To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
The Gifted
The war has come...

west seattle - La Hacienda Motel

William Hopper - 2018-05-09, 12:34

- Wallace, skąd ty się urwałaś? - spytał, chyba ciągle nie do końca dowierzając w to co usłyszał i w to jej potakiwanie.
Jasne, może nie wiedziała o nim wszystkiego, a Hopper nie miał zamiaru zmieniać tego stanu rzeczy, ale przecież nie była głupia. Wiedziała, że chodził wszędzie z bronią, więc musiał mieć powody, żeby chodzić wszędzie z bronią. Skądś musiały wziąć się te blizny, a Wallace przecież nie widziała tylko tych dwóch na jego twarzy. Oprócz tego, na pewno szukała o nim informacji. Nawet jeśli Gardner nie zorientowała się kim był i jej o tym nie powiedziała, nawet jeśli nie rozmawiała z Ronnie'm, nawet jeśli nie znalazła o ni żadnej informacji nie licząc tych listów gończych... Musiała coś wiedzieć. Pytanie brzmiało: jak wiele? I jak dużo będzie musiała się dowiedzieć, żeby mieć go dość? Ciągle była w stanie z jakiegoś dziwnego powodu uważać, że był uroczy... ale jak długo będzie w stanie widzieć w nim cokolwiek pozytywnego? Hopper nie oszukiwał się, wiedział kim był i wiedział, że nie miał w sobie zbyt wiele rzeczy, które mogłyby się komukolwiek podobać. Przecież ledwie chwilę temu wykręcił dłoń Wallace. Co jeśli miałby przy sobie broń? Czy strzeliłby, zanim zorientowałby się z kim miał do czynienia?
Czy to było takie złe, że nie chciał jej o tym wszystkim mówić? Nie chciał tego psuć. Nie miał pojęcia jakim cudem to w ogóle powstało, ale nie mógł tego zepsuć. Jakiekolwiek miał wątpliwości, o czymkolwiek myślał... powinien to zostawić dla siebie i nie dać po sobie poznać, że w ogóle zawracał sobie czymkolwiek głowę.
- Cóż, w takim wypadku, jestem skłonny ewentualnie - ewentualnie - przystać na twoją prośbę - powiedział, zanim złożył krótki pocałunek na jej ustach, a w końcu ściągnął tę swoją koszulkę.
Czy to było takie złe, że po prostu chciał z tego korzystać? Pomimo tego wszystkiego, pomimo tego kim był naprawdę, pomimo tego że umierał, chciał mieć tę namiastkę normalności. Czy to nie było nieco niepokojące, że to Wallace była jego namiastką normalności? To cholernie źle znaczyło o ich dwójce... ale cóż, nieszczególnie przeszkadzało Hopperowi. Cóż, trudno, obydwoje byli zbyt skrzywieni, żeby istniał dla nich jakikolwiek ratunek. Zdarza się. Chyba powinni się z tym pogodzić i po prostu korzystać, póki jeszcze mieli czas, póki wszystko znowu się nie posypie i wróci do naturalnego stanu.
- Myślałem, że już to ustaliliśmy. To umowa barterowa - ja prowadzę ci niezwykle profesjonalny, zajebisty odwyk, a ty... - Uwielbiał sposób, w który przygryzała wargę. To nie było nic wielkiego, ale za każdym razem kiedy to robiła nie mógł oderwać wzroku od jej ust. I cholera, nie miał najmniejszego zamiaru dłużej czekać. Jakkolwiek by to nie brzmiało w stosunku do Williama Hoppera - nie miał na to cierpliwości. Po prostu zaczął ją całować, nie mogąc się oderwać od jej ust.
A te chwilę później, kiedy to magicznym sposobem sufit stał się najciekawszym widokiem w tym pokoju, Hopper w jakiś niezrozumiały sposób naprawdę cieszył się, że Wallace była obok. Właściwie, nie potrafiłby nawet powiedzieć, dlaczego. Po prostu. Dobrze było czuć jej dłoń na swojej twarzy, tak samo jak dobrze było trzymać pace w jej włosach.
- I nią jest - dodał, właściwie nawet nie zastanawiając się czy coś mówi. Po prostu parzył się na ten głupi sufit. - Już spotkałem się z moimi siostrami. Nie jestem pewien czy w ogóle powinienem. Mam na myśli... Wyszedłem do szkoły, kiedy miałem szesnaście lat. Jestem z powrotem, po jedenastu latach bez żadnego słowa, żadnej wiadomości. I umieram.
Nie miał prawa burzyć im tego poukładanego życia, tylko po to, żeby przywitać się i umrzeć. Poza tym, to było cholerne jedenaście lat. Nic już nie było takie jak kiedyś, on nie był taki sam, oni nawet używali innych nazwisk. Jego tata jeździł na wózku. Czy miał prawo w ogóle myśleć, że łączyło ich coś więcej niż tylko fragmenty kodu genetycznego? Nawet to właściwie nic nie znaczyło. Człowiek dzielił ze szpinakiem siedemdziesiąt procent DNA.

Matilde Wallace - 2018-05-09, 18:03

– Oh, nie przejmuj się tak. To nie ja, to po prostu heroina na dobre uszkodziła mi mózg – odparła z przekąsem, posyłając mu zadziorny uśmiech. Ledwo jednak powstrzymała się przed tym, by wyrzucić z siebie, że to jego niedowierzanie również było niezwykle urocze. Nie do końca potrafiła odgadnąć, jaki Hopper miał stosunek do tego co mu powiedziała, jednak była na tyle spostrzegawcza, by zauważyć, że w jakimś stopniu to go poruszyło. Postanowiła więc przechować sobie to słowo na potem i rzucać nim w najmniej odpowiednich momentach, by obserwować jak Hopper wpada w panikę. Tak. To wydawało się być naprawdę dobrym planem. Swoją drogą, czy to sprawiało, że była złą osobą? I chyba sam fakt, że za mało ją obchodziło, by się nad tym dłużej zastanowić, mówił wszystko za siebie.
– Zdecydowanie ewentualnie – powtórzyła po nim, jednocześnie ochoczo kiwając głową i z uśmiechem na ustach przyjmując ten krótki pocałunek. A potem nieco podniosła się z jego klatki piersiowej, by umożliwić mu ściągnięcie tej koszulki. To nie tak, że była jak te nastolatki, które szalały na punkcie… No dobra. Może trochę. Ale po prostu… Eh. Matilde mimowolnie zwilżyła usta koniuszkiem języka.
– Widzisz? O wiele lepiej się teraz czuję – rzuciła, przełykając cicho ślinę i wciąż świdrując spojrzeniem jego klatkę piersiową. I kiedy zorientowała się, że trwało to nieco zbyt długo niż powinno, to jak gdyby nigdy nic odchrząknęła pod nosem, by dodać do tego tak oczywiste: – …bo mam pewność, że nie masz tej broni.
Bo niby z jakiego innego powodu mogłoby być lepiej? No właśnie. Tak, to co mówiła miało sens. Zdecydowanie. Ba! Już dawno nic co robiła nie miało aż tak dużo sensu. A potem Wallace ponownie położyła głowę na jego klatce piersiowej, przytulając się policzkiem do miejsca w okolicach jego serca. Uwielbiała to jak ciepłą miał skórę, uwielbiała to w jaki sposób napinały się jego mięśnie. Uwielbiała też strukturę jego blizn, które w tym momencie delikatnie muskała swoimi wargami. Czy to sprawiało, że w pewnym stopniu uwielbiała też samego Hoppera? Nie chciała o tym myśleć, ale chyba jednak trochę tak.
– W takim razie chyba nigdy nie widziałeś jak wygląda profesjonalny odwyk – mruknęła ze śmiechem na ustach, na moment przestając maltretować jego klatkę piersiową ustami i po prostu zaczynając gładzić te niedoskonałości opuszkami palców. I najwyraźniej uniesienie podbródka było strzałem w dziesiątkę, bo to właśnie wtedy poczuła na ustach wargi Hoppera. I to zapierało jej dech w piersiach. Nie zastanawiała się nawet dwa razy, po prostu automatycznie odwzajemniła ten pocałunek, znacznie go pogłębiając i wsuwając dłoń we włosy mężczyzny. To również uwielbiała.
Z każdą kolejną sekundą była coraz bardziej pewna, że to naprawdę miało wypalić. Mieli szanse, mieli możliwości i najwyraźniej mieli chęci. Wallace po prostu odnajdzie tą całą Chris, zrobi wszystko, by przekonać ją do współpracy, a potem… potem miało być dobrze. Nie tylko chciała w to wierzyć. Ba! Matilde już w to wierzyła. A jak to mówią… nadzieja jest jedyną rzeczą silniejszą od strachu.
Okej. Nie spodziewała się, że William zacznie jej mówić takie rzeczy. Samo wspomnienie czegoś dotyczącego jego życia wydawało się jej zajebistym sukcesem, ale on na tym nie kończył. On po prostu dalej opowiadał, dzielił się z nią kolejnymi rzeczami, ufał jej. I nie chciała go zawieść.
– Na pewno dużo się zmieniło przez tyle czasu – powiedziała spokojnym tonem głosu, nie spuszczając z niego wzroku nawet na moment. Rozumiała jego obawy. Wszedł z butami w życie obcym już sobie ludziom i chciał zaburzyć ich spokój, ale.. to nadal była jego rodzina. Nieważne ile czasu minęło oni na pewno nadal się o niego troszczyli. Nadal im zależało.
– Ale niektóre rzeczy się nigdy nie zmieniają – dodała, przełykając cicho ślinę. – I zdecydowanie zasługują na to, by być z tobą w tych ostatnich momentach. Sam pomyśl.. przynajmniej nie będą się zadręczać do końca życia, ani myśleć o tym, co się z tobą dzieje.
Żałoba była naprawdę ważną częścią umierania. Tak, do śmierci bliskiego nigdy nie można było się przygotować, ale można było przynajmniej należycie się pożegnać. Nie powinno się nikomu odbierać tego przywileju. Powinien to wreszcie zrozumieć.

William Hopper - 2018-05-10, 18:25

Cholernie dużo się między nimi wydarzyło, ale to jak Wallace pożerała go wzrokiem było równie zabawne jak za pierwszym razem. Gdyby był nieco większym dupkiem, pewnie wspomniałby coś o ostrych puszkach, ale z jakiegoś powodu tego dnia postanowił okazać łaskę. A Wallace nawet nie udawała, że robi coś innego, ale szczerze powiedziawszy - nie musiała. Chyba w końcu wyszli z etapu w którym udawali, że się nie pociągają, a nie było niczego równie bezsensownego jak wracanie do punktu wyjścia. Poza tym... Cholera, Hopper miał naprawdę niezłą zabawę, po prostu patrząc na jej twarz.
- Yhym - odpowiedział jej tonem, który doskonale mówił, co on właściwie myślał o poziomie jej wymówki. Ale mimo tego, nie mógł powstrzymać uśmiechu i nie dodać: - Wiesz co? Myślę, że powinniśmy sprawdzić czy ty też jesteś nieuzbrojona.
Jakim cudem to on zawsze kończył pierwszy bez koszulki? Powinni to zmienić, stanowczo. Jeśli mieli mieć jakieś dziwne zwyczaje i rytuały, to to się z pewnością na niego nie nadawało. Niech już zostaną przy rzucaniu puszkami coli i nazywaniu go dupkiem, tyle im wystarczy. A jak już czegoś koniecznie potrzebowali, to niech częściej kładzie się na nim w ten sposób. Cholera, jakim cudem to było tak dobre? To nie było nic wielkiego. Przesunął dłonią po jej policzku, kiedy tak leżała. To też nie był żaden szczególny gest. Jakimś cudem, to wszystko jednak coś znaczyło. Hopper jeszcze nie był pewien co, ale coś z pewnością
I niech go szlag, ale naprawdę nie miał pojęcia co Wallace miała z tymi jego bliznami. Zawsze uważał je za dość problematyczne - nie dlatego, że istniały, ale dlatego, że trzeba było zawsze mieć przygotowaną wymówkę, gdyby ktoś się dowiedział i zechciał o to spytać. One po prostu istniały, jak fizyczny dowód tego ile razy był złamany, ile razy zrobił coś głupiego, ile razy zrobił coś złego. To nie było śliczne, to stanowczo nie było coś, co powinno się komukolwiek podobać, przynajmniej nie wtedy, kiedy wiedziało się, co to musiało oznaczać. A z jakiegoś powodu, Wallace ciągle do tego ciągnęło. Ciągle ją do niego ciągnęło. Hopper sam nie był pewien czy to była zła czy dobra wiadomość.
- Cóż, w takim razie do tej pory miałaś pecha trafiać na samych idiotów bez krzty inwencji twórczej - stwierdził, wkładając w tę odpowiedź całą swoją pewność siebie. Tak, żeby na pewno uwierzyła. Dlaczego w ogóle miałaby mu nie wierzyć? Przecież był profesjonalistą, doskonale to było widać po tym jak świetnie jej szło.
Ten cholerny pocałunek, jej dłoń w jego włosach... To sprawiało, że tylko chciał więcej. Obrócił się, przy okazji przesuwając Wallace, tak że częściowo leżał na boku, a częściowo nad nią. Tak miał stanowczo dużo lepszy dostęp do jej ust, z którego z pewnością miał zamiar skorzystać i to nie raz. Jeden pocałunek to było stanowczo za mało.
Kiedy usłyszał odpowiedź Wallace zdał sobie sprawę, że wcale nie chciał ciągnąć tego tematu. Chyba jakoś podświadomie spodziewał się, że to pomoże mu wszystko poukładać, ale w zasadzie czuł się tylko bardziej przytłoczony. Po prostu... Tego było za dużo. Każdy z jego problemów w zasadzie by wystarczył, żeby miał o czym myśleć po nocach, ale jeden to nie było dość, prawda? Jeśli Bóg istniał, musiał mieć świetną zabawę. Boska sprawiedliwość, karma i tak dalej. Ciekawe za co to akurat było. Ciągle za Elvirę? Może, może nie, w zasadzie był na tyle cudownym człowiekiem, że siły boskie miały w czym wybierać.
Hopper nie chciał o tym myśleć. Mógł się tym wszystkim zająć kiedy indziej, kiedy znowu wróci do tego, że umiera, że nie ma dla niego ratunku, a wszechświat ssie. Hopper cholernie nie chciał o tym wszystkim myśleć.
- Po prostu... zapomnij o tym. Pierdolę głupoty - powiedział, siląc się na wesoły ton. I nie czekając dłużej, po prostu wrócił do całowania Wallace. Tak na wypadek, gdyby jednak chciała coś dodać.

Matilde Wallace - 2018-05-10, 22:16

– Czy wyglądam ci na kogoś kto mógłby być uzbrojony? – wzniosła wysoko prawą brew, uśmiechając się pod nosem. Czy to przypadkiem nie on stwierdził, że nie obawia się żadnych ostrych przedmiotów w jej rękach? Nagle zmienił zdanie? A może.. może ostatecznie jednak przestraszyła go tym pistoletem? Tak… To była naprawdę dobra myśl, pomijając fakt jak chujowe wspomnienie temu towarzyszyło. Wallace momentalnie pobladła, by już po kilku sekundach odzyskać rezon. Zapisała sobie gdzieś z tyłu tej swojej mało logicznej główki, by po prostu o tym nie myśleć. Jeśli o tym nie myślała, to teoretycznie mogła założyć, że tamto wydarzenie nie miało miejsca. To była idealna umowa. I zanim mężczyzna zdążył odpowiedzieć, Matilde westchnęła ciężko.
– No właśnie, więc moje ściągnięcie koszulki kompletnie mija się z celem – o! I nawet wydęła dolną wargę w podkówkę, by podkreślić jak przykro jej było z tego powodu. Bo było, okej? I ani trochę nie odczuwała satysfakcji. Przecież nie była takim człowiekiem. I ona bynajmniej nie narzekała na tę ich nową tradycję. To chyba nawet zaczynała być jej nowa ulubiona tradycja. Nie miała już dalej zamiaru się zgrywać, po prostu korzystała z tego, jednocześnie uśmiechając się stanowczo zbyt szeroko jak na osobę, którą była. Ale hej! Tutaj nie miał jej kto osądzać.
– W takim razie całe szczęście, że chociaż teraz trafiłam na dupka z wybujałą wyobraźnią – ale hej! Nie kłóciła się z tym. Najwyraźniej była prostym człowiekiem. Tak prostym człowiekiem, że odrobina krzyków, kłótni, niezliczone ilości pizzy i kilka zbliżeń odwalały za nią całą robotę. W takim tempie nie miała za bardzo nawet kiedy myśleć o głodzie… Chociaż to nie było do końca prawdą. Nieważne jak bardzo się nie starała, o tym nie dało się ot tak przestać myśleć. Wewnętrznie toczyła naprawdę silną walkę, czasami nawet zastanawiając się w jaki sposób zdobyć kolejną działkę. Z tym, że.. tym razem tego nie chciała. Nie chciała go zawieść. Ale wciąż była niewolnikiem nałogu. Na samą myśl Wallace przełknęła cicho ślinę, nieco markotniejąc. I ten pocałunek zrobił więcej niż powinien. Dał jej trochę pewności, trochę więcej siły. Poczuła się lepiej. Na tyle lepiej, by ponownie obdarzyć go uśmiechem i odwzajemnić pocałunek. W pewnym sensie była zaskoczona, kiedy William nieco zmusił ją do zmiany pozycji, ale podobało jej się to. Cholernie jej się to podobało. Uwielbiała na niego patrzeć z tej perspektywy. Ugh. Czy aby ostatnimi czasy nie za często coś uwielbiała? Zwłaszcza jak na osobę pełną nienawiści? Ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Chciała korzystać, pewniej wsuwając dłoń w jego włosy, przenosząc dłoń na jego ramię i delikatnie drapiąc go po barku.
Ale nagła zmiana postawy po prostu ją zaskoczyła. Wallace zamrugała kilkakrotnie oczami, nie bardzo rozumiejąc to wszystko… Zjebała? Znowu zjebała? Jak to możliwe? Przecież się starała być miła! Przecież ją to obchodziło, przecież była delikatna w swoich słowach. Dziewczyna rozchyliła usta, by coś odpowiedzieć, ale najwyraźniej nie było jej dane. Ale niech on tylko nie próbuje na nią tych sztuczek! Doskonale go przejrzała. Mimo wszystko odwzajemniła ten pocałunek. Ale tylko na chwilę, bo już zaraz przekręciła głowę w bok, odrywając się z jego ust i po chwili wyrzuciła z siebie:
– To nie są głupoty – odparła z nieodgadnionym wyrazem na twarzy, po czym zmarszczyła brwi, wzdychając ciężko. – Powiedziałam coś nie tak?
Cholera. Zaczynał się jej zwierzać. Zaczynało być naprawdę dobrze, a najwyraźniej powiedziała coś nie tak. Nawet kiedy starała się jak mogła to nic nie wychodziło. Potrzebował pogadać, a ona… ona była sobą.I to był doskonały dowód na to, że w normalnych okolicznościach ludzie po prostu nie powinni od niej niczego wymagać. Ale mimo wszystko zdecydowała się jeszcze raz spróbować:
– Więc masz siostry?

William Hopper - 2018-05-11, 22:17

Ach, więc w taki sposób miała zamiar z nim pogrywać? Cóż, miała pecha, Hopper stanowczo nie miał zamiaru odpuszczać. Chociaż, znając Wallace, pewnie właśnie na to liczyła. Gdyby się tak na wszystko zgadzali... to by było zwyczajnie nudne i obydwoje mieli tego świadomość. Nie żeby cieszył się z tego, że ciągle siedziała w koszulce. To był poważny mankament, który należało jak najszybciej naprawić.
Hopper oczywiście zauważył, jak Wallace pobladła. Był geniuszem, który zwracał uwagę na najmniejsze szczegóły, jak mógłby tego nie zauważyć? Nie miał pojęcia o co chodziło i jeszcze bardziej nie miał pojęcia czy powinien o to pytać. Nie znał się na tym, ale też nie miał najmniejszego zamiaru naruszać jej prywatności, nie jej. Gdyby chciała powiedzieć, to by powiedziała, tak? A skoro milczała... nie miał zamiaru zaczynać tematu. O czymkolwiek pomyślała, to była jej sprawa, zwłaszcza że i ona nie miała zamiaru szczególnie zwracać sobie tym głowy.
- Mógłbym dać ci jakieś... siedemdziesiąt powodów - zaczął. I nie dając jej dość czasu, żeby mogła się wciąć, kontynuował: - Po pierwsze, nigdy nie można lekceważyć przeciwnika, nie ważne jak długo udaje, że nawet nie potrafi włożyć magazynku do broni, - ani jak dobrze wygląda, ani czy z tobą sypia. Podstawy. - Po drugie, zawsze bądź przygotowany na najgorsze. Przykro mi, ale dopóki dokładnie tego nie sprawdzę, muszę cię traktować jakbyś miała pas szahida. Niestety, muszę się przez to oddalić na co najmniej piętnaście metrów - dodał cierpkim tonem, chociaż chyba było po nim widać, że wcale nie ma zamiaru nigdzie się ruszać. - Po trzecie, wyglądałabyś dużo lepiej bez tej koszulki. Naprawdę, nie rozumiem co ty dalej w niej robisz. Wymieniać dalej?
Podobał mu się ten uśmiech. Wallace powinna częściej z niego korzystać, nikomu by nie zaszkodził, a cholernie pasował jej do twarzy. Ba, skoro już tak bardzo chciała jakiejś nowej tradycji, to takie uśmiechy bardzo by Hopperowi odpowiadały. I nawet nie miał zamiaru nic jej dogadywać, chociaż z ich dwójki, to ona sobie stanowczo za dużo wyobrażała. Po prostu wolał zająć swoje usta czymś o wiele lepszym niż dogryzanie Wallace, a naprawdę, ciężko było znaleźć coś chociaż porównywalnie dobrego. I jakimś cudem - jakimś cudem - te pocałunki były w stanie to przebić, a sposób w jaki przeniosła rękę z jego włosów na bark tylko temu pomagał. Czemu zaczęli tę swoją znajomość wrzeszcząc na siebie i grożąc sobie śmiercią? Naprawdę, to był stanowczo dużo lepszy sposób w który mogli spędzać swój czas. Jeden z najlepszych. A Hopper miał zamiar korzystać z tego jak stykały się ich usta, jak jej dotykał - nawet jeśli przez materiał tej przeklętej koszulki.
Ale cóż, Wallace najwidoczniej tak nie myślała w ten sam sposób, a jego genialny plan zajęcia jej ust nie zadziałał na zbyt długo. Will obrócił się z powrotem na plecy, kiedy zdał sobie sprawę, że nie uniknie tej rozmowy, a jakby tego było mało, Matilde myślała, że to z jej winy. Świetnie. Po prostu perfekcyjnie. Naprawdę, potrafił wyśmienicie prowadzić rozmowy i niepostrzeżenie zmieniać temat.
- Nie, nie powiedziałaś, to po prostu... - w trakcie mówienia tego zdania zdał sobie sprawę, że właściwie nie wiedział jak je skończyć, więc nawet sobie nie zawracał tym głowy.
Nie chciał wracać do tych wszystkich tematów, ale wiedział że Wallace zwyczajnie nie odpuści. Mogliby się kiedyś zająć czymś innym niż tym jak bardzo umierał. Właściwie głównie o tym myślał od jakiegoś roku, mógłby mieć w końcu chwilę spokoju, zająć się małą śmiercią, zamiast tą całkiem sporą i poważną. Po prostu miał już dość tego wszystkiego, zasłużył na przerwę i chwilę udawania, że był zupełnie normalny. Poza tym... dziwnie się czuł z tym, że właśnie zaczął mówić o sobie. Jakby się odsłaniał, opuszczał gardę, a on nigdy tego nie robił. I chociaż miał świadomość jakie to było głupie, bo nawet nie powiedział niczego nowego, wszystko mogła znaleźć w Google albo złożyć z jego wypowiedzi... to i tak czuł się z tym nie w porządku. On nie robił takich rzeczy, taki był, kropka.
- Tak, mam - odpowiedział jej najzwyczajniej. Naprawdę, miał nadzieję że to przesłuchanie się na tym skończy.

Matilde Wallace - 2018-05-12, 12:28

Wbrew pozorom Wallace naprawdę była prostym człowiekiem. Kiedy on się tak z nią droczył jeszcze kilka minut temu… czy naprawdę sądził, że ona przepuści okazję, by się nie zrewanżować? W dodatku z dwa razy większym uporem i zacięciem? Przecież to była Wallace. Jej złośliwość i nieodpuszczanie były idealną definicją tego jak upierdliwą osóbką była.
Ze śmiechem na ustach usłyszała o tych siedemdziesięciu powodach. I ba! Nawet otworzyła usta, by to jakoś skomentować, ale w tym wypadku Hopper musiał ją przejrzeć, bo nie było jej nawet dane wyrzucić z siebie chociażby jednego dźwięku. Cierpliwie więc słuchała jego kolejnych słów, z każdą kolejną sekundą coraz wyżej wznosząc brwi. Och, czyżby? Nawet nie ukrywała tego, jak bardzo ją to bawiło. Ba! Nawet się nie starała, bo z jej ust wydobył się cichy śmiech. Tak. Autentyczny śmiech.
– Ej, potrafię.. – zaczęła, ale William kontynuował swoją wypowiedź i Matilde nawet nie była w stanie dokończyć tego cokolwiek tam miała zamiar powiedzieć. Ale, kiedy ten wypalił z tym trzymaniem się od niej na co najmniej piętnaście metrów, Matilde potrząsnęła głową, instynktownie mocniej obejmując go w pasie i wyrzucając z siebie zdecydowane, ale wciąż nieco rozbawione: – oh nie, nie, nie.
Nieważne, jak bardzo była pewna tego, że Hopper nie miał zamiaru nigdzie się wybierać, nie mogła przecież zaryzykować, że to się stanie, prawda? Nie chciała, by wychodzili z tego łóżka. Nie teraz. Dlatego też jeszcze bardziej się w niego wtuliła, dając mu tym samym do zrozumienia, że jeśli będzie próbował to ona nie podda się bez walki. Nieważne na jak straconej pozycji była.
– Chętnie wysłucham pozostałych sześćdziesięciu siedmiu powodów – odpowiedziała w końcu na jego pytanie, jeszcze szerzej się uśmiechając. Ba, właściwie to powoli zaczynały ją boleć policzki. Ale to całe droczenie się z Willem… no jak niby miała z tego zrezygnować? Jak? Zwłaszcza, że tak bardzo uwielbiała, gdy się mądrzył i produkował. Matilde ponownie – tym razem zdecydowanie specjalnie – przygryzła dolą wargę, wlepiając w niego swoje figlarnie błyszczące oczy.
To nie tak, że ona koniecznie chciała zostać w tej koszulce. Ba! Jej również przeszkadzała. O wiele przyjemniej byłoby się z nim przytulać, całować, czując jak jej naga skóra przejmuje ciepło jego skóry. Czuć wytwarzającą się gęsią skórkę, jeżące się włoski… Matilde wstrzymała oddech, mocniej przyciskając usta do ust mężczyzny. Pociągał ją i zdecydowanie – nieważne co sobie myślał – nie chciałą tego kończyć. Po prostu… kiedy już zaczął jej coś mówić, a potem dał do zrozumienia, że w sumie to były głupoty… Albo że to ona była za głupia by zrozumieć, niewarta by jej cokolwiek mówić… Nie, nie powinien się od niej odgradzać. Z bólem w sercu obserwowała jak Hopper opada plecami na łóżko.
– Po prostu? – spytała cicho, ale zaraz potem po prostu ciężko westchnęła. Okej, nie chciał to nie musiał mówić. Ona też należała przecież do osób lubujących się w prywatności. A bynajmniej torturowanie Willa swoją nadgorliwością nie leżało w jej interesach. Chciała mu pomóc. Ale skoro nie miał ochoty gadać.. nie mogła go zmusić. Naprawdę szanowała sobie jego prywatność. Po prostu… mógł jej powiedzieć cokolwiek, nie?
– Dwie? Trzy? Dziesięć? – i tym razem to ona przekręciła się na bok, by położyć jedną rękę na materacu obok prawej strony jego twarzy, tak że teraz praktycznie się nad nim nachylała. Ale dosłownie chwilę później zdecydowała się jednak na niego wspiąć, wygodnie umiejscawiając się pośladkami w okolicach jego bioder.
– Okej. Powiedz mi cokolwiek. Jak się nazywają, ile mają lat, gdzie są. Cokolwiek. A przestanę cię męczyć i ściągnę tą koszulkę – mruknęła w końcu, nachylając się na jego twarzą i delikatnie muskając ustami kącik jego ust.

William Hopper - 2018-05-12, 19:30

Tu nie było z czego się śmiać, to była poważne szacowanie podparte solidną matematyką i twarde negocjacje, a Hopper nie miał najmniejszego zamiaru w nich odpuszczać.To było jak prawdziwa wojna, gdzie każdy walczył o przechylenie szali na swoją korzyść, nie odpuszczał nawet w najmniejszej sprawie w imię wzniosłej idei... pozbawienia Wallace koszulki. Tak, to była najlepsza możliwa metafora. Najlepiej wpasowywał się w nią ten uroczy śmiech dziewczyny. To był naprawdę świetny śmiech, nie taki którego używała na co dzień, taki który pasował do tego jej fenomenalnego uśmiechu. I cholera, był naprawdę zaraźliwy., bo Hopper nie mógł zapanować nad swoimi kącikami ust, zwłaszcza kiedy słyszał jak się wypierała. Och tak, z pewnością zajebiście potrafiła strzelać, tak samo jak zajebiste robiła przeszukania.
A to jak mocniej się w niego wtuliła i zaczęła protestować... to dopiero było urocze. Hopper nie mógł powstrzymać cichego śmiechu. W życiu by nie zgadł, że Wallace potrafiła zachowywać się w ten sposób i to w stosunku do niego.... Chociaż cholera, może jednak by zgadł..Właściwie, kiedy się poznali, to wcale nie od razu zapałali do siebie nienawiścią. Na samym początku ich rozmowa była całkiem przyjemna i, gdyby potoczyła się odrobinkę inaczej w tamtym momencie może ominęliby tę całą kłótnię.... Nie, to akurat było niemożliwe, nie w ich przypadku. I chociaż teraz wszystko było naprawdę w porządku, Hopper nie zdziwiłby się, gdyby za chwilę zaczęli na siebie wrzeszczeć. Chyba taki był już ich urok, ale to bynajmniej nie sprawiało, że ta chwila była mniej warta. Może nawet znaczyła więcej.
- Właśnie, to jest dokładnie to, co zrobiłby ktoś, kto chciałby mnie wysadzić - stwierdził, zanim nachylił się nad nią i znowu ją pocałował. Cholera, średnio to się miało do oddalania na piętnaście metrów i szukania zasłony. Czy to był jakiś pokręcony dowód na to, że miał jakieś autodestrukcyjne zapędy?
Cholernie podobała mu się ta mina, ten wzrok w połączeniu z tą przygryzioną wargą. Cholera, dlaczego nie zaczęli tego wszystkiego wcześniej? Hopper naprawdę nie żałowałby, gdyby mógł oglądać ją w takim wydaniu częściej.
- Twoja skóra będzie lepiej oddychać, nie pobrudzisz koszulki, więc nie będziesz musiała jej prać, przy okazji nie zostawisz tego okropnego śladu węglowego, nie zniszczysz jej, więc nie będziesz musiała wydawać pieniędzy (których nie masz) na nową. Nie nosząc ubrań nie będziesz popierać tego obrzydliwego kapitalizmu, który wykorzystuje małe chińskie dzieci do pracy w fabrykach... - zrobił chwilę przerwy, podczas której położył dłoń na jej piersi. Przejechał kciukiem bliżej jej sutka, na tyle mocno żeby była w stanie to poczuć, ale równocześnie na tyle słabo, żeby wrażenie nie było zbyt wyraźne. - Lepiej byś to czuła... - dodał ciszej. Nachylił się nad nią, jakby miał zamiar znowu ją pocałować, ale zatrzymał się parę centymetrów od jej twarzy i nagle zabrał swoją dłoń. - Myślę, że pozostałe sześćdziesiąt jeden powodów ma coś wspólnego z tym, że za jakieś trzydzieści sekund powinienem być już poza tym pokojem, za jakąś bezpieczną osłoną - odpowiedział już zupełnie innym tonem, dużo weselszym. I naprawdę, tym razem miał zamiar wstać, a jeśli Wallace go do tego zmusi - wyjść z tego pieprzonego pokoju.
A akurat ta jedna rozmowa sprawiała, że wcale by tego szczególnie nie żałował. Czuł, że tym razem musiał odpowiedzieć i cholernie mu się to nie podobało. Nie chciał tego psuć, ale w zasadzie nawet nie wiedział, co powiedzieć. Nigdy nie był w tym dobry, a ostatnie jedenaście lat sprawiło, że był w tym tragiczny. Dużo łatwiej byłoby mu wymyślić jakąś tragiczną historyjkę i ją opowiedzieć, ale właściwie nie chciał kłamać. Już chyba na ich pierwszym spotkaniu stwierdził, że nie będzie tego robił.
- Po prostu... Wiesz, nie za bardzo lubię gadać - złożył w końcu jakieś zdanie.
I cóż, jeśli nie miała zamiaru go torturować, to średnio jej to wychodziło, chociaż na szczęście kolejne pytanie okazało się dużo mniej tragiczne od pierwszego. O swojej rodzinie mógł jej opowiadać, gorzej jeśli chciała od niego coś nieco bardziej prywatnego..Może lepiej, żeby cały czas się tego trzymała, jeśli już koniecznie musiała coś od niego wyciągać.
- Dwie, młodsze - odpowiedział krótko.
Przez chwilę patrzył na te jej akrobacje, nie za bardzo wiedząc do czego ona właściwie zmierzała. Znudziła się tymi próbami wyciągnięcia od niego informacji? Nie, to była Wallace, ona by tak szybko nie odpuściła. Jakąkolwiek pułapkę na niego planowała... naprawdę podobała mu się z tej perspektywy. Sięgnął dłońmi do jej bioder, a kiedy usłyszał tę jej całą propozycję, nie mógł powstrzymać parsknięcia śmiechem.
- Co to jest, jakiś przedszkolny system naklejek z uśmiechniętymi słoneczkami? - spytał, ale mimo wszystko po chwili przerwy kontynuował, już stanowczo mniej wesołym tonem: - Nie wiem zbyt wiele. Rodzice wywieźli je do Kanady niedługo po moim zniknięciu. Claire będzie w tym roku kończyć dwadzieścia jeden lat. Niedawno odkryła swoją moc, ale na razie ignoruje ten temat. Natomiast Mercy... Ma dwadzieścia pięć lat. Nie mam pojęcia jakim cudem trafiła z powrotem do Stanów.
Ani w jakim stopniu był odpowiedzialny za to co ją spotkało, z jaką traumą próbowała sobie poradzić, co w zasadzie robiła przez te lata... Ale nie powiedział tego. To już byłoby stanowczo zbyt dużo. Zamiast tego zerknął na Wallace, jakby sprawdzając czy tyle jej wystarczy.

Matilde Wallace - 2018-05-12, 22:26

Matilde ponownie parsknęła śmiechem. Już nawet do końca nie wiedziała czy było to bardziej spowodowane kolejnymi słowami mężczyzny, czy tym co zrobił zaledwie kilka sekund po ich wypowiedzeniu. Atmosfera między nimi chyba jeszcze nigdy nie była tak dobra, jak w tym momencie. Było tak spokojnie, tak beztrosko, tak dobrze. I nawet nie chciała dopuszczać do siebie myśli, że mogła być to tylko cisza przed kolejną burzą. Jakiekolwiek sprawy… to mogło zaczekać.. I Wallace naprawdę pragnęła odwzajemnić ten pocałunek, ale kiedy jego usta muskały jej wargi, ona po prostu nie była w stanie zachować powagi.
– Zaczynam podejrzewać, że masz jakąś słabość do terrorystek – odparła, kiedy wciąż był tak blisko jej twarzy. Oh i zdecydowanie miał rację w tym, że chciała go wysadzić. Chciała. Wiele razy. Ba! Kiedy była na niego tak niemożliwie zła robiła mu w myślach o wiele większą krzywdę niż jedno, załatwiające całą sprawę bum. Ale nie teraz. Zamiast tego po prostu wsłuchiwała się w jego dalsze słowa. I z każdym kolejnym wypowiadanym przez niego argumentem miała coraz większy ubaw. Potakiwała z przekonaniem głową, wysłuchując tych wielkich i mądrych słów, jednocześnie zdając sobie sprawę z tego jak szczęśliwa była, mogąc oglądać swojego faceta tak zawzięcie broniącego własnych przekonań. I dopiero kiedy poczuła dłoń Hoppera na swojej piersi, jej uśmiech nieco się pomniejszył. Ale bynajmniej nie dlatego, że robił coś nie tak. Nie. Wręcz przeciwnie. W tym momencie chyba bardziej niż kiedykolwiek chciała się po prostu poddać. Wallace rozchyliła wargi, spomiędzy których wydobyło się ciche westchnięcie. Mogła to zrobić, prawda? To nie była walka na śmierć i życie. To było głupie ściągnięcie koszulki. Oczywiście o wiele bardziej wolałaby, gdyby Will to zrobił za nią, ale przecież… to nie było nic wielkiego.
– To są całkiem dobre powody.Tak. Miała zamiar to zrobić. A przyjemne łaskotanie w podniebieniu tylko ją w tym utwierdzało. I była naprawdę przekonana, że mężczyzna ją pocałuje. Ba! Nawet zrobiła ten wysiłek, by unieść głowę i znacznie ułatwić mu sprawę, ale on… był dupkiem. I kiedy zorientowała się, że nie miał zamiaru tego robić, Matilde wydęła usta w podkówkę, opuszczając głowę. Phi.
– Myślę, że mówisz tak tylko dlatego, że nie masz pomysłu na pozostałych sześćdziesiąt jeden… – mruknęła z przekąsem. I sam fakt, że zaraz po chwili wyrzuciła z siebie kolejne wyzywające słowa, mówił wiele.
– Oh, chciałabym zobaczyć jak próbujesz.
Nieważne, że był większy i postawniejszy. Nie miała zamiaru go wypuszczać z tego łóżka. Nie żartowała. Nie żartowała nawet kiedy myślała, że nie żartuje. To się po prostu nie wydarzy. Jeśli taka będzie konieczność – zrobi wszystko, by go zatrzymać. Tak. Byłaby wówczas skłonna ściągnąć tą koszulkę. Ale nie po to, by udowodnić mu, że nie jest terrorystką. O nie. Ale po to, by pokazać, że ma jakąś przewagę. To była naprawdę… pokręcona logika, nad którą nikt nie powinien zastanawiać się dłużej niż kilka sekund. Po prostu.
– W życiu bym nie zgadła – odparła dość sarkastycznie, ale po chwili po prostu pokiwała głową, jakby chcąc mu pokazać, że rozumie. Bo rozumiała. Może nie wiedziała o Hopperze nawet w połowie tego, co powinna wiedzieć, ale miała przeczucie, że nic by to nie zmieniło. W głębi serca zdawała sobie sprawę, że nie był najlepszym człowiekiem. Ba, pewnie nawet nie był dobrym człowiekiem. Ale, do diabła! Z całą pewnością nie był tym najgorszym człowiekiem. A to jej wystarczało. Musiała po prostu cierpliwie poczekać do kolejnej okazji, kiedy będzie chciał pogadać. I czułą cholerną satysfakcję, kiedy wreszcie zaczął jej o czymś opowiadać. Rozłożyła niewinnie ramiona na jego słowa.
– Możesz się śmiać ile chcesz, ale ten system działa – co było widać na załączonym obrazku. Ale nie powiedziała nic więcej. Po prostu uważnie wsłuchiwała się w jego słowa, starając się zapamiętać wszystko co jej mówił. I kiedy skończył.. Wallace po prostu kiwnęła głową. Okej. To było i tak więcej niż mogła się po nim spodziewać.
– Więc wciąż są tutaj – zakończyła za niego, może delikatnie wznosząc brew, ale ostatecznie westchnęła i potrząsnęła głową. No dobra. Nieważne jak bardzo ją korciło, by wciąż się z nim droczyć i nieco obejść tą ich drobną umowę, to miała dość silne przeczucie, że to nie skończyłoby się dla niej najlepiej. Dlatego też chwyciła rękoma za końce swojej koszulki i powoli (może nieco zbyt leniwie) zaczęła ją podwijać. Nie spieszyła się bo.. miała czas, nie? Chyba jednak jej natura złośliwca mimo wszystko zwyciężyła.

William Hopper - 2018-05-13, 02:19

- Cóż, kiedy cię poznałem, należałaś do Bractwa – zauważył, ale stanowczo nie chciał sobie zawracać głowy tym, że teraz była już poza nim i co to właściwie dla nich znaczyło. Cholera, jak na kogoś, kto szczegółowo planował swój każdy kolejny krok, stanowczo za bardzo odsuwał wszystkie myśli o swojej przyszłości. Ale może wcale to nie było aż takie złe. Po prostu… wyrównywał bilans zadręczania się. Przez ostatnie lata wyrabiał go sporo ponad normę, więc teraz przydałoby się parę dni podczas których będzie mógł mieć wszystko kompletnie w dupie, ot, tak dla równowagi. Szkoda byłoby psuć taki dobry poranek robieniem czegoś potrzebnego i pożytecznego. Rzeczywistość mogła poczekać, Wallace – niekoniecznie.
On naprawdę uwielbiał sposób w jaki na jej twarzy było widać jak bardzo na nią działał. Ten śmiech i te uśmiechy były świetne, tak samo jak to jak z nim pogrywała i przygryzała wargę, ale to się nijak miało do tych jej delikatnie rozchylonych ust i cichego westchnięcia. Hopper naprawdę żałował, że ciągle miała na sobie tę koszulkę, ale przecież nie miał zamiaru odpuszczać. To ona miała tutaj oszaleć i prosić o więcej, nie on. Miał za silną wolę, żeby dać się od tak podpuścić i zwyczajnie ściągnąć jej koszulkę. On sam ściągnął swoją, teraz czas na nią.
- Słonko, rozmawiasz z największym geniuszem na tej Ziemi. Czy ty naprawdę wierzysz w to co mówisz? – dopytał. Znalazłby i sto powodów, gdyby tylko chciał, ale przecież doskonale wiedział o czym myślała Wallace. O ile biedne, małe, chińskie dzieci mogły być jednym powodem, to William Hopper leżący w jej łóżku był co najmniej sześćdziesięcioma jeden powodami. I kiedy rzuciła mu to wyzwanie, przez chwilę po prostu w milczeniu patrzył jej w oczy, zanim zwyczajnie… zaczął się podnosić. Mogła sobie myśleć co chciała, ale on nie był gołosłowny i musiał w ciągu trzydziestu sekund schować się przed jej ładunkiem.
Tę chwilę później, kiedy w jakiś sposób zmusiła go już do tego, żeby został w łóżku… Posłał jej cienki, sarkastyczny uśmiech, kiedy usłyszał jej jakże zabawną uwagę. Ale chyba wolał to od jakiejś normalnej rozmowy, właściwie to nawet nie potrafił powiedzieć dlaczego. Po prostu. Dobrze, że nie zaczęła rozmawiać o jego problemie. Tak, sarkazm był tysiące razy od tego lepszy.
I cóż, Hopper był przekonany, że gdyby jednak wszystko o nim wiedziała, to by zmieniło cholernie dużo. Nie ważne jakie miała o nim zdanie, był gorszy. Był mordercą. Był bezwzględny, był egoistyczny, zostawił za sobą zbyt wielu ludzi. Jasne, Wallace miała świadomość, że był trudny… ale cholera, nie aż tak. Jak miałaby się tego po nim spodziewać i jak to wszystko miałoby zostać takie samo?
- W moim mieszkaniu – doprecyzował. W zasadzie chciał w ten sposób wyjaśnić dlaczego jego mieszkanie chwilowo wcale nie było takie jego i dlaczego odpadało, jeśli chcieliby się spotkać albo jej przyjaciółki znowu by umierały w sąsiednim mieście. Miał zamiar trzymać swoje siostry z daleka od tego całego syfu. Czy powinien je też trzymać z daleka od Wallace? Właściwie, wcześniej o tym nie myślał, zwłaszcza że Matilde nie wiedziała o ich istnieniu. Czy powinien je sobie jakoś przedstawić? Hopper nie miał pojęcia czy ta ich relacja – czymkolwiek była – sprawiała, że to miałoby jakąś rację bytu. W zasadzie, to nigdy nie miał tego problemu. Nie miał kontaktu z rodziną, więc nie musiał się martwić tymi wszystkim rzeczami, a teraz… Teraz to się robiło naprawdę skomplikowane. Dlatego, zgodnie ze swoją nową filozofią, postanowił sobie nie zawracać tym głowy.
A kiedy Wallace zaczęła ten swój cyrk z koszulką… To naprawdę była już przesada. Nie potrafiła tego robić jeszcze wolniej, co? Skoro już zaczęła ściągać tę koszulkę, to mogła ją ściągnąć. Czy on naprawdę oczekiwał aż tak wiele?
- Och, pierdol się Wallace – stwierdził, zanim zniecierpliwiony złapał za krawędź jej koszulki i w końcu ściągnął z niej ten przeklęty kawałek materiału. I zamiast z powrotem opaść na materac pocałował ją, przejeżdżając paznokciami po jej plecach, zanim w końcu sięgnął dłońmi do jej piersi.

Matilde Wallace - 2018-05-13, 12:53

– A teraz chowam bombę pod koszulką – dodała wciąż się uśmiechając, ale jednak.. to co powiedział w pewnym sensie w nią uderzyło. Jeszcze kilka dni temu tak cieszyła się z tego, że uwolniła się od rządów Colleen. Nikt nie miał już jej rozkazywać, była wolna. A plan był zajebiście prosty. Miała po prostu robić to co chciała i zamknąć się z tą przyjemnością w przeciągu tygodnia. A teraz? Nie było dla niej Bractwa. Nie miała schronienia. Nie miała też pieniędzy. Kiedy ten tydzień dobiegnie końca, Matilde po prostu zostanie… z niczym. I nawet jeśli jakimś cudem pozwoliliby jej wrócić do Obozu, to Wallace nie miała zamiaru tego robić. Nie, dopóki tam wciąż była Colleen. Z drugiej strony minie naprawdę sporo czasu zanim w ogóle będzie ją stać na wynajęcie mieszkania. Wcześniej sobie dorabiała w salonie tatuażu, ale nie musiała się martwić praktycznie o żadne wydatki. Teraz… to miało wyglądać kompletnie inaczej. I nie chciała o tym myśleć, nie teraz. Ale kiedy sobie to wszystko uświadomiła, to po prostu utknęło gdzieś z tyłu jej głowy.
– Myślałam, że już to sobie ustaliliśmy – użyła jednego z jego klasycznych tekstów, które tak często wydobywały się z jego ust. Droczenie się z nim chyba jeszcze nigdy nie sprawiało jej takiej frajdy, jak w tym momencie. Sam wyraz jej twarzy zdradzał dosłownie wszystko. Sposób w jaki na niego patrzyła tym błyszczącym, roześmianym spojrzeniem, kąciki ust wzniesione w ciepłym uśmiechu… Jeśli jakimś cudem mogłoby być lepiej, to nawet nie umiała sobie tego wyobrazić.
– To ja jestem najgenialniejszym człowiekiem na ziemi – a potem tak po prostu wymownie wzruszyła ramionami. Ona nie tylko wierzyła w swoją rację, ona była co do niej święcie przekonana! I zuchwale podtrzymała to spojrzenie Williama, tym samym jakby starając go do czegoś zachęcić. Ale kiedy mężczyzna zaczął się podnosić… o! Wallace parsknęła krótkim, cichym śmiechem. Ale nie było sensu czekać aż Hopper rzeczywiście wyjdzie z tego łóżka. Kto wie, co musiałaby zrobić, by ponownie go tu zaciągnąć. Więc po prostu zarzuciła mu ramiona na szyję, przyciskając swoje usta do jego warg i jednocześnie próbując ciężarem swojego ciała sprawić, że Will ponownie opadnie plecami na łóżko.
– Przecież tylko żartowałam – mruknęła, a ton jej głosu dość jasno wskazywał na to, że mężczyzna nie powinien nawet myśleć o jakiejkolwiek ucieczce. I kiedy Hopper powiedział o tym, że jego siostry były w jego mieszkaniu.. to wszystko zaczęło mieć dla Matilde sens. To dlatego wtedy nie zaprosił jej do siebie? To dlatego musiała go leczyć w obozowym gabinecie? Sama nie wiedziała, że wciąż potrzebowała tego wyjaśnienia, dopóki ono się tak po prostu nie pojawiło. Poczuła się o wiele lepiej, o wiele pewniej. I to chyba właśnie to spowodowało, że tak bezczelnie z nim teraz igrała. I kiedy dotarły do niej te kolejne równie urocze – jak uroczy był sam Will – słowa, a zaraz potem poczuła, jak traci panowanie nad swoją koszulką, która właśnie wylądowała na podłodze, Matilde wyrzuciła z siebie:
– Wzajemnie, Hopper – i nawet jeśli chciała dodać coś jeszcze to nie było na to szans, bo mężczyzna dość skutecznie zamknął jej usta. Wallace po prostu odwzajemniła ten pocałunek, dość instynktownie wsuwając jedną dłoń w jego włosy, a drugą kładąc na jego barku. Z kolei pod wpływem tego powodującego przyjemne mrowienie i łaskotanie w podniebieniu dotyku, Matilde przesadnie się wyprostowała, przylegając do niego. Ba! Wręcz mimowolnie napierając na niego całym ciałem. Chciała po prostu być jeszcze bliżej.

William Hopper - 2018-05-13, 22:17

Znowu to zrobił. Znowu powiedział coś, przez co zaczęła myśleć o czymś, o czym stanowczo nie powinna. Poprzednim razem nie zapytał, uznał że skoro nic nie mówi to jej sprawa... Ale już drugi raz mu gdzieś odlatywała myślami. Czy to miało ze sobą jakiś związek? Czuł, że raczej nie powinien drążyć, w końcu sam też by tego nie chciał na jej miejscu… Ale chciał wiedzieć, o co chodziło, zwłaszcza że była mu to winna, po tym jak tyle go wypytywała. Ona mogła, więc on teraz jego kolej. Zwłaszcza, że przecież to nie było nic szczególnie istotnego, tak?
- O co chodzi? – spytał po prostu.
Wallace miała naprawdę niezły tupet, żeby dwa razy pod rząd parafrazować jego słowa i to z taką miną. Chyba to lubił. Tak, stanowczo to lubił. Jakim cudem potrafiła być tak wkurzająca w tak czarujący sposób? Ona nie powinna mieć ani odrobiny uroku, doprowadzała innych do szału niemal równie często jak on sam. Powinien jej mieć dość, a cały problem polegał na tym, że stanowczo nie miał jej dość.
- Wallace, nie chcę cię martwić, ale jeśli powtórzysz coś sto razy, to nie stanie się prawdą – odpowiedział kręcąc głową zdegustowany. Mogła próbować, ale nie miała najmniejszych szans go przebić. Niestety, ale dostała mutację, która się do czegoś przydawała i na jej pierwsze wyraźnie efekty nie trzeba było czekać kilkanaście lat. Biedaczka.
I cóż, jeśli miała go zatrzymywać z taki sposób… mógł się jakoś pogodzić z tym, że właśnie zwiększał ryzyko swojej niechybnej śmierci w wybuchu. Cóż, przynajmniej umarliby w tym łóżku i mogliby mieć wszystko w dupie. Całkiem zabawne, biorąc pod uwagę, że kiedy to on wspomniał coś o grupowym samobójstwie, ona mu odpowiedziała – jak to szło? – że umiera się tylko raz i z pewnością nie ma zamiaru robić tego z takim fiutem jak on. Może i sporo się od tego czasu zmieniło, ale na pewno nie Wallace. A na całe jej stwierdzenie że tylko żartowała, mruknął jakieś yhym. Bardzo jej w to wierzył. Po prostu nie sądziła, że on to faktycznie to zrobi. Naprawdę myślała, że nie przyjmie tak otwarcie rzuconej rękawicy? Oj Wallace, Wallace…
Hopper nie miał najmniejszego zamiaru marnować więcej czasu na dogadywanie jej, a przynajmniej nie, kiedy w końcu pozbył się tej jej przeklętej koszulki, a sama Matilde siedziała na nim półnaga i przyciskała swoje ciało do niego tak cholernie mocno, aż podparł się jedną ręką o materac rozkoszując się dotykiem jej skóry. Sprawiała, że tylko chciał więcej, to wiecznie było dla niego za mało. Uwielbiał to, uwielbiał ją… ale przecież dopiero zaczynali, a wszystko miało być jeszcze lepsze, prawda? Nie był w stanie powstrzymać uśmiechu, nawet jeśli wiązało się to z przerwaniem pocałunku. W końcu całkowicie oderwał się od jej ust tylko po to, żeby zacząć muskać jej szyję, centymetr za centymetrem, coraz niżej, powoli zmierzając do jej obojczyka. Wolną rękę cały czas trzymał na jej piersi, kreśląc kciukiem kółka coraz bliżej jej sutka. Tak, stanowczo zamierzał korzystać z tej chwili, czerpać z tego jak ich skóra ciasno się stykała, z jej zapachu, z każdej jej reakcji, a te co lepsze momenty rozciągać w swojej głowie.

Matilde Wallace - 2018-05-14, 19:57

– Po prostu.. – westchnęła, zupełnie jakby te dwa słowa skrywały w sobie najlepsze wytłumaczenie tego wszystkiego co działo się w jej głowie. Ale chyba nie było sensu udawać, że wszystko jest w porządku, skoro już i tak dostrzegł, że coś jednak zajmowało jej myśli. Poza tym w pewnym sensie była mu winna szczerej odpowiedzi. Zwłaszcza po tym, jak sama jeszcze chwilę temu go męczyła o różne rzeczy. Bynajmniej nie miała zamiaru go okłamywać, a ignorowanie też nie wchodziło w grę.
– Co się teraz ze mną stanie? – wyrzuciła w końcu, mimowolnie marszcząc czoło. Nie musiała nawet nic więcej dodawać, bo coś jej podpowiadało, że Hopper i tak doskonale wiedział, co miała na myśli. O, wreszcie pierwsze zalety posiadania tego – jak to szło? – najgenialniejszego człowieka na ziemi jako swojego faceta. Ale tak, sytuacja w której się teraz znajdowała nagle wydała jej się naprawdę nieciekawa. Natomiast każdy kolejny aspekt jeszcze gorszy od poprzedniego. W najbliższym czasie czekało na nią tak wiele problemów, tak wiele wyborów, a ona nawet nie wiedziała, czy będzie na siłach udźwignąć taką głupotę, jak wybór odpowiednich składników w sklepie. Ale chyba nie powinna o tym myśleć. Zwłaszcza teraz, kiedy w ich łóżku było tak gorąco.
– Adolf Hitler uważał inaczej – odparowała, jak gdyby nigdy nic wzruszając ramionami. Przecież to miało sens, prawda? Skoro najbardziej charyzmatyczna osoba, jaka kiedykolwiek stąpała po ziemi tak mówiła, to tak było, nie? I jeśli już miała wejść w te filozoficzne tematy, to w rzeczy samej im częściej myślała o tym, że jednak uda jej się jakoś ocalić Hoppera przed śmiercią, tym bardziej była przekonana, że to jest osiągalne. A z tego można było wyciągnąć już naprawdę prosty wniosek. Tak. Po prostu była o wiele genialniejsza od Hoppera, a on musiał się w końcu z tym jakoś pogodzić.
I chyba nie muszę wspominać o tym, jak zadowolona była, kiedy Hopper zdecydował się jej nie opuszczać. Przecież to i tak nie miałoby sensu. Oboje za dobrze się czuli, przytulając się do siebie. I chyba po prostu stwierdziła, że jeśli Hopper rzeczywiście tego pragnął, to niech ją! Mogła być tą cholerną terrorystką z bombą pod koszulką. Ba. Byłaby nawet w stanie poświęcić się dla dobra ojczyzny i popełnić samobójczy akt terrorystyczny. Ale o wiele bardziej wolała jednak scenariusz, w którym Hopper miał rozbroić tą zdradziecką, tykającą bombę. Może jednak był dla nich ratunek? Nie musieli się wysadzać tak szybko! I najwyraźniej – biorąc pod uwagę to co wydarzyło się kilka chwil później – on uważał dokładnie tak samo.
Chyba już nigdy nie chciała odrywać się od jego warg. Cholera. Jak to możliwe, że z każdą sekundą smakowały coraz lepiej? Przecież po tych kilku dniach powinna się już przyzwyczaić. A jednak tak się nie działo. Ba! Miała wrażenie, że każdy jego dotyk odczuwała znacznie intensywniej. Gdy zaczął muskać ustami jej szyję, a potem obojczyk… Wallace mocniej zacisnęła palce we włosach Hoppera, jednocześnie niespokojnie wypuszczając z ust powietrze. To co z nią robił… czy to w ogóle było legalne? Już teraz miała problemy z normalnym oddychaniem, już teraz jej skóra była tak wyczulona na każde jedno zetknięcie się z jego skórą. I gdy tak ją dotykał, gdy kreślił kółka na jej piersi, Matilde nie tylko poczuła uderzenie gorąca – ona dosłownie płonęła. Nie musiała nawet sprawdzać, by wiedzieć, że jej dekolt się zarumienił. I odrobinę zgarbiła się, opuszczając głowę, by ostatecznie samej kilkakrotnie musnąć wargami zarówno bark, jak i ramię mężczyzny.

William Hopper - 2018-05-15, 19:43

Hopper zrozumiał co miała na myśli w ciągu ułamka sekund, ale nie było się co temu dziwić, cały czas miał dostęp do wszystkich elementów układanki. Wallace odeszła z Bractwa, więc zrezygnowała z miejsca, które zapewniało takim jaki oni jedzenie i dach nad głową. Porządnej pracy nie miała z dość oczywistych względów, a nawet jeśli miała jakieś oszczędności, pozbyła się ich kilka dni temu. W końcu po co jej były pieniądze, skoro miała już nigdy nie wychodzić z tego pokoju? Ciągle miał przed oczami ten widok, Wallace siedzącą na ziemi próbującą wbić sobie strzykawkę w żyłę, to uczucie, kiedy nagle się rozłączyła. W końcu to była jego moc. Pamiętał rzeczy, nie tylko te dobre i przydatne.
Odpędził to wspomnienie przesuwając dłonią po włosach dziewczyny. Miał ważniejsze rzeczy o których powinien myśleć. Powinien powiedzieć coś, od czego poczuje się lepiej, w końcu to dla niej faktycznie mógł być koniec świata. Nigdy tak naprawdę nie uciekała, pierwszy raz była w podobnej sytuacji, nie mając pojęcia jak będzie wyglądał jej kolejny dzień. Cóż, była mutantką w Stanach, to musiało się prędzej czy później stać.
- Co z tą Fay? Niedawno odeszła z Bractwa, ona też musiała się gdzieś przenieść - zauważył. W końcu znając Wallace mimo nowych okoliczności nie będzie chciała wrócić do Bractwa, była na to zbyt dumna i uparta, a dziewczyny w końcu się przyjaźniły, tak? Mogły sobie coś załatwić razem. - Jeśli będziesz chciała spróbować żyć normalnie, mogę załatwić ci fałszywe dokumenty. Trupom ciężko się szuka pracy... ale powinnaś być ostrożna. Nie sądzę, że DOGS coś o tobie wie, ale masz przydatną moc, a to nie wróży niczego dobrego dla takich jak my - powiedział. Z własnego doświadczenia doskonale wiedział jak może skończyć przydatny mutant. Cóż, przynajmniej nie martwy. - Może powinnaś pomyśleć nad Kanadą. Jesteś sama, mogłabyś się przemknąć przez granicę... Tam jest bezpieczniej. Normalniej - dodał jeszcze. Nie sądził że go posłucha, ale to była cholernie dobra opcja, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nie miała nikogo na swojej głowie. A przynajmniej nie będzie mieć już za kilka miesięcy. Gdyby był na jej miejscu, pewnie spróbowałby swojego szczęścia gdzieś na południu Europy, może w Hiszpanii.
- Adolf Hitler był idiotą, który dał się pokonać mając wygraną wojnę - stwierdził zupełnie dyskredytując Fuhrera jako jakikolwiek autorytet, zanim znowu ją pocałował. Cholera, to chyba nie był temat, o którym powinni rozmawiać w łóżku. I chyba powinien jednak wspomnieć coś o ludobójstwach, zamiast operacji Barbarossa. Ktoś normalniejszy by tak zrobił. Z resztą, potwory i mordercy miewali rację, idioci nie. To był zwyczajnie lepszy argument. Po prostu.
Ale Will nie miał najmniejszego zamiaru myśleć ani sekundy dłużej o nazistach, nie teraz, to stanowczo nie były jego klimaty. Zamiast tego po prostu rozkoszował się każdą reakcją Wallace, zapachem jej perfum, tym jak zaciskała palce w jego włosach. To wszystko tylko mocniej go nakręcało, ale nie miał najmniejszego zamiaru pędzić tak jak za ich pierwszym razem. Mieli cholernie dużo czasu. Przeniósł palce na jej plecy, nieśpiesznie przejechał paznokciami w dół i zatrzymał dłonie na chwilę przy jej pośladkach. W końcu odrobinę ją podniósł, żeby wygodniej się z nią obrócić, z powrotem wylądować mając ją pod spodem i pozbawić reszty ubrań. I stanowczo, tym razem nie miał zamiaru się nigdzie śpieszyć.

dwa dni później


To wszystko w pewien przypominało jakieś cholernie dziwne wakacje, może nie w najlepszym ośrodku, ale za to z całkiem niezłymi atrakcjami. Oprócz nie musiał przejmować się żadnymi zadaniami, żadnymi problemami, żadną pracą pierwszy raz od... właściwie nie wiedział kiedy. Od początku lutego próbował ogarnąć syf zwany Bractwem, wcześniej szukał swojej rodziny i leku na swoją nieuleczalną dolegliwość, a jeszcze wcześniej próbował jakoś przeżyć. Nie miał czasu na wolne i pewnie gdyby nie odwyk Wallace nigdy by się nie zdecydował na takie definitywne odcięcie się od zewnętrznego świata. Rzecz w tym, że dziewczyna miała już się mieć coraz lepiej, a mu się zaczynał kończyć czas, po którym obiecał wrócić. Z resztą... znał siebie i wiedział że nie wytrzymałby w taki sposób wiele dłużej niż ten tydzień. Jego mózg zaczynał błagać o jakieś wyzwania większe niż sudoku.
Właśnie, jego mózg. Moc Wallace przestała działać dwa dni temu, ale nie było źle, w zasadzie niewiele się zmieniło - po prostu kiedy dawał dziewczynie metadon, brał jedną tabletkę dla siebie. Nie spodziewał się, że to będzie działać aż tak dobrze, pozbawiać go bólu głowy równie skutecznie co leczenie Matilde.
Ten dzień był dość specjalny w ich leniwym życiu - zamiast pizzy, zamówili chińszczyznę. Oczywiście, nie smakowała ani odrobinę jak cokolwiek z Chinatown, ale tak długo jak była przyzwoita, a Wallace nie odmawiała zjedzenie jej, Hopper nie narzekał. Niewiele potrzebował do szczęścia, prawda? Jednego pokoju, nieco opioidów, chińszczyzny i całkiem przyzwoitego towarzystwa.

Matilde Wallace - 2018-05-16, 09:51

Fay… Właśnie. Wallace na dobrą sprawę nawet nie wiedziała co się z nią działo. Od momentu odłączenia się Murphy od Bractwa, życie Matilde posypało się do tego stopnia, że brunetka nawet nie zastanawiała się nad tym co działo się z jej przyjaciółkami. Powiedziała Cassandrze, że idzie na odwyk, zupełnie jakby liczyła, że Gardner podzieli się tą informacją z młodszą przyjaciółką. Potem zgodnie z planem wszystko miało stracić jakiekolwiek znaczenie. Nie myślała wcześniej tymi kategoriami. W swoich działaniach była samolubna, ale to przecież nie była żadna nowość.
– Taaak, może to jest jakieś wyjście – przyznała nieobecnym tonem głosu. Sama nawet nie wiedziała, czy rzeczywiście to miała być jej pierwsza ucieczka. W swoich narkotykowych doznaniach przeżywała naprawdę mnóstwo dziwnych wizji i z perspektywy czasu nie była w stanie określić, które z nich wydarzyły się naprawdę, a które nie. Słuchała jego słów, zastanawiając się w jaki sposób w ogóle miała znaleźć mieszkanie, pracę… Nie wiedziała za bardzo o co mu chodziło z tymi fałszywymi dokumentami, ale po prostu przyjęła, że to jakieś kolejne mądre gadanie Willa. Kiedy tak dotykał jej włosów.. po prostu dobrze jej się myślało nad wszystkimi sprawami dookoła, ale nie do końca nad tym co on mówił. Oczywiście do momentu, w którym nie powiedział czegoś o trupach. Wallace ściągnęła brwi.
– Ktoś umarł? – a potem nagle zaczął jej mówić o DOGS i Kanadzie, a Wallace zgłupiała. Chciał się jej pozbyć? Chciał, by stąd wyjechała? Matilde kilkakrotnie zamrugała oczami, z trudem powstrzymując się przed wybuchem złości, ale nawet nie trzeba było być genialnym Willem, by dostrzec, jak bardzo zdenerwowały ją jego słowa. Chciał się jej pozbyć. Chciał, by wyjechała daleko stąd, żeby on mógł się w spokoju zabić? To było chore. Nawet jak na niego. Była przekonana, że te ostatnie dni jednak coś znaczyły, ale najwidoczniej znowu się pomyliła.
– Nie – wyrzuciła stanowczym, lodowatym tonem głosu. I choć miała zdecydowanie o wiele więcej do powiedzenia, nie dodała nic więcej. Nie chciała się z nim kłócić, nie teraz. Nie było sensu. Ale nie miała też zapomnieć o tej jego propozycji. Nie tylko ją to dotknęło, ale też uraziło. Ale nie mógł jej zmusić do wyjazdu. Cóż, była dorosła i mogła o sobie decydować. Nie miała zamiaru go tu zostawiać. Jego słowa o Hitlerze jedynie skwitowała wywróceniem oczami. Na tą dyskusję też nie miała siły, bo cóż.. czekały na nich o wiele przyjemniejsze rzeczy. Swoją drogą to chyba również źle świadczyło o niej skoro nawet nie zauważyła jak nieodpowiedni był argument Hoppera. Mniejsza z tym. Zdecydowanie bardziej wolała zatracić się w Hopperze i skoncentrować się na każdym kolejnym dotyku, pocałunku. Uwielbiała to co z nią wyprawiał. Uwielbiała to jak na nią działał. Uwielbiała to, że nie dało się być już bliżej, czy bardziej. A przede wszystkim uwielbiała świadomość, że on również to czuł. I nie zamierzała się hamować. Z każdą kolejną sekundą po prostu coraz bardziej poddawała się chwili, coraz bardziej do niego lgnęła, coraz większą satysfakcję i przyjemność czerpała z tego zbliżenia.
dwa dni później

Cóż, Wallace nie do końca była pewna, czy taka nagła zmiana tej ich pizzowej diety była w ogóle wskazana dla ich zdrowia psychicznego, ale chyba koniec końców potrzebowała jakiejś odskoczni. Zwłaszcza, że już wczorajszego dnia nie byli w stanie wmusić w siebie ostatnich trzech kawałków pizzy, które ostatecznie z samego rana znalazły dla siebie miejsce w koszu na śmieci. Dlatego chińszczyzna mogła być naprawdę dobrym urozmaiceniem. Być może po zjedzeniu tego całego ryżu, makaronu, warzyw i kurczaka, ponownie docenią wartość pizzy i kolejna nie wyląduje w śmietniku? Wallace nabiła na widelec – nie, jedzenie pałeczkami nie było dla niej – kawałek kurczaka, po czym włożyła sobie jedzenie do ust.
Szczerze mówiąc to wciąż nie miała apetytu. Chociaż nie mdliło jej już tak bardzo od każdego jednego przełykania śliny, to.. czuła się po prostu pełna. Ale starała się za bardzo nie narzekać, bo niestety jej przeciwnik również był niezwykle upartą bestią. A kłócenie się o jedzenie.. nie należało do jej ulubionych kłótni. Mieli możliwości i potencjał na o wiele bardziej bezsensowne sprzeczki, więc szkoda byłoby zmarnować całą swoją energię na jakieś jedzenie.
– Chyba faktycznie przydadzą mi się te fałszywe dokumenty – odezwała się w końcu, jednocześnie biorąc łyka swojej ukochanej dietetycznej coli, której puszkę odstawiła na stolik. Zdążyła sobie już to wszystko przemyśleć i doszła do wniosku, że chyba faktycznie potrzebowała nowej tożsamości. Chujowo się z tym czuła, ale starała się nie dać tego po sobie poznać.
– Jak w ogóle się takie rzeczy załatwia? – wzniosła prawą brew ku górze, zatrzymując widelec z kawałkiem marchewki w powietrzu i wbiła wzrok w Hoppera.

William Hopper - 2018-05-18, 21:43

Oczywiście, że to było jakieś wyjście. Na dodatek bardzo dobre, skoro Hopper je zaproponował. Nie powiedział tego na głos, oczywiście. Wallace potrzebowała to wszystko sobie na spokojnie przetrawić, nawet ktoś o jego wrażliwości emocjonalne to rozumiał. Ciągle pamiętał jak wiele to dla niego znaczyło, kiedy sam został na lodzie. Jasne, miał wtedy szesnaście lat, Wallace była jedenaście lat starsza niż on wtedy, ale przecież nie przywykła do takiego trybu życia. Do jego trybu życia.
Pytanie Wallace zupełnie wytrąciło go z rytmu. Myślami był już przy tym w jak bardzo idiotyczny sposób Wallace może zwrócić na siebie uwagę i dać się złapać i zabić. Możliwości były wręcz nieograniczone. Pewnie dlatego słysząc słowa dziewczyny nie wpadł na pomysł, że mogła nie wiedzieć, że jest oficjalnie martwa.
- Wszyscy wystarczająco głupi, żeby dać się zabić – stwierdził zwyczajnie.
I naprawdę nie sądził, że aż tak ją wkurzy tą propozycją. To była po prostu dobra opcja, nic szczególnego. Po prostu chciał, żeby to jej utkwiło w głowie, żeby zaczęła o tym myśleć i żeby w końcu udała mu się ją kiedyś do tego przekonać. Na pewno nie teraz, w tym łóżku,
- Okay – odpowiedział jej wręcz zadziwiająco łagodnie.
To do niego nie pasowało, on się tak nie zachowywał. Skoro już to zaczęła, nie powinien odpuszczać, tak z zasady. Problem w tym, że on naprawdę nie chciał się kłócić, nie teraz, kiedy tak dobrze im szło. I nie kiedy mieli tyle lepszych rzeczy do roboty.

Tak, ich wczorajsze pozbycie się tych trzech kawałków pizzy z pewnością pozostanie plamą na ich honorach do końca ich żyć. Hopper był nawet skłonny stwierdzić, że jeśli gdzieś nad nimi siedział apodyktyczny staruszek z siwą brodą, to właśnie ten uczynek ostatecznie zdecydował o tym że trafi do piekła. Cóż, życie – a może raczej śmierć.
Cóż, dla Hoppera Wallace mogła nie mieć apetytu, mogło ją mdlić i mogła wybrzydzać ile wlezie, tak długo jak ciągle coś jadła, a on nie musiał magicznie wyczarowywać skądś kroplówki i wbijać się w jej żyłę. Wiedział że to nieco głupie, ale jakoś wolał ją trzymać z daleka od igieł, nie ważne czym w zasadzie miałaby być wypełniona strzykawka czy tam kroplówka. I naprawdę się cieszył, że jadła, nie ważne czy dlatego że nabrała nieco rozumu, czy może zwyczajnie nie chciała się kłócić. A jeszcze bardziej ucieszył się, kiedy sama zaczęła ten temat. Cokolwiek właściwie miała zamiar zrobić, przydadzą jej się fałszywe dokumenty. Właściwie, przydadzą jej się jakiekolwiek dokumenty. Tylko czekać aż ktoś zechce dokładniej kim jest ta Matilde Wallace i dlaczego do cholery stoi przed nim, skoro powinna być martwa.
- Zajmę się tym – stwierdził po prostu. Ostanie czego potrzebował, to żeby Wallace zaczęła się pakować w nie najciekawsze interesy. Nie żeby wcześniej nie umawiała się z dilerem. Nieważne. Po prostu w takich miejscach byli różni ludzie, którzy sprzedawali różne rzeczy, a Matilde powinna się trzymać jak najdalej od heroiny.
Hopper przez chwilę spokojnie zajął się swoim ryżem i warzywkami, gdzieś z tyłu głowy szacując sobie szanse. Ale skoro sama zaczęła temat, to przecież nie mogło być tak źle, prawda? Wallace była cholernie nieprzewidywalna, o czym on sam się przekonał wymawiając słowo na K. Mimo wszystko, dobrze byłoby spróbować swoich szans.
- Jeżeli masz zamiar wrócić do życia tam jako mutanta, powinnaś nauczyć się walczyć – rzucił, zanim pałeczkami wsadził sobie do ust kawałek kurczaka, uważnie obserwując twarz Matilde. Dobrze byłoby wiedzieć, jakby to miały być ostatnie minuty jego życia z jakiegoś powodu.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group