Alba Delgado - 2019-02-10, 17:04 Dużo przeszli. W nieznośnej katordze dotąd ciągnęły się te dni. Bez nadziei, bez siebie. Otuleni mrokiem i pełni poczucia, że jedynym rozwiązaniem jest życie w krzywdzie – kaleczenie samego siebie. Tak robiła Alba każdego dnia. Niefizycznie, nie cięła się i nie połykała trucizny, ale skala wariacji myślowych mogłaby zabić. Pierwszy raz była zakochana i, choć pary rozstają się, choć ludzie łączą się w nowe, to ten przypadek był wyjątkowy. Po prostu nie docierało do niej, że ich drogi rozeszły się już na zawsze Moc koszmarów wyciskała z niej blask z nocy na noc. Aż wrócił i mogła się obudzić, już tak naprawdę.
Skryte w cieple pościeli nieosłonięte ciało wtulało się w Aarona. Było ciepło i dość duszno, miejsce niezbyt urokliwe wiązało się z ponurą ciemnością i ciężkim zapachem, ale to nic. Czując pod palcami drgania, uświadomiła sobie, że to nie sen. Był tutaj. Przez moment bała się przebudzić, aby nie doznać okrutnego rozczarowania. Tylko że jej nos wchłaniał mocny, męski zapach, a jej pierś gniotło twarde ciało. Poruszyła się. Dopiero poczuła, jak sztywne i zdrętwiałe są jej nogi, jak bardzo umęczona jest tam w środku. Jakby fizycznie zapomniała, jakby utraciła pamięć o wspólnej wariacji uwieńczonej tym wyraźnym wysiłkiem. Ślad po ich bliskości odciskał się na każdym skrawku. Obejmował ją, a ona chciała jeszcze udawać, że śpi, jakby męczył ją jakiś nieznośny lęk. Dłoń przesunęła się po piersi i zjechała nieco w dół, próbowała go docisnąć jeszcze mocniej do siebie. Czy również czuł taką ulgę? Zapomniana już błogość i szczęście, w które od dawna już nie potrafiła uwierzyć. Przebudził ją cień jego emocji, w nie uwierzyła najbardziej, bo tak wiele już razy wyobrażała sobie, że budzi się, a on leży obok. Teraz naprawdę był. Podniosła się gwałtownie i usiadła, porzucając dotyk ramiona Aarona. Zakręciło jej się w głowie, a w plecy uderzył chłód. Gdy się zginęła, poczuła niespodziewany ból. Co to? Odsunęła kołdrę od swojej klatki piersiowej. Cholera. Zabawy z ogniem, a potem zabawy z Aaronem. Oparzenie wyglądało brzydko, ale to nic, na pewno przejdzie. Na pewno nie pozwoli jej zapomnieć o tym, jak potwornie krzywdzą płomienie. Obróciła się w jego stronę.
- Więc jesteś prawdziwy – powiedziała cicho, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Tak dobrze było jej z myślą, że on jest tu obok i przez krótką chwilę nie musi się bać. Czuła się bezpieczna, a tego uczucia nie można było porównywać do żadnej najmniejszej emocji z ostatnich kilku miesięcy.Aaron Bartowski - 2019-02-17, 14:44 Ulga, poczułem ulgę. Alba wciąż tu była ze mną i nie pozostawała jedynie wspomnieniem wczorajszej nocy. Piękna sprawa, a zarazem taka niepewna. Chodziło oczywiście o moje wątpliwości. Teraz już wiedziałem, co czuła Colleen, kiedy wariowała. Może miałem nawet lekkie wyrzuty sumienia przez to, że byłem dla niej zbyt mało wyrozumiały? Cóż, ale gdyby nie to, wciąż tkwiłbym w związku z Col i nie byłbym z Albą. Nie byłbym z Albą… Właściwie już z nią nie byłem. Albo znowu byłem. Reasumując, nie powinienem jej zostawiać. Pomimo wątpliwości. I tego wszystkiego. Bagno, jakieś.
I jeszcze poderwała się tak gwałtownie? Czyżby moje emocje…? Nie chciałem. Zrobiłem niewątpliwie przerażoną minę, otwierając oczy, ale ona już się uśmiechała od ucha do ucha. Co też powiedziała? Że jestem prawdziwy? Z tego wszystkiego nie mogłem też się nie roześmiać.
- Czy ja wyglądam na ducha? – zapytałem, kręcąc głową na tego głuptasa. Porwałem ją czym prędzej pod kołdrę, stwierdzając przy okazji, że już jej z niej nie wypuszczę. Wyłaskotałem, a potem, gdy już błagała o litość, zacząłem całować i dotykać jej talii, delikatnie rannego brzuszka, piersi, ramion, by po nich niegrzecznie zjeżdżać niżej. Pomasowałem, bo why not? Poranki były takie… Awww. Poranki z Albą, oczywiście.
- Wiesz co, kocie? Chyba ty też jesteś prawdziwa – stwierdziłem rozbawiony, jak taki mały chłopiec-rozbójnik, kiedy już ta moja Albeczka zaczynała zwijać się z pożądania?Alba Delgado - 2019-02-24, 17:29 Ten stan, te pogodne łaskotki, rozbawiony głos i lekkość. Dawno go takiego nie widziała. W ogóle dawno go nie widziała, ale ten wczorajszy, tak dramatyczny Aaron, nie był tym, na którego widok radość rozpierała jej serce. Teraz, gdy zbudził się pogodny i chętny na łaskotki, odsłaniał zupełnie inną postać. Jego aura, jego emocje… Miał moc - leczył ją, kiedy był szczęśliwy i mogła to poczuć w najgłębszych zakamarkach swojej duszy. Takiego go chciała codziennie widywać i właśnie takim go chciała uczynić - bezpiecznym i szczęśliwym. Wtedy i jej będzie łatwiej podnieść się z tej gęstej toni smutków, w jakiej przyszło jej to pić się przez ostatnie kilka miesięcy. Mój kochany, mój…
- Ajć, poczekaj - powiedziała, zaciskając mocniej powieki i odsunęła jego dłonie, Chociaż chciała udawać, że to nic, choć chętnie pozwoliłaby mu schować się znów między swoimi udami, to jednak nie mogła. Bolało. Pękły tęczowe obłoczki nad nimi i wróciły obrazy z mostu. Przesadziła. Powstrzymała go, znów przyciągnęła do siebie, wyrwała z odmętów bólu i dramatu, ale pozostał ślad, który tak po prostu nie zniknie. Odsłoniła skryty pod kołdrą brzuch. Potem popatrzyła na Aarona i zagryzła mocniej usta. Chudy, blady brzuch naznaczony brzydką ranką. Nie przeszkadzało jej to w nocy, kiedy kochali się, zagłodzeni w tej tęsknocie. Dziwnie sobie to uczucie bólu zasłoniła pożądaniem i przez chwilę nie istniało. Teraz jednak obudzili się. Chyba potrzebowała jakiejś maści, albo przynajmniej opatrunku, aby ranę oddzielić od ubrania. - Cholera... - mruknęła i położyła się znów. Zaniepokojona ułożyła rękę na czole i przymknęła powieki. Skutki brzydkiego szaleństwa, skutki desperackiej nieodpowiedzialności. Skutki miłości, o która trzeba walczyć. Choćby nie wiem co. Piekło ją. Jak płomienie, z którymi figlował każdego dnia.
Teraz się przestraszyła. Przecież.. Przecież nie mogła iść do lekarza. Nie była nawet ubezpieczona. I co powie? Że świecznik się na nią przewrócił? - Myślisz, że to przejdzie? - zapytała, wiedząc - niestety - że Bartowski się na tym znał aż za dobrze. - Musimy chyba iść do apteki - dodała, przekręcając lekko główkę. Popatrzyła na niego i odnalazła swoją łapką jego palce. Drugą ułożyła jego dłoń na swoim boku i lekko się przekręciła. Chyba… chyba nie mogła póki co pozwolić sobie na zabawę, której pragnął.Aaron Bartowski - 2019-03-03, 12:40 Chyba jednak nie dane nam było oddać się porannej beztrosce. Rana Alby, którą, tak na marginesie, zadała sobie sama, nie pozwalała nam na to, przysparzając jej niezbyt przyjemnych doznań. Coś o tym wiedziałem i stwierdzałem, że powinno to ją powstrzymać następnym razem przed takimi akcjami. I tak pewnie niejednokrotnie jej to wypomnę… To naprawdę było głupie! Gdybym nie miał mocy, gdybym miał w sobie mutazynę albo nawet alkohol, którym się otumaniałem… Byłoby o wiele gorzej.
- Myślę, że nie powinnaś była wyciągać zapalniczki, żeby się podpalać. Co to za pomysł?! Mogło się skończyć o wiele gorzej… – stwierdziłem, oglądając jej brzuch. – Pójdę po lód.
Bądź co bądź mieliśmy do czynienia z poparzeniem, więc wysunąłem się spod kołdry i zacząłem się zbierać. Miałem wśród opcji, wrzucenie jej do wanny pełnej lodowatej wody – czego jej nie życzyłem, bo przy większej ilości placków, to może było konieczne. Nigdy nie miałem zrozumieć pasji morsów do zimnych kąpieli. To chore. Pozostawał nam lodowy okład. Na pewno gdzieś w motelu mieli lodówkę i tak dalej, więc pewnie zaraz byłem z powrotem. Albo trochę dłuższe zaraz.
Przyłożyłem woreczek do brzucha Alby.
- Potem ci kupimy maść, żeby nie zostały blizny – dodałem. Niezbyt mi było teraz do śmiechu, bo po drodze stwierdziłem, że ta cała chora akcja to tylko i wyłącznie moja wina. Gdybym był przy niej i walczył dla niej o wszystko, co najlepsze, to w akcie desperacji nie podpalałaby się na moich oczach. Byłem na siebie wściekły.
- Jak się czujesz? Będzie trochę piekło… Trzeba robić okłady. – Niestety, nie miałem mocy, by to cofnąć. Nie tak to działało. To samo tyczyło się ludzi, których spaliłem. – Może pójdę kupić coś do jedzenia. Na co masz ochotę? – zapytałem. Miałem jeszcze trochę oszczędności. Mógłbym poprosić ciotkę o kilka dni noclegu, póki bym czegoś nie znalazł… Na motel raczej nie było mnie stać, niezależnie od tego, jak wielką dziurą był. Ale, halo, będzie wszystko okej.