William Hopper - 2018-05-01, 18:10 Nie miał pojęcia jakim cudem Wallace była w stanie poprawić mu humor mówiąc, jak bardzo miała go w dupie i jak to miała zamiar pozwolić mu się wykrwawić, jak już podetnie sobie żyły ostrymi konserwami. Okropna kobieta. Bez serca i duszy. Czemu on jeszcze z nią tutaj siedział? Może dlatego, że kiedy sobie tak uszczypliwie dogadywali, czuł się naprawdę na miejscu. Po prostu jakby wszystko było w porządku, jakby Wallace wcale niemal się przed chwilą nie zabiła, jakby nie miał za niedługo umrzeć. Chyba powinien się na nią wściekać. Wykrzyczeć jej jak idiotyczną decyzję podjęła, jak bardzo zmarnowała te wszystkie miesiące odwyku i pozbawiła je znaczenia... ale po prostu nie chciał. Nie teraz. Przecież mógł to zrobić później, jeszcze długo będzie tutaj z nią siedział. Chciał się po prostu przez chwilę nacieszyć z tego, że chociaż coś w jego życiu było takie, jakie powinno być. Chociaż przez chwilę, zanim wszystko się znowu posypie, Matilde zacznie świrować bez kolejnej dawki heroiny albo zaczną znowu zwyczajnie na siebie wrzeszczeć. Zanim straci wszystkie racjonalne powody żeby tutaj z nią siedzieć i jej pilnować, więc będzie musiał wyjść, zanim zrobią coś głupiego.
Bo on przecież cały czas umierał. Może i Wallace cały czas o tym pamiętała, ale co z tego, skoro postanowiła twardo ignorować ten fakt? Nie powinni się w to pakować, czymkolwiek to właściwie było. To mogło się skończyć w tylko jeden sposób. Oboje już kiedyś przechodzili przez coś podobnego, czy Wallace już o tym zapomniała? Czy tak bardzo śpieszyło jej się do powtórki z rozrywki, do znalezienia czyjegoś martwego ciała? Znali się ledwie kilka tygodni, ale Hopper nie mógł ignorować tego jak bardzo obydwoje się obchodzili. Z jakiegoś powodu, to się stało, chociaż nie powinno mieć miejsca. Przecież na początku się nawet nie lubili.
Więc niech Wallace pomyśli, co w takim wypadku mogłoby się stać w ciągu kolejnych tygodni, kolejnych miesięcy. To wszystko stanie się tylko trudniejsze i bardziej bolesne na samym końcu, który zawsze będzie taki sam. Nie mogli go zmienić, nie ważne jak bardzo by się zapierali nogami, próbowaliby spowolnić wzrost ciśnienia w jego czaszce, gdyby pozwolił Wallace wyniszczyć swój organizm zbyt częstym leczeniem. Więc nie, szkodziło. I jeżeli ona tego nie rozumiała, dobrze że przynajmniej Hopper miał dość oleju w głowie.
Szkoda tylko, że brakowało mu samodyscypliny. Po prostu... nie dzisiaj. Jutro. Cholernie potrzebował tej świadomości, że jakimś cudem było z nią w porządku. Może nie wszystko, może cały czas była na heroinie, jej tętno było dużo za wolne, a oddech żałośnie płytki... ale przynajmniej ciągle była żywa. Nie płakała, nie krzyczała, a to było wystarczająco dobrze. Nie mówiąc już o tym, że znowu zaczęła mu wypominać jaki był beznadziejny. To chyba nie powinno go tak cieszyć, prawda?
- Wiem - odpowiedział jej, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
Przez chwilę wszystko było po prostu w porządku, kiedy Wallace była tak blisko niego, przyciskała głowę do jego klatki piersiowej. Była tutaj, cały czas żywa. Czemu ciągle nie mógł przyzwyczaić się do myśli, że wszystko było okay? Jakby zaraz miała zniknąć. Potrzebował czuć ją w swoich ramionach, czuć jej dłoń na swoim karku. Po prostu potrzebował tego zapewnienia, że nigdzie się nie wybierała. Nie wiedział jakim cudem tak szybko stała się dla niego taka istotna... ale miał już dość tracenia bliskich na całe swoje życie.
Kiedy usłyszał jej słowa, serce nagle podeszło mu do gardła. Nie chciał niszczyć tej chwili, gdzie wszystko było w porządku, ale po prostu nie był w stanie jej tego obiecać. Nie miała pojęcia czego od niego oczekiwała. Był w stanie to wytrzymać może nawet i kilka miesięcy, gdyby była taka potrzeba... ale nie był w stanie po prostu wegetować. Nie ważne jak rozpaczliwie byłby potrzebny... po prostu nie potrafiłby.
Wallace na szczęście nie ciągnęła tego tematu, po prostu powiedziała mu to czego potrzebował, a on mógł po raz kolejny zacząć udawać, że temat nie istniał i korzystać z tego, że cały czas miał ją przy sobie. Wplótł swoją dłoń w jej włosy leniwym ruchem. Powinien zająć się czymś, co rzeczywiście było istotne. Ciągle nie wiedział kiedy ostatnio coś jadła, powinien upewnić się, że absolutnie wszystko było z nią w porządku... ale to za chwilę. Nic się nie stanie, jeśli to poczeka kilka minut.Matilde Wallace - 2018-05-01, 21:12 W tym właśnie tkwił problem. Jak na rzekomego rasowego egoistę przystało, Hopper był po prostu chujowy w myśleniu tylko o sobie. Dlaczego robił coś wbrew jej woli? Dlaczego podejmował za nią decyzję? Bo chciał jej dobra? To nie powinno tak wyglądać. Nie w przypadku Wallace. U niej słowa wyjść na dobre miały zupełnie inną definicję niż u normalnych, zdrowo funkcjonujących i rozumujących ludzi. I najwidoczniej genialny mózg Hoppera nie był w stanie pojąć tak prostej rzeczy. Cokolwiek, by teraz nie zrobił i tak efekt miał być ten sam. Tak, to była prawda. Z tym, że nie pomyślał o jednej kluczowej rzeczy.
Jeśli odejdzie z własnej woli, jeśli sam odbierze sobie życie to zabierze jej wspomnienia. Zostanie jej pustka, której nie będzie w stanie wypełnić nawet narkotykami. Znienawidzi go do tego stopnia, że każdy kolejny William będzie jej się kojarzył tylko z tą jedną okropną rzeczą. Nie chciała powtórki z rozrywki. Nie chciała czuć obrzydzenia na każdą jedną myśl o zbliżeniach z tym człowiekiem. Nie chciała czuć tego samego, co czuła teraz na każde wspomnienie o Aaronie. Z jednej strony towarzyszyło jej to okropne poczucie winy, a z drugiej strony przywróciłaby go do życia tylko po to, by osobiście odebrać mu życie. Tęskniła. Po części tak, ale w gruncie rzeczy bardziej nie potrafiła sobie poradzić z myślą, że zostawił ją samą. Tak jakby zrobił jej to na złość. Za te wszystkie odmowy pójścia na odwyk, za wszystkie kradzieże, sprzeczki, bójki. A teraz Will chciał zrobić to samo. Chciał dać jej do zrozumienia, że nie była wystarczająco dobra, by mógł się przemęczyć trochę dłużej. Wolał umrzeć niż być z nią irytować się na nią.
Ale to była wciąż Matilde. Jeśli chciała marnować na niego swoją moc to miała zamiar to robić. Z jego zgodą, czy też nie. Jeśli będzie taka potrzeba… to wykorzysta każde jedno zbliżenie, by w ukryciu go leczyć. Tego nie mógł jej zabronić. Była na to zbyt uparta. I miała zamiar dopiąć swego. Zresztą.. jak zawsze.
Teraz pewnie też, by to zrobiła. Gdyby nie fakt, że była za słaba i wciąż nieco roztrzęsiona. Ale na szczęście nie wyglądało na to, by rzeczywiście potrzebował teraz medycznej pomocy. Szczery uśmiech na jego twarzy chyba wynagrodził jej wszystko, co ostatnio przeszła. Sama nie mogła się powstrzymać i nie odpowiedzieć dokładnie tym samym, jednocześnie jeszcze mocniej się w niego wtulając. Nie potrafiła teraz nawet pomyśleć o niczym przyjemniejszym. Wsłuchiwała się w bicie jego serca, jednocześnie wyczuwając pod opuszkami palców bijące od niego ciepło. I to w jaki sposób ją dotykał, sposób w jaki trzymał dłoń w jej włosach… to ją uspokajało, usypiało. Nawet nie zarejestrowała momentu, w którym rzeczywiście odpłynęła.
pięć godzin później
Z pewnością nie obudziłaby się tak szybko, gdyby nie fakt, że znowu zrobiło jej się tak cholernie zimno. Choć była szczelnie przykryta kocem – co zarejestrowała tuż po otworzeniu oczu – to w niczym nie powstrzymywało tych drgawek. Dziewczyna momentalnie objęła się ramionami, czując jak przez jej ciało przechodzą nieprzyjemne dreszcze, ale nie to było najgorsze. Żołądek podchodził jej do gardła, a zapach dymu nikotynowego zdecydowanie jej nie pomagał w walce z chęcią puszczenia pawia. Pewnie, gdyby nie towarzyszyły jej te niewytłumaczalne bóle mięśni, już teraz znalazłaby się w łazience. Teraz jednak pozostało jej jedynie ostrożnie podnieść się do siadu i kilkakrotnie zamrugać oczami, by przebić się wzrokiem przez stojącą w kącikach oczu wodę. Wtedy go dostrzegła. Dostrzegła Hoppera siedzącego przy stoliku i palącego papierosy. Jej papierosy. Wallace zacisnęła mocno zęby, jednocześnie z nerwów drapiąc się stanowczo zbyt mocno po swoich wątłych ramionach, przez co na bladej skórze zostawały czerwone ślady.
– Zdaje mi się, że przywłaszczyłeś sobie coś mojego, Hopper – wyrzuciła z siebie, siląc się na spokojny ton głosu, ale nie udało jej się zbyt dobrze ukryć rozdrażnienia. Jednak już po chwili po prostu westchnęła. Chyba wciąż bardziej cieszyła się z jego obecności niż wściekała o paczkę marnych papierosów. Gdyby tylko nie ten cholerny zapach…
– Zgaś to, proszę – i nawet wysiliła się na uprzejmy uśmieszek. W gruncie rzeczy starała się zabrzmieć miło. Ale kolejna chęć zwymiotowania zepsuła cały efekt.William Hopper - 2018-05-02, 01:29 Było coś niesamowicie spokojnego w sposobie, w jaki siedzieli na ziemi przytuleni do siebie, coś tak zupełnie niepasującego do tego kim byli i jacy wobec siebie byli... ale mimo wszystko to wydawało się być takie na miejscu. Chyba obydwoje tego tak cholernie potrzebowali, po tym wszystkim co się stało, obydwoje po prostu na to zasługiwali. Na chociaż odrobinę normalności.
Nawet nie zorientował się kiedy Wallace właściwie zasnęła. Położył ją do łóżka, przykrył kocem - wiedział przecież, że kiedy heroina przestanie działać, będzie jej cholernie zimno. Cóż, jeśli miała pecha, to niewiele później zrobi jej się pod kocem koszmarnie gorąco. Była w kilkudniowym ciągu, brała takie dawki... Dobrze że miał ten metadon. Nie miał pojęcia jak mieliby to przetrwać, gdyby musieli na niego poczekać kilka dni. Umieranie Hoppera w końcu choć raz się na coś przydało. Nawet jeśli miałby pozbyć się całego opakowania... Cholera, nawet jeżeli wrócą mu migreny byłby przecież w stanie przetrzymać te kilka dni na kodeinie. Wcześniej to przecież nie sprawiało mu problemu. Tyle że wcześniej było lepiej, przemknęło mu przez myśl. Moc Wallace nie zatrzymywała jego mutacji, po prostu hamowała jej objawy, a przecież już wtedy przyszedł do niej, bo kodeina przestawała wystarczać. Od tamtej pory do czasu kiedy migreny wrócą, minie osiemnaście dni, podczas których cały czas pojawiały się nowe neurony, a w jego czaszce było coraz mniej i mniej miejsca. To było cholernie dużo czasu, dla kogoś w jego stanie. Wcześniej myślał, że w końcu będzie mógł to zamknąć, teraz kiedy w końcu znalazł swoją rodzinę... Ale pozostawała sprawa Wallace. I im dłużej ona spała, tym Hopper coraz mniej mógł uwierzyć, że to wszystko było wykonalne. Jak długo był w stanie to ciągnąć nawet na najmocniejszych przeciwbólowych? Nawet nie miał pojęcia w jakim właściwie był stanie, nie mógł po prostu pójść do szpitala na rezonans. Ile właściwie on miał czasu i czy w ogóle był w stanie wszystko załatwić do swojej śmierci? Jego siostry cały czas były w Stanach, musiał je jakoś z powrotem przewieść do Kanady, oprócz tego Colleen ciągle potrzebowała jego pomocy w Bractwie z przenosinami i z GC, a teraz jeszcze Matilde... tak, chyba miał prawo czuć się nieco przytłoczony. Zwłaszcza że kiedy już jakoś pokona wszystkie te problemy nie czekało na niego żadne szczęśliwe zakończenie czy nawet chwila odpoczynku, tylko coraz większe tracenie kontroli nad własnym ciałem i umysłem. Oby tylko zdążył z tym wszystkim, zanim to się zacznie.
Jak on w ogóle mógł umierać? Teraz, kiedy tyle się działo. Kiedy miał świadomość co mogłaby zrobić Matilde. Co dzisiaj niemal zrobiła. Ciężko było w to uwierzyć, wyglądała tak spokojnie i... normalnie, teraz, kiedy spała. Ciągle była cholernie blada, nawet jak na nią, ciągle miała tak płytki oddech, ale te wszystkie jej krzyki i błagania... To było jak inna rzeczywistość, jak jakiś koszmar, ale przecież to miało miejsce. Osoba, na której mu zależało niemal nie zginęła. Przez niego. Przez jego krótkowzroczność. Ten scenariusz lubił się powtarzać, huh? Podobno był geniuszem, powinien choć trochę uczyć się na starych błędach, tymczasem popełniał je raz za razem, a ludzie ginęli.
Nawet nie próbował się położyć. Wiedział, że nie zasnąłby w pewien sposób był na to zbyt zmęczony. Poza tym... czuł jakąś obsesyjną potrzebę upewniania się, że z Wallace faktycznie wszystko było w porządku. Że ciągle oddychała, że jej serce cały czas biło, że naprawdę nie przesadziła. To było głupie. Przecież heroina działała coraz słabiej, skoro wcześniej nic się nie stało, teraz też nie powinno. Mimo wszystko, nie był w stanie odpuścić. Nie mógł pozwolić żeby teraz coś się stało, żeby zginęła przez jego głupotę. Nie mógł przez to znowu przechodzić.
Cały czas jego myśli wracały do Elviry, właściwie od momentu, w którym pierwszy raz przeszło mu przez myśl że Wallace może być martwa. A może nawet jeszcze wcześniej? W tym parku czuł się tak chujowo nie bez przyczyny.
Hopper przez pewien czas próbował zająć czymś swoje myśli, odciąć się od przeszłości, poczucia winy, od tych wszystkich obowiązków, od tego jak nieuchronnie umierał. Wrócił na chwilę do samochodu po swój plecak i metadon. Chyba przeczytał wszystko co było o używaniu go do opioidowego zespołu abstynenckiego, zanim w końcu przeszukał rzeczy Wallace tylko po to, żeby dokopać się do jej papierosów. Przy pierwszym faktycznie przez chwilę poczuł się jak ten pocieszny idiota, który palił tylko po to żeby wyglądać fajnie, którym był dziesięć lat temu. Przy drugim to było niemal namacalne. Przy trzecim jego myśli zaczęły mu obsesyjnie przypominać, jak nerwowo wypalił paczkę po tym jak przypadkowo znalazł zakrwawionego kolczyka Elviry w drobnej szparze w podłodze. Zgasił więc papierosa, po chwili znowu upewnił się, że z Wallace wszystko było w porządku, że ciągle oddychała, a jej serce biło. Po jakiejś godzinie wrócił do tego trzeciego papierosa.
Był przy czwartym, kiedy Wallace się obudziła i sądząc po tym jak była rozkoszna, resztki heroiny już zupełnie zniknęły z jej krwiobiegu.
- Nie zdaje ci się - odpowiedział jej po prostu. Jeśli tak cholernie było jej szkoda tych czterech papierosów, to odkupi jej paczkę.
I dopiero kiedy usłyszał jej prośbę zdał sobie sprawę jakim był idiotą. Przecież wiedział, że będzie jej niedobrze, a dym nikotynowy nie był czymś co miało na to szczególnie pomóc. Zgasił tego papierosa i podszedł uchylić okno. Przez chwile będzie jej jeszcze bardziej cholernie zimno, ale przynajmniej trochę się wywietrzy.
- Na serwetce masz dwie tabletki metadonu, powinien pomóc - rzucił jeszcze.
I nie, nie miał zamiaru wyciągać przy niej całego pudełka, nie powinna wiedzieć gdzie je trzymał. Lepiej nie kusić losu.Matilde Wallace - 2018-05-02, 10:34 Matilde kompletnie straciła poczucie rzeczywistości. Nie wiedziała ile tak naprawdę minęło czasu, jaka była pora dni, ani jaki w ogóle był dzień tygodnia. Gdyby nagle ktoś jej powiedział, że od wydarzeń sprzed snu minęło kilka dni – z pewnością, by w to uwierzyła. Po prostu chyba nawet nie pamiętała, kiedy ostatnio naprawdę spała. To z czego właśnie próbowała się wybudzić w niczym nie przypominało koszmaru sprzed kilku dni. Nie twierdziła, że był to dobry sen, nie. Wciąż czuła się uwięziona, wciąż czuła się jak w klatce, ale… tym razem było inaczej. Zamiast zimnego, przerażającego labiryntu – była galeria sztuki. Na śnieżnobiałych, idealnie wygładzonych ścianach wisiały obrazy. Każdy kolejny bardziej interesujący od poprzedniego. Każdy kolejny jeszcze skuteczniej zapierał dech w piersiach. To powinien być raj, prawda? Miała wszystkie powody, by myśleć, że rzeczywiście znalazła się w raju. A jednak, mimo tego wszystkiego pozostawało to dziwne przeczucie, że gdzieś tam dalej… czekało na nią coś więcej. Coś znacznie lepszego.
I choć zżerała ją ciekawość, choć była tak cholernie zdeterminowana, by jak najszybciej dotrzeć do końca… z każdym kolejnym krokiem zamiast się zbliżać – to się oddalała. A na ścianach wydawały się pojawiać jeszcze piękniejsze i lepsze dzieła. Matilde z szeroko otwartymi oczami obserwowała to wszystko, co się działo dookoła. Z zachwytem śledziła szczegóły zawarte w ramach, w płótnie. Wyobrażała sobie ruchy dłonią, niemal słyszała dźwięk zanurzanego w farbie pędzla. Ba, mogłaby przysiąc, że właśnie odkrywała tajniki geniuszu Van Gogha, czy Claude’a Moneta. Więc dlaczego czuła niepokój? Dlaczego czuła, że tu nie należała? Miała świadomość, że gdzieś tam czekało coś znacznie lepszego. I choć stanowczo wyrywające z jej klatki piersiowej serce zdawało się doskonale wiedzieć czym była ta tajemnicza nagroda, sama Matilde miała wrażenie, jakby dostała jakiegoś zaćmienia. Nie wiedziała, czym była ta rzecz. Wiedziała jedynie, że było to coś znacznie lepszego niż to co miała przed sobą.
Być może to i dobrze, że obudziła się z tego snu nim rzeczywiście dotarła do tego tajemniczego końca, który w jej stanie mógłby być dosłownie wszystkim. Począwszy od zwykłej jawy, przez znalezienie się w odległej rzeczywistości, aż do dotarcia do granicy własnego życia. Była skołowana, ale to dziwne uczucie niemal od razu zostało zepchnięte na dalszy plan. To chęć zwymiotowania i ten okropny chłód teraz zajmowały jej myśli. I kiedy Matilde tak siedziała w miejscu, tępym wzrokiem wpatrując się w Williama, zdecydowała się wreszcie wytrzeć dłonią łzawiące oczy. I kiedy tylko zgięła lewą rękę w łokciu, to niemal od razu tego pożałowała, czując promieniujący ból w okolicach przedramienia. Niemal natychmiast spuściła wzrok, by na własne oczy zobaczyć co najlepszego sobie zrobiła. Siniak nie stracił na barwie nawet o jeden odcień, natomiast żyły wydawały się dziwnie nabrzmiałe, zupełnie, jakby czekały na kolejne wkłucie. Wallace zacisnęła mocno wargi, kiedy do jej uszu dotarły pierwsze słowa Hoppera.
– To nie wróży tobie nic dobrego – burknęła, ale chyba była zbyt załamana swoim odkryciem, by zabrzmieć naprawdę groźnie. Swoją drogą… zdecydowanie będzie musiał jej odkupić tą paczkę papierosów. Zwłaszcza, że cała jej kasa została spłukana w motelowej toalecie. Przez kogo? Ale… nie miała do niego pretensji. Starała się nie mieć do niego żadnych pretensji. Najważniejsze, że z nią został. Matilde przyłożyła prawą rękę do swojego ramienia, chcąc nieco rozmasować tego siniaka, ale to tak cholernie piekło… Następnym razem będzie musiała bardziej uważać, by rzeczywiście trafić igłą w żyłę. Zaraz, zaraz. Nie miało być następnego razu. Matilde przełknęła cicho ślinę, by ostatecznie powolutku (wciąż pozostając szczelnie opatulona kocem) zsunąć nogi z łóżka i stanąć na nogi. Z wdzięcznością przyjęła to, że Hopper zgasił tego cholernego papierosa, ale powiew świeżego, chłodnego powietrza nie był niczym przyjemnym.
– Która godzina? – spytała cicho, siadając naprzeciwko Hoppera i wpatrując się w te dwie tabletki na serwetce. Potrzebowała tego. Z każdą kolejną sekundą coraz bardziej doskwierały jej skutki braku heroiny w organizmie, a to z kolei wywoływało ten cholerny ból. A przecież to nawet nie była najgorsza faza głodu. Jutro, pojutrze… miało być jeszcze gorzej. W tym momencie nie mogła nawet sobie tego wyobrazić! Chwyciła jedną tabletkę między palce, ale to też nie było takie łatwe, jak się mogło wydawać. Za każdym razem, kiedy próbowała sobie włożyć kapsułkę do ust, czuła jeszcze większą chęć zwymiotowania. Wallace westchnęła ciężko, odchylając głowę do tyłu i parsknęła gorzkim śmiechem.
– Mam już dość – wyrzuciła z siebie z krzywym uśmiechem, ale wreszcie udało jej się przełknąć tą jedną tabletkę. Chociaż niemal od razu pozieleniała na twarzy, nie wydarzył się żaden niespodziewany wypadek. A to już był jakiś sukces, nie? Wallace pokręciła z niedowierzaniem głową. Czuła się tragicznie. I dlatego z jej ust wydobyło się soczyste: – Kurwa.William Hopper - 2018-05-02, 17:46 Cóż, Hopper jakoś będzie musiał przeżyć, że Wallace była straszną zołzą i nie należała do ludzi, którzy dzielili się z innymi papierosami, nawet po tym, jak ci zdecydowali się ją niańczyć przez najbliższy tydzień. Czemu nie mógłby ratować jakiejś miłej dziewczyny? Dlaczego to nie jakaś miła i urocza sanitariuszka miała mieć moc uzdrawiania? Szczerze powiedziawszy, Hopper najprawdopodobniej wytrzymałby z nią jeszcze krócej niż z Wallace. ale przynajmniej może okazjonalnie zdarzyłoby się, że otrzymałby jakieś podziękowania, na przykład za to że jechał do niej w środku nocy, żeby nie popełniła samobójstwa. Albo że położył ją do łóżka i przykrył kocem, kiedy zasnęła. Ewentualnie była jeszcze kwestia tego, że przez całą noc szukał sposobów jak jej pomóc podczas detoksu i co jakiś czas sprawdzał czy aby na pewno wszystko z nią w porządku... ale kto by się przejmował takimi pierdołami? Z resztą, Hopper nie był tutaj dla podziękowań, zostałby nawet gdyby Wallace wróciła do krzyczenia jak bardzo go nienawidzi i próbowałaby go wyrzucić. Był tutaj, bo ona była skończoną idiotką i skoro sama nie potrafiła myśleć, ktoś musiał to robić za nią.
Wzruszył ramionami na jej jakże groźne słowa i po prostu patrzył jak Wallace wstaje z łóżka cała wyowijana kocem. Temperatura ciała musiała jej mocno spaść, jak to na głodzie.
- Moja kurtka jest na wieszaku - stwierdził zwyczajnie. Sam nie był pewien czy to była jakaś propozycja. Po prostu nie wiedział ile w zasadzie miała ze sobą ubrań i czy cokolwiek z tego było w ogóle wystarczająco ciepłe. Kiedy metadon zacznie działać, powinno być jej trochę lepiej, ale to przecież zajmie jeszcze trochę czasu. Ostatnie czego potrzebował, to złośliwa, szczękająca zębami Wallace.
- Dwadzieścia po ósmej - odpowiedział krótko, kiedy usiadła naprzeciwko niego.
Przez chwilę patrzył jak dziewczyna siłowała się z tabletką. Czyżby było jej cholernie niedobrze? Po opioidach? Kto by się tego mógł spodziewać? Niewiarygodne, że takie rzeczy przytrafiały się zwyczajnym ludziom, którzy tylko próbowali się zaćpać na śmierć. Powinni pisać o tym ostrzeżenia na ulotkach, człowiek nie orientował się jakie były konsekwencje, aż w końcu go nie dopadły. Biedna Wallace.
Choć chwilkę... Hopperowi coś świtało w tym jego genialnym umyśle, jakaś myśli, jakby kiedyś już słyszał coś podobnego, coś o Wallace i heroinie... Czyżby... Czy ona przypadkiem nie brała już kiedyś heroiny i nie była na całej masie odwyków? Czy nie kojarzyła tych wszystkich objawów głodu? Hopperowi nawet zdawało się że już od ponad roku trwała w postanowieniu, że więcej nie będzie brać, ale najwidoczniej musiało mu się zdawać, skoro został ją tutaj ledwie żywą i cholernie naćpaną.
- Sama to na siebie ściągnęłaś - zauważył. - Powinnaś wziąć dwie tabletki - dodał i posłał jej wąski uśmieszek.Matilde Wallace - 2018-05-02, 18:57 Jeśli myślał, że to ona byłe nieznośna i złośliwa to najwidoczniej dawno nie patrzył w lustro. Sam Hopper przecież nie należał do ludzi, z którymi z przyjemnością spędzało się wolne chwile. Przynajmniej ci normalnie funkcjonujący i mający dla siebie choć odrobinę szacunku ludzie z pewnością unikali jakichkolwiek interakcji z tym człowiekiem. Zresztą… nie było się czemu dziwić. Ale z jakiegoś powodu Matilde nie zaliczała się do tego zacnego grona. Nie, ona jak zwykle musiała iść pod prąd. I z pewnością, gdyby tylko usłyszałaby te zażalenia dotyczące tego, jak rzekomo była „niemiła”, to wygarnęłaby mu wszystko o tym jak był beznadziejny już w tym momencie. Pozostał jednak tylko ten jeden drobny szczegół. Miał rację. Tak, uratował ją. Tak, opiekował się nią jak nikt – przecież to widziała. Tak, z całą pewnością należały się mu podziękowania. To wszystko tylko komplikowało całą sytuację. Choć już sobie ustalili, że się nie nienawidzą, to przecież nie potrafiłaby zrezygnować z tego elementu ich związku, jakimi były uszczypliwości, udawanie, że między nimi wciąż nic nie było i tej nieco brutalnej szczerości. Związek. Czy ona właśnie…? Nie, nie, nie. Tak. Tak. Zdecydowanie tak.
Zaskoczona własnymi myślami Wallace zacisnęła mocno dolne wargi, kiedy niemal w tym samym momencie usłyszała słowa Hoppera odnośnie jego kurtki. Nie zastanawiała się nad tym nawet przez chwilę. Po prostu lekko kiwnęła głową i zrobiła dokładnie tak jak powiedział. Być może dlatego, że wciąż była zszokowana własnym odkryciem, a być może dlatego, że po prostu… nie. To zdecydowanie było to pierwsze. Matilde posłusznie ściągnęła z tego wieszaka kurtkę Williamia, po czym ją na siebie zarzuciła, co swoją drogą wyglądało dość zabawnie, biorąc pod uwagę to, jak bardzo różnili się pod względem budowy ciała. Bądź, co bądź Hopper był od niej zdecydowanie postawniejszy i wyższy. Ale mimo wszystko, mimo tego jak bardzo na niej wisiało to ubranie – poczuła się dobrze. Po pierwsze, zrobiło jej się odrobinę cieplej, a po drugie… pachniała Hopperem.
– A dzień tygodnia? – dopytała, doskonale zdając sobie sprawę, że mężczyzna ją obserwował. Czuła na sobie ten jego wzrok, a to z kolei sprawiało, że przez jej całe ciało przeszły dodatkowe – tym razem niemające nic wspólnego z głodem – ciarki. Podświadomie zdawała sobie sprawę, że William jest po prostu na nią cholernie zły. Ale ona też powinna być zła, prawda? Za to wszystko co odwalił tych kilka dni temu. Tak, zdecydowanie powinna być zła. Dlatego też uniosła dumnie podbródek, chcąc mu udowodnić, że nie jest tak tragicznie, jak myślał, ale… Kogo ona właściwie chciała oszukać? Było chujowo. Na jego komentarz po prostu się skrzywiła.
– Wow, dzięki, mistrzu empatii – w tym momencie była zajebiście rozdrażniona. Co pokazała mu dosłownie chwilę później, kiedy posłała mu ten typowy cyniczny uśmiech. Sam efekt jednak nie wyszedł tak dobrze, jak to sobie zamierzyła bo łzawiące oczy wciąż były niezwykle uciążliwe. Ale ostatecznie – chyba głównie po to, by nie dać mu tej satysfakcji – przełknęła i drugą tabletkę. Musiała jednak jeszcze przez dobrych kilkadziesiąt trzymać dłoń na ustach, bo… no…była naprawdę bliska zwrócenia dosłownie wszystkiego, co ostatnimi czasy znalazło się w jej żołądku. A kiedy nieco opanowała to uczucie, przetarła twarz dłonią, by po chwili położyć ją na stole i zacząć stukać palcami w nieco agresywnym rytmie w blat.
– Przywiozłeś mi colę? – spytała wreszcie, ponownie zawieszając na nim spojrzenie i przesuwając koniuszkiem języka po swojej dolnej spierzchniętej wardze.William Hopper - 2018-05-03, 00:09 Szczerze powiedziawszy, Hopper tak naprawdę wcale nie oczekiwał tych podziękowań. On nawet za bardzo nie chciał ich słyszeć, nie miałby pojęcia co powinien ze sobą zrobić, gdyby zaczęła mu dziękować. Po prostu... To była Wallace, jeszcze bardziej nieznośna niż zwykle, a on sam coraz bardziej miał tego wszystkiego dość. Mógł sobie czasami pomarudzić w myślach na jej beznadzieję charakteru i na czyj widok jego tragiczny, umierający mózg postanowił produkować fenyloetyloaminę. Bo jednak, czy mu się to podobało, czy nie, Wallace obchodziła go stanowczo bardziej niż powinna. Cudownie, to było właśnie to, czego potrzebował umierający człowiek na kilka tygodni przed śmiercią.
Ciągle nie miał pojęcia, dlaczego właściwie powiedział jej o tej kurtce. Był geniuszem, ale - w porządku, przyzna to - był dość chujowy w odkrywaniu, o co właściwie mu chodziło. Może dlatego miał takie problemy z rozgryzieniem Wallace, była do niego wręcz niepokojąco podobna. Tu nie chodziło tylko o to jak podobne mieli przeżycia czy jak koszmarne mieli charaktery i jak fatalni byli w relacjach międzyludzkich. Po prostu, w jakiś niepojęty sposób... pasowali do siebie. I może Hopper ciągle nie był pewny czy faktycznie cieszył się, że siedziała tutaj w jego za dużej kurtce. Wallace wyglądała koszmarnie, blada, rozczochrana, z tym gigantycznym siniakiem w zgięciu łokcia i ledwo żywa, a Hopper po prostu był szczęśliwy, że ją widział. Żywą. I niech go szlag, ale w tamtym momencie miał ochotę ją zwyczajnie pocałować.
Ale nie zrobił tego. Ciągle był na nią cholernie zły.
- Niedziela, dwudziesty maja - odpowiedział zgryźliwie.
Jak ona mogła nie wiedzieć nawet jaki był dzień tygodnia? Mogła to sprawdzić w każdej sekundzie na ekranie swojego telefonu. Na przykład wtedy kiedy próbował się do niej dodzwonić, bo nie miał pojęcia czy właśnie nie próbowała popełnić samobójstwa, o. Zamiast bezskutecznie próbować wbić sobie w żyłę strzykawkę z heroiną, mogła zrobić coś znacznie bardziej produktywnego, na przykład otworzyć swój kalendarz i sprawdzić jaką datę właśnie próbowała sobie wyryć na nagrobku. Środa, siódmy marca. To była strasznie chujowa data. Kto w ogóle popełniał samobójstwo w środę? Mogła poczekać do czwartku.
I Wallace mogła sobie udawać co chciała, ale Hopper doskonale zdawał sobie sprawę jak tragicznie musiała się czuć, ba, nawet odczuwał z tego powodu delikatną i dość dziwną satysfakcję. Tym razem to ona była tą ledwo żywą w towarzystwie, przynajmniej dopóki metadon nie zaczął działać. Poza tym, sama sobie na to zapracowała.
- Uczę się od najlepszych - odgryzł się, mając na myśli to jak ostatnio w gabinecie... Nie, w zasadzie miał na myśli całą ich znajomość. Wallace chyba nie mogła sobie odpuścić żadnej okazji, żeby przypomnieć mu jak bardzo był w dupie z tym swoim umieraniem.
Kiedy spytała o colę potrzebował jakiś trzech sekund, żeby przypomnieć sobie co w zasadzie się z nią stało. Nie trzymał jej w trakcie tego wszystkiego, to na pewno, nie mogła też magicznie wyparować przed drzwiami. Cały czas leżała pod ścianą, tam gdzie znalazł ledwo żywą Wallace. Wstał po tę puszkę i położył ją na stole przed dziewczyną.
- Kiedy tutaj przyszedłem, ciągle była zimna. - Z jakiegoś powodu potrzebował to zaznaczyć. Odchrząknął, zanim jeszcze dodał: - Kiedy będziesz w stanie coś przełknąć, będziesz musiała coś zjeść.Matilde Wallace - 2018-05-03, 11:42 W tej sytuacji Matilde chyba rzeczywiście prześcignęła Hoppera swoim geniuszem. Nagle to co mówiła mu kilka dni temu w jego gabinecie zdawało się teraz takie prawdziwe. Z dziwnego powodu ona doskonale wiedziała – a przynajmniej jej się tak zdawało – o co tak naprawdę chodziło mu z tą kurtką. To.. to tylko utwierdzało ją w tej dziwnej myśli, która kilka minut temu zakiełkowała w jej głowie i której nie była nawet w stanie wyplewić. A teraz na nią patrzył w ten sposób i to zdawało jej się jeszcze bardziej rzeczywiste. Zaproponował jej tą kurtkę, bo chciał by ją założyła. Chciał, by ją założyła bo najwidoczniej emocjonalnie zatrzymał się w gimnazjum, kiedy noszenie ubrań chłopaka było jak jakieś cholerne zaznaczenie przez niego terenu. I z jakiegoś jeszcze dziwniejszego powodu ona czuła się z tym tak cholernie dobrze. Z tą za dużą kurtką w motelowym pokoju, siedząc naprzeciwko niego i słuchając tego… Zaraz, zaraz. CO?!. Przez chwilę mu rzeczywiście uwierzyła. Jej usta mimowolnie się rozchyliły, a oczy – mimo tego, że wciąż z nich łzawiło – ukazały to dziwne przerażenie. I musiała się naprawdę mocno skupić, by przypomnieć sobie, że kiedy do niej zadzwonił był wciąż marzec.
– Jaki ty jesteś przezabawny – wyrzuciła w końcu, uraczając go największą dawką sarkazmu na jaką było ją w tym momencie w ogóle stać. Dupek, po prostu dupek. Ale nawet nie miała przy sobie tego cholernego telefonu, by sprawdzić, więc nie pozostało jej nic innego niż ponowne wzniesienie prawej brwi i łudzenie się, że być może tym razem jej nie okłamie…
– Ja nie jestem aż tak nieczuła… – zaczęła, wciąż utrzymując słowa w tym samym tonie głosu, ale nie potrafiła tego zbyt płynnie dokończyć, bo znowu musiała zakryć usta dłonią. Ugh. I jak ona miała być traktowana poważnie, skoro każde otwieranie buzi kończyło się na podchodzeniu żołądka do gardła? Wallace potrzebowała chwili, by wreszcie przełknąć ślinę i dokończyć nieco słabiej, ale wciąż złośliwie: – …jak ty.
Mógł chociaż trochę wykazać współczucia. Bo ta satysfakcja na jego twarzy… serio? Serio, Hopper? Matilde zacisnęła mocno wargi, obserwując jak William przynajmniej w jednej sprawie zachowuje się jak człowiek. Z wdzięcznością przyjęła od niego tą puszkę swojej ukochanej coli.
– Musiała być wtedy naprawdę dobra – odparła na jego słowa. Doceniała to co dla niej robił. Ale cały czas miała to dziwne wrażenie, że we wszystkim co do niej mówił, we wszystkim co dla niej robił kryły się te dziwne pretensje. Zupełnie jakby chciał ją zmusić do poczucia winy. Wallace otworzyła puszkę, by upić z niej łyka. I szczerze? Może nawet lepiej, że cole nie była zimna.
– To co próbujesz zrobić.. nie uda ci się – powiadomiła go w końcu, gdzieś w przerwie między upijaniem kolejnego łyka napoju. A potem te jego kolejne słowa.. Wallace z zadziwiającym zdecydowaniem potrząsnęła głową, by skwitować to krótkim: – nie jestem głodna.William Hopper - 2018-05-03, 13:17 Naprawdę nie sądził, że Wallace w to uwierzy, choćby na sekundę. Maj. Dwa i pół miesiąca. Naprawdę, Matilde? Naprawdę? Hopper nie był w stanie zbyt długo powstrzymywać uśmiechu, zwłaszcza kiedy ta jej chwilowa panika minęła, a dziewczyna próbowała zakryć ją grubą warstwą sarkazmu. Tak, chyba był złym człowiekiem.
- A oprócz tego błyskotliwy, wysportowany i genialny - odrzucił, nie chcąc się dać zbić z tropu. - I jeszcze skromny.
Ale chyba nie był aż taki okropny, skoro nie zamierzał zmuszać jej do błagania, żeby jej powiedział. Ba, odpuścił na tyle, że nawet ta zwykła, marna uniesiona mu wystarczyła. Strasznie się poświęcał, żeby zmarnować taką okazję...
- Środa, siódmy... - zawiesił głos, zastanawiając się, czy by może nie wyskoczyć z jakimś listopadem albo październikiem - ...marca. Dwa tysiące dwudziesty pierwszy. Mam dla Ciebie złą wiadomość, za niecały tydzień kończysz trzydziestkę.
Po prostu nie był w stanie się powstrzymać, żeby jeszcze trochę jej nie pomęczyć i nie wytknąć jej, że przez chwilę faktycznie myślała, że przespała sześć tygodni. Hej, skoro mogła obudzić się dwa miesiące później, to dlaczego nie trzy lata? Była jedna taka, co przespała sto lat. Kto wie, co ona wcześniej brała?
I cóż, Hopper chyba jednak miał jakieś resztki empatii, bo nie miał najmniejszego zamiaru wypominać Wallace, że nie była w stanie dokończyć jednego zdania. Aż za dobrze wiedział jak chujowo było, kiedy ciało nie miało najmniejszej ochoty współpracować z umysłem i zupełnie ignorowało wszystkie plany czy nawet nie pozwalało zachować pozorów normalności. Tak, sama sobie na to zapracowała, tak, cały czas był na nią zły, ale mógł przynajmniej pozwolić jej udawać, że te jej docinki były choć odrobinę trafne.
- Za to jesteś uparta, pozbawiona ludzkich odruchów i niezwykle irytująca - odgryzł się jej. I nawet nie musiał niczego wyolbrzymiać, taka była prawda.
I tak, ta cholerna ukochana dietetyczna cola musiała być zajebiście dobra o trzeciej w nocy kiedy jeszcze była zimna, ale Wallace nie mogła się wtedy o tym przekonać, bo musiała próbować się zabić. Hierarchia wartości. Picie coli było za mało szkodliwe i samodestrukcyjne, żeby znaleźć się na szczycie tej Matilde. Choć z resztą, to chyba nie był przypadek, że jej ulubiony napój zawierał w sobie kwas fosforowy.
I szczerze mówiąc, kompletnie nie miał pojęcia o co jej chodziło z tym... czymś. Był genialny, ale naprawdę, zrozumienie Wallace przerastało nawet największe umysły.
- Po pierwsze, nawet nie próbuję zgadnąć, jaką teorię nową spiskową wytworzył twój chory umysł. Po drugie, naprawdę mało mnie znasz, jeśli wierzysz, że coś może mi się nie udać. - Nie licząc powstrzymania własnej śmierci. Reszta? Proszę bardzo, dajcie mu problem i trochę czasu, miał zbyt dużo determinacji żeby nie osiągnąć czegoś, co było wykonalne. - I nie, po prostu jeszcze nie wiesz, jak cholernie jesteś głodna.Matilde Wallace - 2018-05-03, 14:22 Kiedy Hopper tak wymieniał te wszystkie swoje wspaniałe zalety, które Matilde z łatwością byłaby w stanie przypisać ponad połowie męskiej części Bractwa – oprócz niego, oczywiście – dziewczyna zareagowała na to klasycznym wywróceniem oczami. Z kolei powątpiewające, zdegustowane i nieme oh proszę jeszcze nigdy nie zdradzało jej myśli tak bardzo, jak w tym momencie. Ale mimo wszystko Matilde zdecydowała się wysoko unieść obie brwi i wyrzucić z siebie:
– Genialny? – i wydęła usta w podkówkę, w tym samym momencie maniakalnie drapiąc się po dłoniach. Cholernie swędziała ją skóra. Właściwie to swędziała ją do tego stopnia, że Wallace byłaby skłonna i niezwykle chętna ją z siebie ściągnąć.
– Tylko genialny? – dopytała, jakby chciała się po prostu upewnić, czy jest zdecydowany co do tego swojego cudownie opisującego jego charakter zestawu. Ale zamiast poczekać na jakąkolwiek odpowiedź ze strony Hoppera, po prostu westchnęła ciężko.
– Zdawało mi się, że to szło… pierdolony najgenialniejszy człowiek na ziemi? Czy coś się stało, Willy? Skąd ta nagła utrata pewności? – najwidoczniej wiele się zmieniło od tamtego momentu, a Hopper po prostu zgłupiał. Tak, to miało sens. Zwłaszcza, widząc sposób w jaki się zachowywał. Być może ten cały poroniony pomysł z samobójstwem to nie była tak naprawdę jego decyzja? Być może jakiś obcy namieszał mu w głowie? Być może w rzeczy samej jednak potrzebował tej opieki zdrowotnej? Albo psychologa? Co się stało z tą pewnością? Czy powinna się już zacząć o niego martwić?
– Mam chociaż nadzieję, że mój prezent będzie zajebisty – odparowała, tym razem nie dając się nabrać. Może i było z nią źle, ale bez przesady! Nie do tego stopnia. Co on sobie w ogóle wyobrażał, huh? I ta jego cała postawa. O rany, ale on był dojrzały! Dupek. Po prostu dupek.
– A mimo to z jakiegoś powodu zajebiście cię pociągam – dokończyła tę jego wyliczankę tym uroczym, niewinnym uśmiechem. Nie było jej nawet przykro! To nie robiło na niej żadnego wrażenia, ale jeśli już miała być tak całkiem szczera, to on zdecydowanie był tą bardziej irytującą osobą w tym związku. O proszę, znowu to dziwne słowo. Wallace ze złości zacisnęła dolną wargę, upijając kolejny łyk coli. Tak, tego jej było trzeba. Chociaż wciąż walczyła z mdłościami to nie mogła sobie odmówić słodkiego smaku swojego ulubionego napoju. Ten z kolei w jakimś stopniu ją uspokajał i sprawiał, że robiło jej się cieplej na duszy.
– To ty naprawdę mało mnie znasz, jeśli uważasz, że to może ci się udać – odparowała tym samym tonem głosu. I jeśli chciał udawać, że nie wie o co jej chodzi to niech sobie udaje, ona była poważnym człowiekiem i nie zamierzała się dać wciągnąć w tego typu gierki. Dlatego odchrząknęła pod nosem i wyrzuciła z siebie stanowcze: – nie żałuję tego co zrobiłam.
Nie było też jej przykro, ani nie czuła wyrzutów sumieniu. Czy musiała w ogóle wspominać, że zrobiłaby to drugi raz? Zrobiłaby. Zwłaszcza, gdyby wiedziała do czego to ją doprowadzi. Że doprowadzi ją to do niego. Wallace upiła po raz kolejny łyk coli, by po chwili zacisnąć ze złości wargi. Czy on naprawdę nie rozumiał prostych rzeczy?!
– Nie mam. Zamiaru. Nic. Jeść. – ale tym razem nie była w stanie ukryć rozdrażnienia. W gruncie rzeczy jej głos zabrzmiał naprawdę niemiło i ostro. Ale przecież nie mógł jej zmusić do jedzenia, prawda?!William Hopper - 2018-05-03, 20:14 Hopper nie miał najmniejszego zasłaniać się fałszywą skromnością, skoro doskonale znał swoje wady i zalety, nawet jeśli dzięki temu Wallace oszczędziłaby mu tego wywracania oczami. Poza tym... chyba nawet to lubił. Te ich ciągłe przepychanki, to jak dziewczyna była cholernie irytująca sama z siebie, a mimo tego ciągle próbowała przeskoczyć swoją własną poprzeczkę. Myślała że łapała go za słówka? Musiała się jeszcze wiele, wiele nauczyć, a i tak z tym swoim zwyczajnym mózgiem miała marne szanse mu kiedykolwiek dorównać. Bez najmniejszego problemu zgasiłby ją i zza grobu.
- Och, po prostu nie chciałem cię onieśmielać świadomością z jaką osobistością masz do czynienia, słonko - wyjaśnił miękko. - Metadon powinien za niedługo zacząć działać - dodał, już nieco normalniejszym tonem.
Przecież nie był ślepy, widział jak Wallace miała ochotę wydrapać sobie skórę. W tamtym momencie naprawdę żałował, że wybrał tabletki, zamiast jak normalni ludzie podawać sobie lek dożylnie, metadon działałby o wiele, wiele szybciej. Ale nie, on mógł być normalny, musiał uparcie trzymać się tabletek. Po prostu... kiedy musiałeś dostawać zastrzyki, było poważnie. Umierający ludzie przyjmowali zastrzyki. To było żałosne, że ciągle nie umiał tego przed sobą przyznać na tak podstawowym, wręcz podświadomym poziomie. Mówił o tym Wallace, kazał jej się z tym pogodzić, ale ciągle uparcie kupował tabletki. Hipokryta.
Jakimś cudem Wallace udało się go zagiąć, chociaż pewnie nawet tego nie planowała. Bo jednak... ona miała urodziny za kilka dni. Czy powinien... Czy powinien jej kupować jakiś prezent? Nie miał pojęcia na jakich zasadach działała ich relacja, czy w ogóle powinien o tym myśleć, nie mówiąc już o tym, że nie miałby najmniejszego pomysłu co jej kupić. O ile powinien coś kupić. Oczekiwała tego? Nie miał najmniejszego pojęcia. Nawet nie wiedział na czym polegała ich relacja, poza ciągłym irytowaniem się nawzajem i okazjonalnym niepozwalaniu, żeby drugie zginęło. Czy ludzie w takich relacjach kupowali sobie prezenty na urodziny? Hopper nie był zbyt dobry w zwykłych relacjach międzyludzkich, nie mówiąc już o czymś tak skomplikowanym. Poza tym, ostatni raz świętował jakiekolwiek urodziny dziesięć lat temu. Był wtedy siedemnastoletnim idiotą, który żył z okradania sklepów.
Oczywiście, nie mógł dać po sobie poznać jak duży mętlik w jego głowie wywołało to jedno stwierdzenie ani że w ogóle zastanawiał się, co powinien zrobić. Jakby to go w ogóle obchodziło. I jeżeli Wallace uważała inaczej, była w głębokim błędzie.
- Chciałabyś - stwierdził po prostu. - To ty wszędzie doszukujesz się ukrytych ostrych puszek. - I tak, miał zamiar wypominać to jej do końca życia. Przynajmniej swojego.
Naprawdę, nie miał pojęcie o co tym razem chodziło Wallace. Mogłaby okazjonalnie mówić jakie jej urojenia aktualnie znajdowały się pod pojęciem to, najprawdopodobniej bardzo ułatwiłaby w ten sposób komunikację ze sobą. Ale po co to robić? Lepiej mieć pretensje do innych, że nie czytają w myślach.
Miał już ją prosto z mostu pytać o co jej chodziło, kiedy nagle wypaliła z tym. Jeżeli Hopper wcześniej nie był wściekły, to teraz już był. Jak ona w ogóle mogła tak mówić? Jak w ogóle mogła tak myśleć? Tak bardzo chciała umierać? Czy ona nie widziała że już miała więcej, niż on kiedykolwiek będzie mieć?! Cały czas mogła mieć normalne życie, wynieść się gdzieś. Jeśli tylko chciała, mogła zacząć nowe życie, odciąć się od tego wszystkiego. Nikt jej nie ścigał, nikt jej tutaj nie trzymał. A pomimo tego wszystkiego, ona wolała wrócić do ćpania i próbować się zabić. Bo co? Bo miała tak zniszczone życie, bo miała traumy? Och, śmiało, niech mu o opowie jakie ciężkie miała życie. Bo zadurzyła się w facecie, który umierał i od początku jej o tym mówił? Pieprzona drama queen.
- Więc jesteś głupsza, niż myślałem - odpowiedział lodowatym tonem.
A jakby tego było mało, wpadła na genialny pomysł, że przestanie jeść. Naprawdę, Hopper uwielbiał tę kobietę. Nie raz zdarzało mu się zajmować kilkuletnim Remusem i - wiecie co? - nawet on miał świadomość, że powinien coś zjeść. Świetnie. Wiązał się z kobietą, która była głupsza od kilkulatka. Zaraz, co?
- Wallace, ile ty masz lat? Pięć? Zaczniesz we mnie rzucać brokułami?
Bo tak właśnie tak się czuł. Jakby niańczył jakiegoś głupiego, rozwydrzonego bachora. Och, przepraszam, kilkulatki nie miały słabości do heroiny.Matilde Wallace - 2018-05-03, 21:33 Być może miał genialniejszy i większy mózg, ale przynajmniej ten jej nie próbował popełnić samobójstwa na myśl o byciu zamkniętym w jej ciele i skazanym na jej chujowe, absurdalne myśli, tak jak to było w przypadku Hoppera. Więc, czy tak naprawdę było się czym chwalić? Matilde była zdania, że zdecydowanie nie. A na jego słowa po prostu zmarszczyła nos, wydobywając z siebie zdegustowane meh. On i wspaniała osobistość? To było jeszcze bardziej absurdalne od pomysłu, że coś było w stanie ją onieśmielić. Ale to jego bezczelne „słonko” sprawiło, że nie mogła tego ot tak zignorować.
– Onieśmieliłbyś mnie tylko wtedy, gdyby się okazało, że jesteś pieprzonym Woodym Hallenem, słonko.
Jaki on był irytujący! Czy on w ogóle przetwarzał w tej swojej zajebiście mądrej głowie te wszystkie słowa, zanim ostatecznie wydobyły się one z jego ust? Wallace nie była co do tego w ogóle przekonana. Ale… w tym całym irytowaniu się na niego, w tym dogryzaniu sobie znajdowała naprawdę pozytywny element. Niemal od razu robiło jej się cieplej na sercu. I choć była złośliwa, choć posyłała mu te sarkastyczne uśmieszki… sposób w jaki na niego patrzyła zdradzał co naprawdę działo się w jej głowie. Nie była w stanie z tego zignorować. Nieważne, jak zdrową i cudowną relację mógłby jej zaproponować.. nie. To co było między nimi było tak bardzo popaprane, że aż niezwykłe. To po prostu było prawdziwe.
I bardzo żałowała, że nie potrafiła odgadnąć tych jego myśli bo z przyjemnośćią, by się z niego ponabijała. Musiała jednak obejść się smakiem, dochodząc do wniosku, że po prostu nie był tak super w wymyślaniu ciętych ripost, jak myślała. Jednak sama swoich urodzin zdecydowanie nie miała zamiaru świętować, biorąc pod uwagę to z czym jej się kojarzyły przez ostatnie dwa niezwykle długie lata, ale… tak. Zdecydowanie powinien jej coś kupić. A skoro jej 30 urodzin miał nie dożyć to dwudziestka siódemka też wydawała się zacnym wiekiem. W końcu klub 27 i te sprawy.
– Przynajmniej nie jestem pruderyjna i potrafię to przyznać – odparowała z uśmiechem na twarzy. Mógł sobie jej wypominać wszystko, co tylko chciał. Tak. Pociągał ją. Tak w większości przypadków myślała o naprawdę nieodpowiednich rzeczach, ale nie zamierzała się z tym kryć tak jak on. Ale hej! Skoro emocjonalnie zatrzymał się w gimnazjum, to może w tych innych sprawach wciąż żył edukacją seksualną oferowaną przez podstawówkę.
– I jeśli sobie dobrze przypominam to właśnie ty doprowadziłeś do wszystkiego co między nami zaszło – i po prostu zaczepnie puściła mu oczko. Bo.. bo mogła, nie? Skoro on mógł jej wypominać rzeczy to ona zdecydowanie zamierzała robić dokładnie to samo. Nie żeby narzekała. W końcu uwielbiała, gdy facet wychodził z inicjatywą.
– Bo to co ja zrobiłam tak bardzo się różni od tego co ty sobie zaplanowałeś? – parsknęła gorzkim śmiechem, kręcąc z niedowierzaniem głową. Miał czelność! Naprawdę! Osądzał ją za coś na co sam wpadł? To był szczyt wszystkiego. Matilde ze złością pociągnęła ostatniego łyka coli, jednocześnie zgniatając puszkę w dłoni i wbijając wzrok w Hoppera.
– Nie, nie żałuję. I nie będę. Przynajmniej dzięki temu wciąż jeszcze żyjesz.
Tak, wciąż ją to bolało. Nie zamierzała tego ukrywać. Nie zamierzała też ukrywać sposobu w jaki się teraz w niego wpatrywała. Z gniewem, z złością, z wyrzutem. I chyba pod wpływem tych uczuć bezwiednie i bez zastanowienia rzuciła w jego ramię, a może nawet i w samą klatkę piersiową tą cholerną, zgniecioną puszką. Zupełnie jakby za pomocą tego gestu chciała poruszyć to jego skamieniałe, chłodne i nieczułe serce.
– Na dodatek ogłuchłeś? – warknęła, wznosząc prawą brew. Nie miała zamiaru niczego jeść. Gula w jej gardle była gigantycznych rozmiarów i naprawdę było jej niedobrze. Ale chcąc zachować spokój powtórzyła ostatni raz, niczym ta stara, zdarta płyta: – Nie jestem głodna.William Hopper - 2018-05-04, 11:09 Cóż, właściwie genialny umysł Hoppera nie był jedynym, który rozważał samobójstwo. Ba, ten nie-aż-tak-genialny mózg Wallace pierwszy przystąpił do działania i wcale nie potrzebował ciągłych migren na zachętę. Nie potrzebował też żadnych zapewnień, że właśnie pędził do nieuniknionej samodestrukcji. Co to było dla Wallace, przecież sama mogła do tego doprowadzić. Nie potrzebowała być śmiertelnie chora, żeby umierać.
- Inicjały się zgadzają, jestem nieco młodszy i przystojniejszy, ale mam nadzieję że jakoś to przeżyjesz - odpowiedział miękko zanim posłał jej uśmiech.
Cholera, naprawdę to lubił. Kto by pomyślał, że tak właśnie skończą, że obydwoje będą mieć taką frajdę z dogryzania sobie? Przecież widział że Wallace też to uwielbiała, nie ważne jak bardzo starała się wyglądać na podirytowaną. Jakim cudem przeszli do tego poziomu z tej ich otwartej wojny? Hopper nie miał pojęcia, ale nie wszystkie rzeczy we wszechświecie trzeba było wiedzieć. Niektóre po prostu powinny zostać niepojęte.
- Och, czyżbyś miała jakąś zaletę? - dopytał się. W końcu to było wielkie wydarzenie, stali u progu największego wydarzenia naukowego millenium. Czyżby ktoś właśnie miał odkryć jakąś zaletę Matilde Wallace? Tej, Matilde Wallace?
Nie miał zamiaru tego pokazywać w jakikolwiek sposób, ale naprawdę mu się to podobało. Tak, coś mu się podobało w tej Matilde Wallace. Cuda się zdarzają, huh? Ale jednak uwielbiał to, z jaką pewnością siebie przyznawała że ją pociągał, jak otwarcie zaczęła z nim flirtować. Wallace. Dwa tygodnie temu by w to nie uwierzył. Nie żeby narzekał, właściwie częściej mogłoby być tak między nimi. Doceniłby to.
- Z tego co ja pamiętam, to ty zaczęłaś mnie obmacywać i podglądać kiedy się przebierałem, po tym jak pobrudziłaś mnie swoją krwią.
Ciągle pamiętał, jak wtedy pożerała go wzrokiem i, szczerze mówiąc, nie przeszkadzałaby mu powtórka z rozrywki. Cholernie by mu nie przeszkadzała, nawet jeśli tym razem to on miałby być tym, który zupełnie stracił chłodny umysł i miał dać się porwać chwili. Z resztą, co takiego mogłoby się stać? Już i tak był skończonym idiotą, który obiecał jej, że tutaj z nią zostanie, przynajmniej na jakiś czas. Skoro to miało skończyć się tak chujowo, to przynajmniej mogli coś z tego mieć, prawda?
Hopper nie czekałby na kolejne wątpliwości, po prostu zrobiłby to czego obydwoje chcieli, gdyby nie słowa Wallace, które podziałały na niego jak kubeł zimnej wody. Nie mógł uwierzyć, że naprawdę była taka głupia. Czy ona zupełnie nic nie rozumiała? W jakiej rzeczywistości ich sytuacje miałby być takie same?
- Tak. Bo ja umrę bez względu co zrobię, a ty masz przed sobą całe. Pierdolone. Życie - wycedził.
Jak ona w ogóle mogła mówić coś takiego?! Przecież wiedziała jak to wyglądało. On umrze tak czy siak, czy to źle że przynajmniej chciał mieć wpływ na to, jak to będzie wyglądać? Odbierała mu nawet prawo do tego? Bo co? Bo chciała pobawić się w bohaterkę, wielką cierpiętnicę, która była gotowa przez miesiące pozbawiać się zdrowia, tylko po to, żeby przedłużyć jego życie. Niech sobie zbawia świat, ale nie wciąga go do tego. Niech wybierze sobie jakąś walkę, którą ciągle miała szanse wygrać.
Naprawdę nie wierzył w to, co słyszał. To był jej genialny plan? Zabić się albo zmusić go, żeby został? To już nawet nie była desperacja, ludzki język nie znał słowa na tak żałosne działanie. Dlaczego nie mogła go sobie po prostu odpuścić?! Czy ona właśnie zmieniała się w jedną z tych wszystkich szalonych, byłych dziewczyn, które grożą, że się zabiją jeśli do nich nie wrócisz? Kurewsko zabawne, zwłaszcza że nigdy nawet nie mieli dość czasu, żeby być razem.
- To jest twój plan?! Zabić się, żebym ja nie mógł się zabić?!
Rzuciła w niego puszką. Rzuciła w niego puszką. Jakby to ona miała prawo być o cokolwiek zła! Jeżeli miała jakieś pretensje, to niech pozwie wszechświat, obrazi się na związki chemiczne, że miliardy lat temu uznały za lepszy sposób na przetrwanie rozmnażanie się zanim się rozpadną niż wieczne trwanie. Podniósł tę cholerną puszkę. Miał ochotę ją zgnieść, ale cóż, Wallace pozbawiła go nawet tej jednej, drobnej przyjemności.
- Zaczynasz się powtarzać - wycedził. On nie miał zamiaru być jak zdarta płyta, grozić jej i pakować się w to wszystko od nowa. Pewnie w normalnych okolicznościach by stąd wyszedł i wrócił do siebie, ale to nie były normalne okoliczności. To była Wallace, która mogła powiesić się na lampie pięć sekund po tym jak wyjdzie za te drzwi.
- A teraz co? Będziesz się głodzić? Cudownie, jest tyle wspaniałych sposobów na popełnienie samobójstwa! Dwutlenek węgla?! Może by tak klasyczne podcinanie żył?!
Miał jej dość i to miał jej dość bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Może powinien pozwolić jej się zabić, skoro tego tak zajebiście chciała. Przynajmniej oszczędziłby sobie nerwów.Matilde Wallace - 2018-05-04, 18:22 – Czy mam to wziąć to za jakieś zaproszenie? – wyrzuciła z zaciekawieniem. Sposób w jaki jej się opisywał niezwykle przypominał Matilde jedną z tych telewizyjnych reklam. Lepszy, mądrzejszy, przystojniejszy… Zupełnie jakby Hopper całą swoją postawą krzyczał: wybierz mnie, chcąc pozbawić się konkurencji. I ta myśl… sprawiła, że usta Wallace wykrzywiły się w autentycznym, kompletnie pozbawionym jakiejkolwiek drwiny uśmiechu. W pewnym sensie naprawdę walczyła całą sobą, by nagle nie wypalić, że to on był jej Woodym Hallenem. I całe szczęście, że Hopper postanowił nadal zachowywać się jak ten dupek, bo dzięki temu Matilde nie pogrążyła się jeszcze bardziej. I właściwie to już nawet otwierała usta, by wytknąć mu, że miała zajebiście dużo zalet, tylko on najwidoczniej postanowił się je ignorować, zapewne w obawie, że całkowicie się w niej zadurzy, kiedy usłyszała jego kolejne słowa. Jaki on był bezczelny! Matilde po raz kolejny wzniosła brwi ku górze, jednocześnie przygryzając dolną wargę. Ha!
– Nah… – mruknęła bez przekonania, wciąż kręcąc z niedowierzaniem głową. Sprawiała wręcz wrażenie, jakby kompletnie sobie nie wiedziała o czym on do cholery mówił.
– Jak tak sobie teraz to przypominam… nie jestem do końca pewna, czy przypadkiem specjalnie nie podłożyłeś mi tej koszulki pod nos, tylko po to by mieć później pretekst, by ją ściągnąć i doprowadzić do czegoś więcej.
Tak, to było przecież niezwykle prawdopodobne, czyż nie? I wraz z wypowiadaniem tych słów usta Matilde wykrzywiały się w coraz to bardziej zadziornym i wyzywającym uśmieszku. Mógł mówić co chciał. Mógł nawet mówić całkowitą prawdę, ale ona i tak zamierzała to obrócić o sto osiemdziesiąt stopni. Tak dla zasady. I swoją drogą… to w jaki sposób się teraz na nią patrzył... Dziewczynie zrobiło się gorąco. Mogłaby wręcz przysiąc, że doskonale wiedziała o czym teraz myślał. Ba, nie miała nawet zamiaru ukrywać, że chciała dokładnie tego samego. Uwielbiała się z nim droczyć, ale jeszcze bardziej uwielbiała, gdy tego nie robili i byli po prostu… pochłonięci sobą. I mimowolnie spuściła wzrok na jego usta, zdając sobie sprawę, że właściwie to już całkowicie zapomniała jak one smakowały. Jeśli on nie zamierzał wykonać tego kroku, to ona była bardziej niż gotowa przejąć inicjatywę. Tak. Był tylko jeden mały problem…
CZY ON SIEBIE W OGÓLE SŁYSZAŁ? Czy nie mógł już przestać? Teraz to on był jak ta zdarta płyta. Umieram, umieram, umieram… Dlaczego on to robił? Matilde nie wytrzymała i wyrzuciła z siebie jadowite:
– Tak, kurwa. Umrzesz. Ale nie wyciągasz z tego żadnych wniosków. Zacznij być prawdziwym egoistą, Hopper. I chociaż raz zrób to na co masz naprawdę ochotę. Kurwa, NO! – miał ostatnie miesiące życia a on tak bezczynnie tu siedział? Mógł zrobić dosłownie wszystko co chciał. Nie musiał się obawiać śmierci skoro i tak na niego czyhała. Dlaczego wciąż miał tego kija w dupie, który sprawiał, że nie był w stanie nawet jej pocałować, kiedy miał na to ochotę? Ciągle się tylko rozczulał nad tym jak chujowe miał życie. Co go właściwie powstrzymywało? I niech jej nie mówi o tym, jak to miała przed sobą całe życie. Być może był mądry, ale niech nawet nie próbuje robić z siebie eksperta. Nic nie wiedział o jej cudownym życiu. Nic nie wiedział o tym jak cudownie było być Matilde Wallace. Może jego życie się kończyło ze względu na chorobę, ale to ona była już martwa od kilku długich lat. Co z tego, że oddychała, a jej serce biło? Była martwa. I nie miała żadnych szans na normalne życie. Nie chciała normalnego, długiego życia. Chciała jego.
– CO?! NIE PRÓBOWAŁAM SI? ZABIĆ, CHCIAŁAM BYĆ PO PROSTU WOLNA! – wyrzuciła z siebie, nie mogąc wytrzymać tego jaką wariatkę z niej robił. Jak można było być tak zadufanym w sobie? Niespodzianka, świat nie kręcił się tylko wokół niego. A jej ćpanie nie było spowodowane tylko jego chujowym zachowaniem. Skąd w ogóle miała wiedzieć, że ją znajdzie? Przecież nawet go nie obchodziła, co dość jasno dał jej do zrozumienia. Czy już tego nie pamiętał?
– MÓJ PLAN JEST ZAJEBIŚCIE PROSTY, HOPPER. WYSTARCZY TYLKO KURWA RUSZYĆ MÓZGOWNICĄ. CHC? JAK NAJWI?CEJ CZASU Z TAKIM DUPKIEM JAK TY. I Z JAKIEGOŚ POWODU WIEM, ŻE CHCESZ TEGO SAMEGO. TYLKO JESTEŚ PIERDOLONYM TCHÓRZEM I BOISZ SI? TO PRZYZNAĆ – na nowo była roztrzęsiona. Właściwie to nawet pod wpływem impulsu zerwała się z krzesła, wpatrując się na niego ze wściekłością. Miała już dość udawania. Dlaczego chociaż nie mógł tego przyznać? Umierał, wiedziała o tym. Ale mogli chociaż spędzić tych kilka tygodni… razem. Nie chciała, by mówił jej to, co uważał za słuszne. Co uważał, że będzie dla niej lepsze. Chociaż raz chciała się dowiedzieć prawdy. A potem… już nawet nie kłóciła się dalej o to całe jedzenie, bo po prostu nie była w stanie. Po prostu biegiem ruszyła do toalety. Nie potrafiła dłużej ze sobą walczyć. Upadła na zimne kafelki i zwymiotowała do tej cholernej muszli.William Hopper - 2018-05-04, 21:58 Hopper nie odpowiedział jej na pytanie, a przynajmniej nie werbalnie. Zamiast w ogóle się odzywać posłał jej długie spojrzenie, które wyraźnie przekazywało nie mówię, że nie. I cholera, niech jej będzie, może właśnie całym swoim zachowaniem krzyczał wybierz mnie, mnie!. To było warte tego uśmiechu.
Uwielbiał sposób w jaki przygryzała dolną wargę i to z jakim uporem próbowała mu wmówić, że to ona miała rację, chociaż obydwoje przecież znali prawdę. Nie miał najmniejszego zamiaru ukrywać swojego coraz szerszego uśmiechu. Uwielbiał to, uwielbiał ten jej ton, uwielbiał ten jej cholerny uśmieszek. I cholera, chciał jej więcej.
- Cóż, wygląda że naprawdę jestem genialny - odpowiedział na te jej wszystkie zarzuty.
Szczerze mówiąc, był gotowy poświęcić kolejną koszulkę, ba, był gotowy i poświęcić całą szafę. Ta rozmowa, ten wzrok, to jak przygryzała wargę... To stanowczo było za mało. I widział po jej twarzy, po jej wzroku, że ona też tak myślała. Kiedy ona tak trwała i zawieszona wpatrywała się w jego usta, Hopper nie mógł przestać myśleć o tym, jak bardzo to było niewystarczająco. Dzielił ich tylko ten cholerny stół. Wystarczyło żeby wstał, żeby dostał wszystkiego czego chciał.
...a tym stanowczo nie była kolejna kłótnia i wrzeszcząca Wallace. Ona nie mogła inaczej, prawda? Wszystko musiało kończyć się wrzeszczeniem na siebie. Hopper po prostu nie mógł zrozumieć, jak mogła być taka... po prostu taka. Czy ona miała do niego pretensje, że był zbyt mało egoistyczny? Naprawdę?! NAPRAWD??!
- Ten jeden, ostatni raz próbuję zachowywać się przyzwoicie, a ty masz o to pretensje?! Naprawdę, Wallace?! NAPRAWD??!
Jakim cudem mogła mieć do niego pretensje, ŻE STARAŁ SI? BYĆ DOBRYM CZŁOWIEKIEM?! CHOCIAŻ RAZ W SWOIM ZASRANYM ŻYCIU! KURWA MAĆ! Kurwa mać! Po prostu kurwa mać! Jakim cudem?! Jakim cudem tacy ludzie w ogóle istnieli na ziemi?! Jeżeli wcześniej nie był w stanie zrozumieć Wallace, to teraz już przekroczyła jakiekolwiek horyzont zdarzeń jakiejkolwiek logiki. Miała do niego pretensje, że nie był egoistą. Kurwa mać!
Miał swoje zasady. Próbował ich przestrzegać, raz lepiej, raz gorzej. Nie ukrywał tego, nie był dobrym człowiekiem. Zrobił sporo gównianych rzeczy w swoim życiu, ale od kiedy dowiedział się że umiera, próbował być przynajmniej przyzwoity. To nie było dużo. To nie był żaden pierdolony heroizm, to było zwyczajnie niebycie chujem. Tyle! A MIMO TEGO, Wallace miała pretensje! Że był za mało egoistyczny! PO PROSTU KURWA MAĆ.
Parsknął śmiechem, kiedy tylko usłyszał jej odpowiedź. Czy ona w ogóle siebie słyszała?! Hopper już nawet nie zastanawiał się czy zastanawiała się zanim wypowiedziała coś na głos, już od paru minut był przekonany że tak nie było. Ale to... Zasługiwało tylko na wzniesienie rąk ku niebiosom i pomodlenie się o odrobinę mózgu dla Matilde Wallace.
- Teraz rozumiem, po prostu starałaś się być WOLNA OD ODDYCHANIA! KURWA MAĆ, WALLACE, CZY TY SIEBIE W OGÓLE SŁYSZYSZ?! NIE CHCIAŁAŚ SI? ZABIĆ, PO PROSTU UWOLNIĆ OD ŻYCIA?!
Hopper po prostu nie wierzył, że to się w ogóle działo naprawdę. To było biologicznie niemożliwe, żeby być tak głupim. A jednak, stała przed nim żywa i oddychająca Wallace, która właśnie dobijała do poziomu nieosiągalnego dla zwykłych ludzi!
- ZAJEBIŚCIE TEGO CHC?, PO PROSTU KUREWSKO NIE CHC? CI? PORZUCAĆ! - wykrzyczał jej prosto w twarz.
Wiedział, że tym razem nie będzie miał najmniejszego wyboru i koniec końców on umrze, a ona będzie musiała jakoś żyć - a raczej, nie miał pewności, że będzie dalej żyć. Miał niewiarygodnie dużo spraw, których powinien przypilnować przez lata, ale zgadnijcie co? Umierał. I to go. Cholernie. Wkurwiało. A świadomość, że osoba, która go naprawdę obchodziła mogła faktycznie przeżyć jego śmierć, nie móc się potem pozbierać, a mimo wkopywała się w to jeszcze bardziej... nie pomagała. W zasadzie, kurewsko przeszkadzała.
I kiedy Wallace nagle zerwała się, żeby biec do toalety, naprawdę nie miał zamiaru za nią iść. Zamiast tego został, ciskając pod nosem kolejne bluzgi i rzucając tą cholerną puszką o ziemię. A po paru minutach, kiedy już nieco ochłonął, a Wallace nie wychodziła z łazienki, poszedł do niej. Ktoś musiał pomóc jej się ogarnąć i - sądząc po odgłosach - potrzymać włosy.