiedy ktokolwiek okazał mi taką czułość, pierwszy raz gdy poczułam dotyk ust mężczyzny na mojej skórze... To było naprawdę dziwne dla mnie, zupełnie nowe odczucie którego jeszcze nie potrafiłam zrozumieć. Zabawne,miałam z tym mężczyzną córkę, przeżyłam z nim ponad połowę swojego życia a dzięki amnezji miałam wrażenie że doświadczam tego dotyku po raz pierwszy.
- Ja czasem tak mam po wypadku, nadmiar emocji...- spróbowałam jakoś się wytłumaczyć a mój głos pełen był poczucia winy, tak jakbym zrobiła coś złego bo może i tak było? Może faktycznie nie potrzebnie naraziłam mężczyznę na stres? Ech, w tamtej chwili odpuściłam sobie rozmyślania, za bardzo dokuczał mi ból głowy. Pozwoliłam mężczyźnie przytulić mnie do siebie, nadal dziwnie się czując z taką bliskością. Z jednej strony chciałam mu uciec z drugiej jednak czułam potrzebę bliskości drugiej osoby, potrzebę posiadania świadomości że nie jestem z tym wszystkim sama. Przez te wszystkie miesiące naprawdę rozpaczliwie mi tego brakowało.
Przyjrzałam mu się uważnie gdy podniósł głos, widząc jak nieudolnie próbuję się podnieść.W jego oczach nie widziałam jednak w nim złości a zwykłe, proste zatroskanie.
- Chyba masz rację- przytaknęłam mu tylko czując jak zawroty głowy jeszcze pogłębiają ból w mojej skroni. Siedziałam tak z głową opartą o jego klatkę piersiową przez dłuższą chwilę, wdychając zapach jego perfum. Obraz który napłynął do mojej głowy nie dawał mi spokoju. Czy faktycznie widziałam jedno ze swoich wspomnień?
- Gdzie się poznaliśmy? -Dopiero teraz pozwoliłam sobie delikatnie objąć mężczyznę, nie wiedziałam czemu to zrobiłam ani co mną kierowało, gdzieś w głębi serca potrzebowałam tej bliskości cały czas nie wiedząc jak poradzić sobie z tym wszystkim, jak dowiedzieć się czemu moja matka zataiła ze mną tak ważne fragmenty mojego życia i co zrobić z mężczyzną który właśnie mnie obejmował... Czułam jednak że nie mogę się poddać, że muszę dowiedzieć się jaką motywację miała moja matka jak i odzyskać swoją przeszłość.
Nie wiem ile tak siedzieliśmy, czy minęło kilka sekund czy kilka bądź kilkanaście minut, nie zwracałam uwagi na otoczenie próbując ułożyć sobie w głowie jakiś plan, znaleźć rozwiązanie tej całej sytuacji. W końcu odsunęłam się delikatnie od mężczyzny, znów uważnie mu się przyglądając. Nie pamiętałam go, nie wiedziałam czy na pewno mogę mu zaufać, wszystko jednak wydawało mi się prostsze ze świadomością że mogę liczyć na jego pomoc, tylko czy aby na pewno tak było?
-Marcosie- zaczęłam niepewnie, wpatrując się w jego oczy -Chciałabym się dowiedzieć dlaczego matka ukryła Was przede mną i poznać naszą córkę, najpierw jednak chciałabym odzyskać chociaż część wspomnień... - przerwałam na chwilę zastanawiając się w jakie słowa ubrać to, co chciałam mu przekazać, wszystko jednak wydawało się brzmieć naprawdę głupio. Wzięłam głęboki wdech - Czy... Czy masz jakieś plany na dziś? Jeśli nie... Czy zechciałbyś zjeść ze mną obiad i opowiedzieć mi coś więcej o sobie i o nas? Oczywiście nie wszystko, widzisz co się dzieje od nadmiaru informacji, chciałabym jednak wiedzieć kim jesteś...- spytałam niepewnie spuszczając wzrok i czekając na jego odpowiedź. Wiedziałam że ta droga będzie długa i wyboista, że nie będzie mi łatwo odzyskać wspomnienia, od czegoś jednak trzeba było zacząć czemu by nie od dowiedzenia się czegoś o kimś, kto jest moim mężem?
_________________

I will find you.
In the farthest corners of my heart, I will find you.
[Profil]
  [A+]
 
Marcos Delgado



What doesn't kill you makes you stronger

Sugestie schizofreniczne

87%

biznesmen//szef mafii





name:

Marcos Delgado

alias:
Jack Daniels // Jack Dawson // Papa

age:
48

height / weight:
183/75

Wysłany: 2018-08-16, 20:23   
   Multikonta: Sam, Vera, Echo


Dla mnie natomiast.... To było takie naturalne. Nawet mimo tego, że z tyłu głowy wciąż miałem to przeświadczenie, że ona mnie nie pamięta, że nie pamięta naszego życia... Nie mogłem się powstrzymać przed zwykłymi ludzkimi odruchami. Odruchami mężczyzny, który kocha. Kocha mimo wszystko, nawet, jeśli ma wiele za uszami...
Robiłem to tyle lat. Tyle lat ją tuliłem, tyle lat obsypywałem ją pocałunkami. Tyle lat jedliśmy przy jednym stole i tyle lat dzieliliśmy jedno łóżko. Tak wiele lat przyzwyczajeń i nawyków nie mogło ode mnie odejść w dwa krótkie lata. Tym bardziej, gdy przecież w moim odczuciu, nawet mimo swojej śmierci, ona... Nie odeszła. Moja moc i idące za nią efekty uboczne przypominały mi ją regularnie, zrzucając jej oblicze na lustra, manekiny i ciała innych kobiet. Paskudne wizje i urojenia nie odpuszczały mi ani razu przez te długie miesiące. A może... Może maczało w tym palce i poczucie winy?
- Cii... - Uciszyłem ją, wciąż nie wypuszczając ze swych ramion. Wiedziałem, że nie mogę pozwolić jej wstać tak długo, aż nie odzyska koloru. Aż jej wargi się nie zarumienią a oczy nie zaczną błyszczeć pełnią życia. Dopóki jej dłonie i skóra były chłodne, nie miała prawa wyjść spod mych ramion. Nie przestawałem też głaskać jej miękkich włosów, co jakiś czas zaplątując mój palec między złotymi kosmykami. Tak... Cieszyłem się tą chwilą, w krótkim milczeniu, bez natłoku myśli. Po prostu cicho dziękując Bogu, że mi ją oddał...
Uniosłem jednak swoje brwi, gdy zadała to krótkie pytanie jednocześnie mnie przytulając, a po chwili chyba nawet się zaśmiałem. Z całą pewnością uśmiech zagościł na moich ustach kolejny już raz tego dnia.
- Tutaj. - Odpowiedziałem krótko, spoglądając w jej oczy i odgarniając jeden niesforny kosmyk z jej twarzy. - Mieliśmy po 18 lat jak spotkaliśmy się właśnie tutaj. I jak ckliwie to nie zabrzmi... To była miłość od pierwszego wejrzenia, Mi Amor. - Rozwinąłem po chwili swoją myśl, wciąż nie spuszczając z niej wzroku. Robiło mi się ciepło już na samo to wspomnienie, gdy obserwowałem ją z daleka na polecenie jej ojca. Gdy ujrzałem twarz anioła w świetle wschodzącego słońca. Gdy pierwszy raz nie wykonałem zleconego mi zadania, dla większego dobra. Dla ważniejszego celu. Dla... Miłości.
Pozwoliłem też jej się w końcu odsunąć. Gdy w końcu przestała być bledsza od ściany w sali szpitalnej, nie musiałem się chyba martwić o to, że znowu upadnie na ziemię. A w razie potrzeby... Przecież byłem blisko.
- Oczywiście. Ja... Już Ci mówiłem. Pomogę Ci odzyskać wszystkie wspomnienia, za wszelką cenę. Nie... Postaram się nie zalewać Cię informacjami... Teraz. - Odpowiedziałem jej, już próbując sobie w głowie ułożyć przemowę na temat naszego dziecka, jej ucieczki i być może nawet... Śmierci. Nie miałem teraz wyjścia. Laguna Negra była moim priorytetem, podobnież, jak odnalezienie córki.
Gdy kobieta kontynuowała swój wywód, ja tylko dalej się uśmiechałem, podnosząc się z ziemi i wyciągając dłoń w jej kierunku, by i jej pomóc się podnieść.
- Na dzisiaj mam już tylko jeden plan. Może przez niego sobie o mnie przypomnisz? - Stwierdziłem dość zaczepnie i poczułem się dobre 25 lat młodszy. Czy to była dla nas szansa, na odzyskanie młodości? Na uniknięcie kryzysu wieku średniego? - Czy... Ufasz mi, Beth?
_________________

She was the light of my life
And the light is precious in a world so dark...
[Profil]
  [A+]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 5