Poprzedni temat «» Następny temat
Most
Autor Wiadomość
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2018-07-14, 20:20   Most



[Profil]
 
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-07-14, 20:50   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


#ogarnę potem, jaki numer

Najwyraźniej nie mogła ufać nawet samej sobie, bowiem notorycznie łamała złożone obietnice. Swoje obietnice. Obiecała przecież nie mieszać się w sprawy Bractwa, za którym - szczerze mówiąc - nawet nie przepadała. Czy pod władzą Colleen, czy pod panowaniem Williama Hoppera, czy kogokolwiek innego. Nawet piecza Świętego Mikołaja zapewne nie zmieniłaby jej zdania o tej tragicznej organizacji z jeszcze bardziej tragiczną organizacją działania. A jednak...
Odkąd Tilda magicznie postanowiła wrócić na stare-nowe śmieci - no, dobrze: stare spłonęły, jednak nowe zdecydowanie nie mogły się od nich zbyt wiele różnić - Cassandra nieustannie pluła sobie w brodę, łamiąc wszelkie postanowienia o nieangażowaniu się w ten cały cyrk. Najpierw zaczęło się od paru medykamentów podrzuconych z niedalekiej, dobrze zaopatrzonej apteki. Później większej porcji leków i bandaży, jakichś najpotrzebniejszych materiałów dostępnych za grube pieniądze. Teraz?
Angażowała się w to jeszcze bardziej, organizując pełnoprawny przemyt. Tylko przez to, że została poproszona o pomoc. Czy to jeszcze nazywało się przyjacielską przysługą, czy może już skrajnym idiotyzmem? Chyba lepiej było się nad tym zbyt wiele nie zastanawiać, co też zrobiła, skupiając się na obserwowaniu okolicy. Był w końcu środek dnia, a most - chociaż o średniej ilości przechodniów, jak na tę porę - znajdował się na widoku. Pod latarnią najciemniej - mówiono. I właśnie z tego założenia wyszły. Najwyraźniej wszystkie trzy, choć chwilowo była tu sama.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-07-14, 21:45   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


18.04

Powrót do Bractwa był dla Matilde równym zaskoczeniem, co dla wszystkich pozostałych. Jeszcze miesiąc temu, kiedy tak dumnie opuszczała tą poronioną organizację wręcz zapierała się, że nigdy więcej nie wplącze się w podobny syf. Zadanie nie było trudne do wykonania. Przecież nie należała do ludzi, którzy lubią robić coś dla innych, nie wierzyła w wartości takie jak „braterstwo”, czy „dobro ogółu”. A mimo to jakimś cudem znalazła się w tym miejscu. Czy to czasem nie był podręcznikowy przykład ironii losu?
Z papierosem między czerwonymi ustami i ciemnymi okularami przeciwsłonecznymi na oczach, kroczyła w kierunku wcześniej ustalonego miejsca spotkania, by odebrać leki dla Bractwa. To nie było nic wielkiego. Ot, zwykła przysługa. Przecież i tak bywała dość często w Seattle, a skoro miała przerwę w pracy to wyskoczenie tutaj w celu odebrania jednej drobnej paczuszki nie stanowiło dla niej żadnego problemu. W końcu co mogło pójść nie tak? Miała doświadczenie w obcowaniu z dilerami. Wiedziała jak to zrobić, by nie wzbudzić podejrzeń. Tylko cholera, czemu ona tak bardzo zaczęła się w to angażować? Dlaczego nie mogła dalej tego wszystkiego olewać i zająć się swoimi, znacznie poważniejszymi sprawami? Naprawdę chciałaby znać odpowiedź na to pytania. Być może wtedy nie posunęłaby się do tak idiotycznych czynów. Ale było już za późno, by się wycofać. Zwłaszcza teraz, kiedy stała naprzeciwko swojej przyjaciółki i posyłała jej delikatny uśmiech.
– Och, co za spotkanie! Nie spodziewałam się ciebie tutaj! – rzuciła wyjątkowo lekkim i dziwnie energicznym tonem głosu, tym samym rzucając się Gardner na szyję. W końcu… normalni ludzie tak robili, prawda? Przytulali się na powitanie. Mniejsza z tym, taki gest okazał się być wręcz idealną sposobnością, by niepostrzeżenie wyszeptać Cass do ucha:
– Na pewno przyjdzie? Jest już późno.
Ostatnio zmieniony przez Matilde Wallace 2018-08-05, 16:56, w całości zmieniany 1 raz  
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Darcy Goldhope



You are so brave and quiet I almost forget you are suffering too.

wizje astralne

56%

lekarz





name:

Darcy Goldhope

alias:
-

age:
27

height / weight:
157/55

Wysłany: 2018-07-15, 16:14   
   Multikonta: ronnie/billy


Zwykle to Cassandra zarządzała tego rodzaju transakcjami. Darcy nie miała pojęcia co dzieje się z lekami później, przez czyje ręce przechodzą, ani dokładnie gdzie trafiają. Nie wiedziała jaka jest lokalizacja Bractwa. Nawet nie pytała. Wolała nie wiedzieć pewnych rzeczy. Dla własnego bezpieczeństwa. Nie spodziewała się jednak, że po tym co stało się z Bractwem ktoś jeszcze odezwie się do niej w tej sprawie. Sądziła, że być może to już koniec.
Stąd też jej zdziwienie. Nie sądziła, że Cassandra jeszcze się do niej odezwie, więc nie była na to zbyt dobrze przygotowana. Wiedząc, że w jakiś sposób zasila Bractwo podkradała więcej, ale gdy dowiedziała się o tym co się stało, zrobiła się ostrożniejsza. Nie kradła w takich ilościach jak wcześniej. W końcu czemu miałaby ryzykować?
Przez to torba, która miała dzisiaj przy sobie była znacznie mniejsza niż zwykle. Trochę opatrunków, środków przeciwbólowych, antybiotyków i inne leki przeciwbólowe, a do tego kilka rzeczy, które mogły być przydatne komuś kto chociaż trochę wiedział jak wykonywać swoją pracę.
Na miejscu spotkania pojawiła się z opóźnieniem. Po ostatnich wydarzeniach miała lekką obsesję. Wciąż sądziła, że ktoś ją śledzi. Chociaż po co ktoś miałby to robić? Ostatnio wcale nie chodziło o nią.
Podeszła do dwóch kobiet, kiwając im głową na powitanie. Tej ciemnowłosej nie znała, dlatego spojrzała na Cassandrę pytająco. W końcu obecność kogoś nowego musiała coś znaczyć. - Nie jest tego zbyt wiele. Nie sądziłam, że się jeszcze odezwiesz. - powiedziała, przyciskając do siebie mocniej torbę wypełnioną lekami. - Dobrze widzieć, że nic ci nie jest. - pokiwała głową, zmuszając się uśmiechu. Była zestresowana. Jak zawsze. - Co się dzieje? - zapytała, patrząc na ciemnowłosą kobietę. Chciała wiedzieć o co chodzi.
[Profil]
  [A+]
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2018-07-15, 17:00   

W tym samym czasie po przeciwnej stronie mostu kilkoro ludzi, wyraźnie czymś zaaferowanych, wychylało się przez barierkę, spoglądając w dół. Z pozoru nie było to nic wielkiego, nic co powinno wzbudzić jakiekolwiek zainteresowanie. Po prostu zwykli, najpewniej zainteresowani płynącym po rzece statkiem, gapie. Ale czy to możliwe, by to ci ludzie robili ten dziwny hałas, który teraz docierał również do uszu Matilde, Cassandry i Darcy? Pukania, stukania i coś do złudzenia przypominające uderzenia młotkiem w metalową rurę. Niby nic wielkiego, ale jeśli tylko poświęcić trochę więcej uwagi zachowaniu tych ludzi… Czy to coś co widzieli, aby na pewno mogło być tylko płynącym statkiem?
Żadna z dziewczyn nie mogła przecież wiedzieć co tak naprawdę wzbudziło aż takie zainteresowanie i… przerażenie. Żadna z dziewczyn nie mogła wiedzieć, że pod mostem właśnie lewitował mężczyzna, który z całą pewnością w dość niepokojący sposób maczał palce przy konstrukcji obiektu. Żadna z dziewczyn nie mogła też wiedzieć, że w głowie jednego z towarzyszów – którzy tak dobrze wmieszali się w tłum – mężczyzny zapaliła się czerwona lampka. Coś jak przeczucie, jak szósty zmysł. Coś, co podpowiadało mu, że w pobliżu znajdują się też inni mutanci…
[Profil]
 
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-07-15, 20:12   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Nie lubiła być aż tak bardzo odkryta, jednak starała się nie dać tego po sobie poznać. W końcu cała ta sytuacja wyglądała dosyć normalnie, a ona sama nie stała na moście zbyt długo, nie sprawiając raczej zbyt podejrzanego wrażenia - przynajmniej jak na własne oko. Wyglądała… Jak ktoś, kto na kogoś czeka? Albo po prostu zamyślił się nad pięknem natury? Dosyć nieoczekiwanie wpadając na kogoś, kto momentalnie objął ją w uścisku. Odpowiedziała Tildzie dokładnie tym samym - mocnym uściskaniem i zdziwioną miną, jednak nie miała okazji wyrazić zaniepokojenia, nad ramieniem przyjaciółki, dostrzegając znajomą sylwetkę - z minuty na minutę coraz bardziej się do nich zbliżającą.
- Już tu idzie. - Odmruknęła, puszczając Tilly i obserwując nadchodzącą Darcy, którą powitała kiwnięciem głowy i delikatnym uśmiechem. Zupełnie tak, jakby to właśnie na nią czekała, nim spotkała Matildę. W końcu… Czyż nie tak właśnie było?
- Ja też nie, zwłaszcza że już tam nie pracuję. - Odpowiedziała, nieznacznie unosząc przy tym brwi, jakby chciała dodać coś w rodzaju i za cholerę nie wiem, czemu to wszystko robię. Nie powiedziała tego jednak, niektóre uwagi woląc zachować dla samej siebie, żeby zwyczajnie nie wypaść na ostatnią zołzę, nawet jeśli były to dosyć życiowe słowa. Nie robiła tego przecież z jakichś altruistycznych pobudek.
Nie była altruistką, już nie, a wcześniej także raczej nie do aż takiego stopnia. Nie uważała także, by miała jakikolwiek dług wobec Bractwa. Wręcz przeciwnie - śmiało mogła powiedzieć, że to Bractwo miało niemożliwe do oddania długi wobec niej. Matilde? Pewnie tak należało uznać. Robiła to wyłącznie dla Tildy i jej niezdrowego zaangażowania w tę organizację, bo wszyscy inni albo nie byli już w to wmieszani, albo… No, nie byli w to wmieszani, bo dawno wąchali kwiatki od spodu. Opcjonalnie też zaginęli po ataku, bo… Czemu by nie…
Tak czy siak, to była chyba ta jedna jedyna przyczyna, do której Cass jakoś nie spieszyło się przyznawać. Robię to dla ciebie zabrzmiałoby dosyć głupio, nie? Znacznie bardziej idiotyczne niż wielokrotnie powtarzane, wręcz oklepane robię to dla pieniędzy, robię to dla statusu czy robię to z powołania. Nie powiedziała zatem nic, co mogłoby mieć z tym związek, przez chwilę rozglądając się dookoła, bo nietypowe dźwięki brzmiały na swój sposób niepokojąco. A może tylko miała paranoję? Najprawdopodobniej chodziło o to drugie, bo ostatnio wszystko wydawało jej się podejrzane.
- Dzięki. Ciebie też miło widzieć. - Dodając po chwili, przeniosła wzrok wpierw na Darcy, uśmiechając się do niej nieznacznie, potem zaś na Wallace, na którą zerknęła znacząco, odchrząkując, gdy usłyszała spodziewane pytanie. - To jest… - Zawahała się przez chwilę, bo przecież nie ustaliły, czy powinna podawać Goldhope imię przyjaciółki. W tym wszystkim jakoś o tym zapomniały i choć ona sama ufała szatynce, Tilly niekoniecznie musiała zaufać jej osądowi. - Moje zastępstwo. Teraz to ona zajmie się wszystkim, jeśli nadal zechcesz współpracować. - Nie musiała mówić, że sama się wycofuje. To było po niej wyraźnie widać...
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-07-15, 22:07   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Gdzieś podświadomie zdawała sobie sprawę z tego jak niebezpieczne było to co teraz robiły. Przemyt, współpracowanie z terrorystami, niestawienie się na terapię normalizującą – to były tylko podstawowe zarzuty, które miały znaleźć się w ich aktach w razie gdyby przypadkiem coś poszło nie tak. A przecież to był tylko czubek tej pieprzonej góry lodowej, niżej miało być zdecydowanie gorzej. Do tego wszystkiego dochodziła jeszcze świadomość, że nigdy nie miały się z tego wytłumaczyć. Bo kiedy już ich w końcu złapią to będzie po prostu koniec.
I chyba najgorsze w tym wszystkim było to, że tak naprawdę nikt od Wallace nie wymagał aż takich poświęceń. Ona, jak jakaś pierdolona masochistka, sama się w to wszystko pchała, pociągając za sobą i Cass, i zmierzającą w ich kierunku dziewczynę. Stwierdzenie, że ciągnęło ją tylko do tych złych i niewłaściwych rzeczy chyba nigdy nie było bardziej trafione. Natomiast słysząc słowa Gardner, Matilde przełknęła cicho ślinę, odrywając się od przyjaciółki i zajmując miejsce po jej prawej stronie. W milczeniu przysłuchiwała się krótkiej wymianie zdań między przyjaciółką, a przybyłą nieznajomą dziewczyną, jednocześnie nie potrafiąc sobie odmówić dokładnego przyjrzenia się zarówno jej twarzy, jak i trzymanej torby.
– Judy Hallen – odezwała się w końcu, wbijając swoje ciemne tęczówki w oczy brunetki, a następnie wyciągając dłoń w jej kierunku. Ot, przypadkiem natknęła się na swoją starą znajomą, która wcześniej musiała być umówiona z inną swoją znajomą. W takich wypadkach, dla zachowania pozorów, powinno się po prostu przedstawić. Tak robili zwyczajni ludzie, prawda?
– Zależy nam na dalszej współpracy – podjęła słowa Gardner. Zależy nam, czy brzmiała jak jakiś cholerny polityk? Kiedy to właściwie się stało? Tak, była w Bractwie, ale przecież tylko i wyłącznie ze względu na Hoppera. Kiedy zaczęło jej zależeć do tego stopnia, że wyprawiała takie rzeczy? I chyba gdzieś podskórnie zdawała sobie sprawę z tego, że dalsze korzystanie z pomocy Cassandry nie było najbezpieczniejsze. Dla obu stron. A może nawet i dla trzech stron. Oczywiście, o ile stojąca naprzeciwko dziewczyna podejmie się dalszej współpracy. – Zwłaszcza teraz, kiedy zaczynamy od zera. – dodała znacznie ciszej, jednocześnie na moment odwracając głowę przez ramię. Te wszystkie dźwięki były niezwykle drażniące, ale bynajmniej nie wzbudzały w niej żadnych podejrzeń. Matilde ponownie przeniosła spojrzenie na Darcy, tym razem pytająco wznosząc brwi.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Darcy Goldhope



You are so brave and quiet I almost forget you are suffering too.

wizje astralne

56%

lekarz





name:

Darcy Goldhope

alias:
-

age:
27

height / weight:
157/55

Wysłany: 2018-07-15, 23:10   
   Multikonta: ronnie/billy


Darcy była zbyt zestresowana by w ogóle zwrócić uwagę na ludzi, którzy wciąż wychylali się przez barierki. Miała jeden cel - pozbyć się tej cholernej torby z lekami i nie dać się nikomu złapać. Za każdym razem, gdy była w takiej sytuacji zastanawiała się co jej przyszło do głowy, by znowu ryzykować. Podkradanie pojedynczych listków tabletek, opatrunków czy innych materiałów było dość powszechną praktyką szczególnie wśród niższego personelu. W końcu to oni zajmowali się robieniem spisów, zamówieniami, zawsze dało się to jakoś ukryć o ile nie były to jakieś znaczące ilości. Więc wiedziała, że nie będzie miała większych problemów przez samą kradzież. Bała się jednak, że ktoś w końcu zauważy, że niektóre rzeczy znikają dość systematycznie i wtedy zaczną szukać winnego, a gdy już go znajdą będą zastanawiać się po co ktoś taki jak Darcy Goldhope może potrzebować tych przedmiotów. Bała się, że być może ktoś może śledzić Cass, a jeszcze większe podejrzenia budziła obecność nieznajomej jej kobiety. Nie chciała wpaść w tarapaty, ale jednocześnie zdawała sobie sprawę z tego, że w końcu robi coś dobrego. Te leki były im potrzebne. Być może uratuje to komuś życie. Ostatnie wydarzenia wstrząsnęły nią do tego stopnia, że zaczęła zastanawiać się czy może nie powinna pomagać bardziej. Może nie miała wielkiej spluwy, ani nie potrafiła spalić kogoś na wiór samym machnięciem ręki, ale była lekarzem. Mogła pomagać właśnie w taki sposób. W końcu jakakolwiek pomoc jest lepsza niż żadna, prawda? Być może atak na Bractwo powinien być pewnego rodzaju lekcją i umysł podpowiadał jej - “po prostu się w to nie pakuj”. Jednak jednocześnie nie potrafiła być po prostu obojętna, bo wiedziała że nawet jeśli sprawa była przegrana, odwracanie głowy w drugą stronę jest po prostu złe, a Darcy nie była złym człowiekiem. Po prostu.
- Darcy. - przedstawiła się kobiecie prawdziwym imieniem. Cóż. Jak widać nie była zbyt wprawiona w pracę pod przykrywką, bo dopiero po chwili przyszło jej do głowy, że może nie powinna tak od razu zdradzać swoich prawdziwych personaliów, tymbardziej że… no cóż jej imię nie było tak bardzo popularne. Ot, dość banalna historia. Rodzice poznali się, gdy matka czytała “Dumę i uprzedzenie”, a ojciec wylał na nią kawę. Dlatego prawdopodobnie wpadła na tak krzywdzący pomysł. W końcu mogła ją nazwać Elizabeth albo Jane.
Wracając jednak do tematu, Goldhope przez chwilę patrzyła to na Cass to na Judy, i zastanawiała się co powinna powiedzieć. Nie lubiła kontaktować się z obcymi, z drugiej strony… Powinna chyba zaufać Cassandrze, prawda? W końcu to ona skontaktowała ją z Judy Hallen. - Oczywiście. - pokiwała w końcu głową, patrząc na brunetkę. - Jeśli Bractwo potrzebuje leków mogę je nadal dostarczać… - powiedziała, odrywając wzrok od kobiety, bo i ją ten dźwięk zaczynał irytować. Odwróciła się w stronę balustrady. - Więc jeśli... jeśli potrzebujecie jakiś konkretnych leków musisz mi powiedzieć, zawsze dostarczam jakieś najpotrzebniejsze leki. Antybiotyki, opatrunki, coś przeciwbólowego i tak dalej. Nie mogę pozwolić sobie na znaczące ilości, ale robię co w mojej mocy. - wytłumaczyła, przełykając ślinę. - Co z hmm.. Bractwem? Słyszałam o ataku. Co się tam w ogóle dzieje? - zapytała, zerkając to na Cass, to na Judy.
[Profil]
  [A+]
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2018-07-16, 09:30   

Chłopak, który słynął z bycia pieprzonym kompasem, wyznaczającym położenie nadludzi, obrócił głowę przez ramię, by spojrzeniem wyłowić swoich pobratymców. W pewnym sensie rzeczywiście działało to jak magnes. Przecież tak naprawdę nawet nie wiedział czego dokładnie powinien szukać, ani tym bardziej gdzie tego szukać, a mimo to jego - kierowany intuicją - wzrok dość szybko został zwrócony na stojące po przeciwnej stronie mostu przemytniczki. Cory, bo takie nosił imię, nie spuszczając spojrzenia z trójcy, szarpnął za ramię stojącą obok siebie dziewczynę, która posłusznie podążyła za nim wzrokiem. Znali się wystarczająco dobrze, by niska, delikatna blondynka zrozumiała odkrycie swojego brata. I w przeciwieństwie do Cory’ego, który wciąż nie odrywał wzroku z sylwetek dziewczyn, Lisa postanowiła zadziałać wręcz natychmiastowo i szeptem powiadomić pozostałą dwójkę swoich wspólników o zaistniałej sytuacji.
Wydawali się być naprawdę zgraną ekipą, bo już zaledwie kilka sekund później doszli do porozumienia i podjęli dalsze kroki działania. Cory, jako najmłodszy z nich wszystkich, miał zostać na swoim miejscu i obserwować zaistniałą sytuację, by w razie potrzeby – pomóc wciąż lewitującemu Jeffowi. Natomiast Lisa, jej chłopak Ian i ostatni z renegatów Todd ruszyli w kierunku Darcy, Matilde i Cassandry. To właśnie w tym momencie, kiedy tak brawurowo przechodzili przez ulicę, niemal powodując wypadek samochodowy, przemytniczki mogły zorientować się, że coś stanowczo było nie tak. Piski opon, głośne trąbienie, soczyste przekleństwa kierowców – to zdecydowanie zwróciło ich uwagę. Ale czy mogły w jakikolwiek sposób zareagować? Zwłaszcza teraz, kiedy trójka rebeliantów znajdowała się zaledwie dwa metry od nich?
– Ej wy, nie ruszać się – rzucił podniesionym tonem głosu ten bardziej rosły i sprawiający wrażenie lidera, mężczyzna. Zarówno dla Cassandry, jak i Matilde twarze Iana i pozostałej dwójki, wcale nie były aż takie obce. Jeszcze nie tak dawno temu wielokrotnie mijali się na terenie Black Lake Biblie Camp.
– Zakładam, że macie trochę oleju w głowie, dlatego dajemy wam szansę – ton głosu Iana w żaden sposób nie przypominał składania propozycji. Po samej postawie mężczyzny dało się odnieść wrażenie, że chłopak nie przyjmie żadnej odmowy.
– Za kilka minut most zostanie zniszczony, a wszyscy ci marni ludzie spotkają się ze swoim wspaniałym stwórcą – kącik jego ust uniósł się lekko ku górze – przyłączcie się do nas, a nie znajdziecie się wśród ofiar.
[Profil]
 
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-07-19, 23:32   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Teoretycznie wiedziała więcej o stanie Bractwa, niżeli w ogóle chciałaby wiedzieć. Pomimo odejścia, pewne informacje nadal do niej docierały, co miało zarówno swoje wady, jak i zalety. Tak czy inaczej, jak najbardziej mogła odpowiedzieć na pytanie Darcy… Ale tego nie zrobiła. Nie czuła się do tego zobligowana. To była sprawa Tildy, nawet jeśli dotąd to Cassandra rozmawiała z Darcy, przekazując jej te najważniejsze wiadomości, prośby o zaopatrzenie czy choćby racząc ją krótką pogawędką.
Ta ostatnia zresztą nadal wchodziła w grę, jednak zdecydowanie nie w tym momencie. Chyba wszystkie doskonale wiedziały, jak bardzo należało się streszczać. Każda minuta zwłoki mogła skutkować… Cóż, w najlepszym razie - właśnie zwłokami. W najgorszym? Cassandra wolała głębiej się nad tym nie zastanawiać. Po prostu najlepiej było odłożyć small talki na inny moment, teraz zajmując się wyłącznie tym, co najpotrzebniejsze. Zwłaszcza że te dźwięki - bądź co bądź, niespotykane nawet na moście pełnym ludzi - nieco ją niepokoiły.
Nie pospieszała jednak towarzyszek, wyłącznie rozglądając się dookoła i nawet nie do końca słuchając tego, co mówiły. Zostawiła je samym sobie, ciałem pozostając jednak na tyle blisko, że nadal znajdowała się w towarzystwie. Nie odeszła w bok… Nie od razu. Słysząc jednak zamieszanie na ulicy, momentalnie obróciła głowę w tamtym kierunku, robiąc krok w tył… I żałując, że nie zrobiła ich więcej, gdy chwilę później jej oczom ukazał się potężny mężczyzna krzyczący coś w ich kierunku. Z początku nie do końca zrozumiała, o co mu chodziło. Będąc w czymś na kształt szoku, zwróciła wzrok w kierunku dwóch pozostałych kobiet, dopiero kilka sekund później rzucając niezbyt przyjaznym:
- Chyba sobie żartujesz?! - Nie po to odchodziła z Bractwa, by teraz przyłączać się do kolejnej bandy zwyroli i popaprańców. Dosłownie po jej trupie...
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-07-20, 10:03   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Fakt, że była tutaj Cass w jakimś stopniu pomagał Wallace. Starała się nie być aż tak bardzo nieufna w stosunku do Darcy, ale jednak gdzieś przy tych najprostszych próbach – całkowicie zawodziła. Imię. Czemu nie przedstawiła się prawdziwym imieniem? Oficjalnie była martwa, nawet jeśli Darcy okazałaby się być szpiegiem, czy kimkolwiek… Wallace nie miała mieć żadnych problemów. W końcu od ponad roku wąchała kwiatki od spodu, czego dopilnował jej kochany ojczulek. A jednak, Judy Hallen tak swobodnie wydobyło się z jej ust. Powinna jej zaufać. Zwłaszcza teraz, kiedy najwidoczniej miały się widywać częściej.
– W okolicznościach w jakich się znaleźliśmy przyda się cokolwiek – odparła na słowa Darcy, posyłając jej lekki uśmiech. Znaczące ilości, czy też nie. W tym momencie nie mieli praktycznie niczego. Każda jedna ampułka, każda jedna tabletka, każdy jeden plaster… to wszystko robiło dla nich sporą różnicę. – Na ten moment na pewno potrzebujemy czegoś… uspokajającego? Może morfina jeśli się uda? Wiem, że w szpitalu mutazynę posiadają jedynie ochroniarze i strażnicy, ale jeśli jakimś cudem potrafiłabyś ją zdobyć to… – urwała, nie bardzo wiedząc jak dokończyć zdanie, ale przekaz był raczej jasny. Choć pod tym względem nie była optymistką, mimo wszystko postanowiła zaryzykować. Natomiast na pytanie o Bractwo, Wallace westchnęła ciężko, przez krótką chwilę bijąc się ze swoimi myślami, czy powinna cokolwiek zdradzać. Darcy im pomagała, ale co jeśli…? Nie, Cass by jej tego nie zrobiła. Nawet jeśli już się nie przyjaźniły, nie była taka. Prawda…?
– Większość zginęła w ataku, inni zostali pojmani przez rząd. W tym Colleen. Musieliśmy opuścić stare miejsce i zaszyć się gdzieś indziej, dlatego… – nawet nie zdążyła dokończyć zdania, kiedy usłyszała ten cały harmider. Piski opon, klaksony i wyzwiska. Wallace niemal natychmiast urwała, przenosząc wzrok na zbliżających się w jej kierunku ludzi. Tak, kojarzyła ich z Bractwa, ale w żadnym stopniu ta znajomość ją nie uspakajała. Wręcz przeciwnie. Miała co do tego naprawdę złe przeczucia. Przez krótką chwilę rozważała ucieczkę. Ba, choć tak samo jak dość Cass instynktownie wykonała krok w tył, zdawała sobie sprawę z tego, że było zdecydowanie za późno. Matilde przełknęła cicho ślinę, bojowo zaplatając dłonie na wysokości klatki piersiowej.
- Nie jesteśmy zainteresowane - rzuciła wyjątkowo chłodnym tonem głosu, dając mu do zrozumienia, że nie ma tu czego szukać.
- Śmiało, zbawiajcie sobie świat. Nam nic do tego - wzruszyła niby obojętnie ramionami, stawiając kolejny krok do tyłu.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Darcy Goldhope



You are so brave and quiet I almost forget you are suffering too.

wizje astralne

56%

lekarz





name:

Darcy Goldhope

alias:
-

age:
27

height / weight:
157/55

Wysłany: 2018-07-23, 23:51   
   Multikonta: ronnie/billy


Darcy pokiwała głową, siląc się na słaby uśmiech. Owszem. Mimo braku informacji wydawało jej się, że rozumie okoliczności w jakich się znaleźli i mimo wszystko poczuł się teraz odrobinkę lepiej z tym, że dostarczyła leki. Oni ich potrzebowali, a ją obecnie kosztowało to chwilę strachu. Było warto. Nie podrzucała ich szajce przestępców tylko ludziom, którzy tego potrzebowali. Wysłuchała dalszych słów Hallen i zacisnęła usta, słysząc o mutazynie. - Mieliśmy kilka kradzieży z zewnątrz i po tym szpital zaostrzył zasady dotyczące jej dostępności. Jestem tylko rezydentką, muszę przejść przez całą tą całą papierologię jeśli zostanie użyta. Mamy mutazynę, stosujemy ją za każdym razem, gdy na oddziale pojawia się mutant, to jedyny moment kiedy mogę się do niej dostać, bo wtedy jesteśmy zobowiązani jej użyć. Mogłabym zgłosić zbicie się jednej czy dwóch ampułek, ale przez bardzo długi czas mogę nie mieć ku temu okazji. - pokręciła głową, niechcąc składać obietnic bez pokrycia. Mutazyna była drogim i pożądanym lekiem, szpital mimo że był w posiadaniu znacznych ilości, pilnował żeby nie dostały się w niepowołane ręce. Nawet jeśli chodziło o lekarzy. W końcu okazja czyni złodzieja, prawda? Mutazyna była cholernie droga, a ta dostępna w szpitalu w niczym nie przypominała tego syfu, który sprzedawano na ulicach. Zresztą morfinę też nie było tak łatwo podkraść. Nie była tak strzeżona jak mutazyna, jednak personal dbał o to aby liczby się zgadzały.
Darcy chciała zapytać o to kto nimi teraz przewodzi, ale nie udało jej się to, bo ktoś im przerwał. Ona nie rozpoznawała obecnego tu mężczyzny, ale widząc jego postawę cofnęła się kilka kroków do tyłu i to co powiedział sprawiło, że przez chwilę miała ochotę parsknać szaleńczym śmiechem. Nie wyglądał na żartownisia, mimo wszystko ta sytuacja wydawała się tak bardzo absurdalna. - Nie szukamy kłopotów. - powiedziała ostrożnie, patrząc na mężczyznę. - Ci ludzie z pewnością też. - dodała trochę ciszej. - Odejdziemy stąd i nie będziemy stać wam na drodze. - powiedziała, siląc się na spokojny ton, chociaż jej głos drżał. Naprawdę się starała, ale nie wyszło. To wszystko brzmiało dla niej tak absurdalnie, bo nie zobaczyła tego. Nie zobaczyła dzisiaj niczyjej śmierci, a przecież tak to właśnie działało, prawda? Jej głupia, bezużyteczna moc właśnie w taki sposób działała. Ostrzegała ją przed takimi rzeczami, dzisiaj jednak jej wewnętrzny instynkt milczał. Chciała ostrzec tych wszystkich ludzi o tym co może się stać, W tym momencie stała na przeciwko potencjalnego zamachowca i nie mogła nic zrobić.
[Profil]
  [A+]
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2018-07-24, 20:17   

- Czy ja ci wyglądam, jakbym żartował, paniusiu? - Ian nie lubił, kiedy nie brano go na poważnie. Nie znosił tego tonu głosu, nie znosił niedowierzania, a jeszcze bardziej nie lubił kiedy mu odmawiano. Czy one nie rozumiały tego, że tu nie było trzeciej opcji? Czy one nie rozumiały, że tutaj nie było nawet drugiej opcji?
- Pozwólcie, że wytłumaczę wam to jeszcze raz - mówił siląc się na spokojny ton głosu, ale mimo wszelkich prób, coś w jego zaczerwienionej twarzy, coś w tym chrapliwym oddechu i w sposobie w jaki jego gałki ocznej się rozjeżdżały było niezwykle niepokojącego.
- Jesteśmy w trakcie PIERDOLONEJ - sięgnął dłonią do kurtki, by odsłonić ukrywaną pod nią broń, a następnie ryknął na cały głos: - REWOLUCJI.
Ludzie, którzy do tej pory ciekawsko wychylali się przez balustradę, teraz zwrócili swoje spojrzenia w ich kierunku. Może gdyby byli choć odrobinę mądrzejsi zrozumieliby, że należy jak najszybciej uciekać. Jednak pomimo ostatnich doniesień z Europy, oni wciąż uważali to za jakieś cholerne reality show, w którym niespodziewanie przyszło im wziąć udział.
- Ian, kochanie... - powiedziała miękko Lisa, chcąc nieco załagodzić sytuację i uciszyć swojego chłopaka. Ale skutek był dość marny, bo rozeźlony Ian jedynie odepchnął ją od siebie. Miała się nie wtrącać, to on był głową operacji.
- Chodzi o to, że w tym naszym zbawianiu świata nie przyjmujemy jeńców. A skoro nie chcecie iść z nami dobrowolnie, nie dajecie nam innego wyjścia. - odchrząknął do tej pory milczący Todd, chcąc przejąć stery nad całą sytuacją. Z nich wszystkich zdawał się najrozsądniejszy, ale także najbardziej konkretny. Widać było po nim, że te wszystkie pogawędki go niezwykle drażnią. Nie było na to czasu, trzeba było działać. Skoro nie udało się pokojowo, to czas na mniej przyjemne rozwiązanie.
- NIE RUSZAĆ SI? - Ian ryknął w kierunku Matilde, pod wpływem impulsu wyciągając spod kurtki pistolet i mierząc nim w brunetkę. Brakowało naprawdę niewiele, by pociągnął za ten cholerny spust. Nie powinny go lekceważyć. Nikt nigdy nie powinien go lekceważyć. Tym razem jednak nie odtrącił, zbliżającej się Lisy.
- CI LUDZIE?! OBCHODZĄ CI? CI LUDZIE?! TE N?DZNE KARALUCHY, KTÓRE W KAŻDEJ CHWILI ODDAŁYBY CI? W ŁAPSKA TYCH... TYCH... - ale wtedy pod wpływem dotyku ciepłej dłoni Lisy na swoim ramieniu, nagle urwał. Ian na krótką chwilę przymknął oczy, oddychając ciężko. Zupełnie jakby starał się ochłonąć.
- Lisa, paniusie twierdzą, że są niezainteresowane - zaśmiał się niczym szaleniec, tym samym nie będąc w stanie stabilnie utrzymać pistoletu - czas je czymś zainteresować, nie sądzisz?
I nagle oczy przemytniczek zaszyły się mgłą. Ciemność nie trwała jednak długo, ale kiedy wreszcie odzyskały wzrok wszystko zdawało się być inne. Nie znajdowały się dłużej na moście, nie znajdowały się dłużej w swoim towarzystwie, nie znajdowały się dłużej w towarzystwie rebelów. Każda z nich była zupełnie gdzieś indziej. Jakby... jakby nagle trafiły do innego wymiaru. Do swojego osobistego wymiaru, w którym ich najskrytsze pragnienia się urzeczywistniły. Jakby ktoś nagle zdecydował się spełnić ich wszystkie życzenia. Obrazy, które teraz widziały pochodziły z najgłębszych zakamarków ich serc i zdawały sie być bardziej realne niż cokolwiek innego w ich dotychczasowym życiu.
Jednak moc Lisy nie była w stanie oszukać wszystkich zmysłów dziewczyn. Mimo, że wzrok podążał za głosem serca, to węch i słuch zostały na tym cholernym moście. W międzyczasie Todd niepostrzeżenie wyciągnął swoją broń.
[Profil]
 
 
Matilde Wallace



Thought I could fly, so why did I drown?

(nie)uzdrawianie

60%

nic nie robi w Bractwie





name:

Matilde Jane Wallace

alias:
Judy Hallen | Marla Singer

age:
27 lat

height / weight:
170/50

Wysłany: 2018-08-08, 20:23   
  

   Talon na Aarona i balon

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   Podróżnik w czasie

  

   1 Rok na Giftedach!


Matilde się tego spodziewała, ale mimo wszystko liczyła, że kiedy powie Darcy o najpotrzebniejszych rzeczach to ta znajdzie jakieś wyjście. Nie chodziło nawet o to, że sama miała to zdobyć, ale być może miała jakieś kontakty. Tak to przecież działało, prawda? Znam kogoś, kto zna kogoś, kto zna kogoś. Rząd pomimo tych wszystkich swoich prób stłamszenia społeczności mutantów, zawalał w najprostszych sprawach. Całe szczęście, na korzyść strony, po której się znalazła.
– Jak mówiłam, każdy najmniejszy wysiłek jest na wagę złota – doceniali to co robiła Darcy. Zwłaszcza w tych czasach, kiedy wciąż musieli lizać rany i byli jeszcze bardziej poszukiwani, niż przedtem. Okej, może po tej masakrze nie podejrzewano, że Bractwo mogło się utrzymać, ale niektórych twarze zostały zapamiętane i poruszanie się po ulicach Seattle czy Olympii nie było takie proste jak wcześniej.
– Może po prostu znasz kogoś, kto mógłby potrafić to załatwić – dodała jeszcze, wznosząc brew. I prawdopodobnie dodałaby coś jeszcze, gdyby nie fakt, że pojawiła się ta grupka rebelów i zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie… Kojarzyła ich z Bractwa, ale Wallace jak to Wallace – nigdy nie zawierała przyjaciół, więc za bardzo nie potrafiła powiedzieć czego się po nich spodziewać. Zwłaszcza teraz, gdy jeden z mężczyzn wpadł w szał i zaczął im pokazywać swoją spluwę. Matilde wiedziała, że miały przesrane. Jeden z mężczyzn najwidoczniej był wariatem, laska nie miała nic do gadania, a ten trzeci… ten trzeci był chyba najbardziej niepokojący.
– Nic nie wiemy, nic nie widziałyśmy, nic nie słyszałyśmy. Pójdziemy i nigdy więcej nas nie zobaczycie – wyrzuciła z siebie cicho. Cholera, ona naprawdę chciała wrócić do swojego domu. Dość szybko zdała sobie sprawę, jak wielki popełniła błąd, robiąc krok do tyłu. Kiedy wycelowano w nią pistoletem, Matilde wzniosła wysoko dłonie w geście poddania.
– Okej, będę już grzeczna, koleś – nie miała zamiaru więcej się ruszać. A przynajmniej nie do czasu, kiedy nie wpadną na jakiś plan. Nawet nie przyjmowała do wiadomości myśli, że miałaby z nimi pójść. Czy coś. Na kolejny wybuch Iana, jedynie zacisnęła usta w cienką linijkę. Nie miała nawet siły udawać, że ją to bawi. Była w beznadziejnej sytuacji. Na muszce, bez broni i z mostem, który miał się zawalić za kilka minut. Zajebiście. Liczyła tylko, że kiedy ten most zacznie wybuchać to uda jej się zwiać, gdzie pieprz rośnie. Już miała gdzieś te leki i durne misje Bractwa.
– Nie chcecie mnie w swoich szeregach, poważnie – przecież była największym wrzodem na dupie. Ale najwidoczniej to ich nie obchodziło. Wallace była przerażona, kiedy nagle zrobiło się ciemno. A jeszcze bardziej była przerażona, gdy nagle znalazła się w zupełnie innym miejscu.
Most w Seattle, jakby rozpłynął się w powietrzu. Matilde nie przyglądała się dłużej swoim oprawcom. To co widziała teraz niemal od razu ścisnęło ją za serce. Wzburzone fale, piasek, wschód słońca. Dziewczyna przełknęła cicho ślinę. Na tle tego wszystkiego stał mężczyzna. Znała go. Choć był odwrócony do niej plecami, to mogła przysiąc, że go znała. Nie tylko ze względu na sylwetkę i ciemne włosy, ale przede wszystkim na sposób poruszania się. Dziewczynie momentalnie zaschło w ustach. Chciała do niego krzyknąć, ale żaden dźwięk nie wydobył się z jej gardła. Matilde wytężyła wzrok, dopiero teraz dostrzegając coś jeszcze. Ten mężczyzna miał na ręku dziecko. Mały, ciemnowłosy chłopiec o zaraźliwym, szerokim uśmiechu spoglądał w jej kierunku, żywo machając swoimi malutkimi rączkami. W gardle Wallace wytworzyła się gula. Nie rozumiała o co tu chodziło, nie wiedziała gdzie się znalazła, nie wiedziała jakiego rodzaju to były tortury, ale chciała stąd odejść. Jak najszybciej. Zaczęła się niespokojnie poruszać, mrugać powiekami, licząc, że to wszystko po prostu zniknie. Otworzyła usta, by wyrzucić z siebie: – zabierzcie to ode mnie, ale nie była nawet pewna, czy jakikolwiek dźwięk rzeczywiście wydobył się z jej ust.
[Profil] [WWW]
  [0-]
 
Cassandra Gardner



They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.

manipulacja snami

58%

Rebel





name:

Cassandra Eloise Gardner

alias:
Cassie

age:
33 lata

height / weight:
166 / 50

Wysłany: 2018-08-09, 23:45   
   Multikonta: Sophie
  

   #Mrs. Sandman


Najwyraźniej rzeczywiście miała w sobie coś, co przyciągało wszelkie możliwe kłopoty - zwłaszcza te największe i potencjalnie najgorsze. A przecież wcale tego nie chciała. Nie chciała mieszać się w pierdoloną rewolucję. Nieistotne, czy miał to być środek, początek czy koniec tego wszystkiego. Już raz się w to wkopała, gdzieś po drodze tracąc znaczną część altruistyczno-idealistycznych zapędów. Tak właściwie, cóż, teraz chodziło jej już wyłącznie o przetrwanie. I nawet jeśli obecne chwile były w jakiś sposób związane z pomocą innym - w końcu załatwiała coś dla niedawno opuszczonego Bractwa - w żadnym wypadku nie oznaczało to, że chciała ponownie tłuc się o los niezliczonej ilości mutantów. Wystarczyło, że robiły to podobne oszołomy.
Z pozoru wyglądające dosyć niegroźnie. Raczej tak, jakby członkowie tej bliżej nieokreślonej grupy tylko starali się wyglądać niebezpiecznie. W swoim życiu spotkała naprawdę wielu naprawdę złych ludzi. Co lepsze - znaczna większość z nich wcale nie pokazywała swojej natury, przynajmniej nie na pierwszy rzut oka. Wręcz przeciwnie… Najgorsi, najbrutalniejsi gangsterzy wyglądali jak ojcowie rodziny, którzy od wielu lat codziennie robią dokładnie to samo, a dla których piątkowe brydżowe spotkanie to coś niezmiernie szalonego. Najbardziej zabójcze kobiety także nie wyglądały niczym w filmach, mogłaby nawet śmiało rzec, że nie wyróżniały się z tłumu. Tymczasem ci tutaj wyjątkowo mocno chcieli sprawiać wrażenie groźnych, dodatkowo posiłkując się także tekstami, na których dźwięk mało co nie prychnęła pod nosem. Owszem, być może z początku ją zaskoczyli, przerazili czy zmieszali, ale im bardziej na nich patrzyła, tym bardziej godnych pożałowania naśladowców Bractwa - ale, oczywiście, uważających się za skuteczniejszych! - w nich widziała.
Przynajmniej do czasu, kiedy jeden z mężczyzn nie wyciągnął pistoletu. Nieważne, czy potrafił się nim posługiwać. Jeśli chciał, mógł skrzywdzić każdego z nich, choćby nawet poprzez same wymachiwanie bronią. Cassandra była tego bardziej niż świadoma, momentalnie znowu nerwowo przełykając ślinę i dusząc słowa w ustach. Chciała coś powiedzieć, ale nie zamierzała być powodem śmierci Tildy czy Darcy. Dlatego to tej pierwszej dała pole do wypowiedzi, w myślach błagając ją o spokój i brak pogorszenia sytuacji. Diabli wiedzieli, co jeszcze mogło zdenerwować tego psychola.
Nie przytaknęła Wallace, przynajmniej nie słownie, kiwając za to głową… Co najwyraźniej nie miało wystarczyć…
Wystarczyła za to chwila, dosłownie moment, by Cassandra ponownie zobaczyła coś, co z początku zdawało się być migawką z przeszłości. Ten sam kolor ścian, identyczne ustawienie mebli, firanki, które sama kupiła już tak dawno temu - w czymś, co zdawało się być zupełnie innym życiem, tak bardzo odległym i absurdalnie normalnym - dzwoneczki poruszające się na wietrze wpadającym przez uchylone okno, tęcza na podłodze… Wszystko było takie, jakim je zapamiętała. Prawie idealne, przynajmniej wtedy. Brakowało wyłącznie jednego… Czegoś, czego nieobecności była świadoma, a czego obecność miała już wkrótce znowu wypełnić jej życie. Wiedziała o tym, czuła to, obracając się w kierunku drzwi, gdy na jej twarzy pojawił się ciepły, łagodny uśmiech… Rozchyliła wargi, chcąc powiedzieć to, przed czym wzbraniała się przez tyle czasu… I właśnie wtedy dotarła do niej ta jedna myśl.
To nie było prawdziwe. Pozwoliła się temu omamić, omotać, ale to nie było prawdziwe. Nie mogło i nie miało być, zwłaszcza przy tym, co planowali członkowie grupy z mostu.
- Nie. - Warknęła, mocno potrząsając głową. Sama nie wiedziała, czy do siebie samej, czy może jednak do innych. Nie wiedziała nawet, czy ją słyszeli. We własnej głowie brzmiała za to wyjątkowo twardo. - Nie. - Musiała się z tego wybudzić. To nie było rzeczywiste, przecież wiedziała, jaka była prawda.
_________________
The more I think about it now
The less I know
All I know is that you drove us

off the road



Postać aktualnie jest blondynką.
[Profil] [WWW]
    [B-]
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 6