They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.
manipulacja snami
58%
Rebel
name:
Cassandra Eloise Gardner
alias:
Cassie
age:
33 lata
height / weight:
166 / 50
Wysłany: 2018-06-19, 23:16
Multikonta: Sophie
#Mrs. Sandman
#19
Może to było głupie i ryzykowne, zwłaszcza że wciąż nie miała lewych papierów na nowe nazwisko, jednak potrzebowała znaleźć się w choć częściowym odosobnieniu, a tak się składało, że ścieżka przy nabrzeżu była o tej porze praktycznie pusta. Dokładnie tak, jak się zresztą spodziewała, specjalnie wychodząc na tyle wcześnie z wynajmowanego mieszkania, aby nad wodą wciąż jeszcze unosiła się mgła.
Peanut, spuszczony wolno ze smyczy, biegał dookoła jej nóg, od czasu do czasu wybiegając kilkanaście kroków w przód i obracając się ku niej pyskiem, jakby pospieszał ją do dalszej wędrówki. Zachęcał ją do tego, by za nim podążała, jednocześnie wyjątkowo mocno się przy tym jednak pilnując. Zupełnie tak, jak gdyby paskudne wydarzenia z przeszłości odcisnęły na nim wyjątkowo wyraziste piętno.
Zresztą... Czy z obojgiem tak nie było? Cass przecież także nie mogła spać po nocach, nieustannie oglądając się przez ramię i nie czując bezpieczną nawet we własnym domu... Będącym tak wielką odmianą od tego, co miała w Bractwie i co pozostawiła przed dołączeniem do tamtej organizacji. Teraz znowu mieszkała całkowicie na własną rękę. Gdyby nie pies, pozostałaby zupełnie sama pośród czterech ścian. I to w pewnym sensie ją przerażało.
Izolowała się od ludzi, obawiała się skrzywdzenia czy zdrady, ale - nieważne, jak paradoksalnie - jednocześnie najbardziej lękała się też samotności. Tej zupełnej, całkowitej, w której coraz bardziej się pogrążała...
_________________
The more I think about it now The less I know All I know is that you drove us
off the road
Postać aktualnie jest blondynką.
Ostatnio zmieniony przez Cassandra Gardner 2018-06-21, 22:05, w całości zmieniany 1 raz
Wysłany: 2018-06-19, 23:38
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Seattle. Miasto, którego nienawidziłam i kochałam jednocześnie. W końcu... Spędziłam tu kilka naprawdę świetnych lat. Poznałam wspaniałych ludzi. Ale jednocześnie... To właśnie tutaj spotykało mnie też to, co najgorsze.
Nie wiem więc, co takiego przywlokło mnie do tego miasta dzień wcześniej. Powinnam być w Olympii. W domu. U boku Ricks. Nie odchodzić na krok, nie zostawiać nigdzie śladów. Siedzieć na tyłku i zmagać się ze zmianami w moim życiu. A jednak, z jakiegoś durnego powodu, wylądowałam właśnie tutaj, nawet nie trafiając do własnej ciotki i gubiąc gdzieś jedną kulę. Ugh. Brawo Sam, geniusz z ciebie jak zawsze.
Wlokłam się więc, ścieżkami, podpierając tylko na jednej kuli. W sumie nie było to takie złe. Noga coraz mniej mi dokuczała, a pozostałe złamania też już chyba się goiły. No i w końcu nie straszyłam dzieci obitą gębą. Tak, to zdecydowanie plus. Najgorsze jednak było to, że musiałam dotrzeć na najbliższy dworzec, żeby wrócić do Olympii. W końcu honor nie pozwalał mi zadzwonić do Kruszyny i prosić o pomoc, tym bardziej, gdy miałam wrażenie, że dzień wcześniej odjebałam i to ostro. I nawet brak panowania nad mocą mnie tu nie usprawiedliwiał. Tak samo jak ból głowy i paskudny ścisk w żołądku, który z jakiegoś powodu wciąż budził we mnie dziwny, niewytłumaczalny lęk...
Nie można się więc dziwić mojemu złemu humorowi. Nie czułam się dobrze, bo jakbym mogła? Nawet nie zwracałam uwagi na ludzi, którzy powolnie mnie mijali na mojej drodze. Przynajmniej starałam się ich ignorować tak długo, aż pod moje nogi nie podbiegł jakiś wyrośnięty szczur, opierając się o jedną z moich nóg przednimi łapkami.
- Co do... - Wydukałam, robiąc dwa kroki w tył, bo przyrzekłabym, że to był gryzoń! No dłoń bym sobie dała uciąć. I popierdzialałabym teraz bez tej dłoni, bo dopiero, gdy wylądowałam na tyłku, potykając się o własną nogę, zauważyłam, że to nie szkodnik, a jakiś pies. Pewnie gdyby nie ból głowy, to wyśmiałabym samą siebie, w tych okolicznościach jednak, wolną ręką zaczęłam pocierać swoją kość ogonową a zamglonym wzrokiem nie znoszącym światła zaczęłam poszukiwać nieodpowiedzialnego właściciela, co to za genialny plan uznał nasyłanie swojego zwierzaka na niepełnosprawną mnie!
- To Twój kundel?! - Warknęłam w kierunku jedynej, malującej się z daleka sylwetki, nawet nie zdając sobie sprawy, że to już nasze trzecie spotkanie, gdy to obiekt tego zamieszania dalej sobie radośnie biegał dookoła mojej osoby.
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.
manipulacja snami
58%
Rebel
name:
Cassandra Eloise Gardner
alias:
Cassie
age:
33 lata
height / weight:
166 / 50
Wysłany: 2018-06-20, 00:16
Multikonta: Sophie
#Mrs. Sandman
Sama już dokładnie nie wiedziała, ile kilometrów zrobiła, jednak nogi powoli zaczynały dawać o sobie znać. Wyszła przecież z domu… Cóż, sama dokładnie nie wiedziała, o której godzinie, jednak z pewnością sporo czasu temu. Wybudzając się w panice z kolejnego koszmaru sennego, nad którym nie była w stanie zapanować, dosyć szybko przebrała się w luźny, ciepły strój, zabrała telefon, portfel, klucze i psią smycz, a następnie wyszła bez spoglądania na zegarek. Na nic zdawało się zatem spoglądanie na ekran komórki, skoro nie miała bladego pojęcia, ile już mogła błąkać się po tej okolicy.
Z dwojga złego, wolała jednak moczyć sobie materiałowe trampki, idąc po trawie zmoczonej rosą i uparcie ignorując obecność głównej, ładnie posypanej żwirem ścieżki, niżeli tępo gapić się w ścianę mieszkania. Nadal dosyć pustego, ogołoconego z personalnych bibelotów, ozdóbek i innych śmieci, których nie zdążyła zabrać z Bractwa, nim cały obóz praktycznie zniknął z powierzchni ziemi. O ironio, pakując się razem z Matilde, przelotnie myślała o tym, aby poprosić kogoś mocno zaufanego o późniejsze przywiezienie jej paru gratów - gdy tylko znajdzie własny kawałek podłogi. Dosyć szybko z tego jednak zrezygnowała, stwierdzając, iż byłby to niezmiernie głupi pomysł. Colleen mogła w końcu chcieć zemścić się na nich za tak ukradkowe odejście, wyciągając i dowiadując się także o tym, co tylko pogorszyłoby ich sytuację.
Paradoksalnie, wtedy Cass pogodziła się z utratą lichego dobytku. Nie żałowała tego aż tak mocno, by za czymkolwiek tęsknić, jednakże gdy wszystko poszło z dymem… Ktoś mógłby powiedzieć, iż przelewała swoje poczucie winy, swój żal i swoją żałobę właśnie w gniew. Utraciła tylu ludzi, na których - nawet jeśli nie zawsze to okazywała - tak mocno jej zależało, co samo w sobie było wręcz cholernie trudne. Nie musiała nawet nadal słyszeć tych okropnie prawdziwych słów, jakie nie tak dawno zostały jej ciśnięte prosto w twarz. Nawet jeśli nie przyczyniła się do masowego mordu na Bractwie, nadal miała jego członków na sumieniu. Jak mogła przejść z tym do porządku dziennego? Jak mogła z tym tak po prostu dalej żyć?
Gołe, szare ściany nowoczesnego, wygodnego mieszkania, na które zdecydowanie nie zasługiwała, przypominały jej o tym wszystkim. Czuła się zupełnie tak, jakby dalsze siedzenie w którymkolwiek z tamtych pomieszczeń miało doprowadzić ją do szaleństwa, natomiast mary senne niczego nie poprawiały. Powinna móc nad nimi panować, powinna kontrolować je lepiej niż ktokolwiek, jednakże po raz kolejny okazywała się być na to zbyt roztrzęsiona. Poddawała się, nim tak naprawdę w ogóle próbowała cokolwiek zrobić. W chłodnym łóżku, lodowatej pościeli i tylko z małym psem o ciemnym futerku, do którego mogła się przytulić.
Chciała zapewnić mu chociaż trochę tego, czego najwyraźniej nie była w stanie ofiarować innym, czując się jak ktoś niesamowicie zimny w stosunku do otaczających ją ludzi. Chciała także wyjść, przez co ich piesza wycieczka przez kilkanaście przecznic okazała się być całkiem dobrą wymówką. Oboje tego potrzebowali, nawet jeśli było to ryzykowne. Zresztą… Kogo mogli spotkać tutaj o takiej porze? Prócz pijaczków, oczywiście, których także - o dziwo - nie napatoczyło się dotąd zbyt wielu?
Odpowiedź, cóż, przyszła całkowicie sama. Gdy Peanut ponownie pognał przed siebie, tym razem znikając Cassandrze z pola widzenia, kobieta przyspieszyła kroku, cicho wołając psa. Nie spodziewała się jednak, iż ten postanowi w tym czasie znaleźć sobie całkowicie nową panią - widoczną w opadającej mgle, najwyraźniej przewróconą przez… Malutkiego pieska? Z początku zmarszczyła brwi, szybko zmierzając w tamtym kierunku - zwłaszcza wtedy, gdy usłyszała echo naprawdę zirytowanego pytania - dopiero po chwili orientując się, że nieznajoma nie tylko była w raczej kiepskim stanie fizycznym, co wyjaśniałoby łatwość potknięcia się. Nieznajoma była także zdecydowanie znajoma. Przynajmniej z widzenia i słyszenia.
- Peanut! - Ponownie zakrzyknęła na psa, tym razem przyciągnąwszy jego uwagę, zatrzymując się kilka kroków od siostry Aarona Bartowskiego. - Potrzebujesz pomocy? - Równie dobrze, cóż, mogła iść w diabły, jeśli właśnie tego zażyczyłaby sobie kobieta. W końcu raczej za sobą nie przepadały...
_________________
The more I think about it now The less I know All I know is that you drove us
Wysłany: 2018-06-20, 11:34
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Byłam zirytowana. Rozżalona. Zła. Obolała.
Męczył mnie syndrom dnia następnego. Walczyłam sama ze sobą, by mój żołądek nie wyrzucił czegokolwiek, co akurat mu ciążyło. A nagła zmiana pozycji mojego ciała wcale w tym nie pomagała. Zasłoniłam więc usta jedną z moich dłoni, starając się utrzymać w miarę równy oddech i powstrzymać haft - bo wtedy to już na pewno do żadnego busa powrotnego mnie nie wpuszczą.
- Ta, miło by było, jakbyś łaskawie pilnowała własnego pchlarza! - Odburknęłam po chwili w kierunku kobiety. Dopiero teraz też zwróciłam na nią bardziej uwagę. Wydawała się... Dziwnie znajoma. Nie potrafiłam jednak określić, skąd mogłam ją kojarzyć.
Wyciągnęłam rękę po kulę, która jak na złość upadła kawałek ode mnie - bezskutecznie. Przeklęłam więc pod nosem i starałam się samej podnieść do pozycji pionowej - co wcale nie było takie łatwe, gdy w głowie ci wirowało, a niedawne złamania mimo wszystko wciąż wywoływały symptomy bólowe - szczególnie przy większym wysiłku. Moja upartość jednak nie dawała za wygraną. Nie chciałam dać sobie pomóc. Na żadnej płaszczyźnie.
W końcu jednak się podniosłam, sycząc przy okazji pod nosem i starając się nie opierać swojego ciężaru ciała na prawej nodze. Musiałam wyglądać żałośnie. Ale tak w sumie... Czy ja się w ogóle tym przejmowałam, od czasu tego nieszczęsnego marszu? Chyba z każdym mijającym dniem żałowałam, że to nie ja tam zdechłam. A jednocześnie... Tak bardzo bałam się tej śmierci. Przerażała mnie na tyle, że zaprzedałam samą siebie, swoje wartości, moich bliskich...
Mimowolnie złapałam się za kark, przywołując te wspomnienia. Kurwa. Oni dalej wiedzieli. Wiedzieli wszystko. A ja jak ten debil prowadziłam ich w każde znajome mi miejsce. I nawet w tym wypadku nie miałam wystarczająco odwagi czy samozaparcia, żeby szukać u kogoś pomocy... W końcu... To miało prowadzić do konsekwencji. I chyba nie chciałam wiedzieć jakich.
Pokuśtykałam w kierunki swojej kuli, lekko chwiejnym krokiem. Ja pieprzę. Chodzenie było dużo trudniejsze, niż to zapamiętałam, gdy straciłam swój punkt podparcia. Przeklęłam pod nosem, nim jeszcze zdążyłam się schylić po mą zgubę. Miałam wrażenie, że każdy ruch tylko wzmaga to dziwne wirowanie w mojej głowie. Z pewnością panna Gardner również mogła zauważyć trudności, jakie mnie napotkały, gdy tak utknęłam w pół schylonej pozycji nad moją własnością, na zmianę przymykając i otwierając szeroko oczy.
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.
manipulacja snami
58%
Rebel
name:
Cassandra Eloise Gardner
alias:
Cassie
age:
33 lata
height / weight:
166 / 50
Wysłany: 2018-06-21, 14:42
Multikonta: Sophie
#Mrs. Sandman
Być może nawet w jej własnej głowie brzmiało to zupełnie niczym jeden z tekstów starszej kobiecinki niemożliwie zakochanej w jednym ze swoich trzydziestu tysięcy zwierząt - wliczając wszy i pchły - jednak naprawdę była skłonna stwierdzić, że Peanut zazwyczaj zachowywał się wyjątkowo grzecznie. Prawdę mówiąc, nim go nie przygarnęła, miała raczej niewielką styczność ze stworzeniami, które do tego stopnia pilnowałyby się swoich właścicieli. Peanut był pod tym względem naprawdę specyficzny, zdążyła już to zauważyć, dlatego tym bardziej zdziwiła się, gdy odbiegł tak daleko. Nie miała bladego pojęcia, dlaczego tak zrobił, nawet jeśli odpowiedź nadeszła stosunkowo szybko.
Być może Sam Bartowski nie poznała pchlarza, jednakże on raczej poznał ją. Był w końcu w barze u Andy’ego, gdy kobieta pojawiła się tam w jeszcze gorszym stanie niż obecnie była. I powiedzmy sobie szczerze, nawet jeśli pies raczej polubił Samanthę, nie atakując jej obecnie a chcąc się z nią bawić… Cassandra nie podzielała jego entuzjazmu. Czy chodziło o pamiętną rozmowę telefoniczną, czy o wielkie wejście, jakie zrobiła jej aktualna rozmówczyni, czy o coś jeszcze, Cassie wolała raczej zdystansować się od tej osoby. No, bardziej niż to robiła zazwyczaj.
Zaoferowała jednak pomoc, na której propozycję najwyraźniej nie miała otrzymać właściwej odpowiedzi. Dostała tylko niezbyt przyjazny warkot o tym, że powinna pilnować własnego psa i - faktycznie - przywołała go do siebie po raz kolejny, wpierw łapiąc go za obrożę, a następnie na powrót zapinając smycz. Nie do końca wiedziała, czy powinna po tym wyciągnąć rękę w kierunku niepełnosprawnej, jednakże ta najwidoczniej postanowiła poradzić sobie sama. Gardner nie zamierzała być zatem nadmiernie nadgorliwa. Zamiast tego odezwała się niezbyt głośnym, niezbyt przejętym tonem głosu.
- Powinnaś znaleźć kogoś, kto cię wyleczy, bo przy tak szybkiej rekonwalescencji nigdy się z tego nie wygrzebiesz. - Nie, nie zamierzała mówić o tym, iż brat Bartowskiej doskonale znał kogoś, kto teoretycznie mógłby pomóc jego siostrzyczce. Nie tylko nie chciała wysyłać nikogo do Wallace. Po prostu… Nie czuła się w obowiązku ułatwiania życia komuś, kto był dla niej dosyć paskudny. Już nie. Zbyt wiele razy czegoś takiego doświadczyła.
Ostatecznie nie odeszła jednak z psem, choć pewnie mogłaby to zrobić. Dostrzegając, że z kobietą było zdecydowanie nie w porządku, westchnęła cicho, zbliżając się do niej i sięgając po kulę, którą tamta tak bardzo chciała podnieść. Podała jej ją bez słowa, odzywając się dopiero chwilę później.
- Zamówić ci taksówkę?
_________________
The more I think about it now The less I know All I know is that you drove us
Wysłany: 2018-06-21, 17:59
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
-Dzięki... - Mruknęłam wyraźnie mało zadowolona, bo - mimo, że nie chciałam tego przyznać - wiedziałam, że sama bym tej kuli nie podniosła bez kolejnego zaliczenia gleby. Mimo wszystko jednak, odwróciłam wzrok od kobiety, spodziewając się... Jakiegokolwiek przejawu wyższości nade mną? Miałam ostatnio wrażenie, że każdy czuje się lepszy. Że każdy mnie ocenia. A przecież nikt nie wiedział, z czym się zmagam. Jak wiele mam problemów. Jak bardzo sobie z nimi nie radzę. I jak wiele zmian zaszło w moim życiu... To było... Przykre. Nigdy nie miałam łatwego życia, ale ostatnio waliło się po równi pochyłej, a ja chyba nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Wolałam dać się ponieść tej rzece tragizmu i ściągnąć na samo dno.
- Poradzę sobie bez tego. - Dodałam po chwili, w odpowiedzi na jej pytanie. Przecież nie mogłam się przyznać, że i fundusze które przy mnie zostały starczą co najwyżej na szybką kawę w starbucsie i bilet autobusowy. A tu znowu pojawiał się problem w postaci proszenia o pomoc - albo właśnie napotkanej amatorki piesków, albo Ricks. A na żadną z tych opcji nie mogłam sobie pozwolić.
- A Ciebie to powinno gówno obchodzić. - Odparłam z wyjątkową pewnością w głosie, na jej stwierdzenie o leczeniu. Tego typu uwagi ostatnio strasznie mnie irytowały, szczególnie odkąd pojawiły się u mnie pierwsze oznaki tej przeklętej mocy. Rany... Czyżbym dopiero teraz na własnej skórze doświadczała tego, za co niegdyś odrzuciłam od siebie Aarona? Czyżby to się właśnie nazywało karmą? - Nikt Cię ostatnio porządnie nie wydupcył, że tak się wtryniasz w życia innych, czy ki wuj?! - Dodałam po chwili, zapewne dużo mniej przyjemnie. I przecież... Dobrze zdawałam sobie sprawę, że moich ust w życiu nie powinny opuścić takie słowa, tym bardziej, gdy to prawdopodobnie ja byłam na głodzie. Ale może właśnie dlatego tak szybko zawędrowały na mój język? Czyżbym w pannie Gardner i tym nieszczęsnym spotkaniu odnalazła miejsce na wylanie swojej frustracji i odbicie bólu głowy?
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.
manipulacja snami
58%
Rebel
name:
Cassandra Eloise Gardner
alias:
Cassie
age:
33 lata
height / weight:
166 / 50
Wysłany: 2018-06-21, 18:30
Multikonta: Sophie
#Mrs. Sandman
Słysząc dosyć kiepskie - ale zawsze jakieś - podziękowanie ze strony Samanthy, nieznacznie wzruszyła ramionami, dając tym samym kobiecie do zrozumienia, że nie było sprawy. Bądź co bądź, to pies Gardner najwyraźniej przyczynił się do upadku siostry Aarona. No, przynajmniej tego fizycznego, bo z moralnym upadaniem Sam najwyraźniej radziła sobie adekwatnie do własnego imienia - sama. W jednej chwili będąc kimś niesamowicie irytującym, w kolejnej dając się znieść, żeby w następnej osiągnąć sam szczyt gburowatości.
Może nie najchętniej pomagała ostatnio ludziom, wolała się dystansować, najwygodniej było dla niej po prostu obrócić się na pięcie i odejść… Ale teoretycznie przecież zadzwonienie po taksówkę nie miało jej nijak zaboleć. Tak samo jak spojrzenie na Bartowski w ten typowy dla byłego sanitariusza i niedoszłego lekarza, może nieco mechaniczny i tchnący przyzwyczajeniem do pewnych spraw, sposób.
Nie chciała nikogo obrazić, instynktownie odsuwając się o krok od rozmówczyni i patrząc na nią w ten zmieszanie-politowany sposób. Nie wiedziała, jaki był w tym powód do takiej a nie innej reakcji. Naprawdę gwałtownej i niedopasowanej do sytuacji, jak na jej oko, jednakże raczej nie powinna oczekiwać niczego innego po kimś, kto wyglądał na mocno wczorajszego - jak nie wciąż nieźle napitego.
- Odstaw wódę, Bartowski. - Sarknęła, tak naprawdę nie mając zamiaru wdawać się głębiej w jakieś kłótnie z tą kobietą, ale po prostu nie mogąc darować sobie teraz komentarza. To zdecydowanie nie był jej czas, czuła się przytłoczona tym wszystkim, co raz po raz waliło ją obuchem w głowę. Czy to łącznie, czy z osobna. Nie potrzebowała jeszcze tego, by wyżywała się na niej jakaś skacowana, praktycznie całkowicie nieznajoma osoba o kulturze osobistej nie większej od tej, jaką miał żwirek na pobliskiej ścieżce. I chociaż sama Cass nie miała raczej prawa komentować tego w taki sposób… Cóż, zrobiła to.
_________________
The more I think about it now The less I know All I know is that you drove us
Wysłany: 2018-06-21, 19:08
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Nie.
Nie byłam sobą.
A może dopiero siebie odkrywałam? Może dopiero teraz pozwalałam swojej prawdziwej "ja" wyjść na zewnątrz? Tylko czy chciałam być takim człowiekiem?
Nie mogłam się powstrzymać. Nie wiedziałam, kiedy się ugryźć w język. Prawdopodobnie dlatego coraz częściej prowokowałam kłótnie - bo przecież dobrze wiedziałam, że te wychodzą ode mnie. A jednak... Bolało. Każda uwaga bolała. Tym bardziej, gdy z prawdą nie miała wiele wspólnego. W sumie zabawne, że tyle czasu trwałam w nałogu, a gdy w końcu nie miałam ani jak, ani kiedy pić - dopiero wszyscy zaczęli zauważać problem. Dopiero teraz zaczęto mnie brać za alkoholika. Pijaka. Chlejusa... Z pewnością, stałam się tym, przed kim ostrzegali mnie rodzice...
Słowa Cassandry zabolały mnie o tyle bardziej, bo byłam niemal pewna, że niegdyś ktoś dokładnie tym samym zdaniem skierował się do naszego ojca. Odstaw wódę, Bartowski. Trzy słowa, które tak bardzo mnie piętnowały i tak bardzo mi uświadomiły, jak niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Chyba właśnie dla tego, na ułamek sekundy zacisnęłam własne wargi jak i dłoń w pięść.
- Jakbyś kurwa cokolwiek wiedziała. - Syknęłam w jej kierunku, tym razem dokładnie wlepiając swoje rozgoryczone, choć wciąż zamglone ślepia w jej twarz. Dodatkowo denerwował mnie fakt, że kobieta dobrze wiedziała, kim jestem. Czy dlatego wydawała się tak znajoma? A może to właśnie ona była jednym z tych, którzy mnie śledzą? Może dlatego tu była? Może dlatego ten pchlarz na mnie skoczył? Paranoja z pewnością mnie w tym momencie nie opuszczała. - Chyba że wiesz? Wiesz?! Jak dużo kurwo wiesz?! Gadaj natychmiast! - Rzuciłam w jej kierunku nerwowym tonem, z każdym kolejnym słowem podnosząc głos i zbliżając się do niej - choć zapewne nieudolnie, zarówno przez mój mocno wczorajszy stan, jak i fakt, że musiałam wciąż się wspierać o kuli. Czym jest jednak ból czy dyskomfort, gdy zaczyna Cię ogarniać czysta wściekłość?
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.
manipulacja snami
58%
Rebel
name:
Cassandra Eloise Gardner
alias:
Cassie
age:
33 lata
height / weight:
166 / 50
Wysłany: 2018-06-21, 20:35
Multikonta: Sophie
#Mrs. Sandman
Dotychczas naprawdę sądziła, że to właśnie Aaron był najbardziej ekscentrycznym, nieprzewidywalnym Bartowskim, jakiego mogła kiedykolwiek spotkać. Była jednak niewątpliwa różnica w zadawaniu się z kimś, kto może czasami - no, dosyć często - zachowywał się zupełnie tak, jakby nie miał piątej klepki, ale jednocześnie dawał się lubić… A tym, co odwalała w tej chwili Samantha. Cassandra nie musiała specjalnie jej znać, aby stwierdzić, że zdecydowanie współczuła znajomym i rodzinie kobiety.
Alkohol alkoholem, sama wielokrotnie miała okazję poczuć jego wpływ i konsekwencje nadmiernego spożycia, ale nigdy nie zachowywała się po nim w taki sposób. Cóż, to była zapewne personalna sprawa, zwłaszcza że pijana Gardner miała dwa nastroje - skrajnie depresyjny lub niemożliwie wesoły, nic pomiędzy, nic innego. Na trzeźwo raczej także nie była agresywna. Porywcza? Na pewno. Impulsywna? Dosyć często. A jednak nie czysto agresywna, o ile sytuacja nie prowokowała jej na przykład do przyłożenia komuś w twarz, jaja… Czy strzelenia w niego z pistoletu, ale na to ostatnie miała przecież wytłumaczenie, nie? Doskonale wiedziała, że gnojek miał na sobie kamizelkę kuloodporną.
Nawet jeśli ostatnio prawie całkowicie się pogubiła, nie do końca wiedząc już, kim była i kim powinna być, urządzanie kolejnych scen nie było jej raczej w smak. Chodziło w końcu o to, aby nie zwracać na siebie uwagi. Niby teoretycznie znajdowały się całkowicie same w tym dosyć miejscu - dosyć opustoszałym, nawet jak na tak wczesną porę, ale nauczyła się już, by nie kusić losu. Jeśli coś tylko mogło pójść nie tak, zapewne miało to zrobić. Tak już działał ten mocno pochrzaniony świat, nie?
Aktualna sytuacja była poniekąd kolejnym przykładem na to, jak działały prawa Murphy’ego. To musiał być akurat jej pies, musiał akurat wyjątkowo wybiec za bardzo w przód, akurat zechcieć bawić się z tą konkretną osobą, akurat ją wywrócić… I akurat musiało trafić na Samanthę Bartowski - największego pieniacza znanego temu światu.
- Kobieto… - Zaczęła, nie kończąc jednak tego, co planowała powiedzieć, gdyż to właśnie wtedy Sam najwyraźniej włączył się jeszcze bardziej psychiczny tryb. Może to było nie tylko najebanie? Może po prostu gryzła ołowiane pręty przy łóżeczku, gdy była mała? Gdyby Cassie to interesowało, zapewne spytałaby o to Aarona, jednak w tej chwili… W tej chwili odruchowo zaczęła się cofać, przytrzymując coraz bardziej zdezorientowanego psa, który najwidoczniej nie był już tak skory do zabawy.
- Czy ty masz dobrze w głowie?! - Prawdopodobnie nie powinna była tego mówić, żeby nie prowokować kogoś, kto najwyraźniej zamierzał zatłuc ją kulą - o ironio, Cass sama ją jej przy tym podała - jednak te słowa instynktownie wydostały się z jej ust. - Zamów taksówkę, wracaj do domu, wytrzeźwiej. - Dopowiedziała, cofając się jeszcze bardziej i sięgając do kieszeni po telefon. - A może powinnam zadzwonić do Aarona? Zadzwonię do Aarona. Zabierze cię stąd, kobieto… - Czy Bartowski był naprawdę tym lepszym bliźniakiem...? Bardziej rozsądnym, rozważnym i opanowanym? Nigdy nie myślała, że tak o tym pomyśli.
_________________
The more I think about it now The less I know All I know is that you drove us
Wysłany: 2018-06-21, 21:27
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Geny Bartowskich z pewnością nie należały do najłatwiejszych przy ujarzmianiu. Zarówno ja, jak i mój brat mieliśmy swoje za uszami. Oboje byliśmy uparci, szybciej działaliśmy, niż myśleliśmy. I z pewnością - oboje mieliśmy swoje słabości. On jednak zdawał się lepiej z nimi radzić - przynajmniej z mojej perspektywy. Może to zasługa tej jego dziewczyny, co to na jego wybuchowy charakter wpłynąć potrafi? A może kwestia tego, że bractwo zapewniło mu schronienie, dom, pomogło zapanować nad mocą...
Ugh. Dalej sobie plułam w brodę, że i mnie to spotkało. Miałam wrażenie, że właśnie odkąd mój stan tak drastycznie zaczął się zmieniać... Zmieniałam się i ja. Ale przecież nie powiem tego obcej babie, która wie o mnie zdecydowanie zbyt dużo. Nie wiedziałam, czy nie współpracuje z psiarzami albo GC. A przecież tak świetnie wpasowywała się teraz w mój schemat, czyż nie? Może samo śledzenie mnie przez nadajnik to było dla nich za mało? Może jeszcze chcieli mnie pilnować na żywo? A ja właśnie pokrzyżowałam im plany? Haha, mam was! Nie dorwiecie mnie więcej. Nie dam się więcej zastraszyć! Nie dam więcej skrzywdzić ani siebie, ani nikogo mi bliskiego! Tym bardziej, gdy mi nie mogliście już wiele zabrać, poza samym życiem!
Nie zwróciłam nawet uwagi na fakt, że ta nieznajoma próbuje się ode mnie oddalić. Mój skacowany, niewyspany i zmęczony umysł już zdążył dodać dwa do dwóch, a wynik w postaci siedmiu przecież nie był aż tak wielką różnicą. Z nią musiało być coś nie tak. A samo napomknięcie o moim bracie... Cóż. Wywołało we mnie jeszcze większą złość. No a ja nie mogłam przecież ani skojarzyć jej głosu, jako tego, który kilka tygodni temu wzywał mnie do baru. Nie potrafiłam też dopasować miejsca, w którym widziałam jej twarz. Czy to dlatego tak łatwo było mi uznać, że to ona była jedną z tych osób, które wcześniej mnie doprowadziły do tragicznego stanu?
- Aarona? Mało Ci torturowania go?! - Rzuciłam w jej kierunku, jednocześnie wolną dłonią wytrącając telefon z dłoni Cassandry. Hah, no zwycięstwo jak ta lala! - Odpierdol się od niego! Od nas! Mało wam, wy hieny?! Za mało niszczycie życia?! - Krzyczałam jej w twarz, ledwo powstrzymując się przed płaczem. Sama się nakręcałam na ten czarny scenariusz, nawet nie dając jej dojść do słowa. Nawet nie kojarząc, że gdyby serio coś z jej strony mi zagrażało, już dawno by mnie to spotkało. Przecież wiedziałam, że oni się nie patyczkują. A jednak... Tak łatwo było kogoś oskarżyć, czyż nie?
Oh boi...
Zdecydowanie zbyt łatwo. I pomyśleć, że jeszcze kilka chwil temu, właśnie taki osąd zapoczątkował tę tragedię...
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
They've promised that dreams come true... But forgot to mention that nightmares are dreams too.
manipulacja snami
58%
Rebel
name:
Cassandra Eloise Gardner
alias:
Cassie
age:
33 lata
height / weight:
166 / 50
Wysłany: 2018-06-21, 22:56
Multikonta: Sophie
#Mrs. Sandman
Jeśli ktoś był w stanie zaradzić temu wszystkiemu, co tu się odpierdzielało, nie miała wątpliwości, że miał to być Aaron. W końcu… Kto jak kto, ale to właśnie ten nieogarnięty, impulsywny, szalony Bartowski najlepiej znał swoją zdziczałą, agresywną, nieprzewidywalną bliźniaczkę. Czy to był nadmiar alkoholu, czy kac, czy po prostu jakaś psychoza, Cassandra nie zamierzała bagatelizować żadnej z tych opcji. Ba, zdecydowanie wystarczyło jej to, iż chwilę wcześniej uznała Sam za raczej nieszkodliwą pijaczynę…
A teraz zdrowo jej się dostawało. Zdrowo od niezdrowo nielogicznej, chorej kobiety, której najwyraźniej wydawało się, że była pieprzonym wojownikiem nindża i brakowało jej tylko słynnej bluzy z napisem King Bruce Lee Karate Mistrz. Pomimo kiepskiego stanu fizycznego, chybotania się na nogach, potrzeby korzystania z kuli do podpierania się na mokrym, zdradzieckim terenie… Samantha startowała do Gardner zupełnie tak, jakby znajdowały się na ringu bokserskim, a ona sama była nominowana na sportowca roku.
Z niepełnosprawnymi się ponoć nie biło. Niepełnosprawnym - i niepełnosprytnym, jak nic - dawało się fory, unikało się ich fizycznych zaczepek… Jednak wszystko miało swoje granice. Prawdopodobnie Cass powinna po prostu odejść jak najdalej od swojej rozdrażnionej towarzyszki, żeby nie znajdować się w zasięgu nieskoordynowanych ruchów ręka-mózg Bartowskiej, a następnie - bez informowania kogokolwiek o tym fakcie - zadzwonić do Aarona. Nie wiedziała, co ją zaćmiło, że postanowiła na głos wspomnieć o swojej chęci wykonania tego telefonu, ale…
To był błąd. Wytrącona jej z ręki, komórka upadła częściowo na trawę, częściowo na żwir, jednak w głównej mierze na betonowy krawężnik, zaś odgłos pękającego ekranu Cassie usłyszała nawet pomiędzy wariackimi warknięciami Samanthy. To było już za dużo. Wyraźnie się wściekając i przenosząc wzrok na agresorkę, Cassandra zaczerpnęła trzy naprawdę głębokie wdechy, nim nie wywarczała.
- Idź się leczyć, idiotko. Masz jakąś chorą manię prześladowczą?! Przestań rzucać się na ludzi. Czy ty widzisz, co sama robisz?! - Nie powinna schylać się po telefon, więc przesunęła go nogą jak najdalej od Bartowskiej, już obiema rękami przytrzymując smycz coraz bardziej wkurzonego - i szczekliwego - psa.
_________________
The more I think about it now The less I know All I know is that you drove us
Wysłany: 2018-06-23, 20:16
Multikonta: Caroline, Joe
#FPTP
Pierwszy strzał! #ZadaniaMG
1 Rok na Giftedach!
2 lata Giftedów!
Rzeczywiście. Nie było ze mną dobrze, a co najgorsze - nie potrafiłam tego dostrzec. Wciąż złudnie sobie wmawiałam, ze sama mogę sobie pomóc. Przecież, no halo, byłam po psychologii. Potrafię rozpoznać zaburzenia, wiem jak z nimi walczyć. Ja to wszystko wiem!
Czemu zatem tak łatwo było mi przegapić nawet proste sygnały? Czemu nie potrafiłam się przyznać, że mnie to przerosło?
Wpadałam w coraz większą paranoję. Bałam się. A co gorsza... Wciąż nie panowałam nad swoimi nowymi zdolnościami, które wpakowywały mnie w to bagno. Nie panowałam nad sobą w żadnym aspekcie. I chyba to mnie dodatkowo przerażało... Czułam się, jakby wewnątrz mnie kryło się kilka różnych osób, o tak wielu podejściach, ideologiach i wspomnieniach. Do kurwy nędzy - nie potrafiłam odnaleźć żadnej chronologii ani porządku we własnych myślach. Powoli przestawałam odróżniać jawy od snu. Zatracałam się...
- No, co robię? Co robię?! - Rzuciłam w kierunku tej kobiety, a moje oczy zaczęły się szklić. Ledwo stałam na nogach i dobrze o tym wiedziałam, a te wszystkie nerwy i buzujące emocje tylko wzmacniały mój ból głowy i złe samopoczucie. - Co wy ze mną zrobiliście... - Wydukałam po chwili, zaciskając własne wargi i coraz mocniej ściskając uchwyt kuli w swojej dłoni. To było dla mnie za dużo. Nie mogłam jednak tak się sprzedać przed tą nieznajomą i okazać swojej słabości, mimo, że mój żołądek już od dłuższej chwili pragnął sobie ulżyć. To chyba właśnie dlatego darowałam sobie dłuższe przekomarzanki czy rzucenie się na blondynkę, mimo, że mój ledwo trzeźwy i zmęczony umysł z pewnością uznałby to za świetny plan. Zasłoniłam więc swoje usta wolną ręką, i ruszyłam przed siebie, nie wyduszając z siebie już ani jednego słowa, jednak wyraźnie ciągnąć pannę Gardner z bara i dodatkowo depcząc po jej i tak już zbitym telefonie. Czy mnie to obeszło? Wcale. Czy czułam satysfakcję? Też chyba nie bardzo. Więc w sumie nie wiem, co czułam, gdy oddalałam się od tej pozornej pracownicy rządu.
No. Może poza ulgą, gdy w końcu, po przejściu kilkunastu metrów kac nade mną wygrał, wyrzucając z mego wnętrza cokolwiek, co mogło drażnić mój układ pokarmowy. Cóż... Przynajmniej byłam te kilkanaście gramów lżejsza, gdybym jednak chciała startować na średnio-udaną fotomodelkę do taniego brukowca...
[z/t]
_________________
The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
Umówił się z Anną już chyba tydzień temu. W jego życiu ostatnio ciągle coś się działo, ale na szczęście ostatnie tygodnie były spokojniejsze. Przynajmniej w kwestiach rebelii i walki. Czekał na jakieś rozporządzenia albo rozkazy od Nicholasa, bo szczerze to razem z Colleen rwali się do akcji, Siedzenie zbyt długo w jednym miejscu, w spokoju nie było w ich stylu.
Anna też nie miała lekko, całkiem zmieniła swoje życie i przeniosła się do bractwa. Rzadko mieli okazję się spotkać, bo teraz żyli po dwóch przeciwnych stronach barykady. I choć Rebelia i Bractwo od czasu do czasu współpracowało, to jednak ich poglądy drastycznie się różniły. Ponadto każde z nich miało inne obowiązki, więc po prostu nie mieli tyle czasu. Wymieniali się smsami, dzwonili do siebie, ale to było chyba pierwsze ich spotkanie, od kiedy zostawił ją w rękach bractwa.
Postanowili, że spotkają się na mieście i o ustalonej porze czekał na nią na ścieżce. Miał zgoloną brodę, na nosie miał "kujońskie" okulary i czapkę z daszkiem, by zminimalizować ryzyko poznania przez jakiegoś agenta DOGS. Co prawda ta ścieżka mieściła się nieco z boku i nie było na niej zbyt wielu pieszych, ale jednak wolał dmuchać na zimne.
Ostatnie tygodnie były dla niej dość ciężkie. Nowe miejsce, nowi ludzie. Zrezygnowała chwilowo z pracy, mieszkanie brata wynajęła. Chociaż z tego miała coś pieniędzy. Swoje mieszkanie zostawiła niewynajmowane. By w razie czego mieć gdzie wracać. Dodatkowo, ćwiczyła zaczem z Liamem albo Chloe. Oboje starali się jakoś pomóc jej opanować moc. Jednak niestety nie była w stanie jeszcze jakkolwiek opanować tej mocy. Co doprowadzało ją do szału. Mimo, że pogodziła się już z faktem bycia mutantką, czasem mogło by się zdawać, że jest inaczej. Albo rzeczywiście tak było...
Wreszcie po dłuższym czasie udało się im znaleźć wolną chwilę by się spotkać. Dziś było ciepło więc ubrana w krótkie jeansowe spodenki, koszulkę bez rękawów i wygodne adidasy, dotarła wreszcie na umówione miejsce. Niemal od razu przytuliła przyjaciela.
-Stęskniłam się.
Powiedziała zgodnie z prawdą. Miała wrażenie jakby minęły wieki od ich ostatniego spotkania. Choć minęło zaledwie kilka tygodni. Chyba musiała się zacząć przyzwyczajać do tego, że widywali się coraz rzadziej.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum