Poprzedni temat «» Następny temat
Pokój przesłuchań
Autor Wiadomość
The Gifted



kocham tworzyć tematy i nie tylko

jestem kontem specjalnym

milio

Admin





name:

The Gifted

Wysłany: 2017-11-23, 13:11   Pokój przesłuchań





Pomieszczenie jest niewielkie. Na środku stoi prostokątny, prosty stół z trzema niewygodnymi krzesłami. Na ścianie wisi lustro weneckie, które ma za zadanie chronić osoby obserwujące przesłuchania. Ściany pomieszczenia są białe, a światło bardzo jasne, sprawia u obcej osoby dyskomfort.
[Profil]
 
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2018-03-28, 22:57   

bezpośrednie przejście z -> tego tematu

Niezbyt przyjemna sytuacja, w jakiej już od dłuższego czasu znajdowała się Amy, była wręcz szablonowym przykładem tego, że czasami lepszą opcją było schowanie głowy w piach, niżeli jakiekolwiek eksponowanie niezadowolenia wobec aktów czynionych przez przedstawicieli władzy. Czy kobieta mogła spodziewać się podobnego obrotu spraw, gdy wyłącznie usiłowała robić to, co uważała za sprawiedliwe? Być może. W końcu życie nigdy nie było łatwe, przynajmniej nie dla osób pozostających obecnie w ciemiężonej mniejszości, a do tej - chcąc czy nie chcąc - przecież niewątpliwie należała panienka Vandom.
Zaciągnięta wpierw do jednego z wozów, w którym prawie natychmiast profilaktycznie w jej ramię wstrzyknięto porcję mutazyny, musiała odbyć wyjątkowo długą i wyboistą drogę aż do siedziby D.O.G.S. I choć podczas tej podróży nie słyszała praktycznie żadnych odzywek kierowanych bezpośrednio do niej, atmosfera w pojeździe zdecydowanie nie była zbyt przyjemna. Mało tego, Amy mogła poznać nadzwyczaj wiele wyjątkowych określeń na terrorystów podobnych do niej. Bądź co bądź, nie działała przecież dla dobra ogółu, lecz sprzyjała tej garstce mutantów, którzy postanowili zrobić krwawą jatkę z pokojowego wydarzenia, doprowadzając tym samym do tragedii. Jakże inaczej miałaby być zatem oceniona?
Była terrorystką i tak właśnie ją teraz traktowano, dosłownie nie spuszczając z oka do chwili, w której ostatecznie - szarpana i ciągnięta - nie trafiła do pokoju przesłuchań, w którym kajdankami przykuto ją do stolika, na moment pozostawiając samą. No, przynajmniej w teorii, bowiem kamery nieustannie rejestrowały każdy jej ruch...
[Profil]
 
 
Amy Vandom



Bądź przygotowany na najgorsze, ale licz na najlepsze

Zamiana w dym

60%

Miłość, prawość i nadzieja





name:

Amy Vandom

alias:
Amy

age:
24

Wysłany: 2018-03-29, 18:29   

Spodziewałam się, że mnie zgarną. Miałam wręcz pewność, że trafię na przesłuchanie, prędzej czy później. Jak się skończyło, to każdy widział. Bycie dobrym w tym świecie jest przereklamowane. Zostałam mianowana terrorystą, tylko dlatego, że chciałam bronić każdego życia. Szarpano mną gdy prowadzono do wozu, choć wcale nie stawiałam oporu. Wręcz przeciwnie, starałam się dotrzymać im kroku i nie odzywać się zbytnio. Zdziwiło mnie jednak to, że nie założono mi kajdanek oraz nie zabrano broni. W dalszym ciągu miałam przy sobie całe wyposażenie, ale czy planowałam go używać? Nie i jeszcze raz nie. Nie było po co wzbudzać podejrzeń i dawać kolejne powody do zatrzymania.
Wkurzały mnie za to wypowiedzi ochrony. Te ich wyzwiska, te opinie i samosądy, kto jest dobry a kto zły. Nie wiem co mi podali, choć mogę się domyślać, że mutazynę z domieszką środka uspokajającego. Czułam się lekko, jakbym odpływała gdzieś w dal, z dala od tego całego ambarasu, z dala od problemów tego porąbanego świata. Podróż trwała długo, a mnie coraz bardziej morzył sen. W pewnym momencie chyba nawet urwał mi się film, bo ocknęłam się gdy trzasnęły drzwi od strony kierowcy. Moim oczom ukazała się siedziba Dogsów. Nie byłam jeszcze w środku, a teraz widać miałam okazję poznać te tereny z mniej przyjaznej strony.
Nieprzyjemnie prowadzona korytarzami, w dalszym ciągu starałam się zachować spokój, choć serce biło mi jak diabli. Wiecie co mnie najbardziej niepokoiło? Nie czułam swojej mocy, miałam wrażenie, jakby nie istniała, jakby wyrwano ze mnie cząstkę siebie. Nie potrafię opisać tego uczucia, nie potrafiłabym tego pokazać. W pewnym stopniu to trochę takie uczucie, jakbyście nagle nie wzięli telefonu do kieszeni, chociaż dzień w dzień go tam nosicie. Wiecie, że powinien być, brakuje tego ucisku na udzie, a mimo to go szukacie, sięgacie po niego.
W końcu trafiliśmy do sali przesłuchań. Bywałam w podobnych nie raz, ale nigdy z tej strony. Byłam przerażona, choć próbowałam tego nie pokazywać. Posadzono mnie na krześle i przykuto kajdankami. Zostałam sama z lustrem weneckim, wiedząc, że jestem obserwowana i podsłuchiwana. Oparłam się na łokciach i schowałam dłonie we włosy. Chciało mi się wręcz płakać, krzyczeć i szarpać. Te głąby porobili mi rany na nadgarstkach, drobne zadrapania piekły, co mi dawało jedyną świadomość tego, że nadal żyję. Co mi innego pozostało niż czekać? Nic więcej. Gdyby mnie teraz rodzice zobaczyli, nie byliby ze mnie dumni, a przecież nie zrobiłam nic złego. Że co? Że chciałam uratować tą małą dziewczynkę? To dogsi rozpętali ogień wypuszczając w świat te swoje potworki. Obawiałam się, że przydomek terrorysty pozostanie przyklejony do mnie klejem superglu już na zawsze i wyląduję w więzieni, gdzie przebywały największe potwory tego świata. Albo mnie zabiją.
[Profil]
 
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2018-03-30, 02:21   

Moment... Dla niektórych była to minuta, dla innych dwie, trzy czy trzydzieści. Dla jeszcze kolejnych mogła zaś zdawać się wiecznością, choć z pewnością nie trwała aż tyle. W zamkniętym pomieszczeniu, w którym nie było zbyt wiele do obserwacji - istotą było w końcu to, by być obserwowanym, nie zaś obserwować - w którym ostra biel ścian mogła doprowadzić do szaleństwa... W którym wszelkie elementy wyposażenia były trwale przyklejone do podłogi lub - jak w przypadku dwóch pustych i białych tablic - do ścian... W którym było tak cicho, że Amy mogła usłyszeć bicie własnego serca, swój świszczący, przyspieszony oddech i charakterystyczne bzyczenie starej jarzeniówki na suficie... To właśnie tutaj panienka Vandom miała najwyraźniej przeżyć własną wersję wieczności. Wieczne oczekiwanie na to, aż drzwi wreszcie się otworzą i do pomieszczenia wejdzie...
Cóż, ktokolwiek? Czy ktokolwiek miał się nią zainteresować, skoro nie zrobili tego nawet zbytnio żołnierze podczas aresztowania? Nadal miała przy sobie broń, w kieszeniach kobiety znajdowały się rzeczy osobiste, dokumenty, ale czy miało to być jakąkolwiek pomocą? Zapewne nie, ponieważ kajdanki - zapięte znacznie mocniej niż to powinno być - praktycznie całkowicie ograniczały ruchy jej rąk. Nadal mogła za to ruszać stopami. Mogła też krzyczeć, jęczeć, wzywać wszelkie świętości, jednak ostatecznie postanowiła się poddać. Dzielna policjantka wyłącznie schowała dłonie we włosach, nawet nie szarpiąc się za luźne kosmyki.
A czas mijał... Powinna szaleć, powinna chcieć zagłuszyć wszechobecną ciszę, zrobić cokolwiek, co chociaż trochę usatysfakcjonowałoby obserwujących ją ludzi. Tymczasem nic takiego się nie stało. Przedstawiciele D.O.G.S., odpowiedzialni za przesłuchanie i chcący wpierw odpowiednio urobić, sami powoli zaczynali niecierpliwić się brakiem reakcji ze strony Vandom. Do tego stopnia, iż ostatecznie posłali do niej... Stażystkę.
Tak, dokładnie tak, stażystkę. Drobną, chudą dziewczynę z krótkimi, postrzępionymi włosami w kolorze oberżyny, która od wielu miesięcy uparcie starała się o typowo biurową posadę. Chciała pracować jako archiwistka, no, może jako sekretarka. Bycie asystentką byłoby już zaś całkowitym szczytem jej oczekiwań. Tymczasem posłano ją wprost do jaskini lwa, wcześniej wciskając jej butelkę w rękę. Ot, zwykłą plastikową butelkę o półlitrowej pojemności. Przezroczystą, niczym nie odróżniającą się od innych. Ba!, wyraźnie fabrycznie zamkniętą, choć bez jakiejkolwiek etykiety.
Wchodząc do pomieszczenia, kobieta bez słowa położyła butelkę na brzegu stolika, turlając ją tak, by ta wkrótce uderzyła w dłonie Amy. W tym samym momencie, w którym to się stało, stażystka odruchowo odskoczyła do tyłu, jakby... Cóż, jakby Vandom miała ją zjeść. Pracownica nie wiedziała, co robić. Wysłano ją, aby dostarczyła napój, ale drzwi, które kliknęły za nią tuż po wejściu, nie otwierały się ponownie...
[Profil]
 
 
Amy Vandom



Bądź przygotowany na najgorsze, ale licz na najlepsze

Zamiana w dym

60%

Miłość, prawość i nadzieja





name:

Amy Vandom

alias:
Amy

age:
24

Wysłany: 2018-04-04, 10:39   

Co ja tu robię... Czemu? Czy wszyscy wyszli cało? Czy dalej statystyki trupów rosną? Co z tą małą, czy jej drobne ciało zostało zabrane? Czy zostanie pochowane? Czy jej rodzice to przeżyją? Ja bym nie przeżyła śmierci własnego dziecka. To nie ludzkie tak patrzeć na ludzi. Bo była mutantką? Przecież to było jeszcze dziecko, które musiało wiele w życiu przejść skoro tak szybko odkryło swoją niebezpieczną broń i nie potrafiło jej okiełznać. Zresztą, wielu i dorosłych ludzi by taki widok poruszył. Nie każdy mógłby jeść kanapki podczas oglądania sekcji zwłok na żywo. No, razem ze znajomymi ze szkółki tak robiliśmy. Gościu rozcinał truposza, wyciągał płuca, nabijał je świńską krwią, usuwał jelita i wyciskał z nich zawartość na stół, a my po prostu patrzyłyśmy zafascynowane i jadłyśmy posiłek. To było zajebiste! Cofając się w przeszłość można było naprawdę odpłynąć w inny świat, bez lęków i strachu co prokurator i Dogsi wymyślą dla mnie. Tylko za co? Cały czas nurtowało mnie to pytanie. Dlatego też i nie robiłam pokazówki szału. Nie szarpałam i nie wyzywałam na czym świat stoi. Przecież od razu by to wykorzystali przeciwko mnie i przykleili nalepkę "Świr" obok "Terrorysta". Podniosłam głowę, gdy usłyszałam kroki.
Mimowolnie pojawił się uśmiech na mej twarzy, a oczy czujnie patrzyły na młodą osobę, która ewidentnie bała się być w tym pomieszczeniu. Pierwsze co mi przyszło na myśl, to że jest amatorką i tchórzem. Co ona w ogóle robiła w tej firmie skoro bała się podejść bliżej i po pchnięciu butelki wody odskoczyła jak kucyk z krainy tęczy? Zrobiło mi się jej żal, bo popatrzyła na drzwi jakby liczyła, że zaraz je otworzą. Ja natomiast udawałam, że skupiam się na butelce. Wiecie jakie to spojrzenie? Coś w stylu "Wypić czy nie wypić? O to jest pytanie".
Uczono mnie, że jeśli dają jedzenie czy picie to trzeba korzystać, bo nigdy nie wiadomo kiedy będzie kolejna okazja. Trzymając butelkę między palcami, macałam czy była wcześniej otwierana. Jak to najlepiej sprawdzic? A no poprzez nacisk na plastikowe ścianki. Jeśli jest miękka, to oznacza to tyle, że była wcześniej otwierana i już jest rozszczelniona. A jeśli była twarda? To wtedy ośmieliłam się ją odkręcić i wziąć dwa łyki zawartości. Wiadomo, Dogsi zawsze znajdą sposób żeby czymś nafaszerować nawet hermetycznie zamknięte mięso. W tym momencie to ja byłam ofiarą.
- Zostawili cię - powiedziałam spokojnie, obracając butelkę między palcami - Nie ładnie z ich strony, ja bym rzuciła robotę, gdyby mnie tak wystawili na pastwę losu potwora.
Usmiechnęłam się pod nosem i dopiero po tych słowach podniosłam na nią spojrzenie. Czujnie się w nią wpatrzywałam, a zarazem miałam nadzieję, że sprawiam wrażenie dość przyjaznej osoby.
- Jestem Amy, ale to już chyba wiesz. - skupiłam się na jej oczach. Aż wypływał z nich strach - Podałabym ci rękę na przywitanie, ale no cóż... ciut za daleko mam.
[Profil]
 
 
Paul Jenkins



Only the dead have seen the end of war...

-

martwy Dowódca Oddziału Infiltracji





name:

Paul Jenkins

alias:
Farrier

age:
40 lat

height / weight:
186/87

Wysłany: 2018-04-08, 14:53   

#2

W przeciwieństwie do pierwszej kobiety, do której poszedł całkiem z własnej woli, do drugiej terrorystki wysłano go już "odgórnie", zlecając mu zajęcie się całą sprawą. Z jednej strony, powinien być zadowolony, ponieważ tym samym mógł dopilnować tego, że nikt niczego nie spieprzy. Prawdopodobnie nawet by tak było, gdyby nie informacja, jaka dotarła do niego razem z wstępnie wypełnionymi dokumentami.
Jak się okazało, któraś z mądrych głów zadbała o to, aby Amy Vandom zapewniono "odpowiednią atmosferę". Nikt nie pomyślał o tym, jak mocno jej nastawienie mogło wpływać na składane zeznania. Zirytowany terrorysta, a tym bardziej potencjalny mutant, prawie nigdy nie współpracował z przesłuchującymi go osobami. Jakby tego było mało, Paul nadal nie otrzymał wiadomości o ilości mutazyny podanej kobiecie ani o ewentualnych próbkach do badań, po które w każdej chwili mógł się ktoś zgłosić. Naturalnie, przerywając mu rozmowę z kobietą.
Nic dziwnego, że mężczyzna nie był dobrze nastawiony do całej sytuacji. Chłód i niezadowolenie biły od niego na odległość kilku metrów, gdy przekroczył próg pomieszczenia, omiatając spojrzeniem przerażoną stażystkę. To była dobra, uprzejma dziewczyna, ale tego dnia jakoś nie mógł przekonująco się do niej uśmiechnąć. Obdarzył ją tylko uspokajającym spojrzeniem, kiwając głową, że mogła opuścić pokój przesłuchań. Sam skierował kroki do stolika, przysuwając sobie krzesełko i siadając na przeciwko Vandom.
- Imię, nazwisko, data urodzenia, wiek, zawód, kraj pochodzenia? - Tu spojrzał na nią przez dłuższą chwilę. - Powołując się na Ustawę o Zwalczaniu Nadzwyczajnych Działań Terrorystycznych z dnia dwudziestego czwartego stycznia dwa tysiące piętnastego roku, czy jest pani świadoma pozbawienia pani jakichkolwiek praw wynikających z przebywania na terenie Stanów Zjednoczonych i, jak mniemam, posiadania amerykańskiego obywatelstwa, do czasu wyjaśnienia sprawy?
[Profil] [WWW]
  [B+]
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2018-05-13, 15:59   

/6 marca

Dom Sam Bartowski był pod stałą obserwacją od kilku dni. Kiedy tylko pojawiły się podejrzenia co do działaczki F.P.T.P. rząd nie miał zamiaru czekać aż coś pójdzie nie tak. Cierpliwie trwali w nadziei, że dziewczyna popełni jakiś błąd, i sama doprowadzi ich do czegoś. Ale kiedy tylko zorientowali się, że poczynania panny Bartowski nie spełniają ich oczekiwań, rządowcy nie mieli zamiaru dłużej zwlekać. Około godziny 7 rano wtargnęli na posesję jej mieszkania, skuwając dziewczynę w kajdanki i aplikując jej mutazynę. Nie interesowało ich, że najprawdopodobniej brunetka wciąż była jeszcze w piżamie, że nie jadła śniadania, ani że najpewniej wciąż myślała, że to wszystko jest tylko złym snem.
Wyprowadzili ją z kamienicy jak jakiegoś przestępcę, jak terrorystę. Nie musieli nawet nic mówić, by Sam doskonale zdawała sobie sprawę z tego w jak wielkich tarapatach się znalazła. Jeden z policjantów wepchnął dziewczynę na tylne siedzenie radiowozu, a potem odjechali do gmachu głównego rządu.

dziesięć godzin później


Zostawili ją w sali pozbawionej okien zupełnie samą. Przykutą kajdankami do podłogi bez jedzenia i bez żadnego picia. Po tylu godzinach spędzonych w samotności, w ciemności przy tylko jednej marnie świecącej żarówce… Bartowski kompletnie straciła poczucie czasu. Nie mogła mieć żadnej pewności, że wciąż był szósty marca. Równie dobrze mogło upłynąć kilka dni. Wiedziała tylko, że była coraz bardziej senna, miała coraz mniej sił. I jeśli wcześniej nie miała klaustrofobii, to teraz.. gdy była tak zamknięta w tym ciasnym pomieszczeniu, zaczęło się jej robić duszno. I kiedy jej powieki zaczęły tak bezwiednie opadać, nagle pomieszczenie wypełnił drażniący pisk, a zaraz potem rozległ się chłodny, nieprzyjemny, upominający ją głos:
– Panno Bartowski.
[Profil]
 
 
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-05-15, 23:37   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Koszmary dręczyły mnie już od kilku dni. Noc w noc, coraz to nowsze obrazy malowały się pod moimi zamkniętymi powiekami, wprawiając mnie w stan lęku i otępienia. Dzisiejszy koszmar był jednak gorszy, niż którykolwiek z poprzednich - dział się na jawie.
Czy to właśnie przed tym próbował mnie ostrzec Dale? Czy właśnie przed nimi miałam uciec i się ukryć?
Odznaki nie kłamały - tak samo jak radiowóz i kajdanki. Nie było sensu walczyć, choć serce pękało mi na milion kawałków, gdy tylko przypominałam sobie minę Ricky z tego ranka. Ona też nie mogła nic zrobić. Byłyśmy od początku skazane na porażkę...

Nie wiem, dokąd zabrały mnie myśli, gdy tylko przyprowadzono mnie do tego miejsca. Kajdanki na mych rękach zdawały się robić cięższe z każdą mijającą chwilą - podobnie, jak moje powieki. I chyba pierwszy raz od prawie dwóch tygodni była wdzięczna za swój brak apetytu, bo inaczej już dawno bym oszalała.
A może byłam szalona od początku?
Skrzywiłam się słysząc pisk roznoszący się po pomieszczeniu, a wzrokiem zaczęłam szukać jakiejkolwiek kamery. Jeśli żadna nie rzuciła mi się w oczy, a w obrąbie swojego wzroku miałam tak dobrze znane sobie z filmów lustra weneckie, zawiesiłam właśnie na nim swoje spojrzenie. Jeśli i do tego nie byłam w stanie się obrócić - po prostu tępo patrzyłam w sufit.
Nie wiedziałam co robić, nie wiedziałam co myśleć. Łzy skończyły mi się w dniu, gdy widziałam ciało Alison opadające na zimny bruk. Radość z życia też straciłam już dawno. I tylko... Tylko martwiłam się o Ricky. Co teraz będzie o mnie myśleć? Czy chociaż ona cokolwiek wie?
- Tajemniczy głosie? - Odpowiedziałam, chyba prychając nad własną błyskotliwością. Mimo wszystko, nie wiedziałam, czego się spodziewać. Nie wiedziałam w sumie, czemu się tu znalazłam - w końcu albo to była wina tego marszu, o którym informacje były spreparowane, albo rzeczywiście to Fowler doprowadził do mnie swoich nieprzyjaciół. Nie wiedzieć czemu, chyba bardziej przerażała mnie ta druga opcja. W końcu... Nie chciałam skończyć jak on. A na razie ta sytuacja jedynie wprawiała mnie w lęk, co zapewne było widać zarówno po przyspieszonym oddechu jak i trzęsących się dłoniach - nawet spod łańcuchów...
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2018-05-18, 22:32   

Po dłuższym milczeniu, jakie zapadło z chwilą, w której kobieta postanowiła odezwać się do tajemniczego głosu, można było odnieść wrażenie, że zupełnie nic się nie stanie. Ponownie nastała ciężka, nienaturalna cisza. Czyżby głos chciał po prostu wymusić na Bartowski nieustanne czuwanie, nie dając jej przymknąć oczu nawet na krótką chwilę? Czyż nie byłaby to wyjątkowo wysublimowana tortura? Znacznie bardziej kreatywna od zwykłego, nudnego zadawania bólu fizycznego?
Cóż, tak właśnie sądził Clive Chakrabarti - dzięki jednemu z luster weneckich umieszczonych na ścianie za plecami kobiety - przyglądający się Sam na długo przed tym i na długo po tym, gdy jeden z jego najznamienitszych towarzyszy rozpoczął swe działania. Czekając na rozłączenie mikrofonu, mężczyzna odchrząknął, po czym strzelił kostkami palców, Po tym zaś spojrzał na swojego towarzysza, obdarzając go milczącym skinieniem głowy...
Moment później drzwi pomieszczenia, w którym przebywała aresztowana, uchyliły się, światła nieznacznie rozbłysły i podstarzały, groźnie wyglądający mężczyzna wszedł do pomieszczenia, zatrzaskując je za sobą. Nie powiedział ani słowa, milczał, spoglądając na Sam z... Pogardą? Zniesmaczeniem? Pożałowaniem? Chyba tylko on wiedział, jak naprawdę powinien to odbierać. Clive ślamazarnie i bez pośpiechu zajął miejsce naprzeciwko pojmanej dziewczyny, po czym zaczął rozkładać na stole dokumenty. W pewnym sensie sprawiał wrażenie osoby, która kompletnie zapomniała o tym, że nie był tutaj przecież sam. Najwyraźniej papierkowa robota była dla niego dużo ważniejszym zajęciem niż czekająca, głodująca i wycieńczona dziewczyna. I kiedy mężczyzna tak składał którąś z kolei parafkę na jednym z papierów, jego prawa brew uniosła się ku górze.
– Wolę się upewnić.. zdaje sobie pani sprawę, dlaczego się tutaj znaleźliśmy, prawda panno Bartowski? – nie obdarzył jej jednak spojrzeniem. Jedynie podsunął w jej kierunku dokument, dotyczący marszu pokojowego, a także artykuł o stowarzyszeniu F.P.T.P.
– I prawda, że będzie pani skora do współpracy i przyzna się do wszystkich zarzutów... – i jako motywację podsunął jej kolejny dokument, a mianowicie ten przedstawiający zdjęcie i kilka drobnych informacji dotyczących Aarona Bartowskiego. -...panno Bartowski?
[Profil]
 
 
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-05-21, 19:23   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Słysząc, jak drzwi za mną uchylają się, zapewne z charakterystycznym skrzypnięciem, mimowolnie spięłam całe ciało. Nie wiem, czego się spodziewałam. Kulki w łeb? Wpadałam w panikę, tego byłam pewna. A mój ostatni stan wcale w niczym nie pomagał.
Spojrzałam na tego dziwnego mężczyznę i w sumie... Sama nie wiedziałam co zrobić. Z jednej strony miałam ochotę się odezwać, żądać wyjaśnień, z drugiej - miałam dziwne wrażenie, że wykorzystają to przeciwko mnie. W końcu mowa jest srebrem, a milczenie złotem, czyż nie?
Chyba próbowałam się unieść honorem, nie dać po sobie poznać, jak bardzo cała ta sytuacja mnie rusza. Co z tego jednak, skoro mój organizm postanowił urządzić sobie właśnie dziką dyskotekę? Czułam, jak żołądek niemal unosi mi się do gardła, jak moje dłonie drżą, a głowa dogorywa nieprzyjemnym bólem - zapewne spowodowanym nie dostarczeniem do tej pory alkoholu do mego krwiobiegu.
Co było w tym najgorsze? Pewnie to, że już w którymś momencie miałam wrażenie, że mogę się uspokoić. To mogło być zwykłe przesłuchanie. Chodziło tylko i wyłącznie o ten marsz. To nie byli oprawcy Dale'a, nie mogli mnie skrzywdzić, tak jak jego. Mogło być tak całkiem normalnie, nawet, jeśli traktowali mnie jak kryminalistę...
Już miałam być twarda. Już miałam powiedzieć, że niczego nie podpiszę bez obecności prawnika. Że może sobie w buty wsadzić te wszystkie papierki. Tylko że właśnie wtedy, wyciągnął ciężkie działo.
Aaron.
Właśnie mnie szantażował moim bliźniakiem.
Wiedzieli o nim. Nie byłam jednak w stanie dostrzec, jak wiele. Dokładnie w momencie, w którym zostało wypowiedziane moje nazwisko, poczułam na swoim żołądku nagły ścisk, prawdopodobnie spowodowany narastającym stresem i możliwą, nadchodzącą delirką. Ten przeklęty łańcuch i kajdany, które ograniczały moje dłonie nie pozwoliły mi na wystarczająco szybką reakcję, czy odsunięcie się, przez co w ciągu krótkiej chwili na dokumentach rozłożonych przez mężczyznę zaczęła się malować paskudna żółć.
A co najgorsze - ja sama wcale nie czułam się lepiej. Wręcz przeciwnie. Chyba nawet nie miałam siły, by móc jakkolwiek odpowiedzieć temu staruchowi.
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2018-05-24, 10:25   

Clive z pewnością nie spodziewał się, że siedząca naprzeciwko niego kobieta tak po prostu zdecyduje się puścić pawia na jego cenne papierzyska. Kiedy mężczyzna wciąż był zajęty wypełnianiem innych, zupełnie niezwiązanych ze sprawą Samanthy dokumentów, to po prostu się wydarzyło. Nieciężko się domyślić, że mężczyzna nie był ani trochę zadowolony zaistniałą sytuacją. Poczuł narastające względem Bartowski obrzydzenie, ale nie mógł pozwolić pojmanej tak po prostu wyprowadzić się z równowagi. Nie odwrócił więc spojrzenia z zarzyganych, nadających się do wyrzucenia materiałów, jedynie tylko zacmokał z dezaprobatą.
– Ach więc tak – skwitował, podnosząc wreszcie głowę i wbijając swoje ślepia w oczy panny Bartowski. Jej odpowiedź wydawała się całkiem wymowna. I choć Clive należał do naprawdę cierpliwych osób, nie miał zamiaru marnować zbyt dużo czasu na ten przypadek. Dlatego też z jego ust wydobyły się słowa, które – mimo towarzyszącemu kontaktowi wzrokowemu z Samanthą – z całą pewnością nie były skierowane do niej.
– Nie możemy pozwolić, by panna Bartowski poczuła się niekomfortowo podpisując uszkodzone dokumenty, prawda? Musi wiedzieć, że traktujemy ją poważnie. Kopia jest na moim biurku, Clyde. – choć rozkaz był dość jasny, to miało trochę potrwać. Dlatego do momentu, w którym nie pojawią się dokumenty, Clive musiał improwizować. Musiał wypełnić jakoś ich czas. Zapewnić swojemu gościowi atrakcji. I wciąż utrzymując kontakt wzrokowy z Bartowski, wyrzucił z siebie tylko jedno słowo, jednocześnie pozwalając sobie na wykrzywienie kącików ust w cynicznym uśmiechu.
– Huxley.
To nie trwało nawet sekundy. Drzwi tak po prostu się otworzyły, a do pomieszczenia wparował wysoki, ciemnoskóry Iwan Huxley, powszechnie znany jako Ogar. Nie musiał czekać na polecenia, wyglądał jakby doskonale wiedział, co powinien robić. Jakby był do tego wytrenowany. Bez zawahania wysunął z pokrowca teleskopowy paralizator, zdecydowanym, żołnierskim krokiem podchodząc do kobiety. W tym samym czasie Clive wytarł żółć z papierów chusteczką higieniczną, a następnie zaczął czytać na głos.
– Współpracowanie z terrorystami – gdzieś pomiędzy wypowiadaniem tych słów, Huxley poraził kobietę paralizatorem w ramię. – Sympatyzowanie z mutantami – kolejne porażenie, tym razem w nogę. – Doprowadzenie do śmierci niewinnych ludzi – i kolejne, teraz w plecy. – Szkodzenie państwu.
I choć nie była to nawet jedna dwudziesta zarzutów, które groziły Sam, Clive przestał czytać. I jak na zawołanie Ogar również przestał razić ją prądem. Wciąż jednak stał za jej plecami, przez co Sam nie wiedziała czego może się po nim spodziewać. Gdyby tylko chciał to mógłby ją tak po prostu zabić. Bez zawahania. I chyba Huxley był tego świadomy, bo nie zamierzał marnować czasu. Wyciągnął z kieszeni – czego Sam nie mogła widzieć – rozkładany nóż, jednocześnie zawieszając spojrzenie na swoim szefie.
– Czy teraz pani sobie przypomina, panno Bartowski? – Clive znowu się odezwał, beznamiętnie wpatrując się w twarz kobiety.
[Profil]
 
 
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-05-24, 17:19   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Przetarłam usta o swoje ramię - bo tylko na tyle pozwalały mi skute dłonie. Przyznam, przez chwilę chyba nawet miałam ochotę się uśmiechnąć, tak lekko, kącikiem ust, gdyby tylko nie towarzyszyły mi te paskudne rewolucje żołądkowe. Nie mogłam się nawet spodziewać, jak źle na tym wyjdę. Przecież... Przecież te drastyczne, agresywne przesłuchania dzieją się tylko w filmach. Nikt nie robi tego naprawdę, no nie? Nie torturuje się ludzi. Nie tutaj.
I gdybym tylko wiedziała, jak bardzo się mylę, pewnie zrobiłabym wszystko, żeby do tego nie doprowadzić. Choćbym miała się udławić własnymi wymiocinami - w życiu nic bym nie wypluła na te jego papierki.
Również spojrzenie mężczyzny wywoływało we mnie coraz gorszy niepokój. A jednak... Dalej się nie odezwałam. Bo niby co mu miałam powiedzieć? "Wal się"? Przez chwilę nawet mnie kusiło, ale wtedy też drzwi się nagle otworzyły, a ja się na to wzdrygnęłam, przymykając oczy. Kolejny błąd?
Potem... Potem wszystko działo się za szybko. Nie byłam w stanie zarejestrować wszystkiego, co się działo. Bardzo wyraźnie czułam jednak ból. Ból, napięcie w mięśniach, strach... Nie byłam też w stanie zatrzymać w sobie jęku czy krzyku. Czułam, że oni chcą, bym się bała. Ale czy stawianie się miało jakikolwiek sens?
Gdy rażenie ustało, próbowałam uspokoić swój oddech. Starałam się nie rozpłakać - choć każde porażone miejsce zdawało się dalej mnie palić. I przecież dobrze wiedziałam, że nie będą się tu ze mną patyczkować, nie mogłam się zgodzić z tymi szczątkami informacji, które byłam w stanie usłyszeć między atakami. Prychnęłam więc tylko na zadane pytanie:
- To gdzie były wasze kundle, gdy ja się ponoć tak bardzo zabawiałam? Nieźli są, skoro jedna niepełnosprawna kobieta zdołała wykonać tyle szkód, nawet o tym nie wiedząc. - Odparłam zachrypniętym głosem, gdy na mojej twarzy zaczął się malować równie zaczepny uśmieszek. Nie wiem, w co chciałam wierzyć, gdy pozwoliłam sobie na wydukanie tych kilku słów. Że skończy się tylko na zabawach prądem? Że wyjdę stąd z kilkoma poparzeniami? Przeżyję. Tyle przeżyję. W to chciałam wierzyć. Nie mogłam kolejny raz zawieść Aarona. Nie mogłam kolejny raz wyrzec się przyjętych przeze mnie idei. Po prostu... Nie mogłam...
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2018-05-26, 17:51   

Clive nie był zadowolony z postawy Samanthy. A kiedy Clive nie był zadowolony, to z całą pewnością Iwan Huxley również. Stojący za Bartowski mężczyzna nacisnął jeden mały przycisk dzięki czemu nóż całkowicie się rozłożył. I choć ofiara nie mogła tego zobaczyć to była w stanie usłyszeć szczękający dźwięk, który z całą pewnością nie przypadł jej do gustu. Miała co do tego naprawdę złe przeczucia, ale czy mogła się dziwić?
– W odpowiednim miejscu, panno Bartowski – Clive odpowiedział tym swoim nieczułym, pozbawionym jakichkolwiek emocji głosem. Nawet jeśli słowa terrorystki go zdenerwowały to nie mógł dać tego po sobie poznać. To było… nieprofesjonalne. I mężczyzna nieznacznie uniósł kąciki ust, w tym swoim sadystycznym uśmiechu, by po chwili gestem głowy wskazać na jeden z zarzyganych przez Sam papierów.
– Aaron Bartowski, dwadzieścia osiem lat i jak się nie mylę – brat bliźniak naszej drogiej Samanthy – chociaż kierował te słowa do samej zainteresowanej, kobieta mogła mieć spore problemy z określeniem, czy nie były one raczej przeznaczone do Ogara. Clive zawiesił głos, by po chwili z cichym westchnięciem zarówno kiwnąć głową, jak i wyrzucić z siebie jedno – wypowiedziane z obrzydzeniem – słowo: – Mutant.
I w tym samym czasie Huxley przyłożył ostry koniec noża do barku dziewczyny i zaczął pod odpowiednim kątem kreślić kreski na jej plecach, wcześniej nacinając nieco koszulkę Sam. Nie były to głębokie rany, nie. Bardziej przypominały malinowe zadrapania wyrządzone kocimi pazurami niż jakimś ostrym narzędziem. Jedno było pewne. Potwornie piekło, a dziewczyna miała ogromną ochotę przyłożyć dłonie w tamto miejsce i wytrzeć kropelki ciepłej krew. Ale nie ma się co dziwić, prawda? To był tylko odruch. Problem jednak polegał w tym, że kajdanki wciąż tak skutecznie uniemożliwiały dziewczynie jakiekolwiek ruchy. Natomiast zbyt gwałtowne szarpnięcie skutkowało jedynie nową falą bólu. Z kolei Iwan nie zamierzał przestawać nawet na moment. Samantha nie mogła mieć już żadnych wątpliwości co do tego, jak wielką przyjemność ciemnoskóry mężczyzna czerpał z tych nieludzkich aktywności.
– Tak się składa, panno Bartowski, że nasi pracownicy nie próżnowali i byli zajęci schwytaniem tych terrorystów, których pani tak usilnie wspiera. Oczywiście.. mogłoby to potrwać krócej, najwyraźniej przed nami wciąż dużo pracy, ale najważniejszy jest efekt końcowy, nieprawdaż? Czy już pani zrozumiała? Kilka dni temu pojmaliśmy grupkę terrorystów. Wśród uwięzionych znajduje się dokładnie ta twarz – i Clive wzniósł zabrudzoną fotografię Aarona. Tak, by dziewczynie łatwiej było się przyjrzeć. W międzyczasie Huxley wciąż wykonywał swoją robotę.
[Profil]
 
 
Samantha Bartowski



The bottom of the bottle is my only friend.

Alkokineza

3%

Były mieszkaniec DOMu / bezdomna





name:

Samantha Yasmine Bartowski

alias:
Sam, Kowalski

age:
29

height / weight:
170/47

Wysłany: 2018-05-26, 20:01   
   Multikonta: Caroline, Joe
  

   #FPTP

  

   Pierwszy strzał! #ZadaniaMG

  

   1 Rok na Giftedach!

  

   2 lata Giftedów!


Jesteś geniuszem, Sam. Z całą pewnością, jesteś geniuszem.
Chłodne i logiczne myślenie, którego uczyłam się tak długo, uciekło gdzieś, hen, w siną dal, gdy tylko w grę wchodziły emocje. A te teraz we mnie buzowały. To była istna mieszanka wybuchowa - rozgoryczenie, żal, złość, strach... Może właśnie dlatego nie potrafiłam ugryźć się w język, gdy było mi to najbardziej potrzebne?
Uśmieszek, który ledwie kilka chwil temu zagościł na mojej twarzy mimowolnie zrzedł, gdy tylko usłyszałam to skrzypnięcie metalu. Kurwa. To nie dzieje się naprawdę. Tak się przecież nie robi. Nie robi... Coraz bardziej żałowałam, że te trzy dni temu nie posłuchałam Dale'a, że razem z nim nie wyszłam ze swojego mieszkania. Mogłam się przecież ukryć. Mogłam mu zaufać. A jak na razie... Zapowiadało się na to, że skończę tak samo źle, jak on.
Odwróciłam twarz i wzrok od starszego mężczyzny, gdy ten zaczął swoją tyradę o Aaronie. Jakby mi na nim nie zależało... Nie mogłam tego dać po sobie poznać, czyż nie? Gadki mógł sobie schować w buty. Te dane mógł mieć każdy w Olympii - w końcu tu się urodziliśmy, tu mieszkaliśmy, tu chodziliśmy do szkół. Mogłam utrzymywać bajeczkę, że nie widzieliśmy się od 11 lat. Mogłam próbować go chronić...
I chyba właśnie przez te myśli tak bardzo nie spodziewałam się kolejnego ruchu Ogara, Mimowolnie spięłam mięśnie a z każdym kolejnym skaleczeniem czy zadrapaniem, starałam się wygiąć plecy w taki sposób, by jak najmniej to odczuć. Swoje oczy zamknęłam a wargi miałam ściśnięte, powstrzymując się przed wydaniem choćby najmniejszego dźwięku. Prawdopodobnie wychodziło mi to całkiem nieźle, dopóki... Dopóki nie spojrzałam na fotografię przedstawioną przez Clive'a.
- NIE! - Krzyknęłam, próbując jednocześnie wstać i odsunąć się od swojego oprawcy. Nie miałam wątpliwości co do tego, że na fotografii był Młody. I nie był na ulicy. Nie był w żadnym normalnym miejscu. Oni... Oni serio go złapali. - Nie... - Powtórzyłam, znacznie bardziej żałośnie. Co najgorsze, w tej krótkiej chwili chyba nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak źle się może dla mnie ten jeden ruch skończyć. Bo czy mogłam wierzyć w to, że Huxley zakończy swoją zabawę, widząc załamaną kobietę?
Oczywiście, że nie.
Mogłam spodziewać się tego nagłego szarpnięcia. Mogłam spodziewać się, że posadzi mnie na moje miejsce, na siłę. Mogłam spodziewać się kolejnej fali bólu i nadchodzącego siniaka. A mimo to...Emocje po prostu wzięły nade mną górę.
Moje oczy się zaszkliły, ale nie mogłam pozwolić sobie na ani jedną łzę...
- Czego... Czego ode mnie chcecie... - Wydukałam, jeśli tylko zdarzył się jakikolwiek moment, w którym zimnie ostrze przestawało ranić moje plecy. Już jednak zaczynałam żałować tych decyzji....
_________________

The sweet escape...
...Is always laced with a familiar taste of poison...
[Profil]
    [AB-]
 
Mistrz Gry



zrobię z Tobą wszystko co chcę, no bo w sumie mogę, więc uważaj tam na siebie

wszystkie moce

milio

denerwuję ludzi i mutantów





name:

Mistrz Gry

Wysłany: 2018-05-28, 19:52   

Próba podniesienia się z krzesła i odsunięcia od stołu nie skończyła się dla Samanthy najlepiej. Clive z pewną satysfakcją obserwował to, jak jego Ogar kładzie swoje wielkie, tęgie dłonie na ramionach Sam i z siłą przygniata ją z powrotem do krzesła. I biorąc pod uwagę fakt, że Iwan Huxley był mutantem o nadludzkiej sile to po tym dotyku z pewnością miały zostać naprawdę paskudne siniaki. Ale czy to było tak naprawdę najgorsze? Ogar w jednej z dłoni wciąż trzymał nóż, którego obecność z pewnością nawet go nie obeszła. Dla niego liczyło się tylko ponowne posadzenie Bartowski do krzesła, więc decydując się na ten lekkomyślny, wręcz idiotyczny ruch… dziewczyna mogła mieć pretensje tylko i wyłącznie do siebie. Bowiem ostrze dość mocno zahaczyło o jej ramię, rozcinając skórę do tego stopnia, że krew polała się ciurkiem po jej ręce.
Gdzie był w tym wszystkim Clive? Bartowski zdawała sobie sprawę, że to od niego wszystko zależało. Huxley był tylko kundlem, tylko marionetką w rękach o wiele większego psychola. Tego, który siedział naprzeciwko niej i najwidoczniej miał gdzieś losy cierpiącej kobiety. I nawet jeśli to Iwan był tym, który zadawał kolejne ciosy, to właśnie Clive stanowił największe zagrożenie.
– Dwa podpisy, nic więcejnic więcej. To było nic wielkiego. Dwie parafki na dwóch różnych dokumentach. Chcieli tylko tyle. – Przyzna się pani do wszystkich win, oraz wycofa z działań wspierających terrorystów. Publicznie przyzna pani, że popełniła błąd w popieraniu organizacji FPTP i zacznie pani wspierać działania rządu.
I wzruszył ramionami, odkładając zdjęcie Aaron na stół. W taki sposób, by Sam mogła mieć wyjątkowo niezły widok na twarz brata, a co za tym idzie motywację. W tym czasie Huxley cofnął swoje dłonie z barków dziewczyny, ale tylko po to, by chwilę później objąć ją ramieniem za szyję, jednocześnie ją podduszając.
– Aaron zapłaci za swoje uczynki, ale ty możesz się przyczynić do tego, by ta kara była znacznie łagodniejsza – i dokładnie w tym samym momencie drzwi od pomieszczenia się otworzyły, a do środka wkroczył nieco grubszy, szeroko uśmiechający się mężczyzna. Stanął tuż za Clivem, kładąc dokumenty i płytę CD na stole, po czym utkwił wzrok w poszkodowanej. Przez chwilę sprawiał wrażenie osoby naprawdę pozytywnej, kompletnie nie pasującej do tego miejsca. Wystarczyło jednak, by się odezwał.
– Chcesz zobaczyć swojego brata, mała? – rzucił z niepokojącym uśmieszkiem, ale nie czekał na odpowiedź. Już chwilę później chwycił płytę CD, by włożyć do odtwarzacza i puścić na ścianie obraz zamkniętego w celi Bartowskiego.
[Profil]
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Wersja do druku
Dodaj temat do ulubionych

Skocz do:  
Strona wygenerowana w 0,06 sekundy. Zapytań do SQL: 5