Vera Neumann - 2018-07-13, 12:09 Przy tej dziewczynie musiałam utrzymywać przedstawienie. Musiałam grać. Nie było innego wyjścia. Ona była rozwiązaniem. Ona była drogą do nagrody. Ona... Ona musiała w końcu pęknąć!
- Natalie Card. - Przedstawiłam się fałszywym imieniem, po czym nawet wydusiłam z siebie pojedynczą, smutną łzę spływającą po moim policzku. - Widzisz, Ricky... Ta sprawa jest bardzo delikatna, bo... Debra... Ta kobieta, którą skrzywdził Fowler... Jest moją przyjaciółką. Nie jestem policją. Nie mam nic wspólnego z FBI. A oni umywają ręce, bo Dale jest mutantem. Tak, to ten pierdolony Rząd goni za byle małą mutantką na marszu, a gdy ktoś naprawdę sprawia zagrożenie... Umywają ręce! Wyobrażasz to sobie? - Wciąż odkrywałam teatrzyk, nerwowo chodząc po celi. Tyle dobrego, że moje umiejętności aktorskie były na wysokim poziomie. - Gdy Rząd zawodzi, muszą działać zwykli ludzie. Tacy, jak ja czy Ty. A ten gnój... Zrobił już tyle złego... Muszę go dorwać Ricky. Muszę. I liczę, że mimo wszystko, pomożesz mi w tym. Oczywiście, niekompetencje tego bufona Ci wynagrodzę... Po prostu... Nie wiem już co robić. Tak bardzo chcę pomóc biednej Debrze... - Kontynuowałam swoją ckliwą historyjkę, nawet pociągając nosem. Musiałam w końcu wypaść jak najbardziej autentycznie. - Wybacz. Zaraz do Ciebie poślę medyka. Zapoznaj się proszę z tymi dokumentami. Jak zmienisz zdanie, wystarczy jedno słowo i tu przyjdę. - Dodałam po chwili, już kompletnie wychodząc z celi i zamykając za sobą drzwi.
Zachowanie Reynoldsa jednak doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Nie ufałam mu. Był zbyt cwany. Zbyt szalony. Zbyt... Nieokiełznany. Nie była to osoba godna zaufania - nie, gdy było się tak wpływową osobą jak ja. Musiałam być czujna. A przecież... Przecież ochroniarz miał być po to, bym mogła właśnie chwilami odpuścić, czyż nie?
- Z tego co wiem, Twoją sprawą jest moje bezpieczeństwo. - Zarzuciłam mu, wyraźnie marszcząc brwi. - Ale proszę bardzo. Z wielką chęcią przekażę Pani Prezes, jak niekompetentnych ludzi przydziela do tak poważnych stanowisk. - Dodałam po chwili, bez żadnej namiętności w głosie, jakbym właśnie czytała najnudniejszą książkę świata. To naprawdę nie było dla mnie żadne wyzwanie, a z chęcią był się pozbyła tego debila ze swojego otoczenia. Dlatego też wyciągnęłam swój telefon komórkowy, niemal natychmiast wyszukując w nim numeru Louanne.
- Proszę, mogę nawet teraz do niej zadzwonić. - Nie odrywałam w tym czasie wzroku od mojego smarfona. - Oczekuję, że w przeciągu godziny spotkasz się ze mną w biurze. W innym wypadku możesz się pożegnać z... Organizacją. - W końcu padło z mych ust, gdy jednak postanowiłam się skupić na moim drogim przyjacielu. Dobrze wiedziałam, że nie jest tu sam. Jego siostrzyczka, w przeciwieństwie do tego dryblasa przynajmniej coś potrafiła. Coś sobą reprezentowała. Zdecydowanie widziałam ją bliżej swojego boku, niż tego bufona. Wiedziałam, że nie będzie ryzykował ani swojej, ani jej pozycji.
I chyba właśnie dlatego darowałam sobie dalsze kłótnie na korytarzu między celami. To nie było dobre miejsce na żadne rozmowy. Zbyt wiele osób mogło zbyt wiele usłyszeć. A tego... Tego przecież nie chcieliśmy...
[z/t]James Reynolds - 2018-07-13, 14:57 Przez naprawdę ogrom czasu zachowanie 'Pani' Neumann było jedną wielką grą, a James doskonale o tym wiedział. Wiele można było mu zarzucić, bywał beznadziejnie głupi w pewnych sprawach - ale nie we wszystkich. Od samego początku wiedział jakim naprawdę człowiekiem jest jego szefowa, z resztą... Jak mógł nie wiedzieć? Przecież robił z nią wiele strasznych rzeczy i na nic tutaj tłumaczenie, że był do tego w pewien sposób zmuszany. Ktoś mądry powiedział kiedyś, chyba nawet całkiem niedawno, że zawsze mamy wybór, zawsze jest jakieś wyjście.
Przenieśmy się jednak przed cele, wróćmy do ich rozmowy.
Podobnie jak on ją - tak i Vera doprowadzała go do wściekłości. Umiał jednak się pohamować, mimo tego, że bardzo chętnie wyrwałby jej serce i obejrzał z bliska. O ile oczywiście jakieś posiada.
Pewnie, że nie mogła mu ufać - chociaż... Powinna już dawno temu zrozumieć, że będzie wykonywał jej polecenia. Jest żołnierzem nauczonym posłuszeństwa w brutalny sposób, weszło mu to w nawyk i dopóki nie wydarzy się coś, co to zmieni - tak właśnie będzie. Inna sprawa, że to 'coś' chyba właśnie się dzieje.
- Dokładnie tak. I nic Pani przy mnie nie grozi. - uniósł brwi, po czym uśmiechnął się delikatnie słysząc jej następne słowa, oraz widząc, jak wyjmuje telefon komórkowy.
Nie odrywał spojrzenia od jej oczu, a na jego twarz powróciła obojętność.
- Z radością wróciłbym do Helis, tam przynajmniej coś się działo. Jeśli taka jest Pani decyzja - bardzo proszę. Oboje jednak wiemy dlaczego mnie do Pani przydzielili i myślę, że tak pozostanie. Przynajmniej na razie. - wzruszył ramionami i na moment - dosłownie sekundę przeniósł wzrok na Shiv. Ciekawe, czy widząc to wszystko powoli zaczynała rozumieć w jak trudnym położeniu jest, oraz z kim przyszło mu pracować.
Kiwnął głową na znak zrozumienia, gdy kazała mu się stawić w swoim biurze. To... To z pewnością nie będzie łatwa rozmowa, być wezwanym na dywanik do Very Neumann znaczyło kompletnie co innego niż w każdej innej firmie na świecie.
To prawda, znacznie lepiej byłoby dla niej, gdyby miała przy sobie Scarlett, ale... On by na to nie mógł pozwolić. Choćby dlatego nie mógł odejść. Jego siostra, cóż... Nie mógł pozwolić na to, by ten potwór ją zniszczył. Gdyby Scottie stała się taka jak jego szefowa, och... Nie. Nie mógł do tego dopuścić.
- Będę w ciągu godziny w biurze. Proszę uważać na siebie przez ten czas, gdy mnie nie będzie. Różne nieszczęścia chodzą po ludziach.. - rzucił z wyczuwalną nutą sarkazmu, być może nawet zabrzmiało to częściowo jak groźba.
- Jeśli to wszystko... - rzucił i jeśli go nie zatrzymała zwyczajnie odszedł, poszedł w swoim kierunku.
//z.t (?)Rocky Roseberry - 2018-07-13, 17:30 Natalie Card no cóż nic to nazwisko nie nie mówiło, ale cóż tutaj jej nie grało. Miała wrażenie, że to co tutaj się dzieje to jest jeden wielki teatrzyk, by ta kobieta dostała tego czego chciała. Widocznie zależało jej na panu Fowler. Ponieważ najpierw mówi, że Sam ma coś co należy do niej. Później przestawia jej jaką smutną bajkę, o kobiecie zgwałconej i porzuconej przez mężczyznę. Rocky nie wiedział co konkretnie jej nie pasuje. Miała wrażenie, że to wszystko jest sztuczne, nagła zmiana ubioru, powodu dla którego tutaj jest czy raczej inaczej go przestawienie. Skoro miała tyle pieniędzy co mówiła na uliczce czemu sama nie pomoże tej swojej przyjaciółce. Znając życie o ile rzeczywiście została zgwałcona co też Rocky wątpi. Na pewno nie chciała mieć nic wspólnego ze swoim oprawcą. Bez niepotrzebnego i dalszego lania wody. Podsumowując ulżyło Rocky słysząc imię swojej siostry to znaczyło, że jej nie przejrzeli. Po za tym nie kupowała tej bajki, ale ziarenko niepewność nadal w niej było. Czy Ricky jest bezpieczna z Sam? Skąd Sam i Dale się znają? Pewnie przyszłość spyta o to siostry, a na razie skupmy się na Verze.
Rocky nic nie mówiła więcej, bo nie chciała mówić jej, że nie wierzy. Jedynie skinęła głową na temat pomocy medycznej. O ile taka się nie pojawi sama zadba o swoje ramie. Poczeka najwyżej kilka godzin. Przecież mogła zrobić prowizoryczny opatrunek, który ukryje ranę. Bo gdy będzie sama i nie pojawi się, żaden lekarz to użyje mocy. Jedynie obserwowała wychodzącą kobietę sali. Przysunęła się bliżej dokumentów, które zostawiła. Warto było chociaż je zobaczyć.